Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
W Polsce po drugiej wojnie światowej jest milion siedemset tysięcy sierot. W Bartoszycach, niewielkim poniemieckim miasteczku w dawnych Prusach Wschodnich, powstaje projekt, jakiego wcześniej nigdy nie było – Centralny Ośrodek Wychowawczo-Szkoleniowy im. Janusza Korczaka. Ma to być eksperyment, którego celem jest stworzenie nowego człowieka. W jego ramach na początku 1947 roku rozpoczyna działalność największy w Polsce dom dziecka, który docelowo ma przyjąć trzy tysiące podopiecznych. Trafią tu autochtoni, młodzi powstańcy warszawscy, wychowankowie z Monetnej na Uralu. Pracownicy to repatrianci z Wilna i zza Buga, nauczyciele oddelegowani do pracy z centrum, ale i reemigranci z Francji. Wyludniona i zniszczona miejscowość stanie się miastem dzieci. Gigantyczny Ośrodek powstaje w dawnych koszarach Ludendorffa, które zadziwiają bielą ścian, rozmachem zabudowy, bliskością lasu i rzeki Łyny. To przestrzeń niemalże sielankowa, oddzielona od reszty miejscowości torami, a z dwóch pozostałych stron wodą.
Dzisiaj mało kto o tym niezwykłym projekcie pamięta.
Najwyższy czas to zmienić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 299
Redakcja: Magdalena Partyka
Korekta: Dobrosława Pańkowska
Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki
Zdjęcia zamieszczone w książce:
David Seymour/Magnum Photos/Forum, https://davidseymour.com/
Wydanie elektroniczne 2026
ISBN: 978-83-244-1227-3 (EPUB), 978-83-244-1227-3 (MOBI)
Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2026
Copyright © by Bernadetta Darska
Wydawnictwo Iskry
al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa
tel. (22) 827-94-15
www.iskry.com.pl
Zrealizowano w ramach stypendium
Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
W przyszłości mało będziemy wiedzieli o dość niepowszedniej karcie dziejów wychowania, jaką tu właśnie zapisano na początku lat powojennych. Może więc warto strzec takiego zapisu?
Jerzy Korkozowicz, Wycieczka na Łomnicę
Ta historia składa się z fragmentów i skrawków. Przypomina patchwork, którego szwy w niektórych miejscach trzymają się mocno, w innych się rozłażą. Stare nici pękają, a przy próbie ponownego zszycia nie do końca wiadomo, które kawałki ze sobą połączyć. Kiedyś o tym miejscu i tych ludziach było głośno, z czasem o republice ludzi młodych właściwie zapomniano. To właśnie tam narodzić się miał nowy człowiek. Czy tak się stało? To prawdopodobne. Bo ci, którzy tam się osiedlili, musieli doświadczyć przemiany i zostać innymi ludźmi.
Wojna się skończyła.
Wszystko zatem dopiero się zaczynało.
Delikatnym łukiem wcina się w obrzeża lasu. Przypomina jedną z wytyczonych leśnych ścieżek, tyle że wybrukowaną. Alejowy charakter podkreślają klony posadzone wzdłuż drogi. Zaraz po wojnie były niewielkie. Teraz to potężne, dające cień drzewa, które chronią ścieżki prowadzące do klatek schodowych dawnych domów oficerskich. Zanim urosły, wydawały się kruche. Dobrze komponowały się z brzozami rosnącymi po drugiej stronie ulicy, ale i z drewnianymi, pomalowanymi na biało płotkami i łukami bramowymi, oddzielającymi przydomowe ogródki mieszkańców od drogi. Do każdego lokalu jest przyporządkowany długi pas zieleni. Uprawiano tam warzywa, sadzono kwiaty, odpoczywano na ławeczkach. Tak było przez kilkadziesiąt lat. Dzisiaj część dawnych ogródków mieszkańcy zamienili na trawniki. Zadbane i wymagające mniej pracy niż codzienna pielęgnacja roślin.
Tylko pozornie ulica ta prowadzi donikąd. U jej początku jest nasyp kolejowy. Zaraz po prawej stronie, blisko torów, znajdują się budynki wodociągów pamiętające czasy niemieckie, po lewej jeszcze nie tak dawno była gazownia. Tę ostatnią właśnie zburzono i zamiast niej wybudowano apartamentowce. Współczesne bloki nie pasują do otoczenia. Są jak narośl na dobrze zaplanowanej przestrzeni. Idąc dalej, po prawej mijamy trzy jednopiętrowe domy. Każdy ma dwie klatki, w których są cztery mieszkania. Poza tym duże strychy i piwnice. W pierwszym domu od torów znajdują się największe mieszkania. Jednopiętrowe bloki to dawne domy oficerskie, gdzie po wojnie osiedlają się pracownicy republiki ludzi młodych. Ulica prowadzi do bramy – dzisiaj otwartej, niegdyś strzeżonej. Za nią ciągną się ogromne budynki dawnych koszar Ludendorffa – tu po wojnie powstanie ośrodek. To właśnie na końcu ulicy, której patronem jest socjalistyczny działacz Bolesław Limanowski, otwiera się nowy świat – ludzi pragnących zmieniać rzeczywistość.
