Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Oto kolejny, już czwarty tom z serii powieści historycznych Roberta F. Barkowskiego „Przodkowie” poświęcony przygodom polańskiego księcia Siemowita, założyciela państwa piastowskiego.
Los i przeznaczenie stawiają przed księciem Siemowitem nieustanne wyzwania. Porażki mieszają się ze zwycięstwami, wyzwania władcy z codziennością zwykłego człowieka. Jego siła ducha nie gaśnie, ale ciało zmaga się z nieuchronnym biegiem lat. Mimo to Siemowit kroczy nieugięcie wyznaczoną drogą, zdobywając wśród sąsiednich władców zawołanie Zacnego. Pozostaje wierny pamięci przodków, więzi do przyjaciół, miłości do ukochanej żony i dzieci oraz zobowiązań wobec poddanych.
Niespodziewanie porwano jego żonę Dobiechnę wraz z dziećmi! Piastowski książę rusza natychmiast na czele oddziałów w ich poszukiwaniu. Trop wiedzie przez Mazowsze aż pod Przemyśl. W drodze dołącza do niego jarlowa Truso Varmgudinde na czele skandynawskich zastępów – wśród porwanych znajduje się przecież ich wspólny syn, Leif. Siemowit walczy o Kraków z Lutykami, Pomorzanami, Czechami, Mazowszem i władcami innych plemion polańskich. Czy i tym razem zwycięży? Czy fortuna nie przestanie mu sprzyjać?
Wcześniej w ramach cyklu „Przodkowie”, ukazały się: tom I pt. „Siemowit. Burzliwy”, tom II ‒ „Siemowit. Zagubiony” i tom III – „Siemowit. Nieustępliwy”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 353
Redaktor prowadzący: Bogusław Kubisz Redaktor: Jerzy Lewiński Korekta: Bogusława Jędrasik Projekt okładki: Paweł Zaręba
Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026 Copyright © by Robert F. Barkowski, 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18951-5
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Nieraz potomstwo spełnia na swój sposób oczekiwania rodziców, nie zawsze według ich życzeń, ale pomnażając przy tym ich pragnienia i zamiary.
DRUHOWIE/PRZYJACIELE SIEMOWITA
Budzimir, Chraboj, Ciosuń, Kjetil, Przemił, Strojmir, Strzewit, Wojmir
RADA KSIĄŻĘCA
Budzimir (dyplomacja, kraje Połabia), Chraboj (skarbnik), Ciosuń (budowniczy, konstruktor), Domorosł (następca Jaszczyca od 897 roku, kapłan wiary, opiekun tradycji, prawa i zwyczajów), Kjetil (dyplomacja, kraje skandynawskie, zadania specjalne), Przemił (palatyn, zastępca Siemowita), Radzimir (dyplomacja, ziemia Wiślan, Kraków, Morawianie, Czechy, od 895 roku dodatkowo zarząd książęcego grodu w miejsce Bruzda), Smarz (od 895 roku, po Darzmirze, zarząd cywilny Giecza, naczelny rad starszych pozostałych polańskich grodów), Strojmir (od 895 roku, znawca plemion wschodniosłowiańskich, Lędzian, Morawian, Rusów i Węgrów), Strzewit (szpiegostwo, bezpieczeństwo księcia i jego rodu), Wittig (od 895 roku, w miejsce Fulka, znawca krajów Franków), Wojmir (siły zbrojne)
POTOMSTWO SIEMOWITA
Bojomir (imię po dziadku, Bojomirze Piaście) i Radusza – matka Świętana; Lestek i Zmysław – matka Dobiechna; Leif – matka Varmgudinde
RÓWIEŚNICY ZAPRZYJAŹNIENI Z POTOMSTWEM SIEMOWITA
Branibor (syn Budzimira), Ciecior (kuzyn, syn Kjetila i Wietoszy), Gorzemir (wnuk Bruzda), Jemiochna (córka Łoziny), Kwielich (syn kmieci z Chodlika), Lubic (syn brańców z Czech), Odrzywoj (syn brańców spod Krzywina), Rozdęb (wnuk Gnieszcza, pomorskiego księcia Wierzyczan), Siemosław (syn Przemiła i Miłoczai), Trzemir (prawnuk Sękła), Wrzesław (kuzyn, syn Ciosunia i Źranicy)
POSTACIE HISTORYCZNE
Arnulf z Karyntii – król Franków Wschodnich z dynastii Karolingów (cesarz od 896 roku)
Arpad – węgierski zwierzchni książę militarny
Billung – saski graf Lüneburga, syn Egberta, przyrodni brat fikcyjnego Myśliducha, założyciel rodu przyszłych książąt Saksonii
Bolesławic – z polska i po czesku Bolesław (zwany przez arabskiego podróżnika Basglabicem), syn fikcyjnego księcia Stodoranii Bolemira
Drachomira – księżniczka stodorańska, córka fikcyjnego księcia Stodoranii Bolemira, siostra Bolesławica
Gorm – syn duńskiego króla Hardeknuta, pretendent do duńskiego tronu, przyrodni brat fikcyjnej jarlowej Truso Varmgudinde
Gostomysł – król Obodrytów, syn Dobomysła
Henryk I – z przydomkiem Ptasznik, syn Ottona I Dostojnego, księcia Saksonii
Lestek – syn Siemowita i fikcyjnej Dobiechny
Mojmir II – książę wielkomorawski, syn Świętopełka I Wielkiego
Neklan – czeski wódz, kuzyn Borzywoja I, wuj Spitygniewa i Wratysława
Oda – córka Ottona I Dostojnego, żona Zwentibolda (po słowiańsku: Świętopełka) od 897 roku, syna cesarza Arnulfa z Karyntii
Oleg Mądry – książę zwierzchni Rusi Kijowskiej
Otto I Dostojny – możny saksoński z dynastii Liudolfingów, roszczący pretensje do książęcego tytułu
Przedsław – morawski książę w Bratysławie, syn Świętopełka I Wielkiego
Siemowit – pierwszy polański książę z dynastii Piastów
Spitygniew I – książę Czech z dynastii Przemyślidów
Spytimir – założyciel czeskiej dynastii książęcej w Libicach
Symeon I Wielki – książę Bułgarii (car od 913 roku)
Świętopełk II – morawski książę w Nitrze, syn Świętopełka I Wielkiego
Tarkacsu – wódz węgierski, syn Arpada
Tęgomir (zwany przez Sasów: Tugumir) – książę stodorański, syn Bolesławica i fikcyjnej Raduszy (córki Siemowita)
Vok – syn Spytimira
Włodzisław – wódz lędziański (wschodni obszar)
Wratysław I – książę Czech z dynastii Przemyślidów, młodszy brat Spitygniewa
Wysz – wódz lędziański (południowy obszar)
Zwentibold (po słowiańsku: Świętopełk) – syn cesarza Arnulfa z Karyntii
Żaganna – fikcyjne imię córki Bolesławica i Raduszy, przyszłej, jednorocznej żony Ottona I Wielkiego
POSTACIE FIKCYJNE
Arbetusu – wódz pieczyński nad szczepem Jabdertim
Bojomir – syn Siemowita i Świętany
Bolemir – książę Stodoranii, następca Sławibora
Branibor – syn Budzisława
Bruzdo – wojownik z Giecza
Budzimir – stodorański wojownik z Brenny
Cetrycz – samozwańczy władca Sandomierza
Chraboj – wojownik z Giecza
Ciech – mazowiecki namiestnik grodu tegoż samego imienia
Ciecior – syn Kjetila i Wietoszy
Ciosuń – wojownik z Ciążenia
Darzmir – naczelnik gieczańskiego rodu
Dobiechna z Krakowa – żona Siemowita, córka wiślańskiego księcia Wisława
Domorosł – kapłan z Giecza pochodzący z Wiślicy, następca Jaszczyca
Fulko (Fulkmar) – zbiegły z klasztoru bawarski mnich z Ratyzbony
Garcisław – książę pomorski z siedzibą w Kamieniu
Gaworzyc – książę Krzywina
Gnieszcz – pomorski książę Wierzyczan
Gorzemir – wnuk Bruzda
Grzmibór – książę Wkrzanów, syn Nawojki, kuzyn Siemowita
Jastrzun – gieczański wojownik, syn Darzmiła, dowódca książęcej drużyny
Jaszczyc – kapłan z Kalisza
Jemiochna – wojowniczka z Giecza, córka Łoziny
Kormecher – żydowski handlarz końmi i słowiańskimi niewolnikami
Kjetil – duński wojownik z wyspy Falaster
Krotosław – wiślański naczelnik rady starszych Chodlika, winny Siemowitowi posłuszeństwo
Kwielich – syn kmieci z Chodlika
Leif Venderesson – syn Siemowita i Varmgudinde
Lubic – syn brańców z Czech
Lubosław – syn Lubowita
Lubowit – lędziański wódz, syn Lubomira, kuzyn Siemowita, namiestnik piastowskiej części kraju Lędzian
Łozina – wojowniczka z Giecza, właścicielka karczmy
Maciosz – syn Namysława, księcia Pszczewa
