Rodzina z domu obok - John Glatt - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Rodzina z domu obok ebook i audiobook

John Glatt

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

37 osób interesuje się tą książką

Opis

14 stycznia 2018 roku siedemnastoletnia dziewczyna wydostała się przez okno rodzinnego domu w Perris w Kalifornii i drżącymi palcami wybrała numer alarmowy 911. Próbując zachować spokój, powiedziała dyspozytorowi, że ona i jej dwanaścioro rodzeństwa w wieku od dwóch do dwudziestu dziewięciu lat są maltretowani przez rodziców. Kiedy poproszono ją o podanie adresu, zawahała się. „Nigdy nie wychodziłam z domu”, wyjąkała.

W oczach krewnych, sąsiadów i internetowych znajomych Louise i David Turpinowie byli uosobieniem rodzinnego szczęścia. Ubierali dzieci w jednakowe stroje, kupowali im drogie prezenty i chętnie dzielili się zdjęciami szczęśliwej rodziny. Jednak to, co policjanci odkryli po wejściu do ich domu, okazało się jednym z najbardziej wstrząsających przypadków znęcania się nad dziećmi w historii Stanów Zjednoczonych.

W pierwszej obszernej książce poświęconej tej sprawie dziennikarz śledczy i autor John Glatt odsłania przerażające szczegóły życia rodziny Turpinów, a zarazem opowiada o niezwykłej odwadze trzynaściorga rodzeństwa, które przez lata mierzyło się z niewyobrażalnym koszmarem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 332

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 38 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Grzegorz Woś

Oceny
4,0 (46 ocen)
20
12
11
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
em_bie

Z braku laku…

Mocno rozwleczony rys historyczny - w wersji słuchanej łatwo się zgubić kiedy o kim mowa. Duzo powtórzeń. W mojej ocenie można skrócić te historię nie tracąc na jej rzetelności.
10
renata120773

Nie oderwiesz się od lektury

Czytając tę jsiążkę miałam juz wiedze o rodzinie Turpin z podkastu , ale i tak z zainteresowaniem przeczytałam i moja opinie o tej pozycji jest taka, że to dobra książka ukazująca do jakiego okrucieństwa jest zdolny człowiek . W USA prawdopodobnie jak na całym świecie jest wiele takich rodzin tylko jesze nie ujrzały na światło dzienne. Bardzo jestem ciekawa jak potoczyĺy się dalsze losy rodzeństwa, czy trzymaja się razem lub wręcz odwrotnie, czy mają kontakt z dalszą rodziną. Polecam.
00
takbardzolesna

Dobrze spędzony czas

temat omówiony dobrze ale książka jest za długo - sporo wątków, wypowiedzi się powtarza
00
Zaktza

Całkiem niezła

koszmar
00
Goska1911

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00



Na czer­wo­nym tle wi­dać stare, czarno-białe zdję­cie licz­nej ro­dziny sto­ją­cej przed do­mem. Wszyst­kie twa­rze na fo­to­gra­fii są za­ma­zane i wy­dra­pane, przez co ca­łość wy­gląda dość mrocz­nie i nie­po­ko­ju­jąco.
John Glatt; Ro­dzina z domu obok; Prze­kład Ad­rian Na­pie­ral­ski; Gyl­den­dal Astra; 2026

Frag­ment

Ty­tuł ory­gi­nału: The Fa­mily Next Door: The He­art­bre­aking Im­pri­son­ment of the Thir­teen Tur­pin Si­blings and Their Extra­or­di­nary Re­scue

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Adam Na­pie­ral­ski

Co­py­ri­ght © John Glatt, 2019

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja i ko­rekta: Edi­tio

ISBN 978-91-8153-805-2

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

De­dy­ka­cja

Dla Au­drey i Ma­visa Hir­sch­ber­gów

WSTĘP

Strasz­liwe czyny, któ­rych do­pu­ścili się Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie wo­bec trzy­na­ściorga swo­ich dzieci, i za które po­sta­wiono im za­rzuty, bu­dzą ogólne prze­ra­że­nie. Kiedy pro­ku­ra­tor okrę­gowy hrab­stwa Ri­ver­side Mike He­strin po raz pierw­szy na kon­fe­ren­cji pra­so­wej po­wia­do­mił o de­pra­wa­cji, do któ­rej po­su­nęła się owa para, dech w pier­siach za­parło na­wet naj­bar­dziej za­twar­dzia­łym dzien­ni­ka­rzom.

Tur­pi­no­wie, któ­rzy ka­zali swoim dzie­ciom zwra­cać się do sie­bie „Matko” i „Oj­cze”, naj­wy­raź­niej nie uświa­da­miali so­bie wiel­ko­ści ura­zów psy­chicz­nych i fi­zycz­nych, które za­da­wali. Zgod­nie z do­ku­men­ta­cją sprawy Lo­uise fi­zycz­nie mal­tre­to­wała dzieci i przy­ku­wała je do łó­żek na całe mie­siące. Kiedy one cier­piały z głodu, ko­bieta wraz z Da­vi­dem ja­dała w do­brych re­stau­ra­cjach.

Mimo że Lo­uise wy­cho­wy­wała się w spo­łecz­no­ści Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­kow­ców, wciąż po­zo­staje ta­jem­nicą, w jaki spo­sób na­uki wspól­noty mo­gły pchnąć ją w ra­miona obłędu. Naj­bar­dziej prze­ra­ża­jący jest fakt, że Tur­pi­no­wie przez cały ten czas się nie wy­chy­lali, miesz­kali w przy­zwo­itej dziel­nicy oto­czeni tak samo przy­zwo­itymi są­sia­dami. Nikt ni­gdy nie zgło­sił ni­czego nie­po­ko­ją­cego.

Da­vid Tur­pin zło­żył ofi­cjal­nie do­ku­menty do De­par­ta­mentu Edu­ka­cji Ka­li­for­nii, aby móc pro­wa­dzić za­ję­cia szkolne w domu. Ża­den z przed­sta­wi­cieli or­ga­nów wła­dzy ni­gdy jed­nak nie spraw­dził, czy ów sa­mo­zwań­czy na­uczy­ciel rze­czy­wi­ście zaj­muje się na­uką do­mową.

Kil­ka­na­ście lat temu na­pi­sa­łem książkę Sprawa Jo­sefa Frit­zla, prze­ra­ża­jącą opo­wieść o au­striac­kim po­two­rze, który wię­ził swoją córkę Eli­za­beth przez po­nad dwa­dzie­ścia lat. W tym cza­sie córka uro­dziła mu sied­mioro dzieci. W 2010 roku w książce Lost and Fo­und opi­sa­łem, jak Phil­lip Gar­rido i jego żona Nancy po­rwali je­de­na­sto­let­nią Jay­cee Lee Du­gard i prze­trzy­my­wali ją przez osiem­na­ście lat w An­tioch w Ka­li­for­nii, nie da­lej niż czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od peł­nego cier­pie­nia domu Tur­pi­nów.

Na­stęp­nie w 2013 roku w re­por­tażu Za­gi­nione dziew­czyny, opi­sa­łem tak zwane po­rwa­nia z Cle­ve­land, gdzie nie­jaki Ariel Ca­stro upro­wa­dził z ulicy trzy dziew­czynki i zmie­nił je w sek­su­alne nie­wol­nice na po­nad dzie­sięć lat. Po­dob­nie jak Jor­dan Tur­pin pięć lat póź­niej, Amanda Berry za­ry­zy­ko­wała ży­ciem, ucie­ka­jąc, by we­zwać po­moc i ura­to­wać po­zo­stałe dziew­częta.

Za­ło­ży­ciel In­sty­tutu Ba­dań nad Sek­tami Rick Ross po­wie­dział mi kie­dyś: „Kto wie, z iloma tego typu przy­pad­kami mamy do czy­nie­nia w Sta­nach Zjed­no­czo­nych? Wbrew po­zo­rom ta­kie sprawy nie są rzad­kie, ale do­wia­du­jemy się o nich do­piero wtedy, gdy wy­da­rzy się coś strasz­nego”.

Ni­niej­sza książka jest owo­cem wie­lo­mie­sięcz­nych ba­dań nad ży­ciem Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów. Pracę nad nią roz­po­czą­łem w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej, po­dą­ża­jąc ich śla­dami od sa­mego po­czątku. Na­stęp­nie uda­łem się za nimi na Za­chód do Fort Worth i Rio Vi­sta w Tek­sa­sie, gdzie prze­by­wali z pra­wie całą gro­madką swo­ich dzieci. Osta­tecz­nie osie­dli w Per­ris w Ka­li­for­nii.

PRO­LOG

Około go­dziny 5:30 nad ra­nem, w chłodny, nie­dzielny po­ra­nek sie­dem­na­sto­let­nia Jor­dan Tur­pin i jej trzy­na­sto­let­nia sio­stra Jo­linda wy­mknęły się na dwór przez okno sy­pialni na par­te­rze. Kiedy prze­cho­dziły na pal­cach przez po­dwó­rze w kie­runku Muir Wo­ods Road w Per­ris w Ka­li­for­nii, na ze­wnątrz wciąż pa­no­wał mrok.

Oba­wia­jące się o swoje ży­cie dwie za­błą­kane dziew­czynki mi­nęły domy są­sia­dów i skrę­ciły w Pre­si­dio Lane. Nie­spo­dzie­wa­nie mała Jo­linda stra­ciła pew­ność sie­bie i nie zna­la­zła w so­bie tyle od­wagi, żeby pójść da­lej. Ucie­kła z po­wro­tem do domu i przez okno wró­ciła do sy­pialni. Jor­dan zo­stała sama.

Od mo­mentu prze­pro­wadzki do Per­ris, trzy i pół roku wcze­śniej, Jor­dan rzadko prze­by­wała na ze­wnątrz i nie znała naj­bliż­szej oko­licy. Wraz z dwa­na­ścior­giem ro­dzeń­stwa przez całe swoje ży­cie była w domu więź­niem. Straż­ni­kami wię­zien­nymi byli dla nich ro­dzice, któ­rzy utrzy­my­wali dys­cy­plinę w domu, sto­su­jąc wo­bec swo­ich „po­ciech” tor­tury i prze­moc.

Dzieci wal­czyły z po­twor­nym gło­dem, po­zwa­lano im na tylko jedną ką­piel w ciągu roku, mu­siały no­sić mie­sią­cami te same cuch­nące ubra­nia. Choć ofi­cjal­nie pod­le­gali do­mo­wemu obo­wiąz­kowi szkol­nemu, wiele spo­śród ro­dzeń­stwa Jor­dan w wieku od dwóch do dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat le­d­wie uzy­skało edu­ka­cję na po­zio­mie pierw­szej klasy pod­sta­wówki i dys­po­no­wało tylko ele­men­tar­nymi umie­jęt­no­ściami.

Jor­dan pla­no­wała swoją ucieczkę od po­nad dwóch lat. Kilka mie­sięcy wcze­śniej Oj­ciec, który pra­co­wał na sta­no­wi­sku in­ży­niera, zo­stał prze­nie­siony do Okla­homy. W stycz­niu 2018 roku ro­dzina była już spa­ko­wana i go­towa do prze­pro­wadzki. Dziew­czyna uznała, że lep­szej oka­zji już nie bę­dzie. W końcu udało się jej zna­leźć nie­zbędny sprzęt do re­ali­za­cji planu: stary, nie­ak­tywny te­le­fon ko­mór­kowy, który kie­dyś dał jej brat. Na­sto­latka usły­szała nie­gdyś o moż­li­wo­ści we­zwa­nia po­mocy z ze­wnątrz. Mo­dliła się, żeby urzą­dze­nie wciąż było w sta­nie na­wią­zać po­łą­cze­nie ze służ­bami ra­tun­ko­wymi.

O 5:51, drżąc ze stra­chu, Jor­dan wy­brała nu­mer 911 i skon­tak­to­wała się ze świa­tem ze­wnętrz­nym.

Po­ło­żone sto dzie­sięć ki­lo­me­trów na po­łu­dniowy wschód od Los An­ge­les mia­steczko Per­ris sły­nie ze swo­jej ro­dzin­nej spo­łecz­no­ści, a także z do­stępu do do­brych szkół i bez­piecz­nych ulic. Muir Wo­ods Road to ulica oto­czona rzę­dami do­mów z wy­pie­lę­gno­wa­nymi traw­ni­kami peł­nymi kra­snali ogro­do­wych. Ich miesz­kańcy wprost puchną z dumy na myśl, że mogą miesz­kać w ta­kim miej­scu.

Nie­ru­cho­mość ozna­czona nu­me­rem 160 nie róż­niła się ab­so­lut­nie ni­czym od po­zo­sta­łych bu­dyn­ków w są­siedz­twie. Był to wów­czas ide­alny dom w no­wej, mod­nej dziel­nicy Mo­nu­ment Park, kiedy Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie wraz z ich dwa­na­ścior­giem dzieci przy­je­chali tam po raz pierw­szy w maju 2014 roku. Byli jedną z pierw­szych ro­dzin, które wpro­wa­dziły się do tej oko­licy.

Przez na­stępne cztery lata Tur­pi­no­wie rzadko wy­cho­dzili z domu, nie li­cząc wy­pa­dów po od­biór poczty z lo­kal­nej skrzynki. Trzy­mali się ra­czej na ubo­czu.

– Nikt nie wie­dział, że mają dwa­na­ścioro dzieci – po­wie­działa Lind­say Ga­tlin miesz­ka­jąca kilka nu­me­rów da­lej. – My­śla­łam, że jedno, góra dwoje.

Pięć­dzie­się­cio­sied­mio­letni Da­vid Tur­pin w isto­cie wy­róż­niał się na tle po­zo­sta­łych miesz­kań­ców ze swo­imi far­bo­wa­nymi blond wło­sami w stylu Ka­pi­tana Kan­ga­roo. Są­sie­dzi wie­dzieli, że pra­co­wał jako in­ży­nier lot­nic­twa w Nor­th­rop Grum­man oraz że za­ra­biał rocz­nie sze­ścio­cy­frową kwotę. Świad­czyła o tym lśniąca flota, skła­da­jąca się z trzech sa­mo­cho­dów i pięt­na­sto­oso­bo­wego busa na pod­jeź­dzie.

Za za­mknię­tymi drzwiami ist­niał jed­nak zu­peł­nie inny świat. Da­vid i jego czter­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­nia żona Lo­uise zmie­nili dom w brudny, cuch­nący loch, w któ­rym prze­trzy­my­wali swoje dzieci. Na­le­gali, żeby zwra­cano się do nich per „Matko” i „Oj­cze”, jak w bi­blij­nych cza­sach.

