Przygody Sokolego Oka: Ostatni Mohikanin. - J.F. Cooper - ebook + audiobook

Przygody Sokolego Oka: Ostatni Mohikanin. ebook i audiobook

J.F. Cooper

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Ostatni Mohikanin – James Fenimore Cooper
Czyta: Jan Butruk

Dzika puszcza, wojna dwóch potęg i podróż, w której jeden niewłaściwy krok może kosztować życie. „Ostatni Mohikanin” Jamesa Fenimore’a Coopera to ponadczasowa opowieść o odwadze, przyjaźni, honorze i świecie, który bezpowrotnie odchodzi.

W ogarniętej wojną Ameryce Północnej losy dwóch córek pułkownika Munro splatają się z historią Sokolego Oka oraz jego najbliższych towarzyszy – Chingaczguka i Unkasa. Gdy na ich drodze staje przebiegły i kierowany pragnieniem zemsty Magua, rozpoczyna się niebezpieczna wędrówka przez bezkresne lasy. Pościgi, zasadzki, zdrady i dramatyczne wybory prowadzą bohaterów coraz głębiej w konflikt, w którym nie zawsze wiadomo, komu można zaufać.

To jedna z najsłynniejszych powieści przygodowych XIX wieku – historia pełna napięcia, wielkich emocji i niezapomnianych bohaterów, która od pokoleń inspiruje kolejne adaptacje.

W interpretacji Jana Butruka klasyczna opowieść Coopera zyskuje nowe brzmienie. Jego narracja prowadzi słuchacza przez świat dzikiej Ameryki, pozwalając na nowo odkryć historię ostatnich Mohikanów.

Audiobook dostępny wraz z ebookiem – wybierz, czy chcesz tę historię przeczytać, czy pozwolić, by poprowadził Cię przez nią głos Jana Butruka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 590

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 0 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jan Butruk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© 2026 4P Acoustic sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone.Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Żadna jej część nie może być powielana, reprodukowana, rozpowszechniana ani przetwarzana w jakiejkolwiek formie — elektronicznej, mechanicznej, kserograficznej, nagraniowej lub innej — bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 978-83-68669-98-5

Wydanie IWarszawa 2026

Wydanie elektroniczne (EPUB)

Wydawca: 4P Acoustic4P Acoustic sp. z o.o.

Tytuł: Przygody Sokolego Oka: Ostatni Mohikanin.

Autor: James Fenimore Cooper

Opracowanie redakcyjne: 4P Acoustic

Przekład i opracowanie edytorskie: 4P Acoustic

R O Z D Z I A Ł I.

Ucho moje otwarte, serce uzbrojone;Mów — cóż mi masz powiedzieć? że wszystko stracone, Że z dóbr ziemskich, znikomych, wyzuty do zgonuJestem królem bez państwa, poddanych i tronu?

Szekspir.

BYŁO to jedną z cech szczególnie oznaczających wojny prowadzone w osadach Ameryki północnej, iż chcąc odkryć nieprzyjaciela dla stoczenia z nim bitwy, trzeba było wprzód wystawić się na nędze i niebezpieczeństwa pustyni. Szerokie pasmo nieprzebytych na pozór lasów, dzieliło posiadłości nieprzyjaznych sobie prowincjifrancuskich i angielskich. Równie zahartowany w trudach osadnik, jak wyćwiczony Europejczyk bijąc się każdy ze swojej strony, trawili niekiedy całe miesiące na walce przeciw potokom lub na torowaniu drogi przez wąwozy w górach, nim znaleźli zręczność okazania bliższych dowodów męstwa. Lecz naśladując w cierpliwości dzikich wojowników tych krain i ucząc się od nich znosić niewczasy, tak pokonywali wszystkie zawady, iż można było sądzić, że wkrótce puszcze nie będą miały kryjówki dość ciemnej, pustyni dość odległej na schronienie od tych, którzy rozlewali krew dla nasycenia zemsty, lub wspierania oziębłej i samolubnej polityki monarchów mieszkających w dalekiej Europie.

Na całej rozległej przestrzeni pogranicza, żadne podobno miejsce nie mogło przedstawić żywszego obrazu rozjuszenia i okrucieństwa dzikich wojen owej epoki, jak kraj między Hudsonem i przyległymi jeziorami położony.

Samo tu przyrodzenie tak widoczną łatwość przychodów nastręczało walczącym, że niepodobna było jej zaniechać. Podłużna płosa jeziora Szamplen ciągnąc się od brzegów Kanady, aż do granic prowincji sąsiedniej Nowemu Jorkowi, tworzyła naturalne przejście w środku przestrzeni, którą Francuzi, żeby dosięgnąć swych nieprzyjaciół, koniecznie opanować musieli. W południowym końcu jezioro to przyjmowało od drugiego daninę wód tak przezroczystych, że misjonarze jezuiccy obrali je wyłącznie do spełniania oczyszczających chrztu obrządków i nazwali jeziorem Świętego Sakramentu. Mniej pobożni Anglicy sądzili, iż dosyć wyrządzą czci tym wodom, kiedy im nadadzą imię panującego podówczas nad nimi monarchy, drugiego z dynastii hanowerskiej. Tym sposobem dwa narody spiknęły się na wydarcie dzikim właścicielom nadbrzeżnych lasów, prawa uwiecznienia dawnego nazwiska jeziora Horykanu.

Oblewając niezliczone wyspy, jezioro święte opasane górami ciągnęło się na mil dwanaście w południową stronę. Na wzniosłej płaszczyźnie, broniącej wtenczas od zbytniego wód rozlewu, zaczynał się gościniec przewozowy, prowadzący nad brzeg Hudsonu do miejsca, gdzie rzeka wyjąwszy wieczne zawady progów zaczynała być spławną.

Wtenczas kiedy niezmordowani Francuzi w przedsiębiorczym i zuchwałym zamiarze napadu, nawet przez dalekie i nie odwiedzane wąwozy Allegany szukali przejścia, łatwo domyślić się można, że nie pominęli miejscowych korzyści dopiero opisanego kraju. Jakoż stał się on krwawymi szrankami większej części bitew staczanych w celu rozstrzygnięcia, kto miał nad osadami panować. Twierdze zbudowane w rozmaitych punktach najłatwiejszego przejścia wielekroć, podług dziwacznych zrządzeń zwycięstwa lub okoliczności, brane i odbierane, burzone i odnawiane były. Rolnik uciekając od tych miejsc niebezpiecznych, cofał się aż do środka najdawniejszych osad; a wojska liczniejsze od tych, które nieraz rozrządzały koroną w macierzystych krajach, zagłębiały się w tutejsze lasy, skąd nigdy nie wychodziły inaczej, jak wycieńczone trudami, albo zrażone przegraną i podobne do cieniów występujących z grobowców.

Chociaż zatrudnień spokojnego przemysłu nie widziano w tych zakazanych stronach, lasy jednak były pełne ludzi. Po dolinach i trzebieżachbrzmiała muzyka wojenna, a echa gór powtarzały okrzyki walecznej i nierozważnej młodzieży, która dumna ze swojej żywości i siły, wdzierała się na ich wierzchołki, żeby wkrótce usnąć w długiej nocy zapomnienia.

Na tym to polu walk krwawych, zdarzenia, które tu opisać chcemy, zaszły w trzecim roku ostatniej między Francją a Wielką Brytanią wojny o posiadanie kraju, szczęściem nie przeznaczonego, ani dla jednej, ani dla drugiej.

Niezdolność naczelników wojskowych i fatalna nieustanność pewnej osoby w radzie wewnętrznej, strąciły Anglią z tej wysokości, na jaką wyniósł ją duch przedsiębiorczy i talent dawniejszych jej wojowników i rządców. Nieprzyjaciele już się jej nie lękali a stronnicy nagle tracili tę ufność zbawienną, co jest źródłem szacunku samego siebie. Niewinni tego stanu słabości, i chociaż tyle pogardzani, że nie mogli nawet być narzędziem błędów, osadnicy musieli jednak znosić udział dotkliwego poniżenia. Świeżo w ich oczach wybór wojska przybyły z kraju, który czcząc jako pierwiastkową ojczyznę, uważali za niezwyciężony, wybór wojska pod dowództwem naczelnika dla rzadkich zdolności wojennych przeniesionego nad tłum doświadczonych rycerzy, przez garstkę Indian i Francuzów nie tylko do haniebnej ucieczki zmuszony został, ale ocalenie od zupełnej zagłady jedynie był obowiązany zimnej krwi i odwadze młodego Wirgińczyka, którego sławę, dojrzałą z czasem, prawda rozniosła w najodleglejsze krańcechrześcijańskiego świata.

Niespodziana ta klęska otworzyła wielką przerwę w pograniczu, i nim nadeszły nieszczęścia rzeczywiste, oczekiwano tysiąca niebezpieczeństw urojonych. Przerażonym osadnikom zdawało się za każdym powiewem wiatru gwiżdżącego od zachodnich lasów, że słyszą wycia dzikich. Straszliwy charakter tych nieprzyjaciół okrutnych, niewymownie powiększał zwyczajną obawę wojny. Niezliczone przykłady świeżych rzezi, każdemu żywo jeszcze tkwiły w pamięci; a we wszystkich prowincjach nie było nikogo, ktoby z chciwością nie słuchał przerażających powieści o morderstwach popełnianych po ciemku, zwłaszcza gdy ich głównymi sprawcami byli drapieżni mieszkańcy lasów.

Kiedy łatwowierny wędrowiec z zapaloną wyobraźnią, opowiadał niebezpieczne przypadki w pustyniach; lękliwym ludziom krew ścinała się w żyłach, a matki rzucały niespokojne spojrzenia na dzieci uśpione wśród pewności miast największych. Jednym słowem trwoga powiększająca przedmioty zaczęła brać górę nad męstwem i rachubami rozsądku. Najśmielsze serca nawet zaczęły powątpiewać o wypadku wojny, a co dzień powiększała się liczba tej nikczemnej zgrai, która już sądziła, że wszystkie posiadłości korony angielskiej, albo są w ręku jej nieprzyjaciół chrześcijańskich, albo pustoszone od ich sprzymierzeńców dzikich.

