Przygoda ma kolor niebieski - Renata Piątkowska - ebook + audiobook
Opis

Wakacje zaczynają się dla Tibora nietypowo. W nocy pogotowie zabrało do szpitala babcię, która jest jego jedyną opiekunką. W obawie, że znajdzie się w domu dziecka, Tibor zaczyna się ukrywać. Zawsze interesował się życiem zwierząt, więc pierwsze swe kroki kieruje do zoo. Tam pozna nowych przyjaciół, a potem wypadki potoczą się tak, że za sprawą dziedzictwa cygańskich przodków jego życie nabierze nowej barwy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Marcin Piwowarski

Korekta: Alicja Chylińska

Copyright © Renata Piątkowska 2006

Copyright © Wydawnictwo BIS 2006

ISBN 978-83-7551-219-9

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

W mieszkaniu panowała cisza. Mąciło ją tylko trzeszczenie łóżka, na którym Tibor wiercił się od dłuższej chwili, próbując zasnąć. W otwartym na oścież oknie ciepły wiatr bawił się firanką. Światło ulicznej latarni na tyle rozpraszało mrok, że w pokoju dało się zauważyć zarzucone książkami biurko i niedbale przewieszony przez krzesło plecak. Sen nie nadchodził, jakby ktoś wywlókł go za włosy gdzieś daleko od łóżka Tibora. W tej sytuacji pozostawało mu tylko leżeć i cieszyć się myślą, że od jutra zaczynają się wakacje. W przeciwieństwie do kolegów, którzy wyjeżdżali na obozy i kolonie, Tibor miał spędzić lato w mieście, ale wcale go to nie martwiło. Należał do ginącego gatunku dzieci, które nigdy się nie nudzą, bo odkąd nauczył się czytać, odkrył, że istnieją cudowne sklepy, w których można kupić przyjaciół. Te sklepy nazywały się księgarniami. Wkrótce jego pokój wypełnił się książkami, a Tibor najchętniej sięgał po te o zwierzętach. Gdy czytał i oglądał pełne kolorowych zdjęć albumy, miał wrażenie, jakby z kart książek przybywali do niego w odwiedziny wyjątkowi goście. W ich towarzystwie czuł się lepiej niż wśród rówieśników, którzy z czasem bardziej do Tibora przywykli, niż go polubili. Choć unikał bójek i pięści trzymał raczej w kieszeniach, mieli się przed nim na baczności. Sprawiał wrażenie, że jest od nich starszy, a na pewno bardziej małomówny i zamknięty w sobie.

Miał po temu powody, bo jego ciut ciemniejsza, jakby wiecznie opalona skóra, intensywnie czarne oczy i takie same włosy już nie raz przysporzyły mu kłopotów. Trzeba przyznać, że jeśli ktoś nosi takie dziwne imię, jest sierotą i ponad wszelką wątpliwość Cyganem, to ma powody podejrzewać, że nie jest ulubieńcem losu. Był jednak ktoś, kto nic sobie z tego nie robił, bo wiedział, że los chowa w zanadrzu dla Tibora wiele niespodzianek. Ktoś, kto kochał tego chłopca miłością tak bezgraniczną, jaką tylko babcia może kochać wnuka. Babcia Tibora, która w niepojęty sposób potrafiła czytać w jego myślach, była jedyną bliską mu osobą na świecie. Czasami w nocy Tiborowi śnili się rodzice. Widział tatę, jak rozpala ognisko, dmucha w palenisko, podsycając ogień, a snopy iskier z trzaskiem strzelają w niebo. Wtedy światło płomieni wyłaniało z mroku twarz mamy, która uśmiechała się do Tibora łagodnie. W końcu dym z ogniska jak gęsta mgła zasnuwał wszystko.

Tibor znowu był sam. Budził się ogarnięty strachem, ale tęsknota za rodzicami, których tak wcześnie stracił, była silniejsza niż lęk. Chłopak wierzył, że dusze bliskich zostają z nami na ziemi. Oczywiście nie można tego udowodnić. Duszy nie da się dotknąć ani zmierzyć, ale to jeszcze nie znaczy, że jej nie ma.

Babcia twierdziła, że życie na ziemi to taki futerał na skrzypce. Futerał, który z biegiem czasu ulega zniszczeniu, ale z nim czy bez niego skrzypce i tak będą grać. I choć z futerałami rodziców los obszedł się okrutnie, Tibor ciągle słyszał wokół siebie muzykę ich skrzypiec.