Dzie­ciom przy­słu­gi­wał je­den po­kój na cztery osoby. Były po­waż­nie nie­do­ży­wione, czę­sto bite i przy­pi­nane łań­cu­chami do me­bli, cza­sami na całe mie­siące. Czyn­no­ści pod­le­ga­jące ka­rze obej­mo­wały my­cie się po­wy­żej nad­garst­ków (tak zwana za­bawa wodą), kra­dzież je­dze­nia, ba­wie­nie się za­baw­kami czy na­wet wy­glą­da­nie na ze­wnątrz przez ża­lu­zje.

Dzieci żyły w świe­cie mroku, śpiąc w trak­cie dnia i czu­wa­jąc w nocy. Ich je­dyny po­si­łek w ciągu dnia był za­wsze taki sam. Skła­dał się z ka­na­pek z ma­słem orze­cho­wym lub kieł­basą oraz bur­rito. Naj­star­sza z ro­dzeń­stwa, do­bie­ga­jąca trzy­dziestki Jen­ni­fer, wa­żyła za­le­d­wie trzy­dzie­ści sześć ki­lo­gra­mów.

Na święta Bo­żego Na­ro­dze­nia dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Jo­shua do­stał nowy te­le­fon ko­mór­kowy, co spra­wiło, że swój stary, już nie­ak­tywny, od­dał swo­jej sio­strze Jor­dan. Przy­ja­ciółka, z którą dziew­czyna roz­ma­wiała przez in­ter­net, po­wie­działa jej, że mimo tego może za­dzwo­nić na nu­mer alar­mowy.

Aby udo­wod­nić okru­cień­stwo, które miało miej­sce w domu, Jor­dan w ta­jem­nicy zro­biła te­le­fo­nem dwa zdję­cia swo­ich młod­szych sio­strzy­czek przy­ku­tych do łó­żek i sie­dzą­cych we wła­snych od­cho­dach. Za­brała rów­nież ka­wa­łek ko­perty z na­dru­ko­wa­nym ad­re­sem ich domu, po­nie­waż go nie znała.

– 911, w czym mogę po­móc? – za­py­tała ope­ra­torka nu­meru alar­mo­wego Kelly Ec­kley.

– Pro­szę po­słu­chać – po­wie­działa Jor­dan, le­d­wie ła­piąc dech z wra­że­nia. – Miesz­kam z pięt­na­sto­oso­bową ro­dziną, a ro­dzice sto­sują wo­bec nas prze­moc. Ro­bią nam krzywdę, a moje dwie młod­sze sio­stry są w tej chwili przy­kute łań­cu­chami. Za­ku­wają nas w nie za każ­dym ra­zem, kiedy za­cho­wamy się nie­wła­ści­wie.

Wy­so­kim gło­sem dziecka Jor­dan opo­wie­działa ko­bie­cie, że nie mo­gła już dłu­żej słu­chać, jak jej sio­strzyczki pła­czą przez całą noc z bólu, cia­sno przy­kute przez ro­dzi­ców do łó­żek.

– Bu­dzą się w nocy, za­czy­nają pła­kać i pro­szą mnie, że­bym ko­goś we­zwała – do­dała. – Chcia­łam za­dzwo­nić do was wszyst­kich i pro­sić o po­moc dla mo­ich sióstr.

Wstrzą­śnięta ope­ra­torka, która za­ło­żyła, że ma na li­nii małe dziecko, za­py­tała ją o na­zwi­sko.

– T-U-R-P-E-N – prze­li­te­ro­wała Jor­dan, po­peł­nia­jąc przy tym błąd.

Za­py­tana o ad­res, dziew­czyna od­czy­tała liczby z za­bra­nego skrawka ko­perty: 925707774, kod pocz­towy oraz trzy­cy­frowy nu­mer ozna­cza­jący ich kon­kretny dom.

Ec­kley za­py­tała ją, czy prze­bywa w po­bliżu domu.

– Chyba tak – od­parła. – Ni­gdy stam­tąd nie wy­cho­dzi­łam. Nie­czę­sto mam taką oka­zję, więc nie wiem nic na te­mat ulic czy cze­go­kol­wiek.

Przez na­stępne dwa­dzie­ścia mi­nut Jor­dan spo­koj­nie opi­sy­wała nie­ludz­kie okru­cień­stwo, któ­rego do­pu­ścili się wzglę­dem nich ro­dzice.

– Mój tata ma chyba broń – po­wie­działa w pew­nym mo­men­cie, do­da­jąc, że jej nie wi­działa, ale sły­szała, jak ro­dzice o niej roz­ma­wiali.

Kiedy ope­ra­torka spy­tała, czy dzieci cho­dzą do szkoły, Jor­dan za­prze­czyła.

– Na­sza matka mówi lu­dziom, że mamy pry­watne na­ucza­nie w domu – wy­ja­śniła. – Ale tak na­prawdę wcale się nie uczymy. Nie skoń­czy­łam pierw­szej klasy, a mam sie­dem­na­ście lat.

Ec­kley za­py­tała, czy w domu są do­stępne ja­kie­kol­wiek me­dy­ka­menty. Jor­dan od­po­wie­działa jej, że nie ma po­ję­cia, co to są me­dy­ka­menty.

Prze­ra­żona tym wszyst­kim, co usły­szała, Ec­kley spy­tała o miej­sce, w któ­rym prze­bywa jej matka, ale Jor­dan wy­ja­śniła, że nie wie zbyt wiele na jej te­mat.

– Ona nas nie lubi – oznaj­miła drżą­cym gło­sem. – W ogóle nie spę­dza z nami czasu. Zaj­muje się tylko sobą. Moja matka je­dy­nie daje nam je­dze­nie, ale ni­gdy nie roz­ma­wiamy.

Po­dała wiek swo­jego ro­dzeń­stwa, do­da­jąc przy tym, że je­dyne dziecko, któ­rym matka się zaj­muje to dwu­latka.

Jor­dan po­wie­działa ope­ra­torce, że w domu jest taki ba­ła­gan, że kiedy się bu­dzi, trudno jest jej od­dy­chać z po­wodu smrodu. Chcąc zła­pać odro­binę świe­żego po­wie­trza, uchyla okno, choć ry­zy­kuje tym po­bi­cie, gdyby zo­stała przy­ła­pana.

– W ogóle się nie ką­piemy – wy­ja­śniła rze­czowo Jor­dan. – Nie wiem, czy nie po­win­ni­śmy pójść do le­ka­rza.

Za­py­tana o to, kiedy ką­pała się po raz ostatni, dziew­czyna za­wa­hała się.

– Ech, nie wiem – od­parła. – Pra­wie rok temu. Cza­sami czuję się taka brudna, że myję twarz i włosy w zle­wie.

Jor­dan wy­ja­śniła ope­ra­torce, że jej ro­dzeń­stwo zo­stało uwię­zione w domu przez Matkę i Ojca.

– Oni nie po­zwa­lają się nam wy­pro­wa­dzić – do­dała. – Nie­któ­rzy z nas są go­towi pod­jąć pracę, ale usły­sze­li­śmy, że nie ma na to żad­nych szans.

Po za­koń­cze­niu roz­mowy na nu­me­rze alar­mo­wym funk­cjo­na­riu­sze z Biura Sze­ryfa w hrab­stwie Ri­ver­side po­spiesz­nie udali się na miej­sce, gdzie cze­kała już na nich po­li­cja z De­par­ta­mentu Po­li­cji w Per­ris.

Kiedy zo­ba­czyli po raz pierw­szy Jor­dan, po­my­śleli, że mają do czy­nie­nia z dzie­się­cio­latką. Na­wet do­świad­czeni stróże prawa byli wstrzą­śnięci, czu­jąc od niej fe­tor i wi­dząc war­stwę czar­nego brudu na jej skó­rze. Kiedy po­ka­zała im zdję­cia z te­le­fonu ko­mór­ko­wego przed­sta­wia­jące jej dwie przy­kute do łó­żek sio­stry, bez wa­ha­nia po­je­chali pro­sto na Muir Wo­ods Road pod nu­mer 160.

Kiedy Lo­uise Tur­pin usły­szała gło­śne pu­ka­nie do drzwi i zo­ba­czyła mi­ga­jące świa­tła po­li­cyj­nych ra­dio­wo­zów, na­tych­miast na­ka­zała roz­kuć obie dziew­czynki. Star­sza sio­stra po­bie­gła do ich sy­pialni, otwo­rzyła kłódki i wrzu­ciła łań­cu­chy do szafy.

Je­de­na­sto­let­nia Ju­lissa, która była przy­kuta do łóżka, po­wie­działa póź­niej śled­czym, że kiedy usły­szała pu­ka­nie i zo­ba­czyła bły­ska­jące świa­tła, na­tych­miast po­my­ślała, że Jor­dan się po­wio­dło i że wkrótce będą wolne.

Kiedy w końcu zo­stały otwarte drzwi wej­ściowe, funk­cjo­na­riu­sze wpa­dli do środka. Odór był przy­tła­cza­jący, w ogóle nie byli przy­go­to­wani na hor­ror, który za­staną we­wnątrz. Je­den z po­li­cjan­tów miał za­ło­żoną ka­merę, którą re­je­stro­wał całą ak­cję.

W jed­nym z po­koi zna­leźli Jo­na­thana Tur­pina, wciąż przy­ku­tego łań­cu­chem. Kiedy go uwol­nili, za­czął się za­cho­wy­wać tak, jakby zu­peł­nie nic się nie wy­da­rzyło. Jego dwie młod­sze sio­stry, które wła­śnie zo­stały uwol­nione, miały na brud­nej skó­rze wy­raźne, białe ślady w miej­scach, gdzie znaj­do­wały się łań­cu­chy.

Po­zo­stała dzie­wiątka, cuch­nąca ludz­kimi od­cho­dami, sie­działa stło­czona w in­nych po­ko­jach. Wszyst­kie dzieci były strasz­li­wie za­nie­dbane, śmier­dzące i wy­cień­czone.

– Było tam nie­zwy­kle brudno – po­twier­dził ka­pi­tan Greg Fel­lows z Biura Sze­ryfa – a wa­runki były nie­ludz­kie.

Całe to za­mie­sza­nie wy­bu­dziło ze snu Ara­celi Olo­za­ga­ste, która miesz­kała po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Wyj­rzała przez za­słony i zo­ba­czyła po­li­cjan­tów wy­pro­wa­dza­ją­cych Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów z ich domu. Jej są­sie­dzi byli za­kuci w kaj­danki. Da­vid wy­krzy­ki­wał coś cha­otycz­nie, a na twa­rzy Lo­uise nie ma­lo­wały się żadne emo­cje.

– Kasz­lała tylko – po­wie­działa Olo­za­ga­ste. – Za­cho­wy­wała się dość dziw­nie, kiedy roz­ma­wiał z nią po­li­cjant. Uśmie­chała się do niego iro­nicz­nie. Po­tem dwu­krot­nie splu­nęła na zie­mię.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

ZIARNO ZŁA

1

KING TUR­PIN

Zgod­nie z pa­nu­jącą w ro­dzi­nie wie­dzą, Da­vid Tur­pin za­du­rzył się po raz pierw­szy w Lo­uise Ro­bi­nette, kiedy miała dzie­sięć lat. On skoń­czył wtedy sie­dem­na­ście. Chu­der­lawy, mie­rzący sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów chło­pak oka­zy­wał nie­śmia­łej dziew­czy­nie spore za­in­te­re­so­wa­nie. Ich za­loty spro­wa­dzały się do po­ta­jem­nego trzy­ma­nia się za ręce pod­czas burz­li­wych mszy zie­lo­no­świąt­kow­ców w Ko­ściele Bo­żym w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej, w któ­rych uczest­ni­czyły ich ro­dziny.

Dwa lata póź­niej drobna siód­mo­kla­sistka oznaj­miła swo­jej babce, że pew­nego dnia wyj­dzie za Da­vida i że uro­dzi mu dwa­na­ścioro dzieci.

Nie­mal pół wieku wcze­śniej dzia­dek Da­vida, wie­lebny King Tur­pin Ju­nior, rów­nież za­ko­chał się w szes­na­sto­latce, od któ­rej był nie­mal dwu­krot­nie star­szy. Za­le­d­wie dwa mie­siące po tym jak Nel­lie, po­słuszna i obo­wiąz­kowa matka jego ośmiorga po­tom­ków, zmarła w trak­cie po­rodu bliź­niąt, Tur­pin oże­nił się z opie­kunką ich dzieci, Ber­thą Lee Church.

Dzień po Bo­żym Na­ro­dze­niu w 1932 roku cha­ry­zma­tyczny pa­stor zie­lo­no­świąt­kow­ców za­warł umowę z oj­cem opie­kunki: po­sta­no­wił za­mie­nić Ber­thę na jego no­wego Stu­de­ba­kera Big Six.

– Oj­ciec wy­mie­nił mnie na sa­mo­chód – przy­znała po la­tach. – King po­wie­dział, że gdyby nie dał mo­jemu ojcu auta, nie miałby mnie.

W ciągu na­stęp­nych osiem­na­stu lat Ber­tha uro­dziła mu jesz­cze je­de­na­ścioro dzieci. Łącz­nie było ich więc dzie­więt­na­ścioro, choć pię­cioro zmarło w okre­sie nie­mow­lę­cym.

Nie­wielki fi­zycz­nie wie­lebny King Tur­pin Ju­nior był nie­zwy­kłą ikoną fa­mi­lii Tur­pi­nów. Star­szy brat Da­vida, wie­lebny Ran­dolph „Randy” Tur­pin, był ro­dzin­nym ge­ne­alo­giem, który w 2010 roku na­pi­sał i sa­mo­dziel­nie wy­dał bio­gra­fię ich dziadka A Man Cal­led King. Miała ona stać się in­spi­ra­cją dla wszyst­kich przy­szłych po­ko­leń Tur­pi­nów.

Uro­dzony w 1903 roku w Chat­ta­no­oga w sta­nie Ten­nes­see „Lit­tle King”, jak go na­zy­wano, do­ra­stał w ubo­gim domu, w któ­rym nie stro­niono od prze­mocy. Jego by­stry oj­ciec King Tur­pin Se­nior utrzy­my­wał su­rową dys­cy­plinę i wpa­dał we wście­kłość w re­ak­cji na naj­mniej­szą pro­wo­ka­cję. Ga­niał psot­nego chło­paka i jego młod­szą sio­strę Min­nie wo­kół domu, wy­ma­chu­jąc roz­grza­nym do bia­ło­ści po­grze­ba­czem lub rzu­ca­jąc w nich ka­mie­niami. Kiedy uda­wało mu się ich zła­pać, sto­so­wał wo­bec nich bru­talne kary.

