Przodkowie - Robert F. Barkowski - ebook

Przodkowie ebook

Robert F. Barkowski

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Oto kolejny, już czwarty tom z serii powieści historycznych Roberta F. Barkowskiego „Przodkowie” poświęcony przygodom polańskiego księcia Siemowita, założyciela państwa piastowskiego.

Los i przeznaczenie stawiają przed księciem Siemowitem nieustanne wyzwania. Porażki mieszają się ze zwycięstwami, wyzwania władcy z codziennością zwykłego człowieka. Jego siła ducha nie gaśnie, ale ciało zmaga się z nieuchronnym biegiem lat. Mimo to Siemowit kroczy nieugięcie wyznaczoną drogą, zdobywając wśród sąsiednich władców zawołanie Zacnego. Pozostaje wierny pamięci przodków, więzi do przyjaciół, miłości do ukochanej żony i dzieci oraz zobowiązań wobec poddanych.

Niespodziewanie porwano jego żonę Dobiechnę wraz z dziećmi! Piastowski książę rusza natychmiast na czele oddziałów w ich poszukiwaniu. Trop wiedzie przez Mazowsze aż pod Przemyśl. W drodze dołącza do niego jarlowa Truso Varmgudinde na czele skandynawskich zastępów – wśród porwanych znajduje się przecież ich wspólny syn, Leif. Siemowit walczy o Kraków z Lutykami, Pomorzanami, Czechami, Mazowszem i władcami innych plemion polańskich. Czy i tym razem zwycięży? Czy fortuna nie przestanie mu sprzyjać?

Wcześniej w ramach cyklu „Przodkowie”, ukazały się: tom I pt. „Siemowit. Burzliwy”, tom II ‒ „Siemowit. Zagubiony” i tom III – „Siemowit. Nieustępliwy”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 353

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redak­tor pro­wa­dzący: Bogu­sław Kubisz Redak­tor: Jerzy Lewiń­ski Korekta: Bogu­sława Jędra­sik Pro­jekt okładki: Paweł Zaręba

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026 Copy­ri­ght © by Robert F. Bar­kow­ski, 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18951-5

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Nie­raz potom­stwo speł­nia na swój spo­sób ocze­ki­wa­nia rodzi­ców, nie zawsze według ich życzeń, ale pomna­ża­jąc przy tym ich pra­gnie­nia i zamiary.

O niektórych postaciach wystepujacych w powiesci

DRU­HO­WIE/PRZY­JA­CIELE SIE­MO­WITA

Budzi­mir, Chra­boj, Cio­suń, Kje­til, Prze­mił, Stroj­mir, Strze­wit, Woj­mir

RADA KSIĄ­ŻĘCA

Budzi­mir (dyplo­ma­cja, kraje Poła­bia), Chra­boj (skarb­nik), Cio­suń (budow­ni­czy, kon­struk­tor), Domo­rosł (następca Jasz­czyca od 897 roku, kapłan wiary, opie­kun tra­dy­cji, prawa i zwy­cza­jów), Kje­til (dyplo­ma­cja, kraje skan­dy­naw­skie, zada­nia spe­cjalne), Prze­mił (pala­tyn, zastępca Sie­mo­wita), Radzi­mir (dyplo­ma­cja, zie­mia Wiślan, Kra­ków, Mora­wia­nie, Cze­chy, od 895 roku dodat­kowo zarząd ksią­żę­cego grodu w miej­sce Bruzda), Smarz (od 895 roku, po Darz­mi­rze, zarząd cywilny Gie­cza, naczelny rad star­szych pozo­sta­łych polań­skich gro­dów), Stroj­mir (od 895 roku, znawca ple­mion wschod­nio­sło­wiań­skich, Lędzian, Mora­wian, Rusów i Węgrów), Strze­wit (szpie­go­stwo, bez­pie­czeń­stwo księ­cia i jego rodu), Wit­tig (od 895 roku, w miej­sce Fulka, znawca kra­jów Fran­ków), Woj­mir (siły zbrojne)

POTOM­STWO SIE­MO­WITA

Bojo­mir (imię po dziadku, Bojo­mi­rze Pia­ście) i Radu­sza – matka Świę­tana; Lestek i Zmy­sław – matka Dobiechna; Leif – matka Varm­gu­dinde

RÓWIE­ŚNICY ZAPRZY­JAŹ­NIENI Z POTOM­STWEM SIE­MO­WITA

Bra­ni­bor (syn Budzi­mira), Cie­cior (kuzyn, syn Kje­tila i Wie­to­szy), Gorze­mir (wnuk Bruzda), Jemiochna (córka Łoziny), Kwie­lich (syn kmieci z Cho­dlika), Lubic (syn brań­ców z Czech), Odrzy­woj (syn brań­ców spod Krzy­wina), Roz­dęb (wnuk Gniesz­cza, pomor­skiego księ­cia Wie­rzy­czan), Sie­mo­sław (syn Prze­miła i Miło­czai), Trze­mir (pra­wnuk Sękła), Wrze­sław (kuzyn, syn Cio­su­nia i Źra­nicy)

POSTA­CIE HISTO­RYCZNE

Arnulf z Karyn­tii – król Fran­ków Wschod­nich z dyna­stii Karo­lin­gów (cesarz od 896 roku)

Arpad – węgier­ski zwierzchni książę mili­tarny

Bil­lung – saski graf Lüneburga, syn Egberta, przy­rodni brat fik­cyj­nego Myśli­du­cha, zało­ży­ciel rodu przy­szłych ksią­żąt Sak­so­nii

Bole­sła­wic – z pol­ska i po cze­sku Bole­sław (zwany przez arab­skiego podróż­nika Bas­gla­bi­cem), syn fik­cyj­nego księ­cia Sto­do­ra­nii Bole­mira

Dra­cho­mira – księż­niczka sto­do­rań­ska, córka fik­cyj­nego księ­cia Sto­do­ra­nii Bole­mira, sio­stra Bole­sła­wica

Gorm – syn duń­skiego króla Har­dek­nuta, pre­ten­dent do duń­skiego tronu, przy­rodni brat fik­cyj­nej jar­lo­wej Truso Varm­gu­dinde

Gosto­mysł – król Obo­dry­tów, syn Dobo­my­sła

Hen­ryk I – z przy­dom­kiem Ptasz­nik, syn Ottona I Dostoj­nego, księ­cia Sak­so­nii

Lestek – syn Sie­mo­wita i fik­cyj­nej Dobiechny

Moj­mir II – książę wiel­ko­mo­raw­ski, syn Świę­to­pełka I Wiel­kiego

Neklan – cze­ski wódz, kuzyn Borzy­woja I, wuj Spi­ty­gniewa i Wra­ty­sława

Oda – córka Ottona I Dostoj­nego, żona Zwen­ti­bolda (po sło­wiań­sku: Świę­to­pełka) od 897 roku, syna cesa­rza Arnulfa z Karyn­tii

Oleg Mądry – książę zwierzchni Rusi Kijow­skiej

Otto I Dostojny – możny sak­soń­ski z dyna­stii Liu­dol­fin­gów, rosz­czący pre­ten­sje do ksią­żę­cego tytułu

Przed­sław – moraw­ski książę w Bra­ty­sła­wie, syn Świę­to­pełka I Wiel­kiego

Sie­mo­wit – pierw­szy polań­ski książę z dyna­stii Pia­stów

Spi­ty­gniew I – książę Czech z dyna­stii Prze­my­śli­dów

Spy­ti­mir – zało­ży­ciel cze­skiej dyna­stii ksią­żę­cej w Libi­cach

Symeon I Wielki – książę Buł­ga­rii (car od 913 roku)

Świę­to­pełk II – moraw­ski książę w Nitrze, syn Świę­to­pełka I Wiel­kiego

Tar­kacsu – wódz węgier­ski, syn Arpada

Tęgo­mir (zwany przez Sasów: Tugu­mir) – książę sto­do­rań­ski, syn Bole­sła­wica i fik­cyj­nej Radu­szy (córki Sie­mo­wita)

Vok – syn Spy­ti­mira

Wło­dzi­sław – wódz lędziań­ski (wschodni obszar)

Wra­ty­sław I – książę Czech z dyna­stii Prze­my­śli­dów, młod­szy brat Spi­ty­gniewa

Wysz – wódz lędziań­ski (połu­dniowy obszar)

Zwen­ti­bold (po sło­wiań­sku: Świę­to­pełk) – syn cesa­rza Arnulfa z Karyn­tii

Żaganna – fik­cyjne imię córki Bole­sła­wica i Radu­szy, przy­szłej, jed­no­rocz­nej żony Ottona I Wiel­kiego

POSTA­CIE FIK­CYJNE

Arbe­tusu – wódz pie­czyń­ski nad szcze­pem Jab­der­tim

Bojo­mir – syn Sie­mo­wita i Świę­tany

Bole­mir – książę Sto­do­ra­nii, następca Sła­wi­bora

Bra­ni­bor – syn Budzi­sława

Bruzdo – wojow­nik z Gie­cza

Budzi­mir – sto­do­rań­ski wojow­nik z Brenny

Cetrycz – samo­zwań­czy władca San­do­mie­rza

Chra­boj – wojow­nik z Gie­cza

Ciech – mazo­wiecki namiest­nik grodu tegoż samego imie­nia

Cie­cior – syn Kje­tila i Wie­to­szy

Cio­suń – wojow­nik z Cią­że­nia

Darz­mir – naczel­nik gie­czań­skiego rodu

Dobiechna z Kra­kowa – żona Sie­mo­wita, córka wiślań­skiego księ­cia Wisława

Domo­rosł – kapłan z Gie­cza pocho­dzący z Wiślicy, następca Jasz­czyca

Fulko (Fulk­mar) – zbie­gły z klasz­toru bawar­ski mnich z Raty­zbony

Gar­ci­sław – książę pomor­ski z sie­dzibą w Kamie­niu

Gawo­rzyc – książę Krzy­wina

Gnieszcz – pomor­ski książę Wie­rzy­czan

Gorze­mir – wnuk Bruzda

Grzmi­bór – książę Wkrza­nów, syn Nawojki, kuzyn Sie­mo­wita

Jastrzun – gie­czań­ski wojow­nik, syn Darz­miła, dowódca ksią­żę­cej dru­żyny

Jasz­czyc – kapłan z Kali­sza

Jemiochna – wojow­niczka z Gie­cza, córka Łoziny

Kor­me­cher – żydow­ski han­dlarz końmi i sło­wiań­skimi nie­wol­ni­kami

Kje­til – duń­ski wojow­nik z wyspy Fala­ster

Kro­to­sław – wiślań­ski naczel­nik rady star­szych Cho­dlika, winny Sie­mo­wi­towi posłu­szeń­stwo

Kwie­lich – syn kmieci z Cho­dlika

Leif Ven­de­res­son – syn Sie­mo­wita i Varm­gu­dinde

Lubic – syn brań­ców z Czech

Lubo­sław – syn Lubo­wita

Lubo­wit – lędziań­ski wódz, syn Lubo­mira, kuzyn Sie­mo­wita, namiest­nik pia­stow­skiej czę­ści kraju Lędzian