Jednak to nie ta muzyka nie pozwalała mu zasnąć. Po raz kolejny poprawił poduszkę i spojrzał na zegar. Dochodziła jedenasta. Nagle uświadomił sobie, że coś jest nie tak. Zaniepokoiła go cisza panująca w mieszkaniu. O tej porze zawsze słychać było krzątaninę babci. W kuchni przynajmniej do północy grało cicho radio. W niezbyt sprawnych już rękach staruszki pobrzękiwały naczynia. Szuranie kapci o podłogę, stukot energicznie zamykanej szuflady, rozpryskująca się w zlewie woda – to były dźwięki, przy których zawsze usypiał. Taka kołysanka znana w każdym domu. Tego właśnie mu brakowało; to ta niespodziewana cisza nie pozwalała zasnąć, niepokoiła. Tibor wstał i ruszył do kuchni. Gdy stanął w progu, oślepiło go światło. Wokół panował idealny porządek, babcia siedziała na wygodnym wiklinowym krześle z głową opartą o blat stołu. Ale w tej pozycji było coś nienaturalnego, jakaś dziwna ociężałość. Tibor jednym susem dopadł do niej. Patrzyła na niego, jakby go nie poznawała, ciężko oddychała przez uchylone usta, a na jej czole błyszczały kropelki potu.

Tibor nie umiałby wytłumaczyć, w jaki sposób telefon znalazł się w jego rękach, i jak roztrzęsionymi palcami udało mu się wybrać numer pogotowia. Potem wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Biała karetka, mrugająca rytmicznie niebieskim światłem, stanęła przed bramą kamienicy, wzbudzając sensację wśród przechodniów. Młody brodaty lekarz badał babcię przez chwilę, a potem wyraźnie zaniepokojony rzucił w stronę sanitariuszy:

– Przynieście szybko nosze, zabieramy staruszkę do szpitala.

Tibor poczuł, że wpada w niewidzialne sidła strachu i bezradności. Stał obok babci, trzymając ją za suchą, ciepłą dłoń i patrzył, jak sanitariusze przepychają się przez tłumek podekscytowanych sąsiadów. W szlafrokach lub kurtkach narzuconych na piżamy, bez żenady próbowali zajrzeć w głąb mieszkania. Rozmawiali cicho, a ich głosy zlewały się w monotonny szum. Tylko od czasu do czasu do Tibora docierały wypowiedziane głośniej zdania:

– Patrzcie, jaki młody lekarz! Co tam taki może wiedzieć?

– Ja tam bez lekarza widzę, że to serce. Wiem, co mówię, znam się na tym.

– Oj, to prędko ta biedna kobieta ze szpitala nie wyjdzie, wspomnicie moje słowa.

– A chłopca to pewnie do domu dziecka wezmą, sam przecież dzieciak zostać nie może.

– Co też pani mówi?

– A widzi pan inne wyjście? Zresztą na wszystko są jakieś przepisy. Wspomnicie moje słowa.

– Wezmą jak nic.

Coś z tych prowadzonych półgłosem rozmów musiało dotrzeć do uszu lekarza, bo nagle podszedł do Tibora i zapytał:

– Mieszkacie tu z babcią tylko we dwoje? Kto się tobą zajmie, gdy ją zabierzemy?

Chłopak oddałby wiele, żeby jego usta przestały drżeć, a głos zabrzmiał pewnie i stanowczo.

Wiedział, że jeśli chce ratować własną skórę, musi teraz skłamać. Nie było czasu na układanie misternego planu, musiał działać szybko. Jego myśli odpalały się od siebie jak zapałka od zapałki. W końcu spojrzał na lekarza i wyrzucił jednym tchem:

– Piętro wyżej mieszka moja ciocia. Teraz pewnie śpi i nie wie, co się tutaj stało. Przenocuję u niej, a jutro razem odwiedzimy babcię w szpitalu.

Lekarz nie wyglądał na przekonanego, ale zbyt się spieszył, by zadawać kolejne pytania.

– Zabieramy ją do szpitala na Miodowej, a ty się nie martw, będzie pod dobrą opieką. Świetnie się spisałeś, wzywając tak szybko pogotowie – pochwalił Tibora i poklepał go przyjaźnie po plecach.

Był już w przedpokoju i nie sądził chyba, że Tibor go słyszy, gdy zwrócił się do sanitariuszy:

– Sprawdźcie jutro, chłopaki, w opiece społecznej, kto może zająć się tym małym. Coś trzeba będzie z nim zrobić.