Pew­nego razu uka­rał ich, za­bie­ra­jąc im je­dyną parę bu­tów i tym sa­mym zmu­sza­jąc dzieci do cho­dze­nia na boso po wiej­skiej oko­licy. W nie­dziele od­da­wał im je na czas mszy, by unik­nąć plo­tek wśród są­sia­dów. Jed­nak tuż po po­wro­cie do domu kon­fi­sko­wał je po­now­nie na cały ty­dzień, tłu­ma­cząc, że mogą od­zy­skać obu­wie wtedy, kiedy na­uczą się po­słu­szeń­stwa.

King Tur­pin Se­nior czę­sto zo­sta­wiał dwoje swo­ich dzieci w domu na całe ty­go­dnie, pod­czas gdy on wa­łę­sał się po ca­łym Ten­nes­see, ima­jąc się róż­nych za­jęć, żeby za­ro­bić na ży­cie.

– Ży­li­śmy prak­tycz­nie sami – stwier­dziła wiele lat póź­niej Min­nie. – Ja­koś uda­wało się nam prze­trwać, ale było to bar­dzo cięż­kie ży­cie.

Po jed­nym z wy­jąt­kowo do­tkli­wych po­bić Lit­tle King i Min­nie ucie­kli od agre­syw­nego ojca. Pod dach przy­jął ich przy­ja­ciel ro­dziny, który nie­długo póź­niej za­dzwo­nił do Kinga Se­niora, żeby mógł ode­brać swoje dzieci.

W 1915 roku, kiedy Lit­tle King skoń­czył dwa­na­ście lat, do­szło do in­ter­wen­cji ze strony opieki spo­łecz­nej stanu Ten­nes­see. Pra­cow­nicy tej in­sty­tu­cji za­stali dwoje dzieci Tur­pina mocno za­nie­dba­nych, w związku z czym za­pa­dła de­cy­zja o umiesz­cze­niu ich w od­dziel­nych sie­ro­ciń­cach w Chat­ta­no­oga. Lit­tle Kinga wkrótce prze­ka­zano pod opiekę wuja, jed­nak Min­nie nie miała tyle szczę­ścia. Spę­dziła w sie­ro­cińcu dwa lata, po czym tra­fiła do in­nego bli­skiego członka ro­dziny i za­szła w ciążę w wieku trzy­na­stu lat.

Po ukoń­cze­niu osiem­na­stego roku ży­cia King Tur­pin Ju­nior prze­pro­wa­dził się do Kno­xville, gdzie zna­lazł pracę na plan­ta­cji ba­wełny. W sierp­niu 1921 roku oże­nił się z Nel­lie Griggs, która wkrótce uro­dziła mu córkę Agnes. King Ju­nior prze­niósł się z całą ro­dziną do Lynch w sta­nie Ken­tucky i prze­bran­żo­wił się na gór­nika. Nie­długo póź­niej Agnes zmarła nie­spo­dzie­wa­nie, po­ły­ka­jąc przez przy­pa­dek kar­bid, któ­rego jej oj­ciec uży­wał jako pa­liwa do swo­jej gór­ni­czej lampki na ka­sku.

Jak głosi ro­dzinna le­genda, King Tur­pin Ju­nior w cu­downy spo­sób do­łą­czył do wy­znaw­ców Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­ko­wego, co miało miej­sce w trak­cie spo­tka­nia mo­dli­tew­nego w Lynch. Usły­szał na­gle do­no­śny głos z nie­bios, który za­wo­łał: „Nad­cho­dzi! Nad­cho­dzi! Nad­cho­dzi!”.

– W tym mo­men­cie – jak wy­znał jego wnuk Randy – moc Du­cha Świę­tego spły­nęła na niego od stóp do głów, dzięki czemu za­czął mó­wić róż­nymi ję­zy­kami.

Po owym ob­ja­wie­niu King Ju­nior zo­stał la­ic­kim ka­zno­dzieją, który scho­dził w głąb ko­palni w to­wa­rzy­stwie Nel­lie i swo­jego banjo, by gło­sić prawdę ewan­ge­lii zie­lo­no­świąt­ko­wej.

Para do­cze­kała się jesz­cze dwóch sy­nów, Ja­mesa Jack­sona i Ro­berta, któ­rzy uro­dzili się rok po roku. W 1927 roku Nel­lie uro­dziła Kin­gowi czwarte dziecko, Wil­liego, który dwa­na­ście mie­sięcy póź­niej zmarł na za­pa­le­nie żo­łąd­ko­wo­je­li­towe. Na świa­dec­twie śmierci dziecka le­karz za­mie­ścił na­stę­pu­jącą ad­no­ta­cję: „Ro­dzice ni­gdy nie po­da­wali dziecku żad­nych le­ków, po­nie­waż wie­rzyli w siłę bo­skiego uzdro­wie­nia”.

King Ju­nior za­brał swoją cią­gle ro­snącą ro­dzinę do Ari­zony, gdzie zo­stał pa­sto­rem Ko­ścioła Bo­żego, ra­dy­kal­nej sekty zie­lo­no­świąt­kow­ców, która wie­rzy, że Bi­blia jest bez­po­śred­nim za­pi­sem słów Boga. Wy­znawcy tejże in­sty­tu­cji, za­ło­żo­nej w 1886 roku, wie­rzyli w chrzest od Du­cha Świę­tego, który ma­ni­fe­sto­wał się umie­jęt­no­ścią mó­wie­nia w wielu ję­zy­kach. King Ju­nior czę­sto re­zy­gno­wał z pro­wa­dze­nia na­bo­żeństw po an­giel­sku, wie­rząc, że robi to dzięki na­masz­cze­niu przez Du­cha Świę­tego.

– Dar ję­zy­ków i dar tłu­ma­cze­nia były czę­sto ma­ni­fe­sto­wane – po­wie­dział Randy, który zo­stał wy­świę­cony na bi­skupa w Ko­ściele Bo­żym.

W swo­jej książce Randy wspo­mina wcze­sne na­bo­żeń­stwa ko­ścielne, w trak­cie któ­rych jego dzia­dek mó­wił w da­nym ję­zyku, a na­stęp­nie prze­cho­dził na zu­peł­nie inny, po czym tłu­ma­czył oba na an­giel­ski. Je­den z po­li­glo­tów na­le­żą­cych do kon­gre­ga­cji wstał i oświad­czył, że wie­lebny Tur­pin do­sko­nale po­słu­guje się hisz­pań­skim i greką, ję­zy­kami, któ­rych aku­rat nie znał.

W 1932 roku wie­lebny King Tur­pin Ju­nior znów prze­pro­wa­dził się ze swoją liczną ro­dziną. Tym ra­zem o trzy ty­siące dwie­ście ki­lo­me­trów na wschód, do Rock Ho­use Mo­un­tain w po­łu­dnio­wej czę­ści Wir­gi­nii Za­chod­niej. Nie­długo po przy­by­ciu na miej­sce Nel­lie zmarła w po­łogu, a Tur­pin bez­zwłocz­nie po­ślu­bił szes­na­sto­let­nią Ber­thę Lee Church.

Trzy­na­ście mie­sięcy póź­niej nowa żona uro­dziła mu syna, Ja­mesa „Jima” Ran­dol­pha Tur­pina – ojca Da­vida i Randy’ego.

W ciągu kilku ko­lej­nych lat King Ju­nior prze­no­sił się z ro­dziną do róż­nych miejsc w Wir­gi­nii Za­chod­niej, da­lej pro­wa­dził na­bo­żeń­stwa w wielu Ko­ścio­łach zie­lo­no­świąt­ko­wych i pra­co­wał jako gór­nik. W swoim domu w McDo­well urzą­dził coś na kształt do­mo­wej ka­plicy, do któ­rej za­pra­szał na spo­tka­nia mo­dli­tewne wszyst­kich są­sia­dów.

– Wszy­scy klę­kali, by się po­mo­dlić – na­pi­sał Randy w swo­jej bio­gra­fii. – King i Ber­tha bar­dzo czę­sto mó­wili w róż­nych ję­zy­kach, tłu­ma­czyli je, a pro­roc­twa… de­mon­stra­cje bo­skiej mocy sta­no­wiły część ich co­dzien­nego ży­cia.

Jim Tur­pin wy­cho­wał się w oto­cze­niu wy­znaw­ców re­li­gii zie­lo­no­świąt­ko­wej, którą prak­ty­kuje do dziś.

– Jak tylko się­gam pa­mię­cią – po­wie­dział – za­wsze ko­cha­łem Je­zusa.

Przez całe swoje dzie­ciń­stwo Jim brał udział w na­bo­żeń­stwach or­ga­ni­zo­wa­nych przez swo­ich ro­dzi­ców. W wieku dwu­dzie­stu lat usły­szał, jak jego oj­ciec wy­gła­sza wia­do­mość w róż­nych ję­zy­kach. Za­raz po tym do­dał tłu­ma­cze­nie wraz ze spe­cjal­nym prze­ka­zem dla Jima: „Wkrótce uj­rzysz wspa­nia­łość bo­skich osią­gnięć”.

Nie­długo po­tem ewan­ge­li­sta Ko­ścioła Bo­żego zor­ga­ni­zo­wał se­rię se­sji od­nowy re­li­gij­nej w na­mio­tach roz­sta­wio­nych w ca­łej oko­licy. King i Ber­tha za­brali Jima na jedną z nich.

– Ogło­szono we­zwa­nie oł­ta­rzowe – na­pi­sał Randy – a Jim na­tych­miast za­re­ago­wał. Po­czuł w so­bie bo­skiego du­cha. Wie­dział w tam­tej chwili, że zo­stał wy­ba­wiony. To wła­śnie dzięki mo­dli­twom Kinga i Ber­thy oca­lały wszyst­kie ich dzieci.

W czerwcu 1955 roku Jim po­brał się z sie­dem­na­sto­let­nią Betty Jean Rose, z którą za­miesz­kał w skrom­nym domu przy New Hope Road w Prin­ce­ton w Wir­gi­nii Za­chod­niej. To nie­wiel­kie mia­steczko, po­ło­żone głę­boko w sercu wiej­skiej czę­ści Ap­pa­la­chów, miało za­le­d­wie 6400 miesz­kań­ców i zwane było „Klej­no­tem Po­łu­dnia”. Pod ko­niec XIX wieku roz­wój gór­nic­twa wę­gla i nowo wy­bu­do­wa­nych ko­lei po­zwo­lił na stwo­rze­nie no­wej, lu­kra­tyw­nej branży prze­my­słu, która za­pew­niła bo­gac­two Prin­ce­ton.

– Prin­ce­ton wznie­siono dzięki oko­licz­nym bran­żom wy­do­byw­czej i ko­le­jo­wej – wy­ja­śnił Greg Jor­dan, dzien­ni­karz z „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”. – To je­den z ob­sza­rów, w któ­rych po­ważną dzia­łal­ność roz­po­częło wiele spółek wy­do­byw­czych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

W maju 1958 roku Ji­mowi i Betty Jean uro­dził się chło­piec, któ­remu dali na imię Ja­mes Ran­dolph, ale zwra­cali się do niego wy­łącz­nie „Randy”. Trzy lata póź­niej, 17 paź­dzier­nika 1961 roku, na świat przy­szło ich dru­gie i ostat­nie już dziecko, Da­vid Al­len.

Każ­dego lata Da­vid i Randy od­wie­dzali swo­ich dziad­ków w Ohio, gdzie miesz­kają do dziś. Wie­lebny King Tur­pin Ju­nior ode­grał ważną rolę we wcze­snym ży­ciu Da­vida i Randy’ego, za­szcze­pia­jąc w nich mi­łość do Ko­ścioła zie­lo­no­świąt­ko­wego i jego nauk.

– King ofe­ro­wał nam znacz­nie wię­cej niż tylko za­bawę – wspo­mniał Randy. – Znaj­do­wał czas, żeby prze­ka­zy­wać nam du­chowe dary. Nie­kiedy w jego oczach lśniły łzy, jego twarz pro­mie­niała i wtedy mó­wił w róż­nych ję­zy­kach.

Pod­czas dłu­gich let­nich wie­czo­rów sta­rze­jący się ka­zno­dzieja śpie­wał im pio­senki, któ­rych na­uczył się w la­tach dwu­dzie­stych, brzdą­ka­jąc przy tym na banjo. Jed­nym z ulu­bio­nych utwo­rów Da­vida był Long Boy.

– Pa­mię­tam, że na­zy­wał mnie cza­sami „dłu­gim, wy­so­kim wnu­kiem” – po­wie­dział Randy. – Mam mnó­stwo wspa­nia­łych wspo­mnień zwią­za­nych z dziad­kiem.

Pew­nego lata dziad­ko­wie Da­vida prze­nie­śli się do jego domu w Prin­ce­ton. Ber­tha prze­cho­dziła w tym cza­sie dwie ope­ra­cje bio­dra w po­bli­skim szpi­talu. W trak­cie swo­jego dłu­giego po­bytu King Ju­nior ka­zał dwóm mło­dym wnu­kom na­uczyć się na pa­mięć swo­ich ulu­bio­nych frag­men­tów z Bi­blii, a na­stęp­nie je przed nim re­cy­to­wać.

Każ­dej nie­dzieli ro­dzina Tur­pi­nów cho­dziła do Ko­ścioła Bo­żego przy Oli­ver Ave­nue w Prin­ce­ton, gdzie za­przy­jaź­nili się z Al­le­nem „Wayne’em” Ro­bi­net­tem, jego żoną Phyl­lis oraz trzema cór­kami: Lo­uise, Eli­za­beth i Te­resą.

– By­li­śmy wielką, ko­ścielną ro­dziną – po­wie­działa Te­resa. – Mój tata był pa­sto­rem i wszy­scy do­ra­sta­li­śmy tam ra­zem. Lo­uise i Da­vid znali się za­tem przez całe swoje ży­cie.

2

ON JEST TAKI PRZE­RA­ŻA­JĄCY

Ro­dzina Lo­uise Ro­bi­nette miesz­kała w Pri­n2ce­ton od po­nad stu lat. Jej dzia­dek od strony matki, John Tho­mas Tay­lor, był wy­soce od­zna­czo­nym we­te­ra­nem wo­jen­nym, który słu­żył w Eu­ro­pie i Afryce. Jako strze­lec pierw­szej klasy w Trze­ciej Dy­wi­zji Pan­cer­nej U.S. Army otrzy­mał Srebrną Gwiazdę, pięć Brą­zo­wych Gwiazd, Pur­pu­rowe Serce oraz Me­dal za Do­bre Za­cho­wa­nie.

