Opis

Człowiek rosyjskiej mafii w Polsce lat 90. przerywa milczenie.

Mówi się o niej największa mafia świata. Przy gangsterach zza Buga bledną mafiosi z Sycylii, z japońskiej yakuzy czy z kolumbijskich karteli. Jej brutalność szokuje; FBI uważa ją za największą mafijną organizację na świecie. A jaka jest prawda?

Arturowi Górskiemu udało się wejść w struktury rosyjskiej mafii i namówić Nazara, rezydenta ruskiej mafii w czasach Pruszkowa i Wołomina w Polsce, na szczerą rozmowę o krwawych początkach zorganizowanej przestępczości w byłym Związku Radzieckim. Jego bohater nie miał nic do stracenia, bo pod koniec lat 90. został z Polski wypuszczony, pod warunkiem że nigdy tu nie wróci. Dziś nie miałby już po co. Ludzie z otoczenia Władimira Władimirowicza wiodą zupełnie inne życie…

Artur Górski - reporter, dziennikarz śledczy, korespondent wojenny, autor bestsellerowej serii "Masa o polskiej mafii", nagrodzony Bestselerem Empiku 2014 w kategorii literatura faktu.

Jego doświadczenia, zebrane podczas wojen na Bałkanach, zaowocowały dwoma powieściami, opartymi na wydarzeniach autentycznych: "Gucci boys" oraz "Syn zgwałconej".

W 2017 roku udało mu się - w formie książki - doprowadzić do spotkania nieprzejednanych wrogów, Moniki Banasiak i Jarosława Sokołowskiego. Tak powstała fascynująca rozmowa "Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz". Monika Banasiak była także bohaterką kolejnej książki Górskiego - "Słowikowa o więzieniach dla kobiet". W 2018 roku autor nawiązał współpracę z najsłynniejszych polskim policjantem przykrywkowym Janem Fabiańczykiem - jej efektem był głośny tom "Majami. Zły pies".

Górski specjalizuje się również w tematyce międzynarodowej przestępczości zorganizowanej oraz służb specjalnych. W 2014 roku wydał bestsellerową książkę "Pięść Dawida" o instytucjach wywiadowczych oraz oddziałach szturmowych Izraela (jednym z jego rozmówców był szef wyszkolenia Mossadu). Nieco wcześniej ukazała się pozycja "Świat tajnych służb".

Obecnie Górski zajmuje się problematyką mafii w krajach byłego Związku Radzieckiego - podczas podróży na wschód udało mu się dotrzeć do wielu byłych członków grup przestępczych oraz przedstawicieli organów ścigania.

Nazar M. pseudonim Niedwiedź (rocznik 1969) - kickbokser, żołnierz, uczestnik wojny w Azji Środkowej, były gangster, jeden z liderów przestępczości zorganizowanej w białoruskim Mińsku. Uczestniczył w krwawych wojnach z gangami tzw. worów w zakonie. Współpracownik najpotężniejszych szefów rosyjskiej mafii. W latach 90., po wyjeździe z Białorusi, był rezydentem grup przestępczych z byłego Związku Radzieckiego w Polsce. Pozostawał w bliskich relacjach z wieloma bossami polskiego półświatka, a jeden z szefów Pruszkowa, Andrzej K. "Pershing" był jego przyjacielem. Spędził sześć lat w polskim więzieniu za podwójne zabójstwo w obronie własnej - podczas pobytu za kratami napisał książkę "Historia opowiedziana synowi". Na jej podstawie powstał serial rosyjskiej telewizji "Brygada", który przyciągnął wielomilionową publiczność. Podczas pobytu Nazara w więzieniu, w Szczecinie został zastrzelony jego najbliższy przyjaciel - Wiktor Fiszman, rezydent białoruskiej mafii na Pomorzu Zachodnim. Sprawa ta odbiła się szerokim echem w polskich mediach. Po wyjściu na wolność Nazar zaangażował się w działalność biznesową, jednak w 2008 roku, jako persona non grata musiał opuścić Polskę. Obecnie jest agentem piłkarskim i bokserskim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Copyright © Artur Górski, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Cyrsiam/Shutterstock.com

Zdjęcia w środku: Andrzej Szozda; Oleg Romanov/AP Photo/East News; Petr Chernov/Sputnik/East News; 

Alexey Danichev/Sputnik/East News; Monika Graff/AP Photo/East News; PhotoXPress/East News; 

Andrey Stenin/Sputnik/East News. 

Pozostałe zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Nazara.

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-572-5

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

 

 

Fot. Tatiana Jachyra

Artur Górski – reporter, dziennikarz śledczy, korespondent wojenny, autor bestsellerowej serii Masa o polskiej mafii, nagrodzony Bestsellerem Empiku 2014 w kategorii literatura faktu.

Jego doświadczenia, zebrane podczas wojen na Bałkanach, zaowocowały dwoma powieściami, opartymi na wydarzeniach autentycznych: Gucci boys oraz Syn zgwałconej.

W 2017 roku udało mu się – w formie książki – doprowadzić do spotkania nieprzejednanych wrogów, Moniki Banasiak i Jarosława Sokołowskiego. Tak powstała fascynująca rozmowa Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz. Monika Banasiak była także bohaterką kolejnej książki Górskiego – Słowikowa o więzieniach dla kobiet. W 2018 roku autor nawiązał współpracę z najsłynniejszym polskim policjantem przykrywkowym Janem Fabiańczykiem – jej efektem był głośny tom Majami. Zły pies.

Górski specjalizuje się również w tematyce międzynarodowej przestępczości zorganizowanej oraz służb specjalnych. W 2014 roku wydał bestsellerową książkę Pięść Dawida o instytucjach wywiadowczych oraz oddziałach szturmowych Izraela (jednym z jego rozmówców był szef wyszkolenia Mosadu). Nieco wcześniej ukazała się pozycja Świat tajnych służb.

Obecnie Górski zajmuje się problematyką mafii w krajach byłego Związku Radzieckiego – podczas podróży na wschód udało mu się dotrzeć do wielu byłych członków grup przestępczych oraz przedstawicieli organów ścigania.

Nazar M. pseudonim Niedźwiedź (rocznik 1969) – kick bokser, żołnierz, uczestnik wojny w Azji Środkowej, były gangster, jeden z liderów przestępczości zorganizowanej w białoruskim Mińsku. Uczestniczył w krwawych wojnach z gangami tzw. worów w zakonie. Współpracownik najpotężniejszych szefów rosyjskiej mafii. W latach 90., po wyjeździe z Białorusi, był rezydentem grup przestępczych z byłego Związku Radzieckiego w Polsce. Pozostawał w bliskich relacjach z wieloma bossami polskiego półświatka, a jeden z szefów Pruszkowa, Andrzej K. „Pershing”, był jego przyjacielem. Spędził sześć lat w polskim więzieniu za podwójne zabójstwo w obronie własnej – podczas pobytu za kratami napisał książkę Historia opowiedziana synowi. Na jej podstawie powstał serial w rosyjskiej telewizji Brygada, który przyciągnął wielomilionową publiczność. Podczas pobytu Nazara w więzieniu, w Szczecinie został zastrzelony jego najbliższy przyjaciel – Wiktor Fiszman, rezydent białoruskiej mafii na Pomorzu Zachodnim. Sprawa ta odbiła się szerokim echem w polskich mediach. Po wyjściu na wolność Nazar zaangażował się w działalność biznesową, jednak w 2008 roku jako persona non grata musiał opuścić Polskę. Obecnie jest agentem piłkarskim i bokserskim.

