Przeklęte miasto - Ellery Queen - ebook
Opis

Gdy pisarz Ellery Queen przyjeżdża do miasteczka Wrightsville, od razu czuje, że znalazł miejsce, w którym może osiąść na jakiś czas i w spokoju pisać nową powieść. Zaciekawiony historią „Przeklętego domu”, wynajmuje go i wkrótce zakochuje się w jednej z córek właściciela. Szybko odkrywa, że nad szacowną rodziną Wrightów ciąży hańba przeszłości – druga z córek, Nora, została trzy lata temu porzucona przed ołtarzem przez swego narzeczonego Jima Haighta.

Wkrótce po przyjeździe Ellery'ego Jim nieoczekiwanie wraca. Wszystko zdaje się dobrze układać, Jim i Nora biorą ślub. Ale niedługo później na światło dzienne wychodzą trzy listy, których autorem jest najwyraźniej Jim. Opisane są w nich choroba i śmierć jego żony, a wszystkie mają przyszłe daty. W czasie wyznaczonym przez pierwszy list Nora rzeczywiście zaczyna chorować, otruta arszenikiem. Zaś w dniu ostatniego listu istotnie dochodzi do morderstwa.

Wszystkie dowody wskazują na Jima i nim jeszcze rozpocznie się proces, mieszkańcy spokojnego miasteczka zdążą już wydać własny wyrok. Tylko Ellery jest przekonany o niewinności oskarżonego.

„Każda powieść o Ellerym Queenie jest warta wyczekiwania!”.

Agatha Christie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ I

Rozdział I Pan Queen odkrywa Amerykę

Ellery Queen stał na peronie dworca w Wrightsville, wśród sięgającego mu po kolana stosu walizek. A więc stałem się admirałem, pomyślał. Admirałem Kolumbem.

Dworzec mieścił się w niskim, kwadratowym budynku z czerwonej cegły. W cieniu okapu, na zardzewiałym bagażowym wózku, siedziało dwóch małych chłopców w niebieskich podartych kombinezonach. Machali rytmicznie brudnymi nogami i żuli gumę, patrząc na pana Queena pozbawionym wyrazu wzrokiem.

Żwir dokoła stacji upstrzony był tu i ówdzie końskim nawozem. Po jednej stronie torów ciągnął się rząd dwupiętrowych drewnianych domów, do których tuliło się kilka małych sklepików ze spadzistymi dachami. Był to zapewne początek miasta, gdyż w dalszej perspektywie stromej ulicy, wybrukowanej prostokątną kostką, pan Queen dostrzegł zarysy wyższych budynków oraz obszerny tył niknącego autobusu.

Z drugiej strony dworca stał tylko garaż, dawny wagon restauracyjny z wymalowanym wielkim napisem „Obiady u Phila”, i kuźnia z neonową reklamą. Dalej była już tylko cudowna zieleń.

— Ślicznie tu, aż dech zapiera — mruknął zachwycony pan Queen.

Wszystko dokoła żółciło się i zieleniło: barwy zboża. A nad tym błękitne niebo i białe obłoki… Tak czystego błękitu i bieli nigdy jeszcze nie widział.

Miasto i wieś spotkały się tu, na stacji Wrightsville, wraz z którą dwudziesty wiek wtargnął na zdumione wiejskie pola.

Tak, przyjacielu. Właśnie tego szukałeś.

— Tragarz!

We wszystkich hotelach po kolei: u Hollisa, w Upham House i u Keltona świeżo przybyły gość spotykał się z odmową, nigdzie bowiem nie było nawet najskromniejszego wolnego pokoiku. Zupełnie jak gdyby Wrightsville osiągnęło szczyt koniunktury tuż przed przyjazdem pana Queena. Ostatni pokoik u Hollisa sprzątnął mu niemal sprzed nosa jakiś barczysty mężczyzna, który zdawał się mieć wypisane na czole wielkimi literami „przemysł zbrojeniowy”.

Wcale tym niezrażony pan Queen zostawił walizki u Hollisa, spokojnie zjadł drugie śniadanie w „Coffee Shoppe” i starannie przeczytał „Wiadomości”, miejscową gazetę redagowaną i wydawaną przez Franka Lloyda.

Zapamiętał sobie te wszystkie wymienione w gazecie nazwiska, które powinny należeć do ważnych miejscowych osobistości, po czym, kupiwszy w kiosku Grovera, syna Marka Doodle'a, dwie paczki pall-malli oraz plan miasta, wyszedł na skąpany w upale, wybrukowany czerwonymi kocimi łbami plac.

Przy stojącym na środku placu korycie dla koni pan Queen zatrzymał się na chwilę, by przyjrzeć się pomnikowi Wrighta-Założyciela. Założyciel Wright był kiedyś lśniącą brązową figurą, teraz jednak porósł mchem, a kamienne koryto, nad którym go postawiono, z pewnością nie było używane od wielu lat. Jankeski nos Założyciela oblepiony był zaschniętymi ptasimi odchodami. Wyryty na tabliczce napis głosił, że gdy Jezreel Wright zakładał w roku pańskim 1701 Wrightsville, było ono opuszczoną siedzibą indiańską. Wright uprawił ziemię, zbudował farmę i dobrze mu się wiodło w życiu. Nieskażone w swej prostocie okna Wrightsville National Bank (prezes John F. Wright) uśmiechnęły się do pana Queena przez całą szerokość placu, a on odpowiedział im serdecznym uśmiechem: Och, nasi pionierzy!

