RAIN 2. Uwierz w nas od nowa - Katarzyna Wycisk - ebook + audiobook
BESTSELLER

RAIN 2. Uwierz w nas od nowa ebook i audiobook

Wycisk Katarzyna

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Z tobą mógłbym tańczyć w kałuży benzyny, trzymając w ręku płonącą pochodnię.

💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜

Jace spełnił swoje marzenie i dostał się do zawodowej straży pożarnej. Mimo to czuje, że nadal brakuje czegoś w jego życiu. Często wraca myślami do nastoletniej miłości. Po tym, jak May złamała mu serce, mężczyzna przestał wierzyć w miłość.

Jedno zdarzenie sprawia, że świat Jace’a wywraca się do góry nogami. Rzeczy, które kiedyś wydawały się oczywiste, przestały takie być, a bolesne uczucia sprzed lat powróciły ze zdwojoną siłą.

Maya jest właścicielką dobrze prosperującego studia fotograficznego. Na pierwszy rzut oka kobieta tryska energią i dobrym humorem. Mało kto wie, z jakimi problemami się zmaga. Całe szczęście nie jest sama. Elif, dziewczyna, którą szykanowano w szkole, odpisała na wiadomości May, a z czasem ich relacja przeobraziła się w prawdziwą przyjaźń.

 

Co się stanie, gdy Jace ponownie pojawi się w życiu Mai?

Czy uczucie, które połączyło tych dwojga w szkole, ma szansę ponownie rozkwitnąć?

Ile są w stanie poświęcić, by być razem, i czy los znowu z nich nie zakpi?

💜💜💜💜💜💜💜💜💜💜

#katarzynawycisk #rainuwierzwnasodnowa #niepokonani #strażak #fotografia #trudnamiłość #tajemnica #trudnetematy #okladka #okładkowasroka #fiolet #may&jace #hotfirefighters #strażpożarna #slowburn #smutnaksiążka #czytaniemojapasja #czytanierąkniebrudzi #bookstagrampl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 0 min

Lektor: Adrian Rozenek Julia Borkowska

Oceny
4,6 (249 ocen)
177
45
21
6
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aga_cytuje

Nie oderwiesz się od lektury

Po burzliwym zakończeniu pełnym niedomówień i nieporozumień, spotykamy się z bohaterami po 15 latach. To Jace pierwszy poznaje prawdę i postanawia odnaleźć May. *"Znajdź mnie i spraw by z nieba spadł deszcz"* 15 lat rozłąki, 15 lat trzymania w sercu ran, 15 lat aby zapomnieć, ale czy zapomnieli o sobie? Każde z nich poszło w swoją drogę, każde z nich wybrało swój sposób na życie. Jace został strażakiem, bardzo tego pragnął a teraz spełniony zawodowo pomaga innym a co ze sprawami sercowymi? May jest fotografem spełniła swoje marzenie o własnym studio. Choć zawodowo spełniona to los przygotował dla niej inny scenariusz, bardzo bolesny. Pełna emocji, bardzo dojrzała historia już nie nastolatków a dorosłych osób. *bardzo trudne decyzje *poświęcenie *odwaga *obawa *lęk *dorosła miłość I czy to ważne że czytając ostatnie strony rzuciłam telefonem na stół bo serce zabiło mocno a w oczach łzy. I czy to ważne że po chwili gdy doczytałam spadł ciężki kamień z serca. Tak ważne bo...
30
MartaJB84

Nie oderwiesz się od lektury

Nawet nie wiem od czego zacząć. Ta cześć chyba najbardziej z całej serii do mnie trafiła emocjonalnie. Jak przy poprzednich czytałam z zapartym tchem, nie mogłam się oderwać. Aż żałuję że to już koniec.
20
Tusz_na_papierze

Nie oderwiesz się od lektury

Jest to kontynuacja losów bohaterów z 1 tomu . May i Jace nie widzieli się kilkanaście lat, mają własne życia, problemy i plany. Jedna sytuacja zmienia wszystko. To, co szalenie doceniam w książkach Kasi to unikanie dram. Bohaterowie nie uciekają, gdy jedno próbuje wytłumaczyć sytuację. Oni ROZMAWIAJĄ. Prowadzą dialog o tym co było, jak to wpływa na przyszłość. Szanuję takie postępowania. Ten tom to plasterek na rany, z którymi zostawił mnie 1 tom. To piękna historia o walce o swoją miłość, o przyszłość u boku ukochanej osoby. Chociaż bohaterowie nie mają łatwo to próbują, analizują i próbują. Nie poddają się. Pochłonęłam ją chyba na raz. Bo to nieodkładalna historia. Porusza też bardzo ważny wątek przyjaźni, wybaczania i zaufania. Płakałam na niej. Nie z bólu, ale ze wzruszenia. Serce drżało mi od ogromu poświęcenia, miłości i ludzkiego dobra. Jak wiele można poświęcić dla drugiej osoby. Fajnie było też ponownie spotkać bohaterów innych tomów i resztę paczki znajomych. Dosta...
20
maltal
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Chyba zawiodło mnie zakończenie. Wiem, że jego sens jest dobry i oznacza happy end, ale brakuje mi jakiegoś rozwinięcia, szczegółów, brakuje mi tęczy i brokatu na końcu. Bo po tych wszystkich wzruszeniach oczekiwałam utulenia na koniec, ciepłego i miękkiego, a to zakończenie, mimo bardzo pozytywnego znaczenia, było trudne i deszczowe. Cała opowieść była deszczowa, ale cały czas przebijało przez nią słońce. Oczekiwałam wiosny na sam koniec, a czuję, że to jest tylko wystający nad ziemią kiełkujący, pierwszy przebiśnieg.
10
Wisien79

Nie oderwiesz się od lektury

Z CZYSTYM SUMIENIEM POLECAM. PORUSZA WAŻNE TEMATY.
10

Popularność




Wszyst­kim, któ­rzy po­tra­fią praw­dzi­wie ko­chać, bez­in­te­re­sow­nie po­ma­gają i dają sie­bie in­nym

Rozdział 1

Maj, rok 2022

Jace

Wóz stra­żacki pod­jeż­dża pod pło­nącą willę. Z roz­bi­tych okien bu­cha ogień, a nad da­chem tań­czy gę­sty dym. Przed bramą stoi grupa ga­piów. Nie­któ­rzy za­sła­niają usta, wpa­tru­jąc się w sza­le­jące pło­mie­nie, inni pła­czą, jakby to ich spo­tkało nie­szczę­ście.

Gdy po­jazd staje, na­tych­miast wy­ska­kuję na ze­wnątrz i w peł­nej go­to­wo­ści cze­kam na po­le­ce­nia do­wódcy.

We­ber zo­staje po­wia­do­miony, że ktoś jesz­cze jest w domu. Wy­daje ko­mendy, nie tra­cąc przy tym zim­nej krwi. Nie może. W prze­ciw­nym ra­zie nie za­pa­no­wa­li­by­śmy nad tym cha­osem.

Pierw­sza jed­nostka za­czyna roz­wi­jać węże, druga roz­kłada dra­binę. Luka i ja zo­sta­jemy wy­słani do środka.

Za­kła­dam ma­skę tle­nową, w gło­wie po­wta­rzam so­bie, że dam radę. Ko­cham tę pracę i wią­żącą się z nią ad­re­na­linę, cho­ciaż już nie­raz za­pła­ci­łem wy­soką cenę za chwile, w któ­rych czu­łem się ni­czym bóg wal­czący z ży­wio­łem. Jak nikt zda­wa­łem so­bie sprawę, że każda ak­cja może być moją ostat­nią. Ni­gdy nie wy­mażę z pa­mięci ob­razu Re­inera le­żą­cego nie­ru­chomo w sa­mym środku pie­kła ani smrodu pa­lo­nej skóry i wło­sów. Co­dzien­nie dzię­kuję Bogu, że nie ode­brał mi wtedy brata i wy­słał anioła w oso­bie Nat. To ona wy­cią­gnęła go z ba­gna, w któ­rym po­grą­żał się od czasu wy­padku. Nie po­tra­fię so­bie na­wet wy­obra­zić, przez co mu­siał przejść, ile wy­cier­piał, za­nim znów sta­nął na nogi.

Za po­mocą ho­oli­gana1 Luka szybko wy­ła­muje za­mek, otwie­ra­jąc drogę do wnę­trza willi.

Wcho­dzimy do środka. Roz­glą­dam się uważ­nie, na­słu­chu­jąc przy tym ja­kichś ha­ła­sów, ale do­ciera do mnie je­dy­nie jęk tra­wio­nego przez ogień drewna. Ką­tem oka wi­dzę dwie wy­peł­nione bursz­ty­no­wym pły­nem krysz­ta­łowe szklanki.

Idziemy da­lej, pod­czas gdy za nami inni stra­żacy wal­czą z ży­wio­łem, za­le­wa­jąc go wodą. Po­żar sza­leje w naj­lep­sze. Tam gdzie pło­mie­nie zo­stają po­wstrzy­mane, na­tych­miast po­ja­wiają się nowe.

Do­ciera do mnie stłu­miony od­głos ka­sła­nia, za­trzy­muję się i wy­tę­żam słuch. Daję znać Luce, że coś usły­sza­łem i po­ka­zuję kie­ru­nek, z któ­rego do­cho­dził dźwięk, po czym bez­zwłocz­nie ru­szam w tę stronę.

Nie mija wiele czasu, gdy znaj­duję le­żą­cego w ką­cie ­po­koju męż­czy­znę. Jest pół­przy­tomny i przy­pusz­czal­nie za­truł się cza­dem.

– Tu­taj! – wo­łam, po czym ła­pię fa­ceta za rękę i prze­wie­szam go so­bie przez ra­mię. – Wy­cho­dzimy! – ko­mu­ni­kuję.

Sta­wiam krok za kro­kiem, po­ru­sza­jąc się szybko, ale uważ­nie. Na ze­wnątrz prze­ka­zuję ofiarę ra­tow­ni­kom. Męż­czy­zna na­dal jest oszo­ło­miony, ale już się ock­nął. Po­dano mu tlen.

Zdej­muję ma­skę i ocie­ram zlaną po­tem twarz. Pa­trzę na to, jak męż­czy­zna za­czyna do­cho­dzić do sie­bie We­ber nie traci czasu i od razu za­daje mu istotne py­ta­nie:

– Jak wy­buchł po­żar?

– Po­czu­łem gaz – dy­szy ura­to­wany, a ja za­sta­na­wiam się, skąd znam ten głos. – Nie mam po­ję­cia, jak to się stało, ale nie­ważne. Mu­si­cie tam wró­cić! Wy­cią­gnij­cie stam­tąd Tho­masa! Mu­si­cie! – krzy­czy i chce ze­sko­czyć z no­szy, by po­biec w stronę pło­ną­cego bu­dynku, ale ra­tow­nicy go po­wstrzy­mują.