 

OD AUTORA

Artur Górski

Czy się to komuś podoba, czy nie, rosyjska mafia to jedna z najsłynniejszych organizacji na świecie. I bez względu na to, ile jest prawdy w medialnych doniesieniach o działalności gangsterów zza Buga, zawsze wzbudzali oni ogromne zainteresowanie nie tylko wśród policji i służb specjalnych, ale także przedstawicieli popkultury. Trudno wymienić wszystkie książki czy filmy, których inspiracją stała się ta największa w historii przestępcza struktura. Wiadomo jedno: jeśli jako ich bohater pojawi się mafioso ze Wschodu, przeważnie można liczyć na kasowy sukces.

Według autorów rosyjski gangster zawsze ma mnóstwo pieniędzy, układy z gangami całego świata oraz politykami, jest okrutny i nigdy nie wybacza. Na piersi ma wytatuowany krzyż, na ścianie jego biura wisi ikona z Matką Boską, w łazience zaś, obowiązkowo w wypełnionym szampanem jacuzzi, czekają na niego blond piękności.

Prawda natomiast jest taka, że tym, którzy kręcą filmy czy piszą książki o rosyjskiej mafii, zwyczajnie… brakuje wyobraźni. Bo naprawdę trudno ogarnąć umysłem zarówno fortuny, jakich dorobili się mafiosi z krajów byłego Związku Radzieckiego, jak i to, na co je przeznaczali. Przy całym szacunku dla świata kina napełnić wannę tanim szampanem może byle Kowalski. O wiele trudniej jednak byłoby mu kupić pięciotonową limuzynę Michaiła Gorbaczowa i wyposażyć ją w siedem najwyższej klasy telewizorów, ekran jednego z nich umieszczając zamiast podsufitki, aby na leżąco oglądać ulubiony film. A taką właśnie fanaberię miał jeden z moskiewskich bossów.

Jeśli spytacie, po co komu siedem telewizorów w limuzynie, w tym jeden prawie jak mały kinowy ekran, to oznacza, że nie wiecie, czym jest nadmiar gotówki…

Jeszcze trudniej wyobrazić sobie krwawe jatki, jakie przeprowadzały konkurencyjne grupy przestępcze. Bo jeśli tylko w 1994 roku z rąk kilerów zginęło ponad 1500 osób, co daje średnio pięć trupów dziennie, mamy do czynienia nie ze zwykłymi porachunkami, ale z wielką wojną. Z frontem, na którym nieprzerwanie trwa wymiana ognia.

Frontem, na którym siali śmierć także żołnierze z elitarnych jednostek, zaprawieni w bojach w Czeczenii czy Afganistanie. To oni byli najgroźniejsi, bo pozbawieni sumienia i jakiegokolwiek współczucia. Po prostu mieli zlikwidować cel, o nic nie pytając. I robili to z przerażającą bezwzględnością. A potem następowały kolejne zlecenia…

* * *

Przekaz na temat rosyjskiej mafii – nie tylko w filmach, ale także w poważnych analizach naukowych – przeważnie zawiera całą masę uproszczeń: jeśli mafia, to ze Wschodu, a jeśli ze Wschodu, to tylko Rosja. Rosja, czyli wyłącznie Sołncewo, które przez lata urosło do rangi symbolu wszechruskiej bratwy. A jeśli mafijny boss, to tylko Siemion Mogilewicz. No, ewentualnie jeszcze Wiaczesław Iwankow, pseudonim Japończyk. Cała reszta to zaledwie żołnierze. Lecz jeśli żołnierze, to oczywiście wory w zakonie, czyli „złodzieje w prawie” – ludzie w rodzaju polskich grypsujących, choć o wiele bardziej niebezpieczni i potężni.

Rzecz w tym, że wiele informacji powielanych na masową skalę zgodnie z zasadą „kopiuj-wklej” nie jest zgodnych ze stanem faktycznym; czasami rozmijają się one z prawdą o metr, a czasami o tysiące kilometrów. Bo na przykład Sołncewo wcale nie było najpotężniejsze, a najsłynniejsi bossowie nie wywodzili się z tego moskiewskiego przedmieścia.

Takich uproszczeń zdarza się o wiele więcej.

Wierzę, że Ruska mafia skutecznie rozprawi się z wszelkimi półprawdami i przekłamaniami. Będzie stanowić głos brzmiący odrobinę inaczej.

Do książki o strukturach zza Buga – czy lepiej: od Buga do Kamczatki – przygotowywałem się przez lata. I przez lata wierzyłem, że informacje podawane w poważnych opracowaniach, autorstwa cenionych profesorów i publicystów, będą stanowić dla mnie punkt odniesienia. Ba, moja książka już powstawała…

Rzecz w tym, że pewnego dnia zadzwonił do mnie ktoś mówiący po polsku ze wschodnim zaśpiewem i przedstawił się jako Nazar M. (imię zmienione na życzenie głównego zainteresowanego – przyp. A.G.). Zdębiałem. Doskonale wiedziałem, kim jest mój rozmówca, a raczej kim był w przeszłości. Dowiedziałem się o nim po raz pierwszy z listów gończych i artykułów prasowych, w których przedstawiano go jako rezydenta mafii rosyjskiej nad Wisłą; osobę skrajnie niebezpieczną, mającą na koncie zabójstwa i wyroki. Jako desperado, który wielokrotnie otarł się o śmierć. I postanowiłem do niego dotrzeć. Pisałem akurat serię Masa o polskiej mafii i musiałem nieustannie weryfikować te czy inne zdarzenia. Jeśli opowieści dotyczyły gangsterów z byłego Związku Radzieckiego, starałem się dotrzeć do ludzi znających tamtejsze realia. Jeden z moich informatorów poradził mi, abym spróbował jakoś dotrzeć do M., bo nie ma drugiego, który wiedziałby aż tyle o współpracy bossów z Polski i Kraju Rad. Nazara nie było jednak w Polsce, więc poszukiwania musiałyby dotyczyć terenów po przeciwnej stronie Buga.

Nieważne jak, ważne, że udało się ten kontakt nawiązać.

Kiedy Nazar M. zaproponował, abyśmy wspólnie napisali książkę o gigantycznej organizacji mafijnej na Wschodzie, w której zostałyby rozwiane mity na jej temat, od razu wiedziałem, że muszę przerwać pracę nad tym, co było już bardzo zaawansowane. Propozycja należała do kategorii tych nie do odrzucenia.

