Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Przeszedł przez piekło. Ma dość przemocy. Ale w małym miasteczku w Kentucky John Rambo znów musi robić to, czego nauczył się w Wietnamie - walczyć o życie i zabijać. I stanąć do śmiertelnego pojedynku z policja całego stanu i gliniarzem który nie wie, kogo naprawdę ściga.
Cykl: Rambo, t. 1
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 347
Rok wydania: 2001
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
RAMBO
Pierwsza krew
DavidMorrell
RAMBOPierwsza krew
PrzekładJAN KRAŚKO
Tytuł oryginału
FIRST BLOOD
Redaktorzy seriiMAŁGORZATA CEBO-FONIOKZBIGNIEW FONIOK
Redakcja technicznaANDRZEJ WITKOWSKI
Korekta
RENATA KUK
Ilustracja na okładce
PHIL HEFFERNAN
Opracowanie graficzne okładkiSTUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER
SkładWYDAWNICTWO AMBER
Wydawnictwo Amber zaprasza na stronę Internetuhttp://www.amber.sm.plhttp://www.wydawnictwoamber.pl
Copyright © 1972 by David Morrell.All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2001 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 83-241- 1793-8
Philipowi Klassowi i Williamowi Tennowi: każdemu za co innego
Latem roku 1968 miałem dwadzieścia pięć lat i właśnie kończyłem studia na Penn State University. Specjalizowałem się w literaturze amerykańskiej, obroniłem pracę magisterską na temat Ernesta Hemingwaya i zaczynałem pisać doktorską na temat Johna Bartha. Ale w głębi serca zawsze marzyłem, żeby zostać pisarzem.
Wiedziałem, że tylko nieliczni z nich żyją z pióra, więc postanowiłem zostać profesorem literatury, bo w tym zawodzie człowiek jest stale otoczony książkami i ma czas na pisanie. Jeden z moich wykładowców, Philip Klass - pisarz science fiction występujący pod pseudonimem William Tenn - który udzielił mi wielu cennych wskazówek na temat techniki pisania, powtarzał mi: „Mogę cię nauczyć, jak pisać, ale nie tego, o czym”.
Tak więc o czym miałem pisać? Zdecydował przypadek.
Pewnego gorącego wieczoru, w sierpniu, obejrzałem CBS Evening News, dziennik telewizyjny, który odmienił moje życie. Walter Cronkite przedstawił w nim dwa reportaże, a siła ich kontrastu poraziła mnie jak błyskawica.
Pierwszy pokazywał zbrojne starcie w Wietnamie. Zlani potem żołnierze amerykańscy siekli dżunglę seriami kul z karabinów model M-I6, żeby odeprzeć atak nieprzyjaciela. Pociski wroga wyrzucały w powietrze fontanny ziemi i poszarpanych liści. Sanitariusze spieszyli z pomocą rannym. Jakiś oficer przekazywał przez radio namiary nieprzyjacielskich pozycji i domagał się wsparcia lotniczego. Na twarzach żołnierzy widać było zmęczenie, determinację i strach.
Drugi reportaż przedstawiał walkę zupełnie innego rodzaju. Tego upalnego lata przez wiele miast Ameryki przetoczyła się fala przemocy i gwałtu. Na upiornych obrazach widać było, jak żołnierze gwardii narodowej, uzbrojeni w takie same karabiny jak ich koledzy z Wietnamu, skradają się przez zrujnowane, płonące ulice, jak kryją się za stertami gruzu i kamieni, by uniknąć kul snajperów czyhających między wrakami samochodów i w oknach wypalonych domów.
Każdy z tych reportaży był przygnębiający sam w sobie, ale ponieważ przedstawiono je razem, jeden po drugim, wywarły na mnie podwójne wrażenie. Pomyślałem sobie, że gdybym wyłączył dźwięk, gdybym nie słyszał, jak dziennikarz opisuje to, co dzieje się na ekranie, byłbym przekonany, że oglądam dwa aspekty tego samego koszmaru. Sajgon - strzelanina pod miastem i zamieszki w centrum. Zamieszki w jakimś amerykańskim mieście i strzelanina na jego peryferiach. Wietnam i Ameryka.
A co by było, gdyby...? Te magiczne słowa są nasieniem całej literatury pięknej. Więc co by było, gdybym napisał książkę, w której przeniósłbym wojnę wietnamską do Ameryki? Przecież od czasów wojny domowej w roku 1865 na ziemi amerykańskiej nie toczyły się żadne działania wojenne. Wietnam podzielił społeczeństwo Stanów Zjednoczonych na dwa obozy, więc może nadszedł czas, żeby napisać powieść, która udramatyzowałaby ten filozoficzny rozłam i pokazała Amerykanom, co znaczy prawdziwa wojna - wojna za oknami ich własnych domów.
Zdecydowałem, że katalizatorem mojej książki będzie weteran z Wietnamu, żołnierz z zielonych beretów, który po wielu niebezpiecznych misjach bojowych trafia do niewoli, ucieka i wraca do domu, by otrzymać najwyższe amerykańskie odznaczenie: Congressional Medal of Honor. Wraca, ale przywozi z Wietnamu coś, co dziś nazywamy psychicznym syndromem pourazowym. Na wojnie przeżył piekło, nawiedzają go straszliwe koszmary, jest rozgoryczony, bo choć tyle poświęcił dla ojczyzny, ludzie traktują go obojętnie, niekiedy nawet wrogo. Postanawia więc wyjść poza nawias społeczeństwa i chadzać bocznymi ścieżkami kraju, który ukochał. Zapuszcza długie włosy, przestaje się golić, skromny dobytek dźwiga w przerzuconym przez ramię śpiworze i wygląda jak ci, których wówczas nazywaliśmy hipisami. W tej luźno pomyślanej alegorii miał być typem autsajdera.