Łozina – wojow­niczka z Gie­cza, wła­ści­cielka karczmy

Maciosz – syn Namy­sława, księ­cia Psz­czewa

Manau­sta – córka Mie­sz­droła

Mie­sz­droł – naczelny książę Mazow­sza

Miło­czaja – wojow­niczka z Gie­cza, żona Prze­miła

Miło­gost – książę Brusz­czewa

Miro­wit – syn Mie­sz­droła

Misława – córka Mści­bora i pomor­skiej księż­niczki, córki Gar­ci­sława

Moj­mira – córka króla moraw­skiego Świę­to­pełka I Wiel­kiego

Mści­bor – książę Koło­brzegu, syn Mestweka, kuzyn Sie­mo­wita

Myśli­duch – syn Bojo­mira Pia­sta (ojca Sie­mo­wita) i Rze­pichny, przy­brany syn grafa Egberta, przy­rodni brat Sie­mo­wita i grafa Bil­lunga, namiest­nik Lubu­sza

Namy­sław – książę Psz­czewa

Odrzy­woj – syn brań­ców spod Krzy­wina

Paszko – goplań­ski możny, komes Krusz­wicy, były dowódca dru­żyny Popiela

Pozna­mir – syn Pozna­wita

Pozna­wit – moraw­ski żupan, dowódca kra­kow­skiego gar­ni­zonu

Pra­wi­mir – książę Mię­dzy­rze­cza

Prze­mił – wojow­nik z Gie­cza

Racel – książę Ranów

Radochna – córka kali­skiego wojow­nika, kochanka, póź­niej żona Bojo­mira

Radu­sza – córka Sie­mo­wita i Świę­tany, żona Bole­sła­wica

Radzi­mir – wiślań­ski wiel­moża z Kra­kowa, z nada­nia Sie­mo­wita naczel­nik grodu Radzim nad Wartą

Rędusz – wkrzań­ski wojow­nik, syn naczel­nika grodu na Przę­cła­wie

Rogned – ware­ski jarl, doradca Olega kijow­skiego

Roz­dęb – wnuk Gniesz­cza

Roz­jemca Zbie­racz – tajem­ni­czy opie­kun świą­tyni na górze Ślęża, zwierzch­nik wszyst­kich kapła­nów świę­tych miejsc na zie­miach Sło­wian Zachod­nich

Sękło – naj­wyż­szy rangą kapłan z Gnie­zna

Sie­mo­sław – syn Prze­miła i Miło­czai

Smarz – głowa gie­czań­skiego rodu

Stroj­mir – wojow­nik z Gie­cza

Strze­wit – wojow­nik z Gie­cza

Szym – wódz lędziań­ski nad Prze­my­ślem

Ści­sło – łużycki wódz, syn Cho­cie­sza, kuzyn Sie­mo­wita, namiest­nik Łużyc z nada­nia Sie­mo­wita

Tęgo­bir – książę sto­do­rań­ski, syn Bole­mira

Tężoj – naczelny kapłan Luty­ków, owoc gwałtu Luta i Makru­cha na Świę­ta­nie, przy­rodni brat Bojo­mira i Radu­szy, dzieci Sie­mo­wita

Trze­mir – pra­wnuk Sękła

Varm­gu­dinde – jar­lowa Truso, córka duń­skiego króla Har­dek­nuta, matka Leifa

Wie­to­sza – sio­stra Ści­sła, kuzynka Sie­mo­wita, żona Kje­tila

Wit­tig – pozba­wiony tytu­łów i majątku saski graf, ska­zany na śmierć przez cesa­rza Arnulfa z Karyn­tii, przy­rodni kuzyn Myśli­du­cha i rodzony Bil­lunga

Woj­mir – wojow­nik z Gie­cza

Wrze­sław – syn Cio­su­nia i Źra­nicy

Yngvi – skan­dy­naw­ski kapłan z Uppsali, Roz­jemca ziem skan­dy­naw­skich z przy­dom­kiem Poszu­ki­wacz

Zmy­sław – syn Sie­mo­wita i Dobiechny

Źra­nica – sio­stra Ści­sła, kuzynka Sie­mo­wita, żona Cio­su­nia, póź­niej Tęgo­bira

OPRÓCZ POSTACI LUDZ­KICH:

Krę­tacz – następca Kopy­cia, ulu­bio­nego dzika Sie­mo­wita

Roz­drap – oswo­jony orzeł Lestka

Rozjuszona matka

W bitew­nym zgiełku przy­jaźń nasą­cza się wspól­nie prze­laną krwią, stru­gami potu i wza­jem­no­ścią w obli­czu bojo­wego okru­cień­stwa. Po walce zale­gają poko­tem, dysząc, jęcząc, tocząc wokół umę­czo­nym wzro­kiem. Jeden rzuca spro­śne uwagi, tamu­jąc jątrzący z ran ból, drugi użala się nad roz­trza­skaną tar­czą, jesz­cze inny mam­ro­cze pod nosem posępne modli­twy do bogów. Jak to mię­dzy przy­ja­ciółmi.

Nie tym razem.

Oto­czyli w mil­cze­niu Sie­mo­wita, zszo­ko­wani wie­ścią o porwa­niu rodziny. Żaden nie powa­żył się na wyda­nie jakie­go­kol­wiek dźwięku. Cio­suń chyba wstrzy­mał oddech, mie­niąc sie na wzdę­tych policz­kach.

Książę opie­rał się prawą ręką o naj­niż­szą gałąź przy­sa­dzi­stego wiązu. Wpa­trzony w pofa­lo­wane jezioro, z lekko drżą­cymi war­gami, ryt­micz­nie krę­cąc głową na boki.

Pierw­szy odwa­żył się Myśli­duch. Zbli­żyw­szy się do Sie­mo­wita, poło­żył mu rękę na ramie­niu, deli­kat­nie je pocie­ra­jąc.

– Bra­cie – rzekł wolno – bra­cie… Ock­nij się z roz­pa­czy, dru­ho­wie mdleją z nie­mocy. Dzia­łajmy, daj roz­kaz.

Nie­opo­dal prze­szła kolumna wojow­ni­ków, tocząc na tacz­kach ciała pole­głych w boju. Zestra­chani, spo­zie­rali w kie­runku księ­cia i dru­hów. Strasz­liwa wieść roz­nio­sła się już po Gie­czu.

Nad tonią jeziora prze­le­ciał klucz kor­mo­ra­nów, wiesz­cząc ochry­płymi skrze­kami jako­weś mroczne roz­draż­nie­nie.

Do zebra­nych zbli­żyła się z wolna ksią­żęca dru­żyna, pro­wa­dzona przez mło­dego Jastrzuna. Mocno prze­trze­bieni, nazna­czeni bitew­nymi ranami, przy­sta­nęli w mil­cze­niu w sto­sow­nej odle­gło­ści. Cze­kali.

– Druhu, pomnij, że Leif mię­dzy porwa­nymi – rzekł Prze­mił do księ­cia, głę­boko odsap­nąw­szy. – Trzeba jak naj­szyb­ciej umyśl­nych do Varm­gu­dinde posłać.

Sie­mo­wit, spoj­rzaw­szy na niego na wpół­przy­tom­nie, zapy­tał:

– Leif też…?

– Dość mazga­je­nia się! – Sta­now­czy głos Myśli­du­cha zbesz­tał wszyst­kich niczym sma­gnię­cie rze­mieni pej­cza. – Nie czas na sar­ka­nia trwo­nić!

Uchwy­ciw­szy Sie­mo­wita za oba ramiona, potrzą­snął nim.

– Z każdą chwilą trop zanika, ruszajmy!

Roz­glą­da­ją­cemu się wokół Sie­mo­wi­towi wra­cała jasność spoj­rze­nia.

– Dru­ho­wie?

– Prze­ży­li­śmy, wszy­scy – odparł pospiesz­nie Prze­mił.

– Dru­żyna? Widzę, mocno prze­trze­biona…

– Wię­cej niż połowa zdatna do walki! – zakrzyk­nął ocho­czo Jastrzun.

– Zabie­ram ze sobą pięć­dzie­się­ciu moich Pomo­rzan. – Mści­bor, zbli­żyw­szy się do księ­cia, usi­ło­wał dopo­móc mu w ścią­gnię­ciu zbro­czo­nej krwią kol­czugi. – Reszta musi ran­nych i ciała pole­głych do Koło­brzegu odtran­spor­to­wać.

– Ja też – wtrą­cił Ści­sło w przy­klęku, zajęty nakła­da­niem opa­trunku na jątrzącą się na łydce ranę. – Nie­wielu mi zostało, ale lepiej czter­dzie­stu łużyc­kich rębaj­łów niż żaden.

Myśli­duch odsap­nął:

– Z moimi Lubu­sza­nami jest nas stu pięć­dzie­się­ciu. Dodaj do tego twoją prze­trze­bioną dru­żynę i dru­hów, masz trzy setki wojow­ni­ków, bra­cie.

– Woj­mir? – zapy­tał Sie­mo­wit.

– Nie zbie­rzemy wię­cej jak pięć setek naszych – rzu­cił z zatro­ska­niem zapy­tany. – W samym Gie­czu nagi­nęło tylu, że… ach…

– Osiem setek. – Sie­mo­wit ruszył nad brzeg jeziora. Wszedł­szy do pasa w wodę, począł się obmy­wać. – Opo­rzą­dzić się, przy­go­to­wać pro­wiant, konie, broń. Spro­wadź­cie tę nie­szczę­sną trójkę, co oca­lała z napadu, popro­wa­dzą nas.

– Pomarli już. – Budzi­mir roz­ło­żył bez­rad­nie ręce. – Ten jeden dotarł tu z dzidą wysta­jącą z piersi…

– Żałość po dziel­nych wojach, nie ich wina – wtrą­cił Prze­mił.

– Wysła­łem już umyśl­nych szpie­gów pod Mogilno i w stronę Mazow­sza – dodał Strze­wit. – Jak roz­ka­żesz, poślemy posłów do Mie­sz­droła.

– Skąd wiesz, że on za tym stoi? – spy­tał Prze­mił. – Wiemy tylko, że pory­wa­czami są mazo­wieccy wojow­nicy.

– Z kim wal­czymy od lat na Mazow­szu? – odparł z prze­ko­na­niem Strze­wit.

– Mazow­sze to nie tylko Mie­sz­droł na pół­nocy – zauwa­żył Prze­mił. – Na wscho­dzie rów­nie potężny książę włada, na gro­dzie wiel­kim w Stru­mia­nach zasiada. Szlak przez Dro­hi­czyn kon­tro­luje. Na połu­dniu też silni ksią­żęta.

– To wyślemy posłów do wszyst­kich mazo­wiec­kich ksią­żąt – rzekł Strze­wit.

– Nie zacią­gniesz na służbę ślą­skich oddzia­łów? – Sie­mo­wit wycho­dził na brzeg. – Wal­czyli zaprawdę okrut­nie, przed­nie woje.

– Skar­biec pusty – odparł, nie skry­wa­jąc lek­kiej zgryź­li­wo­ści Chra­boj. – Nie opła­cisz ich.

– Sknero – przy­ga­nił mu książę. – Może byś przy­po­mniał sobie te wszyst­kie garnki ze sre­brem poza­ko­py­wane po oko­licy?

– Moje garnki, nie twoje – odparł hardo Chra­boj.

– Nie dogry­zaj­cie sobie nawza­jem – upo­mniał ich Myśli­duch. – Ślą­zacy wielką nam pomocą przy­słu­żyli, bez nich nie poko­na­li­by­śmy Reda­rów. A wzięli wielką zapłatę, bo z ciężką duszą przy­szli nam na odsiecz. U nich teraz walki z napie­ra­ją­cymi Cze­chami okrutne.

– Psy z Czech napa­dają nasze ple­miona? – zdzi­wił się Sie­mo­wit.

– Nie psy, tylko bra­cia nam w oby­cza­jach i tra­dy­cji – upo­mniał go Ści­sło. – Po co te przy­cinki?