Wkrótce spotkaliśmy się po raz pierwszy…

Ruska mafia powstawała przez pół roku – w tym czasie częściej bywałem po tamtej stronie granicy niż po tej. Kursowałem między Mińskiem na Białorusi, Moskwą i Sankt Petersburgiem. Przegadałem setki godzin nie tylko z Nazarem, ale także z jego przyjaciółmi i współpracownikami z burzliwych czasów, i dowiedziałem się rzeczy, które totalnie zrujnowały moją dotychczasową wiedzę o przestępczości zorganizowanej na terenach byłego ZSRR. Ale nie żałuję, bo dzięki temu wysiłkowi dostrzegłem o wiele groźniejsze i z pewnością prawdziwsze oblicze tamtejszej mafii, struktury, przed którą drżeli dosłownie wszyscy. Ośmiornicy, a właściwie doskonale funkcjonującego przedsiębiorstwa, które swoimi mackami oplatało większość sfer życia społecznego i dyktowało wszystkim warunki. Tak jak trudno sobie wyobrazić Polskę w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku bez Pruszkowa i Wołomina, tak jeszcze trudniej ogarnąć współczesną Rosję i cały obszar byłego Związku Radzieckiego bez zrozumienia działającego tam przestępczego syndykatu.

* * *

– Niedawno przyjaciel z młodości dał mi w prezencie fotografię sprzed prawie czterdziestu lat. Jestem na niej ja jako kilkunastoletni chłopak i wprowadzam na murawę stadionu w Mińsku jakiegoś piłkarza. Od dzieciństwa uprawiałem sport, więc możliwość wprowadzenia na arenę gwiazdora futbolu stanowiła dla mnie ogromną nagrodę za ciężką pracę. Przyjaciel, przekazując mi to zdjęcie, powiedział: „Nazar, widzisz tego chłopaczka w dresie? Popatrz, jaki niewinny! A minie kilka lat i będzie trząść całym Mińskiem i mieć pod sobą jeden z najpotężniejszych gangów w mieście”.

Oczami wyobraźni ujrzałem kilkuset gotowych na wszystko, uzbrojonych i doskonale wyszkolonych bokserów, zapaśników i karateków. Siłę, o jakiej polskie grupy przestępcze mogą tylko pomarzyć.

Nazar pokazał mi to zdjęcie; faktycznie, trudno mi było sobie wyobrazić, że młodziutki bokser, właściwie jeszcze dziecko, zostanie w nieodległej przyszłości kimś z zupełnie innego świata. Że będzie uczestnikiem krwawych mafijnych bitew na terenach upadającego ZSRR, a potem rozgrywającym ośmiornicy zza Buga w Polsce. Że każdy gangster z Rosji czy Białorusi planujący robienie interesów nad Wisłą najpierw będzie musiał udać się do Nazara – nie tylko po zgodę, ale i po pomoc logistyczną. Że ów chłopaczek stanie się kimś bardzo ważnym dla polskiego półświatka, a jednym z jego najbliższych przyjaciół będzie pruszkowski boss Andrzej K., pseudonim Pershing. Przyjaciel, który wyda go policji, a mimo to przyjaźń przetrwa.

Nazar, znany także jako Niedźwiedź, trafił do więzienia za podwójne zabójstwo. Jako że było ono efektem działania w samoobronie, polski sąd wymierzył mu stosunkowo niewielką karę – ośmiu lat więzienia. Na wolność wyszedł po prawie sześciu, w 1998 roku, kilkanaście miesięcy przed śmiercią Pershinga. Wtedy w jego życiu rozpoczął się nowy etap – etap funkcjonowania na pograniczu środowiska kryminalnego i służb, nie tylko polskich. Niedźwiedź – w jakimś sensie – przeszedł na „jasną stronę mocy” i wspierał organy ścigania w walce z wielkimi międzynarodowymi strukturami przestępczymi. W 2008 roku stał się w naszym kraju osobą niepożądaną (a może po prostu zbyt trudną do ochrony?) i wyjechał na Białoruś.

Zdecydowaliśmy jednak, że leitmotivem tej książki nie będzie niemal dwudziestoletni polski epizod w życiu Nazara, ale dramatyczne początki armii potocznie określanej u nas mianem „ruskiej” (i słusznie, że nie „rosyjskiej”, bo przecież chodzi o organizację wielonarodowościową, wielokulturową i zróżnicowaną pod względem religii). Dlatego o wiele częściej niż do Warszawy czy Gdańska czytelnik uda się wraz z nami na Wschód. Uznaliśmy, że na dłuższą opowieść o Polsce przyjdzie jeszcze czas.

Zapraszam zatem w bardzo dziwną podróż, o wiele dziwniejszą niż ta na trasie Moskwa–Pietuszki, którą tak fantastycznie zrelacjonował Wieniedikt Jerofiejew, i mniej komfortową niż przejazd kibitką na Syberię. No, ale przecież podróże kształcą…

 

 

Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej w nowej odsłonie. Pocztówka od Andrzeja K. Pershinga do Nazara odsiadującego wyrok w polskim więzieniu.

 

PROLOG

Szturm wieńczy dzieło

Nazar: Kiedy usłyszałem wystrzał na klatce schodowej, zrozumiałem, że właśnie coś się kończy. Że za chwilę nastąpi ciąg dalszy, a ja nie będę w stanie zapobiec katastrofie. Potem okazało się, że wystrzał był przypadkowy – jakiś policjant nerwowo pociągnął palcem po spuście – ale oczywiście ekipa przyszła po mnie. Nawet jakoś specjalnie się nie zdziwiłem, kiedy zobaczyłem za oknem spuszczających się po linach z dachu antyterrorystów. Po prostu jednocześnie i oglądałem film, i byłem jego bohaterem. Leżąca obok mnie dziewczyna przeraziła się znacznie bardziej. I trudno się jej dziwić, bo świat wojny policji z mafią znała z opowieści. Nigdy w nim – tak do końca – nie uczestniczyła. Teraz miała okazję przekonać się, jak to jest, gdy do mieszkania wjeżdżają zamaskowani komandosi, jak rzucają jej faceta na glebę, zakładają mu kajdanki, przykładają lufę broni szturmowej do głowy. Jak w filmie.

Było dość późno jak na szturm. Antyterroryści ruszają przeważnie o świcie, ale widocznie w tamten majowy poranek 1992 roku postanowili się wyspać i złożyli mi wizytę między dziewiątą a dziesiątą rano. Wizytę, która oznaczała koniec moich interesów w Polsce. Przynajmniej na jakiś czas.

Co było powodem tak spektakularnego wjazdu do mojego warszawskiego mieszkania?

Pewnie kilka powodów by się znalazło, ale chodziło o pewne zdarzenie, jakie nastąpiło kilka tygodni wcześniej.