I będzie się nazywał... Właśnie o to najczęściej mnie pytają: jak wymyśliłem jego nazwisko. Jednym z moich przedmiotów na studiach był francuski i pewnego jesiennego popołudnia, kiedy wertowałem zadaną lekturę, uderzyła mnie różnica między pisownią a wymową nazwiska poety, którego wiersze właśnie czytałem: Rimbaud. Godzinę później wróciła z zakupów żona. Powiedziała, że kupiła jabłka, ale nigdy o takich nie słyszała. Rambo. Nazwisko francuskiego poety i nazwa gatunku jabłek zderzyły się ze sobą, tworząc słowo, w którego brzmieniu usłyszałem nieokiełznaną siłę.
Tak więc Rambo został autsajderem, potrzebowałem jednak kogoś, kto uosabiałby władzę. I znów zdecydował reportaż, tym razem zamieszczony w gazecie. Przeczytałem z oburzeniem, że w jednym z miast na południowym zachodzie Stanów policja zatrzymała grupę podróżujących autostopem hipisów, rozebrała ich do naga, polała wodą ze szlaucha i ostrzygła - obcięli im nie tylko brody, ale i włosy. Potem zwrócono im ubrania i wywieziono na odludzie. Do najbliższego miasta mieli prawie pięćdziesiąt kilometrów i musieli tę odległość pokonać na piechotę. Pamiętałem, jak dokuczano mi z powodu niedawno zapuszczonych włosów i wąsów. „Może byś tak poszedł do fryzjera, co? Kim ty w końcu jesteś, kobietą czy mężczyzną?” A gdyby tak wśród zatrzymanych hipisów był Rambo? Zastanawiałem się, jak by zareagował na upodlenie, które musieli przeżyć.
W mojej powieści przedstawicielem władzy jest Wilfred Teasle, komendant policji. Ponieważ miałem dość stereotypów, chciałem, żeby Teasle był postacią na tyle złożoną, na ile pozwoli na to akcja książki. Jego wiek określiłem w ten sposób, że mógłby być ojcem głównego bohatera. Stworzyłem konflikt pokoleń, tym silniejszy, że Teasle chce mieć syna. Następnie postanowiłem, że Teasle będzie bohaterem wojny koreańskiej odznaczonym Distinguished Service Cross, najwyższym odznaczeniem amerykańskim po Congressional Medal of Honor. Nadałem mu jeszcze wiele innych cech po to, by umotywować jego działania i uczynić zeń postać równie godną współczucia, jak Rambo, bo w sporze, który podzielił Amerykę, każda ze stron kierowała się głębokim przekonaniem o słuszności swoich racji.
Żeby podkreślić, jak krańcowo różnią się nasi bohaterowie, zbudowałem powieść w ten sposób, że po fragmencie opowiedzianym z punktu widzenia Rambo następuje narracja z perspektywy Teasle’a, a fragmenty te występują na przemian. Miałem nadzieję, że dzięki temu zabiegowi czytelnik będzie się identyfikował i z jedną postacią, i z drugą, a jednocześnie pozostanie wobec nich ambiwalentny. Który z nich jest bohaterem, a który złoczyńcą? Może obaj są złoczyńcami? A może obaj bohaterami? Finałowa konfrontacja między Rambo a Teasle’em miała pokazać, że w tej mikrowersji wojny wietnamskiej i postaw, jakie przyjmują wobec niej Amerykanie, eskalacja siły prowadzi tylko do jednego: do klęski. Nie ma ani zwycięzców, ani zwyciężonych.
Obowiązki na uczelni spowodowały, że skończyłem książkę dopiero, kiedy w roku 1970 opuściłem Penn State University i przez rok wykładałem na University of Iowa. Od opublikowania jej w 1972 została przetłumaczona na osiemnaście języków, aż w końcu stała się podstawą scenariusza znanego filmu, który wszedł na ekrany w roku 1982. Tych, którzy widzieli tylko film, zakończenie powieści bardzo zaskoczy - wytwórnia postanowiła je zmienić, dzięki czemu mogły powstać dwie kolejne części z tym samym bohaterem. Nie miałem z nimi nic wspólnego, jakkolwiek obie znowelizowałem, żeby uzupełnić je o rys psychologiczny, którego w nich zabrakło. Nie to, żebym miał coś przeciwko tym filmom. Są bardzo spektakularne, to typowe filmy akcji. Jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę z licznych kontrowersji, jakie wywołały, i uważam za ironię losu to, że książka o politycznej polaryzacji w Ameryce (za i przeciwko wojnie wietnamskiej) posłużyła za kanwę filmów, które dziesięć lat po napisaniu powieści wywołały polaryzację prawie identyczną: za i przeciwko Ronaldowi Reaganowi.
Czasami porównuję książki i filmy o Rambo z pociągami, które, choć niby takie same, mkną w przeciwnych kierunkach. Czasami myślę o moim bohaterze jak o synu, który wyrósł i wymknął się spod kontroli ojca. Czasami widzę jego nazwisko w gazecie lub słyszę je w radiu albo w telewizji - w odniesieniu do polityków, finansistów, sportowców czy kogokolwiek, użyte jako rzeczownik, przymiotnik, przysłówek i czasownik - i dopiero po dłuższej chwili przypominam sobie, że gdyby nie CBS Evening News, gdyby nie Rimbaud, moja żona i pewien gatunek jabłek, wreszcie gdyby nie Philip Klass i moje silne postanowienie, by zostać pisarzem, w nowym wydaniu Oxford English Dictionary nie podawano by mojej książki jako źródła świeżo powstałego słowa.
Rambo. Skomplikowany, miotany sprzecznościami, prześladowany, jakże często błędnie rozumiany. Jeśli słyszeliście o nim, a jeszcze go nie spotkaliście, na pewno was zaskoczy.
David Morrell
Nazywał się Rambo i nie wiedzieli o nim nic. Ot, jakiś chłopak, i tyle.
Stał przy pompie stacji benzynowej na peryferiach Madison w stanie Kentucky. Miał długą, gęstą brodę i opadające na ramiona włosy. W jednej ręce trzymał butelkę coli, a uniesionym kciukiem drugiej próbował zwrócić uwagę kierowcy tankującego samochodu i dać mu do zrozumienia, że chciałby się zabrać. Widząc go stojącego tam niedbale, ze zwiniętym w rulon śpiworem u stóp, trudno byłoby się domyślić, że już nazajutrz, we wtorek, będzie go ścigać prawie cała policja okręgu Basalt. A już na pewno nikomu by do głowy nie przyszło, że trzy dni później będzie uciekał przed żołnierzami gwardii narodowej stanu Kentucky, przed siłami policyjnymi sześciu okręgów oraz przed zgrają cywilów, którzy mieli ochotę sobie postrzelać. Ale z drugiej strony sam widok chłopaka w zakurzonych łachmanach, stojącego na asfaltowym chodniku przy pompie, nie dawał pojęcia o tym, co to za jeden, ani o tym, co z tego może wyniknąć.
Ale on wiedział, że będą kłopoty. I to duże, jeśli ktoś tu nie będzie uważał. Samochód, którym próbował się zabrać, ruszył spod dystrybutora tak szybko, że omal go nie przejechał. Pompiarz wetknął do kieszeni bloczek rachunkowy i książeczkę z talonami i uśmiechnął się złośliwie, patrząc na ślady opon odciśnięte w gorącym asfalcie ledwie kilka centymetrów od butów włóczęgi. Nagle z ulicy wjechał na stację radiowóz i Rambo zesztywniał. Znów to samo. Jak przedtem, jak wszędzie. Zaczyna się.
- Chryste, nie, nie tym razem. Tym razem nie dam sobą pomiatać.
Samochód z napisem KOMENDANT POLICJI W MADISON zatrzymał się tuż przed nim. Długa antena zakołysała się. Policjant pochylił się nad siedzeniem od strony pasażera i otworzył drzwi. Jego wzrok powędrował po butach pokrytych warstwą spękanego błota, zmiętoszonych, połatanych na udzie dżinsach z wystrzępionymi nogawkami, po niebieskim podkoszulku, upstrzonym czymś, co wyglądało jak zaschnięta krew, po skórzanej kurtce, wreszcie zatrzymał się dłużej na brodzie i długich włosach. Nie, to nie to, ani broda, ani długie włosy. Zaintrygowało go coś innego, tylko nie bardzo wiedział co.
Rambo stał bez ruchu.
Rambo pociągnął z butelki, zerknął na przejeżdżające ulicą samochody, potem spojrzał na policjanta i stał dalej.
Teraz z kolei Rambo mu się przyjrzał, tak jak przedtem policjant przyglądał się jemu - niski i krępy mężczyzna za kierownicą, o twarzy pokrytej zmarszczkami i płytkimi dziobami po ospie na policzkach, tak że wyglądała jak spękana deska.
Ale Rambo dalej taksował go wzrokiem. Szary mundur, rozpięta pod szyją koszula, ciemna plama potu na piersi, poluźniony krawat. Przeniósł wzrok niżej, ale nie dostrzegł broni. Gliniarz nosił kaburę z lewej strony i Rambo nie mógł jej zobaczyć z miejsca, gdzie stał.
Rozejrzał się jeszcze raz i podniósł śpiwór. Wsiadając do samochodu, położył go na fotelu między sobą a policjantem.
Rambo spokojnie łyknął coli i dopiero wtedy je zatrzasnął. Obejrzał się na pracownika stacji, który z tym samym złośliwym uśmiechem na twarzy wciąż stał przy dystrybutorze i patrzył, jak radiowóz włącza się do ruchu i skręca w stronę centrum miasta.
Przejechali główne skrzyżowanie na żółtym świetle. Po obu stronach ulicy były ciasno stłoczone lokale: apteka, sala bilardowa, sklep z bronią i ze sprzętem łowieckim, dziesiątki innych. Nad nimi, daleko na horyzoncie, wznosiły się góry, wysokie i zielone, a tam, gdzie liście zaczynały już więdnąć - szkarłatnoczerwone i żółtawe.
Rambo patrzył, jak po górach wędruje cień wielkiej chmury.
Minęli myjnię samochodową, jakiś duży sklep i samochodowy zajazd z hamburgerami, którego szyby zdobiła wielka reklama Dr. Peppera.
Rambo sączył colę.
Rambo nie odpowiedział. Wiedział, co się kroi. Minęli most nad strumieniem i wjechali na główny plac miasta ze starym kamiennym gmachem sądu na końcu i ciasnym rzędem sklepów po obu stronach.
Przecięli plac i wjechali w jakąś ulicę. Znów sklepy, potem tylko domy mieszkalne, najpierw drogie i pięknie utrzymane, później szare i zaniedbane baraki ze spękanych desek, przed którymi bawiły się na ziemi dzieci. Wjechali na pagórek między dwiema skałami i tam już domów nie było, tylko pola skarłowaciałej, brązowiejącej w słońcu kukurydzy i wielki napis: OPUSZCZACIE MADISON. SZEROKIEJ DROGI. Tuż za napisem samochód zjechał na wysypane żwirem pobocze.
Rambo powoli wysiadł.
Wjechał samochodem na asfalt, zawrócił o sto osiemdziesiąt stopni i mijając go, zatrąbił na pożegnanie.
Rambo patrzył, jak samochód znika między skałami. Dopił colę, rzucił butelkę do rowu i ze śpiworem przewieszonym za sznur na ramieniu ruszył z powrotem do miasta.
Powietrze było lepkie od tłuszczu. Rambo obserwował starszą kobiecinę za ladą, która zza górnej krawędzi okularów o podwójnej soczewce przyglądała się jego ubraniu, brodzie i włosom.
Zerknął w lustro za kontuarem i zobaczył w nim Teasle’a. Stał w progu, przytrzymując wahadłowe drzwi. Puścił je, zamknęły się z trzaskiem, a on dodał:
Klientów było niewielu. Niektórzy siedzieli przy barze, inni przy oddzielonych przepierzeniem stolikach. Rambo zauważył w lustrze, że przestali jeść, że na niego patrzą. Ale kiedy Teasle oparł się o pudło szafy grającej przy drzwiach, doszli do wniosku, że to nic poważnego, i zajęli się swoimi hamburgerami.
Zdziwiona kobiecina za ladą przechyliła głowę.
W lustrze zostali tylko oni: Rambo i Teasle. Patrzyli na siebie. Teasle nosił na piersi miniaturkę Legii Amerykańskiej, przypiętą naprzeciwko służbowej odznaki. Ciekawe, gdzie ją zdobył, pomyślał Rambo. Na II wojnę światową jest troszkę za młody...
Obrócił się na stołku i wskazując medal, spytał:
I dalej patrzyli na siebie.
Rambo przeniósł wzrok niżej i spojrzał na kaburę, którą Teasle nosił z lewej strony. Ku swemu zaskoczeniu zobaczył, że zamiast zwykłego rewolweru policyjnego tkwi w niej półautomatyczny pistolet, a widząc jego uchwyt, stwierdził, że to browning kaliber 9 milimetrów. Kiedyś też miał browninga. Uchwyt był duży, ponieważ mieścił magazynek na trzynaście nabojów, a nie na siedem albo osiem jak większość pistoletów. Jednym strzałem człowieka z niego nie powalisz, ale zranić go, zranisz, i to mocno. Dwa następne i po zabawie, a w magazynku jest jeszcze dziesięć sztuk amunicji dla innych klientów. Musiał przyznać, że Teasle nosi go, jak należy. Policjant miał najwyżej metr sześćdziesiąt pięć, metr siedemdziesiąt wzrostu i tak wielki pistolet powinien zwisać mu do pięt, a nie zwisał. Żeby dobrze objąć tak szeroki i długi uchwyt, trzeba mieć spore dłonie, pomyślał. Spojrzał na ręce Teasle’a i aż się zdumiał ich wielkością.
Opierając się o szafę grającą, policjant odkleił od piersi przepoconą koszulę. Był mańkutem: lewą ręką sięgnął do kieszeni, wyjął z paczki papierosa, przypalił go, złamał zapałkę na pół, bardzo czymś rozbawiony pokręcił głową, podszedł do siedzącego na stołku Rambo i spojrzał na niego z dziwnym uśmiechem.
Starszawa kobiecina postawiła ha ladzie filiżankę z kawą dla Teasle’a, spojrzała na Rambo i spytała:
Podniósł dzbanuszek, żeby dolać sobie śmietanki, i nagle zauważył, że dno naczynia pokryte jest oślizgłymi żółtawymi grudkami. Skrzywił się z niesmakiem i spytał:
Teasle grzmotnął pięścią w ladę, aż huknęło.
Siedzący przy stolikach poderwali wzrok i popatrzyli w jego stronę. Teasle obrócił głowę, uśmiechnął się, jakby powiedział coś zabawnego, przysunął się do lady, sięgnął po kubek z kawą i upił łyk.
Wyglądało na to, że chce coś jeszcze dodać, ale w tej samej chwili za ladą stanęła kobiecina z niezbyt wypchaną papierową torbą.
Ściskała torebkę w rękach, dopóki nie dostała pieniędzy.
Kiedy szli do wyjścia, wszyscy za nimi patrzyli.
Radiowóz stał tuż przed wejściem.
Teasle zerknął na niego.
Minęli sklep żelazny, parking komisu samochodowego, mężczyzn ćmiących cygara na ławkach przed domami i kobiety z dziećmi w wózkach.
Rambo nie spojrzał. Odchylił do tyłu głowę i zamknął oczy. Kiedy je otworzył, mknęli już drogą między dwiema skałami, za którymi rozciągały się pola dojrzałej kukurydzy. Potem minęli szczyt wzgórza, a kiedy zostawili za sobą tablicę z napisem OPUSZCZACIE MADISON, Teasle zjechał na wysypane żwirem pobocze, gwałtownie zahamował, spojrzał na swego pasażera i powiedział:
Rambo wziął torebkę z lunchem i śpiwór i wysiadł z samochodu.
Teasle wcisnął gaz do deski. Koła zabuksowały, na gładki, gorący asfalt trysnęła fontanna żwiru. Samochód zawrócił z piskiem opon i pomknął w kierunku miasta. Tym razem Teasle nie zatrąbił na pożegnanie.
Rambo stał i patrzył, jak radiowóz maleje w oddali i znika za wzgórzem między skałami, a kiedy stracił go z oczu, potoczył wzrokiem wokoło. Spojrzał na pola kukurydzy, na odległe góry, na białe słońce na bezchmurnym niebie. Wszedł do rowu, wyciągnął się na bujnej, zakurzonej trawie i otworzył papierową torebkę z lunchem.
Wypierdek mamuta, nie hamburger. Prosił o dużo cebuli, a dostał jeden rozgnieciony plasterek. I cieniutki skrawek żółtawego pomidora. Bułka lepiła się od tłuszczu, w mięsie było pełno chrząstek. Żuł to jak własne ciało; otworzył wieczko plastikowego kubka z colą, przepłukał usta i przełknął. Do żołądka powędrowała ciężka słodkaw a gula. Doszedł do wniosku, że to jedyny sposób - trzeba oszczędzać colę, żeby starczyło na oba hamburgery. Inaczej poczuje ich smak.
Kiedy skończył, do pustej torebki włożył kubek, dwa woskowane papierki od hamburgerów, trzasnął zapałką i wszystko to podpalił. Trzymał torebkę długo, obserwując ogarniający ją płomień i wyliczając, jak blisko ręki podpełznie, zanim trzeba będzie rzucić papier na ziemię. Upuścił go dopiero wtedy, gdy ogień sparzył go w palce i nadpalił włosy na grzbiecie dłoni. Odczekał, aż torebka spłonie doszczętnie w trawie, rozdeptał popiół i sprawdziwszy, czy nic się w nim nie tli, starannie go zebrał i rozsypał. Boże, pomyślał. Pół roku po demobilizacji, a on wciąż ma odruch niszczenia resztek tego, co zjadł, żeby nie zostawiać po sobie żadnych śladów.
Pokręcił głową. Błąd. Nie trzeba było myśleć o wojnie. Natychmiast przypomniały mu się inne nawyki wyniesione z tamtych czasów: trudności z zasypianiem, budzenie się przy najmniejszym szmerze, potrzeba snu pod gołym niebem. I znów stanął mu przed oczyma dół, gdzie go więziono. Wszystko pamiętał, jakby to było wczoraj.
- Lepiej zacznij myśleć o czymś innym. - Uświadomił sobie, że mówi na głos. - Co teraz? Tam? Czy tam?
Spojrzał na drogę wiodącą do miasta, potem na tę samą drogę biegnącą w przeciwnym kierunku i już wiedział. Chwycił za sznur wystający ze śpiwora, przerzucił go sobie przez ramię i ponownie ruszył w kierunku miasta.
U stóp wzgórza pobocza szosy wysadzono drzewami. Liście miały na wpół zielone, na wpół czerwone, z tym że te na wpół czerwone rosły tylko na gałęziach zwisających nad drogą. To od spalin, pomyślał. Umierają przedwcześnie od spalin.
Od czasu do czasu natykał się na martwe zwierzęta potrącone przez samochody. Leżały na poboczu, rozdęte i oblepione muchami połyskującymi w słońcu. Najpierw zobaczył kota, wielkiego, prążkowanego jak tygrys - za życia pewnie całkiem miłego - potem cocker-spaniela, jeszcze później królika i wiewiórkę. To jeszcze jeden dar wojny - widział śmierć tam, gdzie inni jej nie dostrzegali. Ale nie przyglądał się umieraniu z przerażeniem. Raczej z ciekawością. Żeby dociec, jaka była przyczyna śmierci.
Mijał śmierć, idąc z uniesionym kciukiem prawą stroną szosy. Na ubraniu osiadł mu żółtawy kurz, broda i długie włosy zmatowiały od brudu. Kierowcy spoglądali na niego, ale nikt się nie zatrzymał. Doprowadź się do porządku, to któryś stanie, myślał. Pójdź do fryzjera, ogol się. Oczyść i zaceruj ubranie. Wtedy każdy cię zabierze. Dlaczego tego nie zrobisz?
Dlatego. Machanie brzytwą to strata czasu, a postrzyżyny u fryzjera to strata pieniędzy - można za nie kupić dużo jedzenia. Zresztą gdzie bym się golił? Nie można sypiać w lesie i wyglądać jak udzielny książę.
No to po cholerą tak łazisz? Po cholerę sypiasz w lesie?
Myśl zatoczyła krąg i znów zaczął myśleć o wojnie.
Pomyśl o czymś innym. Zawróć, dlaczego nie zawrócisz? Po co wracasz do tego miasta? Miasto jak miasto, nic szczególnego.
Bo mam prawo decydować za siebie. Mam prawo zostać albo iść dalej. Nie pozwolę, żeby ktoś decydował za mnie.
Ale ten policjant jest bardziej przyjacielski niż ci, których spotkałeś wcześniej. I dużo rozsądniejszy. Po co go denerwować? Zrób, co mówi.
Jeśli ktoś częstuje mnie gównem, twierdząc, że to pyszny tort, to wcale nie znaczy, że muszę to gówno zjeść. Może sobie być przyjacielski, mam to gdzieś. Ważne jest tylko jedno: to, co robi.
No, ale wyglądasz trochę szmatławo, jak facet, który może narozrabiać. Policjant ma rację.
Ja też. Kurwa mać! Wypieprzyli mnie z piętnastu miasteczek! Wystarczy. Nie dam sobą pomiatać.
No to wytłumacz mu to, ogarnij się trochę. A może chcesz kłopotów? Zatęskniłeś za rozróbą, o to chodzi? Chcesz mu pokazać, jaki z ciebie kozak?
Nie muszę się przed nim tłumaczyć. Ani przed nim, ani przed nikim innym. Po tym, co przeszedłem, mam prawo podejmować decyzje bez żadnych wyjaśnień.
Przynajmniej powiedz mu o tym medalu, opowiedz mu, ile cię kosztował.
Za późno. Znów zatoczył myślą pełny krąg. I znów wrócił na wojnę.
Teasle czekał na niego. Wracając do miasta, rzucił okiem we wsteczne lusterko i wyraźnie zobaczył jego pomniejszoną postać. Z tym że chłopak ani drgnął. Po prostu stał na poboczu, patrzył za oddalającym się radiowozem, malał w oczach i wciąż za nim patrzył.
Co cię zatrzymuje? - pomyślał Teasle. Dalej, ruszaj, chłopcze. Zmiataj stąd.
Ale tamten nie odchodził. Wciąż stał, w lusterku coraz mniejszy i mniejszy, i patrzył za radiowozem. A potem, za dwiema skałami na szczycie wzgórza, szosa opadła stromo w dół i Teasle stracił go z oczu.
Nagle go olśniło. Mój Boże, pomyślał. Ty znowu chcesz wrócić. Pokręcił głową i zaśmiał się. Ty naprawdę chcesz wrócić do miasta.
Skręcił w prawo, w boczną uliczkę. Minąwszy długi rząd brzydkich, szalowanych domów, wjechał na wysypany żwirem podjazd, cofnął się i zaparkował, tak że samochód stał teraz przodem do głównej szosy, z której przed chwilą zjechał. Teasle osunął się za kierownicę i zapalił papierosa.
To jego spojrzenie. Jak mi Bóg miły, on naprawdę zamierza wrócić. Teasle nie mógł przestać o tym myśleć.
Z miejsca, gdzie ustawił radiowóz, widział wszystkie przejeżdżające szosą pojazdy. Ruch był mały, jak zawsze w poniedziałkowe popołudnie, więc chłopak nie mógł się skryć za przejeżdżającymi samochodami i wrócić do miasta chodnikiem biegnącym po drugiej stronie drogi.
Tak więc Teasle obserwował. Skrzyżowanie miało kształt litery T. Szosą w obu kierunkach pędziły samochody i ciężarówki, dalej był chodnik, za nim strumień płynący wzdłuż drogi, a jeszcze dalej stary Pałac Tańca. W zeszłym miesiącu zakwalifikowali go do rozbiórki. Przypomniało mu się, jak będąc w szkole średniej, w piątkowe i sobotnie wieczory pracował tam, odstawiając samochody na parking. Kiedyś w Pałacu Tańca o mało nie zagrał sam Hoagy Carmichael, ale właściciele nie byli w stanie obiecać mu odpowiedniego honorarium.
No i gdzie ten szczeniak?
Może nie wróci. Może się jednak zmył.
Nie. Widziałem tę jego minę. Wróci, na pewno wróci.
Zaciągnął się głęboko i spojrzał w stronę zielonobrązowych gór wyrastających na horyzoncie. Nagły powiew chłodnego wiatru przyniósł ze sobą zapach zeschłych liści. Ale tylko na chwilę.
Czekanie na chłopaka zaczynało dawać się mu we znaki. Chciał wrócić na posterunek i zadzwonić do żony. Wyjechała trzy tygodnie temu i obiecała napisać w takim terminie, że najpóźniej dzisiaj dostałby list. Czyli że nie napisała. Przyrzekł jej, że do niej nie zadzwoni, ale pies to drapał. Wiedział, że zadzwoni, bo może wszystko sobie przemyślała i zmieniła zdanie.
Ale wątpił w to.
Zapalił następnego papierosa i spojrzał w bok. Z ganków sąsiednich domów obserwowały go kobiety; pewnie główkowały, po co tu siedzi. Dość tej zabawy. Wyrzucił papierosa za okno, uruchomił silnik i podjechał do szosy, żeby sprawdzić, gdzie się podział ten przeklęty chłopak.
Nie było go widać.
No jasne. Zmył się, wybył, a ta jego mina miała mnie zmylić, żebym sobie pomyślał, że szczeniak chce znowu wrócić.
Więc ruszył w stronę posterunku, żeby zatelefonować, i ledwie trzy przecznice dalej zauważył go przy siatce odgradzającej strumień od chodnika. Widok chłopaka wspierającego się o płot tak go zaskoczył, że zahamował gwałtownie, czym z kolei zaskoczył kierowcę samochodu jadącego z tyłu - jego wóz grzmotnął w kufer samochodu Teasle’a.
Zaszokowany kolizją kierowca skamieniał z ręką na ustach. Teasle otworzył drzwi, wysiadł, popatrzył na niego przez chwilę i podszedł do opierającego się o siatkę chłopaka.
Za uszkodzonym samochodem ustawił się sznur pojazdów. Kierowca stał pośrodku szosy i kręcąc głową, patrzył na zmiażdżony klosz świateł pozycyjnych. Drzwi radiowozu Teasle’a były otwarte, a ponieważ wystawały za linię rozdzielającą pasy ruchu, blokowały drogę. Wyły klaksony, w oknach i w drzwiach sklepików po drugiej stronie szosy pojawiły się głowy sprzedawców i klientów.
Chwilę mierzyli się wzrokiem. Potem Teasle dopadł kierowcę, który wjechał mu w kufer. Ten wciąż kręcił głową i biadolił nad uszkodzeniami.
Rambo trzymał się cały czas na widoku, bo chciał mu dać do zrozumienia, że nie zamierza się ukrywać. Teasle mógł teraz przerwać grę i zostawić go w spokoju. Jeżeli jej nie przerwie, będzie to znaczyło, że chce kłopotów. Nie Rambo, tylko on, Teasle.
Szedł chodnikiem i patrzył na strumień, szeroki i wartki w promieniach słońca. Po drugiej stronie ulicy wyrastał jasnożółty, świeżo wypiaskowany fronton gmachu z balkonami zwisającymi nad wodą i z napisem na dachu: MADISON - HOTEL HISTORYCZNY. Rambo próbował dociec, cóż historycznego może kryć się w budynku, który wyglądał, jakby zbudowano go rok temu.
W centrum miasta skręcił w lewo na wielki pomalowany na pomarańczowo most. Sunąc ręką po ciepłej metalowej poręczy, gładkiej od niedawno nałożonej farby, dotarł do połowy mostu i stanął, by popatrzeć na wodę. W powietrzu wisiał rozedrgany upał, nurt był szybki i chłodny.
Tuż obok miejsca, gdzie stał, zobaczył uliczny automat, maszynę przyspawaną do poręczy. Jej szklany klosz wypełniały kulki gumy do żucia. Z kieszeni dżinsów wyjął centa, już miał go wrzucić do otworu, lecz w ostatniej chwili powstrzymał się. Pomyłka, to nie guma do żucia. Szklany klosz był pełen ziarnistych kulek pokarmu dla ryb. Do maszyny przybito niewielką metalową plakietkę. Na plakietce widniał napis: NAKARM RYBY. DZIESIĘĆ CENTÓW. ZASIL KASĘ ZWIĄZKU MŁODZIEŻY OKRĘGU BASALT. MŁODZIEŻ PRACOWITA TO MŁODZIEŻ SZCZĘŚLIWA.
Racja, pomyślał. A kto rano wstaje, temu bystrości nie staje.
I znów zapatrzył się w wodę. Wkrótce usłyszał za sobą kroki. Ktoś do niego podszedł. Nie musiał odwracać głowy, żeby sprawdzić kto.
Rambo patrzył w wodę. Robił to z wielkim skupieniem.
Rambo wciąż patrzył w wodę.
Rambo nie posłuchał go.
Dlatego, pomyślał Teasle. Miasto zarybiało strumień od tak dawna, że właściwie nie pamiętał od kiedy. Ojciec często go tu przyprowadzał. Przychodzili i patrzyli, jak robotnicy ze stanowej hodowli narybku rzecznego zdejmują z ciężarówki wielkie cebry, jak taszczą je po stromym zboczu do strumienia, jak je przechylają, żeby wpuścić ryby do wody. Były długie na dłoń, lśniące, czasami kolorowe jak tęcza.
Rambo poczuł, że policjant chwyta go za rękaw kurtki. Wyszarpnął się i nie podnosząc wzroku, mruknął:
Ale Teasle znów go chwycił za rękaw i tym razem Rambo się odwrócił.
Teasle wzruszył ramionami.
Rambo trzymał ręce opuszczone po bokach.
Teasle parsknął śmiechem.
Przechodnie spoglądali na nich z zaciekawieniem.
Znowu to samo, skonstatował Rambo. Któryś z nich musiał ustąpić, bo inaczej Teasle’owi stałaby się krzywda. Kiepsko. Obserwował rękę policjanta spoczywającą na tkwiącym w kaburze pistolecie i myślał: Ty głupi krawężniku, zanim wyciągnąłbyś gnata, mógłbym ci złamać w stawach obie ręce i nogi, mógłbym ci rozkwasić jabłko Adama, zetrzeć je na miazgę, mógłbym przerzucić cię przez barierkę i ryby dostałyby wreszcie coś konkretnego do zjedzenia.
I nagle powiedział sobie, że nie, nie tym razem. Wystarczyło, że pomyślał, co mógłby mu zrobić, i złość minęła, wróciło opanowanie. Udało mu się to po raz pierwszy od długiego czasu, bo jak dotąd nie umiał nad sobą zapanować. Sam fakt, że jednak potrafi, sprawił, że poczuł się lepiej. Pół roku temu, kiedy wyszedł ze szpitala, nie umiał utrzymać nerwów na wodzy. W barze w Filadelfii jakiś facet przepychał się do lady, żeby zobaczyć, jak półnaga tancerka ściąga majtki, więc złamał mu nos. Miesiąc później w Pittsburghu, kiedy spał nad jeziorkiem w miejskim parku, jakiś wielki Murzyn zaatakował go nożem, więc poderżnął mu gardło. Murzyn był z kumplem, który próbował uciec, i Rambo ścigał go przez cały park. Dopadł go, gdy ten siedział już w samochodzie i próbował uruchomić silnik.
Nie, koniec z tym, powtórzył sobie w duchu. Wyzdrowiałeś, jesteś normalny.
Teraz z kolei on się uśmiechnął.
Posterunek mieścił się w starym budynku szkolnym. Do tego w czerwonym, pomyślał Rambo, kiedy Teasle wjeżdżał na parking. Już miał go zapytać, czy pomalowanie starej szkoły na czerwono to jakiś kawał, lecz ugryzł się w język. Wiedział, że nie ma w tym wszystkim nic śmiesznego, i zastanawiał się, czy jakoś się z tego nie wykręcić.
Przecież nawet ci się tu nie podoba, nic cię tu nie interesuje. Gdyby Teasle cię nie przyuważył, pojechałbyś dalej z własnej woli.
Co za różnica.
Cementowe schody prowadzące do głównych drzwi robiły wrażenie nowych, same drzwi, z lśniącego aluminium, były na pewno nowe, a w środku zobaczył wielkie jasne pomieszczenie o białych ścianach, które zajmowało chyba pół parteru i śmierdziało terpentyną. Stały w nim ustawione w szachownicę biurka, ale tylko dwa były zajęte: za jednym siedział policjant zajęty stukaniem na maszynie do pisania, za drugim, przy tylnej ścianie, też policjant, chyba radiooperator, bo rozmawiał z kimś przez krótkofalówkę. Kiedy Rambo stanął w progu, obaj znieruchomieli, czekając, aż wejdzie do środka.
. - Co za przykry widok - skonstatował ten od maszyny do pisania.
Rambo znał to na pamięć.
Radiooperator był mężczyzną wysokim i dobrze zbudowanym. Miał prawie idealnie kwadratową twarz, ozdobioną schludnymi baczkami sięgającymi tuż za uszy.
Przecięli wielkie pomieszczenie na parterze i poszli na zaplecze. Zza otwartych drzwi po obu stronach szklistobiałego korytarza dobiegał stukot kroków i głosy, głównie robotników, bo policjantów na pewno było tam mniej. Wszędzie cuchnęło terpentyną, jeszcze bardziej niż w wielkim pokoju od frontu, a na końcu korytarza, pod fragmentem brudnozielonego sufitu, którego jeszcze nie pomalowano, stało rusztowanie. Na rusztowaniu wisiała przyklejona taśmą kartka z napisem: ZABRAKŁO BIAŁEJ, ALE JUTRO DOSTARCZĄ. I MAMY JUŻ NIEBIESKĄ, ŻEBY ZAMALOWAĆ TEN CZERWONY FRONTON, JAK CHCIELIŚCIE.
Teasle otworzył drzwi gabinetu na samym końcu korytarza. Rambo nagle się zawahał.
Jesteś absolutnie pewien, że chcesz przez to wszystko przechodzić? Powiedz coś, spróbuj, jeszcze nie jest za późno, może uda ci się z tego wyłgać.
Z czego? Przecież nic złego nie zrobiłem.
Tak, zawahał się i popełnił błąd. Trzeba było walić od razu do środka, bo wyszło na to, że obleciał go strach, a nie chciał, żeby Teasle tak sobie pomyślał. Ale gdyby wszedł do gabinetu zaraz po tym, jak komendant kazał mu tam wejść, wyszłoby na to, że się go słucha, a tego też nie chciał. Szybko przekroczył próg, żeby nie dać policjantowi następnej okazji do rozkazywania.
Gabinet był tak niski, że Rambo poczuł się jak w klatce. Chciał się pochylić, ale nie, wytrzymał. Na podłodze leżał dywanik, zielonkawy i wytarty niczym za krótko przystrzyżona trawa. Za biurkiem po lewej stronie stała szafka z bronią palną. Jego uwagę przykuło olbrzymie magnum kaliber 11 milimetrów. Pamiętał ten rewolwer z obozu szkoleniowego sił specjalnych: najpotężniejsza spluwa, jaką kiedykolwiek wyprodukowano. Można z niej przestrzelić trzynastocentymetrowej grubości płytę ze stali albo powalić słonia, ale kopie tak mocno, że nigdy za nią nie przepadał.
Ławka stała z prawej strony, przy ścianie. Rambo oparł o nią śpiwór i usiadł, bardzo sztywno i prosto.
Gówniarz był tak piekielnie nieznośny, że Teasle nie mógł tego ścierpieć. Chciał tylko jednego: wyrzucić go z gabinetu i jak najszybciej zatelefonować. Zegarek wskazywał wpół do piątej i zakładając różnicę czasu, w Kalifornii była teraz... Która to? Wpół do czwartej, wpół do trzeciej, wpół do drugiej. Wpół do drugiej. Może siedzi u siostry? Albo wyszła z kimś na lunch? Ciekawe, z kim? I gdzie ten lunch jedzą. To dlatego poświęcał temu gówniarzowi tyle czasu - bo się niecierpliwił, bo chciał jak najszybciej zadzwonić. Praca to praca, sprawy osobiste to sprawy osobiste. Nie wolno mieszać jednego z drugim. Problemy domowe rozwiązuje się w domu, gdzie ich miejsce. Jak cię przycisną i zaczniesz pracować po łebkach, musisz na siłę zwolnić i robić wszystko jeszcze dokładniej niż przedtem.
W tym wypadku chyba mu się nawet opłaci. Chłopak nie chciał się przedstawić, a jedynym powodem, dla którego ludzie nie chcą podawać swego nazwiska, jest to, że coś ukrywają i boją się, że policja zajrzy do rejestru osób poszukiwanych. Może z nim jest tak samo? Może to nie tylko krnąbrny szczeniak?
Tak, trzeba zwolnić tempo i wszystko sprawdzić. Usiadł na rogu biurka, spokojnie zapalił papierosa i spojrzał na siedzącego naprzeciwko chłopaka.
Teasle kiwnął głową i niespiesznie zaciągnął się dymem.
Dobry Boże, pomyślał Teasle. Wbrew sobie zerwał się z biurka i zrobił kilka kroków w stronę chłopaka. Nie tak ostro, zganił siebie w duchu. Powoli i spokojnie.
Rambo już nawet na niego nie patrzył. Odwrócił głowę, spojrzał na gablotę z bronią, wyciągnął rękę, wskazując medal zawieszony nad rzędem trofeów strzeleckich, i powiedział:
Distinguished Service Cross, jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych. Wyższe niż brązowa i srebrna gwiazda, niż Purple Heart, niż Distinguished Flying Medal, niż Distinguished Service Medal. Ustępowało tylko Congressional Medal of Honor. Starszemu sierżantowi sztabowemu piechoty morskiej Wilfredowi Loganowi Teasle’owi za skuteczne dowodzenie pododdziałem i mężną postawę w obliczu przeważających sił nieprzyjacielskich. Kampania Choisin, 6 grudnia 1950. Miał wtedy dwadzieścia lat i żaden dwudziestoletni chłystek nie będzie się z tego nabijał.
W kieszeniach kurtki były papierowe zapałki i pieniądze: dwa dolary i dwadzieścia trzy centy.
Teasle spojrzał na śpiwór oparty o ławkę i pomyślał, że to jest to, że dokumenty na pewno są w środku. Rozwiązał go i rozwinął na podłodze. W śpiworze była czysta koszula i szczoteczka do zębów. Kiedy zaczął obmacywać koszulę, chłopak zaprotestował.
I nagle Teasle miał tego dość.
Wcisnął guzik interkomu na biurku.
Sędzia pokoju miał u siebie klimatyzację. Trochę za głośno warczała, za często klekotała, ale wyziębiała gabinet tak skutecznie, że Rambo zadrżał z zimna. Mężczyzna siedzący za biurkiem miał na sobie niebieski, o wiele za duży sweter. Napis na drzwiach głosił, że sędzia nazywa się Dobzyn. Dobzyn żuł tytoń, ale jak tylko zerknął na wchodzącego do gabinetu chłopaka, przestał ruszać szczęką.
Zawsze jakieś uwagi, zawsze. Powoli przestawał nad tym panować i wiedział, że lepiej będzie, jeśli ulegnie, bo inaczej mogą go wpakować w nieliche bagno. Ale oni nie popuszczą, nie, znów częstują go gównem i, Chryste, nie miał ochoty go jeść.
To samo, zawsze to samo.
Dobzyn podrapał się w brew i trawił to przez chwilę.
Rambo nie mógł się powstrzymać.