Manausta – córka Mieszdroła
Mieszdroł – naczelny książę Mazowsza
Miłoczaja – wojowniczka z Giecza, żona Przemiła
Miłogost – książę Bruszczewa
Mirowit – syn Mieszdroła
Misława – córka Mścibora i pomorskiej księżniczki, córki Garcisława
Mojmira – córka króla morawskiego Świętopełka I Wielkiego
Mścibor – książę Kołobrzegu, syn Mestweka, kuzyn Siemowita
Myśliduch – syn Bojomira Piasta (ojca Siemowita) i Rzepichny, przybrany syn grafa Egberta, przyrodni brat Siemowita i grafa Billunga, namiestnik Lubusza
Namysław – książę Pszczewa
Odrzywoj – syn brańców spod Krzywina
Paszko – goplański możny, komes Kruszwicy, były dowódca drużyny Popiela
Poznamir – syn Poznawita
Poznawit – morawski żupan, dowódca krakowskiego garnizonu
Prawimir – książę Międzyrzecza
Przemił – wojownik z Giecza
Racel – książę Ranów
Radochna – córka kaliskiego wojownika, kochanka, później żona Bojomira
Radusza – córka Siemowita i Świętany, żona Bolesławica
Radzimir – wiślański wielmoża z Krakowa, z nadania Siemowita naczelnik grodu Radzim nad Wartą
Rędusz – wkrzański wojownik, syn naczelnika grodu na Przęcławie
Rogned – wareski jarl, doradca Olega kijowskiego
Rozdęb – wnuk Gnieszcza
Rozjemca Zbieracz – tajemniczy opiekun świątyni na górze Ślęża, zwierzchnik wszystkich kapłanów świętych miejsc na ziemiach Słowian Zachodnich
Sękło – najwyższy rangą kapłan z Gniezna
Siemosław – syn Przemiła i Miłoczai
Smarz – głowa gieczańskiego rodu
Strojmir – wojownik z Giecza
Strzewit – wojownik z Giecza
Szym – wódz lędziański nad Przemyślem
Ścisło – łużycki wódz, syn Chociesza, kuzyn Siemowita, namiestnik Łużyc z nadania Siemowita
Tęgobir – książę stodorański, syn Bolemira
Tężoj – naczelny kapłan Lutyków, owoc gwałtu Luta i Makrucha na Świętanie, przyrodni brat Bojomira i Raduszy, dzieci Siemowita
Trzemir – prawnuk Sękła
Varmgudinde – jarlowa Truso, córka duńskiego króla Hardeknuta, matka Leifa
Wietosza – siostra Ścisła, kuzynka Siemowita, żona Kjetila
Wittig – pozbawiony tytułów i majątku saski graf, skazany na śmierć przez cesarza Arnulfa z Karyntii, przyrodni kuzyn Myśliducha i rodzony Billunga
Wojmir – wojownik z Giecza
Wrzesław – syn Ciosunia i Źranicy
Yngvi – skandynawski kapłan z Uppsali, Rozjemca ziem skandynawskich z przydomkiem Poszukiwacz
Zmysław – syn Siemowita i Dobiechny
Źranica – siostra Ścisła, kuzynka Siemowita, żona Ciosunia, później Tęgobira
OPRÓCZ POSTACI LUDZKICH:
Krętacz – następca Kopycia, ulubionego dzika Siemowita
Rozdrap – oswojony orzeł Lestka
W bitewnym zgiełku przyjaźń nasącza się wspólnie przelaną krwią, strugami potu i wzajemnością w obliczu bojowego okrucieństwa. Po walce zalegają pokotem, dysząc, jęcząc, tocząc wokół umęczonym wzrokiem. Jeden rzuca sprośne uwagi, tamując jątrzący z ran ból, drugi użala się nad roztrzaskaną tarczą, jeszcze inny mamrocze pod nosem posępne modlitwy do bogów. Jak to między przyjaciółmi.
Nie tym razem.
Otoczyli w milczeniu Siemowita, zszokowani wieścią o porwaniu rodziny. Żaden nie poważył się na wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Ciosuń chyba wstrzymał oddech, mieniąc sie na wzdętych policzkach.
Książę opierał się prawą ręką o najniższą gałąź przysadzistego wiązu. Wpatrzony w pofalowane jezioro, z lekko drżącymi wargami, rytmicznie kręcąc głową na boki.
Pierwszy odważył się Myśliduch. Zbliżywszy się do Siemowita, położył mu rękę na ramieniu, delikatnie je pocierając.
– Bracie – rzekł wolno – bracie… Ocknij się z rozpaczy, druhowie mdleją z niemocy. Działajmy, daj rozkaz.
Nieopodal przeszła kolumna wojowników, tocząc na taczkach ciała poległych w boju. Zestrachani, spozierali w kierunku księcia i druhów. Straszliwa wieść rozniosła się już po Gieczu.
Nad tonią jeziora przeleciał klucz kormoranów, wieszcząc ochrypłymi skrzekami jakoweś mroczne rozdrażnienie.
Do zebranych zbliżyła się z wolna książęca drużyna, prowadzona przez młodego Jastrzuna. Mocno przetrzebieni, naznaczeni bitewnymi ranami, przystanęli w milczeniu w stosownej odległości. Czekali.
– Druhu, pomnij, że Leif między porwanymi – rzekł Przemił do księcia, głęboko odsapnąwszy. – Trzeba jak najszybciej umyślnych do Varmgudinde posłać.
Siemowit, spojrzawszy na niego na wpółprzytomnie, zapytał:
– Leif też…?
– Dość mazgajenia się! – Stanowczy głos Myśliducha zbeształ wszystkich niczym smagnięcie rzemieni pejcza. – Nie czas na sarkania trwonić!
Uchwyciwszy Siemowita za oba ramiona, potrząsnął nim.
– Z każdą chwilą trop zanika, ruszajmy!
Rozglądającemu się wokół Siemowitowi wracała jasność spojrzenia.
– Druhowie?
– Przeżyliśmy, wszyscy – odparł pospiesznie Przemił.
– Drużyna? Widzę, mocno przetrzebiona…
– Więcej niż połowa zdatna do walki! – zakrzyknął ochoczo Jastrzun.
– Zabieram ze sobą pięćdziesięciu moich Pomorzan. – Mścibor, zbliżywszy się do księcia, usiłował dopomóc mu w ściągnięciu zbroczonej krwią kolczugi. – Reszta musi rannych i ciała poległych do Kołobrzegu odtransportować.
– Ja też – wtrącił Ścisło w przyklęku, zajęty nakładaniem opatrunku na jątrzącą się na łydce ranę. – Niewielu mi zostało, ale lepiej czterdziestu łużyckich rębajłów niż żaden.
Myśliduch odsapnął:
– Z moimi Lubuszanami jest nas stu pięćdziesięciu. Dodaj do tego twoją przetrzebioną drużynę i druhów, masz trzy setki wojowników, bracie.
– Wojmir? – zapytał Siemowit.
– Nie zbierzemy więcej jak pięć setek naszych – rzucił z zatroskaniem zapytany. – W samym Gieczu naginęło tylu, że… ach…
– Osiem setek. – Siemowit ruszył nad brzeg jeziora. Wszedłszy do pasa w wodę, począł się obmywać. – Oporządzić się, przygotować prowiant, konie, broń. Sprowadźcie tę nieszczęsną trójkę, co ocalała z napadu, poprowadzą nas.
– Pomarli już. – Budzimir rozłożył bezradnie ręce. – Ten jeden dotarł tu z dzidą wystającą z piersi…
– Żałość po dzielnych wojach, nie ich wina – wtrącił Przemił.
– Wysłałem już umyślnych szpiegów pod Mogilno i w stronę Mazowsza – dodał Strzewit. – Jak rozkażesz, poślemy posłów do Mieszdroła.
– Skąd wiesz, że on za tym stoi? – spytał Przemił. – Wiemy tylko, że porywaczami są mazowieccy wojownicy.
– Z kim walczymy od lat na Mazowszu? – odparł z przekonaniem Strzewit.
– Mazowsze to nie tylko Mieszdroł na północy – zauważył Przemił. – Na wschodzie równie potężny książę włada, na grodzie wielkim w Strumianach zasiada. Szlak przez Drohiczyn kontroluje. Na południu też silni książęta.
– To wyślemy posłów do wszystkich mazowieckich książąt – rzekł Strzewit.
– Nie zaciągniesz na służbę śląskich oddziałów? – Siemowit wychodził na brzeg. – Walczyli zaprawdę okrutnie, przednie woje.
– Skarbiec pusty – odparł, nie skrywając lekkiej zgryźliwości Chraboj. – Nie opłacisz ich.
– Sknero – przyganił mu książę. – Może byś przypomniał sobie te wszystkie garnki ze srebrem pozakopywane po okolicy?
– Moje garnki, nie twoje – odparł hardo Chraboj.
– Nie dogryzajcie sobie nawzajem – upomniał ich Myśliduch. – Ślązacy wielką nam pomocą przysłużyli, bez nich nie pokonalibyśmy Redarów. A wzięli wielką zapłatę, bo z ciężką duszą przyszli nam na odsiecz. U nich teraz walki z napierającymi Czechami okrutne.