W Polsce byłem już od trzech lat. W sumie określenie „w Polsce” jest jak najbardziej właściwe, bo ja się ciągle przemieszczałem: kilka dni w Warszawie, dzień w Poznaniu, kilka godzin w Szczecinie czy Gdańsku i znów Warszawa. Czyli życie na walizkach, choć ja akurat prawdziwej walizki chyba nigdy nie miałem. Oczywiście interesy robiłem głównie ze swoimi, ale utrzymywałem dobre kontakty zarówno z Polakami, jak i z chłopakami z innych republik radzieckich: z Azerami, Ukraińcami, Gruzinami. Nawet z Chinolami szło się dogadać, choć nie zawsze było łatwo. Po mieście krążyło też dużo zespołów z samej Rosji; nie ze wszystkimi byłem zaprzyjaźniony, a z niektórymi miałem kosę, i to naprawdę dobrze naostrzoną. Co tu dużo gadać – konflikty, które cały czas wybuchały między gangsterami w byłym Związku Radzieckim, przenosiły się także do innych krajów. Wielu przyjezdnym wydawało się, że wejdą w nasze interesy jak w masło, pogonią nas i przejmą nasz tort. Często byli znacznie starsi ode mnie, mieli za sobą autorytet zdobyty w sowieckich więzieniach. Ale ja miałem dwadzieścia dwa lata i nie zamierzałem pękać przed kimś tylko dlatego, że coś mu się tam roiło we łbie. Co zdobyłem, to było moje. Jak mówi popularne wśród rosyjskich urków przysłowie: kto rano wstaje, ten ma kapcie. Ja wstałem jako pierwszy, to je miałem – te wszystkie benkle, bazary, stadiony, samochody kradzione na Zachodzie, haracze, zyski ze sprzedaży podrabianych czeków podróżnych. To przynosiło mi naprawdę fajne pieniądze. Ale kto powiedział, że fajnymi pieniędzmi trzeba się dzielić z wrogami?

Tyle że ci wrogowie nie chcieli przyjąć do wiadomości mojej argumentacji. Oczywiście to nie były prawilne ekipy, czyli związane z Tambowem czy Sołncewem. Nas próbowali dojeżdżać bezprawnicy, bandy, które nie miały ani wielkiego zaplecza, ani miru wśród worów. Mimo to cholernie niebezpieczne. I doskonale uzbrojone. Traktowały broń tak, jakby to były ziemniaki. Widziałem kiedyś w bagażniku jednego z nich bazookę – na obu jej końcach były zatknięte walonki. Nie wiem, skąd właściciel wytrzasnął ten patent, ale wyglądało to komicznie. A raczej i straszno, i śmieszno. Pytanie: czy to walonki miały chronić bazookę, czy to raczej ona stanowiła prawidła dla butów?

Zacząłem dostawać coraz więcej ostrzeżeń; na mieście się mówiło, że bezprawnicy szukają mnie i nie mają dobrych zamiarów. Jeszcze wtedy nie było telefonów komórkowych, więc takie informacje docierały do zainteresowanego z pewnym opóźnieniem. Z czasem nie musiano mnie już ostrzegać – po prostu wiedziałem, że depczą mi po piętach i pewnie zamierzają ściągnąć walonki ze swojego sprzętu. Zaczęli zastawiać na mnie i moich chłopaków zasadzki. W jedną z nich wpadł mój bliski wafel. Skurwiele tak go skatowali, że trudno go było rozpoznać. Na odchodnym powiedzieli mu, że przejmują nasze interesy i kładą lachę na moje ewentualne protesty. Problem polegał na tym, że ich ekipa rozrosła się do naprawdę dużych rozmiarów; wciąż napływali do niej nowi ludzie z Rosji i Białorusi. Żadni tam charakterni gangsterzy, raczej obszczymury napadające w kilku na starszych i słabszych ludzi, dojeżdżające wyłącznie tych, którzy się ich bali.

W końcu niestety wpadłem w zasadzkę. Zwinęli mnie pod blokiem na warszawskiej Ochocie, tuż przy Hali Banacha. Mnie i mojego wafla Siergieja wrzucili do samochodu i ruszyli z piskiem opon. Oczywiście nie mówili, dokąd jedziemy, tylko sugerowali, że z tej wycieczki raczej nie wrócimy. Było ich trzech, każdy z kopytem w ręku. I nawet im do łbów nie przyszło, że wynik starcia może być zupełnie inny, niż zaplanowali.

Postanowiłem spróbować szczęścia, kiedy samochód – jakiś potworny strucel – zatrzyma się na światłach. Gdy kierowca wcisnął hamulec, a auto zakołysało się, błyskawicznie wyrwałem broń jednemu z oprawców. Było to działanie w absolutnej desperacji. Wiedziałem, że moje szanse są niewielkie i próba ratowania skóry może zakończyć się najgorszym możliwym finałem, ale co miałem do stracenia? Jaka to różnica: teraz czy za kilka minut?

Gdy broń znalazła się w moim ręku, zacząłem strzelać. Tak samo Siergiej – wyrwał pistolet drugiemu napastnikowi i poczęstował go ogniem. Cała akcja trwała nie dłużej niż pół minuty. Dwóch przeciwników poniosło śmierć na miejscu. Trzeciego, którego znałem jeszcze z Mińska, oszczędziliśmy. Chociaż akurat on na to nie zasługiwał, bo to on nas wystawił. Wiedział, gdzie i kiedy nas szukać. No, ale ja nie byłem kilerem, ale facetem, który ratował własną skórę. Frajer mi nie zagrażał, więc nie musiałem go zabijać.

Wysiadł z Siergiejem z samochodu i obaj spokojnie ruszyli w stronę jakiegoś blokowiska. Przerażeni gapie pośpiesznie schodzili im z drogi. Daleko jednak nie zaszli, bo zatrzymała ich załoga przypadkowo napotkanego radiowozu.

Ja również wyskoczyłem z auta i nie panikując, poszedłem w drugą stronę. Gdy przechodziłem obok przystanku, akurat podjechał autobus, więc wsiadłem i kilka minut później byłem już w zupełnie innej części miasta. Wieczorem wróciłem do domu i cały zlany potem rzuciłem się na wyro. Gdy zszedł ze mnie stres, poczułem potworny ból w okolicy ramienia – okazało się, że oprawcy uszkodzili mi obojczyk. No bo pakując mnie do samochodu, trochę mnie poturbowali.

Namierzenie mnie zajęło policji kilka tygodni. Tak jak wspomniałem, żyłem na walizkach, więc po tym zdarzeniu przeniosłem się do zupełnie innego mieszkania, w bloku na siódmym piętrze. Ale przecież w końcu każda zguba musi się znaleźć, zwłaszcza gdy poszukiwaczom pomaga ktoś bliski. To nowe mieszkanie załatwił mi polski boss i przyjaciel Andrzej K. „Pershing” i to właśnie on podzielił się z mundurowymi wiedzą, gdzie się ono znajduje. Dlaczego to zrobił? Być może przycisnęli go, a być może uznał, że takie rozwiązanie będzie dla mnie najlepsze. Ostatecznie nie byłem sadystycznym zabójcą działającym z premedytacją, ale młodym chłopakiem, który się bronił przed śmiercią. Nie groziła mi więc ani ćwiara, ani tym bardziej dożywotka.