Sie­mo­wit spoj­rzał na niego uważ­niej. Po chwili, przy­pi­na­jąc do bio­dra pas z pochwą, rzekł pojed­naw­czo:

– Wybacz, kuzy­nie, masz w pełni rację. Kto wie, czy los nie wyzna­czy nam bra­ter­stwa z nimi… kto wie… – Roz­glą­dał się za czymś. – Gdzie Kje­til? – zapy­tał po chwili.

– Poszedł z goń­cami na drogę przy Źre­nicy. Wysyła ich do Varm­gu­dinde – oznaj­mił Prze­mił. – Nie­ba­wem wróci.

Sie­mo­wit, ski­nąw­szy głową, pomy­ślał: Bogo­wie, trzy­maj­cie nade mną pie­czę… jak ona się dowie o upro­wa­dze­niu Leifa, roz­ca­pie­rzy mnie wła­sno­ręcz­nie topo­rem…

* * *

Póź­nym popo­łu­dniem dotarli pod Mogilno. Na pali­sa­dzie grodu zaro­iło się od wojow­ni­ków. Zawarli bramę, na mostek przez rzeczkę zrzu­cili z góry kilka ostro­ko­łów. Po chod­niku pali­sady bie­gali pokrzy­ku­jący roz­kazy dowódcy. Spra­wiali wra­że­nie ogar­nię­tych paniką.

– Gród nie należy do cie­bie? – Siląc się na żar­to­bli­wość, Myśli­duch kuk­snął Sie­mo­wita w bok.

– Coś im umy­sły przy­tłu­miło – odparł nie­pew­nie zapy­tany.

– Wysuń się do przodu ze zna­kiem księ­cia w górze – z wyso­ko­ści sio­dła Woj­mir kop­nął w zad konia wojow­nika z dru­żyny – zanim nas strza­łami zasy­pią.

Na widok sztan­daru Cho­ści­ska w obroń­cach nastą­piła gwał­towna prze­miana. Jakby tchnęła w nich ulga. Burz­liwe wiwaty ude­rzyły pod niebo, roz­warto bramę, naprędce oczysz­czano pomost z prze­szkód. Przed ksią­żę­cym orsza­kiem poja­wili się dowo­dzący obroną. Cha­otycz­nie wyja­śniali przy­czynę panu­ją­cego na wale popło­chu. Z samego rana straże zanie­po­ko­iły docho­dzące z polan mię­dzy lasami na wscho­dzie odgłosy walki. Dla roz­po­zna­nia wysłano natych­miast oddział kon­nych. Po jakimś cza­sie dola­tu­jący z dala har­mi­der ustał, a zwia­dowcy nie powra­cali. Wysłano kolej­nych dzie­się­ciu wojow­ni­ków na koniach. Powró­cił zale­d­wie jeden, przy­no­sząc strasz­liwe wie­ści. Na wrzo­so­wi­skach mię­dzy lasem a drogą na zglisz­cza po Mie­tlicy zale­gała nie­mal setka tru­pów. Zabici naj­wi­docz­niej w gwał­tow­nej bitwie. W pole­głych patrol roz­po­znał wojow­ni­ków z Gie­cza i Grzy­bowa, po prze­świet­nych zbro­jach nie­chyb­nie z ksią­żę­cych oddzia­łów. Pierw­szą myślą była obawa, że Lutycy wygrali bitwę o Giecz, gdzie prze­cież i z Mogilna spory oddział wal­czył, i teraz gra­sują po oko­licy. Ale że przy tru­pach uzbro­je­nie i broń pozo­sta­wiono… nawet sakwy z mie­niem… a i ogłu­piałe konie pętały się wszędy… Sto metrów na wschód od miej­sca bitwy natknęli się na zwłoki wojow­ni­ków z pierw­szego oddziału, wszy­scy poza­bi­jani strza­łami.

– Wtedy zza wyso­kiej skarpy na zakrę­cie rzeczki wypa­dła na nas nie­spo­dzie­wa­nie jazda – oca­lały Mogil­nia­nin koń­czył rela­cję zzia­ja­nym gło­sem. – Nawet tarcz nie zdą­ży­li­śmy pod­nieść, zasy­pała nas chmara strzał. Tyl­kom ja zdo­łał zbiec.

– Mazow­sza­nie? – spy­tał wolno Strze­wit.

– Nie ina­czej – przy­tak­nął wojow­nik. – Konie ich­niej­sze, łatwo od naszych odróż­nić, kubraki z ciem­nych skór pokryte łuskami, wyso­kie hełmy.

– Z łuków strze­lali w biegu konia? – dopy­ty­wał Strze­wit z naci­skiem.

– Jakom rzekł.

W gro­dzie uzu­peł­nili szybko pro­wiant, na co przy opusz­cza­niu Gie­cza czasu nie stało, i pognali konie w kie­runku Mie­tlicy.

Na milę przed żało­snymi szcząt­kami znisz­czo­nego przed laty na roz­kaz Sie­mo­wita grodu natknęli się nie­spo­dzie­wa­nie na silny oddział jazdy z Krusz­wicy dowo­dzony przez Paszka. Komes Krusz­wicy, nie tra­cąc czasu na powi­ta­nia, obja­śnił naprędce Sie­mo­wi­towi:

– Przez Krusz­wicę prze­szli wysłani przez cie­bie, książę, gońcy do Varm­gu­dinde. Na wieść o porwa­niu i Mazow­sza­nach zebra­łem w pośpie­chu zbroj­nych i ruszy­łem w kie­runku Mogilna…

– Słusz­nie postą­pi­łeś, liczy się każdy wojow­nik – prze­rwał mu Sie­mo­wit. – Omi­jamy jezioro od połu­dnia i spie­szymy w kie­runku Wisły. Gdzieś musieli się prze­cież prze­pra­wić, pod­jazdy zwia­dow­cze wzdłuż rzeki roze­ślemy.

– Do wyboru mają trzy brody – zauwa­żył Paszko. – Bie­głego w cza­rach należy się pora­dzić, ale trzeba by przy­sta­nąć…

Sie­mo­wit zigno­ro­wał jego ostat­nią uwagę.

Trze­ciego dnia od opusz­cze­nia Gie­cza zapu­ścili się w zakola dopływu Bugu do Wisły i stra­cili trop. Roz­le­głe bagni­ska skryły wszelki ślad.

– Teraz radź­cie! – Sie­mo­wit nie krył gniewu. – Gdzie są moje dzieci i żona?!

Nie było wyj­ścia. Zatrzy­mali się na postój.

Strze­wit powy­sy­łał kil­ka­na­ście oddzia­łów, nie­które dla zasię­gnię­cia języka w oko­licy, inne na dale­kie zwiady.

Wie­czo­rem przy ogni­sku dru­ho­wie uni­kali spoj­rzeń księ­cia. Dla ostroż­no­ści roz­sie­dli się po dru­giej stro­nie biją­cych cie­płem pło­mieni. Sie­mo­wit toczył po nich roz­ju­szo­nym wzro­kiem. Odtrą­ciw­szy podaną mu przez Prze­miła skwier­czącą pie­czeń, popi­jał sąż­ni­ście z pojem­nego gąsiora.

Cze­kali w ponu­rym mil­cze­niu, aż się ode­zwie.

Jedy­nie Kje­til nie stra­cił rezonu. Nucąc skan­dy­naw­skie pie­śni z rodzin­nej wyspy, prze­cha­dzał się, roz­da­jąc nani­zane na patyki kawałki spie­czo­nego mię­siwa. Kil­ka­krot­nie klep­nął spo­chmur­nia­łego księ­cia po ramie­niu. W końcu przy­siadł się do niego.

– Czego? – Sie­mo­wit nie krył roz­draż­nie­nia.

– Prze­cież nie musimy ich szu­kać – obru­szył się Kje­til. – Mie­sz­droł czy inny książę nie porwali dla zemsty, ina­czej zabi­liby Dobiechnę z dziećmi na miej­scu. Cze­goś zażą­dają. Cze­goś waż­nego, dla cie­bie i dla nas nie­zwy­kle cen­nego.

– Nie musieli na miej­scu zabi­jać – sprze­ci­wił mu się Woj­mir. – Może Mie­sz­droł cią­gnie ich do Płoń­ska? W rodo­wym gro­dzie poświęci ich w rytu­al­nym mor­dzie?

– Przy­mknij się! – zbesz­tał go Prze­mił. Ruchem głowy wska­zał na Sie­mo­wita. – Zaraz każe nam ruszać wszyst­kimi siłami na Płońsk. Kje­til mądrze prawi. Dobrze, że Strze­wit zwia­dow­ców wysłał.

Mil­czący dotąd Paszko wtrą­cił z namy­słem:

– Napo­my­ka­łem już, dajmy kapła­nowi wróżby odpra­wić – wtrą­cił z namy­słem mil­czący dotąd Paszko. – Porady bogów niech zasię­gnie…

– Skąd tutaj kapłan? Możeś sam w guślar­stwie wyuczony? – Woj­mir nie skry­wał iro­nii.

– Jest w moim oddziale…

Nie dokoń­czył. Wszy­scy zamil­kli zasko­czeni gwał­tow­nym powsta­niem księ­cia. Sie­mo­wit prze­cha­dzał się po obrzeżu sie­dzą­cych wokół ogni­ska, dra­piąc się prawą ręką za uchem. Zatrzy­maw­szy się przed Strze­wi­tem, zapy­tał:

– Gdzie ich naj­bliż­szy gród obronny?

– Ciech, na połu­dnie od Czer­ska. Wał wysoki, pali­sada z licz­nymi wie­żami, rzeka broni dostępu od naszej strony, pusz­cze i grzę­za­wi­ska na pół­nocy. Liczna załoga…

– Kto nimi prze­wo­dzi? – Książę się nie­cier­pli­wił.

– Ciech, gród od jego imie­nia, pod­dany Mie­sz­droła…

Sie­mo­wit odmach­nął mu ręką, nie dając dokoń­czyć.

– Ruszamy na Ciech, natych­miast, gotuj oddziały do wymar­szu! – rzekł do Woj­mira. – Zamie­nimy gród w pochod­nię ognia pod nie­biosa bucha­jącą. Wtedy zjadą wszy­scy ich­niejsi ksią­żęta na układy.

– Wtedy im nie zdzier­żymy – upo­mniał go Myśli­duch.

Ści­sło i Mści­bor przy­tak­nęli.

– Zdzier­żymy – uciął z prze­ko­na­niem Sie­mo­wit. – Ważne, by jak naj­szyb­ciej wyszło na jaw, gdzie potom­stwo i uko­chana żona. Jak trzeba, zamie­nimy całe Mazow­sze w bez­ludne ostępy. Z Ole­giem kijow­skim się sprzy­mie­rzę, przed Mora­wia­nami hołd złożę, nic nie jest waż­niej­sze od…

– Ole­gowi musiał­byś wprzódy kil­ka­set rąk i oczu oddać, jakieś ruskich jeń­ców po bitwie nad Bugiem oka­le­czył. – Prze­mił nie krył kąśli­wo­ści.

Sie­mo­wit zigno­ro­wał przy­tyk przy­ja­ciela.

* * *

Z pierw­szymi wrze­śnio­wymi sło­tami nad­cho­dzą­cej jesieni pode­szli pod Ciech. Potwier­dziła się opi­nia Strze­wita. Solidna warow­nia, obszerna, miej­sca wystar­czało na mro­wie zbroj­nych i lud­no­ści z oko­licz­nych osad. Usa­do­wiona na pół­wy­spie w zakolu rzeki, bro­niła przej­ścia na maja­czący na wscho­dzie trakt kupiecki.