– Psy z Czech napadają nasze plemiona? – zdziwił się Siemowit.
– Nie psy, tylko bracia nam w obyczajach i tradycji – upomniał go Ścisło. – Po co te przycinki?
Siemowit spojrzał na niego uważniej. Po chwili, przypinając do biodra pas z pochwą, rzekł pojednawczo:
– Wybacz, kuzynie, masz w pełni rację. Kto wie, czy los nie wyznaczy nam braterstwa z nimi… kto wie… – Rozglądał się za czymś. – Gdzie Kjetil? – zapytał po chwili.
– Poszedł z gońcami na drogę przy Źrenicy. Wysyła ich do Varmgudinde – oznajmił Przemił. – Niebawem wróci.
Siemowit, skinąwszy głową, pomyślał: Bogowie, trzymajcie nade mną pieczę… jak ona się dowie o uprowadzeniu Leifa, rozcapierzy mnie własnoręcznie toporem…
Późnym popołudniem dotarli pod Mogilno. Na palisadzie grodu zaroiło się od wojowników. Zawarli bramę, na mostek przez rzeczkę zrzucili z góry kilka ostrokołów. Po chodniku palisady biegali pokrzykujący rozkazy dowódcy. Sprawiali wrażenie ogarniętych paniką.
– Gród nie należy do ciebie? – Siląc się na żartobliwość, Myśliduch kuksnął Siemowita w bok.
– Coś im umysły przytłumiło – odparł niepewnie zapytany.
– Wysuń się do przodu ze znakiem księcia w górze – z wysokości siodła Wojmir kopnął w zad konia wojownika z drużyny – zanim nas strzałami zasypią.
Na widok sztandaru Chościska w obrońcach nastąpiła gwałtowna przemiana. Jakby tchnęła w nich ulga. Burzliwe wiwaty uderzyły pod niebo, rozwarto bramę, naprędce oczyszczano pomost z przeszkód. Przed książęcym orszakiem pojawili się dowodzący obroną. Chaotycznie wyjaśniali przyczynę panującego na wale popłochu. Z samego rana straże zaniepokoiły dochodzące z polan między lasami na wschodzie odgłosy walki. Dla rozpoznania wysłano natychmiast oddział konnych. Po jakimś czasie dolatujący z dala harmider ustał, a zwiadowcy nie powracali. Wysłano kolejnych dziesięciu wojowników na koniach. Powrócił zaledwie jeden, przynosząc straszliwe wieści. Na wrzosowiskach między lasem a drogą na zgliszcza po Mietlicy zalegała niemal setka trupów. Zabici najwidoczniej w gwałtownej bitwie. W poległych patrol rozpoznał wojowników z Giecza i Grzybowa, po prześwietnych zbrojach niechybnie z książęcych oddziałów. Pierwszą myślą była obawa, że Lutycy wygrali bitwę o Giecz, gdzie przecież i z Mogilna spory oddział walczył, i teraz grasują po okolicy. Ale że przy trupach uzbrojenie i broń pozostawiono… nawet sakwy z mieniem… a i ogłupiałe konie pętały się wszędy… Sto metrów na wschód od miejsca bitwy natknęli się na zwłoki wojowników z pierwszego oddziału, wszyscy pozabijani strzałami.
– Wtedy zza wysokiej skarpy na zakręcie rzeczki wypadła na nas niespodziewanie jazda – ocalały Mogilnianin kończył relację zziajanym głosem. – Nawet tarcz nie zdążyliśmy podnieść, zasypała nas chmara strzał. Tylkom ja zdołał zbiec.
– Mazowszanie? – spytał wolno Strzewit.
– Nie inaczej – przytaknął wojownik. – Konie ichniejsze, łatwo od naszych odróżnić, kubraki z ciemnych skór pokryte łuskami, wysokie hełmy.
– Z łuków strzelali w biegu konia? – dopytywał Strzewit z naciskiem.
– Jakom rzekł.
W grodzie uzupełnili szybko prowiant, na co przy opuszczaniu Giecza czasu nie stało, i pognali konie w kierunku Mietlicy.
Na milę przed żałosnymi szczątkami zniszczonego przed laty na rozkaz Siemowita grodu natknęli się niespodziewanie na silny oddział jazdy z Kruszwicy dowodzony przez Paszka. Komes Kruszwicy, nie tracąc czasu na powitania, objaśnił naprędce Siemowitowi:
– Przez Kruszwicę przeszli wysłani przez ciebie, książę, gońcy do Varmgudinde. Na wieść o porwaniu i Mazowszanach zebrałem w pośpiechu zbrojnych i ruszyłem w kierunku Mogilna…
– Słusznie postąpiłeś, liczy się każdy wojownik – przerwał mu Siemowit. – Omijamy jezioro od południa i spieszymy w kierunku Wisły. Gdzieś musieli się przecież przeprawić, podjazdy zwiadowcze wzdłuż rzeki roześlemy.
– Do wyboru mają trzy brody – zauważył Paszko. – Biegłego w czarach należy się poradzić, ale trzeba by przystanąć…
Siemowit zignorował jego ostatnią uwagę.
Trzeciego dnia od opuszczenia Giecza zapuścili się w zakola dopływu Bugu do Wisły i stracili trop. Rozległe bagniska skryły wszelki ślad.
– Teraz radźcie! – Siemowit nie krył gniewu. – Gdzie są moje dzieci i żona?!
Nie było wyjścia. Zatrzymali się na postój.
Strzewit powysyłał kilkanaście oddziałów, niektóre dla zasięgnięcia języka w okolicy, inne na dalekie zwiady.
Wieczorem przy ognisku druhowie unikali spojrzeń księcia. Dla ostrożności rozsiedli się po drugiej stronie bijących ciepłem płomieni. Siemowit toczył po nich rozjuszonym wzrokiem. Odtrąciwszy podaną mu przez Przemiła skwierczącą pieczeń, popijał sążniście z pojemnego gąsiora.
Czekali w ponurym milczeniu, aż się odezwie.
Jedynie Kjetil nie stracił rezonu. Nucąc skandynawskie pieśni z rodzinnej wyspy, przechadzał się, rozdając nanizane na patyki kawałki spieczonego mięsiwa. Kilkakrotnie klepnął spochmurniałego księcia po ramieniu. W końcu przysiadł się do niego.
– Czego? – Siemowit nie krył rozdrażnienia.
– Przecież nie musimy ich szukać – obruszył się Kjetil. – Mieszdroł czy inny książę nie porwali dla zemsty, inaczej zabiliby Dobiechnę z dziećmi na miejscu. Czegoś zażądają. Czegoś ważnego, dla ciebie i dla nas niezwykle cennego.
– Nie musieli na miejscu zabijać – sprzeciwił mu się Wojmir. – Może Mieszdroł ciągnie ich do Płońska? W rodowym grodzie poświęci ich w rytualnym mordzie?
– Przymknij się! – zbeształ go Przemił. Ruchem głowy wskazał na Siemowita. – Zaraz każe nam ruszać wszystkimi siłami na Płońsk. Kjetil mądrze prawi. Dobrze, że Strzewit zwiadowców wysłał.
Milczący dotąd Paszko wtrącił z namysłem:
– Napomykałem już, dajmy kapłanowi wróżby odprawić – wtrącił z namysłem milczący dotąd Paszko. – Porady bogów niech zasięgnie…
– Skąd tutaj kapłan? Możeś sam w guślarstwie wyuczony? – Wojmir nie skrywał ironii.
– Jest w moim oddziale…
Nie dokończył. Wszyscy zamilkli zaskoczeni gwałtownym powstaniem księcia. Siemowit przechadzał się po obrzeżu siedzących wokół ogniska, drapiąc się prawą ręką za uchem. Zatrzymawszy się przed Strzewitem, zapytał:
– Gdzie ich najbliższy gród obronny?
– Ciech, na południe od Czerska. Wał wysoki, palisada z licznymi wieżami, rzeka broni dostępu od naszej strony, puszcze i grzęzawiska na północy. Liczna załoga…
– Kto nimi przewodzi? – Książę się niecierpliwił.
– Ciech, gród od jego imienia, poddany Mieszdroła…
Siemowit odmachnął mu ręką, nie dając dokończyć.
– Ruszamy na Ciech, natychmiast, gotuj oddziały do wymarszu! – rzekł do Wojmira. – Zamienimy gród w pochodnię ognia pod niebiosa buchającą. Wtedy zjadą wszyscy ichniejsi książęta na układy.
– Wtedy im nie zdzierżymy – upomniał go Myśliduch.
Ścisło i Mścibor przytaknęli.
– Zdzierżymy – uciął z przekonaniem Siemowit. – Ważne, by jak najszybciej wyszło na jaw, gdzie potomstwo i ukochana żona. Jak trzeba, zamienimy całe Mazowsze w bezludne ostępy. Z Olegiem kijowskim się sprzymierzę, przed Morawianami hołd złożę, nic nie jest ważniejsze od…
– Olegowi musiałbyś wprzódy kilkaset rąk i oczu oddać, jakieś ruskich jeńców po bitwie nad Bugiem okaleczył. – Przemił nie krył kąśliwości.