I faktycznie, dostałem osiem lat więzienia. Tylko osiem. A odsiedziałem cztery i pół roku.

 

 

Siergiej Rebakoń i Siergiej Czuczakow, 1989 rok.

 

ROZDZIAŁ 1

Komu bije cerkiewny dzwon

Nazar: Zdjęcia zawsze były dla mnie bardzo ważne. Są przecież czymś więcej niż tylko obrazami. Są wspomnieniami, świadectwami, emocjami. Ktoś inny popatrzy na fotografię, uśmiechnie się, wzruszy ramionami i schowa ją na lata do szuflady. A ja potrafię gapić się na nią przez długi czas i raz po raz analizować to, co zostało utrwalone na kliszy.

Czasami, kiedy patrzę na zdjęcie, wraca do mnie odczucie, o którym już dawno zapomniałem. Co tu kryć, najczęściej to jest ból. Robiłem w życiu to, co robiłem, moi przyjaciele robili to, co robili, dlatego zdjęcia z dawnych lat najczęściej uświadamiają mi, że nie wszystko poszło tak, jak miało pójść. Tak naprawdę wiele zdjęć, które mam w swoim archiwum, jest jak apel poległych – z pięciu czy sześciu uśmiechniętych chłopaków przy życiu pozostał tylko jeden. Tak się składa, że najczęściej to ja jestem tym jedynym. Choć przecież niewiele brakowało, żebym i ja był teraz tam, gdzie są oni. Czy miałem szczęście? Może po prostu byłem ostrożniejszy, może wiedziałem, w którym momencie skręcić w bok, żeby nie nadziać się na ostrze? Ktoś gdzieś zdecydował, że to ja akurat przeżyję ten burzliwy czas. I ja temu komuś jestem wdzięczny.

Wiesz, te zdjęcia, które mam, często przydawały się w dość ponurych okolicznościach. Kiedy ginął ktoś z naszej ekipy, a rodzina nie dysponowała jego portretem na nagrobek, zgłaszano się do mnie. No bo przecież nie można dawać na grób fotki ze szkoły podstawowej, nie można dawać dzieciaka. Zmarły musi wyglądać poważnie, jak mężczyzna. Jak człowiek, któremu należy się szacunek. Nie za to, że umarł, ale za to, kim był, kiedy żył.

I ja takie zdjęcia miałem.

Oczywiście, udostępnienie zrozpaczonej rodzinie fotografii to żadna zasługa. Każdy by to zrobił na moim miejscu. Ale im więcej ginęło moich przyjaciół, a tak naprawdę braci, tym bardziej dręczyło mnie, że odchodzą w ciszy, bez uszanowania, które im przecież przystoi. Co z tego, że żyli po dwadzieścia kilka lat, że gówno osiągnęli, a jedyne, co po nich pozostało, to jakaś lakoniczna wzmianka w kronice kryminalnej lokalnej gazety.

Przyszło mi do głowy, żeby zrobić coś, co przynajmniej dla ich najbliższych będzie mieć jakieś znaczenie.

Wsiadłem w samochód i pojechałem do ojca Nikołaja, ihumena w jednym z białoruskich monasterów. Konkretnie w Pleszczenicach, jakieś pięćdziesiąt kilometrów od Mińska. Nawiasem mówiąc, w moim archiwum mam też kilka jego zdjęć z czasów młodości; jedyne, co go wtedy upodobniało do osoby duchownej, to gęsta broda. Ale już ta szrama przez cały policzek – niekoniecznie. Ojciec Nikołaj był jednym z ostrzejszych chłopaków w naszej ekipie, ale kiedy Bóg pozwolił mu przeżyć egzekucję, której, prawdę mówiąc, nie miał prawa przeżyć, nawrócił się i postanowił zniknąć w klasztorze.

Przyjechałem do niego i mówię:

– Nikołaj, chciałbym ufundować dzwony w jakiejś cerkwi, może u ciebie? Tyle że chciałbym, żeby na tych dzwonach znalazły się nazwiska chłopaków, którzy zginęli.

Nikołajowi spodobał się pomysł, ale Cerkiew prawosławna to nie jakaś wolna amerykanka, tylko instytucja podlegająca hierarchii, więc zgoda musiała zostać wyrażona na najwyższym szczeblu. A ten szczebel znajduje się w Żyrowiczach, tam, gdzie słynne sanktuarium Zaśnięcia Matki Bożej. Monaster podlega egzarsze Białorusi, który rządzi Cerkwią w całym kraju, i to on musiał się zgodzić zarówno na odlanie dzwonów, jak i umieszczenie na nich nazwisk gości, którzy bynajmniej do świętych nie należeli.

 

 

Jeden z grobów Błatnej Alei. Zabity obok swojej ukochanej wołgi.

 

Nikołajowi, który w cerkiewnych strukturach zyskał spore poważanie, udało się doprowadzić do mojego spotkania z egzarchą i jego najbliższym otoczeniem. Rozmawialiśmy w żyrowickim monasterze. Przez dłuższy czas wydawało mi się, że popi nie są specjalnie zachwyceni moją propozycją, a już na pewno nie ich zwierzchnik. Może dlatego, że chodziło bądź co bądź o gangsterów, a może dlatego, że zapytałem, czy można pod ich nazwiskami dodać słowa: „Od przyjaciela”. Czyli ode mnie, ale bez podania imienia i nazwiska. Naprawdę nie przemawiała wtedy przeze mnie próżność, pycha czy potrzeba przejścia do historii. Chodziło mi o to, aby wszyscy wiedzieli, że o tych biedakach ktoś pamięta, modli się za nich. Ktoś konkretny, choć pozostający w cieniu. Ktoś, kto był z nimi i wie, przez co przeszli.

Egzarcha dumał, dumał, wreszcie popatrzył na mnie uważnie.

– A czemu pan chce, żeby ofiarodawca pozostał anonimowy? – zapytał. – Na dzwonach zawsze odlewa się choćby jego imię. Niech będzie: „Od przyjaciela Siergieja”. Co pan na to?

 

 

„Zginęli śmiercią tragiczną” – w latach 90. najczęściej powtarzane zdanie w mediach.

 

Wbiło mnie w ziemię. Takiego obrotu sprawy zwyczajnie się nie spodziewałem. Oczywiście skwapliwie przytaknąłem i niedługo potem rozmowa zakończyła się konkluzją, że w Pleszczenicach zawisną dwa dzwony. Na jednym z nich, tym większym, z jednej strony będzie wizerunek Matki Boskiej, a z drugiej świętego Mikołaja Cudotwórcy, patrona wszelkich wykolejeńców i nieudaczników.

Nie były tanie – naturalnie nie podam żadnych szczegółów – ale nie da się przełożyć na pieniądze uczucia, które mi towarzyszyło, kiedy zaczęły bić. Dzwony z odlanymi imionami: Wiktor, Żora, Siergiej, Igor.