Sie­mo­wit, wezwaw­szy Cio­su­nia, instru­ował go:

– Bierz się do roboty. Lasów wokół mno­gość, zapę­dzaj wojów do budowy sprzę­tów.

– Czym mamy ich zarzu­cać? Ani kamieni tu nie znaj­dziesz, siano z pól uprząt­nięte.

– Mam uczyć mojego ksią­żę­cego budow­ni­czego, jak kura jajo wysia­duje? Wymyśl jakieś bloki z baki drewna, nie wiem… Naj­póź­niej poju­trze kata­pulty na przed­polu mają pali­sadę i zabu­do­wa­nia wewnątrz ogniem zasy­pać.

– Może do Gie­cza umyśl­nych posłać po mate­riał i…

Sie­mo­wit, wes­tchnąw­szy, pokle­pał Cio­su­nia po ramie­niu.

– Woj­mir przyda ci gra­sow­ni­ków, złup­cie oko­licę.

– Ale… – pró­bo­wał opo­no­wać Cio­suń.

– Z moją kuzynką też się dro­czysz? Z sio­strą Ści­sła? Nie nauczyła cię kobieta z rodu Cho­ści­ska, że z nami się nie prze­ko­ma­rza?

– Co ma Źra­nica do… sam nie wiem… – odparł Cio­suń zre­zy­gno­wa­nym gło­sem.

– Wże­ni­łeś się w nasz ród, to śpie­waj zgod­nym ćwier­kiem.

Po namy­śle Cio­suń zapro­po­no­wał:

– Dobrze, dobrze, kata­pulty…

Pod­szedł do nich Strze­wit.

– Z grodu posłów wysłali.

Sie­mo­wit długo nie per­trak­to­wał, roz­draż­niony, że Mazow­sza­nie nic o jego rodzi­nie nie wie­dzą. Prze­rwał obce­sowo prze­wo­dzą­cemu dele­ga­cji Cie­chowi, zapo­wia­da­jąc zrów­na­nie grodu z zie­mią. Nie­ważne, jak, nie­ważne, jakimi sump­tami, albo zdążą się wywie­dzieć, gdzie Dobiechna i dzieci, albo po nich. Zanim wszyst­kich zgła­dzi. Ale prze­cież nim do Mie­sz­droła umyśl­nych poślą… a zresztą dla­czego mie­liby się powa­żać na taki czyn… i skąd niby u nich wojow­nicy w pędzie konia strza­łami z łuków mio­ta­jący – bro­nił się panicz­nie Ciech. – Po cóż rap­tem gwałt?

– Koniec roz­mów! – Wzbu­rzony gnie­wem Sie­mo­wit naka­zał, by wra­cali do grodu. – Wszyst­kich was wybiję! – pokrzy­ki­wał za umy­ka­ją­cymi posłami.

Jesz­cze gro­dzia­nie nie zdą­żali na dobre zawrzeć bramy, gdy na znak księ­cia przy­stą­piono do szturmu.

W pierw­szym natar­ciu spon­ta­niczna despe­ra­cja ata­ku­ją­cych nie prze­mo­gła prze­ra­żo­nej deter­mi­na­cji obroń­ców. Po dwóch godzi­nach ludzie księ­cia odstą­pili od szturmu, ścią­ga­jąc ran­nych i ciała pole­głych.

Sie­mo­wit nie dał im czasu na odsap­nię­cie. Nie zwa­ża­jąc na pierw­sze oznaki pokry­wa­ją­cego niebo zmierz­chu, sam popro­wa­dził drugi atak. Tym razem udało im się na dwóch odcin­kach wedrzeć na koronę pali­sady, ale nie utrzy­mali przy­czół­ków na chod­ni­kach. Nie zwa­ża­jąc na krwawe straty, Mazow­sza­nie wyparli ich na zewnątrz. W kłę­bią­cej się pod wałem gęstwie­nie wojow­ni­ków roz­sza­lały Sie­mo­wit usi­ło­wał pode­rwać ich do kolej­nego szturmu. Jakby kie­ro­wani mil­czącą zmową brat i kuzyni uchwy­cili go i wspól­nym wysił­kiem odcią­gnęli na drugi brzeg płyt­kiej rzeczki. W tym cza­sie Woj­mir i Budzi­mir prze­jęli pie­czę nad w miarę spraw­nym wyco­fa­niem wojow­ni­ków poza zasięg raże­nia wro­gich łuków i oszcze­pów.

W ponu­rych nastro­jach ścią­gali do obo­zo­wi­ska. Nie prze­szli połowy drogi, gdy zapa­da­jące ciem­no­ści ponow­nie roz­brzmiały bitewną wrzawą. Odgłosy walki docho­dziły z pół­nocy, tam gdzie rzeka roz­wi­dlała się na dwie odnogi.

– To nie nasi! – prze­ko­ny­wał Sie­mo­wita Woj­mir. Po namy­śle dodał nie­pew­nie: – Chyba że jakiś oddział zabłą­kał się, omi­ja­jąc bagna… udam się…

– Ostań, sami znajdą drogę – powstrzy­mał go książę.

Docho­dzili już do namio­tów.

To nie był zabłą­kany polań­ski oddział.

Pod Ciech nad­je­chała konno Varm­gu­dinde na czele duń­skich zastę­pów. Jar­lowa przy­pro­wa­dziła ponad ośmiu­set wojow­ni­ków. Skąd w Truso tyle wojen­nego luda?

W Danii wybu­chły bra­to­bój­cze walki, wywo­łane nie­spo­dzie­wa­nym powro­tem z Bry­ta­nii Gorma na czele wielu okrę­tów. W krwa­wej bitwie Gorm poko­nał jarla Swe­wów, Sig­trygga, mie­nią­cego się kró­lem. Ciężko ranny Sig­trygg zdo­łał uciec do Birki, pozo­sta­wia­jąc w Danii chaos. Znacz­niejsi jar­lo­wie odmó­wili Gor­mowi posłu­szeń­stwa, szcze­gól­nie wła­da­jący w połu­dnio­wej i pół­noc­nej Jutlan­dii, na Zelan­dii, Lalan­dii i w Ska­nii. Jedy­nie wyspa Fio­nia uznała zwierzch­nic­two rezy­du­ją­cego w Jel­lingu Gorma. Nie­ba­wem każdy wal­czył prze­ciwko każ­demu. Gorm zdo­łał zdo­być przy­czó­łek na Zelan­dii, zamie­rza­jąc w pierw­szej kolej­no­ści opa­no­wać naj­więk­szą wyspę kró­le­stwa. A stam­tąd naje­chać na Truso i zabić Varm­gu­dinde.

Bo Gorm i Varm­gu­dinde byli przy­rod­nim rodzeń­stwem przez wspól­nego ojca, króla Har­dek­nuta. Druga żona Har­dek­nuta, matka Varm­gu­dinde, otruła matkę Gorma, by zająć miej­sce przy uko­cha­nym królu. Gorm w mło­dzień­czym wieku ucho­dzić musiał z garstką wier­nych dru­żyn­ni­ków do Bry­ta­nii. Z cza­sem doro­bił się tam wojen­nej sławy, majątku i zna­cze­nia. Gdy po latach na wyspach Albionu poja­wił się na czele armii Har­dek­nut, doszło do tra­ge­dii. W pod­stęp­nym zama­chu Gorm zabił ojca, który na­dal nie chciał uznać jego praw rodzin­nych. Po kilku następ­nych latach w bra­to­bój­czym boju pod Dur­ha­mem w Nor­tum­brii Gorm zabił przy­rod­niego brata.

Teraz przy­szła kolej na przy­rod­nią sio­strę, jar­lową Truso.

Uprze­dzona Varm­gu­dinde szy­ko­wała się do zbroj­nej roz­prawy z przy­rod­nim bra­tem. Posta­no­wiła zasko­czyć wroga, ude­rza­jąc na połu­dnie Zelan­dii. Zdo­łała prze­cią­gnąć na swoją stronę jar­lów z wysp Farn, Mon i ze Ska­nii. Po kry­jomu marzyła nie tylko o znisz­cze­niu Gorma, ale rów­nież odzy­ska­niu dzie­dzic­twa po ojcu.

Przy pomo­stach portu Truso bujały na falach liczne okręty. Mię­dzy domo­stwami gro­ma­dziły się mno­gie zastępy, w tym oddziały przy­słane od sprzy­mie­rzo­nych jar­lów z wysp. Przy olbrzy­mich trzech podłuż­nych trą­bach, uło­żo­nych na sto­ja­kach na pali­sa­dzie grodu, usta­wili się dmu­cha­cze. Cze­kali na sygnał jar­lo­wej zadę­cia na znak roz­po­czę­cia wyprawy.

Wtedy na spie­nio­nych koniach zawi­tali wysłani przez Kje­tila gońcy z Gie­cza.

Varm­gu­dinde osza­lała. Leif porwany. W spie­nio­nej wście­kło­ści roz­trza­skała mie­czem trąby, strą­ca­jąc nie­opatrz­nie jed­nego z dmu­cha­czy w nabrzeżną toń.

Roz­prawa z Gor­mem stra­ciła na waż­no­ści. Jar­lowa natych­miast ruszyła na Mazow­sze na czele zebra­nej armii.

Sie­mo­wit i jego dru­ho­wie dowie­dzieli się o tym wszyst­kim od przy­by­łego od pół­nocy, tam gdzie doga­sała tajem­ni­cza walka, wojow­nika z Truso. Zasko­czeni, nie zdą­żyli się nara­dzić. Nie­ba­wem w obręb ogni­sko­wej poświaty wkra­czały skan­dy­naw­skie zastępy. Przed mio­ta­ją­cym roz­ko­ja­rzo­nymi myślami księ­ciem sta­nęła rap­tem Varm­gu­dinde. W peł­nej kra­sie roz­wście­czo­nej wojow­niczki Pół­nocy.

Jak ona zacho­wuje na­dal uwo­dzi­ciel­ską ponęt­ność? Prze­cie chyba już czter­dziestkę prze­kro­czyła? – prze­mknęło zdez­o­rien­to­wa­nemu Sie­mo­wi­towi przez głowę.

Z osłu­pie­nia wyrwało go mocne ude­rze­nie pię­ścią w ramię. Furia kobie­cej siły odrzu­ciła go dwa kroki do tyłu.

– Gdzie mój syn?! – zagrzmiała Varm­gu­dinde upior­nym wrza­skiem.

Woj­mir i Budzi­mir dosko­czyli, zasła­nia­jąc księ­cia, Prze­mił uchwy­cił szy­ku­jącą się do kolej­nego ude­rze­nia Varm­gu­dinde za nad­gar­stek. Kje­til krzy­czał coś chra­pli­wie w duń­skiej mowie do wysu­wa­ją­cych topory i mie­cze dru­żyn­ni­ków jar­lo­wej. Z ognisk wokół pod­cho­dzili nie­pew­nie polań­scy wojow­nicy, umę­czeni sto­czo­nym wła­śnie sztur­mem na wał grodu.

Nie­spo­dzie­wa­nie spoza ple­ców Paszka w śro­dek zamie­sza­nia wkro­czył sędziwy kapłan kości­stej postury. Okryty czar­nym płasz­czem z gru­bej tka­niny, łysina głowy wyta­tu­owana nie­bie­ska­wymi i zie­lo­nymi sym­bo­lami. Dru­żyn­nicy jar­lo­wej zasty­gli w bez­ru­chu. Z nie­ocze­ki­waną zwin­no­ścią kapłan masyw­nym dębo­wym sęka­czem odtrą­cił dru­hów Sie­mo­wita, a przed oczyma jar­lo­wej roz­cza­pie­rzył lewą dłoń z pal­cami oble­czo­nymi srebr­nymi pier­ście­niami.