Tibor jednak go usłyszał i jego serce poderwało się do nerwowego łopotu. Przestraszył się nie tego, co lekarz powiedział, ale tego, co przemilczał. Mieszkanie dawno już opustoszało, a on wciąż stał nieruchomo na środku kuchni i słuchał, jak w oddali cichnie sygnał karetki.

Przez otwarte okno wpadały ciepłe podmuchy, a firanka wydymała się na wietrze, jakby ktoś uwięził w niej ducha.

– Biedna babcia – szepnął Tibor i usiadł ciężko na wiklinowym krześle. – Ale oni ją wyleczą – powiedział, jakby chciał dodać sobie otuchy. – Będzie dobrze, na pewno będzie dobrze – dodał znacznie głośniej, patrząc w stronę stojących na półce porcelanowych kubków. Nie wypadło to jednak zbyt przekonująco i kubki chyba mu nie uwierzyły. A potem przypomniał sobie słowa sąsiadów i lekarza:

Nie może zostać sam. Dom dziecka. Są na to jakieś przepisy. Cos' trzeba z nim zrobić.

Niestety piętro wyżej nie mieszkała żadna ciotka Tibora, tylko równie tęga co wścibska pani Celina. To ona właśnie mówiła coś o tym, że Tibor trafi pewnie do domu dziecka.

Cokolwiek by się działo, nie pójdę tam. Ja mam już dom. Gdy babcia wróci ze szpitala, wszystko będzie jak dawniej, a na razie stąd zniknę. Do domu dziecka niech sobie wezmą panią Celinę. Uśmiechnął się złośliwie i z przyjemnością wyobraził sobie, jak pracownicy opieki społecznej wloką po schodach opierającą się rozpaczliwie sąsiadkę. Tibor postanowił, że trochę się prześpi, a rano opuści mieszkanie. Zabierze tylko najpotrzebniejsze rzeczy, zamknie drzwi na cztery spusty i niech go szukają.

Na szczęście od jutra zaczynają się wakacje, więc chociaż szkołę mam z głowy – pomyślał i powlókł się do sypialni. Tym razem zasnął bez trudu. Sen przyszedł szybko, lecz nie dał mu wytchnienia. Pod powiekami kłębiły się bezładnie niepokojące obrazy. Widział babcię stojącą w otwartym oknie. Była bardzo blada i patrzyła na Tibora tak dziwnie, jakby chciała mu tym spojrzeniem coś powiedzieć. Trwało to wieki, bo we śnie wskazówki przyrosły do tarczy zegara. W końcu wokół staruszki zawirowała firanka, przytuliła się do niej i przybrała postać mamy.

– Tibor, zagraj jej coś – wyszeptała i po chwili znowu była białą muślinową firanką.

***

Pierwsze promienie słońca niczym ciepłe palce położyły się na twarzy Tibora, zmuszając go do otwarcia oczu. Jeszcze przez chwilę łudził się, że wydarzenia wczorajszej nocy to tylko zły sen i że zaraz poczuje zapach świeżo parzonej kawy, a w drzwiach pokoju stanie babcia i zawoła go na śniadanie. Nic jednak nie mąciło ciszy panującej w mieszkaniu, a usłużna pamięć podsunęła obrazy, o których chciałby zapomnieć: sanitariuszy wsuwających babcię do karetki jak chleb do pieca i sąsiadów szepczących złowieszczo na korytarzu.

– No, to na mnie już pora – westchnął Tibor i ruszył do kuchni.

Przygotował sobie śniadanie, a po namyśle zrobił jeszcze kilka kanapek, które zawinął w papier i schował do plecaka. Potem dorzucił tam swój stary ulubiony sweter, latarkę, butelkę napoju i paczkę landrynek. Wreszcie na koniec z ciężkim sercem sięgnął do puszki po herbatnikach, w której babcia przechowywała pieniądze. Tiborowi nie wolno było ich ruszać i nigdy dotąd nie złamał tego zakazu. Teraz jednak czuł, że będzie musiał złamać wiele reguł, bo całe jego uporządkowane życie wczoraj stanęło na głowie.

– Nie jest tego za wiele – mruknął, wsuwając do kieszeni kilka banknotów i garść drobniaków.