Położone w Prusach Wschodnich niewielkie miasteczko Bartenstein po wojnie staje się Bartoszycami. Jest niemalże całkowicie wyludnione. Tuż przed wkroczeniem do miasta Armii Czerwonej Niemcy w pośpiechu opuszczają swoje domy. Centrum Bartoszyc – dawniej Plac Zjednoczenia, dzisiaj Plac Konstytucji 3 Maja – to ciągi spalonych kamienic. Kikuty budynków, w których mieściły się sklepy i kwitło życie mieszkańców, przypominają wyrastające z ziemi połamane drzewce. Na czarno-białych zdjęciach wygląda to ponuro i apokaliptycznie, jednocześnie typowo dla tamtych czasów. Mimo obowiązującej wówczas propagandy koniec wojny nie przynosi miastu wyzwolenia, ale kres dobrze znanego świata i zniszczenie. Niemcy zamieszkujący Bartenstein musieli odczuwać to wyjątkowo mocno. Roman Hryciuk i Marian Petraszko, autorzy właściwie jedynej monografii poświęconej miastu i opisującej jego historię od początków do okresu PRL, stwierdzają: „Tak więc w ostatniej dekadzie stycznia 1945 roku mieszkańcy Bartoszyc, którzy do tej pory zbytnio nie odczuwali ciężaru wojny, usłyszeli wieści o klęsce i ujrzeli pierwsze jej oznaki. Stało się dla nich jasne, że i oni zapłacić będą musieli jej cenę. Przerażenie było powszechne, ale też powszechna była bezradność”[1]. Opuszczenie miasta miało dramatyczny przebieg. Pod koniec stycznia mieszkańcy usłyszeli nadawany przez głośniki komunikat o konieczności natychmiastowej ewakuacji. Mieli się udać w kierunku Górowa, nie zabierając swojego dobytku, ale jedynie zapas żywności na dwie doby: „Mieli uchodzić pieszo, bo już koleje nie kursowały, a most kolejowy wysadzono w powietrze”[2]. Informacja ta w połączeniu ze słyszanymi w oddali wybuchami bomb musiała wielu Bartoszyczan sparaliżować strachem. Dobitnie powiedziano im w ten sposób, że nie ma żadnej przyszłości, ale jeśli uda im się przeżyć, to będą musieli zaczynać wszystko od nowa. Rozkaz odwołano jeszcze w tym samym dniu, ale wiele osób wyruszyło już w drogę, potem odcięto prąd, nie było więc możliwości sprawnego przekazywania informacji. Hryciuk i Petraszko podsumowują: „Okazało się wkrótce, że już nie było w mieście nikogo, kto by miał prawo wydawać rozkazy. Wszyscy dostojnicy hitlerowscy uciekli. Ludność pozostawiono samą sobie”[3]. Autorzy monografii przywołują też relację Niemki mieszkającej w Bartenstein. Notuje ona w pamiętniku to, co udaje się jej zaobserwować, a więc akty demolowania i okradania sklepów oraz mieszkań. Jest wyraźnie zszokowana, że to niemieccy mężczyźni dopuszczają się szabru na własności innych rodaków[4].
Jadwiga Pietrajtis rekonstruuje to, co spotkało powiat bartoszycki po wojnie. Przypomina, że Armia Czerwona zdobyła Bartoszyce 4 lutego 1945 roku. Przekazanie władzy Polakom ma miejsce 19 czerwca 1945 roku. Na uwagę zasługuje podsumowanie statystyczne, stawiające obok siebie stan liczbowy ludzi i zwierząt: „W chwili przekazania powiat nasz liczył 3765 mieszkańców, w tym 376 Polaków miejscowego pochodzenia. W końcu 1945 roku powiat zamieszkiwało już 500 Polaków repatriantów zza Buga i przesiedleńców z Polski centralnej. W czerwcu 1945 roku było na terenie powiatu 12 koni, 8 sztuk bydła i 12 sztuk trzody chlewnej”[5]. To zderzenie, choć trochę zaskakujące, ma uzasadnienie w realiach – brak zwierząt to jednocześnie problemy z aprowizacją i zaspokojeniem głodu.
Powiat bartoszycki to region charakteryzujący się wówczas wielkimi gospodarstwami rolnymi. Po zajęciu terenów pojawia się problem związany z ich utrzymaniem. Zazwyczaj wykorzystuje się do tego celu dawnych robotników przymusowych. Są werbowani przez wojsko, aby swoją pracą wspierali żywieniowe potrzeby walczących na froncie. Hryciuk i Petraszko zaznaczają: „Majątki obszarnicze świetnie nadawały się na przekształcenie w owe przyfrontowe gospodarstwa rolne. Gdy w innych powiatach Prus Wschodnich zwykle było kilka, najwyżej kilkanaście «podsobnych chodziejstw», tu jedno sąsiadowało z drugim. Zajmowały one prawie całe terytorium powiatu”[6].
W pierwszej połowie lutego część Niemców wraca do Bartoszyc. Większość to ludzie starsi i dzieci, słabi, niezdolni do działania: „Szli starcy, zarośnięci, obszarpani, wynędzniali, w towarzystwie kobiet, też zwykle starszych, i dużych gromadek dzieci”[7]. Zgodnie z tym, co podają Hryciuk i Petraszko, w dawnym Bartenstein znalazło się około trzech tysięcy Niemców. Wcześniej w 1944 roku było ich w mieście pięć razy tyle. Byli poddani obowiązkom rejestracji i pracy. Musieli wykonywać zajęcia polegające na doprowadzaniu ulic i mieszkań do użyteczności. „Zlecono im wówczas prace przy oczyszczaniu z trupów i padliny oraz porządkowanie koszar i domów dla oficerów”[8]. Zostali przesiedleni. Zgrupowano ich w konkretnych częściach miasta, zarządzanych przez sołtysów, z których dwóch było Mazurami. W Bartoszycach panuje tyfus plamisty. Niemka cytowana przez Hryciuka i Petraszkę pisze o głodzie i chorobie, a także o przerażających znaleziskach: „Ciała zmarłych panny W. i pani K. były grubo pokryte przez wszy i przez nie zżarte”[9].