– Ostaw, córo mcho­wych kłą­czy! – rzekł do niej dobit­nie.

Varm­gu­dinde zamarła w poło­wie odde­chu, wpa­trzona w kapłana roz­war­tymi oczyma.

– Wy?… Yngvi? – wyją­kała po chwili bojaź­li­wie.

– Ostudź­cie wzbu­rze­nia! – oznaj­mił kapłan zebra­nym wokół.

Nakaz podzia­łał niczym zaklę­cie cza­row­ni­ków. Przy­naj­mniej na wojow­ni­ków. Jedy­nie Varm­gu­dinde, ock­nąw­szy się z chwi­lo­wego osłu­pie­nia, poczęła zarzu­cać Sie­mo­wita oskar­że­niami. Nie upil­no­wał bez­pie­czeń­stwa Leifa! Wielki książę Sło­wian, co nie­zwy­cię­żo­nym się mieni! Głupi i nie­po­radny! Nie­ro­zum­nym kmio­tom z Mazow­sza dał się podejść! Ich syna zatra­cił! Jej syna! Dzie­dzica Truso!

W kaska­dzie nie­usta­ją­cych kobie­cych zarzu­tów zasie­dli w końcu przy ogni­sku.

Varm­gu­dinde wska­zała ręką w kie­runku nazna­czo­nej żagwiami łuczyw pali­sady grodu.

– Trzy­mają tam Leifa w nie­woli?

– Nie wiem – odparł Sie­mo­wit, zbie­ra­jąc gorącz­kowo myśli.

– Nie mamy żad­nego śladu – wtrą­cił Strze­wit. – Książę posta­no­wił odci­snąć piętno grozy na Cie­chu. Niech Mazow­sze skuli się z lęku, pogrą­żymy ich w mor­dzie i znisz­cze­niu, aż Mie­sz­droł przy­stąpi do ukła­dów.

– Chcie­li­śmy ich podejść z mar­szu, nie dali się zasko­czyć – zauwa­żył sie­dzący obok jar­lo­wej wojow­nik.

Woj­mir nie krył roz­go­ry­cze­nia:

– My w trzech sztur­mach jedy­nie pole­głych i ran­nych ścią­gnę­li­śmy.

– Oba­czymy – wyrze­kła posęp­nie Varm­gu­dinde. Zer­k­nąw­szy z boku na Sie­mo­wita, dodała: – Naj­pierw zamie­nię Mazow­sze w wymarłą kra­inę. Potem przyj­dzie kolej na zie­mie nie­zdar­nego księ­cia.

– Syna przez to nie odzy­skasz, a sama zgi­niesz od topora Gorma – rzu­cił buń­czucz­nie Kje­til.

– Woje Pru­sów po mojej stro­nie, zawar­łam z nimi wie­czy­ste przy­mie­rze – odparła zja­dli­wie jar­lowa.

Kje­til, wzru­szyw­szy non­sza­lancko ramio­nami, zauwa­żył od nie­chce­nia:

– Na Fala­ster mawiali, że Yngvi zja­wia się, gdy bogo­wie żądają ofiary z nie­udol­nego jarla.

Varm­gu­dinde zamil­kła, nie kry­jąc zmie­sza­nia.

Pogrą­żony w myślach Sie­mo­wit ock­nął się pod wpły­wem uwagi Kje­tila z zasę­pie­nia. Roz­glą­da­jąc się wokół, szu­kał Paszka. Doj­rzaw­szy go, opar­tego ple­cami o pień buka, opu­ścił bez słowa ogni­skowy krąg.

– Kapłan z pół­nocy w twoim zastę­pie? – wypy­ty­wał namiest­nika Krusz­wicy. – Potężny jako­wyś? Varm­gu­dinde z pokor­no­ścią zbla­dła na jego widok. Szkoda, że tylko na ułomną chwilę.

– Przy­był z Uppsali. Szuka Roz­jemcy…

– Naszego Roz­jemcy? – Sie­mo­wit nie krył zdzi­wie­nia. – Prze­cież on podą­żył nad Jezioro Bogów – nie dawał dojść namiest­ni­kowi do słowa – chciał… zamie­rzał nasz świat opu­ścić… prze­po­wied­nie strasz­liwe oznaj­mił… – począł się plą­tać.

– Nie poj­muję poczy­nań kapła­nów – bąk­nął nie­pew­nie Paszko. Po chwili pod­jął: – Yngvi naj­wyż­szy mocą pośród wszyst­kich mędr­ców za morzem na pół­nocy. Zwą go Poszu­ki­wacz. Pró­bo­wa­łem was nakło­nić, książę, byście na jego wróżbę się zdali, cza­rami może zła­piemy trop porwa­nych.

– Czym Yngvi nad moim Jasz­czy­cem albo Sękłem góro­wać może?

– Poszu­ki­wacz z pół­nocy, książę, rangą Roz­jemcy równy – oznaj­mił po namy­śle Paszko. – Pamię­tam za cza­sów mojej służby w Mie­tlicy… pra­wili o tym kapłani na dwo­rze Popiela. Jeden roz­ta­cza opieką ludy na pół­nocy, drugi nasze sło­wiań­skie zie­mie.

Zasko­czył ich głos doby­wa­jący się z gąsz­cza gru­bych i wyso­kich na pół czło­wieka splo­tów korzeni drzewa, wydo­by­tych ponad murawę nie­stru­dzo­nym nur­tem stru­mie­nia:

– Kie­dyś było nas wię­cej, zostało tylko dwóch.

Sie­mo­wit wpa­try­wał się w roz­sia­dłą pod drze­wem postać kapłana. Jakby się wto­pił w liście i drewno – pomy­ślał. – Skąd rap­tem mówi naszym języ­kiem?

Yngvi powstał. Ode­pchnął lekko sęka­czem plą­sa­jącą mię­dzy zwiew­nymi połami płasz­cza wie­wiórkę, wytrze­pał z kap­tura stertę pożół­kłych liści.

– Kie­dyś każdą wspól­notą opie­ko­wał się wła­sny Roz­jemca – rzekł po chwili namy­słu. – Nad Sło­wia­nami, szcze­pami Skan­dy­na­wii, Sasami, nad ludami ziem na zachód i na połu­dnie. Było nas kil­ku­na­stu, pozo­stało dwóch. Ja i wasz.

– Nasz zwie się Roz­jemcą – zauwa­żył Sie­mo­wit. – Cie­bie zawo­łali Poszu­ki­wacz.

– Każdy Roz­jemca nosi przy­do­mek. Mój pozna­li­ście. Wasz zasłu­żył na miano Zbie­ra­cza.

– Jasz­czyc nic o tym nie mówił, Sękło z Gnie­zna też. Żaden z kapła­nów nie wspo­mniał o przy­domku naszego Roz­jemcy – zaopo­no­wał Sie­mo­wit. – Nawet prze­klęty Pro­gast czy moi doradcy z obcych kra­jów.

– Ja wie­dzia­łem, książę – wtrą­cił nie­śmiało Paszko. – Myśla­łem, że to wszyst­kim wia­domo…

– Ty? – Sie­mo­wit spoj­rzał na niego z uwagą.

– Prze­cież każdy kmieć o tym wie – bro­nił się namiest­nik Krusz­wicy.

– Szybko żyjesz, książę, wojenną sławę i zie­mie sąsia­dów łyka­jąc. – Yngvi nie krył sar­ka­zmu. – Odpocz­nij lepiej, spędź wię­cej czasu pośród zwy­kłych pod­da­nych.

– Może cię prze­gnali z Uppsali? – odciął się bez namy­słu Sie­mo­wit. – Lepiej mów, po co wkro­czy­łeś na sło­wiań­skie zie­mie. Nasz Roz­jemca udał się nad Jezioro Bogów, gdzie­kol­wiek ono leży…

– Leży tam, gdzie jego odwieczne miej­sce.

Sie­mo­wit zato­czył ręką koło nad głową.

– To ruszaj. Nie jesteś nam tutaj potrzebny. Chyba że potra­fisz zamie­nić Varm­gu­dinde w potulną kurę. Sko­roś taki potężny cza­row­nik.

– Z kurą nie spło­dził­byś syna. Też mia­łeś rodzi­cielkę, waleczny władco. Spójrz na matkę Leifa innymi oczyma.

Sie­mo­wi­towi prze­szła cała zadzior­ność. Żałość, nie­moc i wście­kłość wypeł­niły ponow­nie głowę. Gdzie Dobiechna, dzieci? Przy­siadł na gru­bym pniu. Do rze­czy­wi­sto­ści przy­wro­ciły go dłoń na ramie­niu i łagodny głos kapłana:

– Mło­dzień­cza zadzior­ność tobą kie­ruje, acz ciało i umysł już doj­rzałe. Mogę ci przy­wró­cić jasność myśli i pano­wa­nie nad czy­nami przez oczysz­cze­nie. Musisz tylko wyra­zić zgodę.

– Jak?

Yngvi, przy­siadł­szy obok niego, obja­śniał cier­pli­wie:

– Cere­mo­nią złą­cze­nia z pra­sta­ro­ścią mocy drzew. My, w Skan­dy­na­wii, czer­piemy z drzew naszą wie­dzę, zro­zu­mie­nie porządku, sił ducha i ciała. Od początku ist­nie­nia wsze­la­kich bytów pierw­sze nawza­jem sple­cione kłą­cza roz­ro­dziły się we wszyst­kie strony, zasie­dla­jąc cały świat pod­ziemny korze­niami i nad­ziemny boga­to­ścią lasów. W nich jest zawarta siła nie­zli­czo­nych poko­leń, moc ukryta i magiczna. Wie­dzą tajemną naszych kapła­nów jest poru­sza­nie się w nie­wi­docz­nym świe­cie drzew.

– A wasi bogo­wie?

– Zezwa­lają nam na to. Jeżeli pod­dasz się rytu­ałowi, ode­gnasz drę­czące cię upiory. Ujrzysz z kry­sta­liczną przej­rzy­sto­ścią wyzna­czoną ci drogę.

– Dla­czego chcesz mi pomóc?

– Ostat­nim posła­niem Roz­jemcy Zbie­ra­cza, jakie przed trzema laty dotarło do mnie w Uppsali, było wezwa­nie do spo­tka­nia nad Jezio­rem Bogów. I prośba, bym prze­cho­dząc przez sło­wiań­skie zie­mie, oka­zał opie­kuń­czą łaska­wość pew­nemu władcy, który jest nazna­czony prze­zna­cze­niem zsy­ła­nym przez bogów raz na sto poko­leń. Księ­cia zwa­nego Burz­li­wym, Zagu­bio­nym i Nie­ustę­pli­wym.

– Prze­ra­żasz mnie – wyrzekł cicho Sie­mo­wit.

– Bojąc się samego sie­bie, znaj­dziesz gra­nicę umiaru swo­ich poczy­nań – orzekł Yngvi. – Dość narze­kań. Zga­dzasz się czy nie?