Wiem, że jeśli jakimś cudem chłopacy, gdzieś tam wysoko, słyszą te dzwony, są szczęśliwi. Bo to przecież nie jakieś tanie fanfary, ale śpiew dzwonów z prawosławnej cerkwi. W końcu wielu ruskich gangsterów ma wytatuowane na plecach: „Prawosławie albo śmierć”.

Jeśli ktoś chce zrozumieć, czym była mafia z Rosji, Białorusi czy Ukrainy, musi o tym pamiętać.

 

 

Ojciec Igor (pierwszy z lewej) i ojciec Mikołaj (w środku). Niegdyś „chłopcy z miasta”, dziś duchowni zasłużeni dla Cerkwi.

 

* * *

Kiedy wyszedłem z hali przylotów mińskiego lotniska, od razu zobaczyłem Nazara czekającego na mnie przy brązowym jaguarze. Znałem go ze zdjęć, które co jakiś czas wrzucał na Facebooka, stanowiących dokumentację jego przeszłości w rosyjskim – czy raczej postradzieckim – półświatku. Rzecz jasna, nieco się zmienił przez lata, ale nie na tyle, abym przeszedł obok niego obojętnie. Wyglądający jak sobowtór słynnego radzieckiego barda Włodzimierza Wysockiego, Nazar zaproponował, abyśmy zjedli obiad, a potem podjęli decyzję, kiedy zaczynamy pracę. Gdy powiedziałem, że chciałbym zacząć nagrywać jego wspomnienia od razu, być może już w trakcie posiłku, odparł: „Wspomnienia nie uciekną, mogą zaczekać. Na wieczór kupiłem bilety do teatru. Mam nadzieję, że spektakl ci się spodoba”.

Spektaklem okazała się Czarna Panna z Nieświeża, rzecz o nieszczęśliwej miłości Barbary Radziwiłłówny i królewicza Zygmunta Augusta, wystawiana przez miński teatr im. Janka Kupały. Przyznam, że wybór takiego, a nie innego przedstawienia był dla mnie miłym zaskoczeniem. Najwidoczniej gospodarz dobrze przemyślał swój elegancki gest wobec gościa z kraju bohaterów sztuki.

Ale najbardziej zaskoczyła mnie sama propozycja pójścia do teatru. Przez wiele lat pisania książek o polskiej mafii, a tym samym nieustannego kontaktowania się z chłopcami z krajowego miasta, nie spotkałem się z podobną. Ani nawet ze zbliżoną.

Taka była pierwsza różnica pomiędzy naszą mafią i tą wywodzącą się z Kraju Rad.

Jednak już następnego dnia Nazar zawiózł mnie do sali, w której jego przyjaciele, utytułowani zawodnicy sportów walki, prowadzili treningi dla młodych adeptów MMA czy kick boxingu – zapewne po to, żebym jednak nie zapomniał, z kim mam do czynienia. W ten sposób poznałem kilku ważnych członków dawnego mińskiego podziemia kryminalnego.

Rozmowę o początkach zorganizowanej przestępczości u schyłku ZSRR zaczęliśmy po zakończeniu spektaklu, w jednej z eleganckich mińskich restauracji.

* * *

Artur Górski: Kiedy narodziła się mafia w krajach byłego Związku Radzieckiego?

Nazar: Jeszcze przed upadkiem ZSRR zaczęły się tworzyć podwaliny pod zorganizowane grupy przestępcze. To nie stało się ot tak, w ciągu dnia czy tygodnia. To był długi proces.

A.G.: Panuje powszechne przekonanie, że podwaliny te położono w niewielkiej miejscowości na obrzeżach Moskwy, w Sołncewie.

Nazar: To mit, który ma coś tam wspólnego z prawdą, ale ze wskazaniem raczej na „coś tam”. Ja wiem, że jak gazety publikują jakiś materiał na temat bossa z Rosji czy Białorusi, to zawsze musi być adnotacja, że wywodzi się z Sołncewa. Bo tak jest najłatwiej. Ktoś kiedyś wpuścił do medialnego obiegu sołncewską mafię. To taka coca-cola kryminalnego półświatka. Wpisujesz w Google „rosyjska mafia” i od razu wyskakuje ci Sołncewo. A każdy kolejny dziennikarz powiela tę wersję, bo po co drążyć temat?

Zapewniam cię jednak, że takich grup przestępczych było o wiele więcej i często znacznie groźniejszych. Cóż, mity są po to, żeby je obalać. Może w tej książce nam się to uda?

A.G.: Ale nie zaprzeczysz chyba, że twórcami i szefami zorganizowanej przestępczości w krajach byłego ZSRR byli tak zwani złodzieje w prawie, czyli wory w zakonie?

Nazar: I tak, i nie. Ruska mafia zrodziła się z konfliktu, którego oni byli jedną ze stron. Niekoniecznie najsilniejszą i niekoniecznie najbardziej wpływową, cokolwiek to oznacza.

A.G.: Opowiesz mi coś więcej?

Nazar: Opowiem ci o sobie i moich przyjaciołach. Wtedy zrozumiesz, kto się z kim bił i o co. To była końcówka ZSRR, czyli koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a ja, i wszyscy moi kumple z Mińska, bardzo chciałem pójść w kamasze i najlepiej polecieć na wojnę do Afganistanu. Wiesz, taka męska przygoda i jednocześnie gest wobec ojczyzny. Byłem sportowcem, kick bokserem, więc miałem pewność, że przydam się na froncie. Choć prawdę powiedziawszy, chodziło nie tylko o obywatelski obowiązek, ale i o pieniądze. Afgańcom armia płaciła dwie pensje i do tego dawała mieszkanie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta druga pensja to – jak to się u nas określa – grobowyje, czyli środki na ewentualny pochówek żołnierza. Takie wsparcie dla jego rodziny.

Trafiłem do Uzbekistanu, prawie na afgańską granicę, gdzie znajdowały się bazy, z których jechało się na wojnę z mudżahedinami. Przeszedłem mordercze szkolenie w jednostce w Termez: biegałem godzinami po pustyni z pełnym ekwipunkiem, uczyłem się wojskowych systemów walki wręcz i obsługi niemal wszystkich rodzajów broni. Gdyby mnie posłano w bój, byłbym prawdziwym terminatorem.

Niestety, nie udało mi się wyjechać do Afganistanu. Albo raczej spóźniłem się na front, bo w 1989 roku Armia Radziecka opuściła ten kraj.

A.G.: Zmarnowane szkolenie.

Nazar: W moim wypadku trochę tak, ale wielu chłopaków, którzy stacjonowali w Uzbekistanie, poleciało do Czeczenii, gdzie niedługo później, bo w 1994 roku, rozpoczął się krwawy konflikt. Byli już oficerami i wybrali karierę zawodowych wojskowych.