Ci, którzy przybywają do miejscowości, zajmują porzucone przez Niemców mieszkania. Zdarza się, że wyglądają tak, jakby ktoś tylko na chwilę z nich wyszedł. Są w pełni wyposażone. Regina Zauner wspomina ruiny oraz głód. Mówi wprost: „Nie było nic do jedzenia”[10]. Kiedy z matką i rodzeństwem przyjeżdża do Bartoszyc, jest tam trzysta rodzin polskich. Opowiada: „Po mieście błąkało się wiele opuszczonych sierot niemieckich. Dzieci chodziły gromadnie, szukając pożywienia. My jako malcy biegaliśmy po ulicach i opuszczonych domach. Mieszkania były niemal kompletnie wyposażone, nawet firanki wisiały. Nas interesowały oczywiście tylko zabawki”[11]. Dzieci przybyszy mieszają się z sierotami powojennymi. Zauner opowiada: „Później mama zatrudniła się w organizującym się domu dziecka koło Bramy Lidzbarskiej. Do pracy brała nas ze sobą. Cała nasza trójka wychowywała się razem z tymi sierotami”[12]. Nie wszystkie mieszkania, co oczywiste, były w dobrym stanie. Zwykle wymagały uporządkowania, bo wszędzie rozrzucone były przedmioty i papiery. Brakowało szyb w oknach. Na początku jednak wolnych i dużych mieszkań było dużo[13].
W tym krytycznym momencie, w pierwszych miesiącach 1945 roku, w Prusach Wschodnich, w tym także w Bartoszycach, przebywa znany radziecki pisarz i korespondent wojenny Ilja Erenburg. Obserwuje powracających do Bartoszyc Niemców i jest zaskoczony, że nie przejawiają agresji i nie zamierzają opierać się nowej władzy. Hryciuk i Petraszko wspominają, że dziennikarz był zdziwiony, że nie można znaleźć dowodów na jakiekolwiek plany lub próby działań dywersyjnych[14].
Erenburg zasłynął z propagandowego manifestu adresowanego do sowieckich żołnierzy, w którym pojawiał się dobitnie wyartykułowany przekaz eliminacji wroga: „Nie licz dni, nie licz kilometrów. Licz tylko zabitych przez siebie Niemców – o to modli się twoja matka. Zabijaj Niemców – o to woła twoja rosyjska ziemia. Nie wahaj się. Nie ustawaj. Zabijaj”[15]. Dziennikarz przeszedł do historii nie tylko dzięki swoim reporterskim relacjom z frontu, ale przede wszystkim dzięki temu przesłaniu i wpływowi, jaki przywołane słowa miały na morale uczestniczących w wojnie żołnierzy. Ich oddziaływanie było mocniejsze i szersze niż tylko motywowanie uczestników bitwy o Stalingrad, ale Erenburg wtedy, kiedy wojna dobiega końca, wykazuje już dużo bardziej koncyliacyjne poglądy. Obawia się na przykład rewanżu ze strony rodaków i w równie propagandowym stylu, choć już w innej konwencji ideowej, stwierdza: „W dziesiątkach artykułów powtarzałem, że nie powinniśmy, nie wolno nam się mścić – nie jesteśmy przecież faszystami, ale ludźmi radzieckimi”[16].
Przebywanie na terenie Prus Wschodnich i odwiedzanie kolejnych zniszczonych miejscowości to dla Erenburga wydarzenie. Ma świadomość, że jest na terenach zamieszkanych przez konserwatywną ludność niemiecką: „Prusy Wschodnie od dawna uważane były za najbardziej reakcyjną dzielnicę Niemiec. Było tu mało fabryk, mało robotników; zamożni chłopi głosowali na Hindenburga, potem wołali zgodnie «heil Hitler». Właściciele ziemscy byli prawdziwymi żubrami, najdrobniejsze liberalne posunięcie uważali za zniewagę zadaną czci rodowej”[17]. Dziennikarz nie podaje nazw miast, które odwiedza. Poprzestaje na inicjale, a więc na przywołaniu pierwszej litery. Można przypuszczać, że E. to Elbląg, a B. to właśnie Bartoszyce. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na propagandowy charakter relacji Erenburga. Rosjanie będą więc szlachetniejsi, Niemcy zawzięci i kłamliwi. Nie zmienia to jednak faktu, że wśród spostrzeżeń reportera są także uwagi zawierające wiele prawdy o rzeczywistości wojennej i tuż powojennej, która właśnie się zaczynała. Jednym z nich będzie na pewno dostrzeżenie akcentowania przez Niemców własnej niewinności, odsuwanie od siebie winy, przenoszenie odpowiedzialności na barki władz, deklarowanie niewiedzy i nieświadomości zbrodni. Jednocześnie Erenburg nie ukrywa bezradności wobec przemiany, której jest świadkiem – od retoryki siły do retoryki unieważnienia własnych działań i poglądów. Wspomina: „Zwiedziłem kilkanaście miast, rozmawiałem z różnymi ludźmi: z lekarzami, rejentami, nauczycielami, chłopami, oberżystami, krawcami, sklepikarzami, tokarzami, piwowarami, jubilerami, agronomami, pastorami, nawet z pewnym fachowcem od produkcji drzew genealogicznych”[18]. Jak można wywnioskować, na nic się zdały te spotkania. Odpowiedzi na pytanie, jak mogło dojść do agresji, nie ma i nie było.
Właściwie zaraz po wejściu Armii Czerwonej do Bartoszyc zajęto się sierotami wojennymi mówiącymi w języku pokonanego wroga. Dla wielu osób kwestia ta nie była wcale łatwa do zaakceptowania. Ci, którzy zajmowali się opieką nad wychowankami, często starali się wyeliminować towarzyszący dzieciom lęk przed obcymi. Z kolei ci, którzy obserwowali sytuację tuż po wyzwoleniu z zewnątrz, nie zawsze potrafili ukryć swoje uprzedzenia.