Następnie pan Queen obszedł wkoło plac (który był okrągły), oglądając wystawy: sklepu z konfekcją męską Sola Gowdy'ego, domu towarowego „Bon Ton”, sklepu z alkoholami Dunca Macleana i agentury ubezpieczeniowej Williama Ketchama. Trochę dłużej zatrzymał się przed sklepem J.P. Simpsona, podziwiając trzy pozłacane kule nad wejściem, obejrzał porcelanowe wazy z zielonym i czerwonym płynem w oknie apteki (właściciel Myron Garback), po czym cofnął się na plac, by przyjrzeć się ulicom, które rozchodziły się z niego promieniście jak szprychy z piasty koła.

Jedna z tych szprych była szeroką aleją; wznosiły się przy niej: zbudowany z czerwonej cegły gmach ratusza i biblioteka imienia Carnegie'ego, za którą prześwitywał kawałek parku ze strzelistymi koronami drzew. Jeszcze dalej widać było grupę białych nowych wieżowców Zarządu Przemysłu Zbrojeniowego. Druga szprycha była ulicą biegnącą między dwoma rzędami sklepów, na której roił się tłum zwyczajnie ubranych kobiet oraz mężczyzn w roboczych kombinezonach. Pan Queen sprawdził na planie miasta, że ta handlowa ulica nazywa się Lower Main, po czym ruszył w jej stronę.

Niemal od razu znalazł siedzibę gazety „Wiadomości”. Uchylił drzwi i zobaczył starego Phinny Bakera czyszczącego do połysku wielką maszynę drukarską zakurzoną po rannej pracy. Szedł dalej powoli, po Lower Main, zajrzał na chwilę do zatłoczonego sklepu „Tysiąc i jeden drobiazgów”, minął nowy budynek poczty, teatr „Bijou” i Biuro Handlu Nieruchomościami J.C. Pettigrew. Wszedł do lodziarni Ala Browna i zamówił porcję lodów bakaliowych. Jadł je powoli, słuchając wesołego trajkotania opalonych chłopców i rumianych dziewcząt w wieku szkolnym. Przekrzykiwali się wzajemnie po obu jego stronach, umawiając się na sobotnie randki na dansing w Grove, tuż obok stacji węzłowej Wrightsville, trzy mile za miastem, wejście za dolara. Tylko na miłość boską, Marge, niech twoja matka nie kręci się po parkingu. Wcale nie mam ochoty dać się złapać jak dwa tygodnie temu i żebyś znowu ryczała jak bawół!

Pan Queen opuścił lodziarnię i wyruszył na dalszą przechadzkę po mieście. Oddychał głęboko, delektując się zapachem wilgotnych liści i kapryfolium. Spojrzał życzliwie na wypchanego orła w przedsionku biblioteki Carnegie'ego i podobała mu się nawet panna Aikin, podstarzała bibliotekarka, która spojrzała na niego bardzo srogo, jak gdyby chciała powiedzieć: „Niech pan tylko nie próbuje wynieść stąd jakiejś książki”. Podobały mu się wąskie, kręte uliczki Low Village i wszedł do sklepu z towarami kolonialnymi Sidneya Gotcha, gdzie kupił paczkę tytoniu do żucia Old Mariner, wyłącznie dla zachowania pozorów, w rzeczywistości chciał bowiem tylko poczuć aromatyczny zapach kawy, gumowych butów, octu, rozmaitych gatunków sera i nafty.

Podobał mu się warsztat mechaniczny, który niedawno wznowił działalność, oraz stara przędzalnia bawełny, po przeciwnej stronie ulicy, na ukos od pomnika Bohaterów I Wojny Światowej. Sidney Gotch opowiedział mu jej historię. Najpierw była tam przędzalnia bawełny, potem budynek stał pusty, następnie zainstalował się w nim sklep z obuwiem, potem budynek znów stał pusty. Pan Queen przyjrzał się szczerbom w futrynach, w które chłopcy z Low Village rzucali w lecie kamieniami, a w zimie śnieżkami, idąc do obrośniętej dzikim winem szkoły parafialnej pod wezwaniem św. Jana, na Lower Dade Street. Teraz jednak wokoło budynku kręcili się „obywatele” ze zwisającymi u biodra długimi, mocno wypchanymi futerałami i z oczami pozbawionymi iskierki uśmiechu.

— Chłopcy — poinformował pana Queena Sidney Gotch — wydają tu teraz tylko dziki okrzyk wojenny i wyżywają się na sklepie spożywczym Muellera, trzecie drzwi w lewo, prawie na samym rogu Whistling Avenue.

Przędzalni przyszły nieoczekiwanie z pomocą wojskowe zamówienia.

— Szczyt koniunktury, mój panie. Nic dziwnego, że nie mógł pan dostać pokoju. My z moją Betsy mamy teraz u siebie stryja z St. Paul i kuzyna z Pittsburga.