Ja wróciłem do Mińska i zacząłem szukać swoich kumpli z czasów młodości. Akurat dogorywał system i stało się jasne, że dawne pomysły na życie przestały być aktualne. Jako utytułowany zawodnik mógłbym w ZSRR aż do emerytury trzymać się sportu, jako trener czy działacz. Ale w nowych czasach zabrakło państwowego wsparcia i trzeba było kombinować, jak żyć, żeby przeżyć.

A.G.: Podobnie było we wszystkich krajach byłego bloku wschodniego. Także w Polsce ludzie nagle musieli uczyć się żyć inaczej. W takich okolicznościach wielu facetów, którzy mieli trochę krzepy, zmysł do lewych interesów i obniżony poziom sumienia, trafiło do zorganizowanych grup przestępczych.

Nazar: Kiedy wróciłem z wojska, przestępczość hulała już na dobre. Wymuszenia rozbójnicze, haracze i coraz częstsze zabójstwa były codziennością. Faktycznie, dla wielu młodych ludzi gang był niezwykle kuszącą alternatywą, choć niebezpieczną, bo niemal od razu zaczęły się wojny. Kilku moich przyjaciół trafiło do pudła. Powinni za to dziękować wymiarowi sprawiedliwości, bo w ten sposób uniknęli, jak to się u nas mówi, orzecha. Czyli kulki.

A.G.: U nas się mówi, że pestki.

Czy większość twoich przyjaciół z dzieciństwa bądź z czasów uprawiania sportu trafiła do półświatka?

Nazar: Na pewno bardzo wielu.

A.G.: No, ale przecież w półświatku też trzeba terminować. Nie od razu chyba szło się na front mafijnych wojen?

Nazar: Zgadza się. Dlatego wielu z nich próbowało po prostu zarabiać. A że łatwiejsze było zarabianie nielegalne, robili to, co było wówczas modne. Na przykład zajmowali się benklem, czyli ulicznymi grami hazardowymi dla naiwnych, nawiasem mówiąc, popularnymi wówczas w całej Europie Wschodniej. Moimi doświadczeniami z czasów mińskich dzieliłem się kilka lat później na warszawskim bazarze Różyckiego. U nas największym wzięciem cieszyły się naparstki i kubki; główny macher, bo przecież nie nazwę go krupierem, miał do dyspozycji trzy kubki, pod jednym z nich znajdowała się piłeczka. Gracz musiał wskazać pod którym, ale tak się składało, że nikomu się ta sztuka nie udawała. Być może gdyby klienci wykazywali się większą spostrzegawczością, coś by skumali, ale przeważnie grali ludzie zestresowani, a jednocześnie pazerni, zainteresowani szybkim zarobkiem. Nie zwracali uwagi na nic, dlatego można ich było bezkarnie robić w konia i ciągnąć od nich naprawdę duży hajs, liczony nawet w tysiącach dolarów dziennie. Gra powstała w XVIII wieku, więc przez ten czas do dzisiaj udało się opracować skuteczne metody golenia frajerów. Ja też wszedłem w ten interes.

A.G.: Nie miałeś moralnego kaca, że kiedyś jako sportowiec cieszyłeś się szacunkiem społecznym, prestiżem, a robiłeś w konia nieszczęsnych ludzi?

Nazar: Bez przesady. My nie okradaliśmy staruszek z ostatniej kromki chleba, tylko organizowaliśmy rozrywkę dla naiwnych. Ludzie tracili pieniądze, ale potem wracali, żeby się odegrać. Znów tracili, znów wracali i tak w kółko. Uważam, że moralne problemy to powinni mieć politycy, którzy zdecydowali, że sportowcy – a wśród nich także ci z pierwszych stron gazet – muszą na ulicy szukać zarobku, bo państwu po prostu przestali być potrzebni. Czyli z jednej strony zmusili nas do poszukiwań nowych źródeł zarobkowania, a z drugiej… Cóż, nie chcieliśmy się rozstawać. Chcieliśmy pozostać w tej samej paczce.

A.G.: Stąd już tylko krok do zorganizowanej grupy przestępczej.

Nazar: To ty powiedziałeś, ale faktycznie coś jest na rzeczy. Jeżeli chcieliśmy podejmować tematy niezgodne z prawem, to po prostu musieliśmy trzymać się razem, bo w rozproszeniu byłoby o wiele mniej bezpiecznie. W tamtym czasie na całym terytorium byłego ZSRR zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu ekipy wywodzące się z dwóch środowisk: sportowców, oczywiście głównie sztuk walki, oraz recydywistów.

A.G.: Worów w zakonie?

Nazar: Niekoniecznie. Nie każdy recydywista ma prawo do tego zaszczytnego miana, ale oczywiście recydywistom było do worów o wiele bliżej. Tak czy inaczej, szybko stało się jasne, że sportowcy nie dogadają się z recydywistami i dojdzie między nimi do wojny.

A.G.: A nie podejmowano prób dogadania się?

Nazar: To były różne światy – oni pogardzali nami, a my nie szanowaliśmy ich. My żyliśmy według swoich zasad, a oni mieli te swoje egzotyczne reguły, które uważaliśmy za bzdurne i żałosne. No, ale nasze interesy nieustannie się krzyżowały, więc coraz częściej iskrzyło. Najpierw dochodziło do spięć, a potem trup zaczął się ścielić gęsto.

A.G.: A tak konkretnie to o co toczyliście wojny?

Nazar: O wszystko. Choćby o kasyna, które powstawały niemal hurtowo. Jednym z częstszych gości takich przybytków w Mińsku był Andrzej K. „Pershing”, który potrafił w ciągu jednej nocy przepuścić tysiące dolarów, by następnej zarobić kilkadziesiąt tysięcy. Wprawdzie kazał się wozić po niemal wszystkich kasynach, ale najbardziej upodobał sobie to, które znajdowało się w hotelu Jubilejnym, gdzie przeważnie mieszkał. Mógł tam chadzać niemal w kapciach i szlafroku, ale nie korzystał z tej możliwości, bo to był elegancki gość.

Zdarzało się tak, że umawialiśmy się z szefem kasyna co do ochrony, i wydawało się nam, że sprawa jest jasna: lokal znajduje się pod naszymi skrzydłami. I do wieczora tak było, ale wieczorem nagle okazywało się, że przyjeżdżała konkurencyjna ekipa – ekipa worów – i że ona też ochraniała. Bo przycisnęli szefa i ten, rad nierad, zgodził się płacić także im. A nas nawet nie raczył poinformować. Pewnie wychodził z założenia, że dojdzie do wojny między sportowcami a recydywą, a on ostateczną umowę zawrze ze zwycięzcami. Z drugiej strony sondował, kto jest tańszy: jeśli my proponowaliśmy dziesięć procent zysku kasyna dla nas, on sugerował worom, żeby zgodzili się na mniej. Tyle że my z całą pewnością nie zamierzaliśmy się z nikim dzielić – umowa nie przewidywała dwóch „agencji ochrony” – więc braliśmy się z worami za łby.