Przykład takiej postawy widzimy w relacji autorstwa Romana Kwiatkowskiego, który odwiedził Bartoszyce w 1946 roku. W reportażu opublikowanym na łamach „Rzeczpospolitej” dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Autor nie tylko odnotowuje zniszczenia i stopniowe odradzanie się miasta. Zwraca szczególną uwagę na napotkaną grupę dzieci, które w odpowiedzi na zadane pytanie zachowują się tak, jakby nie rozumiały. Okazuje się, że spotyka wychowanków domu dziecka prowadzonego przez Inspektorat Szkolny. Opisuje skromne warunki panujące w instytucji. Zaznacza, że chodzi o opiekę nad osieroconymi dziećmi niemieckimi i że ich liczba jest znaczna – to sto osiemdziesięcioro siedmioro wychowanków. Już tutaj pojawia się wątek nauki języka polskiego i potrzeba wychowania „pożytecznych i lojalnych obywateli Państwa Polskiego”. Skromne warunki i trudny los dzieci mogą budzić współczucie. Jednak Kwiatkowski pozostaje zdystansowany i wyjątkowo krytyczny. Podejrzewa dzieci o oszukiwanie i kłamstwa, sugerując, że to zachowanie typowo niemieckie. Takie rozpoznanie wypada dość kuriozalnie, zwłaszcza wtedy, gdy uświadomimy sobie, że dotyczy dziecka około pięcio-, sześcioletniego w „czerwonych rajtuzach”. Chłopiec ma rzekomo udawać, że nie rozumie języka polskiego, a tymczasem w ocenie reportera pojmuje komunikaty całkiem sprawnie. Kwiatkowski nie bierze pod uwagę nieśmiałości, lęku, niechęci do kogoś obcego. Od razu podejrzewa złe zamiary, które – gdy dziecko dorośnie – mogą być zagrożeniem. Roman Kwiatkowski nie pozostawia złudzeń: „Na ulicy nie rozumie po polsku, «verstehe nicht», a tu owszem – czyż to nie jest typowo niemieckie zachowanie? Możliwe, że kierownictwo ośrodka wierzy, że z tej gromady Niemcząt da się wychować dobrych Polaków. Mnie się jednak wydaje, że hodujemy młode wilczęta, przebrane w owcze skórki. Po co nam to?”[19].
Dom dziecka, o którym wspomina Kwiatkowski, ukonstytuuje się 1 lutego 1946 roku. Jako adres podany będzie Plac Rynkowy. Informacja na pierwszej stronie nie pozostawia wątpliwości: „Przejęto sierociniec niemiecki w Bartoszycach”. Zakład prowadzi Inspektorat Szkolny podlegający kuratorium w Olsztynie. Dom dziecka nie posiada żadnego własnego majątku. Właścicielem pomieszczeń zakładu jest Zarząd Miejski. Placówka użytkuje natomiast część poniemieckiego majątku, którego spolszczona nazwa to Grady. Wychowanków, dla których przeznaczony jest zakład, zdefiniowano jako sieroty warmińsko-mazurskie. Stwierdzono, że zakład jest przepełniony. Ma sto miejsc, natomiast pod opieką znajduje się sto siedemdziesięcioro dwoje dzieci (stan na 1 lipca). Kierowniczką domu dziecka jest Maria Gudaczewska. W formularzu sprawozdawczo-statystycznym dla Zakładów Opieki Całkowitej (Zamkniętej) dla Dzieci i Młodzieży za rok 1947 jako datę uruchomienia zakładu podano już 1 stycznia 1946 roku, a więc miesiąc przed rejestracją. Okazuje się, że po dwunastu miesiącach funkcjonowania placówki dzieci ubyło. W grudniu 1947 roku jest ich czterdzieścioro dziewięcioro. Jeśli chodzi o dolegliwości wychowanków, dominują choroby skóry – czyraki i owrzodzenia oraz świerzb. Jak można się domyślić, to konsekwencje wojny.
Polskie domy dziecka powstają na terenie całego Związku Radzieckiego. W książce Tadeusza Bugaja Dzieci polskie w ZSRR i ich repatriacja 1939–1952 zamieszczono mapkę przedstawiającą poszczególne placówki opiekuńcze. Dotyczy ona co prawda tych instytucji, które zostały objęte procesem repatriacyjnym w okresie od maja 1945 do sierpnia 1946, jednak dobrze obrazuje, w jak wielu miejscach znajdowali się młodzi Polacy. Najwięcej było ich na terenie Rosji, dużo w Kazachstanie i Uzbekistanie, mniej w Ukrainie, Białorusi, Kirgizji czy Litwie[20]. W wakacje 1944 roku powstaje Polski Obwodowy Dom Dziecka w Monetnej koło Swierdłowska na Uralu. Nie wszyscy podopieczni są sierotami, czasami ich rodzice znajdują się w odległych miejscach lub nie wiadomo, czy jeszcze żyją. Zdarza się, że ojcowie poszli do wojska. Wiele osób ma za sobą szkołę przyspieszonego dojrzewania. Dzieci pracują ponad siły, głodują, patrzą na śmierć bliskich. Tracą nadzieję na lepsze jutro. Zanim trafią do placówki opiekuńczej, często tułają się, śpiąc byle gdzie i ciesząc się, że udało się przeżyć kolejny dzień.
Jak trudne były losy dzieci, które trafiały do domów dziecka, można wywnioskować z artykułu Rozdeptane dzieciństwo, opublikowanego przez Aleksandra Lewina na łamach „Polityki” w 1989 roku. Maria Starczewska, później Oberkoch, wspomina czas, kiedy razem z rodzeństwem została bez rodziców, bo ich ojca w maju 1943 roku powołano do wojska: „Wtedy Adela poszła do rzemieślniczego uczyliszcza (szkoły zawodowej). A Edzio tułał się po ludziach. Jak tylko dostał kartkę na chleb, to ją sprzedał za połowę chleba i od razu przejadł wszystko. A kiedy dzielono amerykańskie rzeczy, to nas oszukiwano. Dawali nam najgorsze rzeczy i mało. Teraz powstało przede mną pytanie: co robić? W lecie chodziłam robić na torf. Praca była ciężka, ale ja nie poddawałam się i wyrabiałam normę. Mieszkali my w małym pokoju, w niedzielę przychodziły dziewczęta, pocieszały mnie, że to niedługo. W zimie byłam w niańkach. Na wiosnę szukałam pracy i z wielkim trudem przyjęto mnie, ponieważ miałam mało lat. Pracowałam w cechu (warsztacie). Naprzód jako uczennica, potem samodzielnie. Edek w tym czasie wałęsał się po ludziach. Pewnego razu przyjechał pan dyrektor i powiedział, że w Monetnej będzie polski dom dziecka i polska szkoła. Ja z wielką chęcią zwolniłam się i pojechałam do domu dziecka”[21]. Zacytowany fragment wspomnień to słowa szesnastoletniej wtedy Marysi. Lewin charakteryzuje ją: „ostoja domu dziecka, uosobienie rzetelności i pracowitości, pomagała we wszystkim, opiekowała się młodszymi dziećmi”[22]. Maria Starczewska będzie w grupie Monetniaków, którzy przyjadą do Bartoszyc.