Sie­mo­wit wpa­try­wał się długo w oczy kapłana. Żebym cho­ciaż miał przy sobie Jasz­czyca – pomy­ślał – albo nawet Bruzda. Dobiechna, dzieci… a ja cza­rami dam się opę­tać… ale… jeżeli odzy­skam jasność spoj­rze­nia, jak ten cza­row­nik prawi…

– Podam się cere­mo­nii – oświad­czył, zaci­snąw­szy wargi. – Nawet gdy­bym bole­ści miał doświad­czyć.

– Doznasz – oznaj­mił Roz­jemca Poszu­ki­wacz. – Złą­cze­nie z pra­daw­no­ścią drzew jest bole­sne. Przy­go­to­wa­nia uczy­nić należy. Ciało musisz oczy­ścić z wszel­kiego wło­sia, całe ciało. Wszyst­kie otwory ciała musimy szczel­nie owi­nąć zawo­jami. Potrze­buję włosa z kobie­cego sromu, noża z brązu. Wyślij słu­żą­cego do obozu. – Wska­zał ręką na ocze­ku­ją­cego przy stru­mie­niu Paszka.

– Nie jest słu­żą­cym, to wierny i waleczny namiest­nik Krusz­wicy – zapro­te­sto­wał Sie­mo­wit.

– Niech będzie pod­dany. – Kapłan mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką. – Pod tym bukiem dosko­nałe miej­sce. Niech namiest­nik przy­nie­sie też pęta i moją sakwę z maściami.

Sie­mo­wit nie zdą­żył wydać Paszce pole­ceń. Od strony ognisk nade­szli gro­mad­nie dru­ho­wie. Kro­czący przo­dem Prze­mił oznaj­mił księ­ciu pod­nie­co­nym gło­sem:

– Przy­ja­cielu, nie uwie­rzysz. Poja­wił się posła­niec od Mie­sz­droła.

Sie­mo­wit zerwał się ener­gicz­nie z pniaka.

– Innym razem, czci­godny Roz­jemco Poszu­ki­wa­czu, innym razem – oświad­czył szybko kapła­nowi. – Prze­każ naszemu Roz­jemcy Zbie­ra­czowi moje prze­sła­nie pełne sza­cunku, gdy dotrzesz nad Jezioro Bogów.

Wysłan­nik mazo­wiec­kiego księ­cia, znaczny rangą sądząc po prze­pysz­nych zdo­bie­niach na uzbro­je­niu, sie­dział zwią­zany na ziemi przed ksią­żę­cym namio­tem, oto­czony szczel­nym wian­kiem wojow­ni­ków z dru­żyny. Przy nim stał Kje­til, z rękoma zło­żo­nymi na trzonku usta­wio­nego na ziemi topora.

– Jar­lowa? – spy­tał go krótko Sie­mo­wit.

– Nic nie wie. Dla­tego trzy­mamy go tutaj za ścianą tarcz – odparł Duń­czyk.

Książę przy­kuc­nął przed posłań­cem.

– Gdzie moja rodzina? – spy­tał go bez wstę­pów.

– Zakli­nam na pro­chy moich przod­ków i cześć wobec bogów, nie ma ich u nas – wyrzekł fleg­ma­tycz­nie Mazow­sza­nin.

Sie­mo­wit uchwy­cił go za naszyj­nik u szyi. Okrę­cił dło­nią, napięty ple­ciony rze­mień wbił się głę­boko w skórę. Twarz posłańca poczer­wie­niała, z tru­dem łapał ustami powie­trze.

– Przy­się­gam na pamięć waszej matki, książę… – zdo­łał wykrztu­sić przez bąble śliny.

Sie­mo­wit zdrę­twiał. Lekko popu­ścił zaci­śnię­cie naszyj­nika. Kje­til, puściw­szy z wra­że­nia sty­li­sko topora, przy­kuc­nął obok nich.

Sie­mo­wit, nie odwra­ca­jąc wzroku od twa­rzy posłańca, wyrzekł do Duń­czyka:

– Odejdź, natych­miast! Zabie­raj stąd wojów z dru­żyny, zwo­łaj, ilu się da, z pozo­sta­łych ognisk. Otocz­cie mój namiot szczel­nym, potrój­nym krę­giem w odle­gło­ści trzy­dzie­stu kro­ków.

Kje­til, powstaw­szy, spy­tał nie­pew­nie:

– Dru­ho­wie? Prze­mił?

– Nikt – syk­nął książę przez zaci­śnięte zęby.

Gdy zostali sami, usiadł przed posłań­cem, skrzy­żo­waw­szy nogi. Wzdłuż kolan poło­żył miecz.

– Mów! – oznaj­mił po chwili. – Albo cię zro­zu­miem, albo prze­biję mie­czem.

– Mie­sz­droł czeka na was dwie­ście kro­ków w dół rzeki, za piasz­czy­stymi łachami, przed gęstym zagaj­ni­kiem. Sam. Przy­syła znak, byś nie wie­trzył pod­stępu.

– Znak?

Mazow­sza­nin, poru­szyw­szy skrę­po­wa­nym cia­łem, pró­bo­wał wska­zać brodą w kie­runku lewego ramie­nia.

– Pod pachą, w skó­rza­nym woreczku.

Sie­mo­wit wygrze­bał rze­czony wore­czek. Roz­su­pław­szy wią­za­nia, wysy­pał zawar­tość na trawę. Drew­niana figurka wiel­ko­ści dłoni, mister­nie rzeź­biona. Przed­sta­wiała kobiecą postać. Prze­piękną z wyglądu, cza­ru­jącą łagod­nymi, ale zalot­nymi rysami twa­rzy.

– Wasza matka, książę. Gości­rada, córka Dobro­wita. – Obser­wu­jąc z nie­po­ko­jem zasty­gły wyraz twa­rzy Sie­mo­wita, wyja­śniał nie­pew­nie: – Mie­sz­droł sam wam ujawni, skąd ma figurkę. Wiem, że tra­fiła do nas przed wielu laty, gdy­ście u was Popiela ubili…

– Jak tra­fiła?

– Mój władca sam wam wszystko opo­wie, przy­słał figurkę dla oka­za­nia cnych zamia­rów, bo… bo… – Poseł zaci­nał się, roz­glą­dał bojaź­li­wie wokoło.

– Mówże! – Sie­mo­wit uchwy­cił go ponow­nie za naszyj­nik.

– Mie­sz­dro­łowi też porwano rodzinę – wystę­kał poseł.

* * *

Sie­mo­wit zabrał ze sobą jedy­nie Myśli­du­cha, Ści­sła i dru­hów, oprócz Woj­mira, który wyru­szył z połową ksią­żę­cych dru­żyn­ni­ków nieco okrężną drogą w kie­runku rzecz­nych łach. Mło­dzi wojow­nicy sar­kali po dro­dze, nie­wta­jem­ni­czeni w powód nie­spo­dzie­wa­nego mar­szu. Druga połowa dru­żyny pod wodzą Mści­bora pozo­stały przy ksią­żę­cym namio­cie z zada­niem nie­prze­pusz­cza­nia nikogo z reszty woj­ska, a już tym bar­dziej Varm­gu­dinde i jej skan­dy­naw­skich wojow­ni­ków.

W zapa­da­ją­cym zmierz­chu dotarli we wska­zane miej­sce. – Odważny – pomy­ślał w duchu Sie­mo­wit, doj­rzaw­szy samotną postać sie­dzącą na kamie­niu wbi­tym w nad­rzeczną skarpę. Z daleka, z dwóch odda­lo­nych miejsc, dobie­gły umó­wione pohu­ki­wa­nia pucha­czy. Sygnały dane przez wojow­ni­ków pod Mści­bo­rem, któ­rzy obe­szli miej­sce schadzki. A więc książę Mazow­sza jed­nak przy­był sam, bez zbroj­nych.

Sie­mo­wit naka­zał swoim, by pozo­stali na okręgu w odle­gło­ści kil­ku­na­stu kro­ków. Zbli­żyw­szy się do ocze­ku­ją­cego, poło­żył instynk­tow­nie dłoń na gło­wicy mie­cza. Zamarł, zasko­czony jego obli­czem. Mazow­sza­nin, z przy­gar­bio­nymi ple­cami, wpa­try­wał się w szem­rzącą u jego stóp wodę. Zasty­głe na twa­rzy cier­pie­nie, bijąca z oczu roz­pacz, miecz nie­chluj­nie rzu­cony w tra­wie obok prze­pysz­nego hełmu ze spi­cza­stym czu­bem… Zdez­o­rien­to­wany Sie­mo­wit przy­cup­nął przed nim, nie wie­dząc, co czy­nić. Mąż nie­chyb­nie star­szy ode mnie, sil­nej postury i wład­czego wyglądu, sil­nie zary­so­wane rysy twa­rzy, ema­nu­jące siłą i prze­ko­na­niem, ale jed­no­cze­śnie coś w nich ujmu­ją­cego, sym­pa­tię wzbu­dza­ją­cego – roz­my­ślał Sie­mo­wit. – Nie takem sobie wyobra­żał nasze spo­tka­nie, prę­dzej na polu bitwy, w ukła­dach… siłą jakąś ujmuje…

– Wiem, szla­chetny synu Bojo­mira Pia­sta, dzie­cię polań­skich orłów, sła­wetny władco walecz­nych ple­mion, żeś zasko­czony – ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Mie­sz­droł gło­sem prze­peł­nio­nym głę­bią żało­ści. – Wiem, że lubej ci było zewrzeć ze mną oręż. Na co nasze pra­gnie­nia i ocze­ki­wa­nia, kiedy bogo­wie igrają naszym losem niczym upite po karcz­mach zbe­reź­niki tur­la­nymi kośćmi? Na co to wszystko, kiedy zło­śli­wość w roz­pacz nas wpę­dza? – Ode­rwaw­szy wzrok od poły­sku­ją­cej odbi­ciem gwiazd wody, spoj­rzał Sie­mo­wi­towi w twarz pod­krą­żo­nymi czer­wie­nią oczyma.

Sie­mo­wit poczuł prze­dziwne ukłu­cie w pier­siach, może w gło­wie, sam już nie wie­dział… jakiś prze­dziwny impuls cze­goś nie­zna­nego. Nie żeby mu głos zata­mo­wało, ale nie był w sta­nie nic wypo­wie­dzieć. Bez­wied­nie z przy­klęku opadł na sie­dze­nie, pró­bu­jąc zebrać myśli.

Mie­sz­droł, unió­sł­szy powoli rękę, poło­żył pra­wicę na jego ramie­niu.

– Nie lękaj się mnie. Nie czas teraz na zwady i pobra­tym­czy mord. Nazna­czono nas wspól­nym cier­pie­niem, temu musimy zara­dzić.

– Skąd masz figurkę mojej uko­cha­nej matki? – spy­tał Sie­mo­wit impul­syw­nie. – Kto ją wyrzeź­bił?

– Jak dotarła do mnie po śmierci Popiela i jego synów, skoro ich uśmier­ci­łeś? – odparł pyta­niem Mie­sz­droł. – Spy­taj o to twych zausz­ni­ków.

Zanie­po­ko­jony Sie­mo­wit zasta­na­wiał się. Co i ile wie Mie­sz­droł o daw­nych wypad­kach, skoro tajem­ni­czo do nich nawią­zuje? Kje­til nie­wąt­pli­wie sumien­nie wyko­nał zle­ce­nie, śla­dów po żonie Popiela i jego synach na pewno nie zosta­wił. Czyżby ktoś prze­żył w rodzie Popie­lo­wego dziada od strony goplań­skich ksią­żąt? Nie­moż­liwe. Muszę koniecz­nie roz­mó­wić się z Pasz­kiem. On ostatni ze sta­rej dru­żyny księ­cia Popłada, póź­niej Popiela… Zaraz, skoro… skąd on wie, że figurka prze­sta­wia moją matkę? Otwie­rał już usta, lecz mazo­wiecki władca ubiegł go:

– Musi za porwa­niem ta sama siła się skry­wać. Pomnij, że nasze rodziny upro­wa­dzone zostały tego samego czasu.