A.G.: Wspomniałeś o egzotycznych zasadach worów w zakonie. Na czym polegały?

Nazar: Te ich reguły były niezrozumiałe dla całej reszty społeczeństwa, po prostu inna bajka. Tak jak nie zostaniesz lekarzem, patrząc na szpital, tak nie skumasz obowiązujących w świecie worów zasad, jedynie o nich czytając. Ich subkultura powstała w sowieckich łagrach, w latach trzydziestych ubiegłego wieku, a więc kształtowała się przez dziesięciolecia i hartowała w naprawdę ostrym boju. Dzisiejsze więzienia to zaledwie pensjonaty w porównaniu z gułagami, gdzie wory musiały trzymać się razem, żeby przetrwać. Jednym się udało, innym nie. Posługiwali się swoim językiem, bajerą, która miała utrudnić inwigilację, i żargon ten rozpowszechnił się w środowiskach przestępczych. Polscy recydywiści podkupili ten patent i tak powstała grypsera. Odpowiednikiem radzieckich worów w zakonie byli git-ludzie w koronie, czyli elita środowiska kryminalnego, do której szeregów było niezwykle trudno się przebić. O ile jednak wiem, pojęcie gita w koronie tak naprawdę przestało funkcjonować w latach siedemdziesiątych. Później ten, który się za takiego uważał, był zwyczajnym samozwańcem.

Wory opanowały także trudną sztukę mówienia oczami, czyli porozumiewania się bez słów. Za pomocą sobie tylko znanych gestów i znaków byli w stanie wyrazić naprawdę sporo, a znajdujący się tuż obok strażnik niczego się nie domyślał. Inna sprawa, że oczy mówiły więcej, jeśli były obdziargane – w czasach ZSRR recydywiści robili sobie tatuaże w okolicy powiek. Na ich podstawie można było się dowiedzieć, z kim ma się do czynienia.

Kto przeżył pracę od rana do nocy na syberyjskim mrozie, głód, choroby i brutalność strażników, powracał na wolność naprawdę nieźle zahartowany. Dziś wygląda to trochę inaczej, ale w przeszłości wor nie mógł mieć ani żony, ani dziecka, bo wiadomo, że życie rodzinne to tak zwany punkt wrażliwy, który milicja czy bezpieka może naciskać, żeby złamać faceta. Jako że wor wiecznie się ukrywał, nie mógł być zameldowany w konkretnym miejscu. Jego domem był cały świat, nawet ograniczony do Związku Radzieckiego. Oczywiście, jako że wor nienawidził wszelkich mundurów, nie mógł służyć w wojsku. Czyli stanowił totalne przeciwieństwo naszego sportowego środowiska. My uważaliśmy służbę w armii za patriotyczny obowiązek.

A.G.: Zapewne nie wchodziło też w grę, że wor, z takiego czy innego powodu, nawiązuje kontakty z milicją? Nie chodzi mi nawet o sypanie kolegów, ale o to, czy mógł się zwrócić do niej o pomoc.

Nazar: Teoretycznie nie było takiej możliwości. Ale rzeczywistość weryfikowała teorię. Wielu worów miało swoich oficerów prowadzących, więc regularnie dochodziło do kontaktów. Służby szybko się zorientowały, że mając na uchu worów, będą w stanie penetrować środowiska przestępcze.

A.G.: A co tak naprawdę oznacza termin „złodziej w prawie”? Złodzieja, który może bezkarnie kraść?

Nazar: Wiem, że nawet wory mają poważny problem z wytłumaczeniem, o co chodzi. Ten termin, zdaje się, powstał tuż po rewolucji 1917 roku, gdy nowe władze na wszelkie możliwe sposoby odmieniały słowo „prawo”. Przestępcom, którzy opuszczali zakłady karne, też się ono spodobało. Ale powstanie terminu nie oznacza jeszcze powstania subkultury. Ta zaczęła się kształtować kilkanaście lat później.

A.G.: Wielu przestępców poparło i Lenina, i nowe porządki. Słynny boss z Odessy z lat tuż po rewolucji październikowej Misza Japończyk (nie mylić z Wiaczesławem Iwankowem, pseudonim Japończyk, gangsterem z Sołncewa, który działał ponad pół wieku później – przyp. A.G.) stworzył wręcz coś w rodzaju kompanii kryminalnej, która wzięła udział w wojnie z białymi na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku. W zamian komuniści przymykali oko na jego działalność przestępczą.

Nazar: Sam widzisz, że ponadstuletnią historię worów trudno dziś ogarnąć w detalach. Kiedy ktoś mówi, że jest worem w zakonie, ma to oznaczać, że jest – wybacz, że po rosyjsku – statusnyj. Że jego kumple mu ufają i szanują jego pozycję. Że, używając polskiej terminologii, jest sztywny. Ale bądźmy szczerzy, wszystkie te sztywniaki były przez cały czas pod lupą NKWD, a potem KGB. Im się tylko wydawało, że stanowią państwo w państwie. Związek Radziecki nie tolerował innych państw na swoim terytorium.

W jakiś sposób musiał sprawować kontrolę nad tysiącami osób osadzonymi w łagrach, a przecież początkowo były to zaledwie olbrzymie połacie ziemi ogrodzone jedynie drutem kolczastym. Carskie więzienia okazały się w nowych czasach za małe, dlatego obozy pracy improwizowano w pośpiechu. Nie uwierzysz, ale tam na jednym łóżku spało po kilku więźniów. Bunt w takim zakładzie karnym mógł skończyć się krwawym dramatem, więc komuniści inwigilowali środowiska przestępcze, stosując zasadę kija i marchewki.

Molo w Sopocie, rok 1990. Nazar (drugi z lewej) i jego ludzie. W białym swetrze Wiktor Fiszman. Drugi z prawej Siergiej Rebakoń.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

OD AUTORA. Artur Górski

PROLOG. Szturm wieńczy dzieło

ROZDZIAŁ 1. Komu bije cerkiewny dzwon

ROZDZIAŁ 2. Świeczki pod ikoną

ROZDZIAŁ 3. Złote sygnety na dobry początek

ROZDZIAŁ 4. Benklarze z Monte Carlo

ROZDZIAŁ 5. Kilka twarzy rewizora

ROZDZIAŁ 6. Lodowe serca

ROZDZIAŁ 7. Indianie na ulicach Moskwy

ROZDZIAŁ 8. Sylwester prowadzony przez długą rękę

ROZDZIAŁ 9. Pozwólcie mi umrzeć w spokoju

ROZDZIAŁ 10. Wielka kariera ekonomisty z Kijowa

ROZDZIAŁ 11. Cyrulik syberyjski

ROZDZIAŁ 12. Bo nie zdradziła, gdzie jest mąż

ROZDZIAŁ 13. Noc długich noży

ROZDZIAŁ 14. Gdańskie łańcuchy

ROZDZIAŁ 15. Szczecin – ostatni przystanek

ROZDZIAŁ 16. Grecki łącznik