Wreszcie zamknął okno, obrzucił mieszkanie niespokojnym spojrzeniem i wyszedł. Właśnie przekręcał klucz w zamku, gdy usłyszał na parterze odgłosy rozmowy i stukot obcasów o posadzkę, który niósł się echem po całym korytarzu.

Przed wiszącą na ścianie listą lokatorów zatrzymała się dziwna para. Na pewno nie byli mieszkańcami tej kamienicy. Chuda, bardzo wysoka kobieta w obcisłym granatowym kostiumie i potwornie stukających szpilkach szukała właśnie jakiegoś nazwiska na liście mieszkańców. Wodziła po niej palcem zakończonym długim czerwonym paznokciem. Towarzyszył jej mężczyzna niskiego wzrostu, gruby jak beczka. Pasek niczym obręcz obejmował jego brzuch w miejscu, w którym u innych ludzi znajduje się talia. Bez powodzenia próbował ukryć swą tuszę pod obszerną czarną marynarką, a twarz mu lśniła od potu. Pod pachą dźwigał teczkę pełną dokumentów i ledwo nadążał za swą kościstą towarzyszką.

– Jak nazywa się ten chłopiec? – spytała ostrym głosem, który choć bardzo nieprzyjemny dziwnie pasował do całej jej postaci.

– Tibor Surano – odczytał z jakiejś kartki tęgi jegomość.

– Ta lista jest tak wyblakła, jakby wisiała tu od stu lat. Bez lupy chyba jej nie odczytam – złościła się kobieta, przytupując nerwowo.

Tibor był w połowie schodów, gdy się zorientował, że ta dziwnie niedobrana para szuka właśnie jego. Niestety było za późno, by niepostrzeżenie się wycofać, bo zaledwie o tym pomyślał, w miejscu osadził go rozdrażniony kobiecy głos:

– Chłopcze! Czy możesz nam powiedzieć, gdzie mieszka Tibor Surano?

– Tutaj, na pierwszym piętrze. – Mówiąc to, wskazał na drzwi, które dopiero co zamknął. – Ale chyba go nie ma – dodał szybko. – Zdaje się, że wyjechał na wakacje, gdzieś bardzo daleko, ale nie wiem gdzie, bo ja go słabo znam.

Tibor kłamał bez zająknięcia, przesuwając się jednocześnie w kierunku drzwi wyjściowych.

Bał się, że tych dwoje zaraz się domyśli, kim on jest, i zechce go zatrzymać.

Byle dalej od tych ludzi, których spojrzenie pali jak pokrzywa. Byle dalej, myślał.

Chuda kobieta, której fryzura z bliska do złudzenia przypominała mopa, omiotła go pełnym wyrzutu spojrzeniem. Jej towarzysz wycelował w Tibora tłuściutki, krótki palec i właśnie chciał o coś zapytać, gdy chłopak przemknął obok niego na ulicę. Oślepiony słońcem, gnał przed siebie, roztrącając przechodniów. Kamienica, w której mieszkał, została już daleko w tyle, a on popędzany strachem, nie zwalniał biegu.

Mijał właśnie przystanek, na którym kłębił się spory tłum, gdy podjechał tramwaj numer 10. Drzwi ostatniego wagonu rozsunęły się niemal dokładnie przed nosem Tibora, a fala wsiadających pasażerów wniosła go do środka. Tibor nawet nie próbował zgadnąć, dokąd jedzie ten tramwaj. W tym przepełnionym wagonie, ciągle przez kogoś potrącany, czuł się tak zagubiony, jakby nagle się skurczył. Gdy starał się uspokoić oddech i ochłonąć po długim biegu, za oknami przesuwały się nieznane mu ulice miasta. Im bardziej tramwaj oddalał się od centrum, tym przestronniej robiło się w środku. W końcu Tibor mógł nawet zająć miejsce siedzące bez obawy, że jakieś objuczone siatkami staruszki spiorunują go wzrokiem. W miarę jak za oknami poranek pięknie dojrzewał, poprawiał się też nastrój Tibora. Chłopak pomyślał, że po raz pierwszy jedzie gdzieś w nieznanym kierunku, tak po prostu przed siebie i że wcale go to nie martwi. Okazało się, że tramwaj numer 10 dojeżdża do zoo i tam kończy swoją trasę, by za chwilę zatoczyć pętlę i ruszyć z powrotem do miasta. Tibor wysiadł na ostatnim przystanku, a wraz z nim z wagonu wysypała się gromadka dzieci. Młoda wychowawczyni bezskutecznie próbowała nad nimi zapanować. Starała się ustawić je w pary i przeliczyć, ale choć robiła to po raz czwarty, za każdym razem okazywało się, że dzieci jest więcej lub mniej, niż być powinno.