Skoro więc w twierdzy położonej przy końcu gościńca wiodącego od Hudsonu do jezior, posłyszano, że Montkalm z wojskiem liczniejszym niż liście lasów posuwa się w górę jeziora Szamplen, nikt nie wątpił o prawdziwości tej nowiny, i przyjęto ją raczej z nikczemną trwogą ludzi oddanych zatrudnieniom spokojnym, niżeli z cichą radością jakiej doświadcza wojownik, kiedy mu powiedzą, że nieprzyjaciel zbliża się na wystrzał broni.

Wiadomość tę przyniósł pod wieczór dnia letniego, goniec indiański od Munra naczelnika twierdzy nad jeziorem świętym położonej, przysłany z prośbą o znaczny i jak najrychlejszy posiłek. Droga czyli raczej ścieszka łącząca dwa te stanowiska ledwo na pięć milodległe od siebie, przerobiona była na wygodny gościniec; a za tym, kiedy ją teraz wychowaniec lasów we dwie godziny przebiegł, oddział wojska z obozem i ciężarami mógł przebyć latem od zachodu do wschodu słońca.

Wierni poddani korony angielskiej leśnym tym warownią nadali imiona książąt panującego domu: jednej Williama—Henryka, a drugiej Edwarda. Dopiero wspomniany weteran szkocki trzymał straż w pierwszej z pułkiemwojsk regularnych i oddziałem prowincjonalnych. Garstka ta była zbyt słaba przeciw ogromnej sile, jaką Montkalm pod te ziemne okopy prowadził; ale dowódca drugiej twierdzy generał Web, miał pod swemi rozkazami wojska królewskie prowincji północnych, i pięć tysięcy załogi. Tak więc łącząc podwładne sobie oddziały mógł prawie dwa razy większą liczbę stawić przeciw śmiałemu Francuzowi, który zapędzając się zuchwale zostawił wsparcie daleko za sobą.

Lecz równie oficerowie jak żołnierze przejęci uczuciem swego poniżenia, woleli raczej w murach czekać na nieprzyjaciół, niżeli pójść wstrzymywać ich zapęd; chociaż Francuzi pod twierdzą Diukiesną, uderzając na przednią straż angielską, dali im przykład uwieńczonej odwagi.

Zaledwo ochłonięto z pierwszego podziwienia jakie nowina ta sprawiła, po całej linii wojska zamkniętego w okopach nad Hudsonem dla bronienia twierdzy zewnątrz, rozeszła się wieść, że tysiąc pięćset ludzi ma ruszyć o świtaniu do warowni William Henryk, leżącej na północnym końcu gościńca. Pogłoska stała się wkrótce pewnością, gdyż nadszedł rozkaz z głównej kwatery, żeby oddział przeznaczony na tę wyprawę, co najrychlej przygotował się do pochodu.

Nie było już zatem żadnej wątpliwości o postanowienia Weba, i przez parę godzin widziano same tylko niespokojne twarze żołnierzy, śpiesznie dążących tu i ówdzie. Nowo zaciężni rzucając się z kąta w kąt, bardziej jeszcze mitrężyli sobie wybór w drogę przez zbyteczny pośpiech, połączony równie z niechęcią jak zapałem. Starzy żołnierze, nauczeni doświadczeniem, wybierali się z krwią zimną i bez najmniejszego pozoru nagłości; ale chociaż udawali spokojność, jednak z posępnych spojrzeń łatwe było poznać, że niewielką mieli ochotę do tej straszliwej wojny leśnej, co dla nich początkową jeszcze była nauką.

Słońce wśród potoków blasku skryło się za góry leżące daleko w zachodniej stronie, i kiedy ciemność osłoniła ziemię, ruch przygotowań do drogi w tym miejscu samotnym powoli ustawać zaczął. Na koniec i ostatnie światełka pogasły pod namiotami niektórych oficerów, drzewa rzuciły czarniejsze cienie na warownię i rzekę; w całym obozie zaległa równie głęboka cisza jak ta, co panowała nad ogromną puszczą.

Według rozkazu wydanego z wieczora, skoro pierwszy blask zorzy zaczął odznaczać czarne postaci kilku jodeł stojących niedaleko i czyste niebo bez żadnego obłoczka odsłoniło się na wschodzie, łoskot bębnów przez echa w rannym powtórzony powietrzu i ze wszech stron odbity o lasy, przerwał sen wojska. W mgnieniu oka poruszył się obóz co do jednego żołnierza: każdy chciał przeprowadzić swoich towarzyszów, być świadkiem ich odejścia i używać chwili zapału.

Przeznaczony oddział wkrótce stanął w porządku do pochodu. Regularni i płatni żołnierze koronni dumnie zajęli stronę prawą, a nawykli ulegać osadnicy pokornie szykowali się po lewej. Czaty wyruszyły naprzód, mocna straż otoczyła ciężkie powozy i równo ze dniem główna kolumna udała się w drogę z owym pozorem dumy wojskowej, co nie w jednym nowicjuszu pierwszy raz idącym do boju przytłumił trwogę. Póki tylko towarzysze mogli ich widzieć, każdy zachowywał jednostajną szykowność i postawę. Na koniec głos piszczałek zaczął cichnąć powoli i cała ta żyjąca masa znikła z oczu, jak gdyby las ją pochłonął.

Już wietrzyk nie donosił tętentu stąpania żołnierzy oddalających się niewidzialnie do ucha ich towarzyszy pozostałych w obozie, już ostatni z opóźnionych skrył się pomiędzy drzewami, a jeszcze przed chatą niepospolitej wielkości, u drzwi której przechodziły się straże zwykle czuwające nad bezpieczeństwem osoby generała angielskiego, widać było przygotowania do wyjazdu. Na dziedzińcu stało sześć koni osiodłanych w ten sposób, iż dwa z nich przynajmniej zdawały się bydź przeznaczone dla dam znakomitych, rzadko widywanych tak daleko w głębi pustyń tanecznych. Trzeci miał czaprak z herbami oficera sztabu. Proste rzędy i tłumoki na innych były znakiem, że miały nieść sługi czekające już rozkazu swych panów. Kilka gromad żołnierzy i próżniaków zebrało się na to rzadkie widowisko; pierwsi wychwalali śliczny skład i dzielność oficerskiego konia, drudzy gawronili na wszystko z ciekawością głupowatą. Był wszakże między nimi człowiek, którego wyraz twarzy i ułożenie jawnie wyłączały z obu klas tych widzów.

Jakkolwiek powierzchowność jego była śmieszna, nie miał jednak żadnej ułomności szczególnej. Stojąc, wzrostem przewyższał otaczających; siedząc, wydawał się mniejszy od człowieka miernej postawy. Wszystkie jego członki dziwnie nie stosowały się do ogółu. Głowa była wielka, plecy wąskie, ramiona długie, ręce małe i można powiedzieć delikatne, uda i łydkicienkie, lecz nogi niezmiernie długie, kolana ogromne, a stopy utrzymujące osobliwszą tę całość nad podziw szerokie i niezgrabne.

Źle dobrany ubiór bardziej jeszcze wydawał na jaw niekształtność jego ciała. Miał frak niebieski z wąziutkim kołnierzem a szerokimi i krótkimi połami; opięte spodnie z żółtego nankinu związane pod kolanami na kokardki białych, zbrukanych wstążek; pończochy bawełniane w paski, i przy jednym trzewiku ostrogę. Nic z tego nie starał się ukrywać, owszem zdawało się, że bądź przez prostotę, bądź przez próżność, myślał nad tym, jakby wszystkie swoje piękności na widok wystawić. Z obszernej kieszeni długiej kamizelki jedwabnej oszytej szerokim galonem srebrnym, ale wytartej już porządnie, wyglądał instrument, który w towarzystwie tak wojennym mógłby kto wziąć za jakiś niebezpieczny i nieznany oręż. Małe to narzędzie ściągało ciekawość Europejczyków znajdujących się w obozie, ale osadnicy niemal wszyscy bez obawy i nawet dosyć zręcznie umieli go używać. Ogromny kapelusz tego kształtu jaki przed trzydziestu laty u duchownych był w modzie, nadawał pewną powagę jego łagodnej, lecz nie nader wielkie rozgarnienie obiecującej twarzy, i rzecz widoczna była, że właściciel potrzebował tej jego pomocy do utrzymania godności podczas odbywania jakichś szczególniejszych obowiązków swoich.

Kiedy żołnierze przez poszanowanie dla świętego obwodu głównej kwatery stali z daleka od miejsca, gdzie widziano przygotowania do podróży, opisany dopiero człowiek poufale zbliżył się do służących i bez ogródek zaczął dawać swoje zdanie o koniach.

— Mnie się zdaje, przyjacielu, — odezwał się głosem równie dziwnym dla słodyczy dźwięku, jak sam był dla niekształtności ciała, — że ten koń nie jest krajowy i zapewne sprowadzony ze stron dalekich, może z małej wyspy zamorskiej. Nie chlubiąc się mogę mówić o podobnych rzeczach, byłem bowiem w dwóch portach: w jednym co leży przy ujściu Tamizy i bierze nazwisko od stolicy starej Anglii; w drugim tak nazwanym Niuhawen. Widziałem tam mnóstwo zwierząt czworonożnych, które kapitanowie brygów i okrętów, jak do Arki Noego, ładowali do swoich statków na sprzedaż do Jamajki, ale nigdy nie zdarzyło mi się widzieć zwierzęcia tak podobnego do wojennego konia opisanego w Piśmie Świętym: — „Bije ziemię kopytem, weseli się ze swej siły i leci przeciw zastępom zbrojnym. Zdaleka wietrzy wojnę, rży na odgłos trąby, grom wodzów i okrzyk tryumfu.“— Można by powiedzieć, że rasa koni Izraela zachowała się aż do naszych czasów. — Nieprawdaż przyjacielu?