– Niech się pan uspo­koi, nasi lu­dzie się tym zajmą – za­pew­nia go do­wódca, po czym in­for­muje stra­ża­ków przez ra­dio, że w bu­dynku znaj­duje się jesz­cze jedna osoba. – Trzeba za­krę­cić główny za­wór – zwraca się do Luki. – Piw­nica jest do­stępna od ze­wnątrz? – Po­now­nie spo­gląda na prze­ra­żo­nego blon­dyna, który go­rącz­kowo kiwa głową.

– Wej­ście jest z tyłu – od­po­wiada, od­su­wa­jąc od sie­bie ko­bietę, która pró­buje mu po­dać tlen.

– Wie pan, gdzie mo­żemy zna­leźć dru­giego do­mow­nika? – kon­ty­nu­uje do­wódca.

– Na pię­trze w ła­zience. Dru­gie drzwi po pra­wej.

– Okno?

– Boże, tam nie ma okna… – Blon­dyn kręci głową, a jego usta drżą.

We­ber wy­daje ko­mendy przez ra­dio. Nasi ko­le­dzy zo­stają wy­słani do piw­nicy, ja i Luka z po­wro­tem do willi. Za­nim ru­szamy, po­szko­do­wany krzy­żuje ze mną spoj­rze­nie, co na krótką chwilę wy­bija mnie z rytmu. Na­gle do­ciera do mnie, kogo wła­śnie oca­li­łem. On też mnie roz­po­znaje. Jego oczy są wiel­kie jak spodki, usta otwie­rają się i za­my­kają, ale nie wy­cho­dzi z nich ża­den dźwięk.

– Bec­ker! – Ostry ton do­wódcy przy­wraca mnie do po­rządku.

Na­ka­zuję so­bie spo­kój i sta­ram się ze wszyst­kich sił nie wra­cać wspo­mnie­niami do szkol­nych lat. Nie do końca mi to wy­cho­dzi, więc wście­kam się na sie­bie za to, że jedna gęba jest w sta­nie wy­pro­wa­dzić mnie z rów­no­wagi. Klnę w my­ślach, za­kła­dam ma­skę i już chcę po­biec do willi, kiedy zo­staję za­trzy­many przez zroz­pa­czo­nego Bena Schne­idera.

– Jace.

Ni­gdy przed­tem nie sły­sza­łem, by wy­po­wia­dał moje imię tak bła­gal­nym to­nem. Jak­bym był pie­przo­nym władcą jego losu, trzy­ma­ją­cym cienką nić ży­cia.

Scott od­ciąga go ode mnie i mało co nie ob­rywa przy tym łok­ciem w szczękę.

– Niech się pan uspo­koi! – na­ka­zuje, ki­wa­jąc do mnie na znak, bym się po­spie­szył.

– Mu­sisz go stam­tąd wy­cią­gnąć! – krzy­czy mój dawny prze­śla­dowca. – Jace! Jace, nie mo­żesz po­zwo­lić, by zgi­nął! Sły­szysz?!

De­spe­rac­kie łka­nie Bena od­bija się echem w mo­jej gło­wie i nie chce za­milk­nąć na­wet wtedy, gdy prze­kra­czam próg domu.

Do­cie­ram do celu bez więk­szych pro­ble­mów. Luka idzie tuż za mo­imi ple­cami. Ogień sza­leje, po­że­ra­jąc wszystko wo­kół, ale ja nie tracę na­dziei. Po­sta­na­wiam so­bie, że od­najdę osobę, która naj­wy­raź­niej jest nie­zwy­kle ważna dla Schnei­dera. Nie chcę ze­msty. Je­stem prze­ko­nany, że gdy­bym czuł ina­czej, nie był­bym go­dzien na­zy­wać się stra­ża­kiem.

Wej­ście do ła­zienki zo­stało za­ta­ra­so­wane belką, któ­rej po­zby­wam się z po­mocą Fi­shera. Po­tem wy­wa­żamy drzwi i wcho­dzimy do po­miesz­cze­nia.

Od razu za­uwa­żam męż­czy­znę w bok­ser­kach. Na głowę na­rzu­cił so­bie mo­kry ręcz­nik, co bez dwóch zdań było do­brym po­su­nię­ciem. Nie mogę stwier­dzić, czy żyje. Jego klatka pier­siowa się nie unosi.

– Bec­ker, spier­da­lamy stąd! Ale to już! – wrzesz­czy mój przy­ja­ciel.

Na­gle coś ję­czy prze­raź­li­wie, jakby chciało nas ostrzec. Czas po­woli się koń­czy i je­śli za­raz nie wy­bie­gniemy na ze­wnątrz, opu­ścimy to miej­sce w czar­nych wor­kach.

Prze­pa­lona więźba da­chowa trzesz­czy, gro­żąc za­wa­le­niem. Pło­mie­nie bez­li­to­śnie roz­pra­wiają się z bu­dyn­kiem.

Sunę przed sie­bie, oczami wy­obraźni wi­dząc sceny z od­le­głej prze­szło­ści. Co­dzienne szy­kany, dziew­czyna, która pod­biła, a póź­niej zła­mała moje serce. Po­ni­że­nie, wstyd, wście­kłość…

Wy­cho­dzimy z willi nie­mal w ostat­niej chwili. Jak w amoku kładę bez­władne ciało na no­szach, po­zby­wam się ma­ski i łap­czy­wie na­bie­ram po­wie­trza.

Na miej­sce przy­by­wają ko­lejne za­stępy. Roz­wi­jają węże, pło­mie­nie giną pod na­po­rem wody i piany ga­śni­czej. Po­woli, ale sys­te­ma­tycz­nie po­żar zo­sta­nie stłu­miony, a ele­gancka willa zmieni się w sy­czące, dy­miące po­go­rze­li­sko.

Sły­szę gło­śne za­wo­dze­nie Schne­idera i choć typ la­tami mnie nisz­czył, współ­czuję mu. Do­sko­nale wiem, czym jest żal, cier­pie­nie i ból.

– Zrób­cie coś! Ra­tuj­cie go! – wrzesz­czy, pró­bu­jąc się wy­rwać We­be­rowi, ale ten jest od niego o wiele sil­niej­szy. – Nie mo­żesz mnie zo­sta­wić! Ko­cham cię! Tho­mas, nie zo­sta­wiaj mnie!

Uno­szę spoj­rze­nie, kie­ru­jąc je na za­pła­ka­nego Bena, póź­niej spo­glą­dam na nie­przy­tom­nego męż­czy­znę. Na mo­jej twa­rzy po­ja­wia się cała gama min, wy­ra­ża­ją­cych roz­ma­ite od­cie­nie nie­zro­zu­mie­nia, aż w końcu, kiedy try­biki w gło­wie za­ska­kują, opada mi szczęka.

Schne­ider jest ge­jem.

Stoję jak słup soli, na­dal tkwiąc my­ślami w prze­szło­ści, ale za nic nie po­tra­fię zro­zu­mieć po­stę­po­wa­nia Bena. Dla­czego mnie gnoił? Dla­czego, do ja­snej cho­lery, ukar­to­wał tę chorą ak­cję z May? Dla­czego pró­bo­wał mnie znisz­czyć?

– Jace, wszystko w po­rządku? – Luka kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu, ale ja nie mogę ode­rwać oczu od roz­gry­wa­ją­cej się nie­opo­dal sceny.

Tyle razy ży­czy­łem Be­nowi, by za­znał ta­kiego bólu, jaki był moim udzia­łem. By od­krył, jak to jest, gdy pęka serce. Ale te­raz, bę­dąc tego świad­kiem, mo­dlę się w du­chu, by Bóg jed­nak go nie ka­rał.

– Stary, znasz tego go­ścia? – Przy­ja­ciel nie od­pusz­cza. Usta­wia się przede mną, za­sła­nia­jąc mi wi­dok na ak­cję ra­tun­kową i to­ną­cego w roz­pa­czy Schne­idera. – Po­żar zo­stał opa­no­wany, jesz­cze trwa do­ga­sza­nie.

– To… mój… – ją­kam się, nie po­tra­fiąc zna­leźć od­po­wied­niego okre­śle­nia. – Mój ko­lega z klasy.

Luka marsz­czy brwi i od­wraca głowę w kie­runku Bena. Nie ma po­ję­cia, przez co prze­cho­dzi­łem w szkole. Ni­gdy nie zdra­dzi­łem mu ca­łej prawdy. O szy­ka­no­wa­niu wie wy­łącz­nie Re­iner. Nie opo­wie­dzia­łem tego na­wet Sa­bri­nie.

Po tym, jak May na­pluła na nasz zwią­zek, o ile w ogóle można tę re­la­cję tak na­zwać, to­ną­łem w zło­ści, uża­la­jąc się nad swoim lo­sem. Pra­gną­łem za­po­mnieć i się­ga­łem po roz­ma­ite spo­soby, by za­kleić pa­lącą dziurę w sercu. Pi­łem, ba­wi­łem się, po­zna­wa­łem dzie­siątki dziew­czyn. Szkoda, że żadna na­wet w po­ło­wie nie sma­ko­wała tak do­brze jak moja Rain.

– Kurwa, Bec­ker! – Luka traci cier­pli­wość.

Ma­cha mi ręką przed oczami, jak­bym wpadł w ja­kiś trans. Cał­kiem moż­liwe, że wła­śnie tak to wy­gląda.

Od­su­wam go od sie­bie. Wy­chy­lam się, by za­re­je­stro­wać dal­szy ciąg ak­cji ra­tun­ko­wej. Re­ani­ma­cja wy­nie­sio­nego z ła­zienki męż­czy­zny wresz­cie przy­nosi po­żą­dane skutki, a ja czuję, jak coś cięż­kiego spada mi z bar­ków. Wy­pusz­czam z ulgą po­wie­trze, które nie­świa­do­mie wstrzy­my­wa­łem.

– Je­steś blady jak ściana – za­uważa Luka, znów kle­piąc mnie po ra­mie­niu. – Na pewno nie po­trze­bu­jesz po­mocy?

– Co? – py­tam jak głupi i w końcu biorę się w garść. – Wszystko gra – kła­mię.

Sie­dzę w Irish i oba­wiam się, że bar­dziej przy­po­mi­nam ży­wego trupa niż nor­mal­nie funk­cjo­nu­ją­cego czło­wieka. Po­cie­sza­jące jest to, że dwa ko­lejne dni mam wolne. Zmiany w BF2 trwają dwa­dzie­ścia cztery go­dziny, po któ­rych przy­słu­guje czter­dzie­ści osiem go­dzin wol­nego. Na­to­miast po dzie­wię­ciu ko­lej­nych fak­tycz­nie prze­pra­co­wa­nych dy­żu­rach, na­leżą się do­dat­kowe dwa­dzie­ścia cztery go­dziny wol­nego, za­miast dzie­sią­tej zmiany.

Biorę duży łyk ciem­nego piwa. Gu­in­ness przy­jem­nie chło­dzi prze­łyk, jed­nak nie stu­dzi tra­wią­cych mnie od środka pło­mieni. Obie­ca­łem so­bie, że nie będę wra­cał do prze­szło­ści. To, co się stało, już się nie od­sta­nie. Nie je­stem już na­iw­nym kre­ty­nem, osią­gną­łem tak wiele! Speł­ni­łem swoje ma­rze­nie, sta­łem się jed­nym z bo­ha­te­rów, któ­rych po­dzi­wia­łem w dzie­ciń­stwie.

– Hej.

Ktoś siada po mo­jej pra­wej stro­nie.

Nie od­ry­wam wzroku od brzegu ku­fla. Chcę być sam, choć ci­chy głos w za­ka­marku mo­jej pod­świa­do­mo­ści błaga o czy­jeś to­wa­rzy­stwo.

– Ciężki dzień? – mówi do mnie ko­bieta.

Zer­kam w stronę ciem­no­wło­sej dziew­czyny. Jest ładna, po­doba mi się jej uśmiech. Wy­daje się taki szczery i nie­wy­mu­szony, ale co ja tam wiem – uśmiech May też mi się taki wy­da­wał.

– Przy­kro mi, ale wy­bra­łaś so­bie bar­dzo nie­od­po­wied­niego fa­ceta do roz­mowy – rzu­cam od nie­chce­nia, wy­pi­jam piwo do końca i za­ma­wiam jesz­cze jedno.

Bar­man na­tych­miast mnie ob­słu­guje. Po­tem roz­brzmiewa mu­zyka. Gra ja­kiś nowy ze­spół, który do­stał szansę dzięki po­le­ce­niu Nat.

Uśmie­cham się na wspo­mnie­nie tej dwójki. Sta­no­wią ide­alną parę. Ona wspiera jego, a on ją. Czego chcieć wię­cej?

– Pro­blem z ko­bietą? – pyta nie­zna­joma, ba­wiąc się słomką w ko­lo­ro­wym drinku.

– To skom­pli­ko­wane – mam­ro­czę.

Po­wi­nie­nem ją zbyć. Wyjść z lo­kalu, za­pa­lić i po­ło­żyć swoje dup­sko na łóżku. Sam! Tym bar­dziej że w mo­jej gło­wie pa­nuje chaos, wsku­tek któ­rego znów przy­śni mi się coś, co nie po­winno.

Mi­nęło tyle lat. Zdrowy na umy­śle fa­cet już dawno ­wy­le­czyłby się z nie­odwza­jem­nio­nej mi­ło­ści, ale ja je­stem naj­wy­raź­niej kom­plet­nie po­je­bany.

Bez­wied­nie za­trzy­muję spoj­rze­nie na desz­czo­wej chmu­rze, wy­ta­tu­owa­nej na prze­gu­bie le­wej dłoni. Prze­ły­kam ślinę, czu­jąc nie­przy­jemną su­chość w gar­dle. Wle­wam w sie­bie ko­lejną dawkę gu­in­nessa. Nie po­maga.

– No do­bra! – od­zywa się na­gle nie­zna­joma, zmie­nia­jąc ton na bar­dziej sta­now­czy, co odro­binę mnie za­ska­kuje, więc znów zwra­cam na nią uwagę. – Nie będę owi­jać w ba­wełnę. Twoi kum­ple się o cie­bie mar­twią.

Śmieję się, prze­cze­su­jąc krót­kie włosy pal­cami. Nie wie­rzę, że bra­cia z jed­nostki po­su­nęli się do tak idio­tycz­nego chwytu. Re­iner nie ba­wiłby się w swatkę, po­nie­waż sam gar­dzi tego typu gier­kami. Luka jest ostat­nimi czasy za­jęty do­ga­dza­niem swo­jej pan­nie, a Scott prę­dzej zgo­liłby swo­jego ko­cha­nego wąsa, niż na­słał na mnie ja­kąś la­skę.

– Niech zgadnę – za­czy­nam, krę­cąc lekko głową. – To sprawka May­era.

Bru­netka szcze­rzy zęby i przy­ta­kuje roz­ba­wiona.

– Prze­pra­szam cię, ale nie je­stem w tym do­bra – przy­znaje.

– W czym?

– We flir­to­wa­niu. – Po­ka­zuje naj­pierw na sie­bie, póź­niej na mnie. – Wi­sia­łam Elia­sowi przy­sługę.

– Czyli tak na­prawdę wcale ci się nie po­do­bam – stwier­dzam, opie­ra­jąc się o drew­nianą ladę i prze­krę­ca­jąc na ho­ke­rze tak, by móc spoj­rzeć ko­bie­cie pro­sto w oczy.

Jed­no­cze­śnie w du­chu ga­nię się za ten ruch, po­nie­waż wiem, do czego może do­pro­wa­dzić ta­kie za­cho­wa­nie.

– Tego nie po­wie­dzia­łam. – Za­kłada za ucho nie­sforne ko­smyki gę­stych wło­sów. – Nie zgo­dzi­ła­bym się na to spo­tka­nie, gdy­byś w ogóle nie był w moim ty­pie. Je­stem Han­nah.

– Jace… Ale to już pew­nie wiesz… jak na praw­dziwą tajną agentkę przy­stało.

Ko­bieta śmieje się z mo­jego głu­piego żartu. Chwilę póź­niej mina mi rzed­nie i znowu tracę hu­mor, sły­sząc zna­jomy ka­wa­łek. Ze­spół za­czyna grać co­ver Me­tal­liki – No­thing Else Mat­ters.

– Ona mu­siała być dla cie­bie na­prawdę ważna – mówi Han­nah.

– Słu­cham? – py­tam, po­nie­waż przez krótką chwilę od­pły­ną­łem my­ślami w bar­dzo nie­po­żą­da­nym kie­runku.

– Nie miej tego za złe Elia­sowi, ale opo­wie­dział mi, że dawno temu ktoś zła­mał ci serce.

– To stare dzieje.

– Pierw­szej mi­ło­ści się nie za­po­mina – oświad­cza nie­spo­dzie­wa­nie, jakby sama prze­żyła po­dobną hi­sto­rię.

– Dla­czego tak my­ślisz?

Cie­ka­wość wy­grywa u mnie ze zdro­wym roz­sąd­kiem i już wiem, że prędko z tej knajpy nie wyjdę.

Ko­bieta daje so­bie chwilę na­my­słu, są­cząc drinka. W końcu od­rywa usta od słomki i ob­li­zuje wargi, zer­ka­jąc w moim kie­runku.

Mi­mo­wol­nie po­rów­nuję ją z May, co nie­sa­mo­wi­cie mnie de­ner­wuje. Nie mogę się jed­nak po­wstrzy­mać. Cza­sami czuję się wręcz ża­ło­śnie ze świa­do­mo­ścią, że moja pierw­sza dziew­czyna na­dal ma na mnie taki wpływ.

– Mi­łość jest czymś szcze­gól­nym – stwier­dza Han­nah, wpa­tru­jąc się gdzieś przed sie­bie. – Ta pierw­sza jest wy­jąt­kowa i po­zo­sta­wia w pa­mięci ślad na całe ży­cie.

– Mó­wisz z do­świad­cze­nia?

– Py­tasz mnie, czy by­łam kie­dyś za­ko­chana? – od­po­wiada py­ta­niem na py­ta­nie, a kiedy po­twier­dzam ski­nię­ciem głowy, do­daje: – Ja­sne, że tak.

– Nie wy­szło?

– Ku­tas zdra­dził mnie z moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką.

– Auć – sko­men­to­wa­łem, krzy­wiąc się w gry­ma­sie, wy­ra­ża­ją­cym na wpół zro­zu­mie­nie, na wpół współ­czu­cie.

– Twoja ko­lej. – Za­to­piła we mnie in­ten­sywne spoj­rze­nie.

– Uda­wała, że jej na mnie za­leży, a kiedy wpa­dłem po uszy, wy­rwała mi serce – oświad­czam, jakby to była drob­nostka.

W rze­czy­wi­sto­ści robi mi się nie­do­brze na samą myśl o tej jed­nej chwili, kiedy wy­szło na jaw, że moja dziew­czyna tak na­prawdę tylko ze mną po­gry­wała.

Han­nah unosi brwi, na­stęp­nie for­muje ustami nieme „wow”.

– Wy­gra­łeś – mówi na głos. – To przez nią ni­kogo nie masz?

– Je­stem sam z wy­boru.

– Nie za­brzmiało zbyt prze­ko­nu­jąco.

– Tego typu związki są prze­re­kla­mo­wane – stwier­dzam, ma­jąc co­raz więk­szą ochotę na fajkę.

– Ża­łu­jesz, że ją ko­cha­łeś?

Jej ko­lejne py­ta­nie kom­plet­nie mnie za­ska­kuje.

– A ty? Ża­łu­jesz, że go ko­cha­łaś? – Ra­tuję się kontr­ata­kiem, po­nie­waż naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie chcę o tym mó­wić.

Pa­mię­tam każdą chwilę spę­dzoną z May. Pa­mię­tam jej uśmiech, głos, za­pach, do­tyk i smak. I nie… Mimo bólu nie chciał­bym cof­nąć czasu, by zmie­nić prze­szłość.

– Pa­dam z nóg – prze­ry­wam nie­zręczną ci­szę. Wy­raź­nie wi­dzę, że jej też nie po­doba się kie­ru­nek, w któ­rym zmie­rza na­sza kon­wer­sa­cja i pew­nie prze­klina te­raz samą sie­bie za za­da­nie ostat­niego py­ta­nia. – Bę­dzie le­piej, je­śli już so­bie pójdę.

Zo­sta­wiam na la­dzie trzy czer­wone bank­noty, wstaję i za­rzu­cam na sie­bie spor­tową ma­ry­narkę.

– Nie warto roz­pa­mię­ty­wać prze­szło­ści – mówi, jed­nak od­no­szę wra­że­nie, że nie zwraca się do mnie.

– Miło było cię po­znać. – Uśmie­cham się, nie re­agu­jąc na jej wy­po­wiedź i wy­cią­gam rękę.

– Do­my­ślam się, że to się wię­cej nie po­wtó­rzy. – Ści­ska moją dłoń.

– Za­słu­gu­jesz na ko­goś lep­szego – za­pew­niam ją. Choć nie ga­da­li­śmy długo, zdą­ży­łem po­lu­bić tę ko­bietę. – Za­ufaj mi, ze mną tylko byś cier­piała, a prze­cież nie tego chcesz.

– Mam na­dzieję, że kie­dyś ją znaj­dziesz.

Marsz­czę brwi, nie na­dą­ża­jąc za jej sło­wami.

– Twoją praw­dziwą mi­łość – tłu­ma­czy, do­strze­ga­jąc moje zmie­sza­nie. – Ta pierw­sza nie musi być ostat­nia.

Rozdział 2

Jace

Dzień pracy stra­żaka jak zwy­kle roz­po­czyna się od apelu i prze­ję­cia sprzętu od zmiany koń­czą­cej służbę. Trzeba oce­nić stan tech­niczny sa­mo­cho­dów i wy­po­sa­że­nia oraz spraw­dzić, czy na­dają się do uży­cia w ak­cji. W ra­zie alarmu wszystko musi być na­tych­miast przy­go­to­wane do za­bra­nia. Od mo­mentu włą­cze­nia sy­reny mu­simy być w ciągu mi­nuty go­towi do wy­jazdu.

Po śnia­da­niu za­bie­ramy się za sprzą­ta­nie, które dzi­siaj zo­staje prze­rwane przez alarm. Do­sta­jemy zgło­sze­nie o wy­padku sa­mo­cho­do­wym. Rzu­camy wszystko i ru­szamy do ak­cji.

Kiedy do­jeż­dżamy na miej­sce, Luka usta­wia wóz tak, aby za­pew­nić od­po­wiedni do­jazd przy­by­wa­ją­cym po nas za­stę­pom straży po­żar­nej, ze­spo­łom ra­tow­nic­twa me­dycz­nego oraz ra­dio­wo­zom po­li­cji. To bar­dzo ważne. Za­blo­ko­wa­nie drogi dużą liczbą po­jaz­dów ra­tow­ni­czych spo­wo­duje, że am­bu­lanse me­dyczne nie będą mo­gły spraw­nie wy­je­chać z ran­nymi.

Wy­ska­ku­jemy z auta, a Scott na­tych­miast oce­nia sy­tu­ację. Na miej­scu ak­cji na­leży prze­pro­wa­dzić wiele czyn­no­ści i to w moż­li­wie naj­krót­szym cza­sie. Pod­stawą suk­cesu jest or­ga­ni­za­cja. Ufam na­szemu do­wódcy i wie­rzę, że nie ma lep­szego od niego. Za­wsze za­cho­wuje zimną krew, kie­ru­jąc nami, jakby był do tego stwo­rzony.

Je­ste­śmy w Tut­tlin­gen na Chri­stian Sche­erer-Strasse. Po pra­wej stro­nie znaj­duje się ol­brzymi bu­dy­nek, sie­dziba Aescu­lap. Parę me­trów da­lej jest rondo. To ru­chliwa ulica, ale We­ber ma łeb na karku i wie, co ro­bić.

Po­li­cja jest już na miej­scu. Oka­zuje się, że kie­rowca volks­wa­gena olał znak stopu, wy­jeż­dża­jąc z pod­po­rząd­ko­wa­nej, i zde­rzył się z be­emką. W wy­niku ude­rze­nia volks­wa­gen zo­stał ze­pchnięty i wje­chał w sa­mo­chód cię­ża­rowy, któ­rego kie­rowca, chcąc unik­nąć stłuczki, zje­chał na po­bo­cze i ude­rzył w sto­jącą fur­go­netkę.

Po za­le­d­wie kilku se­kun­dach do­wódca za­czyna wy­da­wać roz­kazy, a my wy­ko­nu­jemy je naj­le­piej, jak mo­żemy.

Ga­sze­nie po­ża­rów nie jest głów­nym za­ję­ciem straży po­żar­nej. O wiele czę­ściej ra­tu­jemy ofiary wy­pad­ków dro­go­wych. Wzywa się nas także do ka­ta­strof bu­dow­la­nych, klęsk ży­wio­ło­wych, nie­któ­rych skut­ków dzia­łań ter­ro­ry­stycz­nych. Rzecz ja­sna zda­rza się także, że mu­simy ścią­gać ja­kie­goś kota z da­chu albo zli­kwi­do­wać gniazdo szer­szeni czy in­nych owa­dów, ale to wbrew po­zo­rom nie ma miej­sca zbyt czę­sto.

– Ka­pi­ta­nie! Wy­ciek pa­liwa! – woła Jo­shua, wska­zu­jąc nie­bie­skie bmw.

Kie­rowca jest nie­przy­tomny, za­krwa­wiona głowa leży bez­wład­nie na kie­row­nicy. Z tyłu sie­dzi dziew­czynka, jest w szoku, moż­liwe, że sama nie wie, co tak wła­ści­wie się stało. Pa­trzy pro­sto przed sie­bie i cała się trzę­sie. Nie wy­gląda na to, by była ranna. Tylna część auta jest prak­tycz­nie nie­na­ru­szona, za to przód mocno zgnie­ciony, a drzwi od strony kie­rowcy, jak i pa­sa­żera za­kli­no­wane.

– Nie mo­żemy cze­kać, trzeba ich stam­tąd wy­cią­gnąć! – po­sta­na­wia We­ber. – Bec­ker! Zaj­mij się małą!

Przy­ta­kuję, za­bie­ram ze sobą to, co po­trzebne, i bez­zwłocz­nie pod­bie­gam do wska­za­nego sa­mo­chodu. Inne jed­nostki zaj­mują się już po­zo­sta­łymi po­jaz­dami. Ze­wsząd sły­chać głosy prze­chod­niów i funk­cjo­na­riu­szy oraz stra­ża­ków na bie­żąco mel­du­ją­cych po­stępy.

At­mos­fera jest gę­sta, ner­wowa. W po­wie­trzu roz­cho­dzi się za­pach ben­zyny i dymu.

– Wy­cią­gniemy was stąd – mó­wię do prze­ra­żo­nej dziew­czynki.

– Czy mój ta­tuś śpi? Dla­czego się nie ru­sza? – pyta, kom­plet­nie zszo­ko­wana. – Ta­tu­siu! Tato! – Wy­ma­chuje rę­kami, co tylko utrud­nia mi od­pię­cie pa­sów i wy­cią­gnię­cie jej z fo­te­lika.

Cią­gle dy­go­cze, na­wet nie mruga, tylko błą­dzi spa­ni­ko­wa­nym wzro­kiem po po­staci nie­przy­tom­nego męż­czy­zny.

– Mu­sisz być dzielna, uspo­kój się i po­zwól nam dzia­łać. Zro­bimy wszystko, co w na­szej mocy – za­pew­niam, mi­mo­wol­nie przy­wo­łu­jąc w pa­mięci ob­raz mo­jej sio­strze­nicy. – Wy­glą­dasz na nie­ustra­szoną wo­jow­niczkę.

Za­trzy­muję wzrok na plu­szo­wym mi­siu, le­żą­cym pod no­gami ja­sno­wło­sej. Się­gam po niego i po­daję go dziecku, wresz­cie zdo­by­wa­jąc jego uwagę.

– Za­opie­kuj się nim, skar­bie. Mu­simy go stąd wy­nieść, do­brze? – mó­wię, uśmie­cha­jąc się do niej cie­pło.

Dziew­czynka przy­tula mocno ma­skotkę, póź­niej spo­gląda na mnie i kiwa lekko głową. Cią­gle pła­cze, ale przy­naj­mniej już się nie miota. Za­kła­dam jej koł­nierz or­to­pe­dyczny, tak na wszelki wy­pa­dek.

– Nie pusz­czać wody! – sły­szę opa­no­wany głos We­bera. – Fi­scher, na­kie­ruj wąż na mnie, je­śli się za­pali, wal pianą! Reszta trzyma się z da­leka!

Ką­tem oka wi­dzę, że do­wódca po­dej­muje ry­zyko i sam stara się wy­cią­gnąć kie­rowcę z po­trza­sku.

– Chodź do mnie, skar­bie!

Biorę dziew­czynkę na ręce i czym prę­dzej od­da­lam się z nią od sa­mo­chodu, który może w każ­dej chwili wy­buch­nąć.

– Tata! – Mała znów wpada w pa­nikę.

Sa­dzam ją na no­szach po­go­to­wia i od­naj­duję spoj­rze­niem Scotta. Moje serce przy­spie­sza, gdy do­wódca wska­kuje przez roz­bitą szybę do sa­mo­chodu. Cze­kam w na­pię­ciu na roz­wój sy­tu­acji, mo­dląc się o po­wo­dze­nie ak­cji. Już raz pra­wie stra­ci­łem jed­nego ze swo­ich braci i nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby We­bera spo­tkało coś rów­nie strasz­nego, jak Schwa­rza.

Mam ochotę ru­szyć ty­łek i mu po­móc, ale roz­kaz to roz­kaz. Za­ci­skam zęby, sto­jąc w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, i ob­ser­wuję to­czącą się o dwa ży­cia walkę.

– Mam go! Można ode­brać! – woła Scott.

Zry­wam się z miej­sca, by po­móc wy­cią­gnąć męż­czy­znę, po czym na­tych­miast prze­ka­zuję nie­przy­tom­nego ra­tow­ni­kom me­dycz­nym.

Silę się na uśmiech, by choć tro­chę do­dać otu­chy za­pła­ka­nej dziew­czynce, po czym nie­zwłocz­nie od­wra­cam się w stronę zgnie­cio­nego sa­mo­chodu.

Kiedy We­ber wy­cho­dzi na ze­wnątrz, czuję wy­raźną ulgę, a za­le­d­wie kilka se­kund póź­niej auto staje w pło­mie­niach.

– Da­jesz! – ry­czy Scott, więc Fi­scher pusz­cza pianę.

Sły­szę głos ra­tow­nika:

– Wy­czu­wam ka­wi­ta­cję, trzeba in­tu­bo­wać.

– Spo­koj­nie, skar­bie – zwra­cam się do dziew­czynki, po któ­rej po­licz­kach nie­prze­rwa­nie spły­wają łzy. – Jak masz na imię? – Pró­buję ją czymś za­jąć, nie chcę, by pa­trzyła, jak wsa­dzają jej ojcu pla­sti­kową rurkę w gar­dło. – Ja je­stem Jace.

– Lucy – mam­ro­cze i po­ciąga no­sem.

– Je­steś nie­sa­mo­wi­cie dzielna.

W re­mi­zie mi­giem po­chła­niam przy­go­to­wany przeze mnie obiad. Chło­paki ga­dają o ja­kimś me­czu, więc przy­słu­chuję się im w mil­cze­niu. Nie mam bla­dego po­ję­cia, co ich tak kręci w tym spo­rcie.

– Jace! Ktoś do cie­bie – woła Jo­shua, a chwilę póź­niej wkra­cza do ja­dalni i od­naj­duje mnie spoj­rze­niem. – To ten go­ściu z ostat­niego po­żaru – do­daje tro­chę ci­szej, ro­biąc po­ważną minę.

Z tru­dem prze­ły­kam ostatni kęs kur­czaka i od­su­wam ta­lerz, tra­cąc cały ape­tyt. Czuję na so­bie wzrok Re­inera – on jako je­dyny może się do­my­ślać, co się w tym mo­men­cie ze mną dzieje. Tam­tej nocy, po ak­cji ra­tun­ko­wej, za­dzwo­ni­łem do niego i opo­wie­dzia­łem o wszyst­kim. Mu­sia­łem to z sie­bie wy­rzu­cić.

– Sły­sza­łem, że jego part­ner był w bar­dzo cięż­kim sta­nie, ale go ura­to­wali – od­zywa się Luka.

– Oca­li­łeś ich obu, pew­nie chce po­dzię­ko­wać – za­uważa Elias.

Biorę głę­boki wdech i zmu­szam się do wsta­nia. Nie uśmie­cha mi się ga­dać ze Schne­ide­rem. Nie wi­dzę w tym żad­nego sensu.

– Co z tobą, stary? – pyta Fi­scher. – Mó­wi­łeś, że cho­dzi­li­ście do jed­nej klasy. Idź, po­wspo­mi­naj stare, do­bre czasy ze szkol­nym kum­plem.

– Za­mknij gębę, Luka – upo­mina go Re­iner, a oczy wszyst­kich braci wle­piają się w niego, jakby na­gle zwa­rio­wał.

– W po­rządku – za­pew­niam przy­ja­ciela i idę w stronę hali.

Za­nim opusz­czam ja­dal­nię, zer­kam przez ra­mię na resztę stra­ża­ków. Z wy­ra­zów ich twa­rzy wnio­skuję, że kom­plet­nie za nami nie na­dą­żają. Nie ro­zu­mieją, dla­czego za­re­ago­wa­li­śmy w tak nie­ty­powy spo­sób. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach ucie­szył­bym się z wi­zyty i nie miał­bym nic prze­ciwko roz­mo­wie.

Gdy do­strze­gam Bena, ogar­nia mnie dziwne uczu­cie. Nie jest to strach, jak daw­niej, ale rów­nież nic przy­jem­nego. Coś we mnie wzbra­nia się przed po­dej­ściem bli­żej, jed­nak tylko się pro­stuję i na prze­kór wła­snym in­stynk­tom, za­trzy­muję się za­le­d­wie kilka cen­ty­me­trów od Schne­idera.

Dziwne, w mo­jej pa­mięci był wyż­szy i groź­niej­szy. Dla­czego więc mam nie­od­parte wra­że­nie, że z nas dwóch to on jest bliż­szy pła­czu i za­mknię­cia się w so­bie?

– Czego chcesz? – py­tam pro­tek­cjo­nal­nym to­nem, krzy­żu­jąc ra­miona na piersi.

Klnę w my­ślach, zda­jąc so­bie sprawę, że pew­nie wy­glą­dam jak ja­kiś pa­ten­to­wany du­pek.

Ciota! – od­zywa się zna­jomy głos w mo­jej gło­wie. Śmier­dzący pe­dał! – krzy­czy, przy­po­mi­na­jąc mi po ko­lei każdą scenę z udzia­łem Bena.

– Le­ka­rze po­wie­dzieli, że gdyby spę­dził w tym pie­kle choćby mi­nutę dłu­żej, nie da­liby rady… – urywa, bio­rąc drżący wdech.

Unika mo­jego spoj­rze­nia. Od­no­szę wręcz wra­że­nie, że le­dwo trzyma się na no­gach. Jak ja wtedy, gdy trzy­mał mnie za bluzę, splu­wa­jąc w twarz.

Cze­kam, nie ra­cząc go żadną od­po­wie­dzią. Na­wet gdy­bym chciał, nie wie­dział­bym, co ta­kiego po­wie­dzieć, nie ob­ra­ża­jąc go przy oka­zji.

– Dzię­kuję, Jace – wy­du­sza z sie­bie, co kwi­tuję iro­nicz­nym wes­tchnie­niem.

Na ten dźwięk Schne­ider się wzdryga. Pier­do­lony Ben Schne­ider się wzdryga! Czyż­bym miał prze­wi­dze­nia?

Po­trzą­sam głową, bio­rąc się w garść. Za­dzi­wia mnie wła­sna znie­czu­lica. Ten fa­cet wy­rzą­dził mi krzywdę, ale to było wieki temu. Mie­li­śmy po kil­ka­na­ście lat i nie wie­dzie­li­śmy nic o praw­dzi­wym ży­ciu. Prze­cież lu­dzie się zmie­niają. Sam je­stem tego naj­lep­szym przy­kła­dem. Po­wi­nie­nem prze­stać zgry­wać zim­nego su­kin­syna i dać mu drugą szansę.

Mrużę po­wieki i od­dy­cham głę­boko, a kiedy po­now­nie za­trzy­muję wzrok na Be­nie, roz­luź­niam się, przy­bie­ra­jąc bar­dziej przy­ja­zną po­stawę.

– Cie­szę się, że wy­szli­ście z tego cało. – Pra­wie krztu­szę się tymi sło­wami.

Schne­ider nie­spo­dzie­wa­nie unosi głowę, krzy­żu­jąc ze mną spoj­rze­nie. Pa­trzy na mnie z nie­do­wie­rza­niem, jakby nie był pe­wien, czy do­brze usły­szał.

– Nie nie­na­wi­dzisz mnie? – pyta tak ci­cho, że le­dwo go ro­zu­miem.

Wzru­szam ra­mio­nami.

– Jace, ja… My­ślę, że je­stem ci winny wy­ja­śnie­nie – mówi, wpro­wa­dza­jąc mnie w jesz­cze więk­szą kon­ster­na­cję.

– Prze­pra­szam cię, ale je­stem na służ­bie, nie mam czasu…

– Masz kon­takt z Mayą?

Tym jed­nym py­ta­niem kom­plet­nie zbija mnie z pan­ta­łyku. Czyżby miał za­miar przy­po­mi­nać mi o tam­tym kosz­ma­rze? Może wcale się nie zmie­nił? Przy­lazł tu­taj, uda­jąc po­tul­nego, żeby chwilę póź­niej znów wbić mi nóż w plecy. Czy to moż­liwe, że jest aż tak per­fidny?

– Kpisz so­bie? – sy­czę i do­prawdy nie wiem, czy mam się śmiać, czy zła­pać go za fraki i wy­pro­wa­dzić z re­mizy siłą.

Schne­ider, roz­po­znaw­szy mój bo­jowy na­strój, unosi ręce i kręci go­rącz­kowo głową.

– Źle mnie zro­zu­mia­łeś – tłu­ma­czy, od­su­wa­jąc się o krok. – To, czego się wtedy do­pu­ści­li­śmy, było wredne i je­stem świa­domy, że ni­gdy mi tego nie wy­ba­czysz.

– Mu­szę już iść – rzu­cam, nie ma­jąc naj­mniej­szego za­miaru cią­gnąć tej roz­mowy.

Wy­star­czy, że nie­zli­czoną ilość nocy wi­dy­wa­łem jej śliczną, za­kła­maną twarz i bu­dzi­łem się, przy­tło­czony sprzecz­nymi my­ślami krą­żą­cymi po gło­wie.

– Za­cze­kaj! – krzy­czy, ła­piąc mnie za ra­mię.

Jego do­tyk pali, wzbu­dza­jąc we mnie nie­przy­jemne uczu­cia.

Pier­do­lony cwel! – przy­po­mi­nam so­bie obe­lgi, ja­kimi mnie czę­sto­wał. Je­steś ża­ło­sny i taki na­iwny.

– Je­śli za­raz nie za­bie­rzesz łapy, to ci ją po­ła­mię – ostrze­gam śmier­tel­nie po­waż­nym to­nem, co skut­kuje nie­mal na­tych­miast.

Ben się wy­co­fuje. Nie wie, że nie po­su­nął­bym się do ta­kiego świń­stwa. Nie­ważne, jak bar­dzo mnie ten typ wkur­wia. Je­stem stra­ża­kiem, w do­datku na służ­bie. Mógłby mnie pro­wo­ko­wać ca­łymi go­dzi­nami, a ja nie stra­cił­bym cier­pli­wo­ści. W mię­dzy­cza­sie na­uczy­łem się, że sama po­stawa i wy­po­wia­dane przeze mnie słowa mogą być rów­nie efek­tywną bro­nią, co pię­ści.

– Ona cię nie zdra­dziła, Bec­ker! O ni­czym nie wie­działa!

Staję jak wryty. Serce pod­cho­dzi mi do gar­dła. Nie je­stem pe­wien, czy to, co usły­sza­łem, było rze­czy­wi­sto­ścią, czy tylko wy­two­rem mo­jej spa­czo­nej wy­obraźni. Chcę się od­wró­cić, a jed­no­cze­śnie nie mogę tego zro­bić. Ster­czę więc w miej­scu, sta­ra­jąc się opa­no­wać bu­zu­jącą w mo­ich ży­łach krew.

– Mu­simy po­ga­dać, to długa hi­sto­ria – kon­ty­nu­uje Schnei­der. – Wiem, że masz służbę do ju­tra, przyjdź w pią­tek o osiem­na­stej do Irish. Wszystko ci opo­wiem.

Rozdział 3

Jace

Po służ­bie, która koń­czy się równo o ósmej rano, wra­cam do domu i kładę się spać. Nie mogę wy­łą­czyć mó­zgu, pro­du­ku­ją­cego naj­róż­niej­sze sce­na­riu­sze cze­ka­ją­cej mnie roz­mowy ze Schnei­de­rem. Ob­ra­cam się z boku na bok i mam wra­że­nie, że za­raz eks­plo­duję.

Za­sta­na­wiam się, co Ben miał na my­śli, mó­wiąc, że May mnie nie zdra­dziła. Prze­cież wszystko było tak ku­rew­sko ewi­dentne. Wi­dzia­łem zdję­cia, sły­sza­łem, jak te ćwoki re­cy­tują wier­sze, które były prze­zna­czone tylko dla jej oczu. Do­sta­wa­łem w pysk z ta­kim im­pe­tem, że nie dało się cze­goś źle zin­ter­pre­to­wać.

Szybko do­cho­dzę do wnio­sku, że moje próby za­śnię­cia i tak speł­zną na ni­czym. Biorę długi prysz­nic, po czym idę do klubu spor­to­wego.

Wkła­dam słu­chawki w uszy i po­zwa­lam, aby naj­now­sza play­li­sta do­da­wała mi ener­gii. Od szkol­nych cza­sów wiele się zmie­niło, ale nie mój gust mu­zyczny. Na­dal wiem, co do­bre. Wsłu­chuję się w ostre, har­droc­kowe ka­wałki.

Za­nim za­cznę tre­ning, ro­bię roz­grzewkę: krą­że­nia ra­mion, bieg w miej­scu, luźne ciosy, walka z cie­niem i kilka se­rii ze ska­kanką.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach za­kła­dam rę­ka­wice i pod­cho­dzę do worka bok­ser­skiego. Za­czy­nam od po­je­dyn­czych ude­rzeń, kon­tro­lu­jąc przy tym od­dech. Przy każ­dym cio­sie na­pi­nam mię­śnie brzu­cha. Pot za­czyna spły­wać po mo­ich skro­niach. Czuję, że cią­gle mi mało, więc prze­rzu­cam się na se­rie dwóch, trzech cio­sów. Przy­spie­szam, kon­cen­tru­jąc się na sło­wach pio­senki. Chcę się ode­rwać od rze­czy­wi­sto­ści, ale to oka­zuje się po­twor­nie trudne.

Im dłu­żej ćwi­czę, tym moc­niej pieką mnie ręce, ale to wbrew po­zo­rom przy­jemne uczu­cie. Kie­ru­jąc się po­trzebą wy­pro­du­ko­wa­nia jesz­cze więk­szej ilo­ści en­dor­fin, daję z sie­bie wszystko.

Kilka mie­sięcy temu ob­ser­wo­wa­łem, jak Re­iner roz­ła­do­wuje nerwy, wy­ży­wa­jąc się na worku tre­nin­go­wym, jakby był jego naj­więk­szym wro­giem. Te­raz sam to ro­bię.

Jak wy­glą­da­łoby moje ży­cie, gdy­bym nie ze­rwał kon­taktu z May? Czy na­sza przy­jaźń mimo wszystko by prze­trwała? By­łoby le­piej? A może po ja­kimś cza­sie zra­ni­łaby mnie jesz­cze bar­dziej? Dla­czego nie po­tra­fię za­po­mnieć o tej dziew­czy­nie?

Wspo­mnie­nia, za­równo te do­bre, jak i te złe, po­woli do mnie wra­cają. Ude­rzam co­raz moc­niej. Moja agre­sja osiąga nowy po­ziom: wy­ko­nuję kop­nię­cie, na­stęp­nie wra­cam do ude­rzeń rę­kami. Je­stem już zmę­czony, ale nie chcę prze­stać. Będę wa­lić w ten wo­rek tak długo, aż za­brak­nie mi tchu.

Opusz­czam klub do­piero po trze­ciej. Po in­ten­syw­nym tre­ningu zwy­kle je­stem zre­lak­so­wany, ale nie tym ra­zem. Na­dal mnie nosi i bez pro­blemu prze­biegł­bym do­dat­kowo długi dy­stans.

Wsia­dam do sa­mo­chodu i włą­czam gło­śną mu­zykę, a w mo­men­cie, gdy wjeż­dżam na główną ulicę, od­zywa się mój te­le­fon. Od­bie­ram i daję na gło­śno­mó­wiący.

– Co ro­bisz? – roz­brzmiewa głos Sa­briny, a w tle sły­chać gło­śne pi­ski jej ma­łego, słod­kiego klona.

– Do osiem­na­stej je­stem wolny – od­po­wia­dam, uśmie­cha­jąc się na do­cho­dzące z od­dali co­raz to dziw­niej­sze od­głosy.

– Po­trzebne mi wspar­cie od za­raz! – oświad­cza sio­stra. – Mam tu­taj ja­kąś ka­ta­strofę!

– Mała znów roz­ra­bia?

– Ona nie roz­ra­bia, tylko pusz­cza mi z dy­mem chatę. Bierz dupę w troki i przy­jeż­dżaj!

Śmieję się, skrę­ca­jąc w prawo i obie­ra­jąc kurs na dom Sabbi. Jej córka to istny wul­kan ener­gii, czyli in­nymi słowy: młod­sza wer­sja sio­stry ze sła­bo­ścią do jed­no­roż­ców i mo­jego przy­ja­ciela. Od nie­dawna rów­nież do Nat. Po tym, jak panna Re­inera wkro­czyła do jej ży­cia w stroju wróżki Dzwo­neczka, Paula ma bzika na jej punk­cie.

– Co tym ra­zem zma­lo­wała? – py­tam i je­stem wdzięczny Sa­bri­nie za od­wró­ce­nie mo­jej uwagi od ostat­nich wy­da­rzeń.

– Była u nas są­siadka ze swoim syn­kiem…

– Z De­ni­sem?

– Uhm…

– Oj, to pew­nie było grubo – ko­men­tuję, po­nie­waż do­brze znam tego urwisa.

Paula za­mie­nia się cza­sami w dia­bła ta­smań­skiego, to prawda, ale De­nis… To już wyż­szy po­ziom cho­dzą­cej ka­ta­strofy. Ten chło­pak jest gor­szy niż tsu­nami. Za­wsze by­łem zda­nia, że bez­stre­sowe wy­cho­wa­nie to nie­po­ro­zu­mie­nie.

– Zo­sta­wi­łam ich w domu do­słow­nie na chwilkę! – za­częła się uskar­żać. – Zro­bi­łam kawę i usia­dły­śmy z Marlą na dwo­rze. Na­raz sły­szę trzask, no to lecę jak głu­pia z po­wro­tem do środka i co wi­dzę?

– Co wi­dzisz, moja ko­chana sio­strzyczko? – dro­czę się z nią.

– Śnieg, kurwa!

– Co?

– Wy­obraź so­bie, że dzie­ciaki wpa­dły na po­mysł, by za­mie­nić nasz sa­lon w kra­inę lodu. Ro­ze­rwały po­duszki i wy­cią­gnęły puch, a póź­niej, jakby tego było mało, wy­jęły półkę z ko­mody, we­szły na górę i zje­chały na niej po scho­dach, twier­dząc, że to sanki!

Wy­bu­cham śmie­chem.

– I czego rżysz!

– Nie przy­po­mina ci to cze­goś? – py­tam, wra­ca­jąc pa­mię­cią do cza­sów na­szego dzie­ciń­stwa. – Wy­ka­pana ma­mu­sia.

Jej gło­śne wes­tchnie­nie jest wy­star­cza­jącą od­po­wie­dzią. Pew­nie sama przy­po­mniała so­bie ak­cję ze sty­ro­pia­nem. Nasz tata ku­pił ol­brzy­mią me­blo­ściankę. Po ca­łym dniu skła­da­nia tego cu­deńka po­ło­żył się przed te­le­wi­zo­rem, a ja z Sa­briną za­ją­łem się kar­to­nami le­żą­cymi w ką­cie po­koju. Na wi­dok mięk­kich bia­łych ele­men­tów aż nam się oczy za­świe­ciły. Po­kru­szy­li­śmy po­li­sty­ren i roz­rzu­ci­li­śmy go po ca­łym po­miesz­cze­niu.

Póź­niej stwier­dzi­łem, że moja sio­stra by­łaby świet­nym bał­wa­nem, za co, oczy­wi­ście, do­sta­łem od niej po gę­bie, ale kiedy już do­szli­śmy do po­ro­zu­mie­nia, usta­li­li­śmy, że oboje prze­bie­rzemy się za śnie­go­wych lu­dzi. Po­ma­za­li­śmy się kle­jem w sztyf­cie i przy­mo­co­wa­li­śmy na skórę i ubra­nia resztki sty­ro­pianu. Kiedy za­pre­zen­to­wa­li­śmy się ro­dzi­com, oj­ciec wy­wró­cił oczami i za­py­tał: Mam na­dzieję, że je­ste­ście z sie­bie dumni? Na co my zgod­nie przy­tak­nę­li­śmy gło­wami, przy­bi­ja­jąc so­bie piątkę.

– Cza­sami my­ślę, że mo­głaby być bar­dziej jak Rolf – od­zywa się Sabbi.

– A wiesz, że do dziś się za­sta­na­wiam, ja­kim cu­dem ten bie­dak z tobą wy­trzy­muje?

– Ej, wy­pra­szam so­bie! Je­stem naj­lep­szą żoną pod słoń­cem. Ideał!

– Za­raz u was będę – mó­wię, wjeż­dża­jąc do Im­men­din­gen. – A wła­śnie, Rolfa nie ma w domu?

– Jest na wy­jeź­dzie fir­mo­wym, wróci do­piero ju­tro – od­po­wiada nad wy­raz smut­nym to­nem. – Naj­chęt­niej za­trud­ni­ła­bym cie­bie i Re­iniego jako niańki dla tego ma­łego tor­nada, ale wiem, że ma­cie inne sprawy na gło­wie.

– Nie prze­sa­dzaj, sta­ram się was od­wie­dzać przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu. A te­raz skończ ma­ru­dzić, zrób mi kawę i otwórz drzwi.

Par­kuję na bru­ko­wa­nym pod­jeź­dzie, roz­łą­czam się i wy­sia­dam z sa­mo­chodu. Opie­ram się o ma­skę i wyj­muję z kie­szeni paczkę fa­jek. Wiem, że moje płuca nie­na­wi­dzą mnie za ten na­łóg, ale rzu­ce­nie wy­daje się okrop­nie trudną de­cy­zją. Za­pa­lam pa­pie­rosa, wo­dząc spoj­rze­niem po wy­pie­lę­gno­wa­nym ogro­dzie. Za­trzy­muję wzrok na domku na drze­wie – mo­jej i Re­inera daw­nej ba­zie. Uwiel­biam to miej­sce, wiążą się z nim piękne wspo­mnie­nia, ale od nie­dawna także bo­le­sne. Bab­cia zmarła dwa lata temu i choć nie by­łem z nią tak zżyty jak z dziad­kiem, cho­ler­nie tę­sk­nię.

– Znów pa­lisz to świń­stwo? – Sa­brina po­ja­wia się w progu, prze­szy­wa­jąc mnie kar­cą­cym spoj­rze­niem.

– I kto to mówi? – od­gry­zam się, do­sko­nale wie­dząc, że ćmi po kry­jomu.

– Goń się, smarku. – Po­ka­zuje mi ję­zyk, jakby miała kil­ka­na­ście, a nie trzy­dzie­ści parę lat. – Właź, mała już na cie­bie czeka.

Za­cią­gam się ostatni raz, ga­szę fajkę i wy­rzu­cam peta. Prze­szu­kuję drugą kie­szeń, a kiedy od­naj­duję opa­ko­wa­nie mię­tó­wek, wrzu­cam do ust dwie białe pu­drowe pa­stylki. Paula nie lubi, gdy czuć ode mnie pa­pie­ro­sami.

Ra­zem wcho­dzimy do domu, Sabbi pro­wa­dzi mnie do sa­lonu.

– Wy­glą­dasz okrop­nie. Je­steś świeżo po służ­bie? – pyta, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie.

– Nie mo­głem za­snąć – stwier­dzam, nie po­da­jąc żad­nych kon­kret­nych po­wo­dów, ale aż mnie korci, żeby po­ga­dać z nią o May.

Do tej pory sio­stra nie ma po­ję­cia, dla­czego ze­rwa­łem z tą dziew­czyną kon­takt. Na całe szczę­ście nie cią­gnęła mnie za ję­zyk i od­pu­ściła już po dwóch pró­bach wy­cią­gnię­cia ja­kiej­kol­wiek in­for­ma­cji. Prawdę zna tylko Re­iner.

– Wujo! – krzy­czy moja ulu­bie­nica, a chwilę póź­niej wska­kuje na mnie i wie­sza mi się na szyi jak ja­kaś małpka. – Mam nowe sa­nie! Po­zjeż­dżamy ze scho­dów? – pro­po­nuje pod­eks­cy­to­wana.

– Paula! – ostrzega ją Sa­brina.

Śmie­jąc się, sta­wiam dziew­czynkę na pod­ło­dze i daję jej bu­ziaka w czoło.

– Czy ty chcesz, żeby twoja mama prze­rzu­ciła mnie przez ko­lano i zło­iła mi ty­łek? – py­tam z uda­waną po­wagą.

Mała za­sła­nia dłońmi usta i chi­cho­cze. Jej drobne ciałko trzę­sie się z każ­dym uro­czym dźwię­kiem.

– Bar­dzo na­bro­iłaś? – Przy­klę­kam na jedno ko­lano i mierz­wię jej ja­sną czu­prynę.

Paula się krzywi i po­woli zerka na swoją ro­dzi­cielkę, po czym wraca spoj­rze­niem do mnie. Na­chyla się i szep­cze mi do ucha:

– Mama się tro­chę zde­ner­wo­wała, ale my­ślę, że Mi­ko­łaj i tak przyj­dzie. W ze­szłym roku mi po­wie­działa, że jak będę nie­grzeczna, to nie do­stanę od niego pre­zen­tów, ale on jed­nak mnie od­wie­dził.

Śmieję się tak gło­śno, że w oczach po­ja­wiają mi się łzy. I kto po­wie­dział, że dzieci są głu­pie?

– Chodź, po­mogę ci po­sprzą­tać, a póź­niej prze­czy­tamy ja­kąś bajkę – za­chę­cam i wy­cią­gam do niej rękę, którą bez wa­ha­nia ła­pie.

– Ale bę­dziesz na­śla­do­wał głosy! – To nie było py­ta­nie, ale i tak przy­ta­kuję.

– No pew­nie, zwy­czajne czy­ta­nie jest nudne – od­po­wia­dam, uda­jąc Olafa z Kra­iny lodu, co dziew­czynka pod­su­mo­wuje sze­ro­kim uśmie­chem.

– A kawa? – włą­cza się sio­stra.

– Wy­piję mro­żoną. – Pusz­czam do niej oko. – Od­pocz­nij.

W domu Sa­briny czas mija mi bły­ska­wicz­nie i ani się obej­rza­łem, jak wy­biła sie­dem­na­sta. Po ogar­nię­ciu ba­ła­ganu i prze­czy­ta­niu sze­ściu krót­kich hi­sto­ry­jek z Elzą i Anną w ro­lach głów­nych po­ja­wiam się w sa­lo­nie. Sio­stra drze­mie na tap­cza­nie, ci­cho po­chra­pu­jąc.

Sia­dam przy niej i wy­pi­jam dusz­kiem zimną już kawę. Kiedy od­sta­wiam ku­bek na stół, Sabbi otwiera za­spane oczy, ziewa i się prze­ciąga.

– Dzięki, brat – mru­czy za­do­wo­lona.

– Nie ma sprawy.

Przez mo­ment mie­rzymy się spoj­rze­niami. Pra­wie wi­dzę dym wy­la­tu­jący z jej uszu, gdy usi­łuje od­czy­tać moje my­śli. Za­wsze była spo­strze­gaw­cza, więc w ogóle się nie dzi­wię, że mnie przej­rzała. Wie, że coś u mnie nie gra, ale nie po­trafi od­gad­nąć przy­czyny.

– Opo­wiesz mi do­bro­wol­nie, co cię gry­zie, czy mu­szę wy­cią­gać to z cie­bie siłą? – pyta w końcu, sia­da­jąc z pod­kur­czo­nymi no­gami.

– To nic ta­kiego…

– Kogo pró­bu­jesz oszu­kać, Jace? Mnie czy sie­bie?

Do­bre py­ta­nie, szkoda, że sam nie znam od­po­wie­dzi. Za go­dzinę mam się zo­ba­czyć z Be­nem, jed­nak nie do końca wiem, czego po­wi­nie­nem się po tej roz­mo­wie spo­dzie­wać.

– My­śla­łem ostat­nio o May, pa­mię­tasz ją? – za­ga­duję ostroż­nie. Nie mam za­miaru mó­wić sio­strze o tym, co się wy­da­rzyło dzień po wy­jeź­dzie mo­jej daw­nej mi­ło­ści.

– Szcze­rze? By­łam pewna, że wa­sza re­la­cja prze­trwa dłu­żej, ale ty… – urywa na­gle, jakby za­bra­kło jej słów. Daje so­bie kilka se­kund, po czym koń­czy: – Ni­gdy mi nie po­wie­dzia­łeś, co się wtedy stało. Wpa­ro­wa­łeś do miesz­ka­nia, na­wet się ze mną nie przy­wi­ta­łeś. Po­sze­dłeś do sie­bie i za­trza­sną­łeś mi drzwi przed no­sem, za­my­ka­jąc je na klucz. Wy­stra­szy­łam się nie na żarty, dla­tego za­dzwo­ni­łam po Re­inera. Niby wszystko było ja­sne, bo od tam­tej pory na­wet nie wspo­mi­na­łeś o May, ale i tak ja­koś trudno mi uwie­rzyć, że wasz zwią­zek tak po pro­stu się roz­le­ciał.

– Pew­nie weź­miesz mnie za skoń­czo­nego kre­tyna, ale nie mogę prze­stać my­śleć o tym, jak to wszystko się roz­pa­dło – przy­znaję, bez­wied­nie jeż­dżąc kciu­kiem po we­wnętrz­nej stro­nie przed­ra­mie­nia, tam, gdzie wy­ta­tu­owa­łem so­bie desz­czową chmurę. – Ni­gdy nie czu­łem się tak oszu­kany i zdra­dzony, jak w tam­tej chwili.

– Boże, Jace. – Sły­szę nie­po­kój w jej gło­sie. Przy­suwa się do mnie, po czym kła­dzie mi dłoń na ple­cach. – Chcesz mi po­wie­dzieć, co się wtedy stało? – pyta, a ja na­tych­miast kręcę głową. – W po­rządku, ale pa­mię­taj, że to już prze­szłość. Te­raz mu­sisz sku­pić się na te­raź­niej­szo­ści i swo­jej przy­szło­ści.

Pro­blem w tym, że ja­kaś część mnie w ogóle nie przyj­mo­wała tego do wia­do­mo­ści.

– Chcesz się z nią skon­tak­to­wać? – pyta nie­pew­nie.

– Nie wiem… Na­prawdę nie mam po­ję­cia.

Wie­czo­rem po­ja­wiam się w Für­sten­bergs Irish Pub. W środku – jak zwy­kle – pa­nuje cie­pły i przy­tulny na­strój, a drew­niane ściany i me­ble na­dają temu miej­scu nie­po­wta­rzal­nego cha­rak­teru. Z tym że mnie wcale nie jest do śmie­chu, wręcz prze­ciw­nie, wy­daje mi się, że w każ­dej chwili mogę obe­rwać i już się nie pod­nieść.

Ski­nię­ciem głowy wi­tam się z bar­ma­nem, po czym idę w głąb knajpy, szu­ka­jąc wzro­kiem Schne­idera. Sie­dzi w rogu z ku­flem piwa. Jesz­cze mnie nie za­uwa­żył. Przy­gryza pa­zno­kieć kciuka, a jego noga pod­ska­kuje ner­wowo. Dziwne zja­wi­sko. Ben za­wsze ko­ja­rzył mi się z aro­ganc­kim bu­cem, który ma wszystko i wszyst­kich w głę­bo­kim po­wa­ża­niu. Ta­kie za­cho­wa­nie zu­peł­nie mi do niego nie pa­suje.

Prze­ły­kam ślinę, a całe moje ciało drę­twieje w oba­wie przed tym, co za­raz usły­szę. Pod­cho­dzę do blon­dyna. Od­chrzą­kuję, by zwró­cić na sie­bie jego uwagę.

– Przy­sze­dłeś – mówi z nie­do­wie­rza­niem, jeż­dżąc po mnie roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem i do­piero po chwili przy­tom­nieje. – Sia­daj.

Od­su­wam krze­sło i w mil­cze­niu zaj­muję miej­sce na­prze­ciwko niego. Cze­kam, aż wresz­cie za­cznie ga­dać, ale on tylko się gapi, jak­bym był prze­klę­tym du­chem.

– Chcesz coś za­mó­wić? – wy­pala po dłuż­szym na­my­śle.

– Nie je­ste­śmy na randce, Schne­ider – sy­czę, po­nie­waż po­woli tracę cier­pli­wość i tylko resztka zdro­wego roz­sądku po­wstrzy­muje mnie od chwy­ce­nia Bena za fraki i wy­tłu­cze­nia z niego wszyst­kich ta­jem­nic z prze­szło­ści. – Z tego, co pa­mię­tam, ścią­gną­łeś mnie tu­taj w in­nym celu, a do pie­prze­nia już ko­goś masz.

Na­wet w mo­ich uszach za­brzmiało to ku­rew­sko wred­nie. Od kiedy sta­łem się ta­kim skur­wie­lem?

– Zmie­ni­łeś się – ko­men­tuje, uni­ka­jąc mo­jego spoj­rze­nia.

– To chyba do­brze, zwa­ża­jąc na fakt, że kie­dyś mia­łeś mnie za ża­ło­sną pizdę.

Znów się wzdryga.

– Pod­ją­łem w ży­ciu sporo głu­pich de­cy­zji – mam­ro­cze ci­cho, ale do­kład­nie ro­zu­miem każde słowo. – To, czego się do­pusz­cza­łem w szkole, jest nie­wy­ba­czalne i zdaję so­bie sprawę, że nie mam prawa, by się z tego tłu­ma­czyć. Długo się nad tym za­sta­na­wia­łem, ale ni­gdy nie mia­łem dość od­wagi, by wy­ja­wić ci całą prawdę. Po­tem wy­buchł po­żar… – urywa.

Jego głos drży, a oczy za­cho­dzą łzami, co w pew­nym stop­niu wzbu­dza we mnie li­tość. Ła­pie za uło­żoną na bla­cie ser­wetkę, roz­kłada ją i za­czyna gnieść, jesz­cze bar­dziej utwier­dza­jąc mnie w prze­ko­na­niu, że dla niego to spo­tka­nie rów­nież jest nie­kom­for­towe.

– Może za­cznę od po­czątku – wy­du­sza z sie­bie, rzu­ca­jąc mi prze­lotne spoj­rze­nie, na­stęp­nie bie­rze głę­boki wdech i mówi: – Pa­mię­tasz te plotki o ca­łu­ją­cych się na przy­stanku ge­jach? – Przy­ta­kuję. – One nie do­ty­czyły cie­bie, tylko mnie. Pod­słu­cha­łem, jak ja­kieś la­ski mają ubaw z dwóch li­żą­cych się chło­pa­ków, i do­sze­dłem do wnio­sku, że mu­szę z tym coś zro­bić, za­nim się zo­rien­tują, kogo tak na­prawdę wi­działy. Dla­tego roz­po­wie­dzia­łem wszyst­kim, że to by­łeś ty i Re­iner.

Nie ko­men­tuję tego. Je­stem świa­domy, że Ben nie miał ła­two, ale to go nie uspra­wie­dli­wia.

– Nie ro­zu­miem, jak to się ma do ak­cji z May. – Znie­cier­pli­wiony, stu­kam pal­cami w blat stołu.

– Po­zwól mi do­koń­czyć, obie­cuję, że to nie po­trwa długo.

Znów ki­wam głową. Schne­ider po­ciera twarz dłońmi, po czym bie­rze duży łyk piwa.

– Za­du­rzy­łem się w nie­od­po­wied­niej oso­bie i nie mo­głem tego zmie­nić – kon­ty­nu­uje opo­wieść. – Z po­czątku nie ro­zu­mia­łem, co jest ze mną nie tak, dla­czego czu­łem po­ciąg do in­nego chło­paka. Moje uczu­cia… To było nie­nor­malne, chore. Naj­pierw był strach, smu­tek, wstyd i nie­pew­ność. Póź­niej, gdy zda­łem so­bie sprawę, że moi ro­dzice ni­gdy mnie ta­kiego nie za­ak­cep­tują, od­raza do sa­mego sie­bie.

– Wie­dzieli, że je­steś ge­jem?

Robi kwa­śną minę i uśmie­cha się gorzko.

– Wtedy gdy mie­li­śmy po szes­na­ście lat, tylko to po­dej­rze­wali. Są­dzę, że mój stary ce­lowo rzu­cał przy mnie ha­słami typu: Ho­mo­sek­su­alizm to cho­roba, którą trzeba le­czyć. Mama czę­sto wy­py­ty­wała mnie o dziew­czyny i czy kie­dyś ja­kąś jej przed­sta­wię. Kiedy Maya do­łą­czyła do na­szej klasy, a ja upew­ni­łem się, że miała zo­stać je­dy­nie na rok, nie omiesz­ka­łem tego wy­ko­rzy­stać. Taka oka­zja by się nie po­wtó­rzyła.

– Więc za­czą­łeś się z nią spo­ty­kać.

– Po­trze­bo­wa­łem tego uda­wa­nego związku przy­naj­mniej do końca roku szkol­nego. Po osiem­na­stce ja­koś bym so­bie po­ra­dził.

– Wi­dać spodo­bało się jej gra­nie two­jej panny, skoro po­sta­no­wiła mnie wy­ro­lo­wać – pod­su­mo­wuję z wy­raź­nym za­rzu­tem.

– Nie – za­prze­cza szybko, spra­wia­jąc tym, że po­czu­łem się zdez­o­rien­to­wany. – To nieco bar­dziej skom­pli­ko­wane. Szan­ta­żo­wa­łem ją, że je­śli nie bę­dzie po­ka­zy­wać się w moim domu przy­naj­mniej raz w mie­siącu, do­jadę cię tak, że wy­lą­du­jesz w szpi­talu.

– A więc z tą jedną rze­czą nie kła­mała – mó­wię, czu­jąc, jak żo­łą­dek ści­ska się co­raz moc­niej, przy­pra­wia­jąc mnie o mdło­ści.

– Ona cię ko­chała, Jace. Po­szła ze mną na układ dla cie­bie.

– Ko­chała? – wy­po­wia­da­jąc to słowo, nie po­tra­fię ukryć żalu i roz­cza­ro­wa­nia. – Gdyby było, jak twier­dzisz, w ży­ciu nie opo­wie­dzia­łaby ci tych wszyst­kich rze­czy! – war­czę sta­now­czo za gło­śno, a kiedy zdaję so­bie z tego sprawę, roz­glą­dam się do­koła, by spraw­dzić, czy ktoś nas słu­cha. Sie­dzimy na ubo­czu, więc całe szczę­ście na­sza roz­mowa do ni­kogo nie do­ciera.

– I nie opo­wie­działa – oświad­cza Ben.

To jedno zda­nie spra­wia, że tracę grunt pod no­gami. Po­wie­trze staje się cięż­kie i z każ­dym wde­chem co­raz bar­dziej przy­tła­cza. Za­mie­ram. Ogar­nia mnie ciem­ność, a wraz z nią roz­lewa się we mnie du­szący swąd cha­osu.

– Coś ty po­wie­dział? – py­tam, bo mu­szę do­stać po­twier­dze­nie, ina­czej nie uwie­rzę.

– Nie było żad­nego za­kładu – wy­ja­śnia, a ja wpa­truję się w niego, na­wet nie mru­ga­jąc, z obawy, że je­śli to zro­bię, ostat­nie mi­nuty okażą się ja­kąś po­tworną ilu­zją. – Wie­dzia­łeś, że May pro­wa­dziła pa­mięt­nik?

Za­ci­skam szczęki tak mocno, że aż zgrzy­tają mi zęby. To ja by­łem tym złym? Ja ją wtedy zra­ni­łem, wy­sy­ła­jąc pe­łen jadu wiersz i bez wy­ja­śnie­nia ury­wa­jąc kon­takt? Nie…

– Kiedy May ze mną skoń­czyła, nie mia­łem już przy­krywki, a spo­tka­nia z moim ów­cze­snym chło­pa­kiem stały się prak­tycz­nie nie­moż­liwe – cią­gnie da­lej Schne­ider. – Wście­kłem się, bo prze­cież nie wy­ma­ga­łem od niej ni­czego wiel­kiego. Tak wtedy my­śla­łem. Za­le­d­wie ty­dzień póź­niej mój zwią­zek się roz­padł, a wy by­li­ście tacy szczę­śliwi, mimo kłód spa­da­ją­cych wam pod nogi. Nie mo­głem tego znieść. Wy­ko­rzy­sta­łem Gretę, wie­dzia­łem, że ma do mnie sła­bość. Po­wie­dzia­łem, że May grała na dwa fronty i chcę się na niej za to ze­mścić. Nie mu­sia­łem jej za­chę­cać, od razu była go­towa znisz­czyć wa­szą re­la­cję.

Na usta ci­sną mi się naj­gor­sze prze­kleń­stwa. Jego opo­wieść strasz­nie boli, każde zda­nie rani moc­niej niż pchnię­cia ostrym no­żem.

– Nie… – wy­du­szam z sie­bie, nie stać mnie na wię­cej. Oba­wiam się, że jesz­cze tro­chę i wy­buchnę.

– Przy­kro mi. – Schne­ider spusz­cza wzrok. Ser­wetka, którą gnie­cie, jest już do­szczęt­nie znisz­czona. – Greta i Klara od­wie­dziły May kilka dni przed za­koń­cze­niem roku szkol­nego. Od­na­la­zły jej pa­mięt­nik, za­brały kilka rze­czy, po­ro­biły zdję­cia za­pi­sa­nych stron… Reszty pew­nie się już do­my­ślasz.

Ko­tłu­jące się we mnie emo­cje się­gają ze­nitu. Gniew, żal i fru­stra­cja go­rącz­kowo szu­kają uj­ścia. Serce mam dziw­nie cięż­kie, czuję, jakby prze­stało na­le­żeć do mnie. Są­dzi­łem, że raz zła­mane nie bę­dzie się mu­siało mie­rzyć z tym bó­lem po­now­nie. Okrut­nie się my­li­łem. Nie sły­szę już jego bi­cia. Milk­nie, aż w końcu cał­ko­wi­cie umiera, po­zo­sta­wia­jąc żrącą mnie od środka pustkę.

Wstaję bez słowa, bła­ga­jąc w du­chu, by moje trzę­sące się nogi zdo­łały do­nieść mnie do sa­mo­chodu.

– Jace. – Ben rów­nież pod­nosi się z miej­sca i w jed­nej chwili jest obok mnie.

Czego on, do kurwy nę­dzy, chce?

– Do­brze ci ra­dzę, zejdź mi z drogi – ostrze­gam go to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu i po­sy­łam mu mor­der­cze spoj­rze­nie.

– Prze­pra­szam…

Śmieję się jak ja­kiś pie­przony obłą­ka­niec. Lep­szy śmiech niż łzy. Coś ści­ska mi gar­dło, a kiedy wy­obraź­nia pod­suwa mi ob­raz May czy­ta­ją­cej mój ostatni wiersz, chce mi się rzy­gać.

Gwał­tow­nym ru­chem uno­szę rękę, by prze­cze­sać włosy. Ben cofa się prze­ra­żony, jakby my­ślał, że za­raz do­sta­nie w twarz. I choć je­stem tego na­prawdę bli­ski, od­pusz­czam. Od­wra­cam się do niego ple­cami i wy­cho­dzę z knajpy.

Przy­pisy

1 Znane i ce­nione przez stra­ża­ków z ca­łego świata uni­wer­salne na­rzę­dzie ra­tow­ni­cze.

2 BF (Be­ru­fs­feu­er­wehr) – nie­miecka za­wo­dowa straż po­żarna, od­po­wied­nik pol­skiej PSP.

RAIN. Uwierz w nas od nowa

Copyright © 2023 by Katarzyna Wycisk

Redakcja: Karolina Przybył

Korekta: Katarzyna T. Mirończuk

Korekta po składzie: Alicja Szalska-Radomska

Wersja elektroniczna: Mateusz Cichosz | @magik.od.skladu.ksiazek

Projekt okładki: Katarzyna Wycisk

ISBN: 978-83-964890-9-8

Wydanie I

Kontakt: [email protected]

FB: www.facebook.com/KatarzynaWyciskAutor

www.katarzynawycisk.com