W artykule pojawia się również wspomnienie piętnastoletniej wtedy Jasi P., czyli Janiny Piwowarczyk, później Małeckiej. Ona także ostatecznie trafi do Bartoszyc. Lewin określa ją jako osobę „bardzo wrażliwą, delikatną, gospodarną, odpowiedzialną”[23]. Wspomnienia piętnastolatki naznaczone są lękiem i osamotnieniem. Opowiada o zabraniu matki przez policjanta, o wujku odwiedzającym ich tylko w niedzielę, bo na co dzień przebywał w pracy w miejscu odległym o dwadzieścia kilometrów, o ojcu, któremu udało się zachować pracę blisko domu i z którym jeździła po drzewo do lasu. Kiedy w 1943 roku mężczyźni idą do wojska, dzieci zostają z matką. Czytamy o przejmującym głodzie – jedzą trawę, sadzą kartofle. Kiedy matka zachoruje, nie udaje się jej uratować. Po jakimś czasie dzieci próbują wyjechać do ojczyzny, ale Polacy zostawiają ich w Swierdłowsku: „Mówili, że tu pójdziemy do domu dziecka, my nijak nie chcieli. Ale nas się nie pytali, wzięli nas za ręce i poprowadzili nas do pryjomnika (punkt rozdzielczy) i zostawili nas tam. Nam było bardzo smutno i przykro, ale my tam byli niedługo. Przyjechał do nas pan dyrektor i zabrał nas do polskiego domu dziecka i byliśmy zadowoleni z tego bardzo”[24].
Przenosiny do domu dziecka w Monetnej okazują się momentem zwrotnym w życiu dzieci, które pozostawiają za sobą strach przed tym, czy uda się przetrwać do następnego dnia. Nie muszą już martwić się o to, czy zdobędą jakieś pożywienie dla młodszego rodzeństwa. Nie patrzą już na bliskich z przerażeniem, kiedy dostrzegą, że ich ciała wydają się pełniejsze. Opuchnięci z głodu ludzie to obrazy, które powracają we wspomnieniach. Często następnym etapem była śmierć. Na nią również dzieci zdążyły się napatrzyć. Czy zdołały się do niej przyzwyczaić? Z pewnością nie, choć musiały też znaleźć sposób na to, by uodpornić się na traumatyczne obrazy i nie dać się pochłonąć przez śmierć. Ich celem było życie. Dom dziecka w Monetnej ów cel pozwalał im zrealizować. Nie tylko dostawały szansę na to, by przetrwać, lecz także mogły na nowo nadać swojej codzienności sens. W rozkładzie ich dnia pojawiły się niemalże zapomniane doświadczenia, takie jak zabawa, nauka czy odpoczynek.
Opis budynku i otoczenia nowo powstałego domu dziecka nie ma w sobie nic idyllicznego, a jednak dla wychowanków mających tak wiele trudów za sobą to miejsce mogło być spełnionym marzeniem. Lewin pisze: „Na dom dziecka przekazano budynek drewnianej, jednopiętrowej szkoły w osadzie przemysłowej Monetna, w pobliżu Swierdłowska. Dookoła Monetnej, daleko jak okiem sięgnąć, ciągnęły się płaskie, błotniste równiny, pocięte we wszystkich kierunkach szynami kolejki wąskotorowej wywożącej torf z najodleglejszych zakątków. Na bezkresnych polach uwijały się setki brygad, przeważnie kobiecych, zajętych wydobywaniem torfu. Intensywna praca nie ustawała ani na chwilę. Tysiące ton tego paliwa pochłaniał gigantyczny kompleks zakładów przemysłowych «Uralmaszzawod», odległy o 30 kilometrów «Uralmaszzawod» – mówili w czasie wojny ludzie radzieccy – to kuźnica zwycięstwa, z której płynął nieprzerwany stalowy potok uzbrojenia na front – dla Armii Czerwonej”[25].
Janina Małecka, z domu Piwowarczyk, wspomina o swoim podekscytowaniu związanym z pojawieniem się dyrektora polskiego domu dziecka z Monetnej. Można by pokusić się o stwierdzenie, że to jedno z ważniejszych wydarzeń w biografii kobiety. Mimo upływu czasu nie ulegnie zapomnieniu ani rozmyciu. Wręcz przeciwnie, okaże się jednym z najbardziej wyrazistych wspomnień. Historia ta jako istotny moment zwrotny będzie nieraz powracała w rozmowach i prawdopodobnie również często w myślach. Oto dzięki temu spotkaniu życie pozostawionych samym sobie i doświadczonych przez los dzieci nabiera sensu i zyskuje znaczącą zmianę jakościową: wreszcie można myśleć o przyszłości.