Nie otrzymując żadnej odpowiedzi na tę przemowę osobliwszą; chociaż przynajmniej głos jego mocny i łagodny razem powinien był ściągnąć jakąkolwiek uwagę cytatami Pisma Świętego — oderwał wzrok od konia i przeniósł na figurę milczącą, do której przypadkiem zwrócił był pytanie, i znalazł nowy powód zadziwienia w osobie stojącej przed nim. Oczy jego padły na prostą, wyprężoną postać gońca indiańskiego, co wczoraj niepomyślną nowinę przyniósł do obozu. Chociaż twarz jego oznaczała spokojność zupełną; chociaż przypatrując się hucznej i ożywionej scenie miał pozór otrętwiałości stoickiej; mimo tę obojętność wszakże, można było w nim dojrzeć wyraz hardości ponurej, godny oczu człowieka przenikliwszego niż ten, co go oglądał teraz z rozdziawioną gębą. Mieszkaniec lasów miał wprawdzie tomahawki nóż swego pokolenia; ale z powierzchowności nie wyglądał na wojownika. Widać było w nim zaniedbanie i ociężałość, będące skutkiem długiego utrudzenia i potrzeby wypoczynku. Farby jakimi dzicy gotując się na wojnę malują swoje ciało, zlane i pomieszane na jego srogiej twarzy, czyniły ją bardziej jeszcze odrażającą. Oczy tylko niepozbawione bynajmniej swej żywości dzikiej, błyszczały mu we łbie jak gwiazdy wśród chmury. Jego wzrok przenikliwy lecz ostrożny; spotkał na chwilę spojrzenie Europejczyka i bądź przez chytrość, bądź przez pogardę zwrócił się w inną stronę.

Trudno zgadnąć coby po tej niemej rozmowie powiedział wysoki Europejczyk, gdyby czynna ciekawość nie zwróciła jego uwagi do innego przedmiotu. Ruch między sługami i kilka przyjemnych głosów oznajmiły przybycie osób mających jechać w drogę. Wielbiciel oficerskiego konia cofnął się kilka kroków na miejsce, gdzie mała, wychudła klacz spasała resztki zwiędłej trawy, i kiedy źrebię spokojnie przy matce kończyło śniadanie, oparty łokciem na wojłoku zastępującym siodło, przypatrywał się podróżnym.

Młodzieniec w mundurze wojsk królewskich, przyprowadził do koni dwie damy ubrane jak do podróży przez lasy. Młodsza z nich, chociaż obie były w lat poranku, odrzuciwszy zieloną zasłonę spadającą z bobrowego kapelusza, pozwoliła widzieć swoją płeć delikatną, światłe włosy i ciemno błękitne oczy. Tło widnokręgu po nad wierzchołkami sosen czerwieniejące jeszcze na wschodzie, nie było ani tak lekkie, ani tak żywe, jak rumieniec jej policzków; a pogodny dnia ranek nie miał tyle powabu co jej wesoły uśmiech do młodego oficera, kiedy ten pomagał jej dosiąść konia. Druga odbierając również grzeczność od zalotnego żołnierza, ukrywała swe wdzięki z ostrożnością, jaką zwykle dłuższe doświadczenie doradza; tylko kształt wspaniały jej postaci, w podróżnym ubiorze okazywał się wyraźnie, i można było widzieć że więcej od swej towarzyszki miała dojrzałości i ciała.

Gdy już umieściły się na siodłach, młody oficer lekko dosiadł swojego rumaka i wszystko troje ukłonili się Webowi, przez grzeczność stojącemu w drzwiach aż póki nie odjechali. Puściwszy potem konie kłusem, razem ze sługami udali się ku północnemu wyjściu z obozu.

Obie damy jechały w milczeniu; młodsza tylko krzyknęła z przestrachu kiedy goniec indiański chcąc im przodować gościńcem,przemknął mimo niej niespodzianie. Nagłe to ukazanie się Indianina inne sprawiło wrażenie na starszej: w pierwszem wzruszeniu pozwoliła ulecieć zasłonie i można było widzieć, że kiedy czarne jej oczy śledziły każdy krok dzikiego, twarz tymczasem wyrażała litość, zadziwienie i wstręt razem. Miała włos czarny i połyskujący się jak pióra krucze, płeć nieco śniadą, ale bardzo świeżą i gładką; wszystkie rysy doskonale kształtne i pełne godności. Lekki jej uśmiech politowania, niby nad własną słabością chwilową, odsłonił drobne i bielutkie zęby. Spuściła wreszcie znowu zasłonę, i z głową w dół schyloną jechała w milczeniu, jakby myśli jej wcale czym innym, nie tym co ją otaczało zajęte były.

R O Z D Z I A Ł II.

...sama jedna! Cóż to! sama jedna?

Szekspir.

KIEDY tak jedna z dwóch młodych towarzyszek podróży, oddawała się dumaniu; druga prędko zapomniawszy o przestrachu i sama śmiejąc się ze swojego wykrzyknienia, zapytała oficera:

— Czy to często, Heywardzie, takie poczwary pokazują się w lasach; albo może to rzadkie widmo dla naszej rozrywki wywołano umyślnie? Jeśli tak, wdzięczność zamyka nam usta; ale jeśli inaczej, i ja i Kora wprzód nim spotkamy straszliwego Montkalma, nie raz będziemy musiały zdobywać się na odwagę; chociaż pochlebiamy sobie, żeśmy ją odziedziczyły po przodkach naszych.
— Indianin ten jest gońcem wojsk naszych, a swojego narodu, można powiedzieć, bohaterem — odpowiedział młodzieniec. — Podjął się wyprowadzić nas prosto nad jezioro, ścieżką mało uczęszczaną i krótszą, a zatem przyjemniejszą od gościńca, którym musielibyśmy jechać za oddziałem wojska ciągnącym się powoli.
— Mam jakiś wstręt do tego człowieka, — mówiła dalej młoda piękność z miną udanej niby, lecz w istocie prawdziwej obawy. — Zapewne nie znając go dobrze, nie powierzyłbyś się jemu, Duncanie?
— Powiedz raczej, że nie powierzyłbym was, Alicjo, — odpowiedział Heyward z żywością. — Tak jest, znam jego: gdybym nie znał, nie zaufałbym jemu, mianowicie w tym razie. Jest on podobno Kanadyjczyk rodem, służył jednak razem z naszymi przyjaciółmi Mohawkami, którzy, jak wiadomo, należą do liczby sześciu sprzymierzonych narodów. Powiadają, że dziwne zdarzenie sprowadziło go do nas i jakoby nasz pułkownik był w tę awanturę zamieszany, a potem obszedł się z nim trochę surowo; ale dawne to rzeczy; nie pamiętam dobrze, dość że teraz jest przychylny dla nas.
— Jeżeli kiedykolwiek był nieprzychylny dla mojego ojca, tym słuszniej czuję wstręt do niego. Pomów z nim majorze, żebym mogła jego głos usłyszeć. Może to śmiesznie; ale wiesz już o tym, że wierzę trochę wróżbom, jakie z głosu ludzkiego powziąć można.
— Nic z tego nie będzie— rzecze major — pewno odpowie nam tylko wykrzyknieniem jakim. Choć może, mówi po angielsku; ale jak większa część dzikich, udaje że nie rozumie nawet, a tym bardziej nie raczy przemówić tym językiem teraz, kiedy wojna każe mu zachowywać całą jego powagę. Ale się zatrzymał; pewno ścieszka, którą jechać mamy, jest tu gdzieś niedaleko.

W samej rzeczy tak było jak się Heyward domyślał. Kiedy się podróżni zbliżyli do lasu ciągnącego się po za gościńcem, Indianin ręką wskazał im ścieżkę idącą w głąb puszczy, i tak wąską, że dwie osoby nie mogły jechać obok.

— Otóż i nasza droga — rzecze major ścicha. — Nie trzeba okazywać najmniejszej nieufności, bo przez to niebezpieczeństwa urojone mogłyby się na rzeczywiste zamienić.

— Jak myślisz, Koro? — zapytała Alicja przejęta trwogą — chociaż może przykro, ale czy nie byłoby bezpieczniej jechać za wojskiem?
— Nie znając zwyczaju dzikich — odezwał się Heyward — nie wiesz, Alicjo, gdzie większe niebezpieczeństwo czeka. Jeżeli nieprzyjaciel stanął na końcu gościńca, o czym wątpię, ponieważ wysłane zwiady nic podobnego nie doniosły, oni rozciągną się po bokach, żeby napadać opóźnionych lub zbłąkanych. Droga wojenna wiadoma, a o naszej nikt wiedzieć nie może, bo ledwo przed godziną ułożyliśmy kędy jechać mamy.
— Czyli należy niedowierzać temu człowiekowi dla tego, że w zwyczajach różni się od nas i nie białą ma skórę? — zimno zapytała Kora.

Alicja nie wahając się dłużej, zacięła pejczem konia i pierwsza udała się za przewodnikiem, wąską i ciemną ścieżką, gdzie co krok rozłożyste krzaki stawały na zawadzie. Młodzieniec z otwartym uwielbieniem spojrzał na Korę, i przepuściwszy młodszą, lecz nie przeto piękniejszą towarzyszkę, rozchylał gałęzie żeby starsza wygodniej przejechać mogła.

Słudzy, zapewne podług rozkazu danego im wcześniej, odłączyli się od panów i pojechali prosto gościńcem wojennym.

— Ostrożność tę— rzecze Heyward — doradził nam roztropny nasz przewodnik, żeby jak najmniej śladów było w lesie, na przypadek jeżeli który z Kanadyjczyków dzikich posunie się tak daleko przed wojskiem.

Z początku ścieszka była tak zawikłana, że podróżni nie mieli czasu rozmawiać; ale przejechawszy brzeg lasu znaleźli się pod sklepieniem drzew ogromnych i rozłożystych gdzie promienie słońca przeniknąć nie mogły; lecz droga wygodniejsza była. Skoro przewodnik spostrzegł, że już konie swobodnie iść mogły, puścił się krokiem pośrednim między chodem a biegiem, tak że wierzchowce ciągle kłusować musiały.

Młody oficer, chcąc na ten czas przemówić do czarnookiej towarzyszki swojej, odwrócił głowę, i wtem posłyszawszy oddalony tętent kopyt końskich, nagle ściągnął cugle swojego konia. Obie damy zatrzymały się także i wszyscy natężyli słuch chcąc zbadać przyczynę tak niespodzianego wypadku.

W kilka chwil ukazało się źrebię jak daniel migające między sosnami, a prawie tuż za nim dziwny człowiek opisany w poprzednim rozdziale, pędził na swojej chudej klaczy ile tylko mógł ją skłonić do pośpiechu, bez narażenia się na wyraźne odmówienie. Podróżni nasi, w krótkim przedziale od kwatery Weba do wyjścia z obozu, nie mieli zręczności spostrzedz szczególniejszej osoby zbliżającej się teraz do nich. Lecz jeżeli ten człowiek stojąc, mógł wysokością swoją zająć oczy niespodzianie nań zwrócone, nie mniej też, siedząc na koniu, dziwił zgrabnem ułożeniem kolosalnej swej postawy.