Siemowit zignorował przytyk przyjaciela.
Z pierwszymi wrześniowymi słotami nadchodzącej jesieni podeszli pod Ciech. Potwierdziła się opinia Strzewita. Solidna warownia, obszerna, miejsca wystarczało na mrowie zbrojnych i ludności z okolicznych osad. Usadowiona na półwyspie w zakolu rzeki, broniła przejścia na majaczący na wschodzie trakt kupiecki.
Siemowit, wezwawszy Ciosunia, instruował go:
– Bierz się do roboty. Lasów wokół mnogość, zapędzaj wojów do budowy sprzętów.
– Czym mamy ich zarzucać? Ani kamieni tu nie znajdziesz, siano z pól uprzątnięte.
– Mam uczyć mojego książęcego budowniczego, jak kura jajo wysiaduje? Wymyśl jakieś bloki z baki drewna, nie wiem… Najpóźniej pojutrze katapulty na przedpolu mają palisadę i zabudowania wewnątrz ogniem zasypać.
– Może do Giecza umyślnych posłać po materiał i…
Siemowit, westchnąwszy, poklepał Ciosunia po ramieniu.
– Wojmir przyda ci grasowników, złupcie okolicę.
– Ale… – próbował oponować Ciosuń.
– Z moją kuzynką też się droczysz? Z siostrą Ścisła? Nie nauczyła cię kobieta z rodu Chościska, że z nami się nie przekomarza?
– Co ma Źranica do… sam nie wiem… – odparł Ciosuń zrezygnowanym głosem.
– Wżeniłeś się w nasz ród, to śpiewaj zgodnym ćwierkiem.
Po namyśle Ciosuń zaproponował:
– Dobrze, dobrze, katapulty…
Podszedł do nich Strzewit.
– Z grodu posłów wysłali.
Siemowit długo nie pertraktował, rozdrażniony, że Mazowszanie nic o jego rodzinie nie wiedzą. Przerwał obcesowo przewodzącemu delegacji Ciechowi, zapowiadając zrównanie grodu z ziemią. Nieważne, jak, nieważne, jakimi sumptami, albo zdążą się wywiedzieć, gdzie Dobiechna i dzieci, albo po nich. Zanim wszystkich zgładzi. Ale przecież nim do Mieszdroła umyślnych poślą… a zresztą dlaczego mieliby się poważać na taki czyn… i skąd niby u nich wojownicy w pędzie konia strzałami z łuków miotający – bronił się panicznie Ciech. – Po cóż raptem gwałt?
– Koniec rozmów! – Wzburzony gniewem Siemowit nakazał, by wracali do grodu. – Wszystkich was wybiję! – pokrzykiwał za umykającymi posłami.
Jeszcze grodzianie nie zdążali na dobre zawrzeć bramy, gdy na znak księcia przystąpiono do szturmu.
W pierwszym natarciu spontaniczna desperacja atakujących nie przemogła przerażonej determinacji obrońców. Po dwóch godzinach ludzie księcia odstąpili od szturmu, ściągając rannych i ciała poległych.
Siemowit nie dał im czasu na odsapnięcie. Nie zważając na pierwsze oznaki pokrywającego niebo zmierzchu, sam poprowadził drugi atak. Tym razem udało im się na dwóch odcinkach wedrzeć na koronę palisady, ale nie utrzymali przyczółków na chodnikach. Nie zważając na krwawe straty, Mazowszanie wyparli ich na zewnątrz. W kłębiącej się pod wałem gęstwienie wojowników rozszalały Siemowit usiłował poderwać ich do kolejnego szturmu. Jakby kierowani milczącą zmową brat i kuzyni uchwycili go i wspólnym wysiłkiem odciągnęli na drugi brzeg płytkiej rzeczki. W tym czasie Wojmir i Budzimir przejęli pieczę nad w miarę sprawnym wycofaniem wojowników poza zasięg rażenia wrogich łuków i oszczepów.
W ponurych nastrojach ściągali do obozowiska. Nie przeszli połowy drogi, gdy zapadające ciemności ponownie rozbrzmiały bitewną wrzawą. Odgłosy walki dochodziły z północy, tam gdzie rzeka rozwidlała się na dwie odnogi.
– To nie nasi! – przekonywał Siemowita Wojmir. Po namyśle dodał niepewnie: – Chyba że jakiś oddział zabłąkał się, omijając bagna… udam się…
– Ostań, sami znajdą drogę – powstrzymał go książę.
Dochodzili już do namiotów.
To nie był zabłąkany polański oddział.
Pod Ciech nadjechała konno Varmgudinde na czele duńskich zastępów. Jarlowa przyprowadziła ponad ośmiuset wojowników. Skąd w Truso tyle wojennego luda?
W Danii wybuchły bratobójcze walki, wywołane niespodziewanym powrotem z Brytanii Gorma na czele wielu okrętów. W krwawej bitwie Gorm pokonał jarla Swewów, Sigtrygga, mieniącego się królem. Ciężko ranny Sigtrygg zdołał uciec do Birki, pozostawiając w Danii chaos. Znaczniejsi jarlowie odmówili Gormowi posłuszeństwa, szczególnie władający w południowej i północnej Jutlandii, na Zelandii, Lalandii i w Skanii. Jedynie wyspa Fionia uznała zwierzchnictwo rezydującego w Jellingu Gorma. Niebawem każdy walczył przeciwko każdemu. Gorm zdołał zdobyć przyczółek na Zelandii, zamierzając w pierwszej kolejności opanować największą wyspę królestwa. A stamtąd najechać na Truso i zabić Varmgudinde.
Bo Gorm i Varmgudinde byli przyrodnim rodzeństwem przez wspólnego ojca, króla Hardeknuta. Druga żona Hardeknuta, matka Varmgudinde, otruła matkę Gorma, by zająć miejsce przy ukochanym królu. Gorm w młodzieńczym wieku uchodzić musiał z garstką wiernych drużynników do Brytanii. Z czasem dorobił się tam wojennej sławy, majątku i znaczenia. Gdy po latach na wyspach Albionu pojawił się na czele armii Hardeknut, doszło do tragedii. W podstępnym zamachu Gorm zabił ojca, który nadal nie chciał uznać jego praw rodzinnych. Po kilku następnych latach w bratobójczym boju pod Durhamem w Nortumbrii Gorm zabił przyrodniego brata.
Teraz przyszła kolej na przyrodnią siostrę, jarlową Truso.
Uprzedzona Varmgudinde szykowała się do zbrojnej rozprawy z przyrodnim bratem. Postanowiła zaskoczyć wroga, uderzając na południe Zelandii. Zdołała przeciągnąć na swoją stronę jarlów z wysp Farn, Mon i ze Skanii. Po kryjomu marzyła nie tylko o zniszczeniu Gorma, ale również odzyskaniu dziedzictwa po ojcu.
Przy pomostach portu Truso bujały na falach liczne okręty. Między domostwami gromadziły się mnogie zastępy, w tym oddziały przysłane od sprzymierzonych jarlów z wysp. Przy olbrzymich trzech podłużnych trąbach, ułożonych na stojakach na palisadzie grodu, ustawili się dmuchacze. Czekali na sygnał jarlowej zadęcia na znak rozpoczęcia wyprawy.
Wtedy na spienionych koniach zawitali wysłani przez Kjetila gońcy z Giecza.
Varmgudinde oszalała. Leif porwany. W spienionej wściekłości roztrzaskała mieczem trąby, strącając nieopatrznie jednego z dmuchaczy w nabrzeżną toń.
Rozprawa z Gormem straciła na ważności. Jarlowa natychmiast ruszyła na Mazowsze na czele zebranej armii.
Siemowit i jego druhowie dowiedzieli się o tym wszystkim od przybyłego od północy, tam gdzie dogasała tajemnicza walka, wojownika z Truso. Zaskoczeni, nie zdążyli się naradzić. Niebawem w obręb ogniskowej poświaty wkraczały skandynawskie zastępy. Przed miotającym rozkojarzonymi myślami księciem stanęła raptem Varmgudinde. W pełnej krasie rozwścieczonej wojowniczki Północy.
Jak ona zachowuje nadal uwodzicielską ponętność? Przecie chyba już czterdziestkę przekroczyła? – przemknęło zdezorientowanemu Siemowitowi przez głowę.
Z osłupienia wyrwało go mocne uderzenie pięścią w ramię. Furia kobiecej siły odrzuciła go dwa kroki do tyłu.
– Gdzie mój syn?! – zagrzmiała Varmgudinde upiornym wrzaskiem.
Wojmir i Budzimir doskoczyli, zasłaniając księcia, Przemił uchwycił szykującą się do kolejnego uderzenia Varmgudinde za nadgarstek. Kjetil krzyczał coś chrapliwie w duńskiej mowie do wysuwających topory i miecze drużynników jarlowej. Z ognisk wokół podchodzili niepewnie polańscy wojownicy, umęczeni stoczonym właśnie szturmem na wał grodu.