Małecka opowiada Joannie Wańkowskiej-Sobiesiak o swoim wcześniejszym rozczarowaniu związanym z pozostaniem na terenie Związku Radzieckiego. Trudne przeżycia z powodu obecnych wokół cierpienia, smutku i śmierci nie dawały właściwie żadnej nadziei. W przywoływanych przez kobietę obrazach pojawiają się umierający ludzie: „W każdej rodzinie było po troje, czworo dzieci. Ale była rodzina, nazywali się Czajki, w której było dziesięcioro dzieci: ośmioro z nich umarło i rodzice też. Został Franek i malutka Kasia, która nie miała jeszcze wtedy trzech lat. Jeszcze nie chodziła, bo miała bardzo zaawansowaną krzywicę. Oni z nami potem trafili do polskiego domu dziecka. Ludzie umierali zwłaszcza na wiosnę i to tylu, że z sześciu baraków ludzi pozostały tylko dwa, do których przenosili się ci, którzy jeszcze żyli. Wszyscy puchli, ciało robiło się nalane wodą”[26]. Śmierć nie omija również matki Janiny Piwowarczyk. Głód jest wyjątkowo okrutny, nie zna litości i każdego może wybrać na swoją ofiarę. Kobieta wspomina: „Mama zmarła, mając trzydzieści sześć lat. Była ładną kobietą, a pod koniec życia został z niej szkielet: uda grubości ręki. Jedliśmy korę, a na wiosnę wykopywaliśmy ziemniaki zgniłe w polu, mama gotowała z nich tak zwaną pochlopkę”[27]. Janina zostaje tylko z bratem. Przez ponad pół roku – od końca 1943 do wakacji 1944 – ich życie naznaczone było przypadkowością: „Nie mieliśmy co ze sobą zrobić, nikt się nami nie zajmował. Chodziliśmy do ludzi, żeby przenocować”[28].
Informacja o planowanym wyjeździe do Polski, która dociera do Piwowarczyków, zostaje przyjęta z niedowierzaniem, radością i nadzieją. Dzieci idą dwadzieścia kilometrów na stację. Janina troszczy się o młodszego brata. Po drodze musi pozbyć się tego, co ze sobą zabrała – koca, poduszki, ubrań, bo nie daje rady nieść bagażu. Zachowuje to, co może być środkiem płatniczym: „Zatrzymałam tylko woreczek z sucharami, które mama nasuszyła na czarną godzinę. Brat już nie mógł iść. Napotkanej Rosjance zaproponowałam te sucharki za doniesienie brata do stacji. Wzięła sucharki oraz brata na ręce i zaniosła na stację. Bałam się, że pociąg odjedzie, ale na stacji wszyscy jeszcze siedzieli. Brat miał pozdzierane nogi, to owinęłam mu je szmatkami i kupiłam trochę mleka za parę groszy, które mama zawiesiła mi w węzełki na szyi. Zabrano nas do wagonu”[29]. Zwraca uwagę troska siostry o młodszego brata oraz umiejętność planowania. Trudno również nie zauważyć wpływu matki na los dziewczynki. Choć gdy zdarza się opisana sytuacja, kobieta już nie żyje, to jednak właśnie jej wcześniejsza zapobiegliwość pozwala Janinie na wykonanie pewnych działań ułatwiających przetrwanie i osiągnięcie celu.
Przybycie do Swierdłowska nie kończy problemów Piwowarczyków. Okazuje się, że i oni, i wspomniane wyżej rodzeństwo, Franek i Kasia, doświadczają okrucieństwa ze strony rodaków. Polacy wyrzucają dzieci z pociągu: „Wyrzucili nas, bo nie miał kto się nami opiekować. Krzyczałam, żeby nas zabrali, bo mam babcię w Polsce. Ale nic to nie pomogło. Oddali nas do pogotowia opiekuńczego w Swierdłowsku. Tam byliśmy dosyć długo”[30]. Ich sytuacja się zmieni, kiedy przypadkowy przechodzień usłyszy, że mówią po polsku. Obiecuje poinformować o nich dyrekcję polskiego domu dziecka, który powstał w Monetnej.
Kilka dni później Janina Piwowarczyk poznaje Aleksandra Lewina. Nie wie jeszcze, że człowiek ten znacząco wpłynie na jej życie i że to, co właśnie się dzieje, będzie wspominała kilkadziesiąt lat później z dużym wzruszeniem. Można się domyślić, że emocje dziewczynki zmieniają się z chwili na chwilę – od obezwładniającego szczęścia, po brak wiary w to, że los może być łaskawy. Janina jest zdeterminowana. Nie może dopuścić do tego, by Lewin tak po prostu odjechał. Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie się stanie. Dzieci nie mogą od razu przeprowadzić się do placówki w Monetnej. Trzeba przygotować odpowiednie dokumenty. Lewin okazuje się wyrozumiałym i empatycznym przyszłym opiekunem. Rozumie, skąd brak wiary w obietnice u Janiny i pozostałych dzieci. Już raz je oszukano. Dyrektor domu dziecka wpada na oryginalny pomysł. Zdejmuje marynarkę i kładzie ją na plecach dziewczynki. Ma to być gwarancja powrotu i ponownego spotkania. Trwa jesień, więc ciepłe okrycie wierzchnie jest potrzebne. Janina Piwowarczyk wspomina: „Tej jego marynarki nie zdjęłam z siebie i pilnowałam jak oka w głowie. Bo ta marynarka to była rzecz, która pozwalała mi wierzyć, że nas zabiorą i pojedziemy do Polski”[31]. Kobieta traktuje marynarkę Lewina jak materialne potwierdzenie tego, co dopiero ma się wydarzyć. Przeniesienie do Monetnej ma być bowiem dla dzieci pierwszym istotnym krokiem do upragnionego celu, czyli powrotu do Polski. Janina opowiada: „W kilka dni później wychowawczyni, pani Zofia Zelenay, przyjechała po nas. Gdy wreszcie znaleźliśmy się w domu dziecka, wychowawczyni zaprowadziła nas do kancelarii dyrektora. Dyrektor serdecznie nas przyjął, mile uśmiechnął się i zapytał: «Czy masz moją marynarkę?» Powiedziałam: «tak»”[32].