Chociaż bez ustanku kłół ostrogą żebra swojej klaczy, tyle tylko zdołał wymódz na niej, że tylne nogi dźwigała ruchem czwałowym, kiedy przednie niedługo zgadzając się z nimi, powracały znowu do kłusu i często złym przykładem gorszyły swe siostry. Nagły ten przeskok z jednego do drugiego biegu sprawiał takie złudzenie wzroku, że major doskonale znający się na koniach, nie mógł odgadnąć z razu jakie to zwierzę tak niemiłosiernie naglone zbliżało się ku niemu.

Ruchy przemyślnego jeźdźca nie mniej były dziwaczne. Za każdym dźwignieniem się szkapy, w całej wysokości powstając na strzemionach, lub skurczony opadając, na siodło, przez to prostowanie i schylanie długich nóg swoich, tak powiększał lub zmniejszał swoją postawę, iż trudno było poznać jego wzrost prawdziwy. Jeżeli dodamy jeszcze, że skutkiem ciągłego działania jednej tylko ostrogi, jeden bok klaczy zdawał się biedz prędzej niż drugi, a ogon ciągle zamiatał krzywdzone żebra, będziemy mieli obraz zupełny i jeźdźca i rumaka.

Nachmurzone brwi i męskie czoło Heywarda wypogodziły się zaraz, skoro wyraźniej postrzegł oryginalną tę figurę; a kiedy nieznajomy już o kilka kroków tylko był od niego, mimowolny uśmiech wymknął się mu na usta. Alicja bez wszelkiego względu roześmiała się głośno; nawet w czarnych i posępnych oczach Kory zajaśniała wrodzona jej lecz przytłumiona wesołość.

— Czy szukasz tu kogo? — zapytał Heyward nieznajomego, kiedy ten zbliżywszy się zaczął wstrzymywać rozpędzoną klacz swoję. — Spodziewam się że nie przynosisz złej nowiny.

— Tak jest zapewne, — odpowiedział zapytany, trójkątnym kapeluszem swoim nawiewając jak wachlarzem ciche powietrze lasów i trzymając słuchaczów w niepewności, na które pytanie majora służyła ta odpowiedź. — Tak jest, zapewne, szukam, — dodał potem ochłodziwszy twarz nieco i wytchnąwszy z zadyszania. — Dowiedziałem się, że Państwo jedziecie do Wiliam—Henryka, a ponieważ i ja tam jadę, chciałem więc pomnożeniem towarzystwa zrobić przyjemność równie dla Państwa jak dla siebie.

— Niesprawiedliwie w tym razie stanowić przez równość głosów. Nas jest trzy osoby, a Pan masz tylko radzić się samego siebie.
— Niesprawiedliwej też byłoby pozwolić jednemu mężczyźnie, obarczać się staraniem koło dwóch kobiet młodych, — odparł nieznajomy tonem pośrednim między prostotą a żartobliwością gminną; — Ale jeżeli ten mężczyzna jest prawdziwym mężczyzną, a te kobiety prawdziwymi kobietami, pewno obie, chcąc uczynić jedna na przekór drugiej, przyjmą zdanie swojego towarzysza, a zatem i Pan nie więcej jak ja masz się z kim naradzać.

Ładna Alicja schyliła się prawie aż do tręzli swojego konia żeby ukryć nowy wybuch wesołej pustoty, lecz kiedy podniósłszy głowę ujrzała, że z twarzy pięknej jej towarzyszki zniknął chwilowy rumieniec, zapłoniła się mocniej i niby już znudzona tą rozmową, ruszyła na przód.

—Jeżeli, mój Panie, masz zamiar dostać się nad jezioro — rzecze Heyward nieco dumnie — nie tędy jechać trzeba było: drogę prawie o pół mili zostawiłeś za sobą.

— Wiem — odpowiedział nieznajomybynajmniej niezrażając się tak zimnem przyjęciem. — Bawiłem cały tydzień w twierdzy Edwarda i chyba trzeba było być niemym, żeby się nie rozpytać drogi, a gdybym był niemy to i po mojemu powołaniu. — Zakończywszy te słowa szczególniejsza miną, jakby tym sposobem nieznacznie chciał wyrazić zadowolenie z dowcipnego ucinku, który dla słuchaczów wcale był niezrozumiały; dodał poważnie: — Moje powołanie nie pozwala mi nadto pospolitować się z tymi, których zobowiązałem się uczyć, i właśnie dla tego nie chciałem towarzyszyć oddziałowi wojska. Zresztą, spodziewając się że człowiek tak wysokiego stopnia jak Pan dobrodziej, najlepiej może znać drogi, postanowiłem jechać z nim razem i przyjacielską rozmową uprzyjemniać podróż.

— Postanowienie Pana zbyt samowolne i trochę za prędkie — rzecze major sam nie wiedząc czy się miał śmiać, czy gniewać. — Ale mówisz o uczeniu, o powolaniu; czy nie jesteś w pułkuprowincjonalnym, nauczycielem honorowej napaści i obrony? Albo jednym z tych co kreślą linie i kąty dla tłumaczenia tajemnic matematycznych.

Zapytany spojrzał na pytającego z widoczném zadziwieniem, i zmieniwszy wyraz zadowolenia z samego siebie, na minę uroczystej pokory, odpowiedział:

— Spodziewam się że nie obraziłem nikogo, a nie popełniwszy żadnego grzechu ciężkiego, od czasu jak ostatni raz błagałem Boga, żeby mi odpuścił winy, nie mam się bronić przeciw komu. Nie rozumiem co Pan chciałeś powiedzieć względem linii i kątów, a co się tycze tłumaczenia tajemnic, zostawuję to ludziom świętym powołanym do tego. Nie przywłaszczam sobie innych zasług, jak tylko cokolwiek umiejętności w zanoszeniu do Nieba przez psalmy pokornych próśb i modlitw gorących.
— Jest to widocznie uczeń Apollina — odezwała się młodsza piękność, pochłonięta już z pomieszania. — Biorę go wyłącznie pod moje opiekę. Nie marszcz brwi Heywardzie i przez grzeczność dla ciekawych moich uszu, pozwól mu jechać z nami. Prócz tego — dodała z cicha i rzucając spojrzenie na Korę, jadącą powoli za ponurym przewodnikiem — będziemy mieli jednego przyjaciela więcej.
— Czy sądzisz, Alicjo, że najdroższe dla mnie osoby poprowadziłbym drogą, gdzie choćby najmniejsze niebezpieczeństwo zagrażać mogło?
— Ja nie do tego mówię, Heywardzie; ale ten człowiek mnie bawi, i ponieważ ma duszę muzyczną nie pozbywamy się jego.

To mówiąc rzuciła na majora spojrzenie błagające i pejczem wskazała mu żeby jechał na przód. Oczy ich spotkały się nawzajem; major chcąc przedłużyć tę chwilę wstrzymał nieco swojego konia; lecz gdy Alicja spuściła w dół źrzenice, ustępując naleganiom czarodziejki, znowu użył ostrogi i wkrótce stanął obok Kory.

— Bardzo jestem rada z naszego spotkania, przyjacielu — rzecze Alicja do nieznajomego dając mu znak żeby jechał za nią i puszczając konia kłusem. — Rodzice moi, może przez zbyteczne pobłażanie, wmawiali mi że wcale nie źle mogę występować w duecie; cóżby więc szkodziło, gdybyśmy teraz dogadzając naszemu upodobaniu zrobili rozrywkę w drodze. Mało uczona, wielką odniosłabym korzyść z przestróg biegłego nauczyciela.
— I owszem; śpiewanie psalmów równie orzeźwia ciało jak duszę — odpowiedział psalmista bez dalszych próśb zbliżając się do niej. — Żadne zajęcie się tak nie rozwesela; ale do wydania melodii zupełnej, potrzeba czterech głosów. Pani, jak miarkuję po wszystkim, masz dyszkant przyjemny i mocny; ja, dzięki szczególnej łasce Nieba, mogę brać tenorem do najwyższej nuty, lecz nie staje nam altu i basu. Ten oficer Króla Jegomości, co tak długo wahał się czy mnie przyjąć do swojego towarzystwa, miarkując po tonie jego mówienia, ma pierwszy z dwóch potrzebnych nam głosów.
— Poczekaj, nie sądź tak lekko i prędko; pozory często nas mylą — rzecze Alicja z uśmiechem. Chociaż major Heyward odzywa się czasami altem; ja ręczę jednak że zwyczajny głos jego bardziej się do tenoru się zbliża.
— To więc on biegły w śpiewaniu psalmów? — w duchu prostoty zapytał jej towarzysz.

Alicja tylko co nie parsknęła ze śmiechu, potrafiła jednak utaić wszelką do tego skłonność i odpowiedziała poważnie.

— Mnie się zdaje, czy nie ma on tylko więcej ochoty do piosenek świeckich. Rozrywki i zatrudnienia żołnierskiego życia nie bardzo mogły go zbudować.
— Głos, podobnie jak inne władze, dany jest człowiekowi żeby go używał, nie zaś żeby nadużywał — rzecze psalmista. — Co do mnie, nikt mi nie zarzuci że zmarnowałem dar jaki mi Niebo dało. Młodość moja, podobnie jak Króla Dawida, całkiem była poświęcona muzyce świętej i dzięki Bogu, ani jedno słowo piosnki światowej nie skalało ust moich.
— Niczego zatem nie uczyłeś się prócz muzyki świętej?
— Nie inaczej. Równie jak żadna mowa nie ma piękności wznioślejszych nad psalmy Dawida, tak śpiew do nich zastosowany jest wyższy nad wszelką muzykę światową. Jestem przy tym tyle szczęśliwy, że mogę powiedzieć, iż usta moje powtarzają myśli i prośby samego króla Izraelskiego; bo chociaż czas i okoliczności wymagają niektórych odmian małych, to tłumaczenie jednak, jakiego trzymamy się w osadach Nowej Anglii, wiernością, bogactwem i prostotą duchowną, tyle przewyższa wszystkie inne, ile bardziej od nich zbliża się do wielkiego dzieła natchnionego autora. Gdziekolwiek idę, gdziekolwiek mieszkam, kładąc się i wstając, zawsze tę boską książkę mam przy sobie. Oto jest ona: Wydanie dwudzieste, w Bostonie, anno Domini 1744, pod tytułem: Psalmy, hymny i pieśni pobożne starego i nowego Testamentu, wierszem angielskim dosłownie przełożone, tak dla publicznego jak prywatnego użytku zbudowania i pocieszenia wiernych, mianowicie w Nowej Anglii.