W grud­niu 1945 roku przy­stojny dwu­dzie­sto­jed­no­la­tek wró­cił do Prin­ce­ton jako bo­ha­ter wo­jenny. Nie­długo póź­niej zo­stał gór­ni­kiem, ale oka­zał się na tyle am­bitny, że po­sta­no­wił nie zo­sta­wać zbyt długo pod zie­mią. Tay­lor na­le­żał do Ko­ścioła Bo­żego i słu­żył jako jego ka­pe­lan w trak­cie woj­sko­wych po­grze­bów. To wła­śnie dzięki ko­ścio­łowi po­znał i wkrótce po­ślu­bił Mary Lo­uise Har­mon, córkę pa­stora zie­lo­no­świąt­ko­wego. Para do­cze­kała się czworga dzieci: Eu­gene’a, Glenna, Phy­lis i Ja­mesa.

Sze­roki, lśniący uśmiech Johna Tay­lora krył jed­nak bez­względną am­bi­cję. Ko­rzy­sta­jąc ze swo­ich he­ro­icz­nych, wo­jen­nych do­ko­nań, zo­stał wkrótce wpły­wo­wym gra­czem w świe­cie po­li­tyki w Prin­ce­ton jako lob­by­sta sto­wa­rzy­sze­nia we­te­ra­nów pod na­zwą Ame­ri­can Le­gion. W krót­kim cza­sie zgro­ma­dził for­tunę, po­ma­ga­jąc de­we­lo­pe­rom oba­lić nowo usta­no­wiony pro­gram za­kwa­te­ro­wa­nia za­stęp­czego dla we­te­ra­nów.

W 1945 roku Stany Zjed­no­czone do­świad­czyły po­waż­nego nie­do­boru na rynku miesz­ka­nio­wym na sku­tek dra­stycz­nego ogra­ni­cze­nia liczby bu­do­wa­nych nie­ru­cho­mo­ści. Po­wra­ca­jący z wojny we­te­rani od­czuli to naj­moc­niej, a za­kup no­wych do­mów nie wcho­dził w ra­chubę.

Aby roz­wią­zać ten pro­blem, pre­zy­dent Harry S. Tru­man mia­no­wał Wil­sona W. Wy­atta, by­łego bur­mi­strza Lo­uisville w sta­nie Ken­tucky, na nowo utwo­rzone sta­no­wi­sko fe­de­ral­nego ko­or­dy­na­tora do spraw miesz­kal­nic­twa. Ce­lem było za­pew­nie­nie wszyst­kim we­te­ra­nom przy­stęp­nych ce­nowo do­mów. Wy­att pla­no­wał także wpro­wa­dzić dla po­wra­ca­ją­cych we­te­ra­nów pre­fe­ren­cyjne stawki, dzięki któ­rym mo­gliby wró­cić do nor­mal­nego ży­cia.

– Nie mo­żemy wi­tać na­szych we­te­ra­nów na ame­ry­kań­skiej ziemi szcząt­kowo opra­co­wa­nym pro­gra­mem miesz­ka­nio­wym – wy­ja­śnił Wy­att. – Na tę chwilę nie po­zo­staje nic prócz zni­we­czo­nych na­dziei bez­dom­nych bo­ha­te­rów wo­jen­nych.

Jed­nakże roz­wi­ja­ją­cemu się spraw­nie pla­nowi sprze­ci­wiła się branża de­we­lo­per­ska, po­nie­waż uciął ich zy­ski. W hrab­stwie Mer­cer John Tay­lor wal­czył za­cie­kle, po­nie­waż stał się cał­ko­wi­cie lo­jalny wo­bec ma­gna­tów rynku miesz­ka­nio­wego.

Pod ko­niec stycz­nia 1949 roku zna­lazł się na okładce „Blu­efield Da­ily Te­le­graph” po tym, jak wy­rzu­cił siłą przed­sta­wi­ciela Ve­te­rans of Fo­re­ign Wars* ze spo­tka­nia Ame­ri­can Le­gion w ho­telu Sta­tler w Blu­efield.

„Wszyst­kie or­ga­ni­za­cje we­te­ra­nów po­winny in­te­re­so­wać się pro­ble­mem miesz­ka­nio­wym”, na­pi­sano w ar­ty­kule. „Po­ja­wiła się jed­nak ostat­nio in­te­re­su­jąca in­for­ma­cja na te­mat Ame­ri­can Le­gion. Lob­by­sta or­ga­ni­za­cji John Tho­mas Tay­lor wy­rzu­cił ze spo­tka­nia przed­sta­wi­ciela Ve­te­ran of Fo­re­ign Wars (VFW)”.

W trak­cie zgro­ma­dze­nia Tay­lo­rowi pu­ściły nerwy, kiedy przed­sta­wi­ciel VFW wstał, by wy­gło­sić prze­mó­wie­nie na te­mat no­wej fe­de­ral­nej po­li­tyki miesz­kal­nic­twa dla we­te­ra­nów.

„John Tho­mas Tay­lor wska­zy­wał go pal­cem i wy­krzy­ki­wał coś emo­cjo­nal­nie. »Wy­rzu­cić go stąd!«, za­wo­łał”.

Inny przed­sta­wi­ciel Le­gionu pró­bo­wał go uspo­koić.

„»Nic mnie to nie ob­cho­dzi!«, krzy­czał. »To ja pro­wa­dzę to zgro­ma­dze­nie i ży­czę so­bie, żeby go stąd wy­rzu­cono!«”.

Przed­sta­wi­ciel VFW opu­ścił salę, a spo­tka­nie kon­ty­nu­owano za za­mknię­tymi drzwiami w obec­no­ści kilku wpły­wo­wych lob­by­stów po­wią­za­nych z nie­ru­cho­mo­ściami, ta­kich jak pre­zes Kra­jo­wego Sto­wa­rzy­sze­nia Bu­dow­ni­czych Do­mów.

„Le­gion od dawna oskar­żano o bli­ską współ­pracę z ludźmi od nie­ru­cho­mo­ści. Szcze­gól­nie gdy w grę wcho­dzi sa­bo­to­wa­nie da­le­ko­wzrocz­nego pro­gramu miesz­ka­nio­wego Wil­sona Wy­atta”.

Kilka mie­sięcy póź­niej wpły­wowe lobby miesz­ka­niowe wy­mu­siło za­wie­sze­nie pro­gramu re­gu­la­cji ce­no­wej nie­ru­cho­mo­ści, a Wil­son Wy­att ustą­pił ze sta­no­wi­ska.

W ciągu kilku ko­lej­nych lat John Tay­lor bu­do­wał domy i par­kingi w ca­łym re­jo­nie Prin­ce­ton. Otwo­rzył pierw­szą sta­cję ben­zy­nową Shella w hrab­stwie Mer­cer, co było god­nym uwagi suk­ce­sem.

– Był bar­dzo za­możny – po­wie­działa jego wnuczka Eli­za­beth Ro­bi­nette Flo­res. – Wła­snymi rę­kami zbu­do­wał swój dom i sta­cję Shella.

Jego sta­cja pa­liw na Athens Road stała się zna­nym punk­tem orien­ta­cyj­nym i je­dy­nym miej­scem, w któ­rym w pro­mie­niu wielu ki­lo­me­trów można było za­tan­ko­wać sa­mo­chód. Tay­lor był bar­dzo dumny, że oso­bi­ście ob­słu­gi­wał swo­ich klien­tów.

– Biz­nes krę­cił się fan­ta­stycz­nie – stwier­dziła Lois Mil­ler, która jako mała dziew­czynka to­wa­rzy­szyła matce i ciotce pod­czas tan­ko­wa­nia pa­liwa. – Kiedy pod­jeż­dżało się na sta­no­wi­sko, John Tay­lor czy­ścił ci szyby, a kiedy do zbior­nika pły­nęło pa­liwo, spraw­dzał jesz­cze po­ziom oleju. Pa­mię­tam, że pła­ci­ły­śmy tam dzie­więt­na­ście cen­tów za ga­lon.

Po­wszech­nie było wia­domo jed­nak, że Tay­lor był lu­bież­ni­kiem.

– On był bar­dzo prze­ra­ża­jący – przy­znała Mil­ler, która pro­wa­dzi obec­nie To­wa­rzy­stwo Hi­sto­ryczne Hrab­stwa Mer­cer. – Kiedy pła­ci­łam, ba­wił się moją dło­nią. Po­cie­rał ją i pa­trzył w dziwny spo­sób, kiedy pró­bo­wa­łam się wy­co­fać.

Pod­czas każ­dej wi­zyty na sta­cji Shella matka Mil­ler da­wała córce pie­nią­dze dla Tay­lora.

– To samo przy­da­rzyło się mo­jej ciotce, kiedy pła­ciła za pa­liwo. Ale można je było ku­pić tylko tam, nie mie­li­śmy więc żad­nego wy­boru.

Kilka lat póź­niej przy­ja­ciółka Lois pod­jęła let­nią pracę na na­le­żą­cej do Tay­lora sta­cji Shella.

– Przy­znała się, że mo­le­sto­wał ją w pracy – po­wie­działa Mil­ler. – Stwier­dziła: „Nie chcę na­wet o nim roz­ma­wiać. On jest taki prze­ra­ża­jący!”.

W po­nie­dzia­łek 3 stycz­nia 1966 roku Jo­seph Ma­xfield roz­ła­do­wy­wał pa­liwo na sta­cji Shella. Wy­buchł po­żar, w wy­niku któ­rego zmie­nił się on w pło­nącą po­chod­nię. Trzy­dzie­sto­ośmio­letni kie­rowca cy­sterny do­znał po­pa­rzeń pierw­szego, dru­giego i trze­ciego stop­nia na po­nad 85 pro­cen­tach po­wierzchni ciała. W kry­tycz­nym sta­nie prze­wie­ziono go do szpi­tala Prin­ce­ton Me­mo­rial.

Hi­sto­ria tra­fiła na pierw­szą stronę „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”, a John Tay­lor, ów­cze­śnie czter­dzie­sto­dwu­letni, po­wie­dział dzien­ni­ka­rzowi, że do­stawca roz­ła­do­wy­wał pa­liwo przez mniej wię­cej dwa­dzie­ścia mi­nut, po czym zro­bił so­bie prze­rwę, praw­do­po­dob­nie na pa­pie­rosa.

„Tay­lor oświad­czył, że pło­mie­nie bu­chały na wy­so­kość od sze­ściu do dzie­wię­ciu me­trów z otwar­tego otworu pro­wa­dzą­cego do pod­ziem­nych zbior­ni­ków sta­cji”, na­pi­sano w ar­ty­kule. „Nie po­tra­fił wy­ja­śnić przy­czyny po­żaru, ale wy­snuł teo­rię o za­pło­nie opa­rów wo­kół cię­ża­rówki”.

Tay­lor wy­ja­śnił, że w prze­ci­wień­stwie do po­szko­do­wa­nego kie­rowcy ani on, ani jego pra­cow­nicy nie pa­lili pa­pie­ro­sów.

Kilka dni póź­niej Jo­seph Ma­xfield, żo­naty męż­czy­zna z czwórką dzieci, zmarł w szpi­talu Prin­ce­ton Me­mo­rial z po­wodu od­nie­sio­nych ob­ra­żeń.

Dla świata ze­wnętrz­nego John Tay­lor był do­brym, po­boż­nym fi­la­rem spo­łecz­no­ści Prin­ce­ton. Za za­mknię­tymi drzwiami mo­le­sto­wał jed­nak swoją córkę Phyl­lis. Była to mroczna, ro­dzinna ta­jem­nica, która miała po­zo­stać ukryta przez ko­lej­nych sześć­dzie­siąt pięć lat.

Przez całe swoje dzie­ciń­stwo Phyl­lis Tay­lor była wy­ko­rzy­sty­wana sek­su­al­nie przez ojca i nie mo­gła ni­komu o tym po­wie­dzieć. Matka nie miała po­ję­cia, co się wo­kół niej działo. Młoda dziew­czyna czuła się uwię­ziona w ro­dzin­nym domu i roz­pacz­li­wie szu­kała drogi ucieczki.

W wieku sie­dem­na­stu lat Phyl­lis za­częła się spo­ty­kać z Al­le­nem „Wayne’em” Ro­bi­net­tem, ko­ści­stym dzie­więt­na­sto­lat­kiem, który ukoń­czył nie­dawno szkołę śred­nią w Prin­ce­ton. Uta­len­to­wany ma­te­ma­tycz­nie Ro­bi­nette, który wy­cho­wał się na osie­dlu przy­czep miesz­kal­nych Green Val­ley i pra­co­wał jako la­icki pa­stor, ob­no­sił się z krótko ostrzy­żoną głową i no­sił modne, ro­gowe oku­lary. Był to wy­jąt­kowo burz­liwy ro­mans. Po­pro­szona o rękę Phyl­lis zgo­dziła się bez wa­ha­nia.

20 lipca 1967 roku młoda para zło­żyła wnio­sek o za­war­cie mał­żeń­stwa w są­dzie hrab­stwa Mer­cer. Dzie­więć dni póź­niej po­brali się w trak­cie tra­dy­cyj­nej po­dwój­nej ce­re­mo­nii w Ko­ściele Bo­żym w Prin­ce­ton, do któ­rego re­gu­lar­nie cho­dzili i w któ­rym Al­len oka­zjo­nal­nie wy­gła­szał ka­za­nia.

John Tay­lor z dumą po­pro­wa­dził swoją córkę do oł­ta­rza. Atrak­cyjna, brą­zo­wo­włosa panna młoda miała na so­bie się­ga­jącą pod­łogi białą suk­nię z sa­tyny, wzbo­ga­coną o de­li­katne ko­ron­kowe wstawki na gor­se­cie i tre­nie. Ca­łość uzu­peł­niały biały, kwia­towy we­lon z opa­da­jącą ka­ska­dowo wo­alką oraz wią­zankę z mar­ga­re­tek. Pan młody za­ło­żył czarny gar­ni­tur i kra­wat w pa­ski z białą, ró­żaną bu­to­nierką.

Po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii go­ście udali się na przy­ję­cie do domu Johna Tay­lora, gdzie cze­kał na nich trzy­po­zio­mowy tort ślubny ozdo­biony na szczy­cie parą la­le­czek. Re­la­cja ze ślubu je­dy­nej córki za­moż­nego męż­czy­zny tra­fiła na stronę we­selną „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”.

Do­kład­nie dzie­więć mie­sięcy póź­niej, 24 maja 1968 roku, Phyl­lis i Al­le­nowi uro­dziła się córka, któ­rej po babce nadali imię Lo­uise Ann. Che­ru­bi­nowe ma­leń­stwo ochrzczono w Ko­ściele Bo­żym.

* Or­ga­ni­za­cja we­te­ra­nów wo­jen­nych Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rzy w ra­mach służby woj­sko­wej brali udział w woj­nach, kam­pa­niach i eks­pe­dy­cjach na ob­cych lą­dach, wo­dach lub w prze­strzeni po­wietrz­nej (przyp. tłum.).