Panu Queenowi wszystko coraz bardziej się podobało. Spojrzał na wielką tarczę zegara na wieży ratuszowej. Było pół do trzeciej. I co będzie z pokojem?

Ruszył szybko z powrotem na Lower Maine, nie zatrzymując się, nie patrząc na nic po drodze, póki nie stanął przed drzwiami z szyldem: „J.C. PETTIGREW, Biuro Handlu Nieruchomościami”.

Rozdział II Przeklęty Dom

Kiedy pan Queen wszedł do biura, J.C. drzemał w najlepsze, z ogromnymi nogami sterczącymi nad blatem biurka. Przed chwilą wrócił z celebrowanego co tydzień w Upham House lunchu Izby Handlowej, opchany pieczonymi kurczętami Mamy Upham.

Pan Queen go zbudził.

— Nazywam się Smith — oświadczył. — Przed paru godzinami przyjechałem do Wrightsville i szukam niewielkiego umeblowanego domku, który chciałbym wynająć, płacąc miesięczny czynsz.

— Bardzo mi miło pana poznać — odparł J.C., z pewną trudnością wciągając „urzędową” gabardynową marynarkę. — Ależ gorąco! Szuka pan umeblowanego domku! Od razu widać, że pan nietutejszy. Nie znajdzie pan nic takiego w Wrightsville!

— Więc może umeblowane mieszkanie…?

— Ta sama sytuacja. — J.C. ziewnął szeroko. — Przepraszam pana. Zrobiło się chyba jeszcze goręcej, nie sądzi pan?

— Z całą pewnością — odparł Ellery.

Pan Pettigrew rozparł się wygodnie w obrotowym fotelu, wydłubał kościaną wykałaczką spomiędzy zębów kawałek kurczęcia i przyjrzał mu się uważnie. — Kwestia mieszkaniowa stała się u nas poważnym problemem, proszę pana. Ludzie ściągają do nas ze wszystkich stron. Przeważnie po to, żeby dostać pracę w Warsztatach Mechanicznych. Proszę chwileczkę zaczekać.

Pan Queen czekał.

— Oczywiście! — J.C. delikatnie strząsnął odrobinę kurczęcia z wykałaczki. — Czy pan jest przesądny?

Pan Queen był wyraźnie zaskoczony.

— Chyba nie — odparł po chwili.

— W takim razie… — J.C. rozpromienił się, ale urwał w pół zdania. — Czy mogę wiedzieć, czym się pan trudni? Właściwie nie ma to żadnego znaczenia, ale…

Ellery się zawahał.

— Jestem pisarzem.

Właściciel biura wytrzeszczył oczy.

— Pisze pan… książki?

— Tak, proszę pana, książki i inne rzeczy z tej dziedziny.

— Ach tak. — Oblicze J.C. promieniało radością. — Czuję się zaszczycony, że pana poznałem. Smith… To dziwne. Dość dużo czytam, ale nie mogę sobie przypomnieć autora o tym nazwisku… bardzo przepraszam, zapomniałem… jak panu na imię?

— Nie powiedziałem panu tego. Mam na imię Ellery. Ellery Smith.

— Ellery Smith… — z namysłem powtórzył J.C.

Pan Queen się uśmiechnął.

— Piszę pod pseudonimem.

— Ach! Pod jakim pseudonimem…? — Pan Pettigrew zrobił krótką przerwę, ale ponieważ pan „Smith” uśmiechał się, nic nie mówiąc, potarł ręką brodę i zapytał: — Oczywiście otrzymam od pana jakieś referencje?

— Czy zapłata za trzy miesiące z góry będzie uważana w Wrightsville za wystarczającą gwarancję, panie Pettigrew?

— Najzupełniej. — J.C. uśmiechnął się szeroko. — Zaraz pana zaprowadzę. Mam taki domek, jakiego pan szuka.

— Dlaczego zapytał mnie pan, czy jestem przesądny? — zagadnął Ellery, gdy pan Pettigrew zaprosił go do swego dwuosobowego samochodziku w groszkowym kolorze i ruszyli z miejsca. — Czy w tym domu straszy?

— Co to, to nie — odparł J.C. — Ale opowiadają o nim różne dziwne historie. Może nasunie to panu temat do jakiejś nowej książki, jak pan myśli? — Pan „Smith” zgodził się, że może tak być. Niewykluczone, że tak będzie. — Ten domek stoi na Wzgórzu i sąsiaduje z domem Johna F., to znaczy Johna F. Wrighta, Prezesa Narodowego Banku Wrightsville. Najstarsza rodzina w mieście.

Trzy lata temu jedna z trzech córek Johna F., ta średnia, na imię ma Nora… zaręczyła się z Jimem Haightem. Jim był głównym kasjerem w banku jej ojca. Nie pochodził z naszego miasta, przyjechał do Wrightsville z Nowego Jorku parę lat przed tym wydarzeniem. Miał znakomite referencje. Zaczął od pomocnika kasjera i szybko awansował. Porządny facet ten Jim. Nie zadawał się z byle kim, często przesiadywał w bibliotece i nie latał po zabawach, co najwyżej czasem poszedł do kina „Bijou” Louie Cahana albo wieczorem, jak występował zespół rozrywkowy, stał gdzieś z boku z innymi chłopakami, przyglądał się dziewczętom, które paradowały przed nimi, jedząc prażoną kukurydzę, i przekomarzał się wesoło. Ciężko pracował… miał mnóstwo roboty, a jaki był przy tym samodzielny! Nigdy nie widziałem chłopaka, który by tak wytrwale szedł o własnych siłach jak on. Wszyscy za nim przepadaliśmy.

Pan Pettigrew westchnął ciężko, a Ellery nie mógł pojąć, dlaczego z takim przygnębieniem mówił o tym wzorze wszelkich cnót.

— Panna Nora Wright świata poza nim nie widziała, jak sądzę — powiedział Ellery, aby przyśpieszyć powoli toczącą się opowieść.

— Tak było, to fakt — mruknął J.C. — Po prostu szalała za nim. Póki Jim się nie zjawił, była bardzo spokojną dziewczyną… Musiała nosić okulary i pewno jej się zdawało, że z tego powodu żaden chłopiec na nią nie spojrzy, bo siedziała kamieniem w domu, szyła lub pomagała matce w pracy społecznej, a Lola i Patty chodziły z chłopcami na zabawy.

Ale, proszę pana, Jim zmienił to wszystko. Taki facet jak on nie zlęknie się okularów. Nora jest ładną dziewczyną i pod wpływem Jima zmieniła się zupełnie… mój Boże, nie uwierzyłby pan, jak się zmieniła! — J.C. zmarszczył brwi.— Obawiam się, że za dużo gadam. W każdym razie ma pan już jakie takie pojęcie o sytuacji. Kiedy Jim i Nora się zaręczyli, miasto orzekło, że będą bardzo dobraną parą, zwłaszcza po tym, co się stało z najstarszą córką Johna, Lolą.

— A cóż się z nią stało? — szybko zapytał Ellery.

J.C. skręcił w szeroką polną drogę. Byli dość daleko poza miastem i Ellery napawał wzrok widokiem otaczającej go soczystej zieleni.

— Czy ja coś wspomniałem o Loli? — niepewnie zapytał właściciel firmy. — No więc… Lola uciekła z domu. Z aktorem z jakiegoś objazdowego teatru. Po pewnym czasie wróciła do Wrightsville… Rozwiedziona.

J.C. stanowczo zacisnął wargi i pan Queen zrozumiał, że nie może liczyć na dalsze wiadomości o pannie Loli Wright.

— John i Hermione Wright postanowili — podjął J.C. — ofiarować Jimowi i swojej córce Norze na prezent ślubny umeblowany domek. John wydzielił kawałek terenu z posesji, na której stał jego własny dom, i zaczął budować tuż obok, bo Hermy chciała mieć swoją Norę jak najbliżej, tym bardziej że straciła już jedną córkę.

— Lolę. — Pan Queen kiwnął głową. — Wspominał pan, że się rozwiodła i wróciła do Wrightsville. Czy to znaczy, że Lola Wright nie mieszka z rodzicami?

— Tak — krótko uciął J.C. — No więc John wybudował Jimowi i Norze śliczny sześciopokojowy domek, tuż obok siebie. Hermione umeblowała go, kupiła dywany, zasłony i srebra, gdy nagle… to się stało.

— Co się stało? — zapytał pan Queen.

— Prawdę mówiąc, nikt tego nie wie — wyjąkał właściciel firmy. — Oprócz Nory Wright i Jima Haighta. Stało się to akurat w przeddzień ich ślubu, wszystko wyglądało jak w bajce, a tu nagle Jim Haight robi kawał i znika z Wrightsville! Może pan sobie wyobrazić! Po prostu zwiał. Stało się to trzy lata temu i dotąd ani razu nie pokazał się w Wrightsville.

Jechali teraz krętą, wijącą się pod górę drogą. Ellery patrzył na przestronne stare domy stojące wśród kusząco pięknych trawników i otoczone jesionami, cyprysami, klonami i wierzbami płaczącymi, których wierzchołki wznosiły się ponad ich dachy.

Pan Pettigrew z posępną miną wpatrywał się w krętą drogę.

— Na drugi dzień rano John F. znalazł na swoim biurku liścik od Jima, w którym to liście składał on rezygnację z pracy bez słowa wyjaśnienia, dlaczego opuszcza Wrightsville. Nora także nie powiedziała ani słowa. Po prostu zamknęła się w swoim pokoju i nie chciała wyjść, mimo zaklęć matki, Patricii, a nawet starej Ludie, która przecież wychowała je wszystkie, to znaczy wszystkie trzy córki Wrightów. Zamknęła się na klucz i bez przerwy szlochała. Moja córka Carmel i Patty Wright nie potrafią żyć jedna bez drugiej i Pat opowiedziała mojej córce to wszystko. Pat też bardzo płakała tego dnia. I chyba cała rodzina.

— A co stało się z domem? — zapytał cicho pan Queen.

J.C. zjechał na pobocze i wyłączył silnik.

— Oczywiście ślub został odwołany. Wszyscy myśleliśmy, że Jim się zjawi i że to była zwykła sprzeczka zakochanych. Ale więcej się nie pokazał. Tylko coś naprawdę piekielnie poważnego mogło rozdzielić tę parę narzeczonych! — J.C. potrząsnął głową. — No cóż, dom był gotów do zamieszkania, tylko zabrakło lokatorów. Hermy strasznie ciężko to przeżyła. Opowiadała wszystkim, że to Nora rzuciła Jima. Ale ludzie nie przestali plotkować i po pewnym czasie… — pan Pettigrew urwał w pół słowa.

— I po pewnym czasie…? — powtórzył Ellery.

— …Zaczęto mówić, że Nora… zwariowała i że ktoś przeklął ten dom.

— Przeklął ten dom!

J.C. uśmiechnął się blado.

— Ludzie są dziwni, prawda? Czy to wina domu, że Jim i Nora zerwali ze sobą? I oczywiście nie ma słowa prawdy w tym, co opowiadają o Norze. Jest zupełnie normalna. Mówię panu!

J.C. parsknął ze złością.

— To jeszcze nie koniec. Kiedy po pewnym czasie stało się jasne, że Jim nie wróci, John F. postanowił sprzedać dom, który wybudował dla własnej córki. Bardzo szybko znalazł się kupiec… kuzyn Clarice, żony sędziego Martina. Nazywał się Hunter i pochodził z bostońskiej gałęzi tej rodziny. Pośredniczyłem w tej transakcji. — J.C. zniżył głos. — Daję panu najświętsze słowo honoru, że sam zawiozłem tego Huntera, żeby sobie jeszcze raz obejrzał dom przed podpisaniem kontraktu. Pan Hunter rozglądał się po salonie i właśnie mówił: „Nie podoba mi się, że kanapa stoi w tym miejscu, trzeba ją będzie przesunąć”, gdy nagle zbladł, jak gdyby go coś przeraziło, chwycił się za serce i tak jak stał, runął martwy przede mną! Skonał na miejscu! Nie spałem potem przez cały tydzień.

Otarł chustką czoło.

— Doktor Willoughby orzekł, że to był atak serca. Ale ludzie w mieście mówili co innego. Twierdzili, że to ten dom. Najpierw uciekł Jim, a potem nagle zmarł przyszły właściciel. Na domiar złego jakiś początkujący reporterzyna od siedmiu boleści napisał w „Wiadomościach” Franka Lloyda wzmiankę o śmierci Huntera i nazwał ten domek „przeklętym”. Oczywiście Frank wylał go z miejsca. Przyjaźni się z Wrightami.

— Bzdury, ale drugi kupiec już się nie zjawił — mruknął J.C. — John próbował wynająć dom i też nie było chętnego. Ludzie mówią, że za dużo zdarzyło się tam nieszczęść. No i co, nie zląkł się pan? Nadal pan reflektuje?

— Jak najbardziej — pogodnie odparł pan Queen.

J.C. zapuścił silnik.

— Można by powiedzieć, że los uwziął się na tę rodzinę — zauważył Ellery. — Jedna córka uciekła, a druga ma zmarnowane życie przez nieszczęśliwą miłość. Czy najmłodsza córka jest zupełnie normalna?

— Patricia? — rozpromienił się J.C. — To najładniejsza, najmilsza dziewczyna w Wrightsville, oczywiście po mojej córce Carmel! Pat od dłuższego czasu chodzi z Carterem Bradfordem. Cart to nasz nowy prokurator okręgowy… no, jesteśmy na miejscu!

Właściciel firmy skręcił w aleję prowadzącą do okazałego domu w stylu kolonialnym, ukrytego na stoku wzgórza, z dala od drogi. Był to z pewnością najwyższy dom stojący wśród najwyższych drzew, jakie Ellery widział, przejeżdżając przez tę willową dzielnicę. Obok dużego domu stał biały nowoczesny domek z zamkniętymi drewnianymi okiennicami.

Wchodząc po szerokich schodach rezydencji Wrightów, Ellery nie odrywał oczu od małego pustego domku z pozamykanymi okiennicami, który zamierzał wynająć.

J.C. zadzwonił i stara Ludie, w swoim słynnym sztywno wykrochmalonym fartuchu, otworzyła im drzwi, pytając, czego sobie życzą.

Rozdział III „W Wrightsville zamieszkał słynny powieściopisarz”

— Zaraz powiem panu Wrightowi, że panowie przyszli — prychnęła ze złością Ludie, oddalając się w głąb domu. Wykrochmalone poły jej fartucha sterczały po bokach jak rogi holenderskiego czepka.

— Ludie od razu poznała, że przyszliśmy wynająć „przeklęty dom”. — Pan Pettigrew się uśmiechnął.

— Czy właśnie dlatego spojrzała na mnie tak, jakbym był hitlerowskim gauleiterem? — zapytał pan Queen.

— Ludie na pewno uważa, że takim ludziom jak John F. Wright nie wypada wynajmować domów. Czasem się zastanawiam, która z nich jest większą snobką: Ludie czy Hermy?

Pan Queen rozejrzał się po pokoju. Odniósł bardzo przyjemne wrażenie. Kilka starych mahoniowych mebli było szczególnie pięknych, podobnie jak kominek z włoskiego marmuru. I co najmniej dwa olejne obrazy były doskonałego pędzla i przedstawiały dużą wartość.

J.C. dostrzegł uznanie w jego wzroku.

— To Hermione wytrzasnęła skądś te wszystkie obrazy — powiedział. — Zna się na sztuce… O, a to właśnie ona. I John.

Ellery wstał. Spodziewał się, że zobaczy potężną niewiastę o surowej twarzy. Zamiast niej ukazała się Hermy. Hermy zawsze wprowadzała obcych w błąd: była filigranowa, macierzyńska i słodka.

John Fowler Wright był niedużym, szczupłym mężczyzną, a jego opalona twarz zdradzała, że lubi przebywać na świeżym powietrzu. Ellery poczuł do niego sympatię od pierwszego wejrzenia. Pan Wright trzymał pod pachą album ze znaczkami z pieczołowitością długoletniego kolekcjonera.

— John, pozwól, że ci przedstawię pana Ellery'ego Smitha. Szuka umeblowanego domku do wynajęcia — nerwowo zaczął J.C. — Pan Wright, pani Wright, pan Smith. Ehem!

John F. oświadczył trochę piskliwym głosem, że czuje się zaszczycony, mogąc poznać pana Smitha, a Hermy wyciągnęła wyprostowaną rękę, mówiąc słodko:

— Miło mi pana powitać w naszym domu.

Ale pan „Smith” dostrzegł towarzyszący temu gestowi lodowaty błysk w jej ładnych niebieskich oczach i natychmiast zorientował się, że w tym stadle kobieta jest dużo twardsza od mężczyzny. Był więc dla niej niezwykle szarmancki. W rezultacie Hermy trochę złagodniała i nawet parokrotnie smukłymi palcami przesunęła po swoich lśniących siwych włosach, co miała zwyczaj robić, gdy była z czegoś zadowolona albo czymś podniecona, lub jedno i drugie.

— Oczywiście — z szacunkiem mówił J.C. — od razu pomyślałem o tym ślicznym sześciopokojowym domku, który tu wybudowałeś, John…

— Nie podoba mi się ten pomysł wynajęcia domu, John — zimno przerwała Hermione. — Naprawdę nie rozumiem… — zwróciła się do pana Pettigrew.

— Mam nadzieję, że zechce pani zmienić zdanie, gdy dowie się pani, kim jest pan Smith — szybko wtrącił J.C.

— A zatem słucham — ostrym tonem powiedziała Hermione. — Kim jest ten pan?

— Pan Smith — uroczyście oświadczył J.C. — to słynny pisarz, Ellery Smith!

— Słynny pisarz?! — Hermione zabrakło tchu. — Naprawdę nie spodziewałam się czegoś takiego! Proszę postawić tę tacę na stoliczku do kawy, Ludie.

Ludie z brzękiem postawiła tacę. W dzbanku cytrynowo-grejpfrutowego ponczu podzwaniały kostki lodu, a obok stały cztery puste kryształowe pucharki.

— Jestem pewna, że nasz domek będzie się panu podobał — szybko mówiła Hermione. — To po prostu marzenie. Sama go urządzałam. Czy pan czasem miewa odczyty? Nasze Stowarzyszenie Kobiet…

— Mam tu zupełnie niezłe tereny golfowe — wtrącił się do rozmowy John F. — Na jak długo chciałby pan wynająć ten dom?

— Pan Smith na pewno tak polubi Wrightsville, że w ogóle nie będzie chciał stąd wyjechać — przerwała mu Hermy. — Czy można nalać panu szklaneczkę ponczu? To sekret i specjalność Ludie…

— Trudność polega na tym — marszcząc brwi, powiedział John F. — że przy obecnym tempie rozwoju miasta zapewne bardzo szybko uda mi się znaleźć nabywcę…

— To naprawdę żaden problem, John! — zawołał J.C. — Możemy zaznaczyć w umowie, że gdyby znalazł się kupiec, pan Smith wyprowadzi się w odpowiednim terminie…

— Ach, te interesy! — wesoło zawołała Hermy. — Pan Smith na pewno chciałby jak najprędzej zobaczyć domek. Panie Pettigrew, niech pan tu zostanie i dotrzyma towarzystwa Johnowi i tym jego okropnym znaczkom. A my chodźmy.

Przez całą drogę z wielkiego do małego domu Hermione szła wsparta na ramieniu Ellery'ego, jak gdyby bała się, że jej towarzysz ulotni się, gdy tylko go puści.

— Meble są teraz w pokrowcach — mówiła — ale naprawdę są bardzo ładne. We wczesnoamerykańskim stylu, z jasnego klonu i zupełnie nowe. Niech pan sam zobaczy. Prawda, jakie to śliczne?

Hermy zaciągnęła Ellery'ego na górę i na dół, pokazując mu cały domek od piwnic aż do mansardy. Zaprowadziła go do wielkiej udekorowanej kretonem sypialni i ukazała mu całe piękno salonu z jego klonowymi meblami, pełnymi bibelotów wnękami, szydełkowym dywanem i prawie pustymi półkami na książki…

— Tak, tak, rzeczywiście — słabym głosem potakiwał Ellery. — Bardzo tu ładnie.

— Postaram się znaleźć panu odpowiednią gosposię — szczebiotała Hermione. — O Boże! Gdzie pan będzie pracował? Moglibyśmy urządzić panu gabinet w drugiej sypialni na górze. Przecież pan musi mieć gabinet do pracy.

Pan „Smith” powiedział, że na pewno będzie się czuł doskonale bez żadnych zmian.

— Więc podoba się panu nasz domek? Jakże się cieszę! — Hermione ściszyła głos. — Oczywiście bawi pan tu incognito, prawda?

— To takie wielkie słowo…

— Może pan być spokojny, że dopilnuję, aby nikt poza kilku osobami z grona naszych najbliższych przyjaciół nie wiedział, kim pan naprawdę jest — mówiła rozpromieniona Hermy. — Co pan zamierza napisać, jeśli można wiedzieć?

— Powieść — słabym głosem odparł Ellery. — Zupełnie specjalnego rodzaju. Akcja jej będzie się toczyła w niedużym mieście.

— Więc przyjechał pan tutaj w poszukiwaniu lokalnego kolorytu! Bardzo mądrze! I wybrał pan nasze kochane Wrightsville! Musi pan koniecznie poznać moją córkę, Patricię. To bardzo inteligentna dziewczyna. Jestem przekonana, że Pat bardzo panu ułatwi poznanie Wrightsville…

W dwie godziny później pan Ellery Queen podpisał się „Ellery Smith” na umowie najmu, w myśl której zobowiązał się wynająć umeblowany dom pod numerem 460, Hill Drive, na okres sześciu miesięcy, poczynając od dnia 6 sierpnia 1940 roku, opłacając czynsz za trzy miesiące z góry w sumie siedemdziesiąt pięć dolarów za miesiąc, z jednomiesięcznym wypowiedzeniem, które właściciel zobowiązywał się doręczyć mu w przewidzianym terminie w razie sprzedaży nieruchomości.

— Muszę się przyznać — zwierzył się J.C, gdy opuścili dom Wrightów — że na chwilę wstrzymałem oddech, kiedy jeszcze tam byliśmy.

— Kiedyż to było?

— W momencie gdy wziął pan pióro od Johna F., żeby się podpisać.

— Wstrzymał pan oddech? — Ellery zmarszczył brwi. — Dlaczego?

J.C. parsknął śmiechem.

— Przypomniał mi się ten biedny stary Hunter, który padł trupem w tym domku. Przeklęty Dom! Strach pomyśleć! A pan jak gdyby nigdy nic — zdrów jak rybka!

Wciąż jeszcze trzęsąc się ze śmiechu, wsiadł do swego samochodu i pojechał do miasta po rzeczy zostawione przez Ellery'ego w hotelu Hollisa. Pan Queen został sam na środku drogi. Był lekko poirytowany.

*

Ellery wszedł do swego nowego mieszkania z dreszczem niepokoju.

Teraz, kiedy uwolnił się ze szponów pani Wright, doszedł do wniosku, że w tym domu jest mimo wszystko coś niezwykłego… jakaś pustka, coś nieskończonego, niby przestworze kosmosu. Ellery gotów już był powiedzieć „nieludzkiego”, ale doszedłszy do tego punktu, wziął się mocno w garść. Przeklęty dom! Równie dobrze można by nazwać Wrightsville przeklętym miastem. Zrzucił marynarkę, podwinął rękawy koszuli i zabrał się do sprzątania.

— Panie Smith — usłyszał czyjś przerażony głos — co pan robi najlepszego!

Przyłapany na gorącym uczynku Ellery wypuścił z ręki pokrowiec w chwili, gdy do pokoju wpadła Hermione Wright. Miała wypieki na policzkach i jej siwe włosy nie były już gładko przyczesane.

— Niech się pan nie waży tknąć czegokolwiek! Chodź tutaj, Alberto. Pan Smith na pewno cię nie ugryzie. — Do pokoju wsunęła się zatrwożona dziewoja. — Panie Smith, to jest Alberta Manaskas. Jestem pewna, że będzie pan z niej bardzo zadowolony. Alberto, nie stój jak kołek. Zacznij sprzątać od góry! — Alberta uciekła.

Ellery wymamrotał kilka słów podziękowania i opadł na fotel w kretonowym pokrowcu, a pani Wright z przerażającą energią przystąpiła do ataku.

— Zaraz tu będziemy mieli wzorowy porządek! Coś panu powiem przy sposobności… mam nadzieję, że nie będzie mi pan miał tego za złe. Jadąc do miasta po Albertę, wstąpiłam przypadkiem do redakcji „Wiadomości”… uff! co za kurz!… i odbyłam poufną rozmówkę z Frankiem Lloydem. Jak pan zapewne wie, jest wydawcą i redaktorem tutejszej gazety.

Serce uciekło Ellery'emu w pięty.

— Pozwoliłam sobie także zamówić dla pana mięso i jarzyny u Logana. Dziś zje pan, oczywiście, kolację u nas. Zaraz, zaraz… czy ja o czymś nie zapomniałam? Elektryczność… gaz… woda… nie, pamiętałam o wszystkim. Och, telefon! Załatwię to jutro z samego rana. Jestem święcie przekonana, że gdybyśmy nie wiem jak starali się to ukryć, prędzej czy później wszyscy mieszkańcy Wrightsville dowiedzą się, że pan przyjechał do naszego miasta. Pomyślałam więc sobie, że skoro Frank, jako dziennikarz, będzie po prostu musiał napisać o panu parę słów, to poproszę go, aby okazał mi specjalną uprzejmość i nie wspominał w swoim artykule, że jest pan słynnym pisarzem. Patty, kochanie! Carter! Och, moi drodzy, mam dla was taaaką niespodziankę!

Pan Queen podniósł się z fotela, szukając po omacku swojej marynarki. Jedyną logiczną myślą, jaka przyszła mu do głowy, było, że jej oczy są jak połyskująca w słońcu woda w górskim strumieniu.

— Więc to pan jest tym słynnym pisarzem — powiedziała Patricia Wright, patrząc na niego z przechyloną na bok głową. — Kiedy tata powiedział nam przed chwilą, kogo mama złowiła, spodziewałam się, że zastanę tutaj zabiedzonego poetę o melancholijnych oczach, w spodniach z powypychanymi kolanami i z nieodłączną szklaneczką w ręku. Czuję się miło rozczarowana.

Pan Queen usiłował przybrać przyjemny wyraz twarzy i wymamrotał coś niezrozumiałego.

— Czy to nie cudowne, kochanie?! — wykrzyknęła Hermy. — Musi mi pan wybaczyć, panie Smith. Na pewno pomyśli pan, że jestem straszliwie prowincjonalna. Ale naprawdę nie mogę się uspokoić. Pat, kochanie, przedstaw panu Cartera.

— Och, Carter! Strasznie cię przepraszam. Pan Smith, pan Bradford.

Wymieniając uścisk dłoni z wysokim, inteligentnie wyglądającym, ale wyraźnie zatroskanym młodym człowiekiem, Ellery zastanowił się przez chwilę, czy młody człowiek nie trapi się ciągle, w jaki sposób utrzymać przy sobie pannę Patricię Wright. Natychmiast go polubił.

— Sądzę — powiedział uprzejmie Carter Bradford — że wszyscy wydajemy się panu okropnie prowincjonalni. Fikcja czy nie fikcja?

— Fikcja — odparł Ellery. A zatem wojna.

— Czuję się miło rozczarowana — powtórzyła Pat, przyglądając się Ellery'emu. Carter spochmurniał. Pan Queen tryskał zadowoleniem. — Doprowadzę ten pokój do porządku, mamo… Nie zrani pan moich uczuć, jeśli potem, gdy przestaniemy już mieszać się w pańskie życie, wszystko pan poprzestawia. Ale tymczasem…

Patrząc jak Pat Wright, podejrzliwie obserwowana przez Cartera Bradforda, porządkuje jego mieszkanie, Ellery pomyślał: Niechby święci pańscy co dzień zsyłali na mnie takie przekleństwa jak w tym błogosławionym dniu. Carter, drogi chłopcze, bardzo mi przykro, ale zamierzam wkraść się w łaski twojej Pat.

Jego pogodny nastrój nie prysł nawet wtedy, gdy pan J.C. Pettigrew przyjechał z miasta z jego bagażem i stanął w progu, wymachując ostatnim numerem „Wiadomości Wrightsville”.

Frank Lloyd, wydawca i redaktor, tylko formalnie dotrzymał słowa danego Hermione Wright.

W treści artykułu nie wspomniał ani słowem o panu Smisie poza tym, że jest on „panem Ellerym Smithem z Nowego Jorku”. Ale tytuł notatki brzmiał:

„W Wrightsville zamieszkał słynny powieściopisarz!”.

Rozdział IV Trzy siostry

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział V Powrót narzeczonego

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VI Dziś odbędzie się ślub

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VII Hallowen: maska

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VIII Halloween: czerwone listy

CZĘŚĆ II

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IX Na ofiarnym stosie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział X O Jimie i „Piekiełku”

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XI Dzień Dziękczynienia: pierwsze ostrzeżenie

Rozdział XII Boże Narodzenie: drugie ostrzeżenie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIII Sylwester: ostatnia kolacja

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ III

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIV Żałosne skutki sylwestra

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XV Nora zaczyna mówić…

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVI Aramejczyk

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVII Ameryka odkrywa Wrightsville

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVIII Dzień świętego Walentego: miłość okazuje się bezradna

CZĘŚĆ IV

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIX Walka dwóch światów

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XX Minęły czasy świetności…

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXI Głos ludu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXII Narada wojenna

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ V

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXIII Lola i czek

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXIV Zeznania Ellery'ego Smitha

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXV Dziwna prośba panny Patricii Wright

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXVI Sędzia przysięgły numer 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXVII Niedziela wielkanocna: dar Nory

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ VI

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXVIII Tragedia w Twin Hill

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXIX Ellery Queen wraca do Wrightsville

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXX Druga niedziela maja

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Calamity Town

Copyright © 1942 by Little Brown and Company Copyright renewed by Ellery Queen Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2014All rights reserved

Projekt okładki

Anna M. Damasiewicz

Wydanie I

w tej edycji

ISBN 978-83-7785-466-2

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26

Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

[email protected]

www.zysk.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com