Wychwalając w ten sposób płód poetów krajowych, psalmista wyjął z kieszeni swą boską książkę i, osadziwszy na nosie okulary w żelazo oprawne, otworzył ją z uroczystym poszanowaniem. Potem bez dalszych ogródek z wstępów zawoławszy głośno:

— Słuchajcie! — przyłożył do ust instrument opisany już przez nas, wydał na nim ton bardzo wysoki i ostry, a spuściwszy oktawą niżej głos swój przyjemny, donośny i czysty, pomimo poezją, kompozycją i nawet trzęski bieg swojej nędznej klaczy, na tęsamąnutę zaśpiewał wybornie co następuje:

„O jak miło widzieć między bracią memi, Święte przymierze zgody;

Jest to wonią strumieniem płynąca dla ziemi, Z Aaronowej brody.

Podśpiewując zgrabne te wierszyki używał jestów tak właściwie dobranych, że trudno byłoby go naśladować bez długiego ćwiczenia się w tej sztuce. Kiedy głos jego podwyższał się stopniami, i ręka prawa wznosiła się do góry; kiedy się zniżał, i ręka spadała za każdym taktem, aż póki palce nie dotknęły się kart świętych. Ręczne to wtórowanie samemu sobie, zapewne skutkiem długiego nałogu, było mu niezbędne, bo wypełniał je ściśle w ciągu całej strofy, a najdobitniej przy końcowych dwóch zgłoskach ostatniego wiersza.

Tak nagłe przerwanie cichości lasów, koniecznie musiało uderzyć dalszych towarzyszów podróży, jadących o kilkanaście kroków przed. Indianin przemówił coś złą angielszczyzną do Heywarda, i ten, zwróciwszy konia ku nieznajomemu, przeszkodził mu popisywać się dłużej z talentem śpiewania psalmów.

— Chociaż nie spodziewamy się żadnego niebezpieczeństwa — rzecze major —ostrożność jednak radzi nam przejeżdżać las jak najciszej. Darujesz mi zatem, Alicjo, że ujmę ci rozrywki prosząc twojego towarzysza, aby na czas dogodniejszy zachował swoje śpiewy.
— Prawda że mi ujmujesz rozrywki —odpowiedziała Alicja z uśmiechem figlarnym — bo nigdy nie słyszałam słów tak mało stosownych do śpiewu, i właśnie byłam zajęta uczonym zgłębianiem, co by to takiego mogło połączyć wyborną muzykę z poezją niedołężną, kiedy mi swoim altem przerwałeś myśli.
— Nie wiem co przez mój alt rozumiesz, Alicjo — odpowiedział Heyward widocznie dotknięty tą uwagą — ale to wiem tylko, że bezpieczeństwo twoje i Kory, daleko więcej obchodzi mię teraz, niż cała muzyka Handela.

Major zamilkł nagle i prędko obróciwszy się twarzą do krzaku szeroko rosnącego przy ścieżce, rzucił podejrzliwe spojrzenie na przewodnika, który szedł dalej z niezachwianą powagą. Zdało się mu zrazu, że między liśćmi zabłyszczały czarne oczy ukrytego Indianina, lecz gdy nie dostrzegł nic więcej i nie usłyszał żadnego szelestu, wziął to za przywidzenie, roześmiał się ze swojej pomyłki i znowu zaczął przerwaną rozmowę.

Nie była to jednak pomyłka; albo przynajmniej Heyward w tym się tylko pomylił, że czujnej baczności swojej pozwolił zdrzemnąć na chwilę.

Zaledwo podróżni odjechali, rozchyliły się gałęzie krzaku i wysunęła się głowa ludzka tak szkaradna, jak tylko mogły ją uczynić malowidła dzikiego i wszystkie wrzące w nim namiętności.

Okrutna radość zabłysła na jego twarzy, kiedy śledząc wzrokiem spodziewane swe ofiary, ujrzał kierunek ich drogi. Przewodnik idący o kilkanaście kroków naprzód, już skrył się przed jego oczyma; wdzięczne postaci kobiet i major jadący tuż za niemi, a na koniec nauczyciel śpiewania, tylna straż orszaku, jeszcze raz ukazali się między drzewami i kolejno znikli w gęstwinie puszczy.

R O Z D Z I A Ł III.

Nie zawsze te równiny tak uprawne były, Las je porastał głuchy i potoki ryły;

A wody, jedne drugim dodając hałasu,

Same tylko mieszały martwą cichość lasu.

Bryant.

POZWALAJĄC nadto zaufanemu Heywardowi i młodym jego towarzyszkom, zagłębiać się w lasy kryjące tak zdradliwych mieszkańców, na mocy przywileju nadanego pisarzom, przeniesiemy uwagę czytelnika, z miejsca gdzieśmy ich zostawili, o kilka mil dalej ku zachodowi.

Dnia tego, dwóch ludzi zatrzymało się tu nad brzegiem wąskiej lecz bardzo bystrej rzeki, prawie o godzinę drogi od obozu Weba. Zdawało się, że czekali kogoś trzeciego, lub zawiadomienia o jakimś niespodziewanym wypadku. Rozłożyste gałęzie drzew odwiecznych wyciągając się aż nad rzekę, posępnym sklepieniem pokrywały jej wody. Już i blask i upał dzienny osłabiał powoli, w miarę tego jak mgły z jezior, rzek i krynic, na kształt zasłony rozwijały się w powietrzu. Cisza zwyczajna pustyniom Ameryki podczas skwarów czerwcowych, panowała w tej ustroni, i ledwo tylko mieszał ją głos cichej rozmowy między dopiero wspomnianymi ludźmi, głuchy stuk dzięcioła, niesforny wrzask sojki i oddalony szum wodospadu.

Słabe te głosy tak były znajome uszom dwóch przechodniów, że bynajmniej nie rozrywały ich uwagi zajętej przedmiotem rozmowy. Jeden miał skórę czerwoną i odzież dzikiego mieszkańca lasów; drugi, mimo prosty i prawie dziki sposób urządzenia wszystkich swoich przyborów, nosił na twarzy, jakkolwiek ogorzałej od słońca, świadectwo europejskiego rodu.

Pierwszy z nich siedział na kłodzie mchem pokrytej, w takiej postawie, aby wyrazistej swej mowie mógł dodawać mocy, przez spokojne, lecz dobitne poruszenia rozprawującego Indianina. Głowa jego ogolona bardzo gładko miała tylko na wierzchołku czubek włosów, który rycerski duch Indian każe zostawiać jako urągowisko dla nieprzyjaciół ubiegających się o zdarcie jego. Zdobiło go tylko wplecione wielkie pióro orle, końcem spadające na ramię lewe. Tomahawk i nóż roboty angielskiej, do obdzierania głów przeznaczony, wisiały mu u pasa, a strzelba z gatunku tych, jakimi polityka białych uzbroiła ich sprzymierzeńców dzikich, leżała w poprzek na jego kolanach. Z szerokich piersi, z członków ukształconych zupełnie, i z poważnej postawy, można było poznać dojrzałego wojownika, ale żaden ślad starości, żaden znak osłabiającej siły nie ukazywał się na nim.

Z części ciała człowieka białego niezakrytych odzieniem, można było wnosić że od dzieciństwa wiódł twarde i nędzne życie. Był wysoki, miernej tuszy, chudy prawie; ale zdawało się że trudy i ciągłe działanie przykrych zmian powietrza, wszystkim jego członkom pewny hart nadały.

Miał na sobie kurtkę myśliwską ciemno zieloną z wypustkami żółtymi; wytartą czapkę futrzaną i pas podobny do tego, co ściskał mniej pospolite odzienie Indianina, z nożem takim jak u niego, lecz bez tomahawku. Mokasynyjego były ozdobione sposobem krajowców, a golenie opatrzone w skórzane kamasze, sznurowane po bokach, i uwiązane pod kolanami rzemykiem danielowym. Torba strzelecka i rożek od prochu wisiały mu przez plecy, a długa rusznica, którą przemyślniejsi Europejczycy dali poznać dzikim, jako broń najbardziej zabójczą, stała oparta o najbliższe drzewo. Oko tego strzelca, szpiega, lub kogokolwiek bądź takiego, było małe, ogniste i biegające. Cały zajęty rozmową, toczył je po wszystkich stronach, jakby upatrywał zwierzyny, lub lękał się czego. Mimo tę jednak niespokojność podejrzliwą, twarz jego nie oznaczała człowieka nawykłego do zbrodni, owszem malowała, w tej chwili, szczerość rubaszną.

— Wasze podania nawet, mówią za mną, Czingaczuk— rzecze strzelec językiem wspólnym wszystkim narodom mieszkającym niegdyś między Hudsonem i Potomakiem; my zaś jakkolwiek dowolnie przetłumaczyliśmy słowa jego naszemu czytelnikowi, staraliśmy się jednak zachować to wszystko, co może szczególniej odznaczać mówiącego i jego mowę. — Ojcowie wasi przyszli od zachodu słońca, przebyli rzekę wielką, pobili mieszkańców krajowych i zabrali ich ziemie: moi, od strony gdzie świt jasnymi barwy przyozdobią brzeg nieba, przepłynąwszy przez ogromne jezioro wód słonych, rozgarnęli ręce i poszli, że tak powiem, za przykładem waszych. Niech więc Bóg nas sądzi i niechaj się z tego powodu przyjaciele nie kłócą.