W końcu poddała się i zapytała:

– Czy wszyscy są?

– Таааk!! – W odpowiedzi rozdarło się kilkanaście gardeł.

Z rozmów prowadzonych wokoło Tibor zorientował się, że te dzieci przyjechały na wycieczkę do zoo. Wmieszał się bez trudu w rozgadaną, kolorową gromadkę i ogarnęło go przeczucie, że nie mogło mu się w tym dniu przydarzyć nic lepszego. Przed bramą wejściową do zoo pani, trzymając w ręce plik biletów, usiłowała ustawić swoich podopiecznych w dwuszeregu. Uzyskała tyle, że przed osłupiałym bileterem wiło się kłębowisko dziecięcych ciał z niezliczoną ilością nóg i głów. Oprócz Tibora do grupy dołączył jeszcze jakiś niewysoki, rudy chłopak i szczupła dziewczyna. Najwyraźniej oni też postanowili wykorzystać okazję, by dostać się do ogrodu na gapę.

– Niech pani z nimi wchodzi – powiedział mężczyzna w służbowym uniformie, odbierając od wychowawczyni bilety. – I proszę ich dobrze pilnować – dodał po chwili, przyglądając się dzieciom z niepokojem, a młodej kobiecie z wyraźnym współczuciem.

Dzieci, wzajemnie się poszturchując i rozpychając, przeszły przez bramę wejściową i natychmiast oblepiły kioski z pamiątkami. Tibor trzymał się trochę z boku. Miał co prawda pieniądze wyjęte z puszki po herbatnikach, ale nie zamierzał wydać ich na plastikowe słonie, zdjęcia małp ani pluszowe lwy. Po chwili tylko on z całej grupy nie był obwieszony breloczkami, gumowymi figurkami zwierząt czy balonikami w kształcie krokodyla. Ponaglane przez wychowawczynię dzieci z ociąganiem odłożyły na miejsce sztuczne węże i gipsowe zebry, by po raz kolejny ustawić się w pary. Tiborowi podobało się, że nie musi słuchać niczyich poleceń. Może pójść przed siebie lub przesiedzieć na ławce do wieczora. Jednak gdy dzieci, wrzeszcząc i nawołując się wzajemnie, ruszyły w kierunku wybiegu dla wielbłądów, Tibor zdecydował się pójść za nimi. Po chwili zauważył, że nie on jeden idzie śladem tej hałaśliwej grupy. Rudowłosy chłopak w towarzystwie szczupłej dziewczyny wybrali tę samą trasę. Posuwając się jedną z wielu asfaltowych alejek, mijali po drodze wybiegi dla zwierząt, klatki, woliery i lśniące w słońcu małe jeziorka dla ptactwa wodnego. Tibor wyczuwał w powietrzu znajomy zapach siana, wilgoci, zwierzęcego potu i jeszcze czegoś, czego nie potrafił nazwać, a co kojarzyło mu się z szorstką końską grzywą i ciepłym psim jęzorem. Tibor kochał zwierzęta od zawsze i to wszystkie, od mrówek po słonie. Nigdy się ich nie bał, choć jeśli tego wymagały, okazywał im respekt. Podczas gdy inne dzieci widziały w zwierzętach przytulanki lub żywe zabawki, on widział w nich bliźniego, owłosionego lub upierzonego, z ogonem, rogami albo dziobem, ale z duszą taką jak jego własna. Dlatego teraz przyglądał się zwierzętom z wielką radością i czułością. Miał wrażenie, że one czasem odwzajemniają to spojrzenie, jakby widziały w Tiborze nie człowieka, lecz zwierzątko, może trochę mniej owłosione, bez skrzydeł, ogona, trąby czy ostrych kłów, lecz z duszą taką samą jak ich.

Mijając klatki dla małp, Tibor zatrzymał się, by obejrzeć z bliska duże stado tych zwierząt. Młodsze osobniki zwisały z ogołoconego z liści drzewa, a starsze wypoczywały pod nim, grzebiąc sobie nawzajem w gęstych futrach.

Wszystkie one mają tyle sióstr, tylu braci, wujków i kuzynów, nie mówiąc już o rodzicach – pomyślał. Żaden młody szympans nie musi się obawiać, że gdy zachoruje mu babcia, to przyjdzie jakaś chuda jędza na wysokich obcasach i zabierze go do Domu Małej Małpy. A ja, oprócz jednej chorej staruszki, nie mam na świecie nikogo – użalił się nad sobą i tęsknota za babcią niczym cień chmury nadeszła bezszelestnie i sprawiła, że wszystko wkoło zrobiło się szare.

Dzieci, do których dołączył Tibor, dotarły właśnie do niskiego pawilonu, w którym obejrzeć można było węże, jaszczurki i pająki. Szklane tafle odgradzały zwiedzających od tych niezwykłych stworzeń. W przestronnych pomieszczeniach przypominających akwaria, w ciepłym świetle lamp leżały nieruchomo wielkie zwoje egzotycznych węży. Małe, piękne i jadowite żmije skrywały się za pozbawionymi liści konarami i wysuwały swoje cieniutkie, ruchliwe języczki. Jaszczurki o baśniowych kształtach i jeszcze dziwniejszych nazwach tkwiły wśród kamieni. Trudno je było wypatrzeć, bo zastygały w bezruchu jak miedziane posążki. Zdradzały je jedynie szybkie mrugnięcia powiek, ukazujące na moment lśniące, wypukłe oczy. Bezsprzecznie najwięcej emocji budziły jednak pająki, zwłaszcza te ogromne, włochate, o nogach grubych jak ołówki. Jednym słowem – tarantule. Tibor zatrzymał się przed szybą, za którą spacerował taki właśnie pająk. Obok przystanęły dwie dziewczynki ze śmiesznymi kucykami na głowie.

– Ale okropieństwo – powiedziała jedna, wskazując na tarantulę i chociaż obie pobladły i usiłowały odwrócić wzrok, to jednak rzucały na pająka krótkie, szybkie spojrzenia. Przerażenie walczyło u nich z ciekawością.

– A gdyby on się stamtąd wydostał i wlazł ci na nogę, to co byś zrobiła? – spytała ta druga.

W odpowiedzi jej koleżanką wstrząsnął dreszcz. Widać było, że obie dziewczynki panicznie boją się pająków. Nie uszło to uwagi chłopaka z płomiennorudą głową, który kręcił się w pobliżu, chowając za plecami potężnego, gumowego pająka ozdobionego czarnym futerkiem. Wszystkie długie, włochate odnóża tego potwora drżały przy każdym najmniejszym wstrząsie, jakby żyły własnym życiem. Z tym skarbem w ręce zbliżył się cichutko do dziewczyn i stanął za ich plecami. Tibor zauważył ten manewr i w mig się domyślił, co będzie dalej. W pierwszym odruchu chciał nawet ostrzec dziewczynki, ale chłopak z szelmowskim uśmiechem mrugnął do niego porozumiewawczo i znacząco położył palec na ustach. Męska solidarność wzięła górę i Tibor spokojnie czekał na rozwój wypadków. Gdy tamten dowcipniś uznał, że widok żywej tarantuli wprawił już dziewczynki w odpowiedni nastrój grozy, szybkim ruchem położył jednej na ramieniu gumowego pająka. Czarne futerko połaskotało ją w szyję. Odwróciła głowę i kątem oka dostrzegła podrygujące kosmate nogi. Wrzasnęła tak przeraźliwie, że wygrzewające się za szybą nieporuszone dotąd legwany nerwowo podwinęły ogony. Druga dziewczynka, piszcząc nieprzytomnie, imponującym susem odskoczyła od swojej przyjaciółki. Część dzieci, nie wiedząc dokładnie, o co chodzi, na wszelki wypadek rzuciła się do ucieczki i przepychała niemiłosiernie w drzwiach. Sprawca tego całego zamieszania, widząc nadchodzącą opiekunkę, zdjął z przerażonej dziewczynki pająka i szybko wepchnął go w kieszeń spodni. Pani długo nie mogła zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Roztrzęsione dziewczynki, jąkając się i pochlipując, próbowały to wyjaśnić. Rudy spryciarz zarzekał się jednak, że jedyny pająk w tym pomieszczeniu siedzi spokojnie za szybą, a dziewczyny to histeryczki i pukając się znacząco w czoło, wybiegł z pawilonu. Tibor skwapliwie do niego dołączył i postanowił trzymać się w pobliżu, bo coś mu mówiło, że z tym chłopcem nie sposób się nudzić.

Numer z pająkiem był niezły – rzucił z uznaniem.

– No, myślę! Wychodzi