Marynarka, ktoś powie, to tylko rzecz. A jednak właśnie ta rzecz – dosłownie i symbolicznie – okazuje się zalążkiem zbudowanej na całe życie więzi. Waleczna i zarazem zrozpaczona dziewczynka zostaje potraktowana przez dorosłego po partnersku. Jej nieufności i strachu, będących także wyrazem odczuć pozostałych dzieci, nie zbagatelizowano. Lewin wykazuje zrozumienie dla emocji młodego człowieka. Nie wykorzystuje swojej zawodowej pozycji. Nie próbuje więc wywierać wpływu poprzez odwołanie do hierarchii i relacji wychowawca – podopieczny. Stawia na porozumienie oparte na uznaniu i akceptacji uczuć dziecka. Przekazując marynarkę, symbolicznie sugeruje, że już niebawem dzieci będą mogły się czuć bezpiecznie, a ktoś dorosły zdejmie z ich ramion brzemię przyspieszonego dojrzewania. Rzecz zamienia się więc w zmaterializowaną obietnicę opieki i lepszej przyszłości.
Historii Polskiego Obwodowego Domu Dziecka w Monetnej koło Swierdłowska na Uralu Aleksander Lewin poświęca dwie książki. Pierwsza to Problemy wychowania kolektywnego. Refleksje pedagogiczne na tle doświadczeń Polskiego Domu Dziecka i Szkoły na Uralu. Powstaje w 1951 roku i ukazuje się stosunkowo szybko, jeśli weźmiemy pod uwagę czas, który mija od powrotu dzieci i ich wychowawcy do kraju, bo już w 1953. Od razu publikacja zostaje uznana za pożądaną w bibliotekach pedagogicznych i innych o podobnym charakterze. Jej kolejne wydanie wyjdzie w 1955 roku. Drugą książkę, uwspółcześnioną, bo uwzględniającą dalsze losy Monetniaków, opublikowano w 1987 roku. Nosi tytuł Dom na Uralu. Losy dzieci polskich z Monetnej. Można przypuszczać, że ta pierwsza trafia głównie do pedagogów, ta druga, także poprzez atrakcyjniejszą formę wydania, dociera do bardziej zróżnicowanej grupy czytelników.
Porównanie obu publikacji pozwala również stwierdzić, że książka z lat pięćdziesiątych XX wieku napisana jest mocno hermetycznym językiem związanym z uprawianą przez Lewina dyscypliną naukową oraz ma wiele cech przekazu propagandowego. Takie określenia jak wychowanie socjalistyczne, ideologiczne deprawowanie, socjalistyczny ład czy nacechowana negatywnie pedagogika burżuazyjna służą w publikacji do analizy rzeczywistości. Nie inaczej jest w przypadku opisu tła historycznego. Armia Czerwona jest bohaterska, w Katyniu ma miejsce „hitlerowska prowokacja”, rząd polski w Londynie to „samozwańczy reprezentanci narodu polskiego”, a armia Andersa ucieka z pola walki „w przededniu wielkiej bitwy pod Stalingradem”, stawiając na klęskę Związku Radzieckiego, co w ocenie Lewina było „zdradą najżywotniejszych interesów narodu polskiego, zdradą sojusznika, który dźwigał nieomal całe brzemię wojny”[33]. Pedagog zaznacza, że w pierwszych latach wojny dziećmi polskimi na terenie ZSRR zajmowała się ambasada rządu Sikorskiego, ale „wychowanie dzieci było prowadzone w duchu reakcyjnym i nieprzyjaznym dla Związku Radzieckiego”[34]. W podobnym tonie utrzymane są dalsze rozważania prezentujące wydarzenia prowadzące do utworzenia placówki opiekuńczej w Monetnej. Można by powiedzieć, że mamy do czynienia z historią na opak, wiemy jednak, że język używany przez Lewina oraz zaprezentowana przez niego ocena sytuacji wpisywały się w to, co było częścią ówczesnej polityki władz.
Z kolei Dom na Uralu ma charakter bardziej popularyzatorski. Wyraźnie zaznacza się również autobiograficzne nacechowanie opisywanej historii. W tym przypadku Lewin mniej jest badaczem i obserwatorem, a bardziej zaangażowanym uczestnikiem wydarzeń. Co ciekawe, choć znaczna część opisu losów dzieci powtarza się, to jednak zrezygnowano z wprowadzenia historycznego. Nie dowiemy się więc o działaniach mających prowadzić do ukształtowania „człowieka naszej epoki – kolektywisty”[35]. Nie przeczytamy też rozbudowanej definicji osoby mającej współtworzyć przyszłość, a ta w Podstawach wychowania kolektywnego zostaje sformułowana dokładnie: „Wielki przełom dziejowy, jaki dojrzewał na polach bitew drugiej wojny światowej, wymagał, by przygotować dorastające pokolenie do życia w nowym ustroju społecznym. Co więcej – do walki o ten ustrój potrzebny był człowiek, «nasz człowiek», zdrowy, oświecony, jak najbardziej wykształcony, przygotowany nie tylko zawodowo, ale również ideowo do wielkich historycznych zadań, to znaczy – świadomie uczestniczący w pracy kolektywu, klasy, aktywny «działacz rozwoju społecznego», nienawidzący faszyzmu, czujny, gotowy do obrony zdobyczy mas pracujących. Szczególnego zaś znaczenia nabierało zadanie wychowania dzieci na patriotów Polski demokratycznej i szczerych przyjaciół Związku Radzieckiego”[36]. Lewin wspomina o konieczności „przewekslowania nacjonalistyczno-szowinistycznego sposobu myślenia na tor problematyki klasowej, ustrojowej”. Cel jest jeden – chodzi o to, by dzieci „zdolne były odegrać rolę awangardową”[37]. Okrojenie Domu na Uralu z fragmentów naznaczonych propagandowym zaangażowaniem nie oznacza odcięcia się od tych poglądów. W Słowie wstępnym Lewin pisze o rezygnacji z opisu tła historycznego, ale uzasadnia tę decyzję tym, iż ukazały się na ten temat inne publikacje. Pedagog nie próbuje w żaden sposób złagodzić wyrażonych przed laty ocen i rozpoznań. Czy usunięcie tych kontrowersyjnych fragmentów można uznać za dowód większej świadomości tego, co miało miejsce przed laty, czy może jest to tylko reakcja na nieprzystawalność tych refleksji do współczesności, anachroniczność zastosowanego wtedy języka, jego zestarzenie się? Na tak postawione pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Scharakteryzowany powyżej styl opisu rzeczywistości historycznej to nie tylko znak czasów. Można go również potraktować jak przykład specyficznego łączenia ideologicznego myślenia i niezwykłego, na pewno ponadprzeciętnego zaangażowania w losy dzieci, stanowiących źródło pedagogicznych spostrzeżeń i tez. O ile więc Dom na Uralu czytany współcześnie jest książką dokumentującą życie Monetniaków i dobrze oddaje ówczesne problemy, nawet jeśli język opisu miejscami wydaje się nieco przestarzały, o tyle Podstawy wychowania kolektywnego to książka, która pozostając monografią naukową, w obszernych fragmentach okazuje się lekturą niestrawną. Publikacja z początku lat pięćdziesiątych XX wieku dobrze pokazuje, jak zmienił się sposób formułowania wypowiedzi w analizie pedagogicznej oraz jak kuriozalnie wybrzmiewa próba argumentacji za pomocą języka propagandy. W efekcie Dom na Uralu wydaje się książką bardziej autentyczną i szczerą. Nie tylko dlatego, że Lewin rezygnuje z kontrowersyjnych rozpoznań, ale przede wszystkim z tego powodu, że pozwala wybrzmieć głosom swoich wychowanków. To oni po kilkudziesięciu latach dają świadectwo swojego życia i swojej pracy. Pokazują, że Lewin, niezależnie od ideologicznego zacięcia w prowadzonych analizach naukowych, okazał się dla wychowanków z Monetnej doskonałym pedagogiem i przyjacielem.
Danuta Koronkiewicz, córka Adeli Szarpak z domu Starczewskiej, przechowuje pamiątki po matce. Wśród nich jest niewielkich rozmiarów pamiętnik. Choć jego kształt i sposób otwierania – grzbiet znajduje się po stronie krótszej – sugeruje, że będzie to miejsce wpisów koleżanek i kolegów, to jednak tak nie jest. Twarda okładka dawno się wytarła, na niebieskim tle widać kwiaty z białymi płatkami. Po otwarciu patrzymy na stronę tytułową. Treść niespersonalizowana zapisana jest na maszynie, piórem uzupełniono polskie znaki. Imię i nazwisko osoby, której wręczano pamiętnik, odnotowano ręcznie. Wpisu dokonał Aleksander Lewin. On również, nieczytelnie, podpisuje się w imieniu dyrekcji Polskiego Obwodowego Domu Dziecka. Obok – po lewej – znajduje się nieczytelny podpis osoby reprezentującej Swierdłowski Zarząd Obwodowy Związku Patriotów Polskich. Treść dedykacji jest następująca: „Wychowance Starczewskiej Adeli na pamiątkę pobytu w Polskim Obwodowym Domu Dziecka w Monetnej, obwodu Swierdłowskiego, ZSRR”.
Na kolejnych stronach umieszczone są czarno-białe zdjęcia. Dokumentują codzienność wychowanków. Jest wśród nich fotografia pokazująca dzieci podczas pracy przy przewozie i wyładowywaniu drewna. Widzimy także zdjęcie zespołu tanecznego. Na kilku fotografiach uchwycono dzieci podczas lekcji w szkole lub podczas innych zajęć edukacyjnych. Młodzi ludzie wydają się pełni zapału i zaangażowania. Jedno ze zdjęć przedstawia dzieci przebywające w sali prawdopodobnie wykorzystywanej do nauki geografii. Na ścianach wiszą duże mapy. Dzieci zdają się pozować fotografowi, widać, że patrzą w stronę obiektywu. Nauczyciel zerka na blat stołu, dobrze odgrywając rolę osoby, która uchwycona jest w ruchu podczas pracy. Zdjęcia wybrane na pamiątkę dla wychowanków koncentrują się na nauce, kulturze i pracy. Być może właśnie te trzy kwestie miały pozostać w ich pamięci jako najważniejsze. Nie da się ukryć, że w późniejszych wspomnieniach ciężka praca i to, co trudne, równoważone będzie przez przywoływanie obrazów związanych z przygotowywaniem spektakli lub występów tanecznych oraz przez czerpanie korzyści płynących z nauki. We wszystkich tych odsłonach uderza nastrój radości z bycia razem i właśnie to tworzy fundament dalszego pozytywnego myślenia o Monetnej.
Adela Starczewska, później Szarpak, traktuje pamiętnik jak skarb. Na stronie, gdzie znajduje się dedykacja, wpisano również datę. To 9 maja 1946 roku. Pamiętnik podarowano więc dziewczynce tuż przed wyjazdem do Polski. Takie same sztambuchy z wpisanymi własnymi nazwiskami i imionami otrzymują inni Monetniacy. Podobno nie wszyscy pamiętali o tym podarunku i nie wszystkim udało się go zachować. Pamiętnik Adeli Starczewskiej biorę do rąk po blisko osiemdziesięciu latach od chwili, kiedy jego adresatka dostała go jako wychowanka domu dziecka w Monetnej. Nie da się pewnie zliczyć, ile razy kobieta przedmiot ten dotykała i ile razy przyglądała się zamieszczonym tam zdjęciom. Kiedy oglądam pamiętnik, nie żyje już jego właścicielka, nie żyje Aleksander Lewin, odeszli też na zawsze ci z Monetniaków, którzy zamieszkali w Bartoszycach przy ulicy Limanowskiego. Ich już nie ma, ale jest ich historia i jest ta niepozorna pamiątka. Kilka zdjęć, kilka słów, świat, którego nie ma i który istniał wiele kilometrów stąd. Dzisiejszy Jekaterynburg, dawny Swierdłowsk, dzieli od Warszawy w linii prostej blisko trzy tysiące kilometrów. Ale kawałek Monetnej jest w tym pamiętniku i żyje, zmniejsza odległość, zbliża Bartoszyce do miejscowości na Uralu.
[...]