— Ojcowie moi równą bronią pobili ludzi czerwonych — dumnie odpowiedział Indianin. — Powiedz mi, Sokole Oko, nie masz że różnicy między strzałą wojowników naszych nasadzoną ostrzem kamiennym, a ołowianą kulą, którą wy zabijacie?
— Indianin ma rozum, chociaż przyrodzenie czerwoną dało mu skórę, — rzecze biały, spuszczając głowę jakby słusznością tej uwagi przekonany, że nie najlepszej sprawy bronił; ale po chwili milczenia, zebrał wszystkie swe siły umysłowe i odpowiedział na zarzut przeciwnika ile mu ograniczone wiadomości pozwalały.
— Nie jestem uczony — dodał wreszcie — nie wstydzę się wyznać tego, ale widziałem co twoi rodacy dokazują polując na daniele i wiewiórki; skąd wnosić mogę, że strzelba w ręku ich pradziadów nie więcej byłaby straszna, jak strzała z ostrzem kamiennym.
— Prawisz jak ci twoi ojcowie prawili — odpowiedział Czingaczuk z pogardliwym skinieniem ręki. — Ale cóż mówią starcy wasi? Mówili młodym wojownikom swoim, że kiedy twarze blade napadły ludzi czerwonych, ci byli umalowani na wojnę, mieli siekiery kamienne i strzelby z drzewa?
— Ja nie mam przesądów i nie jestem z tych co lubią chełpić się wyższością urodzenia, chociaż największy mój nieprzyjaciel, Irokańczyk nawet, nie ośmieli się zaprzeczyć temu, że jestem prawdziwie biały, — odpowiedział strzelec, z wewnętrznym zadowoleniem poglądając na swoje ręce ogorzałe od słońca. — Prawda, jako poczciwy człowiek nie mogę pochwalić w niektórych rzeczach ludzi mojego koloru. Mają oni na przykład zwyczaj, wszystko co zrobili lub widzieli, zapisywać w książkach, nie zaś opowiadać po wioskach, gdzie by w oczy można było zawstydzić podłego chwaliburcę, gdzie by mąż prawy mógł wezwać towarzyszów na świadectwo słów swoich. Skutkiem tego zwyczaju, człowiek mający sobie za grzech trawić dni między kobietami i wyczytywać znaki czarne na papierze białym stawione, nigdy czasami nie słyszy o czynach swych ojców, które by go do naśladowania a nawet i przewyższenia ich zachęcić mogły. Co do mnie, jestem pewny że wszyscy Bumpowie byli strzelcy wyborni, bo mam wrodzoną zdolność do strzelania; a jak święte objawienia nam mówią, wszystkie własności złe, czy dobre, z przodków na potomków spływają, chociaż w tej mierze nie chciałbym obstawać za nikim. Z resztą każde zdarzenie opowiadają tak i owak; a zatem pytam Czingaczuk, co było kiedy ojcowie nasi raz pierwszy spotkali się z sobą?

Chwila milczenia nastąpiła po tém zapytaniu. Indianin przybrał całą swą powagę i zaczął mówić tak uroczystym głosem, że koniecznie trzeba było mu wierzyć.

— Słuchaj mnie, Sokole Oko — rzecze — a kłamstwo do twoich uszu nie wnijdzie. Powiem ci co mnie ojcowie mówili, i co zdziałali Mohikanie. — Zaciął się trochę i rzuciwszy na towarzysza przenikliwe spojrzenie, mówił dalej w sposób zapytania niżeli twierdzenia raczej: — Woda rzeki u nóg naszych płynącej czy nie stanie się słoną w pewnych czasach i bieg jej czy nie cofa się wstecz do źródła?
— Nie można zaprzeczyć temu, wasze podania w tej mierze są rzetelne; sam to widziałem co mi powiadasz, chociaż zdaje się trudno pojąć, dlaczego woda słodka w jednej chwili tyle goryczy nabiera.
— A bieg jej? — zapytał Indianin, żądając dokładnej odpowiedzi, jak ten co chciałby usłyszeć potwierdzenie cudu, w który wierzyć musi, chociaż, pojąć go nie może; — to jakże, ojcowie Czingaczuka nie kłamali?
— Ani biblia święta nie jest prawdziwsza — odpowiedział strzelec — i w całym przyrodzeniu nic widoczniejszego nie masz. Biali nazywają to wezbraniem czyli odlewem morza. Rzecz jasna i do pojęcia łatwa: woda morska przez sześć godzin wstępuje w rzeki i przez sześć godzin wychodzi na powrót, a to dlatego: kiedy woda w morzu jest wyższa niż w rzekach, na ten czas puty do nich wpada, póki nawzajem rzeki nie staną się wyższe i znowu do morza płynąć nie zaczną.
— Woda rzek z naszych lasów płynących do wielkiego jeziora, ciągle z góry na dół pada, póki się nie ułoży jak moja ręka, — rzecze Indianin poziomie wyciągając ramię,
— i wtenczas już nie płynie.
— Temu uczciwy człowiek zaprzeczyć nie może, — odpowiedział biały, urażony nieco, że Indianin tak mało uwierzył w jego wyłożenie tajemnicy przypływu i odpływu morza, — ale to co powiadasz sprawdza się tylko na małej przestrzeni, i kiedy ziemia jest równa. Wszystko zależy od miary według jakiej uważasz rzeczy. Mała przestrzeń ziemi jest płaska; wielka zaś okrągła. Tym sposobem woda może spokojnie stać w wielkich jeziorach słodkich, o czym i ty i ja wiemy, bośmy to oba widzieli; lecz gdy ją rozlejesz na ogromnej przestrzeni, jak morze, gdzie ziemia jest okrągła, czy rozsądnie będzie myśleć na ten czas, że się utrzyma w miejscu? Byłoby to zupełnie to samo, co mniemać, że woda utrzyma się na pochyłości skał czarnych, tam o milę stąd lejących, chociaż i teraz twoje uszy jej spadanie słyszą. Jeżelirozumowaniafilozoficzne białego nie dość przekonywałyIndiana;dzikimiałprzynajmniejtyle godności, że niechciał popisywać się z niedowiarstwem.

Słuchał jak gdyby wierzył; a potem znowu zaczął opowiadać równie uroczystym głosem.

— Przybyliśmy stamtąd, gdzie słońce kryje się na noc, przez rozległe równiny będące pastwiskiem bawołów nad brzegami rzeki wielkiej; pobiliśmy Alligewów: krew ich zaczerwieniła ziemię, i od brzegów rzeki wielkiej, aż do wielkiego jeziora wód słonych, nie spotkaliśmy już nikogo. Makwy z daleka szli za nami. Powiedzieliśmy, że kraj będzie naszym od miejsca gdzie woda w tej rzece cofać się przestaje, aż do rzeki o dwadzieścia dni drogi w stronie lata płynącej. Jako mężowie zatrzymaliśmy ziemię, którą podbiliśmy jako wojownicy. Przegnaliśmy Makwów razem z niedźwiedziami w głąb lasów: odtąd ledwo brzegiem ust kosztowali oni soli, nie pływali po wielkiém jeziorze słonym, zjadali tylko wyrzucone wnętrzności ryb naszych.
— Słyszałem o tym wszystkim i wierzę, — odezwał się strzelec, skoro Indianin zamilkł; — ale to było bardzo dawno przed tym nim Anglicy przybyli tutaj.

— Sosna stała na tém miejscu gdzie teraz ten kasztan. Pierwsze twarze blade które przybyły do nas, nie mówiły po angielsku; przyniosła je łódź wielka wówczas kiedy ojcowie moi zakopali Tomahawk wśród ludzi czerwonych. Wtenczas, Sokole Oko — głos Indianina tym tylko wydał żywe wzruszenie jego, że stając się coraz bardziej głuchy i harkawy, przybrał harmoniją mowie dzikich wyłącznie właściwą, — wtenczas, Sokole Oko, jeden tylko składaliśmy naród i byliśmy szczęśliwi. Żony darzyły nas dziećmi; ryb jezioro słone, danielów puszcze, powietrze dostarczało nam ptaków. Czciliśmy Wielkiego Ducha, a Makwów trzymaliśmy tak daleko, że nie mogli słyszeć naszych pieśni triumfalnych.

— A wiesz że czym byli wtenczas przodkowie twoi? Ale jak na Indianina jesteś zacny człowiek, i ponieważ mniemam, że odziedziczyłeś ich przymioty, musieli być walecznymi wojownikami, mędrcami zasiadającymi koło ogniska walnej rady.
— Pokolenie moje jest matką wielu narodów ale w mych żyłach krew niezmieszana płynie. Holendrzy na brzeg wysiedli i podali wodę ognistąojcom moim, którzy pili ją puty aż zdało się obłąkanym, że niebo zstąpiło na ziemię i że widzą Wielkiego Ducha. Wtenczas stracili posiadłości swoje i krok po kroku musieli oddalać się od brzegów. Ja który jestem wodzem i Sagamorem, nigdy inaczej nie widziałem słońca, jak przez gałęzie drzew leśnych, nigdy nie odwiedziłem mogił mych ojców:
— Mogiły pobudzają poważne i uroczyste myśli, — rzecze biały, wzruszony mężną spokojnością swego towarzysza; — ich widok utwierdza częstokroć człowieka w przedsięwzięciach dobrych. Co do mnie, spodziewam się bez pogrzebu zgnić w lesie, jeżeli tylko nie stanę się pastwą wilków. Ale gdzie jest twoje pokolenie, które, wiele lat już temu, w Delawarach znalazło swych krewnych?
— A gdzie są kwiaty tych lat wielu? Zwiędły i upadały jedne po drugich: tak stało się i z przodkami, i z rodakami mymi; jedni po drugich przenieśli się do ziemi duchów. Ja stoję na wierzchołku góry, lecz będę musiał zejść na dolinę; a kiedy i Unkas pójdzie za mną, nie zostanie ani jednej kropli krwi Sagamorów, bo syn mój jest ostatnim Mohikaninem.
— Unkas jest tutaj, — odezwał się niedalekoktoś trzeci, podobnie miłym i gardłowym głosem; — czego chcesz od Unkasa?

Strzelec wyciągnął nóż ze skórzanych pochew i drugą ręką mimowolnie sięgnął po rusznicę; lecz Indianin nie okazał żadnego wzruszenia, ani nawet nie zwrócił głowy, żeby zobaczyć kto tak niespodzianie przemówił.

W tejże prawie chwili, młody wojownik lekkim krokiem bez najmniejszego szelestu przemknął się między nimi, i usiadł nad brzegiem rzeki. Ojciec nie wydał żadnego głosu podziwienia, syn również milczał, i zdawało się, że oba przez kilka minut czekali przyzwoitego czasu, w którym by mogli przemówić bez okazania ciekawości kobiecej, lub niecierpliwości dziecinnej. Biały, jakby chcąc stosować się do nich, włożył swój nóż w pochwy, i podobną przybrał obojętność.