Niespodziewanie spoza pleców Paszka w środek zamieszania wkroczył sędziwy kapłan kościstej postury. Okryty czarnym płaszczem z grubej tkaniny, łysina głowy wytatuowana niebieskawymi i zielonymi symbolami. Drużynnicy jarlowej zastygli w bezruchu. Z nieoczekiwaną zwinnością kapłan masywnym dębowym sękaczem odtrącił druhów Siemowita, a przed oczyma jarlowej rozczapierzył lewą dłoń z palcami obleczonymi srebrnymi pierścieniami.
– Ostaw, córo mchowych kłączy! – rzekł do niej dobitnie.
Varmgudinde zamarła w połowie oddechu, wpatrzona w kapłana rozwartymi oczyma.
– Wy?… Yngvi? – wyjąkała po chwili bojaźliwie.
– Ostudźcie wzburzenia! – oznajmił kapłan zebranym wokół.
Nakaz podziałał niczym zaklęcie czarowników. Przynajmniej na wojowników. Jedynie Varmgudinde, ocknąwszy się z chwilowego osłupienia, poczęła zarzucać Siemowita oskarżeniami. Nie upilnował bezpieczeństwa Leifa! Wielki książę Słowian, co niezwyciężonym się mieni! Głupi i nieporadny! Nierozumnym kmiotom z Mazowsza dał się podejść! Ich syna zatracił! Jej syna! Dziedzica Truso!
W kaskadzie nieustających kobiecych zarzutów zasiedli w końcu przy ognisku.
Varmgudinde wskazała ręką w kierunku naznaczonej żagwiami łuczyw palisady grodu.
– Trzymają tam Leifa w niewoli?
– Nie wiem – odparł Siemowit, zbierając gorączkowo myśli.
– Nie mamy żadnego śladu – wtrącił Strzewit. – Książę postanowił odcisnąć piętno grozy na Ciechu. Niech Mazowsze skuli się z lęku, pogrążymy ich w mordzie i zniszczeniu, aż Mieszdroł przystąpi do układów.
– Chcieliśmy ich podejść z marszu, nie dali się zaskoczyć – zauważył siedzący obok jarlowej wojownik.
Wojmir nie krył rozgoryczenia:
– My w trzech szturmach jedynie poległych i rannych ściągnęliśmy.
– Obaczymy – wyrzekła posępnie Varmgudinde. Zerknąwszy z boku na Siemowita, dodała: – Najpierw zamienię Mazowsze w wymarłą krainę. Potem przyjdzie kolej na ziemie niezdarnego księcia.
– Syna przez to nie odzyskasz, a sama zginiesz od topora Gorma – rzucił buńczucznie Kjetil.
– Woje Prusów po mojej stronie, zawarłam z nimi wieczyste przymierze – odparła zjadliwie jarlowa.
Kjetil, wzruszywszy nonszalancko ramionami, zauważył od niechcenia:
– Na Falaster mawiali, że Yngvi zjawia się, gdy bogowie żądają ofiary z nieudolnego jarla.
Varmgudinde zamilkła, nie kryjąc zmieszania.
Pogrążony w myślach Siemowit ocknął się pod wpływem uwagi Kjetila z zasępienia. Rozglądając się wokół, szukał Paszka. Dojrzawszy go, opartego plecami o pień buka, opuścił bez słowa ogniskowy krąg.
– Kapłan z północy w twoim zastępie? – wypytywał namiestnika Kruszwicy. – Potężny jakowyś? Varmgudinde z pokornością zbladła na jego widok. Szkoda, że tylko na ułomną chwilę.
– Przybył z Uppsali. Szuka Rozjemcy…
– Naszego Rozjemcy? – Siemowit nie krył zdziwienia. – Przecież on podążył nad Jezioro Bogów – nie dawał dojść namiestnikowi do słowa – chciał… zamierzał nasz świat opuścić… przepowiednie straszliwe oznajmił… – począł się plątać.
– Nie pojmuję poczynań kapłanów – bąknął niepewnie Paszko. Po chwili podjął: – Yngvi najwyższy mocą pośród wszystkich mędrców za morzem na północy. Zwą go Poszukiwacz. Próbowałem was nakłonić, książę, byście na jego wróżbę się zdali, czarami może złapiemy trop porwanych.
– Czym Yngvi nad moim Jaszczycem albo Sękłem górować może?
– Poszukiwacz z północy, książę, rangą Rozjemcy równy – oznajmił po namyśle Paszko. – Pamiętam za czasów mojej służby w Mietlicy… prawili o tym kapłani na dworze Popiela. Jeden roztacza opieką ludy na północy, drugi nasze słowiańskie ziemie.
Zaskoczył ich głos dobywający się z gąszcza grubych i wysokich na pół człowieka splotów korzeni drzewa, wydobytych ponad murawę niestrudzonym nurtem strumienia:
– Kiedyś było nas więcej, zostało tylko dwóch.
Siemowit wpatrywał się w rozsiadłą pod drzewem postać kapłana. Jakby się wtopił w liście i drewno – pomyślał. – Skąd raptem mówi naszym językiem?
Yngvi powstał. Odepchnął lekko sękaczem pląsającą między zwiewnymi połami płaszcza wiewiórkę, wytrzepał z kaptura stertę pożółkłych liści.
– Kiedyś każdą wspólnotą opiekował się własny Rozjemca – rzekł po chwili namysłu. – Nad Słowianami, szczepami Skandynawii, Sasami, nad ludami ziem na zachód i na południe. Było nas kilkunastu, pozostało dwóch. Ja i wasz.
– Nasz zwie się Rozjemcą – zauważył Siemowit. – Ciebie zawołali Poszukiwacz.
– Każdy Rozjemca nosi przydomek. Mój poznaliście. Wasz zasłużył na miano Zbieracza.
– Jaszczyc nic o tym nie mówił, Sękło z Gniezna też. Żaden z kapłanów nie wspomniał o przydomku naszego Rozjemcy – zaoponował Siemowit. – Nawet przeklęty Progast czy moi doradcy z obcych krajów.
– Ja wiedziałem, książę – wtrącił nieśmiało Paszko. – Myślałem, że to wszystkim wiadomo…
– Ty? – Siemowit spojrzał na niego z uwagą.
– Przecież każdy kmieć o tym wie – bronił się namiestnik Kruszwicy.
– Szybko żyjesz, książę, wojenną sławę i ziemie sąsiadów łykając. – Yngvi nie krył sarkazmu. – Odpocznij lepiej, spędź więcej czasu pośród zwykłych poddanych.
– Może cię przegnali z Uppsali? – odciął się bez namysłu Siemowit. – Lepiej mów, po co wkroczyłeś na słowiańskie ziemie. Nasz Rozjemca udał się nad Jezioro Bogów, gdziekolwiek ono leży…
– Leży tam, gdzie jego odwieczne miejsce.
Siemowit zatoczył ręką koło nad głową.
– To ruszaj. Nie jesteś nam tutaj potrzebny. Chyba że potrafisz zamienić Varmgudinde w potulną kurę. Skoroś taki potężny czarownik.
– Z kurą nie spłodziłbyś syna. Też miałeś rodzicielkę, waleczny władco. Spójrz na matkę Leifa innymi oczyma.
Siemowitowi przeszła cała zadziorność. Żałość, niemoc i wściekłość wypełniły ponownie głowę. Gdzie Dobiechna, dzieci? Przysiadł na grubym pniu. Do rzeczywistości przywrociły go dłoń na ramieniu i łagodny głos kapłana:
– Młodzieńcza zadziorność tobą kieruje, acz ciało i umysł już dojrzałe. Mogę ci przywrócić jasność myśli i panowanie nad czynami przez oczyszczenie. Musisz tylko wyrazić zgodę.
– Jak?
Yngvi, przysiadłszy obok niego, objaśniał cierpliwie:
– Ceremonią złączenia z prastarością mocy drzew. My, w Skandynawii, czerpiemy z drzew naszą wiedzę, zrozumienie porządku, sił ducha i ciała. Od początku istnienia wszelakich bytów pierwsze nawzajem splecione kłącza rozrodziły się we wszystkie strony, zasiedlając cały świat podziemny korzeniami i nadziemny bogatością lasów. W nich jest zawarta siła niezliczonych pokoleń, moc ukryta i magiczna. Wiedzą tajemną naszych kapłanów jest poruszanie się w niewidocznym świecie drzew.
– A wasi bogowie?
– Zezwalają nam na to. Jeżeli poddasz się rytuałowi, odegnasz dręczące cię upiory. Ujrzysz z krystaliczną przejrzystością wyznaczoną ci drogę.
– Dlaczego chcesz mi pomóc?
– Ostatnim posłaniem Rozjemcy Zbieracza, jakie przed trzema laty dotarło do mnie w Uppsali, było wezwanie do spotkania nad Jeziorem Bogów. I prośba, bym przechodząc przez słowiańskie ziemie, okazał opiekuńczą łaskawość pewnemu władcy, który jest naznaczony przeznaczeniem zsyłanym przez bogów raz na sto pokoleń. Księcia zwanego Burzliwym, Zagubionym i Nieustępliwym.
– Przerażasz mnie – wyrzekł cicho Siemowit.
– Bojąc się samego siebie, znajdziesz granicę umiaru swoich poczynań – orzekł Yngvi. – Dość narzekań. Zgadzasz się czy nie?
Siemowit wpatrywał się długo w oczy kapłana. Żebym chociaż miał przy sobie Jaszczyca – pomyślał – albo nawet Bruzda. Dobiechna, dzieci… a ja czarami dam się opętać… ale… jeżeli odzyskam jasność spojrzenia, jak ten czarownik prawi…
– Podam się ceremonii – oświadczył, zacisnąwszy wargi. – Nawet gdybym boleści miał doświadczyć.
– Doznasz – oznajmił Rozjemca Poszukiwacz. – Złączenie z pradawnością drzew jest bolesne. Przygotowania uczynić należy. Ciało musisz oczyścić z wszelkiego włosia, całe ciało. Wszystkie otwory ciała musimy szczelnie owinąć zawojami. Potrzebuję włosa z kobiecego sromu, noża z brązu. Wyślij służącego do obozu. – Wskazał ręką na oczekującego przy strumieniu Paszka.
– Nie jest służącym, to wierny i waleczny namiestnik Kruszwicy – zaprotestował Siemowit.
– Niech będzie poddany. – Kapłan machnął lekceważąco ręką. – Pod tym bukiem doskonałe miejsce. Niech namiestnik przyniesie też pęta i moją sakwę z maściami.
Siemowit nie zdążył wydać Paszce poleceń. Od strony ognisk nadeszli gromadnie druhowie. Kroczący przodem Przemił oznajmił księciu podnieconym głosem:
– Przyjacielu, nie uwierzysz. Pojawił się posłaniec od Mieszdroła.
Siemowit zerwał się energicznie z pniaka.
– Innym razem, czcigodny Rozjemco Poszukiwaczu, innym razem – oświadczył szybko kapłanowi. – Przekaż naszemu Rozjemcy Zbieraczowi moje przesłanie pełne szacunku, gdy dotrzesz nad Jezioro Bogów.
Wysłannik mazowieckiego księcia, znaczny rangą sądząc po przepysznych zdobieniach na uzbrojeniu, siedział związany na ziemi przed książęcym namiotem, otoczony szczelnym wiankiem wojowników z drużyny. Przy nim stał Kjetil, z rękoma złożonymi na trzonku ustawionego na ziemi topora.
– Jarlowa? – spytał go krótko Siemowit.
– Nic nie wie. Dlatego trzymamy go tutaj za ścianą tarcz – odparł Duńczyk.
Książę przykucnął przed posłańcem.
– Gdzie moja rodzina? – spytał go bez wstępów.
– Zaklinam na prochy moich przodków i cześć wobec bogów, nie ma ich u nas – wyrzekł flegmatycznie Mazowszanin.
Siemowit uchwycił go za naszyjnik u szyi. Okręcił dłonią, napięty pleciony rzemień wbił się głęboko w skórę. Twarz posłańca poczerwieniała, z trudem łapał ustami powietrze.
– Przysięgam na pamięć waszej matki, książę… – zdołał wykrztusić przez bąble śliny.
Siemowit zdrętwiał. Lekko popuścił zaciśnięcie naszyjnika. Kjetil, puściwszy z wrażenia stylisko topora, przykucnął obok nich.
Siemowit, nie odwracając wzroku od twarzy posłańca, wyrzekł do Duńczyka:
– Odejdź, natychmiast! Zabieraj stąd wojów z drużyny, zwołaj, ilu się da, z pozostałych ognisk. Otoczcie mój namiot szczelnym, potrójnym kręgiem w odległości trzydziestu kroków.
Kjetil, powstawszy, spytał niepewnie:
– Druhowie? Przemił?
– Nikt – syknął książę przez zaciśnięte zęby.
Gdy zostali sami, usiadł przed posłańcem, skrzyżowawszy nogi. Wzdłuż kolan położył miecz.
– Mów! – oznajmił po chwili. – Albo cię zrozumiem, albo przebiję mieczem.
– Mieszdroł czeka na was dwieście kroków w dół rzeki, za piaszczystymi łachami, przed gęstym zagajnikiem. Sam. Przysyła znak, byś nie wietrzył podstępu.
– Znak?
Mazowszanin, poruszywszy skrępowanym ciałem, próbował wskazać brodą w kierunku lewego ramienia.
– Pod pachą, w skórzanym woreczku.
Siemowit wygrzebał rzeczony woreczek. Rozsupławszy wiązania, wysypał zawartość na trawę. Drewniana figurka wielkości dłoni, misternie rzeźbiona. Przedstawiała kobiecą postać. Przepiękną z wyglądu, czarującą łagodnymi, ale zalotnymi rysami twarzy.
– Wasza matka, książę. Gościrada, córka Dobrowita. – Obserwując z niepokojem zastygły wyraz twarzy Siemowita, wyjaśniał niepewnie: – Mieszdroł sam wam ujawni, skąd ma figurkę. Wiem, że trafiła do nas przed wielu laty, gdyście u was Popiela ubili…
– Jak trafiła?
– Mój władca sam wam wszystko opowie, przysłał figurkę dla okazania cnych zamiarów, bo… bo… – Poseł zacinał się, rozglądał bojaźliwie wokoło.
– Mówże! – Siemowit uchwycił go ponownie za naszyjnik.
– Mieszdrołowi też porwano rodzinę – wystękał poseł.
Siemowit zabrał ze sobą jedynie Myśliducha, Ścisła i druhów, oprócz Wojmira, który wyruszył z połową książęcych drużynników nieco okrężną drogą w kierunku rzecznych łach. Młodzi wojownicy sarkali po drodze, niewtajemniczeni w powód niespodziewanego marszu. Druga połowa drużyny pod wodzą Mścibora pozostały przy książęcym namiocie z zadaniem nieprzepuszczania nikogo z reszty wojska, a już tym bardziej Varmgudinde i jej skandynawskich wojowników.
W zapadającym zmierzchu dotarli we wskazane miejsce. – Odważny – pomyślał w duchu Siemowit, dojrzawszy samotną postać siedzącą na kamieniu wbitym w nadrzeczną skarpę. Z daleka, z dwóch oddalonych miejsc, dobiegły umówione pohukiwania puchaczy. Sygnały dane przez wojowników pod Mściborem, którzy obeszli miejsce schadzki. A więc książę Mazowsza jednak przybył sam, bez zbrojnych.
Siemowit nakazał swoim, by pozostali na okręgu w odległości kilkunastu kroków. Zbliżywszy się do oczekującego, położył instynktownie dłoń na głowicy miecza. Zamarł, zaskoczony jego obliczem. Mazowszanin, z przygarbionymi plecami, wpatrywał się w szemrzącą u jego stóp wodę. Zastygłe na twarzy cierpienie, bijąca z oczu rozpacz, miecz niechlujnie rzucony w trawie obok przepysznego hełmu ze spiczastym czubem… Zdezorientowany Siemowit przycupnął przed nim, nie wiedząc, co czynić. Mąż niechybnie starszy ode mnie, silnej postury i władczego wyglądu, silnie zarysowane rysy twarzy, emanujące siłą i przekonaniem, ale jednocześnie coś w nich ujmującego, sympatię wzbudzającego – rozmyślał Siemowit. – Nie takem sobie wyobrażał nasze spotkanie, prędzej na polu bitwy, w układach… siłą jakąś ujmuje…
– Wiem, szlachetny synu Bojomira Piasta, dziecię polańskich orłów, sławetny władco walecznych plemion, żeś zaskoczony – odezwał się niespodziewanie Mieszdroł głosem przepełnionym głębią żałości. – Wiem, że lubej ci było zewrzeć ze mną oręż. Na co nasze pragnienia i oczekiwania, kiedy bogowie igrają naszym losem niczym upite po karczmach zbereźniki turlanymi kośćmi? Na co to wszystko, kiedy złośliwość w rozpacz nas wpędza? – Oderwawszy wzrok od połyskującej odbiciem gwiazd wody, spojrzał Siemowitowi w twarz podkrążonymi czerwienią oczyma.
Siemowit poczuł przedziwne ukłucie w piersiach, może w głowie, sam już nie wiedział… jakiś przedziwny impuls czegoś nieznanego. Nie żeby mu głos zatamowało, ale nie był w stanie nic wypowiedzieć. Bezwiednie z przyklęku opadł na siedzenie, próbując zebrać myśli.
Mieszdroł, uniósłszy powoli rękę, położył prawicę na jego ramieniu.
– Nie lękaj się mnie. Nie czas teraz na zwady i pobratymczy mord. Naznaczono nas wspólnym cierpieniem, temu musimy zaradzić.
– Skąd masz figurkę mojej ukochanej matki? – spytał Siemowit impulsywnie. – Kto ją wyrzeźbił?
– Jak dotarła do mnie po śmierci Popiela i jego synów, skoro ich uśmierciłeś? – odparł pytaniem Mieszdroł. – Spytaj o to twych zauszników.
Zaniepokojony Siemowit zastanawiał się. Co i ile wie Mieszdroł o dawnych wypadkach, skoro tajemniczo do nich nawiązuje? Kjetil niewątpliwie sumiennie wykonał zlecenie, śladów po żonie Popiela i jego synach na pewno nie zostawił. Czyżby ktoś przeżył w rodzie Popielowego dziada od strony goplańskich książąt? Niemożliwe. Muszę koniecznie rozmówić się z Paszkiem. On ostatni ze starej drużyny księcia Popłada, później Popiela… Zaraz, skoro… skąd on wie, że figurka przestawia moją matkę? Otwierał już usta, lecz mazowiecki władca ubiegł go:
– Musi za porwaniem ta sama siła się skrywać. Pomnij, że nasze rodziny uprowadzone zostały tego samego czasu.
– W mazowieckich wojowników walczących konno z łukami od razu powątpiewałem – bąknął niepewnie Siemowit.
– Takoż. Ani my, ani wy nie znamy się na tym. Zagony ze Skandynawii też nie. O Rusach już nie wspomnę, oni nie odróżnią końskiej dupy od łba. Kto pozostaje?
Siemowit odsapnął głęboko.
– Czechów, Połabian i Sasów też możesz wykluczyć – rzekł z namysłem. – Za to pośród Lędzian wielu zdatnych do tego, wyuczyli się od Węgrów i innych obcych ludów, co z dalekich stepów wychynęły, nie tylko walki konno, ale i strzelać z siodła. Lędzianie to moi bracia. To nasi pobratymcy najbliżsi. Mój umiłowany kuzyn wodzem znacznym między nimi. Zostają Węgrzy.
– Mhm… – mruknął Mieszdroł. – Na co im porwanie? Że aż za moich wojowników się przebrali? I tak daleko odważyli się zapuścić? Kiedyś słuchy mnie doszły, że wspólnie z nimi Rusów straszliwie rozgromiliście w bitwie na wschód od Bugu.
– Rzeź, nie bitwa. – Siemowit skinął głową. – Tyle wojennego luda naginęło po obu stronach. Padli mój wuj Lubomir i kuzyn Horogniew… zmasakrowałem wszystkich nabranych do niewoli wojowników Olega…
Książę Mazowsza spozierał na niego z boku. Uniósłszy lekko brwi, zmarszczył czoło.
– Twojego kraju nie oszczędzę – ciągnął Siemowit. – Wypaloną ziemię ostawię, wyschnięte rzeki i jeziora, kikuty spopielałych lasów, mrowia szkieletów. Taki miałem zamiar, mniemając, że stoisz za porwaniem. – Spozierał na spoważniałą twarz Mieszdroła. – Teraz wszystko nabrało innego biegu. Pewnie przyjdzie nam jeszcze oręż skrzyżować w boju, ale z innego powodu i nie teraz, władco Mazowsza. Kogo ci uprowadzono?
– Żonę, syna i córkę. Całą rodzinę.
– Kto za tym stoi… i dlaczego? – Siemowit zniżył głos.
– Mam jeden niepewny ślad. Przed dwoma dniami moi zwiadowcy wybili u zbiegu Szczary i Niemna żydowską karawanę ciągnącą z Przemyśla do Truso. Kupcy nie chcieli opłaty uiścić, wymawiając się protekcją Olega, spotkała ich zasłużona kara. Jeden z kupców przed wbiciem na pal wykrzyczał, że w zamian za życie ujawni, gdzie jest rodzina księcia. Moją rodzinę miał na myśli czy twoją? Niestety, wojownicy ze zwiadu nie wiedzieli jeszcze nic o porwaniu i dokończyli nanizywania Żyda na pal. Zastanów się, Siemowicie, skoro karawana nadeszła z Przemyśla, gdzieś tam trzeba szukać powiązań…
Nie dokończył.
Z oddali, spod majaczących w ciemnościach zarysów grodu, niespodziewanie dobiegły wrzaski i donośny szczęk oręża. Raptem wzniesiona nad wałami palisada rozgorzała w wielu miejscach buchającymi w niebiosa płomieniami pożarów. Podniósł się bitewny zgiełk.
Obaj książęta zerwali się na nogi, zaskoczeni, bezradnie spozierali raz na gród, raz na siebie.
Z ciemności nadbiegł Przemił, pokrzykując do Siemowita:
– Druhu, przybiegł drużynnik spod namiotów! Varmgudinde zaatakowała Ciech!
Książę spurpurowiał na twarzy. Przez chwilę odjęło mu mowę, panicznie szukał w głowie słów, dopiero po chwili usiłował zwrócić się do Mieszdroła, ten jednak ubiegł go:
– Powstrzymaj tę rozjuszoną lochę! Ja pędzę pod Przemyśl od wschodniej strony! Ty podążaj wprost, musimy złapać ślad! – I zniknął między zlanymi ciemnością konturami drzew.
Jarlowej nic nie mogło powstrzymać.
Dobiegli czym prędzej pod namioty. Mścibor niczym w ukropie miotał się między ustawionymi do boju szeregami, pokrzykując rozkazy dla powstrzymania wojska przed pójściem w ślad armii jarlowej. Zgiełk walki i przeraźliwe wrzaski z grodu burzyły krew w wojownikach, poświaty odległych płomieni z płonących częściowo umocnień palisady malowały na ich twarzach narastającą dzikość. Dojrzawszy nadbiegającą grupę Siemowita, odsapnął z wdzięcznością. Niechże kuzyn sam zapanuje nad powstałym chaosem.
Siemowit sprawnie uformował szyki. Nakazał przeć w kierunku wylotu bramy z roztrzaskanymi połaciami drzwi. Druhom przydał dowodzenie nad mniejszymi grupami, nakazując kategorycznie:
– Wstrzymajcie naszych przed ubijaniem Mazowszan! Mają rzucać się w bój i zagradzać drogę Skandynawom! Kto pierwszy dojrzy Varmgudinde, natychmiast ściągać mnie!
Za bramą w oczy rzuciło im się straszliwe oblicze walki. Porozrzucane w nieładzie ciała zabitych, pełzający w bólach poranieni, krzyki, lamenty, przekleństwa.
Bój przeniósł się pod umocnienia wewnętrznego grodu, o niewielkiej średnicy, ale wysokim na sześciu chłopa stromym wale zakończonym masywną palisadą.
Nieźle – przemknęło Siemowitowi przez głowę. – Drugi gród wewnątrz, jeszcze bardziej warowny, znakomity pomysł…
– Tam, spozieraj! Prowadzi natarcie po spiętrzonym kopcu tarcz! – pokrzykiwał Wojmir, szarpiąc go za ramię.
Siemowit przez chwilę zaniemówił. Liczny zastęp trusowych wojowników, dotarłszy pod wał, sformował coś jakby rampę z własnych ciał biegnącą skośnie od podstawy aż pod palisadę na wale. Wszyscy pookrywali się wielkimi tarczami – na tyle szczelnie, że obrońcy bezskutecznie zasypywali ich strzałami, oszczepami i kamieniami. Jednocześnie ułożone sprawnie tarcze stworzyły w miarę stabilną drogę dla biegnących po nich wojowników. Na czele sama Varmgudinde, za nią trzon jej elitarnej drużyny. Dochodzili już do palisady.
– Kjetil ze mną! – wrzasnął Siemowit. – Druhowie, bokami! Przebijamy się po rampie!
– Nie przepuszczą nas! – zdołał odkrzyknąć Przemił.
– W dupie mam Truso i wszystko naraz! – Siemowit z wyciągniętym mieczem biegł już do przodu. – Czyńcie, co należy, bylem do niej dopadł!
Nie obyło się bez walki. Po polańskiej stronie padło kilku, po skandynawskiej takoż, ale Siemowit zdołał się przebić w górę. Uchwycił jarlową za rękę ze wzniesionym mieczem, po czym wygiął ją w łokciu. Przez mgnienie kątem oka dojrzał wystraszone oczy jakiegoś mazowieckiego wojownika rozłożonego na plecy na chodniku palisady za rozwalonymi palami. Niechybnie jarlowa zamachnęła się do śmiertelnego ciosu.
Varmgudinde ani myślała popuścić. Szamotali się czas jakiś, pokrzykując po słowiańsku i duńsku. W końcu Siemowit uderzył ją lewą pięścią w podbrzusze, silnie, nie zważając na żelazne kolce wystające z jej pasa. Na szczęście dla siebie, a na nieszczęście dla jarlowej trafił pod klamrą. Padła na kolana z wytrzeszczonymi oczyma, gwałtownie próbując złapać w płuca zatamowane powietrze. Kjetil kopnięciem zrzucił trusowego drużynnika w dół żywej rampy. Drugiemu, co już mierzył w głowę Siemowita toporem, wybił trzonkiem własnego topora przednie zęby. Uśmiechając się szeroko, rzekł w rodzinnym języku:
– Powstrzymaj się, bracie! To ich sprawa!
Po szeregach Skandynawów przebiegły narastające szmery:
– Konung Słowian! Ojciec Leifa!
Natarcie zostało przerwane. Zaledwie Siemowit sprowadził słaniającą się na nogach Varmgudinde na dół rampy, na rozbitej palisadzie pojawili się mazowieccy obrońcy. Mrowie, z napiętymi łukami, wzniesionymi do rzutu oszczepami.
– Koniec walki!!! – zakrzyknął potężnie Siemowit w ich stronę. – Czekam w obozie na Ciecha!
Skończyło się na zawarciu pokoju pomiędzy księciem a grodzianami. Ku zaskoczeniu Siemowita Ciech przydał mu na wyprawę trzydziestu przednio uposażonych wojowników. Z jeszcze większym zdumieniem pomieszanym ze skrępowaniem przyjął od naczelnika grodu podarki, niebogate, ale jednak.
– Za waszą zacność, żeście nas przed szałem tej walecznej kobiety uchronili, książę – zaznaczył naczelnik grodu.
Następnego ranka Siemowit i Varmgudinde wyruszyli w kierunku Przemyśla. Jarlowa prowadziła swoje oddziały, zachowując dystans do armii Siemowita. Od zeszłego wieczoru, zakończenia walk pod Ciechem i ostrej sprzeczki między namiotami nie zamienili ani słowa. Siemowit wyjaśnił jej nieprawdziwość zarzutów wobec Mazowszan i zarzucił zwierzęce zaślepienie w mordowaniu niewinnych obrońców. Jego wysiłki trafiły na mur zacięcia. Varmgudinde zapowiedziała księciu, że i tak wybije wszystko co żywe wokół niej, jeżeli nie odnajdzie syna lub na wypadek jego śmierci.
W dodatku wrześniowe słoty nie sprzyjały poprawie nastrojów pośród wojowników. Deszcze na przemian z dotkliwym ziąbem, pokryte zwałami opadłych liści drogi, zdradliwe roztopy po bokach, szarawe niebo wstrzymujące słoneczne promienie. I ta niepewność – dokąd zmierzają? Gdzie zapędzi ich książę? Wrócą przed zimą w rodzinne strony? I jeszcze tylu grozę budzących skandynawskich wojowników za nimi… Jakby ich pędzili na rzeź niczym stado baranów…
Trzeciego dnia oddział zwiadowców złożony z lubuszańskich jeźdźców natknął się niespodziewanie na niewielkie zgrupowanie. Kilkunastu obcych zgromadzonych wokół ogniska na przytulnej polanie. Lubuszanie bez namysłu spięli konie do ataku, gdy jeden z zaskoczonych nieznajomych wysunął przed siebie w górę nad głowę nieznany oręż. Dowódca zwiadu w pędzie konia zdzielił śmiałka włócznią po głowie, jedynie rzucając otumanionego na ziemię. Reszta obcych rozniesiona została na strzępy orężem, nie zdążywszy stawić oporu. Zawleczono nadal nieprzytomnego jeńca do obozu, dziwując się po drodze owej broni. Zwykły drewniany krzyż. Duży, co prawda, niemal na długość nogi, ale jak tym walczyć? Ani do rzutu niezdatny, ani strzał nie miota, bez ostrych czubów? Toż to żadna broń. Jeden ze zwiadowców zauważył, że przecież niektórzy wojownicy od Sasów podobne na szyjach noszą, nanizane na rzemyki, ale to przecież znak ich bogów… Poza tym – wtrącił inny – z odzienia i zawartości tobołów na wojowników nie wyglądali. Na kupców też nie.
– Nieważne – uciął dyskusję dowódca zwiadu. – Książę rozstrzygnie, ważne, że mamy jeńca. Już Strzewit go skutecznie przepyta.
Siemowit zarządził natychmiast krótki postój. I ani słowa tym z Truso o jeńcu – nakazał surowo. Dopóki się nie wywiedzą szczegółów.
Obcy okazał się posłańcem od Mojmira morawskiego, syna i następcy Świętopełka, do Siemowita.
– Możny jakiś i znacznej rangi, ale niewojennego rzemiosła – szemrali między sobą druhowie księcia, przyglądając się spętanej więzami postaci, skulonej między ogniskiem a wejściem do namiotu.
Niepewność rozwiał nadeszły akurat Myśliduch:
– Coście, duchownego chrześcijan złapali?
– Twoi ze zwiadu go przywlekli – oznajmił mu Przemił.
Siemowit pokręcił głową.
– Powinienem się domyśleć… ten krzyż…
– I to znacznego duchownego. – Myśliduch przykucnął obok brata. – Spójrz na ozdoby jego szat.
– Oznajmił, że Mojmir go do mnie z poselstwem przysłał.
– Skoro tak, to lepiej chowaj go chyżo do namiotu i ustaw wokół kręgi drużyny. Przedtem sprawdź, czy nie ma przy sobie jakowejś trucizny.
– Jakiej trucizny? – obruszył się Siemowit.
– Umyślny od Morawian, pojmujesz? – Myśliduch pokręcił głową.
Zasiedli w namiocie w szóstkę. Siemowit, Przemił, Myśliduch, Ścisło i Mścibor naprzeciwko skulonego posłańca. Przedstawił się jako Pazdromir, opat z Ołomuńca. Nie miał przy sobie ani trucizny, ani żadnych innych podejrzanych przedmiotów. Natomiast to, co wyjawił…
Węgry przegrały niedawno sromotnie wielką bitwę z Bułgarami i Pieczyngami Zmuszeni zostali do opuszczenia swoich siedzib nad Morzem Czarnym. W sukurs przyszło im niespodziewane zaproszenie króla Franków, Arnulfa z Karyntii, proponującego im osadzenie się w olbrzymiej kotlinie na Panonii. Propozycja Arnulfa nie wynikła z litości nad ich losem, postanowił ich użyć w wojnie przeciwko Morawianom. Zdesperowani Węgrzy zamierzają ruszyć wszystkimi plemionami, w towarzystwie jeszcze trzech chazarskich, na lesiste przełęcze w południowych Beskidach, by wedrzeć się do Panonii nad górną Cisą. Dysponują wielką potęgą, tysiące wojowników na koniach. Jeżeli zdołają się przedrzeć przełęczami, Morawy znajdą się w śmiertelnych kleszczach: od zachodu Frankowie, od wschodu Węgrzy. Szukając sprzymierzeńców, Świętopełk wszedł w porozumienie z Pieczyngami, by zaatakowali Węgrów ponownie, ale jeszcze po wschodniej stronie Beskidów. Wypłacił Pieczyngom krocie złota i srebra za pomoc. Do gry włączył się również Oleg kijowski, w śmiertelne boje z Pieczyngami uwikłany. Jemu z kolei zależy, by Węgrzy nie uchodzili do Panonii, lecz wdali się w bitwy z Pieczyngami. Takoż wszystko się przez to poplątało. Świętopełk z Pieczyngami przeciwko Węgrom, Oleg z Węgrami przeciwko Pieczyngom. Poselstwa między Świętopełkiem a Olegiem nie doszły do porozumienia, bo władca Kijowa zażądał od Morawian, by całkowicie zaprzestali roszczeń do ziem Lędzian. Ale król morawski nie zamierza mu ustąpić, bo chce wykorzystać Lędzian do walki przeciwko Węgrom. I nie tylko Lędzian… przy ostatnich słowach poseł się zaciął. Niepewnie dokończył, spoglądając trwożliwie na Siemowita.
– Mówże! – ponaglił go Przemił.
– Mój król postanowił wykorzystać Mazowszan do nacisku na Olega i… i… was, panie, do sojuszu przeciwko Frankom…
Siemowit przykucnął przed nim. Już wyciągał rękę w kierunku gardła Morawianina. Myśliduch uchwycił brata z tyłu pod ramiona, unieruchamiając go w uścisku. Mścibor, doskoczywszy, usiadł okrakiem na kolanach kuzyna.
Siemowit targał głową, wykrzykując:
– Mów, padlino! Gdzie moja rodzina?!
– Panie! Ja tylko słowa przekazuję! Król nasz jeszcze za życia zlecił porwanie waszej małżonki z dziećmi, by was do ustępstwa przymusić! Są cali i zdrowi! Bo po śmierci Świętopełka syn jego Mojmir zapanował, wtedy dopiero się dowiedział o tajnych poczynaniach ojca. Też chce was do układu nakłonić, ale nakazał otoczyć waszą żonę z dziećmi bezpieczną opieką i mnie dlatego wysłał…
– Gdzieee?! – Potężny wrzask księcia wstrząsnął połami namiotu.
– Nie wiem, chyba pod Przemyślem… Skoro tam oczekuje na was Mojmir!
Siemowit wpatrywał się w niego.
– Morawianie zapuścili się konno na nasze ziemie? – spytał Przemił z niedowierzaniem. – Od kiedy potraficie konno z łuków strzelać?
– To byli opłaceni Pieczyngowie w przebraniu, wielki wodzu! Rodzinę Mieszdroła też porwano na rozkaz Świętopełka!
Poły namiotu rozsunęły się gwałtownie pod naciskiem dwóch upadających z zewnątrz do środka drużynników księcia. Jeden z nich, niemal otumaniony silnym uderzeniem w twarz, zdołał wystękać:
– Książę, naszła niespodziewanie, krzyczeliście tak głośno…
Przekroczywszy ich, do środka weszła Varmgudinde z obnażonym mieczem. Za nią tłoczyli się zdezorientowani polańscy i skandynawscy wojownicy.
– Mamy sprawców, Morawianie stoją za porwaniem – wymsknęło się nieopatrznie Ścisłowi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