– W mazo­wiec­kich wojow­ni­ków wal­czą­cych konno z łukami od razu powąt­pie­wa­łem – bąk­nął nie­pew­nie Sie­mo­wit.

– Takoż. Ani my, ani wy nie znamy się na tym. Zagony ze Skan­dy­na­wii też nie. O Rusach już nie wspo­mnę, oni nie odróż­nią koń­skiej dupy od łba. Kto pozo­staje?

Sie­mo­wit odsap­nął głę­boko.

– Cze­chów, Poła­bian i Sasów też możesz wyklu­czyć – rzekł z namy­słem. – Za to pośród Lędzian wielu zdat­nych do tego, wyuczyli się od Węgrów i innych obcych ludów, co z dale­kich ste­pów wychy­nęły, nie tylko walki konno, ale i strze­lać z sio­dła. Lędzia­nie to moi bra­cia. To nasi pobra­tymcy naj­bliżsi. Mój umi­ło­wany kuzyn wodzem znacz­nym mię­dzy nimi. Zostają Węgrzy.

– Mhm… – mruk­nął Mie­sz­droł. – Na co im porwa­nie? Że aż za moich wojow­ni­ków się prze­brali? I tak daleko odwa­żyli się zapu­ścić? Kie­dyś słu­chy mnie doszły, że wspól­nie z nimi Rusów strasz­li­wie roz­gro­mi­li­ście w bitwie na wschód od Bugu.

– Rzeź, nie bitwa. – Sie­mo­wit ski­nął głową. – Tyle wojen­nego luda nagi­nęło po obu stro­nach. Padli mój wuj Lubo­mir i kuzyn Horo­gniew… zma­sa­kro­wa­łem wszyst­kich nabra­nych do nie­woli wojow­ni­ków Olega…

Książę Mazow­sza spo­zie­rał na niego z boku. Unió­sł­szy lekko brwi, zmarsz­czył czoło.

– Two­jego kraju nie oszczę­dzę – cią­gnął Sie­mo­wit. – Wypa­loną zie­mię osta­wię, wyschnięte rzeki i jeziora, kikuty spo­pie­la­łych lasów, mro­wia szkie­le­tów. Taki mia­łem zamiar, mnie­ma­jąc, że sto­isz za porwa­niem. – Spo­zie­rał na spo­waż­niałą twarz Mie­sz­droła. – Teraz wszystko nabrało innego biegu. Pew­nie przyj­dzie nam jesz­cze oręż skrzy­żo­wać w boju, ale z innego powodu i nie teraz, władco Mazow­sza. Kogo ci upro­wa­dzono?

– Żonę, syna i córkę. Całą rodzinę.

– Kto za tym stoi… i dla­czego? – Sie­mo­wit zni­żył głos.

– Mam jeden nie­pewny ślad. Przed dwoma dniami moi zwia­dowcy wybili u zbiegu Szczary i Nie­mna żydow­ską kara­wanę cią­gnącą z Prze­my­śla do Truso. Kupcy nie chcieli opłaty uiścić, wyma­wia­jąc się pro­tek­cją Olega, spo­tkała ich zasłu­żona kara. Jeden z kup­ców przed wbi­ciem na pal wykrzy­czał, że w zamian za życie ujawni, gdzie jest rodzina księ­cia. Moją rodzinę miał na myśli czy twoją? Nie­stety, wojow­nicy ze zwiadu nie wie­dzieli jesz­cze nic o porwa­niu i dokoń­czyli nani­zy­wa­nia Żyda na pal. Zasta­nów się, Sie­mo­wi­cie, skoro kara­wana nade­szła z Prze­my­śla, gdzieś tam trzeba szu­kać powią­zań…

Nie dokoń­czył.

Z oddali, spod maja­czą­cych w ciem­no­ściach zary­sów grodu, nie­spo­dzie­wa­nie dobie­gły wrza­ski i dono­śny szczęk oręża. Rap­tem wznie­siona nad wałami pali­sada roz­go­rzała w wielu miej­scach bucha­ją­cymi w nie­biosa pło­mie­niami poża­rów. Pod­niósł się bitewny zgiełk.

Obaj ksią­żęta zerwali się na nogi, zasko­czeni, bez­rad­nie spo­zie­rali raz na gród, raz na sie­bie.

Z ciem­no­ści nad­biegł Prze­mił, pokrzy­ku­jąc do Sie­mo­wita:

– Druhu, przy­biegł dru­żyn­nik spod namio­tów! Varm­gu­dinde zaata­ko­wała Ciech!

Książę spur­pu­ro­wiał na twa­rzy. Przez chwilę odjęło mu mowę, panicz­nie szu­kał w gło­wie słów, dopiero po chwili usi­ło­wał zwró­cić się do Mie­sz­droła, ten jed­nak ubiegł go:

– Powstrzy­maj tę roz­ju­szoną lochę! Ja pędzę pod Prze­myśl od wschod­niej strony! Ty podą­żaj wprost, musimy zła­pać ślad! – I znik­nął mię­dzy zla­nymi ciem­no­ścią kon­tu­rami drzew.

Jar­lo­wej nic nie mogło powstrzy­mać.

Dobie­gli czym prę­dzej pod namioty. Mści­bor niczym w ukro­pie mio­tał się mię­dzy usta­wio­nymi do boju sze­re­gami, pokrzy­ku­jąc roz­kazy dla powstrzy­ma­nia woj­ska przed pój­ściem w ślad armii jar­lo­wej. Zgiełk walki i prze­raź­liwe wrza­ski z grodu burzyły krew w wojow­ni­kach, poświaty odle­głych pło­mieni z pło­ną­cych czę­ściowo umoc­nień pali­sady malo­wały na ich twa­rzach nara­sta­jącą dzi­kość. Doj­rzaw­szy nad­bie­ga­jącą grupę Sie­mo­wita, odsap­nął z wdzięcz­no­ścią. Niech­że kuzyn sam zapa­nuje nad powsta­łym cha­osem.

Sie­mo­wit spraw­nie ufor­mo­wał szyki. Naka­zał przeć w kie­runku wylotu bramy z roz­trza­ska­nymi poła­ciami drzwi. Dru­hom przy­dał dowo­dze­nie nad mniej­szymi gru­pami, naka­zu­jąc kate­go­rycz­nie:

– Wstrzy­maj­cie naszych przed ubi­ja­niem Mazow­szan! Mają rzu­cać się w bój i zagra­dzać drogę Skan­dy­na­wom! Kto pierw­szy doj­rzy Varm­gu­dinde, natych­miast ścią­gać mnie!

Za bramą w oczy rzu­ciło im się strasz­liwe obli­cze walki. Poroz­rzu­cane w nie­ła­dzie ciała zabi­tych, peł­za­jący w bólach pora­nieni, krzyki, lamenty, prze­kleń­stwa.

Bój prze­niósł się pod umoc­nie­nia wewnętrz­nego grodu, o nie­wiel­kiej śred­nicy, ale wyso­kim na sze­ściu chłopa stro­mym wale zakoń­czo­nym masywną pali­sadą.

Nie­źle – prze­mknęło Sie­mo­wi­towi przez głowę. – Drugi gród wewnątrz, jesz­cze bar­dziej warowny, zna­ko­mity pomysł…

– Tam, spo­zie­raj! Pro­wa­dzi natar­cie po spię­trzo­nym kopcu tarcz! – pokrzy­ki­wał Woj­mir, szar­piąc go za ramię.

Sie­mo­wit przez chwilę zanie­mó­wił. Liczny zastęp tru­so­wych wojow­ni­ków, dotarł­szy pod wał, sfor­mo­wał coś jakby rampę z wła­snych ciał bie­gnącą sko­śnie od pod­stawy aż pod pali­sadę na wale. Wszy­scy pookry­wali się wiel­kimi tar­czami – na tyle szczel­nie, że obrońcy bez­sku­tecz­nie zasy­py­wali ich strza­łami, oszcze­pami i kamie­niami. Jed­no­cze­śnie uło­żone spraw­nie tar­cze stwo­rzyły w miarę sta­bilną drogę dla bie­gną­cych po nich wojow­ni­ków. Na czele sama Varm­gu­dinde, za nią trzon jej eli­tar­nej dru­żyny. Docho­dzili już do pali­sady.

– Kje­til ze mną! – wrza­snął Sie­mo­wit. – Dru­ho­wie, bokami! Prze­bi­jamy się po ram­pie!

– Nie prze­pusz­czą nas! – zdo­łał odkrzyk­nąć Prze­mił.

– W dupie mam Truso i wszystko naraz! – Sie­mo­wit z wycią­gnię­tym mie­czem biegł już do przodu. – Czyń­cie, co należy, bylem do niej dopadł!

Nie obyło się bez walki. Po polań­skiej stro­nie padło kilku, po skan­dy­naw­skiej takoż, ale Sie­mo­wit zdo­łał się prze­bić w górę. Uchwy­cił jar­lową za rękę ze wznie­sio­nym mie­czem, po czym wygiął ją w łok­ciu. Przez mgnie­nie kątem oka doj­rzał wystra­szone oczy jakie­goś mazo­wiec­kiego wojow­nika roz­ło­żo­nego na plecy na chod­niku pali­sady za roz­wa­lo­nymi palami. Nie­chyb­nie jar­lowa zamach­nęła się do śmier­tel­nego ciosu.

Varm­gu­dinde ani myślała popu­ścić. Sza­mo­tali się czas jakiś, pokrzy­ku­jąc po sło­wiań­sku i duń­sku. W końcu Sie­mo­wit ude­rzył ją lewą pię­ścią w pod­brzu­sze, sil­nie, nie zwa­ża­jąc na żela­zne kolce wysta­jące z jej pasa. Na szczę­ście dla sie­bie, a na nieszczę­ście dla jar­lo­wej tra­fił pod klamrą. Padła na kolana z wytrzesz­czo­nymi oczyma, gwał­tow­nie pró­bu­jąc zła­pać w płuca zata­mo­wane powie­trze. Kje­til kop­nię­ciem zrzu­cił tru­so­wego dru­żyn­nika w dół żywej rampy. Dru­giemu, co już mie­rzył w głowę Sie­mo­wita topo­rem, wybił trzon­kiem wła­snego topora przed­nie zęby. Uśmie­cha­jąc się sze­roko, rzekł w rodzin­nym języku:

– Powstrzy­maj się, bra­cie! To ich sprawa!

Po sze­re­gach Skan­dy­na­wów prze­bie­gły nara­sta­jące szmery:

– Konung Sło­wian! Ojciec Leifa!

Natar­cie zostało prze­rwane. Zale­d­wie Sie­mo­wit spro­wa­dził sła­nia­jącą się na nogach Varm­gu­dinde na dół rampy, na roz­bi­tej pali­sa­dzie poja­wili się mazo­wieccy obrońcy. Mro­wie, z napię­tymi łukami, wznie­sio­nymi do rzutu oszcze­pami.

– Koniec walki!!! – zakrzyk­nął potęż­nie Sie­mo­wit w ich stronę. – Cze­kam w obo­zie na Cie­cha!