3

HO­NO­ROWY STU­DENT

W 1974 roku trzy­na­sto­letni Da­vid Tur­pin roz­po­czął na­ukę w gim­na­zjum Glen­wood po­ło­żo­nym za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od domu. W kla­sie Da­vida uczył się nie­jaki Mike Gil­bert. Chłopcy przy­jaź­nili się przez pięć na­stęp­nych lat.

– Na­sze gim­na­zjum było na­prawdę małe – po­wie­dział Gil­bert. – Wszy­scy się więc do­brze znali. Da­vid był bar­dzo in­te­li­gentny, ale jed­no­cze­śnie dość za­mknięty w so­bie. Ty­powy ku­jon, który za­wsze do­sta­wał w szkole do­bre oceny.

Na­wet jako na­sto­la­tek Da­vid wy­róż­niał się na tle po­zo­sta­łych chłop­ców. Mie­rząc pra­wie sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów, gó­ro­wał nad więk­szo­ścią ko­le­gów z klasy i za­wsze ubie­rał się w nie­zwy­kle kon­ser­wa­tywny spo­sób.

– Miał krótko przy­cięte włosy i przez więk­szość czasu w gim­na­zjum no­sił ele­ganc­kie ubra­nia – wspo­mi­nał Gil­bert. – Pod­czas róż­nych szkol­nych wy­da­rzeń za­kła­dał na­wet mu­chę, a mó­wimy o la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, kiedy wszy­scy mieli dłu­gie włosy i cho­dzili w dzwo­nach. Da­vid nie był taki, jak wszy­scy.

Dwóch za­przy­jaź­nio­nych dzie­wię­cio­kla­si­stów po­łą­czyło wkrótce za­mi­ło­wa­nie do sza­chów, na punk­cie któ­rych Da­vid miał praw­dziwą ob­se­sję. Kiedy na­uczy­ciel od­wra­cał wzrok, uczył Gil­berta za­sad gry.

– Wie­dział już, jak grać w sza­chy i po­tra­fił mnie po­ko­nać w trzech ru­chach – przy­znał Gil­bert. – Ale cze­goś w końcu mnie na­uczył i od tam­tej pory już nikt ni­gdy nie wy­grał ze mną w tak krót­kim cza­sie.

27 li­sto­pada 1977 roku, w wieku sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech lat, wie­lebny King Tur­pin Ju­nior zmarł w szpi­talu we Fre­mont w sta­nie Ohio. Ze względu na po­gar­sza­jący się stan zdro­wia prze­by­wał w nim przez kilka ostat­nich ty­go­dni swo­jego ży­cia. Do­pa­dły go wszyst­kie lata spę­dzone w ko­pal­niach.

– Do ciała dziadka były wbite rurki – na­pi­sał Randy, który od­wie­dził go na kilka dni przed śmier­cią – włącz­nie z ta­kimi od tlenu w noz­drzach. Dzia­dek wal­czył o każdy od­dech.

Da­vid zło­żył póź­niej hołd dziad­kowi w bio­gra­fii na­pi­sa­nej przez brata.

– Pa­mię­tam przede wszyst­kim, jak się uśmie­chał, dow­cip­ko­wał… na­prawdę faj­nie było prze­by­wać w jego to­wa­rzy­stwie – na­pi­sał. – Jego śmierć była dla nas dużą stratą.

W 1976 roku Da­vid po­szedł w ślady Randy’ego i wy­brał li­ceum w Prin­ce­ton, gdzie jego re­la­cja z Mi­kiem Gil­ber­tem za­częła się roz­pa­dać.

– Zna­lazł so­bie grupę przy­ja­ciół – po­wie­dział Gil­bert. – Kiedy do­sta­li­śmy się do li­ceum, tro­chę zdzi­czał i za­czął no­sić gra­na­towe dżinsy.

W rocz­ni­kach li­ceum w Prin­ce­ton można zna­leźć wiele fo­to­gra­fii przed­sta­wia­ją­cych osią­gnię­cia Da­vida w róż­nych klu­bach na prze­strzeni lat. Na gru­po­wym zdję­ciu z pik­niku bi­blij­nego z 1976 roku wi­dać pięt­na­sto­let­niego Da­vida z nową grzywką w stylu księ­cia Va­lianta, zer­ka­ją­cego w obiek­tyw z chy­trym uśmiesz­kiem.

Rok póź­niej Da­vid był już skarb­ni­kiem klubu i na zdję­ciu z rocz­nika sie­dział przed po­zo­sta­łymi jego człon­kami. Pod fo­to­gra­fią za­pi­sano mi­sję sto­wa­rzy­sze­nia: „Ce­lem Klubu Bi­blij­nego jest za­chę­ca­nie do uczest­nic­twa we Wspól­no­cie Chrze­ści­jań­skiej w trak­cie szkoły i po za­ję­ciach. Wspól­no­cie to­wa­rzy­szy fi­glarna za­bawa, którą człon­ko­wie Klubu cie­szą się w swoim to­wa­rzy­stwie”.

Dzia­ła­nia klubu bi­blij­nego obej­mo­wały bi­cie w dzwon dla Ar­mii Zba­wie­nia, ser­wo­wa­nie obiadu dzięk­czyn­nego dla bied­nej ro­dziny oraz or­ga­ni­zo­wa­nie świą­tecz­nych przy­jęć.

Greg Jor­dan, dzien­ni­karz z „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”, który pra­co­wał w re­jo­nie Prin­ce­ton od po­nad dwu­dzie­stu lat, po­wie­dział, że na­uki bi­blijne od­gry­wały istotną rolę w szko­łach hrab­stwa Mer­cer.

– Krą­żyło po­wie­dze­nie, że nie da się tu­taj rzu­cić ka­mie­niem tak, żeby nie tra­fić w ko­ściół – wy­ja­śnił. – To bar­dzo po­bożna spo­łecz­ność, a miej­scowe szkoły trak­tują Bi­blię jako obo­wiąz­kową lek­turę.

Da­vid re­gu­lar­nie tra­fiał na li­stę ho­no­rową szkoły i zo­stał mia­no­wany współ­ka­pi­ta­nem pię­cio­oso­bo­wego ze­społu sza­cho­wego li­ceum w Prin­ce­ton, który ry­wa­li­zo­wał z in­nymi pla­ców­kami z ca­łej Wir­gi­nii Za­chod­niej.

– On był ta­kim głup­ko­wa­tym ku­jo­nem – po­wie­dział na­le­żący do ze­społu Da­vid Do­wnard. – Nie­wiele się od­zy­wał, za­wsze miał na twa­rzy za­bawny uśmie­szek, a kiedy stał, za­wsze spla­tał dło­nie za ple­cami.

Inny czło­nek ze­społu sza­cho­wego, Tony Ve­neri, wciąż wspo­mina in­cy­dent, który miał miej­sce pod­czas po­wrotu do Prin­ce­ton po tur­nieju.

– Je­den z człon­ków in­nej ekipy Phil­lip Wri­ght pro­wa­dził auto i je­chał nieco za szybko – po­wie­działa Becky żona Tony’ego, która wie­lo­krot­nie sły­szała tę opo­wieść. – A Da­vid, który był zwy­kle mil­czący i wy­lu­zo­wany, bar­dzo się zde­ner­wo­wał i za­czął wy­krzy­ki­wać: „Hej, Phil­lip! Zwol­nij! Po­za­bi­jasz nas wszyst­kich!”.

W ostat­niej kla­sie Da­vid Tur­pin był już prze­ko­nany, że chce zo­stać in­ży­nie­rem, przez co za­an­ga­żo­wał się w dzia­łal­ność klubu na­uko­wego li­ceum w Prin­ce­ton.

Wzo­rowy uczeń za­jął pierw­szą lo­katę w co­rocz­nym pik­niku na­uko­wym Aka­de­mii Ju­nio­rów Wir­gi­nii Za­chod­niej i do­łą­czył do pre­sti­żo­wej Ju­nior­skiej Aka­de­mii Nauk. Da­vid był rów­nież ogrom­nym fa­nem te­le­wi­zyj­nego se­rialu Star Trek i mocno iden­ty­fi­ko­wał się z pa­nem Spo­ckiem, który był za­pewne in­spi­ra­cją dla no­wej fry­zury.

– Da­vid i wszy­scy jego przy­ja­ciele byli za­go­rza­łymi wiel­bi­cie­lami Star Treka, tak zwa­nymi Trek­kies – po­wie­dział Gil­bert. – Lu­bili też na ten te­mat żar­to­wać.

W rocz­niku li­ceum w Prin­ce­ton z 1979 roku wid­nieje hu­mo­ry­styczna fo­to­gra­fia przed­sta­wia­jąca współ­ka­pi­tana ze­społu sza­cho­wego, po­dob­nego jak dwie kro­ple wody do po­staci od­gry­wa­nej przez Le­onarda Ni­moya, który wpa­truje się z utę­sk­nie­niem w spor­towe obu­wie.

„Da­vid Tur­pin pod­daje króla w za­mian za adi­dasy”, na­pi­sano żar­to­bli­wie pod zdję­ciem.

Na­sto­la­tek uwiel­biał też sa­mo­chody, co po­zo­stało jego pa­sją na całe ży­cie. Oj­ciec Da­vida, Jim, po­mógł mu na­wet w tu­ningu sta­rej Hondy Ci­vic.

– Za­ło­żyli na nią z tatą wiel­kie, stare sy­reny ze zbior­ni­kiem sprę­żo­nego po­wie­trza – wspo­mi­nał Gil­bert – jakby jego mała honda była ja­kimś osiem­na­sto­ko­łow­cem albo cią­gni­kiem sio­dło­wym. Miał taki zwy­czaj, że za­trzy­my­wał się za kimś, a po­tem dmu­chał w klak­son sprę­żo­nym po­wie­trzem, co było straszne, bo dźwięk do­cho­dził z tak ma­łego po­jazdu. Uwiel­biał ba­wić się tym ustroj­stwem. Stra­szył w ten spo­sób lu­dzi, a po­tem się z tego śmiał.

W każdy so­botni wie­czór Da­vid je­chał swoją hondą do cen­trum Prin­ce­ton, ubrany w wyj­ściowe spodnie i ko­szulę z kra­wa­tem.

– W tam­tych cza­sach modne było samo jeż­dże­nie po oko­licy – po­wie­dział Gil­bert. – W so­botę wie­czo­rem wszy­scy wy­le­gali na ulice i jeź­dzili w tę i we w tę po mie­ście. Da­vid także krą­żył wśród nich swoją hondą, dud­niąc sy­re­nami.

Eme­ry­to­wana na­uczy­cielka Mary Hop­kins uczyła w Prin­ce­ton obu braci Tur­pi­nów al­ge­bry. Wspo­mina Da­vida jako do­sko­na­łego ucznia.

– Miał świetne po­czu­cie hu­moru. Uśmie­chał się i dow­cip­ko­wał, a w jego oczach wi­dać było we­sołe iskierki. Pod­cho­dził jed­nak bar­dzo po­waż­nie do na­uki i świet­nie so­bie ra­dził.

Tim Snead, który cho­dził z Da­vi­dem na lek­cje bio­lo­gii i hisz­pań­skiego, przy­znał, że jego ko­lega ni­gdy nie miał dziew­czyny i nie brał udziału w żad­nych im­pre­zach to­wa­rzy­skich.

– Nie in­te­gro­wał się zbyt­nio z in­nymi – po­wie­dział Snead. – Spra­wiał wra­że­nie ku­jona, ale był bar­dzo in­te­li­gentny.

Da­vid ukoń­czył li­ceum w Prin­ce­ton w 1979 roku ze śred­nią pro­cen­tową 95,6585. Przy­znano mu rów­nież upra­gnione sty­pen­dium, dzięki któ­remu mógł stu­dio­wać in­ży­nie­rię elek­tryczną na uczelni tech­nicz­nej w Wir­gi­nii.

Na ab­so­lu­to­rium, ubrany w bi­ret i togę, Da­vid ode­brał na­grodę dla „ucznia z naj­lep­szej dwu­dziestki”. W rocz­niku z 1979 roku wy­ja­śniono tę po­chwałę w ten spo­sób:

„W każ­dym li­ceum za­wsze dzia­łają grupy uczniów zwa­nych »mó­zgow­cami«. To tak na­prawdę je­dyni ucznio­wie, któ­rzy każ­dego wie­czoru ro­bią wszyst­kie za­da­nia do­mowe i za­wsze dźwi­gają do domu na­rę­cze ksią­żek. W re­zul­ta­cie naj­lep­sza dwu­dziestka na­prawdę za­słu­guje na miano »naj­lep­szej«”.

Na fo­to­gra­fii z ab­so­lu­to­rium uśmiech­nięty Da­vid Tur­pin ma na so­bie płowy gar­ni­tur i kra­wat w pa­ski, a na gło­wie oczy­wi­ście fry­zurę w stylu pana Spo­cka. Pod zdję­ciem wy­mie­nione zo­stały wszyst­kie jego człon­ko­stwa w gru­pach i am­bi­cje na­ukowe. Oprócz tego, że peł­nił funk­cję współ­ka­pi­tana ze­społu sza­cho­wego, skarb­nika Klubu Bi­blij­nego i członka klubu na­uko­wego, na­le­żał rów­nież do kółka ję­zyka hisz­pań­skiego i szkol­nego chóru. Jego ce­lem na przy­szłość była „ka­riera w za­kre­sie in­ży­nie­rii elek­trycz­nej i wy­na­le­zie­nie ża­rówki”.

Ży­ciowe motto zaś brzmiało: „Nie rób dziś tego, co mo­żesz zro­bić ju­tro”.

Krótko po swoim ab­so­lu­to­rium Da­vid po raz pierw­szy po­czuł coś do dzie­się­cio­let­niej Lo­uise Ro­bi­nette. Ich ro­dzice przy­jaź­nili się już od wielu lat. Da­vid trzy­mał na­wet Lo­uise na rę­kach, kiedy była jesz­cze ma­leń­stwem. Ży­cie obu ro­dzin sku­piało się wo­kół Ko­ścioła Bo­żego w Prin­ce­ton. Randy, brat Da­vida, peł­nił tam po­sługę dusz­pa­ster­ską, a ich matka Betty Jean uczyła w szkółce nie­dziel­nej. Lo­uise Ro­bi­nette była jedną z jej uczen­nic.

Po ślu­bie w 1967 roku Al­len i Phyl­lis Ro­bi­nette prze­pro­wa­dzili się do ma­łego domu na 120 B Ray Street. To tam Lo­uise do­ra­stała jako Tay­lor – w jed­nej z naj­bar­dziej sza­cow­nych ro­dzin w Prin­ce­ton. Jej dzia­dek John Tay­lor był już wtedy bo­ga­czem dzięki swo­jej słyn­nej sta­cji Shella i róż­nym trans­ak­cjom na rynku nie­ru­cho­mo­ści. Jej wu­jo­wie Eu­gene i Glenn Tay­lor rów­nież od­nie­śli suk­cesy – Eu­gene był wła­ści­cie­lem kem­pingu Cle­arview, a Glenn sa­mo­za­trud­nio­nym mu­ra­rzem.

W 1974 roku w ro­dzi­nie do­szło do tra­ge­dii, kiedy naj­młod­szy brat Lo­uise, Ja­mes, zo­stał po­waż­nie ranny w wy­padku mo­to­cy­klo­wym. Je­chał do po­bli­skiej szkoły w Athens na randkę ze swoją dziew­czyną Sha­ron, gdy jego mo­to­cykl wpadł w po­ślizg na dro­dze.

– Ja­mes stra­cił nogę od ko­lana w dół – po­wie­działa Lois Mil­ler, która była w jed­nej kla­sie z Sha­ron. – Wcale mi się nie po­do­bało, że spo­ty­kał się z Sha­ron. Moim zda­niem był zbyt nie­okrze­sany.

W 1978 roku Lo­uise świę­to­wała swoje dzie­siąte uro­dziny, a Al­len Ro­bi­nette na­krę­cił na wi­deo córkę otwie­ra­jącą pre­zenty w swoim po­koju. No­sząca dłu­gie, ciemne włosy wy­sta­jące spod opa­ski na głowę, i ubrana w wy­miętą ko­szulę z koł­nie­rzy­kiem w stylu Pio­tru­sia Pana, dziew­czynka wy­glą­dała, jakby była wolna od wszel­kich trosk.

Póź­niej tego sa­mego dnia od­była się im­preza z uro­dzi­no­wym tor­tem, a jej dzia­dek – znany w ro­dzi­nie pod pseu­do­ni­mem Pa­paw – zo­stał sfo­to­gra­fo­wany z Lo­uise i jej osiem­na­sto­mie­sięczną sio­strzyczką Eli­za­beth Jane.

Co­dzienne ży­cie w domu Ro­bi­nette’ów nie było jed­nak tak do­sko­nałe, jak mo­głoby się wy­da­wać. Mo­le­sto­wana w dzie­ciń­stwie Phyl­lis nie wy­ka­zy­wała du­żego za­in­te­re­so­wa­nia mat­czy­nymi obo­wiąz­kami, po­zo­sta­wia­jąc ru­do­włosą có­reczkę pod opieką star­szej Lo­uise.

W ich czte­rech ścia­nach czę­sto do­cho­dziło do kłótni po­mię­dzy Phyl­lis i Al­le­nem. W swo­ich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnie­niach Eli­za­beth wi­dzi Lo­uise, która pró­buje chro­nić ją przed agre­syw­nymi star­ciami ro­dzi­ców.

– Moi ro­dzice kłó­cili się i cią­gle się wy­dzie­rali – po­wie­działa Eli­za­beth. – Pa­mię­tam, jak Lo­uise za­kry­wała mi uszy i cho­wała moją twarz w swo­jej piersi, że­bym nie mo­gła nic wi­dzieć i sły­szeć. Bar­dzo o mnie dbała.

Kiedy Lo­uise była jesz­cze mała, Phyl­lis re­gu­lar­nie za­wo­ziła ją do domu swo­jego ojca. Tam czter­dzie­sto­kil­ku­letni wów­czas John Tay­lor mo­le­sto­wał swoją córkę. Wtedy to skon­cen­tro­wał swoją uwagę na ślicz­nej, ma­łej wnuczce, a Phyl­lis na to po­zwo­liła w za­mian za pie­nią­dze.

– On był praw­dziwą głową ro­dziny – po­wie­działa Eli­za­beth. – Miał pie­nią­dze, więc kiedy mama ich po­trze­bo­wała, od razu do niego bie­gła.

Za każ­dym ra­zem było tak samo. W trak­cie każ­dej z jej wi­zyt Pa­paw szep­tał do Lo­uise, że przejdą do in­nego po­koju, żeby się „po­tu­lić”.

Wiele lat póź­niej ko­biety z ro­dziny ujaw­niły, co się tak na­prawdę działo w domu dziadka.

– Mo­le­sto­wał moją mamę przez całe jej ży­cie – po­wie­działa Te­resa, naj­młod­sza sio­stra Lo­uise. – Bła­ga­ły­śmy ją cza­sami, żeby nas tam nie za­bie­rała, ale nic to nie da­wało. On był bar­dzo, ale to bar­dzo bo­gaty.

Do­mnie­mane mo­le­sto­wa­nie przez dziadka było pil­nie strze­żo­nym ro­dzin­nym se­kre­tem, a dziew­czyn­kom nie wolno było ni­gdy o tym roz­ma­wiać.

– Tak zo­sta­ły­śmy za­pro­gra­mo­wane – wy­ja­śniła Eli­za­beth. – Wiemy, jak się do­sko­nale ma­sko­wać i nie oka­zy­wać swo­ich uczuć.

Po­dob­nie jak Da­vid, Lo­uise ukoń­czyła gim­na­zjum w Glen­wood, a na­stęp­nie li­ceum w Prin­ce­ton.

– Była mil­cząca i za­mknięta w so­bie – wspo­mi­nał Ri­chard Ford, który cho­dził z nią do jed­nej klasy w Prin­ce­ton. – Nie miała zbyt wielu przy­ja­ció­łek, a nie­któ­rzy tro­chę jej do­ku­czali. To było dość dziwne. Ona się od wszyst­kich od­izo­lo­wała. Więk­szość uczniów w week­endy uma­wiała się w ga­le­rii han­dlo­wej czy na me­czu. Co do Lo­uise, nie pa­mię­tam, żeby do­kąd­kol­wiek wy­cho­dziła.

Rocz­nik z 1984 roku wspo­mina ją jako prze­wod­ni­czącą Klubu Bi­blij­nego. Jest to je­dyna no­tatka na jej te­mat. Na zdję­ciu wi­dać Lo­uise ubraną w ty­powo ame­ry­kań­ski swe­ter, na który opa­dają jej dłu­gie, ciemne i krę­cone włosy.

Eli­za­beth pa­mięta, że jej star­sza sio­stra była wy­jąt­kowo nie­lu­biana i stale wy­śmie­wana przez ko­le­gów i ko­le­żanki z klasy.

– Nie miała żad­nych przy­ja­ciół – po­wie­działa Eli­za­beth.

– Przez cały czas ro­biono so­bie z niej żarty. W okre­sie do­ra­sta­nia nie miała ni­gdy nad ni­czym ja­kiej­kol­wiek kon­troli.

Al­len Ro­bi­nette, który pra­co­wał jako kre­ślarz pla­nów w Joy Ma­nu­fac­tu­ring Com­pany, czę­sto za­wo­ził córkę do domu ze szkoły. Wy­da­wał się nie mieć naj­mniej­szego po­ję­cia o tym, jak trak­tuje się tam Lo­uise.

W pią­tek, 25 marca 1983 roku, zro­bił jej zdję­cie. Dziew­czyna trzyma na nim szkolne pod­ręcz­niki, a pod spodem wid­nieją słowa: „Lo­uise, có­reczka ta­tu­sia, wraca ze szkoły”.

W 1982 roku Mary Lo­uise Tay­lor przy­ła­pała swo­jego pięć­dzie­się­cio­ośmio­let­niego męża na gwał­cie na ich czter­na­sto­let­niej wnuczce Lo­uise na so­fie w sa­lo­nie. Wście­kła, chwy­ciła pa­tel­nię i wy­go­niła go z domu. W ciągu kilku dni zło­żyła po­zew o roz­wód, a Tay­lor wpro­wa­dził się do no­wego domu przy Ba­iley Hol­low Road, tuż za sta­cją Shella.

Aby unik­nąć skan­dalu, prze­ra­ża­ją­cego in­cy­dentu ni­gdy nie zgło­szono na po­li­cję.

– To było małe mia­steczko i wszy­scy go tam znali – wy­ja­śniła Eli­za­beth. – Mu­sie­li­śmy dbać o re­pu­ta­cję ro­dziny i ho­nor Prin­ce­ton. Nie mo­gli­śmy za­tem pójść na po­li­cję.

Te­resa, młod­sza sio­stra Eli­za­beth, która miała wtedy za­le­d­wie ro­czek, po­znała praw­dziwą przy­czynę roz­wodu dziad­ków, kiedy zo­stała ko­lejną ofiarą sek­su­al­nych nad­użyć Tay­lora.

– Ni­gdy nie było spra­wie­dli­wo­ści – po­wie­działa Te­resa. – Ro­dzina ka­zała nam sie­dzieć ci­cho. Nie chcia­ły­śmy zruj­no­wać na­szej re­pu­ta­cji, a on miał pie­nią­dze, które były po­trzebne ro­dzi­nie.

Rok póź­niej Lo­uise za­częła się po­ta­jem­nie spo­ty­kać z dwu­dzie­sto­dwu­let­nim Da­vi­dem. Phyl­lis wie­działa o tym związku, ale za bar­dzo bała się po­wie­dzieć o tym mę­żowi, po­nie­waż ewan­ge­licki ka­zno­dzieja ni­gdy nie wy­ra­ziłby zgody na to, by jego córka cho­dziła na randki ze star­szym od sie­bie chło­pa­kiem.

– Moja mama za­wsze mó­wiła: „Och, to Da­vid Tur­pin, syn Tur­pi­nów” – po­wie­działa Eli­za­beth. – „To taki do­bry chło­pak”.

Lo­uise wy­znała Eli­za­beth, że za­mie­rza jak naj­szyb­ciej po­ślu­bić Da­vida i uro­dzić mu dwa­na­ścioro dzieci. Chło­pak po­wie­dział jej sio­strze, że za­mie­rza zo­stać za­moż­nym in­ży­nie­rem, za­ra­biać sto ty­sięcy do­la­rów rocz­nie i dać jej wszystko, o czym kie­dy­kol­wiek ma­rzyła.

Spe­cja­listka od trau­ma­tycz­nych prze­żyć u dzieci i te­ra­peutka Al­li­son Da­vis Ma­xon, uzna­wana w ca­łym kraju za eks­pertkę w dzie­dzi­nie zdro­wia psy­chicz­nego dzieci, po­wie­działa, że ofiary ka­zi­rodz­twa mogą w do­ro­sło­ści czuć się bez­radne lub bez­war­to­ściowe, a do tego przy­cią­gać part­ne­rów, któ­rzy będą wy­ko­rzy­sty­wać je lub ich wspólne dzieci.

– Kiedy młoda dziew­czyna do­ra­sta w roli ofiary – wy­ja­śniła Ma­xon – to nie­stety nie­rzadko się zda­rza, że wy­cho­dzi za mąż za sprawcę i/lub pe­do­fila, po­nie­waż na tego typu re­la­cji zna się naj­le­piej. Tak na­prawdę cho­dzi tu­taj o przy­wią­za­nie. Kiedy dziecko na­uczy się, że zwią­zek ozna­cza ból, traumę i nad­uży­cia, przyj­muje styl ży­cia ofiary.

Dziecko za­zwy­czaj przy­swaja so­bie sys­tem prze­ko­nań, w któ­rym czuje się nic nie­warte, brudne, gor­sze, złe i/lub za­słu­gu­jące na karę. Czę­sto za­tem dzieci, które do­znały po­waż­nych nad­użyć i traumy, pod­świa­do­mie szu­kają póź­niej part­nera, który po­trak­tuje je zgod­nie z tym sys­te­mem prze­ko­nań: „je­stem bez­war­to­ściowa, zła i za­słu­guję na karę”.

Na pierw­szym roku uczelni tech­nicz­nej Da­vid stu­dio­wał in­ży­nie­rię elek­tryczną i był do­sko­na­łym stu­den­tem. Na­le­żał rów­nież do Eta Kappa Nu, eli­tar­nej mię­dzy­na­ro­do­wej spo­łecz­no­ści uni­wer­sy­tec­kiej zrze­sza­ją­cej stu­den­tów in­ży­nie­rii elek­trycz­nej i kom­pu­te­ro­wej. Wśród jej człon­ków znaj­do­wali się nie­gdyś współ­za­ło­ży­ciel firmy Ap­ple, Steve Wo­zniak, Larry Page i Eric Schmidt z Go­ogle czy za­ło­ży­ciel ser­wisu Yahoo! Sa­beer Bha­tia.

W więk­szość week­en­dów Da­vid wra­cał sa­mo­cho­dem z kam­pusu w Black­burg w Wir­gi­nii do domu, żeby spo­tkać się ze swoją dziew­czyną Lo­uise. Za każ­dym ra­zem mu­sieli się jed­nak wy­my­kać ukrad­kiem, żeby jej oj­ciec nie do­wie­dział się, że zo­stali kimś wię­cej niż tylko zna­jo­mymi.

– Moja mama ukry­wała to przed tatą i po­zwa­lała Lo­uise spo­ty­kać się z nim za jego ple­cami – po­wie­działa Te­resa. – On nie uwa­żał za sto­sowne, żeby prze­by­wali sami bez nad­zoru do­ro­słych.

Phyl­lis za­chę­cała córkę do an­ga­żo­wa­nia się w zwią­zek, po­dzi­wia­jąc ro­dzinę Tur­pina za od­da­nie war­to­ściom chrze­ści­jań­skim. Jed­nak jej mąż, za­trud­niony w tym cza­sie w biu­rze rze­czo­znawcy w hrab­stwie Mer­cer, ni­gdy by się na niego nie zgo­dził. Jego córka miała do­piero pięt­na­ście lat i nie osią­gnęła jesz­cze peł­no­let­no­ści, dla­tego każdy kon­takt sek­su­alny mię­dzy parą byłby zgod­nie z pra­wem ak­tem gwałtu.

W 1984 roku Da­vid Tur­pin ukoń­czył uczel­nię ze stop­niem li­cen­cjata w dzie­dzi­nie in­ży­nie­rii elek­trycz­nej. Za­równo pod­czas pierw­szych, jak i ostat­nich lat na­uki otrzy­mał pre­sti­żowe sty­pen­dium Mar­shall Hahn En­gi­ne­ering. Na zdję­ciu w rocz­niku wid­nieje ubrany we frak i mu­chę, a na jego twa­rzy go­ści sze­roki uśmiech. Spra­wia wra­że­nie pew­nego sie­bie mło­dego męż­czy­zny ska­za­nego na suk­ces.

Kiedy Da­vid za­czął roz­sy­łać swój ży­cio­rys do naj­więk­szych spółek gieł­do­wych, Lo­uise roz­po­częła na­ukę w dzie­sią­tej kla­sie li­ceum w Prin­ce­ton.

– Była drobną dziew­czyną i wy­glą­dała, jakby skoń­czyła dzie­sięć lat – po­wie­działa jej na­uczy­cielka ste­no­gra­fii Pa­mela Win­frey, która cho­dziła do jed­nej klasy z oj­cem Lo­uise. – Miała chyba pięt­na­ście czy szes­na­ście lat, ale wciąż po­zo­sta­wała ma­ło­mówna i za­mknięta w so­bie.

Jej młod­sza sio­stra Te­resa po­wie­działa jed­nak, że Lo­uise była do­sko­nałą ma­ni­pu­lantką i do­piero póź­niej zro­zu­miała, że jej za­cho­wa­nie było zwy­czajną grą.

– Po­słuszna przed nimi – wy­ja­śniła Te­resa – ale nie­po­słuszna za ich ple­cami. Lo­uise za­wsze dą­żyła do celu za wszelką cenę.

Eli­za­beth stwier­dziła, że jej sio­stra była za­wzięta i za­wsze do­sta­wała to, czego chciała.

– Albo coś szło po jej my­śli, albo wcale – po­wie­działa Eli­za­beth. – A je­śli mu­siała uciec się do sztu­czek, żeby to osią­gnąć, nie wa­hała się ani przez chwilę.

Da­vid zna­lazł wkrótce pracę jako in­ży­nier w fir­mie Ge­ne­ral Dy­na­mics z Fort Worth w Tek­sa­sie, która re­ali­zo­wała kon­trakty dla De­par­ta­mentu Obrony Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Za­pro­po­no­wał Lo­uise, żeby z nim wy­je­chała, obie­cu­jąc jed­no­cze­śnie, że kupi jej wszystko, czego za­pra­gnie. Lo­uise zgo­dziła się bez wa­ha­nia i wkrótce za­częli po­ta­jem­nie pla­no­wać nowe, wspólne ży­cie.

Eli­za­beth uważa obec­nie, że Lo­uise była zde­spe­ro­wana. Pra­gnęła uciec przed nad­uży­ciami sek­su­al­nymi ze strony dziadka, które na­si­liły się po jego roz­wo­dzie. Phyl­lis re­gu­lar­nie wo­ziła do niego trzy swoje córki, po­zwa­la­jąc, żeby jej oj­ciec je wy­ko­rzy­sty­wał i za to pła­ci8ł.

Za każ­dym ra­zem jed­nak, gdy Pa­paw pro­sił Eli­za­beth o „przy­tu­la­ska”, Lo­uise na­le­gała, żeby za­jąć jej miej­sce.

– Za­wsze usu­wała mnie z drogi i mó­wiła „ja pójdę” – wspo­mniała Eli­za­beth. – Wciąż się o mnie trosz­czyła. Kiedy ich bab­cia od­kryła, że Phyl­lis wciąż po­zwala na mo­le­sto­wa­nie swo­ich có­rek, za­bro­niła jej przy­pro­wa­dzać wnuczki do dziadka.

– Moja mama od­po­wie­działa je­dy­nie: „To jest mój oj­ciec” – do­dała Eli­za­beth.

4

UCIECZKI

W święta Bo­żego Na­ro­dze­nia Lo­uise nie da­wała po so­bie po­znać, że szy­kuje się do wy­jazdu. 25 grud­nia zo­stała sfo­to­gra­fo­wana z bab­cią na kra­cia­stej ka­na­pie w sa­lo­nie, obok pięk­nie przy­stro­jo­nej cho­inki z le­żą­cymi pod spodem pre­zen­tami.

W po­ło­wie stycz­nia Da­vid Tur­pin opra­co­wał szcze­gó­łowy plan, w ra­mach któ­rego chciał za­brać szes­na­sto­latkę do Fort Worth, żeby mo­gli się po­brać. Była to ich pil­nie strze­żona ta­jem­nica. Lo­uise po­wie­działa o tym wy­łącz­nie Eli­za­beth i swo­jej przy­ja­ciółce z za­jęć ste­no­gra­fii w li­ceum w Prin­ce­ton, za­zna­cza­jąc jed­no­cze­śnie, że mu­szą to za­cho­wać w ab­so­lut­nej ta­jem­nicy.

Dzień przed wy­jaz­dem Lo­uise za­wo­łała Eli­za­beth do swo­jego po­koju i oznaj­miła, że ma jej do po­wie­dze­nia coś bar­dzo waż­nego. Eli­za­beth za­stała swoją sio­strę pa­ku­jącą ubra­nia do torby po­dróż­nej. Wtedy Lo­uise za­py­tała ją, co by po­my­ślała, gdyby wy­szła za mąż za za­moż­nego męż­czy­znę i uro­dziła mu dziecko.

– Mo­gła­byś przy­je­chać i się nim zaj­mo­wać – oświad­czyła Lo­uise, do­da­jąc, że za­miesz­kają wszy­scy ra­zem w du­żym domu, będą mieli nie­zły sa­mo­chód i sporo pie­nię­dzy do wy­da­nia. – Czy to nie by­łoby su­per? Mo­gła­bym ci ku­pić, co tylko ze­chcesz.

Wtedy po­pro­siła Eli­za­beth, by nie pi­snęła ni­komu ani słowa na ten te­mat.

Na­stęp­nego dnia, wcze­snym ran­kiem, Lo­uise po­że­gnała się z ro­dzi­cami i jak zwy­kle po­szła na przy­sta­nek szkol­nego au­to­busu. Plan Da­vida za­kła­dał, że ten wcieli się w jej ojca i zwolni ją tego dnia z za­jęć.

Rano, pod­czas lek­cji ste­no­gra­fii, Lo­uise spra­wiała wra­że­nie po­de­ner­wo­wa­nej, cze­ka­jąc na przy­by­cie swo­jego chło­paka. Kil­ka­krot­nie po­pro­siła swoją na­uczy­cielkę Pa­melę Win­frey o po­zwo­le­nie na wyj­ście do to­a­lety, żeby mo­gła spraw­dzić, czy do­tarł już na miej­sce.

– Za­py­tała: „Czy mogę na chwilę prze­pro­sić?” – wspo­mniała Win­frey. – Po­tem wy­szła i po chwili wró­ciła. Po kilku mi­nu­tach znów spy­tała: „Czy mogę jesz­cze raz na chwilę prze­pro­sić?” i wy­szła. Miało to miej­sce dwa lub trzy razy z rzędu. W końcu wy­szła i już ni­gdy wię­cej jej nie wi­dzia­łam.

Kiedy Lo­uise nie wró­ciła na za­ję­cia, Win­frey za­py­tała uczniów, czy ich ko­le­żanka jest chora.

– Wtedy jedna z dziew­cząt za­wo­łała: „Pro­szę pani, ona pla­nuje stąd uciec i wyjść za Da­vida Tur­pina”. Nie do­wie­rza­łam w to, co usły­sza­łam, ale było już wtedy za późno, żeby ją za­trzy­mać.

Da­vid Tur­pin prze­brał się tak, by wy­glą­dać na star­szego, nie za­po­mi­na­jąc o do­kle­ja­nym wą­sie i kow­boj­skim ka­pe­lu­szu. Za­par­ko­wał przed wej­ściem do szkoły i wszedł pew­nym kro­kiem do se­kre­ta­riatu, oznaj­mia­jąc, że na­zywa się Al­len Ro­bi­nette i że Lo­uise musi z nim na­tych­miast wyjść. Nikt nie za­da­wał mu dal­szych py­tań, zdo­łał więc ofi­cjal­nie zwol­nić ją z za­jęć.

Kilka mi­nut póź­niej Da­vid Tur­pin i jego ma­ło­let­nia dziew­czyna opu­ścili Prin­ce­ton za­chod­nią szosą, kie­ru­jąc się ku od­le­głemu o ty­siąc osiem­set ki­lo­me­trów Fort Worth.

Kiedy Eli­za­beth wró­ciła po po­łu­dniu do domu sama, jej matka za­ło­żyła, że Lo­uise nie zdą­żyła na szkolny au­to­bus. Po­je­chała więc do szkoły w Prin­ce­ton, by ją ode­brać. Na miej­scu do­wie­działa się, że oj­ciec zwol­nił ją z za­jęć kilka go­dzin wcze­śniej.

Phyl­lis za­dzwo­niła do Al­lena Ro­bi­nette’a, aby do­wie­dzieć się, co się stało.Ten wściekł się, twier­dząc, że nie zwal­niał ich córki ze szkoły. Od razu za­te­le­fo­no­wał do se­kre­ta­riatu, gdzie uzy­skał in­for­ma­cję, że wy­soki, wą­saty męż­czy­zna i Lo­uise wy­szli ra­zem ze szkoły przed kil­koma go­dzi­nami.

– Tata wpadł w szał – po­wie­działa Eli­za­beth. – Mama wpa­dła w szał. Po­je­chali na po­li­cję i zgło­sili za­gi­nię­cie córki.

Przez kilka ko­lej­nych dni Lo­uise nie da­wała znaku ży­cia. Jej ro­dzice ob­wi­niali się wza­jem­nie za tę ucieczkę. Al­len był wście­kły na żonę, że za­chę­cała ją do związku z Da­vi­dem, i uwa­żał, że po­nosi ona winę za całą tę ka­ta­strofę.

– Pa­mię­tam pa­nu­jący w domu chaos, kiedy ucie­kła z chło­pa­kiem – po­wie­działa Te­resa. – Cała ro­dzina zgro­ma­dziła się na miej­scu, a ro­dzice na prze­mian wrzesz­czeli na sie­bie i pła­kali.

Po kilku dniach funk­cjo­na­riusz po­li­cji zna­lazł za­gi­nioną parę w Fort Worth i na­ka­zał Lo­uise za­dzwo­nić do swo­ich ro­dzi­ców, żeby ich uspo­koić i po­wie­dzieć, że nic się jej nie stało. Jak na iro­nię, to jej matka na­le­gała na wnie­sie­nie oskar­że­nia prze­ciwko Da­vi­dowi za po­rwa­nie. Kiedy ro­dzice Da­vida do­wie­dzieli się o po­gróż­kach zwią­za­nych z pro­ce­sem są­do­wym, wpa­dli we wście­kłość, po­nie­waż ich sy­nowi gro­zi­łoby wię­zie­nie za prze­wóz nie­let­niej przez gra­nice sta­nów. Bła­gali Ro­bi­nette’ów, żeby nie wno­sili sprawy do sądu.

Kiedy Al­le­nowi mi­nęła pierw­sza złość po ucieczce córki, za­czął mie­wać „mie­szane uczu­cia”. Jako ewan­ge­licki ka­zno­dzieja po­sta­no­wił, że le­piej bę­dzie po­zwo­lić im po­brać się po ci­chu, po­nie­waż seks po­za­mał­żeń­ski po­zo­sta­wał w sprzecz­no­ści z su­rową wiarą Ko­ścioła Bo­żego. Osta­tecz­nie uznał, że Lo­uise do­ko­nała wy­boru i po­winna te­raz roz­po­cząć z Da­vi­dem nowe ży­cie.

– Za­dzwo­nił do Lo­uise i oświad­czył: „Je­steś te­raz do­ro­sła i mo­żesz za­cząć dbać o sie­bie sama. Je­śli tego wła­śnie chcesz, to niech tak bę­dzie” – wspo­mina Te­resa.

Para zde­cy­do­wała się przy­je­chać do Prin­ce­ton do­piero po tym, jak Al­len Ro­bi­nette zgo­dził się na spo­rzą­dze­nie pi­sem­nego po­zwo­le­nia na ślub szes­na­sto­let­niej córki z Da­vi­dem.

11 lu­tego 1985 roku Lo­uise i Da­vid Tur­pin po­brali się w trak­cie ka­me­ral­nej ce­re­mo­nii ko­ściel­nej w Pe­aris­burgu w Wir­gi­nii, miej­sco­wo­ści po­ło­żo­nej sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na wschód od Prin­ce­ton. Wzięli w niej udział je­dy­nie naj­bliżsi człon­ko­wie ro­dziny. Panna młoda miała na so­bie się­ga­jącą do po­łowy ły­dek, kon­ser­wa­tywną suk­nię z wy­so­kim de­kol­tem i bu­fia­stymi rę­ka­wami. Do tego za­ło­żyła pro­sty, biały gor­set w kwiaty. Pan młody za­ło­żył luźno do­pa­so­wany, brą­zowy, trzy­czę­ściowy gar­ni­tur z kra­wa­tem w pa­ski. Na jego twa­rzy go­ścił zwy­cza­jowy, sze­roki uśmiech.

Tuż po ce­re­mo­nii no­wo­żeńcy po­je­chali z po­wro­tem do Fort Worth, żeby za­cząć wspólne ży­cie.

W „Blu­efield Da­ily Te­le­graph” nie było żad­nej wzmianki na te­mat ślubu, a nie­obec­ność Lo­uise na szkol­nych za­ję­ciach i za­koń­cze­niu szkoły za­uwa­żyło za­le­d­wie kil­koro jej zna­jo­mych z klasy.

– Po­winna być z nami na za­koń­cze­niu roku – po­wie­dział Ri­chard Ford. – A po pro­stu znik­nęła.

W po­cząt­ko­wym okre­sie mał­żeń­stwa Da­vid cie­szył się przy­zwo­itym wy­na­gro­dze­niem na swoim no­wym sta­no­wi­sku w Ge­ne­ral Dy­na­mics. Do­trzy­mał więc obiet­nicy, że będą żyli kom­for­towo. Choć Lo­uise wciąż re­gu­lar­nie wy­sy­łała li­sty do Eli­za­beth, co­raz bar­dziej od­da­lała się od Prin­ce­ton. Nie chciała mieć już nic wspól­nego ze swoim ża­ło­snym dzie­ciń­stwem, wi­niąc ro­dzinę za mo­le­sto­wa­nie sek­su­alne przez dziadka.

– Kiedy wy­je­chała po raz pierw­szy z domu, była zła i bar­dzo nie­na­wi­dziła mamy – wy­ja­śniła Te­resa. – Gar­dziła całą ro­dziną za to, że trzy­mali wszystko w ta­jem­nicy.

Po wy­jeź­dzie Lo­uise kłót­nie jej ro­dzi­ców stały się jesz­cze gor­sze. Ośmio­let­nia Eli­za­beth i jej trzy­let­nia sio­stra Te­resa przy­tu­lały się i pró­bo­wały uciec przed cią­głymi awan­tu­rami.

Wtedy Phyl­lis wdała się w ro­mans z męż­czy­zną z oko­licy.

Pew­nego wie­czoru, kiedy jej oj­ciec po­ło­żył się już do łóżka, Eli­za­beth usły­szała matkę roz­ma­wia­jącą z kimś przez te­le­fon. In­stynkt pod­po­wie­dział jej, że coś jest nie w po­rządku. Obu­dziła ojca i po­wie­działa mu, że matka roz­ma­wia przez te­le­fon z nie­zna­jo­mym.

Al­len pod­niósł słu­chawkę, słu­chał roz­mowy przez kilka mi­nut, po czym odło­żył ją z trza­skiem. Skon­fron­to­wał się z Phyl­lis, żą­da­jąc in­for­ma­cji na te­mat roz­mówcy. Kiedy po­wie­działa, że to był tylko jej oj­ciec, na­tych­miast do­my­ślił się kłam­stwa i po­bił ją za nie­wier­ność.

At­mos­fera pod­grzała się do tego stop­nia, że Phyl­lis po­sta­no­wiła osta­tecz­nie zwró­cić się o po­moc do ojca. John Tay­lor przy­je­chał bez­zwłocz­nie i na­ka­zał zię­ciowi opu­ścić dom, stra­sząc go we­zwa­niem po­li­cji.

Al­len zro­bił to i już na­stęp­nego dnia zło­żył wnio­sek o roz­wód.

Kiedy Al­len znik­nął z wi­doku, John Tay­lor za­czął spę­dzać co­raz wię­cej czasu w domu przy B Ray Street. W tym cza­sie mo­le­sto­wał już także Te­resę, swoją naj­młod­szą wnuczkę. Po­zba­wiona wspar­cia ze strony męża, Phyl­lis za­częła być co­raz bar­dziej za­leżna od pie­nię­dzy swo­jego ojca, chcąc za­pew­nić byt dzie­ciom. Po­zwa­lała więc Pa­paw na mo­le­sto­wa­nie có­rek wtedy, kiedy tylko miał na to ochotę.

– Sprze­dała nas bo­ga­temu pe­do­fi­lowi – po­wie­działa Te­resa. – Kiedy mnie mo­le­sto­wał, wci­skał mi do ręki bank­noty. Wciąż czuję na szyi jego od­dech, kiedy szep­tał: „Bądź ci­chutko”. Za każ­dym ra­zem przy­cho­dził po­tem do sa­mo­chodu i da­wał ma­mie pie­nią­dze. Są­dził, że w ten spo­sób za­ła­twia sprawę.

Po­zba­wione opieki star­szej sio­stry Eli­za­beth i Te­resa mu­siały sa­mot­nie zno­sić nik­czemne za­cho­wa­nie swo­jego dziadka.

Nie­długo póź­niej Phyl­lis za­szła w ciążę z no­wym chło­pa­kiem Bil­lym Lam­ber­tem. Para po­sta­no­wiła się za­rę­czyć. Al­len, który zo­stał nieco wcze­śniej mia­no­wany głów­nym rze­czo­znawcą w hrab­stwie Mer­cer, wy­ra­ził na to zgodę, bo uwa­żał, że zwią­zek za­pewni Phyl­lis sta­bi­li­za­cję. Lam­bert do­ga­dy­wał się też do­brze z Eli­za­beth i Te­resą.

Na kilka dni przed ślu­bem Billy wra­cał do domu z pracy, kiedy do­znał wy­lewu krwi do mó­zgu. Jego sa­mo­chód spadł z klifu i męż­czy­zna zgi­nął na miej­scu. Kiedy Phyl­lis kilka mie­sięcy póź­niej uro­dziła ich syna, nadała mu imię Billy Ju­nior.

W tym sa­mym cza­sie w Fort Worth Da­vid i Lo­uise Tur­pi­no­wie wie­dli spo­kojne ży­cie. Da­vid pra­co­wał jako in­ży­nier kom­pu­te­rowy przy my­śliw­cach F16 Fi­gh­ting Fal­con, jed­nych z naj­po­pu­lar­niej­szych woj­sko­wych sa­mo­lo­tów po­nad­dźwię­ko­wych. Była to do­brze płatna praca. Dzięki niej para czę­sto go­ściła w dro­gich re­stau­ra­cjach w mie­ście. Week­endy spę­dzali w za­byt­ko­wej dziel­nicy Fort Worth Stoc­ky­ards, cho­dzili na ro­deo i po­kazy ro­dem z Dzi­kiego Za­chodu.

W 1987 roku Da­vid i Lo­uise prze­nie­śli się służ­bowo do Brea w Ka­li­for­nii. Ma­low­ni­cze mia­steczko w okręgu Co­unty, po­ło­żone w od­le­gło­ści nieco po­nad pięć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów na po­łu­dniowy wschód od Los An­ge­les, sły­nie z fe­sti­wali ulicz­nych, które przy­cią­gają tu­ry­stów z ca­łego świata. Tur­pi­no­wie po­ko­chali cie­pły, śród­ziem­no­mor­ski kli­mat z tem­pe­ra­turą w oko­li­cach trzy­dzie­stu stopni.

Para zna­la­zła so­bie skromne, dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie przy 800 So­uth Brea Bo­ule­vard. Choć Lo­uise wciąż ob­wi­niała ro­dzinę za swoje trau­ma­tyczne dzie­ciń­stwo, ko­rzy­stała z każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji, żeby za­de­mon­stro­wać im swoje pełne suk­ce­sów ży­cie. Wy­sy­łała li­sty do Prin­ce­ton, w któ­rych barw­nie opi­sy­wała swój piękny dom, flotę sa­mo­cho­dów i czę­ste wy­cieczki do Di­sney­landu. Obie­cała też, że za­prosi wkrótce matkę i sio­stry w od­wie­dziny i że po­kryje wszel­kie koszty.

W Prin­ce­ton sy­tu­acja ro­dzinna była znacz­nie mniej ko­rzystna. Po tra­gicz­nej śmierci na­rze­czo­nego Phyl­lis Ro­bi­nette po­sta­no­wiła za­jąć się pro­sty­tu­cją, żeby prze­trwać. Zo­sta­wiała Eli­za­beth i Te­resę same w domu na całe noce, żeby mo­gły się opie­ko­wać ma­łym bra­cisz­kiem, a sama uma­wiała się na in­tymne spo­tka­nia na po­nu­rej Mer­cer Street. Cza­sami za­bie­rała dzieci ze sobą i ka­zała im cze­kać w sa­mo­cho­dzie, pod­czas gdy ona za­ba­wiała swo­ich klien­tów.

Ja­nie Far­mer uczyła Eli­za­beth i Te­resę w szkole pod­sta­wo­wej. Wi­działa cier­pie­nie za­nie­dba­nych dziew­cząt i wkrótce zo­stała ich matką za­stęp­czą.

– Cho­dziły smutne i wy­raź­nie bra­ko­wało im ro­dziny – po­wie­działa Far­mer.– Nie chcę wy­ra­żać się źle o ich matce, bo ro­biła co tylko mo­gła, ale nie­wiele była w sta­nie osią­gnąć.

Każ­dego ranka obie sio­stry Ro­bi­nette przy­cho­dziły do szkoły z wi­docz­nymi bra­kami w za­kre­sie hi­gieny oso­bi­stej, sta­jąc się obiek­tem drwin ze strony ko­le­gów i ko­le­ża­nek z klasy.

– Dziew­czynki były za­nie­dbane, wy­glą­dały bar­dzo bied­nie – przy­znała Far­mer. – Kiedy inne dzieci szły się ba­wić, one zo­sta­wały same. Na­prawdę były to smutne dzieci.

Far­mer, która do­brze znała ich ojca, po­nie­waż oboje byli za­go­rza­łymi de­mo­kra­tami, była za­sko­czona fak­tem, że Phyl­lis stara się trzy­mać dzieci z dala od Al­lena.

– Dziew­częta chciały spo­ty­kać się z oj­cem, ale wy­glą­dało na to, że nie wolno mu było uczest­ni­czyć w ich ży­ciu tak bar­dzo, jak tego chciał.

Choć Phyl­lis ni­gdy nie cho­dziła na żadne szkolne ze­bra­nia, za­częła na­gle od­wie­dzać szkołę z zu­peł­nie in­nego po­wodu – wpadł jej w oko nie­jaki Da­vid Lee, czar­no­skóry woźny.

– Była nim ocza­ro­wana… cał­ko­wi­cie za­śle­piona – przy­znała Far­mer. – Przy­cho­dziła do szkoły tylko po to, żeby go zo­ba­czyć.

Phyl­lis czę­sto wie­czo­rami za­bie­rała córki do szkoły i zo­sta­wiała je w sa­mo­cho­dzie, a sama szła się spo­tkać ze swoim no­wym chło­pa­kiem.

– Uma­wiali się na randki – po­wie­działa Eli­za­beth – ale to nie były ta­kie zwy­czajne randki. On sprzą­tał w nocy szkołę, a my do­trzy­my­wa­ły­śmy mu przy tym to­wa­rzy­stwa.

Nie­długo po­tem para miesz­kała już ra­zem, co do­pro­wa­dziło do jesz­cze więk­szej de­sta­bi­li­za­cji w ro­dzi­nie Phyl­lis. Ja­nie Far­mer była tak bar­dzo za­nie­po­ko­jona lo­sem dziew­czy­nek, że po­sta­no­wiła po­roz­ma­wiać z ich matką.

– Po­wie­działa mi: „No cóż, ro­bię, co tylko w mo­jej mocy”. Mu­szę przy­znać, że chyba rze­czy­wi­ście tak było. Dziew­częta ni­gdy jed­nak nie roz­ma­wiały ze mną na te­mat mo­le­sto­wa­nia czy cze­go­kol­wiek po­dob­nego.

Choć Far­mer stra­ciła w końcu kon­takt z Eli­za­beth i Te­resą, kiedy obie po­szły do szkoły śred­niej, Da­vid Lee po­zo­stał w ich ży­ciu nieco dłu­żej. W ciągu kilku ko­lej­nych lat Phyl­lis uro­dziła dwoje dzieci, McCe­ary’ego i Alene Lee, po czym para osta­tecz­nie się roz­stała.

CZĘŚĆ DRUGA

RO­DZINA

5

MY­ŚLA­ŁEM, ŻE ICH ŻY­CIE JEST IDE­ALNE

Je­sie­nią 1987 roku Lo­uise Tur­pin za­szła w ciążę. Para była tym fak­tem za­chwy­cona. Lo­uise za­wsze po­wta­rzała ro­dzi­nie, że chce uro­dzić dwa­na­ścioro dzieci. Te­raz wresz­cie mo­gła roz­po­cząć re­ali­za­cję swo­jego planu. Na­stęp­nego lata Da­vid sfo­to­gra­fo­wał swoją dwu­dzie­sto­let­nią żonę w kra­cia­stej ko­szuli, dum­nie pre­zen­tu­jącą swój ośmio­mie­sięczny cią­żowy brzuch. Wy­słała tę fo­to­gra­fię do domu w Prin­ce­ton, na któ­rej jej dumny oj­ciec za­pi­sał u dołu: „Lo­uise Ann Ro­bi­nette Turp, li­piec 1988”.

Kilka dni póź­niej, 28 lipca Lo­uise uro­dziła dziew­czynkę, któ­rej nadali imię Jen­ni­fer Dawn. Przez ko­lejne ty­go­dnie młoda matka wy­sy­łała dzie­siątki zdjęć, na któ­rych wid­niała wraz z Da­vi­dem i dziec­kiem w Di­sney­lan­dzie i in­nych ma­low­ni­czych miej­scach w Po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii.

W święta Bo­żego Na­ro­dze­nia, zgod­nie z obiet­nicą, Lo­uise opła­ciła matce i sio­strom wy­cieczkę do Ka­li­for­nii, żeby mo­gły po­znać jej ma­leń­stwo. Ro­dzina wsia­dła do po­ciągu li­nii Am­trak z Prin­ce­ton do Brea, gdzie Da­vid i Lo­uise ode­brali ją z dworca.

– Było su­per – wspo­mniała Te­resa, wów­czas sze­ścio­let­nia. – Za­brała nas do swo­jego domu. Było tam bar­dzo czy­sto i ele­gancko.

Przez na­stępne trzy ty­go­dnie ro­dzina Ro­bi­nette’ów spę­dzała czas z ro­dziną Tur­pi­nów. Jeź­dzili na wy­cieczki do Di­sney­landu, Uni­ver­sal Stu­dios i Mu­zeum Fi­gur Wo­sko­wych Mo­vie­land.

– Wi­dzia­ły­śmy na­pis „Hol­ly­wood” – po­wie­działa Te­resa – i naj­więk­sze na świe­cie drzewo z wy­cię­tym w środku tu­ne­lem. To była wy­prawa, któ­rej ni­gdy nie za­po­mnę.

Na po­czątku lat 90. Da­vid Tur­pin zo­stał prze­nie­siony przez Ge­ne­ral Dy­na­mics z po­wro­tem do Fort Worth. Firma zo­stała nie­długo po­tem prze­jęta przez ogromną spółkę z sek­tora obron­nego, Loc­kheed Mar­tin. Wraz z Lo­uise i osiem­na­sto­mie­sięczną có­reczką prze­pro­wa­dził się na 3225 Roddy Drive do prze­stron­nego, no­wo­cze­snego domu z czte­rema sy­pial­niami i dwiema ła­zien­kami, po­ło­żo­nego w mod­nej dziel­nicy Me­adow­creek na przed­mie­ściach Fort Worth. W Ka­li­for­nii zo­sta­wili ma­ga­zyn pe­łen ich rze­czy oso­bi­stych, które zo­stały póź­niej zli­cy­to­wane w związku z nie­opła­ca­niem czyn­szu.

Lo­uise i Da­vid byli w końcu go­towi przed­sta­wić swoją có­reczkę Jen­ni­fer mia­steczku Prin­ce­ton. 6 sierp­nia 1990 roku w „Blu­efield Da­ily Te­le­graph”, na stro­nie Styl ży­cia: bądźmy w kon­tak­cie, za­miesz­czono fo­to­gra­fię uro­dzi­nową dziew­czynki.

Pod zdję­ciem wid­niał pod­pis: „Jen­ni­fer Dawn Tur­pin świę­tuje swoje dru­gie uro­dziny 28 lipca. Jest to có­reczka Da­vida i Lo­uise Tur­pi­nów z Fort Worth w Tek­sa­sie, któ­rzy wy­cho­wali się w Prin­ce­ton. Dziad­kami dziew­czynki są Wayne Ro­bi­nette, pan i pani Tur­pin oraz Phyl­lis Ro­bi­nette, wszy­scy po­cho­dzący z Prin­ce­ton. Pra­dziad­kami są John i Lo­uise Tay­lor z Athens Road”.