Na koniec Czingaczuk zwolna podnosząc oczy na syna, zapytał:

— A co, Makwy czy śmieli zostawić w lesie ślad mokasynów swoich?

— Tropiłem ich wszędy — odpowiedział Indianin młody; i wiem że jest ich tyle ile palców w obu mych rękach; ale kryją się jak tchórze.
— Zbójcy szukają rabunku, albo głowy do obdarcia, — rzecze biały, którego, podobnie jak Czingaczuk ciągle Sokolim Okiem będziemy nazywali. — Montkalm podeszle szpiegów aż pod sam nasz obóz; ale się dowie jakiem ogrzewamy się drzewem.
— Dosyć na tym, — rzecze ojciec, spoglądając na słońce zbliżone już do poziomu: — ruszą się oni jak daniele ze swoich kryjówek. Weźmy posiłek wieczorny, Sokole Oko, a jutro pokażemy Makwom żeśmy mężowie.
— Gotów jestem na jedno i na drugie — odpowiedział strzelec — ale żeby pobić tych nikczemnych Irokanów, trzeba ich wprzódy znaleźć; a żeby wziąć posiłek, trzeba mieć zwierzynę. — Ach! wspomnij tylko diabła, zaraz i rogi zobaczysz. Widzę tam w krzaku pod tą górą parę tak pięknych rożków, jakich jeszcze nie widziałem tego lata. No, Unkas — dodał zniżając głos przez nałogową ostrożność — w zakład o trzy naboje prochu, przeciw pół łokcia wampum, że w sam łeb i to bliżej lewego oka trafię.
— Nie sposób — zawołał młody Indianin zrywając się z całą żywością swojego wieku — ledwo końce rogów widać.
— Dziecko jeszcze — rzecze biały do ojca, wstrząsając głową — zdaje się jemu, że strzelec widząc jedną część daniela nie może zgadnąć jak stoi cały?

To mówiąc przyłożył strzelbę do twarzy, i już miał dać dowód że się nie próżno z biegłości swojej chlubił, ale wtem doświadczony wojownik ręką odtrącił mu broń na stronę, i rzekł:

— Czy masz ochotę, Sokole Oko, dziś spotkać się z Makwami?
— Indianie ci jak przez instynkt umieją zachowywać się w lasach — rzecze strzelec postrzegając swój błąd i opuszczając na ziemię kolbę rusznicy. - Unkas - przydał obracając się do młodzieńca - muszę tego daniela odstąpić twojej strzale, bo inaczej zabiliśmy go dla tych łotrów Irokanów.

Ojciec dał znak zezwolenia, syn upoważniony jego skinieniem, padł płazem na ziemię i zaczął podpełzać ostróżnie. Kiedy już zbliżył się do krzaków ile mu potrzeba było, z największą starannością założył strzałę i łuk naciągnął, a wtem daniel, jakby czując jakie niebezpieczeństwo, podniósł głowę i całe ukazał rogi.

W chwilę potem, warknęła cięciwa, biały prążek przeciął powietrze i zniknął w krzaku, a raniony daniel wyskoczył z niego. Unkas widząc że przeszyte zwierze na oślep leciało przeciw niemu, usunął się z drogi i w szybkim rozmijaniu zręcznie zatopił mu nóż w gardło. Ze straszliwém wierzgnieniem krwawa zdobycz wpadła do rzeki i zarumieniła wodę.

— Oto prawdziwa zręczność indiańska - rzecze strzelec uradowany - było na co patrzeć. Zdaje się jednak że strzała nie może obejść się bez pomocy noża.
— Cyt! — zawołał Czingaczuk, obracając się do niego tak szybko, jak pies kiedy trop zwietrzy. —
— Cóż! czy nie całe stado! — rzecze strzelec z zapałem myśliwskim iskrzącym się już, w jego oku. - Jeżeli tu wejdzie ubiję jednego chociażby mój strzał wszystkie sześć narodów miał poruszyć. Czy słyszałeś co Czingaczuku? Bo dla mojego ucha lasy zupełnie są nieme.
— Nie było więcej danieli jak jeden, i ten już nie żyje — odpowiedział Indianin nachylając ucho prawie aż do samej ziemi — ale słyszę tętent stąpania.
— Może wilki rozpłoszyły daniele po lesie i pędzają się za niemi.
— Nie, nie — rzecze Indianin powstając poważnie, i ze zwyczajną sobie spokojnością siadając znowu na kłodzie — słyszę konie ludzi białych, twoich braci, Sokole Oko; ty przemówisz do nich.
— Zapewne, przemówię, i tak dobrą angielszczyzną, że sam król, nie wstydziłby się odpowiedzieć. Ale ja nie widzę nikogo; nie słyszę ani koni, ani ludzi. Tu rzecz dziwna, że Indianin łatwiej poznaje zbliżanie się białych niż człowiek który, jak to sami nieprzyjaciele przyznać muszą, ma krew bynajmniej nie zmieszaną, chociaż między czerwonymi żyje dość długo aby go o to posądzić było można. O! sucha gałąź skrzypnęła. Słyszę teraz szelest poruszonych krzaków. Tak, tak, rozumiałem że to szmer spadającej wody Ale otóż i jadą. Strzeże ich Pan Bóg od Irokanów

R O Z D Z I A Ł IV.

„Czyń co zechcesz, pozwalam; lecz pamiętaj na to, Że nim wyjdziesz z tych lasów, spotkasz się z zapłaty.

Szekspir.

Ledwiestrzelec wymówił słowa na końcu poprzedzającego rozdziałuumieszczone, naczelnik europejczyków, których czujne ucho Indianina posłyszało z daleka, ukazał się zupełnie. Jedna ze ścieżek ubitych przez daniele podczas ich periodycznych przechodów, przerzynała małą dolinę i kończyła się u rzeki właśnie w tym miejscu, gdzie biały i dwaj jego towarzysze czerwoni obrali sobie stanowisko. Podróżni, tą ścieżką powoli zbliżali się do strzelca, który czekał ich stojąc na czele dwóch dzikich.

— Kto tam? – zawołał Sokole Oko chwyciwszy strzelbę na lewem ramieniu opartą niedbale, bardziej przez ostrożność niż dla postrachu biorąc wielkim palcem za kurek, a wskazującym za cęgiel. – Któż to przychodzi tutaj nie lękając się niebezpieczeństw i dzikich zwierząt pustyni?
— Chrześcijanie – odpowiedział jadący najpierwej – przyjaciele praw i króla, podróżni od wschodu słońca bez posiłku przebywający te lasy i zmordowani niemiłosiernie.
— Zbłądziliście zatem, i poznaliście jakie to kłopoty, kiedy nie wiadomo czy w prawo, czy w lewo wziąć się trzeba.
— Coś na kształt tego.Dziecko u piersi tyle wie gdzie je niosą, ile my gdzie nas prowadzą. Czy nie mógłbyś nam powiedzieć jak daleko stąd do twierdzy zwanej William Henryk ?
— Co? do William Henryk? – zawołał strzelec z głośnym śmiechem, który uciął nagle, jakby lękając się, żeby go nie usłyszał nieprzyjaciel dybiący za nim – Zbiliście się z tropu gorzej niż ten gończy, co by gnał na tej stronie Horykanu, kiedy już zwierz jest na tamtej. Jeżeli jesteście przyjaciółmi króla, i macie jakieś stosunki z jego wojskiem, lepiej byście pojechali z biegiem tej rzeki do twierdzy Edward, gdzie Generał Web, traci czas na próżno, zamiast co by miał wystąpić nad wąwozy i tego śmiałka francuza za jezioro Szamplen odeprzeć.

Nim strzelec odebrał odpowiedź, na te słowa, drugi jeździec ukazał się spomiędzy krzaków i zbliżył się do niego.

– Jakże więc jesteśmy daleko od twierdzy Edward? – zapytał ten nowo przybyły. – Dziś rano wyjechaliśmy stamtąd, dokąd nam udać się radzisz, i życzylibyśmy sobie być w drugiej twierdzy położonej na końcu jeziora.

— Straciliście zatem wprzód oczy niż drogę, gdyż wątpię czy która ulica w Londynie, nawet przed pałacem królewskim jest tak szeroka jak gościniec z twierdzy jednej do drugiej.
— Nie będę się sprzeczał o to, czy jest ten gościniec i jak szeroki – odezwał się pierwszy podróżny, albo prościej mówiąc major Heyward, bo już czytelnicy poznali go zapewne – powiem ci tylko, że spuściliśmy się na przewodnika Indianina, który miał nam pokazać krótszą, chociaż nie tak szeroką drogę, lecz nadto zaufaliśmy jego znajomości lasów. Jednym słowem, nie wiemy gdzie jesteśmy.
— Indianin nie zna lasów? – zawołał strzelec wstrząsając głową z wyrazem niedowierzania. - Kiedy słońce oświeciło najwyższych drzew wierzchołki, kiedy na rzekach szumiały wodospady, kiedy każdy meszek pokazywał jemu z której strony gwiazda nocy zaświeci, kiedy jeszcze nie wszystkie stada gęsi dzikich odleciały do Kanady; kiedy w puszczy pełno danielowych ścieżek?Indianin zbłądził między Horykanem, a tym zakrętem rzeki… to rzecz dziwna. Czy on jest Mohawk?
— Nie, tylko przyjęty do tego pokolenia; zdaje się zaś, że urodził się dalej na północy i jest, jak wy nazywacie, Huronem.
— Oh! oh! – zawołali dwaj Indianie zrywając się szybko bez względu na obojętność i powagę z jaką dotąd przysłuchiwali się tej rozmowie.
— Huronem, – powtórzył strzelec z nieufnym wzruszeniem głowy – Plemię to zawsze rozbójnicze, pod jakimkolwiekbędąc nazwiskiem. Ponieważ państwo powierzyliście się jednemu z tego narodu, to mnie dziwi tylko, że nie spotkaliście ich więcej.
— Zapominasz co powiedziałem: przewodnik nasz został Mohawkiem, sprzymierzeńcem naszym i służy teraz w naszym wojsku.
— A ja powiadam panu, że kto się urodził Mingo, ten i umrze Mingo. Mohawkiem! W Delawarach to, w Mohikanach, szukaj pan ludzi poczciwych i wojowników mężnych, chociaż, rzadko kiedy biją się oni teraz.Bo z łaski zdradzieckich swych nieprzyjaciół Makwow, muszą cierpieć, żeby ich nazywano babami.
— Dosyć, dosyć – rzecze Heyward zniecierpliwiony trochę – nie proszę o poświadczenie, czy człowiek którego ja znam, a sam nie znasz, jest poczciwy lub nie. Odpowiedz mi lepiej na moje pytanie: jak daleko jesteśmy od głównego sztabu i od twierdzy Edward?
— Tak daleko jak się podoba przewodnikowi pańskiemu. Zdaje się, że koń taki jak pański nie mało może ubiec od wschodu do zachodu słońca.
— Nie chcę przyjacielu ścierać się z tobą na słowa, – rzecze Heyward łagodniej i starając się przytłumić w sobie poruszenie gniewu. – Gdybyś powiedział nam, jak daleko twierdza Edward, i chciał nas zaprowadzić do niej, pewno byś nie żałował tego.
— Może bym to i uczynił, gdyby mnie kto zapewnił, że nie będę przewodnikiem nieprzyjaciela; że nie podprowadzę Montkalmowskiego szpiega. Nie wszyscy ci, co mówią po angielsku, są stronnikami króla.
— Jeżeli należysz do naszego wojska, i jak sądzę jesteś wysłany na zwiady, musisz znać sześćdziesiąty pułk królewski.
— Pułk sześćdziesiąty! Mało Pan możesz wspomnieć mi oficerów służących Królowi w Ameryce, których bym nie znał po nazwisku.Chociaż zamiast czerwonego munduru, noszę zieloną kurtkę strzelecką.
— Kiedy tak, to musisz wiedzieć jak się nazywa major tego pułku.
— Major? – zawołał strzelec prostując się z niejaką pychą. – Jeżeli Pan szukasz tego, ktoby znał majora Efingama, to masz go przed sobą.
— Wielu jest majorów pułku; Efingam z nich najstarszy.Ale ja chciałem mówić o tym, który najpóźniej ten stopień otrzymał i dowodzi teraz załogą w twierdzy William Henryk.
— Słyszałem, słyszałem, że jakiś człowiek bardzo bogaty, gdzieś tam z prowincji południowych przybyły otrzymał to miejsce; a chociaż za młody żeby brać takie zaszczyty koło nosa tych, co osiwieli w służbie, powiadają jednak, że doskonale zna żołnierkę i jest człowiekiem honorowym.
— Ktokolwiek on taki i jakiekolwiek może mieć prawo do tych zaszczytów, jego samego widzisz przed sobą i za nieprzyjaciela uważać nie powinieneś.

Strzelec spojrzał na Heywarda z zadziwieniem, zdjął czapkę i zaczął mówić mniej swobodnie, ale zawsze z niedowierzaniem jakimś.

— Słyszałem, że część wojska miała dziś rano wyruszyć z obozu i ciągnąć nad jezioro?
— Słyszałeś prawdę. Ale ja wolałem udać się drogą krótszą, jaką miał mi pokazać Indianin, o którym mówiłem.
— Który pana oszukał, zaprowadził w lasy i porzucił?
— Nic z tego wszystkiego nie uczynił a przynajmniej nie porzucił, bo jest o kilka kroków za nami.
— Chciałbym go zobaczyć. Jeżeli prawdziwy Irokanin, poznam to z jego rozbójniczej miny i z malowidła na twarzy.

To mówiąc pominął klacz psalmisty i źrebię, które korzystając z popasu, posilało się mlekiem swej matki, i wyszedł na ścieżkę, gdzie dwie damy równie z niecierpliwością, jak z trwogą czekały końca rozmowy. O kilka kroków dalej stał Indianin plecami oparty o drzewo, i przyjął przenikliwe spojrzenie Strzelca, z twarzą spokojną, lecz tak ponurą i dziką, że sam jej widok mógłby każdego przerazić.

Zadowolony swoim badaniem strzelec, odszedł na powrót, a pomijając dwie siostry zatrzymał się trochę, jakby ich wdziękami uderzony, i z widocznym ukontentowaniem oddał ukłon Alicji, kiedy ta z uprzejmym uśmiechem skłoniła się jemu. Przechodząc koło klaczy karmiącej źrebię zastanowił się jeszcze, chcąc zgadnąć, ktoby to taki siedział na niej, i znowu powrócił do Heywarda.

— Mingo, zawsze jest Mingo, — rzecze po cichu, i wstrząsając głową — kiedy go Bóg stworzył takim, ani Mohawk, ani nikt w świecie nie potrafi odmienić. Gdybyśmy byli sami tylko, i gdybyś pan chciał tego pięknego rumaka zdać na łaskę wilków, w godzinę zaprowadziłbym pana do Edwarda; ale ponieważ, jak widziałem są jeszcze kobiety tutaj, to rzecz niepodobna.
— Dlaczegóż? Nie zważaj, że one są utrudzone, mogą jeszcze przejechać mil kilka.
— Rzecz niepodobna, — odpowiedział strzelec stanowczym głosem. — Za najlepszą strzelbę, jaka tylko jest w osadach, nie chciałbym po zachodzie słońca jednej mili iść lasem z przewodnikiem takim. Są tu w puszczy Irokanie ukryci,a mianowany Mohawk pański, wie dobrze gdzie ich szukać.
— Tak więc powiadasz? — rzecze Heyward po cichu, schylając się do strzelca. — Ja sam miałem go trochę w podejrzeniu, ale żeby nie zastraszać towarzyszek moich, starałem się ufność okazywać. Widać jednak, że nie dowierzałem jemu, kiedy wolałem już, sam szukać drogi niżeli iść za nim.
— Od pierwszego spojrzenia poznałem jakiej to bandy zbójca, — rzecze strzelec przykładając do ust palec na znak ostrożności. — Widzisz Pan nad innymi drzewami gałęzie tego jaworu cukrowego?Łotr stoi o jego pień oparty i prawą nogę trzyma naprzód wyciągniętą, mógłbym stąd — dodał uderzając z lekka po swojej rusznicy — wsadzić mu kulę pod kolano i na cały miesiąc odebrać ochotę od włóczenia się po lasach. Gdybym raz jeszcze powrócił do niego, przebiegły hultaj poznałby, że tu chodzi o coś i pierzchnął by w krzaki jak daniel spłoszony.
— Nie czyń tego: nie pozwolę na to. Może jest niewinny... jednakże, gdybym był przekonany że chciał zdradzić....
— Nie lękaj się pan pomyłki uważając Irokańczyka za zdrajcę, — odpowiedział strzelec prawie mimowolnie podnosząc strzelbę do twarzy.
— Poczekaj! — zawołał Heyward; — nie zgadzam się na ten środek: trzeba szukać innego; chociaż nie jestem pewny, czy łotr mnie oszukał.

Posłuszny majorowi strzelec, odrzucił zamiar uczynienia przewodnika niezdolnym do biegu i zastanowiwszy się nieco, skinieniem przywołał swoich towarzyszów czerwonych. Kiedy się ci zbliżyli, zaczął do nich po cichu, lecz z zapałem mówić ich językiem, a z częstego ukazywania ręką na gałęzie jaworu, można było poznać, że opisywał im, jak i gdzie stoi nieprzyjaciel. Mohikanie zaraz złożyli broń ognistą, udali się każdy w inną stronę i kołując z daleka, weszli w gęstwinę lasu tak ostrożnie, że najmniejszy szelest kroków ich nie zdradzał.

— Teraz, powróć pan do tego łotra, — rzecze strzelec, – i zacznij z nim gawędę.Atymczasem, ci dwaj Mohikanie wypadną nagle i przytrzymają go, bez otarcia malowidła nawet.

— Na cóż, ja sam go przytrzymam, — rzecze Heyward zarozumiale.
— Pan! cóż pan na koniu poradzisz Indianinowi w gęstym lesie?
— Zsiądę z konia.
— Oho! Czy pan myślisz, że on postrzegłszy jedną nogę umykającą ze strzemienia, będzie czekał póki pan wyjmiesz drugą? Kto chce złapać Indianina w lesie, niech puszcza się na jego własne wybiegi. Ruszaj pan zatem i rozmawiaj z nim tak pięknie, jak gdybyś uważał go za najwierniejszego przyjaciela.

Heyward nie czując się zdolnym do odegrania roli, tak sprzecznej z jego charakterem otwartym, ociągał się czas jakiś.Ale gdy mu przyszło na myśl, że przez zaufanie ślepe, naraził na niebezpieczeństwo kobiety powierzone jego opiece; że z coraz ciemniejszym zmrokiem zbliżała się chwila pożądana barbarzyńcom do wykonania okrótnych zamiarów zemsty: tknięty najżywszą obawą, bez odpowiedzi zawrócił konia, i pojechał ścieżką.

Strzelec w tej chwili zaczął rozmawiać głośno z owym nieznajomym, co tak poufale przypisał się do towarzystwa podróżnych; a Heyward zatrzymał się przy kobietach, powiedział im kilka słów pocieszających i postrzegłszy, że nie dorozumiewały się o co rzecz chodziła, utwierdził w mniemaniu, iż całą przyczyną kłopotu była nieświadomość drogi. Na Koniec zbliżył się do Indianina ciągle w jednostajnej postawie opartego o drzewo.

— Widzisz Magua, — rzecze starając się przybrać ton zaufania i otwartości; — noc już nadeszła, a my jeszcze tak daleko jesteśmy od twierdzy William-Henryk jak byliśmy o wschodzie słońca wyjeżdżając z obozu Weba. Zbłądziłeś z drogi i mnie nie udało się jej znaleźć; ale szczęściem napotkałem strzelca, co teraz rozmawia tam z naszym śpiewakiem.Zna on wszystkie ścieżki, wszystkie zakątki w lesie.Uprosiłem go, żeby nas wyprowadził na miejsce, gdzie byśmy przynajmniej bezpiecznie do świtu przeczekać mogli.
— Czy on jest sam jeden? — zapytał Indianin złą angielszczyzną, wlepiając w majora jaskrawe swe oczy.
— Sam ... jeden! — zacinając się odpowiedział Heyward nie wyćwiczony w szkole obłudy; — nie. Magua, nie sam jeden... my z nim jesteśmy.
— Jeżeli tak, Chytry Lis pójdzie sobie; — rzecze dziki z krwią najzimniejszą, podnosząc mały tłumoczek leżący u nóg jego, — i twarze blade będą już tylko widziały ludzi swojego koloru.