Skoń­czyło się na zawar­ciu pokoju pomię­dzy księ­ciem a gro­dzia­nami. Ku zasko­cze­niu Sie­mo­wita Ciech przy­dał mu na wyprawę trzy­dzie­stu przed­nio upo­sa­żo­nych wojow­ni­ków. Z jesz­cze więk­szym zdu­mie­niem pomie­sza­nym ze skrę­po­wa­niem przy­jął od naczel­nika grodu podarki, nie­bo­gate, ale jed­nak.

– Za waszą zacność, żeście nas przed sza­łem tej walecz­nej kobiety uchro­nili, książę – zazna­czył naczel­nik grodu.

Następ­nego ranka Sie­mo­wit i Varm­gu­dinde wyru­szyli w kie­runku Prze­my­śla. Jar­lowa pro­wa­dziła swoje oddziały, zacho­wu­jąc dystans do armii Sie­mo­wita. Od zeszłego wie­czoru, zakoń­cze­nia walk pod Cie­chem i ostrej sprzeczki mię­dzy namio­tami nie zamie­nili ani słowa. Sie­mo­wit wyja­śnił jej nie­praw­dzi­wość zarzu­tów wobec Mazow­szan i zarzu­cił zwie­rzęce zaśle­pie­nie w mor­do­wa­niu nie­win­nych obroń­ców. Jego wysiłki tra­fiły na mur zacię­cia. Varm­gu­dinde zapo­wie­działa księ­ciu, że i tak wybije wszystko co żywe wokół niej, jeżeli nie odnaj­dzie syna lub na wypa­dek jego śmierci.

W dodatku wrze­śniowe słoty nie sprzy­jały popra­wie nastro­jów pośród wojow­ni­ków. Desz­cze na prze­mian z dotkli­wym zią­bem, pokryte zwa­łami opa­dłych liści drogi, zdra­dliwe roz­topy po bokach, sza­rawe niebo wstrzy­mu­jące sło­neczne pro­mie­nie. I ta nie­pew­ność – dokąd zmie­rzają? Gdzie zapę­dzi ich książę? Wrócą przed zimą w rodzinne strony? I jesz­cze tylu grozę budzą­cych skan­dy­naw­skich wojow­ni­ków za nimi… Jakby ich pędzili na rzeź niczym stado bara­nów…

Trze­ciego dnia oddział zwia­dow­ców zło­żony z lubu­szań­skich jeźdź­ców natknął się nie­spo­dzie­wa­nie na nie­wiel­kie zgru­po­wa­nie. Kil­ku­na­stu obcych zgro­ma­dzo­nych wokół ogni­ska na przy­tul­nej pola­nie. Lubu­sza­nie bez namy­słu spięli konie do ataku, gdy jeden z zasko­czo­nych nie­zna­jo­mych wysu­nął przed sie­bie w górę nad głowę nie­znany oręż. Dowódca zwiadu w pędzie konia zdzie­lił śmiałka włócz­nią po gło­wie, jedy­nie rzu­ca­jąc otu­ma­nio­nego na zie­mię. Reszta obcych roz­nie­siona została na strzępy orę­żem, nie zdą­żyw­szy sta­wić oporu. Zawle­czono na­dal nie­przy­tom­nego jeńca do obozu, dzi­wu­jąc się po dro­dze owej broni. Zwy­kły drew­niany krzyż. Duży, co prawda, nie­mal na dłu­gość nogi, ale jak tym wal­czyć? Ani do rzutu nie­zdatny, ani strzał nie miota, bez ostrych czu­bów? Toż to żadna broń. Jeden ze zwia­dow­ców zauwa­żył, że prze­cież nie­któ­rzy wojow­nicy od Sasów podobne na szy­jach noszą, nani­zane na rze­myki, ale to prze­cież znak ich bogów… Poza tym – wtrą­cił inny – z odzie­nia i zawar­to­ści tobo­łów na wojow­ni­ków nie wyglą­dali. Na kup­ców też nie.

– Nie­ważne – uciął dys­ku­sję dowódca zwiadu. – Książę roz­strzy­gnie, ważne, że mamy jeńca. Już Strze­wit go sku­tecz­nie prze­pyta.

Sie­mo­wit zarzą­dził natych­miast krótki postój. I ani słowa tym z Truso o jeńcu – naka­zał surowo. Dopóki się nie wywie­dzą szcze­gó­łów.

Obcy oka­zał się posłań­cem od Moj­mira moraw­skiego, syna i następcy Świę­to­pełka, do Sie­mo­wita.

– Możny jakiś i znacz­nej rangi, ale nie­wo­jen­nego rze­mio­sła – szem­rali mię­dzy sobą dru­ho­wie księ­cia, przy­glą­da­jąc się spę­ta­nej wię­zami postaci, sku­lo­nej mię­dzy ogni­skiem a wej­ściem do namiotu.

Nie­pew­ność roz­wiał nade­szły aku­rat Myśli­duch:

– Coście, duchow­nego chrze­ści­jan zła­pali?

– Twoi ze zwiadu go przy­wle­kli – oznaj­mił mu Prze­mił.

Sie­mo­wit pokrę­cił głową.

– Powi­nie­nem się domy­śleć… ten krzyż…

– I to znacz­nego duchow­nego. – Myśli­duch przy­kuc­nął obok brata. – Spójrz na ozdoby jego szat.

– Oznaj­mił, że Moj­mir go do mnie z posel­stwem przy­słał.

– Skoro tak, to lepiej cho­waj go chyżo do namiotu i ustaw wokół kręgi dru­żyny. Przed­tem sprawdź, czy nie ma przy sobie jako­wejś tru­ci­zny.

– Jakiej tru­ci­zny? – obru­szył się Sie­mo­wit.

– Umyślny od Mora­wian, poj­mu­jesz? – Myśli­duch pokrę­cił głową.

Zasie­dli w namio­cie w szóstkę. Sie­mo­wit, Prze­mił, Myśli­duch, Ści­sło i Mści­bor naprze­ciwko sku­lo­nego posłańca. Przed­sta­wił się jako Paz­dro­mir, opat z Oło­muńca. Nie miał przy sobie ani tru­ci­zny, ani żad­nych innych podej­rza­nych przed­mio­tów. Nato­miast to, co wyja­wił…

Węgry prze­grały nie­dawno sro­mot­nie wielką bitwę z Buł­ga­rami i Pie­czyn­gami Zmu­szeni zostali do opusz­cze­nia swo­ich sie­dzib nad Morzem Czar­nym. W sukurs przy­szło im nie­spo­dzie­wane zapro­sze­nie króla Fran­ków, Arnulfa z Karyn­tii, pro­po­nu­ją­cego im osa­dze­nie się w olbrzy­miej kotli­nie na Pano­nii. Pro­po­zy­cja Arnulfa nie wyni­kła z lito­ści nad ich losem, posta­no­wił ich użyć w woj­nie prze­ciwko Mora­wia­nom. Zde­spe­ro­wani Węgrzy zamie­rzają ruszyć wszyst­kimi ple­mio­nami, w towa­rzy­stwie jesz­cze trzech cha­zar­skich, na lesi­ste prze­łę­cze w połu­dnio­wych Beski­dach, by wedrzeć się do Pano­nii nad górną Cisą. Dys­po­nują wielką potęgą, tysiące wojow­ni­ków na koniach. Jeżeli zdo­łają się prze­drzeć prze­łę­czami, Morawy znajdą się w śmier­tel­nych klesz­czach: od zachodu Fran­ko­wie, od wschodu Węgrzy. Szu­ka­jąc sprzy­mie­rzeń­ców, Świę­to­pełk wszedł w poro­zu­mie­nie z Pie­czyn­gami, by zaata­ko­wali Węgrów ponow­nie, ale jesz­cze po wschod­niej stro­nie Beski­dów. Wypła­cił Pie­czyn­gom kro­cie złota i sre­bra za pomoc. Do gry włą­czył się rów­nież Oleg kijow­ski, w śmier­telne boje z Pie­czyn­gami uwi­kłany. Jemu z kolei zależy, by Węgrzy nie ucho­dzili do Pano­nii, lecz wdali się w bitwy z Pie­czyn­gami. Takoż wszystko się przez to poplą­tało. Świę­to­pełk z Pie­czyn­gami prze­ciwko Węgrom, Oleg z Węgrami prze­ciwko Pie­czyn­gom. Posel­stwa mię­dzy Świę­to­pełkiem a Ole­giem nie doszły do poro­zu­mie­nia, bo władca Kijowa zażą­dał od Mora­wian, by cał­ko­wi­cie zaprze­stali rosz­czeń do ziem Lędzian. Ale król moraw­ski nie zamie­rza mu ustą­pić, bo chce wyko­rzy­stać Lędzian do walki prze­ciwko Węgrom. I nie tylko Lędzian… przy ostat­nich sło­wach poseł się zaciął. Nie­pew­nie dokoń­czył, spo­glą­da­jąc trwoż­li­wie na Sie­mo­wita.

– Mówże! – pona­glił go Prze­mił.

– Mój król posta­no­wił wyko­rzy­stać Mazow­szan do naci­sku na Olega i… i… was, panie, do soju­szu prze­ciwko Fran­kom…

Sie­mo­wit przy­kuc­nął przed nim. Już wycią­gał rękę w kie­runku gar­dła Mora­wia­nina. Myśli­duch uchwy­cił brata z tyłu pod ramiona, unie­ru­cha­mia­jąc go w uści­sku. Mści­bor, dosko­czyw­szy, usiadł okra­kiem na kola­nach kuzyna.

Sie­mo­wit tar­gał głową, wykrzy­ku­jąc:

– Mów, padlino! Gdzie moja rodzina?!

– Panie! Ja tylko słowa prze­ka­zuję! Król nasz jesz­cze za życia zle­cił porwa­nie waszej mał­żonki z dziećmi, by was do ustęp­stwa przy­mu­sić! Są cali i zdrowi! Bo po śmierci Świę­to­pełka syn jego Moj­mir zapa­no­wał, wtedy dopiero się dowie­dział o taj­nych poczy­na­niach ojca. Też chce was do układu nakło­nić, ale naka­zał oto­czyć waszą żonę z dziećmi bez­pieczną opieką i mnie dla­tego wysłał…

– Gdzieee?! – Potężny wrzask księ­cia wstrzą­snął połami namiotu.

– Nie wiem, chyba pod Prze­my­ślem… Skoro tam ocze­kuje na was Moj­mir!

Sie­mo­wit wpa­try­wał się w niego.

– Mora­wia­nie zapu­ścili się konno na nasze zie­mie? – spy­tał Prze­mił z nie­do­wie­rza­niem. – Od kiedy potra­fi­cie konno z łuków strze­lać?

– To byli opła­ceni Pie­czyn­go­wie w prze­bra­niu, wielki wodzu! Rodzinę Mie­sz­droła też porwano na roz­kaz Świę­to­pełka!

Poły namiotu roz­su­nęły się gwał­tow­nie pod naci­skiem dwóch upa­da­ją­cych z zewnątrz do środka dru­żyn­ni­ków księ­cia. Jeden z nich, nie­mal otu­ma­niony sil­nym ude­rze­niem w twarz, zdo­łał wystę­kać:

– Książę, naszła nie­spo­dzie­wa­nie, krzy­cze­li­ście tak gło­śno…

Prze­kro­czyw­szy ich, do środka weszła Varm­gu­dinde z obna­żo­nym mie­czem. Za nią tło­czyli się zdez­o­rien­to­wani polań­scy i skan­dy­naw­scy wojow­nicy.

– Mamy spraw­ców, Mora­wia­nie stoją za porwa­niem – wymsknęło się nie­opatrz­nie Ści­słowi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki