Protokół Sigmy - Robert Ludlum - ebook + książka

Protokół Sigmy ebook

Robert Ludlum

5,0

Opis

 

 

Biznesmen Ben Hartman umyka w Zurychu kuli zabójcy, którym okazuje się jego kolega z uniwersytetu. To dopiero pierwszy z serii zamachów na życie mężczyzny. Dlaczego znalazł się na czyimś celowniku? Kto go ściga? W tym samym czasie amerykańska agentka Anna Navarro bada sprawę serii tajemniczych zgonów mężczyzn w podeszłym wieku w różnych częściach globu. I dochodzi do wniosku, że zostali otruci. Ben i Anna spotykają się, wymieniając zdobyte informacje. Okazuje się, że wszyscy zmarli byli założycielami tajnej organizacji o nazwie Sigma, o korzeniach sięgających Trzeciej Rzeszy. Macki Sigmy oplatają już cały świat, a w arsenale metod jej działania mieszczą się zarówno mordy polityczne, jak przejmowanie firm i kupowanie polityków. Ben i Anna zrobią wszystko, by wytropić przywódcę Sigmy. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna Centrum Kultury w Pieszycach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 813

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jerzytomaszbrattig

Nie oderwiesz się od lektury

Nadmienialem wcześniej że po 50 ciu latach powrocilem do jego ksiazek i mimo doswiadczenia życiowego ksiazki sa dla seniora rewelacyjne choc powolniej tresc do mej glowy dociera ale nigdzie sie nie wybieram i spokojnie jeszcze nie jedna ksiazke Ludluma z radoscia zalicze Z pozdrowieniem mola ksizkowego Jerzy Brattig
00



 

PROTOKÓŁ SIGMY

Tego autora

 

SANKCJA BOURNE’A

RĘKOPIS CHANCELLORA

PROTOKÓŁ SIGMY

 

Wkrótce

 

MISTYFIKACJA BOURNE’A

CEL BOURNE’A

KARTOTEKA CHANCELLORA

PIEKŁO ARKTYKI

KRYPTONIM IKAR

KLĄTWA PROMETEUSZA

TESTAMENT MATARESE’A

 

ROBERT

LUDLUM

 

PROTOKÓŁ SIGMY

 

Z angielskiego przełożył

JAN KRAŚKO

 

 

Tytuł oryginału:

THE SIGMA PROTOCOL

 

Copyright © Myn Pyn LLC 2001

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2009

Polish translation copyright © Jan Kraśko 2002 & 2009

 

Redakcja: Beata Słama

Ilustracja na okładce: Jacek Kopalski

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

Skład: Laguna

 

ISBN 978-83-7359-936-9

 

Dystrybucja

Firma Księgarska Jacek Olesiejuk

Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

t./f. 022-535-0557, 022-721-3011/7007/7009

www.olesiejuk.pl

Sprzedaż wysyłkowa - księgarnie internetowe

www.merlin.pl

www.empik.com

www.ksiazki.wp.pl

 

WYDAWNICTWO ALBATROS

ANDRZEJ KURYŁOWICZ

Wiktorii Wiedeńskiej 7/24, 02-954 Warszawa

 

2009. Wydanie I

Druk: WZDZ - Drukarnia Lega, Opole

Rozdział 1

 

Zurych

 

— Czy podać panu coś do picia?

Boy hotelowy, niski przysadzisty mężczyzna, mówił po angielsku prawie bez cienia obcego akcentu. Na jego oliwkowym uniformie lśnił brązowy identyfikator z nazwiskiem.

— Nie, dziękuję — odrzekł Ben z bladym uśmiechem.
— Na pewno? Może napije się pan herbaty? Kawy? Wody mineralnej? — Z jasnych oczu boya biła służalcza gorliwość człowieka, któremu zostało ledwie kilka minut na zdobycie pożegnalnego napiwku. — Strasznie mi przykro, że samochód się spóźnia.
— Nie szkodzi, zaczekam.

Ben stał w holu St. Gottharda, eleganckiego, dziewiętnastowiecznego hotelu specjalizującego się w obsłudze bogatych biznesmenów. Cóż, spójrzmy prawdzie w oczy: to właśnie ja, pomyślał z cierpką ironią. Już się wymeldował i z braku lepszego zajęcia zastanawiał się właśnie, czy nie dać boyowi napiwku za to, żeby nie nosił jego bagażu, żeby nie chodził za nim krok w krok niczym bengalska panna młoda i nie przepraszał go nieustannie za to, że samochód, który miał zawieźć Bena na lotnisko, jeszcze nie przyjechał. Luksusowe hotele na całym świecie szczyciły się rozpieszczaniem swoich gości, lecz dla Bena, który sporo podróżował, te nachalne praktyki zawsze były czymś natrętnym i bardzo irytującym. Za długo wydostawał się z kokonu, hę? I kokon, te skostniałe rytuały świata uprzywilejowanych, w końcu z nim wygrał. Boy przejrzał go na wylot: ot, jeszcze jeden bogaty zepsuty Amerykanin.

Ben miał trzydzieści sześć lat, lecz tego dnia czuł się o wiele starzej. Uczucie to doskwierało mu nie tylko z powodu różnicy czasu między Europą i Stanami. Fakt, przyleciał z Nowego Jorku poprzedniego dnia i wciąż nie mógł się pozbierać, ale nie, chodziło o coś innego: o to, że znowu przyjechał do Szwajcarii. W szczęśliwszych czasach bywał tu bardzo często: jeździł jak wariat na nartach, szalał za kierownicą samochodu i pośród tych kamiennolicych, przestrzegających prawa obywateli czuł się jak dziki, wolny duch. Bardzo pragnął odzyskać dawny animusz, lecz nie mógł. Ostatni raz był tu przed czterema laty, kiedy Peter, jego brat bliźniak — brat i najlepszy przyjaciel — zginął w katastrofie lotniczej. Wiedział, że podróż przywoła stare wspomnienia, lecz nie spodziewał się, że tak bardzo to przeżyje. Dopiero tu, na miejscu, zdał sobie sprawę, że popełnił wielki błąd. Odkąd wylądował na lotnisku Kloten, nie mógł wziąć się w garść i poradzić sobie z uczuciami, które w nim wzbierały: z gniewem, smutkiem i samotnością.

Jednakże był na tyle mądry, żeby je stłumić. Poprzedniego dnia po południu zaliczył naradę z klientem, dziś rano odbył serdeczne spotkanie z drugim, z doktorem Rolfem Grendelmeierem ze Stowarzyszenia Banków Szwajcarskich. Oczywiście było to spotkanie zupełnie bezsensowne, ale cóż, nie ma to jak zadowolony klient: ich nieustanne dopieszczanie należało do jego obowiązków. Otóż to, dopieszczenie — gdyby miał być wobec siebie szczery, powiedziałby, że właśnie na tym polega jego praca, i czasami ogarniało go swoiste poczucie winy, że tak łatwo wszedł w rolę jedynego żyjącego syna legendarnego Maksa Hartmana, w rolę przyszłego dziedzica rodzinnej fortuny i prezesa Funduszu Kapitałowego Hartmana, firmy o wielomiliardowej wartości założonej przez jego ojca.

Z czasem poznał wszystkie sztuczki, które powinien znać każdy finansista: miał szafę pełną garniturów od Brioniego i Kitona, potrafił się miło uśmiechać i mocno ściskać klientowi rękę, ale przede wszystkim wyćwiczył stosowne spojrzenie, spojrzenie człowieka poważnego, uczciwego i zatroskanego. To właśnie spojrzenie było dowodem odpowiedzialności, wiarygodności, życiowej mądrości i — jakże często — rozpaczliwej, choć dobrze maskowanej nudy.

Mimo to nie przyjechał do Szwajcarii w interesach. Na lotnisku Kloten czekał mały samolot, który miał zabrać go do St. Moritz na narty, na urlop ze starszym, piekielnie bogatym klientem, jego żoną i piękną — podobno piękną — wnuczką. Stary człowiek, niezwykle jowialny i o dużej sile przekonywania, bardzo nalegał — Ben zdawał sobie sprawę, że chce go podejść i w coś wrobić. Było to jedno z niebezpieczeństw czyhających na przystojnego bogatego kawalera z Manhattanu: klienci zawsze próbowali ustawić go ze swymi córkami, siostrzenicami i kuzynkami, gdyż o lepszej partii nie mogli nawet marzyć. Grzeczne odmawianie jest sztuką bardzo trudną, dlatego od czasu do czasu umawiał się z kobietami, których towarzystwo sprawiało mu przyjemność. Nigdy nic nie wiadomo. Poza tym Max chciał mieć wnuka.

Max Hartman, filantrop, postrach międzynarodowych finansistów, założyciel Funduszu Kapitałowego Hartmana. Przedsiębiorczy imigrant, uciekinier z hitlerowskich Niemiec, który przyjechawszy do Ameryki z dziesięcioma dolarami w kieszeni, założył po wojnie towarzystwo inwestycyjne i wytrwale je rozbudowywał, aż z małej spółki powstał kolos. Stary Max. Miał teraz ponad osiemdziesiąt lat, mieszkał w luksusowej samotni w Bedford w stanie Nowy Jork, wciąż kierował firmą i skutecznie dbał o to, żeby nikt o nim nie zapomniał.

Pracować u ojca nie jest łatwo, lecz jeszcze trudniej pracuje się wtedy, gdy ma się gdzieś „obrót walorami”, „asygnowanie kapitału”, „ryzyko inwestycyjne” i wszystkie te głupie, otępiające umysł terminy.

Albo gdy ma się gdzieś pieniądze jako takie. Ben doskonale rozumiał, że jest to luksus, na który pozwolić sobie mogą jedynie ci mający ich za dużo. Jak choćby oni, Hartmanowie, właściciele licznych funduszy powierniczych, prywatnych szkół, olbrzymiej posiadłości w hrabstwie Westchester, nie wspominając o dwudziestu tysiącach akrów ziemi pod Greenbrier i całej reszcie.

Dopóki samolot Petera nie roztrzaskał się o ziemię, Ben mógł robić to, co naprawdę kochał: uczyć, zwłaszcza dzieci, na których większość postawiła kreskę. Był nauczycielem piątej klasy jednej z najgorszych nowojorskich szkół mieszczącej się w części Brooklynu zwanej Wschodnim Nowym Jorkiem. Chodziło do niej mnóstwo „trudnych” dzieci i tak, owszem, grasowały tam również gangi posępnych dziesięciolatków uzbrojonych jak handlarze narkotyków z Kolumbii. Jednak dzieci te potrzebowały nauczyciela, któremu naprawdę na nich zależało. Jemu zależało, dlatego kilkorgu z nich zdołał odmienić życie.

Ale po śmierci brata zmuszono go do objęcia posady w rodzinnej firmie. Przyjaciołom powiedział, że wymusiła to na nim matka na łożu śmierci, i pewnie tak było. Rak, nie rak, matce nie umiałby odmówić. Doskonale pamiętał jej ściągniętą twarz, jej poszarzałą od chemioterapii skórę, sinoczerwone worki pod oczyma. Była niemal dwadzieścia lat młodsza od ojca i nigdy nie przypuszczała, że mogłaby odejść jako pierwsza. „Pracuj, bo noc nadchodzi”, mówiła, uśmiechając się dzielnie. Reszty nie dopowiedziała. Max przeżył Dachau tylko po to, żeby stracić syna, a wkrótce miał stracić i żonę. Był silny, lecz czy może to wytrzymać człowiek choćby najsilniejszy?

— Ciebie też stracił? — szepnęła. W owym czasie Ben mieszkał kilka ulic od szkoły, na piątym piętrze ponurej rudery o śmierdzących kocim moczem korytarzach i zwijającym się linoleum na podłodze. Nie przyjmował pieniędzy od rodziców — postawił to sobie za punkt honoru.
— Ben, słyszałeś, o co pytam?
— Ale te dzieciaki... — zaprotestował, choć w jego głosie pobrzmiewała już nutka rezygnacji. — One mnie potrzebują.
— On też — odrzekła cicho i na tym rozmowa się skończyła.

Tak więc teraz, jako syn założyciela i władcy finansowego imperium, zabierał bogatych klientów na lunch, podbijał im bębenek, schlebiał i nadskakiwał. Potajemnie pracował też jako woluntariusz w ośrodku dla „trudnych” dzieci, przy których jego dawni piątoklasiści wyglądali jak ministranci, i wykorzystywał każdą sposobność, żeby podróżować, jeździć na nartach, śmigać na snowboardzie, latać na paralotni, uprawiać wspinaczkę i umawiać się z kobietami, skrzętnie unikając stałych związków.

Stary Max musiał jeszcze poczekać.

Wnętrze holu St. Gottharda — różowy adamaszek, ciężkie, ciemne, wiedeńskie meble — zaczęło go nagle drażnić i przygniatać.

— Chyba jednak zaczekam na zewnątrz — powiedział.
— Naturalnie, proszę pana, jak pan sobie życzy — odparł mężczyzna w oliwkowym uniformie.

Mrużąc oczy i mrugając, Ben wyszedł na jaskrawe słońce i rozejrzał się po ulicy. Bahnhofstrasse, majestatyczna, wysadzana drzewami aleja: tłumy przechodniów, luksusowe sklepy, kawiarnie, dziesiątki instytucji finansowych w małych pałacykach z jasnego piaskowca. Z hotelu wypadł boy z walizkami i łaził za nim, dopóki Ben nie dał mu pięćdziesięciu franków i nie odprawił.

— Och, bardzo szanownemu panu dziękuję! — wykrzyknął boy z udawanym zaskoczeniem.

Po lewej stronie hotelu był brukowany podjazd i odźwierny miał zawiadomić go, gdy tylko nadjedzie samochód, ale Benowi się nie spieszyło. Po wielu godzinach spędzonych w dusznych, przegrzanych pokojach, w których zawsze unosił się zapach kawy i nieco słabszy, lecz nieomylny zapach dymu z cygara, bryza znad jeziora Zurych była ożywcza i kojąca.

Wziął narty — nowiuteńkie Volanty Ti Supers — oparł je o koryncką kolumnę przed wejściem, gdzie czekały pozostałe bagaże, i zaczął obserwować ulicę, oglądać ten odgrywany przez anonimowych przechodniów spektakl. Obrzydliwie młody biznesmen krzyczący coś do komórki. Otyła kobieta w czerwonej kurtce z kapturem, pchająca wózek. Tłum podekscytowanych japońskich turystów. Wysoki, elegancko ubrany i siwiejący mężczyzna o ściągniętych w kucyk włosach. Goniec z liliami, w charakterystycznym, pomarańczowo-czarnym uniformie Blümchengallerie, zuryskiej sieci luksusowych kwiaciarni. Piękna, kosztownie ubrana blondynka z torbą sklepową Festinera, która najpierw zerknęła w jego stronę, a potem prosto na niego: zrobiła to szybko, lecz z wyraźnym zainteresowaniem, i natychmiast odwróciła oczy. Gdyby tylko świata nam stało i czasu, pomyślał Ben i powędrował wzrokiem dalej. Z oddalonej o sto metrów Löwenstrasse dochodził nieustanny, lecz przytłumiony odgłos ruchu ulicznego. Gdzieś w pobliżu jazgotliwie zaszczekał pies. Ulicę przeciął jakiś mężczyzna: miał na sobie szkarłatną kurtkę w dziwnym odcieniu, nieco za wytworną jak na Zurych. I nagle Ben zobaczył mężczyznę mniej więcej w swoim wieku, który stanowczym, zdecydowanym krokiem mijał właśnie Koss Konditerei. Wyglądał znajomo...

Bardzo znajomo.

Zaskoczony Ben zmrużył oczy. Czyżby to był — czyż mógł to być — Jimmy Cavanaugh, jego stary kumpel z college’u? Na jego ustach zagościł szelmowski uśmiech.

Jimmy Cavanaugh, którego poznał na drugim studiów w Princeton. Jimmy, który jak wielkie panisko mieszkał poza kampusem, palił papierosy bez filtra, zabójcze dla zwykłego śmiertelnika, i potrafił spić dosłownie każdego, nawet jego, Bena, choć ten miał reputację faceta o mocnej głowie. Pochodził z Homer, małego miasteczka na północy zachód od Nowego Jorku, skąd przywiózł tysiące ciekawych dykteryjek. Pewnego wieczoru, wprowadziwszy Bena w niuanse picia tequili z piwem, przez kilka godzin snuł zapierające dech w piersi opowieści o popularnym w Homer sporcie zwanym „obalaniem krowy”. Był niepoprawnym szelmą i niezwykle rozgarniętym tudzież ruchliwym światowcem o niewyczerpanym repertuarze dowcipów, a wszystko, co robił, robił inteligentnie i ze swadą. Ale przede wszystkim miał w sobie więcej życia niż większość tych, których Ben w owym czasie znał, tych wszystkich zawodowców o spoconych dłoniach, handlujących testami wstępnymi na wydział prawa czy biznesu, tych pretensjonalnych studentów ostatnich lat romanistyki, którzy palili papierosy z goździkami i nosili czarne szaliki, tych posępnych ćpunów, dla których symbolem buntu przeciwko światu była butelka z zieloną farbą do włosów. Jimmy bardzo się spośród nich wyróżniał, dlatego Ben, zazdroszcząc mu spokoju i luzactwa, cieszył się z ich przyjaźni, a nawet był nią mile połechtany. Jak to często bywa, po college’u stracili ze sobą kontakt: Jimmy wyjechał do Georgetown, do Szkoły Służby Zagranicznej, a on został w Nowym Jorku. Nie należeli do tych, którzy z nostalgią wspominają okres studiów, a odległość i czas zrobiły swoje. Mimo to Jimmy był najprawdopodobniej jednym z niewielu ludzi, z którymi Ben miałby ochotę teraz pogadać.

Jimmy — nie było już najmniejszej wątpliwości, że to on — znalazł się na tyle blisko, że Ben widział jego brązowy płaszcz, drogi garnitur pod płaszczem i cygaro w ustach. Zmieniła mu się sylwetka — miał teraz o wiele szersze bary —jednak to na pewno był Jimmy.

— Jezu Chryste... — powiedział Ben na głos. Zrobił krok w jego stronę, lecz nagle przypomniał sobie o nowiutkich volantach, których nie chciał zostawiać nawet pod opieką odźwiernego. Wziął narty, zarzucił je sobie na ramię i ruszył w stronę Jimmy’ego. Jego rude włosy trochę wypłowiały i się przerzedziły, na niegdyś gładkiej twarzy wykwitło kilka zmarszczek, miał na sobie garnitur od Armaniego za dwa tysiące dolarów, lecz był to na pewno Jimmy. Góra z górą się nie zejdzie... Co on, do diabła, tu robi? I nagle ich spojrzenia się spotkały.

Jimmy rozciągnął usta w szerokim uśmiechu i skręcił ku niemu z wyciągniętą ręką.

— Hartman, stary byku! — zawołał. — Kopę lat!
— Boże, to naprawdę ty! — wykrzyknął Ben, ze zdumieniem dostrzegając metalową rurkę wystającą spod poły płaszcza Jimmy’ego. Momentalnie zdał sobie sprawę, że to tłumik: tłumik pistoletu wycelowanego prosto w jego brzuch.

To jakiś zwariowany żart, pomyślał. Jimmy z nich słynął. Jednak podnosząc ręce do góry i robiąc unik przed wyimaginowaną kulą, zobaczył, że Cavanaugh leciutko przesuwa prawą

dłoń, co było nieomylnym znakiem, że właśnie naciska spust.

***

Wszystko to, co zdarzyło się później, trwało najwyżej ułamek sekundy, jednak zdawało się, że czas zwolnił bieg, że niemal się zatrzymał. W gwałtownym odruchu Ben zamachnął się nartami i ostrym łukiem ściągnął je w dół, chcąc wytrącić koledze broń z ręki, i zamiast w rękę, uderzając go mocno w kark.

Chwilę później — a może dokładnie w tym samym momencie — usłyszał stłumiony odgłos wystrzału i poczuł palące ukłucie odłamków szkła na szyi, gdy aż nadto prawdziwy pocisk strzaskał szybę wystawową oddaloną ledwie metr od nich.

To niemożliwe, ja chyba śnię!

Zaskoczony Jimmy stracił równowagę i ryknął z bólu. Potykając się i padając, wyciągnął rękę, żeby przytrzymać się nart. Ale wyciągnął tylko jedną rękę, lewą. Ben poczuł się tak, jakby połknął bryłę lodu. Kiedy człowiek pada, kierują nim niezwykle silne odruchy samozachowawcze: wyciąga obie ręce, upuszczając walizkę, pióro, gazetę, słowem wszystko to, co trzymał. Jest niewiele przedmiotów, których nie upuści — niewiele przedmiotów, na których, tracąc równowagę, będzie kurczowo zaciskał palce.

Ten pistolet był prawdziwy.

Ben usłyszał trzask padających na chodnik nart, widział cienką strużkę krwi spływającą po twarzy Jimmy’ego, zobaczył, jak Jimmy wstaje i potrząsa głową, żeby oprzytomnieć. Wtedy odzyskał energię, skoczył w bok i popędził przed siebie ulicą.

Pistolet był prawdziwy. I Jimmy z tego pistoletu wystrzelił. Wystrzelił do niego.

Drogę ucieczki blokowały my tłumy robiących zakupy ludzi i biznesmenów spieszących na lunch z klientami, dlatego klucząc między nimi i meandrując, kilka razy na kogoś wpadł. Potrąceni krzyczeli, wymachiwali rękami, lecz on biegł dalej tak szybko, jak nigdy dotąd, zygzakując w tłumie z nadzieją, że dzięki temu trudniej go będzie trafić.

Co się, do diabła, dzieje? To obłęd, to czysty obłęd!

W pewnej chwili popełnił błąd. Oglądając się przez ramię, musiał nieuchronnie zwolnić: obejrzał się i pokazał tamtemu twarz — pokazał twarz przyjacielowi z dawnych lat, który z jakichś niezgłębionych powodów chciał go teraz zabić. Nagle, ledwie krok od niego, głowa młodej kobiety eksplodowała w chmurze szkarłatnej mgły.

Przerażony Ben otworzył usta.

Jezu Chryste!

Nie, to niemożliwe, to tylko sen, koszmarny sen...

Z wykładanej marmurem ściany budynku, obok którego przebiegał, bryzgnął mały gejzer kamiennych odłamków. Cavanaugh już wstał, już pędził piętnaście, dwadzieścia metrów za nim i chociaż musiał strzelać w biegu, oko miał denerwująco celne.

Próbuje mnie zabić. Nie, on mnie zabije...

Ben zrobił zwód w prawo, potem w lewo, skoczył przed siebie i popędził najszybciej, jak tylko potrafił. W Princeton biegał na osiemset metrów i teraz, piętnaście lat później, zrozumiał, że jego jedyną szansą jest prędkość, że musi odnaleźć w sobie i wykorzystać cały zapas sił. Adidasy, które miał na nogach, nie nadawały się do biegania, lecz nie mógł nic na to poradzić. Cel, musi wyznaczyć sobie konkretny punkt docelowy, metę, miejsce, do którego ma dobiec — to zawsze pomagało. Myśl, do cholery, myśl! I nagle go olśniło: ledwie ulicę dalej, tuż przy Hauptbahnhof, przy dworcu głównym, znajduje się największe podziemne centrum handlowe w Europie, hałaśliwa świątynia konsumpcji znana jako Shopville. Oczyma wyobraźni ujrzał wejście, ruchome schody przy Bahnhofplatz — zamiast przebijać się przez tłumy zalewające ulice i chodniki, o wiele szybciej będzie zjechać na dół i przeciąć skwer pod ziemią. Poza tym Shopville może zapewnić mu bezpieczne schronienie. Tylko szaleniec śmiałby go tam ścigać. Świadom jedynie wiatru, który owiewał mu twarz, narzucił sobie stałe tempo i jak za dawnych lat, kiedy to regularnie trenował na stadionie, popędził sprintem, wysoko podnosząc kolana i stawiając długie, miękkie kroki. Zgubił go? Nie słyszał odgłosów pościgu, lecz nie mógł sobie pozwolić na luksus nadziei.

Po prostu biegł, zdecydowanie i desperacko.

***

Blondynka z torbą sklepową Festinera zamknęła klapkę maleńkiego telefonu, schowała go do kieszeni błękitnego żakietu od Chanel i w grymasie rozdrażnienia lekko odęła błyszczące, bladoróżowe usta.

Początkowo wszystko szło dobrze, jak w zegarku. Ustalenie, że mężczyzna stojący przed hotelem St. Gotthard jest właściwym celem, zajęło jej ledwie kilka sekund. Trzydzieści parę lat, kanciasta twarz, mocno zarysowana dolna szczęka, kędzierzawe, lekko przyprószone siwizną włosy, brązowozielone oczy. Facet o całkiem miłej powierzchowności, nawet przystojny, lecz nie na tyle rzucający się w oczy, żeby rozpoznać go na sto procent z tak dużej odległości. Ale nie miało to żadnego znaczenia. Rozpozna go wybrany przez nich strzelec, dobrze o to zadbali.

Ale już kilkanaście sekund później okazało się, że sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. Cel był amatorem — istniała nikła szansa, że wyjdzie cało ze spotkania z profesjonalistą. Mimo to amatorzy zawsze wzbudzali w niej nieufność. Popełniali błędy, błędy nie do przewidzenia, a ich zaprzeczająca zdrowemu rozsądkowi naiwność często umożliwiała im ucieczkę i doprowadzała do sytuacji takiej jak ta. Wiedziała, że cel im nie umknie, że nie można umknąć przed nieuchronnym. Ale liczył się też czas, jedyny element, którego nie mieli w nadmiarze. Sigma Jeden nie będzie zadowolony. Zerknęła na mały, wysadzany drogimi kamieniami zegarek, wyjęła komórkę i wykonała jeszcze jeden telefon.

***

Brakowało mu tchu, bolące mięśnie domagały się tlenu. Przystanął przed ruchomymi schodami, wiedząc, że musi podjąć błyskawiczną decyzję. Tuż obok wisiała niebieska tablica z napisem: 1. UNTERGESCHOSS SHOPVILLE. Schody jadące w dół były zatłoczone, zapchane ludźmi z torbami i wózkami. Nie, zbiegnie tymi, które jadą do góry, bo na tych ludzi jest znacznie mniej. Wpadł na nie, odpychając na bok młodego chłopaka i dziewczynę, którzy trzymali się za ręce. Dostrzegł jeszcze ich skonsternowane, niepewnie uśmiechnięte twarze, i popędził w dół.

Biegł teraz wyłożonym czarną gumą chodnikiem, główną aleją podziemnego atrium, i już zatliła się w nim iskierka nadziei, gdy wtem zrozumiał, jak straszny popełnił błąd. Zewsząd buchnęły rozpaczliwe, przerażone krzyki, zewsząd dobiegał upiorny wrzask. Cavanaugh nie zrezygnował i ścigał go nawet tutaj, w tej ciasnej, zamkniętej przestrzeni. W lustrzanej ścianie sklepu jubilerskiego błysnął żółtawobiały ogień z lufy. W tej samej sekundzie pocisk rozorał mahoniowy panel na ścianie sklepu z książkami podróżniczymi, odsłaniając tani podkład z włókna szklanego. Starzec w obszernym garniturze, stojący krok dalej, złapał się za szyję i przewrócił jak kręgiel — przód jego koszuli spłynął krwią.

Ben skoczył za punkt informacyjny, podłużną budkę z betonu i szkła. Miała najwyżej półtora metra szerokości, a na jej ścianie wisiał przewodnik po sklepach, lista, spisana eleganckimi, białymi literami na czarnym tle w trzech językach. Stłumiony brzęk szkła — kula strzaskała szybę. Ułamek sekundy później usłyszał ostry trzask i u jego stóp wylądował ciężko kawał betonu.

O włos! Cavanaugh chybił o włos!

Minął go jakiś mężczyzna, wysoki i dobrze zbudowany, w płaszczu z wielbłądziej wełny i zawadiackiej czapce na głowie — minął go i upadł. Miał przestrzeloną pierś.

Odgłos kroków Cavanaugha ginął pośród chaosu, który rozpętał się w podziemiach, lecz sądząc po rozbłysku z lufy, Ben wiedział, że zostało mu nie więcej niż trzydzieści sekund, że potem ten bydlak go dopadnie. Wyprostował się i nie wychodząc zza budki, rozejrzał się gorączkowo w poszukiwaniu nowej kryjówki.

Pandemonium sięgało szczytu. Podziemny pasaż wypełniał zbity tłum ludzi, ludzi rozpaczliwie krzyczących, wrzeszczących, histerycznie płaczących, kulących się i zakrywających głowy rękami.

Sześć metrów dalej były ruchome schody z napisem: 2. UNTERGESCHOSS. Gdyby zdołał do nich dobiec — dobiec cało — mógłby zejść piętro niżej. Może tam dopisze mu szczęście. Gorzej już chyba nie będzie, pomyślał. Spojrzał na powiększającą się kałużę krwi wypływającej spod martwego mężczyzny w płaszczu z wielbłądziej wełny i zmienił zdanie. Myśl, do cholery, myśl! Nie ma mowy, żeby zdążył tam dobiec. Chyba że...

Chwycił trupa za rękę i przyciągnął go do siebie. Pozostało mu ledwie kilka sekund. Czując na sobie zrozpaczony wzrok przechodniów kulących się przed siedzibą Western Union, dwoma szarpnięciami zdjął z tamtego obszerny płaszcz i szarą czapkę. Nie miał czasu na delikatność. Włożył płaszcz i naciągnął czapkę na oczy. Zdawał sobie sprawę, że jeśli chce przeżyć, będzie musiał poskromić instynkt, który nakazywał mu pędzić do schodów jak zając: polował wystarczająco często, by wiedzieć, że myśliwych świerzbią palce, że każdy z nich strzeli do wszystkiego, co porusza się zbyt szybko. Dlatego zamiast biec, wstał powoli, pochylił się i ruszył przed siebie, chwiejąc się jak starzec, który stracił dużo krwi. Był teraz na otwartej przestrzeni i tamten mógł go bez trudu trafić. Przebranie musi pomóc mu dojść do schodów, tylko do schodów, nie dalej. Dawał sobie na to najwyżej dziesięć sekund. Dopóki Cavanaugh uważa go za rannego przechodnia, nie będzie marnował kolejnej kuli.

Serce waliło mu jak młotem, instynkt nakazywał biec. Nie, jeszcze nie, jeszcze nie teraz. Skulony, z mocno pochylonymi ramionami, parł chwiejnie naprzód krokami na tyle długimi, żeby nie wzbudziły żadnych podejrzeń. Pięć sekund. Cztery. Trzy...

Przy ruchomych schodach, opustoszałych teraz i wymarłych, mężczyzna w zakrwawionym płaszczu z wielbłądziej wełny upadł i zniknął z pola widzenia.

Teraz!

Pozorna bierność kosztowała go tyle samo wysiłku, co najszybszy bieg, i czuł, że drżą mu końcówki wszystkich nerwów. Na czworakach, najciszej, jak tylko umiał, popędził schodami w dół.

Z tyłu dobiegł go zduszony ryk — rozwścieczony Cavanaugh już go zauważył. Teraz liczyła się każda sekunda.

Przyspieszył kroku, lecz podziemne piętro, na które trafił, okazało się jednym wielkim labiryntem. Zamiast prostej alei, na drugą stronę Bahnhofplatz prowadziły dziesiątki bocznych uliczek, odgałęzień upstrzonych drewnianymi, przeszklonymi kioskami, w których sprzedawano telefony komórkowe, papierosy, zegarki i plakaty. Dla leniwych, opieszałych klientów był to prawdziwy raj — dla niego tor przeszkód.

Mimo to budki i kioski ograniczały perspektywę, zmniejszały szansę trafienia z dużej odległości. Zyskiwał dzięki nim czas. Czas, który mógłby wykorzystać na zdobycie tego, o czym nieustannie myślał: osłony, tarczy.

Ciąg sklepików i butików rozmazywał mu się przed oczyma: Foto Video Ganz, Restseller Buchhandlung, Presensende Stickler, Microspot. Kinderboutique z setkami pluszowych zwierzaków w oknach wystawowych, obramowanych zielono-złotym drewnem w rzeźbione listki. Lśniący chromem i plastikiem sklep firmowy Swisscomu... Sklepy, dziesiątki sklepów. Wszystkie oferowały towary i usługi, które były dla niego zupełnie bezużyteczne. Po prawej stronie, tuż obok przedstawicielstwa Credit Suisse-Volksbank, mignął mu wielki sklep z walizkami i torbami. Zajrzał przez okno zawalone neseserami z mięciutkiej skóry — do niczego. Przedmiot, którego szukał, był w środku: duża, wykończona nierdzewną stalą dyplomatka. Lśniąca stal spełniała bez wątpienia funkcję ozdobną, jednak wiedział, że się nada. Musi się nadać. Wpadł do sklepu, chwycił dyplomatkę i wybiegł, podczas gdy blady, zlany potem właściciel wrzeszczał histerycznie do słuchawki telefonu. Nikt nie śmiał go zatrzymywać: wieść o podziemnej masakrze rozniosła się lotem błyskawicy.

Zdobył tarczę, lecz stracił bezcenny czas. Wybiegając ze sklepu, zobaczył, że na oknie wystawowym wykwita dziwnie piękna pajęczyna, że ułamek sekundy później szyba zamienia się w opadającą kurtynę z kawałków szkła. Cavanaugh był blisko, tak blisko, że Ben nie śmiał się odwrócić, żeby go namierzyć. Zamiast tego wpadł w tłum ludzi wychodzących z Franscati, dużego domu towarowego na końcu krzyżujących się ze sobą uliczek. Podniósłszy wysoko dyplomatkę, parł naprzód, następując komuś na nogę, potykając się, z trudem odzyskując równowagę i znów tracąc bezcenne sekundy.

Ogłuszający huk kilka centymetrów od jego głowy: trzask ołowianej kuli wbijającej się w stalowe poszycie dyplomatki. Drgnęły mu ręce — po trosze od uderzenia pocisku, po trosze odruchowo — i wówczas zobaczył małe wybrzuszenie na jej ściance. Kula przeszła przez pierwszą osłonę i omal nie przebiła drugiej. Tarcza uratowała mu życie, choć niewiele brakowało.

Wszystko rozmywało mu się przed oczyma, mimo to wiedział, że wbiega do tętniącej życiem Halle Landersmuseum. Wiedział również, że tuż za nim trwa rzeź.

Ludzie wciąż przeraźliwie krzyczeli — kucając, kuląc się, biegnąc — a odgłosy koszmarnej masakry wciąż się przybliżały.

Tłum pochłonął go i ukrył, strzały na chwilę umilkły. Ben cisnął dyplomatkę na podłogę, już spełniła swoją funkcję — błysk stali mógł go teraz zdradzić.

Cisza. Czyż to koniec? Zabrakło mu amunicji? Zmienia magazynek?

Potrącany i popychany przez ogarniętych paniką przechodniów lustrował wzrokiem labirynt korytarzy w poszukiwaniu wyjścia, Ausgangu, którym mógłby uciec niezauważony. Może jednak go zgubiłem? Nie śmiał obejrzeć się za siebie. Nie, tylko nie to. Naprzód, ciągle naprzód.

Biegnąc chodnikiem prowadzącym do domu towarowego Franscati, zobaczył toporną tablicę z ciemnego drewna, a na niej złocony napis: KATZKELLER-BIERHALLE. Tablica wisiała nad głęboką wnęką, wejściem do opustoszałej restauracji. Tuż pod nią widniał napis wykonany mniejszymi literami: GESCHLOSSEN. Zamknięte.

Popędził w tamtą stronę wraz z tłumem rozhisteryzowanych ludzi biegnących w tym samym kierunku. Tablica, pod tablicą pseudośredniowieczna łukowata brama i pusta, przestronna sala jadalna. Z sufitu zwisały łańcuchy z kutego żelaza podtrzymujące olbrzymie drewniane żyrandole, a ściany ozdobiono halabardami i sztychami przedstawiającymi średniowiecznych notabli. Kontynuacją tego średniowiecznego motywu były masywne okrągłe stoły — fantazja projektanta, który uznał, że pasują do wnętrza piętnastowiecznego arsenału, nie miała granic.

Po prawej stronie ciągnęła się długa barowa lada i Ben dał za nią nura, ciężko dysząc i rozpaczliwie próbując nie robić hałasu. Ubranie miał przesiąknięte potem. Nie mógł uwierzyć, że jego serce bije tak szybko. Zakłuło go w piersi i wykrzywił twarz.

Zastukał w ściankę lady: głucho zadudniła. Fornir i gips — to kuli nie powstrzyma. Na czworakach wyszedł zza lady i dotarł do kamiennej niszy, gdzie mógł się nareszcie wyprostować i złapać oddech. Prostując się, wyrżnął głową w latarnię z kutego żelaza, która sterczała z grubego filara. Głośno jęknął, podniósł wzrok i stwierdził, że na końcu ciężkiego żelaznego pałąka, który przed chwilą rozharatał mu tył głowy, osadzono żarówkę w ozdobnej obudowie, i że pałąk ten można wyjąć z tkwiących w filarze zawiasów.

Rdzawy zgrzyt, chrzęst i pałąk ustąpił. Ben złapał go mocno i przycisnął do piersi.

Czekał, próbując spowolnić bicie serca. Dobrze wiedział, co znaczy czekać. Doskonale pamiętał te wszystkie Święta Dziękczynienia, które spędził w Greenbriar. Max Hartman chciał, żeby jego syn nauczył się polować, a rolę nauczyciela wyznaczył Hankowi McGee, siwowłosemu myśliwemu z White Sulfur Springs. Betka, pomyślał Ben: świetnie strzelał do rzutków i miał powody być dumny ze swojej koordynacji wzrokowo-ruchowej. Od niechcenia wspomniał o tym Hankowi. Staremu pociemniały oczy. „Myślisz, że polowanie polega na strzelaniu? — spytał. — Nie, polega na czekaniu”. I przeszył go wzrokiem. Oczywiście miał rację: czekanie było najtrudniejsze i zupełnie Benowi nie odpowiadało.

Polując z Hankiem McGee, czekał na zwierzynę.

Teraz zwierzyną był on.

Chyba że... zdołałby jakoś odwrócić role.

Kilka chwil później usłyszał kroki i do restauracji wkradł się chyłkiem Jimmy Cavanaugh, rozglądając się czujnie na boki.

Kołnierzyk koszuli miał brudny i porwany, płaszcz poplamiony, z głębokiej rany na szyi spływała krew.

Ta okrutna, zaczerwieniona, nieludzko wykrzywiona twarz, te dzikie oczy — czy to naprawdę jego stary przyjaciel? Co się z nim stało w ciągu tych dziesięciu lat? Co zrobiło z niego mordercę?

I dlaczego dzieje się to, co się dzieje?

W prawej ręce Cavanaugh trzymał oksydowany pistolet z długim na dwadzieścia pięć centymetrów tłumikiem, nakręconym na lufę. W przebłysku wspomnień ze strzelnicy sprzed prawie dwudziestu lat Ben stwierdził, że jest to walther PPK kalibru siedem sześćdziesiąt pięć.

Wstrzymał oddech, przerażony, że głośne sapanie go zdradzi. Ostrożnie cofnął się o krok i zniknął w niszy, kurczowo zaciskając palce na wyjętym z zawiasów pałąku i całym ciałem przywierając do ściany. Cavanaugh był coraz bliżej, był tuż-tuż. Gwałtownym, lecz pewnym ruchem Ben wziął zamach i zdzielił go w głowę. Rozległ się głuchy stukot.

Cavanaugh krzyknął, wrzasnął z bólu głosem piskliwym i nieludzkim. Ugięły się pod nim nogi, nacisnął spust.

Ben poczuł gorący podmuch pocisku przelatującego ułamek centymetra od jego ucha. Lecz tym razem, zamiast się cofnąć czy rzucić do ucieczki, runął na przeciwnika, przygniatając go i słysząc trzask, z jakim ten wyrżnął głową w kamienną posadzkę.

Ale nawet ciężko ranny Jimmy Cavanaugh był nie lada siłaczem. Zlany cuchnącym potem, zdołał się jakimś cudem podźwignąć, złapać Bena za szyję, uciskając mu jednocześnie arterię udową. Ben rozpaczliwie wyciągnął rękę, próbując wyszarpnąć mu pistolet, lecz zdołał jedynie skierować tłumik w jego stronę. W tym samym momencie rozległ się ogłuszający huk: broń wystrzeliła. Benowi dzwoniło w uszach, twarz paliła go od ognistego podmuchu.

Ucisk na szyi nagle zelżał. Ben szarpnął się do tyłu, odwrócił i drgnął. Cavanaugh leżał bezwładnie na podłodze. Dokładnie pośrodku jego czoła, niczym potworne trzecie oko, ziała czerwona dziura. Bena zalała fala ulgi wymieszanej z odrazą i przeczuciem, że od tej chwili już nic nie będzie takie jak dawniej.

 

Rozdział 2

 

Halifax, Nowa Szkocja, Kanada

 

Był jeszcze wczesny ranek, mimo to na dworze panowała ciemność, a w wąskiej uliczce, biegnącej stromym zboczem wzgórza ku wzburzonemu Atlantykowi, hulał lodowaty wiatr. Nad szarymi zaułkami portowego miasta wisiała mgła, otulając je jak pledem i odcinając od reszty świata. Zaczęła padać nieprzyjemna mżawka. Powietrze miało słonawy smak.

Żółtozielone światło lampy padało na rozchwierutany ganek i mocno wytarte, drewniane schody dużego, szalowanego deskami domu. Pod lampą stała ciemna postać mężczyzny w żółtej ceratowej kurtce z kapturem: nieznajomy wciskał guzik dzwonka u drzwi uporczywie, niecierpliwie, raz po raz. W końcu trzasnęła zasuwa i wypłowiałe drzwi powoli się otworzyły.

W szparze zamajaczyła twarz wiekowego, wyraźnie rozsierdzonego starca. Był w poplamionym niebieskim szlafroku i wygniecionej białej piżamie. Miał zapadnięte wargi, bladą, obwisłą skórę i szare załzawione oczy.

— Tak? — rzucił wysokim, chrapliwym głosem. — Czego pan chce? — Mówił z bretońskim akcentem, który odziedziczył po przodkach z francuskiej Akadii, rybakach łowiących na morzach za Nową Szkocją.
— Musi mi pan pomóc! — krzyknął chłopak w żółtej kurtce, nerwowo przestępując z nogi na nogę. — Błagam! Chryste, niech mi pan pomoże!

Skonsternowany starzec zmarszczył czoło. Nieznajomy, choć wysoki, wyglądał na osiemnastolatka.

— O czym pan gada? Kim pan jest?
— Zdarzył się potworny wypadek. Boże, Jezu święty! Mój ojciec! Mój tata! On chyba nie żyje!

Starzec zacisnął wąskie usta.

— I czego pan ode mnie chce?

Chłopak podniósł rękę, machnął nią w stronę klamki zewnętrznych drzwi i bezwładnie ją opuścił.

— Proszę, niech mi pan pozwoli zadzwonić. Muszę wezwać karetkę. Mieliśmy wypadek, straszny wypadek. Rozbiliśmy samochód. Siostra jest ciężko ranna, tata prowadził... Boże, moi rodzice! — Załamał mu się głos. Mówił teraz i wyglądał jak małe dziecko. — Chryste, on chyba nie żyje.

Wzrok starca złagodniał, ręka pchnęła zewnętrzne drzwi.

— No dobrze, proszę.
— Dziękuję! — wykrzyknął nieznajomy, wchodząc do środka. — Ja tylko na chwilę. Bardzo panu dziękuję.

Starzec odwrócił się i ruszył w stronę ciemnego saloniku, zapalając po drodze światło. Chciał coś powiedzieć, lecz w tej samej chwili chłopak w żółtym kapturze podszedł bliżej i w niezdarnym geście wdzięczności obiema rękami uścisnął jego dłoń. Na szlafrok spłynęła woda z rękawa ceratowej kurtki. Nieznajomy zrobił szybki, gwałtowny ruch.

— Hej, co pan! — zaprotestował skonsternowany starzec. Wyszarpnął rękę i osunął się na podłogę.

Chłopak popatrzył na jego skurczone, nienaturalnie wygięte ciało. Zdjął z nadgarstka niewielkie urządzenie z mikroskopijną igłą do zastrzyków podskórnych i schował je do wewnętrznej kieszeni kurtki.

Szybko ogarnął wzrokiem pokój, zobaczył stareńki telewizor i wcisnął guzik włącznika. Pokazywano stary, czarno-biały film. Chłopak przystąpił do pracy z wprawą i pewnością siebie kogoś znacznie starszego.

Wniósł do salonu ciało starego, umieścił je ostrożnie w sfatygowanym pomarańczowym fotelu, następnie starannie ułożył mu ręce i głowę: wyglądało to tak, jakby starzec zasnął przed telewizorem.

Wyjąwszy z kieszeni papierowy ręcznik, chłopak sprawnie wytarł kałużę wody, która zebrała się na sosnowych deskach w korytarzu. Potem stanął przed wciąż otwartymi frontowymi drzwiami, ostrożnie wyjrzał na ulicę, zadowolony wyszedł na ganek i zamknął za sobą drzwi.

 

Alpy Austriackie

 

Srebrzysty mercedes S430 piął się stromą górską drogą, aż wreszcie przystanął przed bramą kliniki. Czuwający w budce strażnik natychmiast rozpoznał siedzącego na tylnym siedzeniu pasażera.

— Dzień dobry, panie dyrektorze — powiedział z szacunkiem. Oczywiście nie poprosił go o przepustkę, dyrektora kliniki mieli wpuszczać natychmiast, z pominięciem rutynowych formalności.

Samochód wjechał na drogę wijącą się po łagodnym zboczu wzgórza, gdzie jasna zieleń starannie wypielęgnowanych trawników i równiutko przyciętych sosen kontrastowała z bielą puszystego śniegu. W oddali piętrzyły się majestatyczne turnie i białe gładzie góry Schneeberg. Mercedes ominął gęstą kępę wysokich cisów i przystanął przed dobrze zamaskowaną budką drugiego punktu kontrolnego. Strażnik, uprzedzony o przyjeździe dyrektora, wcisnął guzik urządzenia podnoszącego stalowy szlaban, jednocześnie muskając palcem przełącznik silniczka opuszczającego stalowe kolce, które zniszczyłyby opony każdego pojazdu wjeżdżającego do kliniki bez pozwolenia.

Mercedes ruszył pod górę długą, wąską drogą, prowadzącą tylko do jednego miejsca: do starych zakładów zegarmistrzowskich mieszczących się w zbudowanym przed dwustu laty zamku. Zakodowany sygnał uruchomił elektronicznie otwieraną bramę i samochód wjechał na zarezerwowane miejsce parkingowe. Kierowca otworzył drzwiczki, pasażer wysiadł i szybkim krokiem ruszył do głównego wejścia. Czuwający za kuloodporną szybą strażnik powitał go skinieniem głowy i uśmiechem.

Dyrektor wsiadł do windy — anachronicznej w tej zabytkowej alpejskiej budowli — wetknął do czytnika cyfrową kartę identyfikacyjną i pojechał na trzecie, najwyższe piętro. Tam przeszedł przez troje elektronicznie otwieranych drzwi, by wreszcie dotrzeć do sali konferencyjnej, gdzie wokół długiego mahoniowego stołu czekali na niego pozostali. Zajął miejsce u szczytu stołu i powiódł wzrokiem po ich twarzach.

— Panowie — zaczął — od spełnienia naszych wieloletnich marzeń dzielą nas już tylko dni. Długi okres planowania powoli dobiega końca. Wasza cierpliwość zostanie nagrodzona, a wielkość tej nagrody przekroczy najśmielsze oczekiwania naszych założycieli.

Przez salę przetoczył się głośny szmer uznania i aprobaty. Dyrektor odczekał, aż ucichnie, i kontynuował:

— Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, zapewniono mnie, że pozostało jedynie kilkoro angeli rebelii. Wkrótce nie pozostanie żaden. Jednak jest pewien mały problem...

 

Zurych

 

Ben spróbował wstać, lecz nogi odmówiły posłuszeństwa i osunął się na podłogę, czując, że zaraz zwymiotuje. Było mu raz zimno, raz gorąco, w uszach z hukiem pulsowała krew, w żołądku zalegała lodowata kula strachu.

Co się, u diabła, tu stało? Dlaczego Jimmy Cavanaugh próbował go zabić? Co to za obłęd? Odbiło mu? Postradał zmysły? Czy niespodziewane spotkanie po piętnastu latach uruchomiło w jego wypaczonym mózgu jakiś patologiczny proces? Zaburzyło pamięć, wywołując wspomnienia, które pchnęły go do morderstwa?

Do ust napływało mu coś słonawego i metalicznego. Dotknął warg. Z nosa sączyła się krew. Pewnie oberwał podczas szamotaniny. On miał rozbity nos, Cavanaugh kulę w mózgu.

Wrzawa w podziemnym centrum handlowym jakby przycichła. Wciąż dochodziły go pojedyncze wrzaski i rozpaczliwe krzyki, lecz chaos powoli zamierał. Usiadł, podparł się rękami i z trudem wstał. Był oszołomiony, kręciło mu się w głowie. Wiedział, że nie jest to skutek upływu krwi, tylko szoku, silnego wstrząsu.

Zmusił się do spojrzenia na zwłoki Cavanaugha. Zdołał już wziąć się w garść na tyle, żeby pomyśleć.

Ktoś, kogo nie widziałem od piętnastu lat, przyjeżdża do Zurychu, wariuje, ściga mnie i próbuje zabić. A teraz leży martwy w tej pretensjonalnej pseudośredniowiecznej restauracji. Dlaczego? Dlaczego? Brak jakiegokolwiek wytłumaczenia. I może nigdy go nie będzie.

Ostrożnie ominąwszy kałużę krwi wokół głowy Cavanaugha, przeszukał mu kieszenie marynarki, spodni i na końcu płaszcza. Nie znalazł niczego, absolutnie niczego. Ani dokumentów, ani kart kredytowych. Dziwne. Cavanaugh starannie opróżnił wszystkie kieszenie, jakby przygotowywał się do tego, co miało nastąpić.

Tak, zrobił to z premedytacją. On to zaplanował.

W ręku wciąż ściskał pistolet i w pierwszym odruchu Ben chciał sprawdzić, ile nabojów mu zostało. Zastanawiał się nawet, czy mu go zabrać, czy schować pistolet do kieszeni. A jeśli Cavanaugh nie był sam?

Co będzie, jeśli jest ich kilku?

Zawahał się. Nie. Miejsce zbrodni to miejsce zbrodni. Lepiej niczego nie ruszać — mogą wyniknąć z tego kłopoty.

Wciąż oszołomiony powoli wyszedł z restauracji. Podziemny pasaż opustoszał, nie licząc kilku grupek sanitariuszy, którzy opatrywali rannych. Dwóch z nich dźwigało kogoś na noszach.

Ben ruszył na poszukiwanie policjanta.

***

Dwóch policjantów, jeden młodzik, najpewniej rekrut, drugi w średnim wieku, obrzuciło go podejrzliwym spojrzeniem. Znalazł ich przy kiosku Bijoux Suisse, tuż koło Marktplatz. Byli w granatowych swetrach z czerwonymi naszywkami na ramieniu. Na naszywkach widniał napis: Zürichpolizei. Obaj mieli walkie-talkie i kabury u pasa.

— Można prosić o paszport? — spytał ten młody, kiedy Ben skończył mówić. Jego starszy kolega albo nie znał, albo tylko udawał, że nie zna angielskiego.
— Na litość boską — warknął zdenerwowany Ben — tam zginęli ludzie! A w restauracji leży trup! Trup faceta, który próbował...
— Ihren Pass, bitte — powtórzył surowo ten młodszy. — Nie ma pan paszportu?
— Oczywiście, że mam — odparł Ben, sięgając po portfel. Wyjął paszport i podał go policjantowi.

Ten obejrzał go podejrzliwie i podał koledze, który zerknął nań bez większego zainteresowania i zwrócił Benowi.

— Gdzie pan wtedy był? — spytał ten młodszy.
— Kiedy to się zaczęło? Czekałem przed hotelem na samochód, którym miałem pojechać na lotnisko.

Policjant zrobił krok do przodu i stanął tak blisko, że Ben poczuł się nieswojo.

— Na lotnisko? — powtórzył, a jego obojętne dotąd spojrzenie ustąpiło miejsca spojrzeniu wyraźnie nieufnemu.
— Tak, miałem lecieć do St. Moritz.
— I nagle ten mężczyzna zaczął do pana strzelać?
— Tak. To mój stary przyjaciel. To znaczy, kiedyś był moim przyjacielem...

Policjant uniósł brew.

— Nie widziałem go od piętnastu lat — ciągnął Ben. — Poznał mnie, podszedł bliżej, jakby ucieszył się ze spotkania, i nagle wyciągnął pistolet.
— Pokłóciliście się?
— Nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa!

Policjant zmrużył oczy.

— Był pan z nim umówiony?
— Nie, to był czysty przypadek.
— Mimo to on miał pistolet, nabity pistolet. — Policjant zerknął na starszego kolegę i przeniósł wzrok na Bena. — W dodatku pistolet z tłumikiem. Musiał wiedzieć, że pan tam będzie.

Zirytowany Ben pokręcił głową.

— Nie rozmawiałem z nim od lat! Skąd mógł wiedzieć, gdzie mnie szukać?
— Z pewnością zgodzi się pan, że pistolet z tłumikiem nosi tylko ten, kto zamierza go użyć.
— Chyba tak — przyznał z wahaniem Ben.

Starszy policjant cicho odchrząknął.

— A pan? — spytał zaskakująco płynną angielszczyzną. — Jaki miał pan pistolet?
— O czym pan mówi? — spytał rozdrażniony Ben, podnosząc głos. — Nie miałem żadnego pistoletu.
— Wybaczy pan, ale czegoś tu nie rozumiem. Twierdzi pan, że ten przyjaciel miał pistolet, a pan był nieuzbrojony, tak? W takim razie dlaczego pan żyje, a on nie?

Dobre pytanie. Ben pokręcił głową, wspominając chwilę, kiedy Jimmy Cavanaugh wycelował w niego z walthera. Część jego umysłu — ta racjonalna — uznała, że to zwykły żart. Ale inna część najwyraźniej założyła, że grozi mu jakieś niebezpieczeństwo i zmusiła go do błyskawicznej reakcji. Dlaczego? Jimmy. Jego swobodny krok, powitalny uśmiech... i zimne oczy. Oczy czujne, oczy, które zupełnie nie pasowały do szerokiego uśmiechu. Drobny, nieprzystający do całości element, który zarejestrowała podświadomość.

— Chodźmy obejrzeć ciało tego mordercy — powiedział starszy policjant, kładąc mu rękę na ramieniu. Zrobił to bynajmniej nie po to, żeby pocieszyć go czy wesprzeć: chciał mu dać do zrozumienia, że właśnie stracił wolność.

Przeszli podziemnym pasażem, w którym roiło się teraz od policjantów i reporterów z fleszami, i zjechali schodami na niższe piętro. Ben szedł przodem, tamci dwaj tuż za nim. Tablica z napisem KATZKELLER, drzwi, sala jadalna, kamienna nisza. Ben wyciągnął rękę.

— No i? — warknął gniewnie młodszy policjant.

Zdumiony Ben wytrzeszczył oczy. Znów zakręciło mu się w głowie, znów doznał szoku. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno leżał trup Cavanaugha, nie było teraz nic. Dosłownie nic.

Ani krwi, ani ciała, ani pistoletu. Żelazny pałąk latarni tkwił w zawiasach, jakby nigdy go z nich nie wyjmowano. Podłoga była czysta i naga.

Wszystko wyglądało tak, jakby nic się tu nie zdarzyło.

— Boże... — jęknął Ben. Czyżby jemu też odbiło? Czyżby stracił kontakt z rzeczywistością? Nie, bo przecież czuje, że stoi na twardej podłodze, widzi ladę, widzi masywne stoły. Jeśli to jakiś paskudny, starannie dopracowany kawał... Nie, to nie kawał. Wykluczone. Przypadkowo wdepnął w coś wyrafinowanego i przerażającego.

Policjanci patrzyli na niego jeszcze bardziej podejrzliwie.

— Panowie — wykrztusił chrapliwym szeptem — nie potrafię tego wyjaśnić. Ja tu byłem. On też tu był...

Ten starszy zagadał szybko do mikrofonu walkie-talkie i wkrótce dołączył do nich kolejny policjant, spokojny, opanowany i atletycznie zbudowany.

— Być może powoli myślę, dlatego pozwoli pan, że spróbuję to jakoś zrozumieć. Biegnie pan przez zatłoczoną ulicę, potem wpada pan do podziemnego centrum handlowego. Wokół pana giną ludzie. Ściga pana strzelający na oślep szaleniec, Amerykanin. Mówi pan, że go nam pan pokaże, a tu żadnego szaleńca nie ma. Jest tylko pan. Dziwny Amerykanin, który opowiada jeszcze dziwniejsze bajeczki.
— Mówię prawdę, do cholery!
— Twierdzi pan, że za tę masakrę odpowiada szaleniec z pańskiej przeszłości — wtrącił ten młodszy twardym, spokojnym głosem. — Ja widzę tu tylko jednego szaleńca.

Starszy policjant zagadał w Schweitzerdeutsch do tego atletycznie zbudowanego, po czym spytał:

— Mieszka pan w hotelu St. Gotthard, tak? Proszę nas tam zaprowadzić.

W towarzystwie trzech policjantów — młodego, który szedł przodem, atlety idącego po lewej stronie i tego starszego, który szedł po stronie prawej — Ben dotarł do ruchomych schodów, wyjechał na Bahnhofstrasse i skręcił w stronę hotelu. Nie skuli mu rąk, jednak wiedział, że to tylko kwestia czasu.

Przed hotelem stała młoda policjantka, którą tamci musieli wysłać, żeby pilnowała jego bagażu. Miała brązowe, ostrzyżone niemal po męsku włosy i kamienny wyraz twarzy.

Przez okno Ben dostrzegł obłudnego boya, który jeszcze niedawno schlebiał mu i nadskakiwał. Spotkali się wzrokiem i boy odwrócił się z miną tak przerażoną, jakby powiedziano mu właśnie, że dźwigał walizki Lee Harveya Oswalda.

— To pański bagaż, tak? — spytał młodszy policjant.
— Tak, mój — odrzekł Ben. — I co z tego? — Czego jeszcze od niego chcą?

Policjantka otworzyła podręczną torbę z miękkiej beżowej skóry i jej koledzy zajrzeli do środka.

— To pańska torba? — spytał ten młodszy.
— Już mówiłem, że moja — odparł Ben.

Starszy policjant wyjął z kieszeni chustkę do nosa, owinął nią coś i wyjął z torby. Był to walther PPK Jimmy’ego Cavanaugha.

 

Rozdział 3

 

Waszyngton D.C.

 

Głównym korytarzem czwartego piętra Departamentu Sprawiedliwości, gigantycznego, neoklasycystycznego gmachu, zajmującego niemal cały obszar między Dziewiątą i Dziesiątą Ulicą w Waszyngtonie, szła szybko młoda, poważnie wyglądająca kobieta. Miała lśniące brązowe włosy, karmelowobrązowe oczy i ostry nos. Na pierwszy rzut oka mogła uchodzić za Azjatkę czy Latynoskę. Jasnobrązowy płaszcz, skórzana dyplomatka — można ją było wziąć za prawniczkę, lobbystkę albo za urzędniczkę, która robi szybką karierę.

Nazywała się Anna Navarro. Miała trzydzieści trzy lata i pracowała w Urzędzie do Badań Specjalnych, mało znanym wydziale Departamentu Sprawiedliwości.

Wchodząc do dusznej sali konferencyjnej, zdała sobie sprawę, że cotygodniowa narada już się zaczęła. Przy białej tablicy stał Arliss Dupree. Odwrócił się, gdy weszła, i urwał w pół zdania. Poczuła na sobie wzrok wszystkich obecnych i zaczerwieniła się lekko, czego Dupree bez wątpienia bardzo chciał. Usiadła na pierwszym wolnym krześle. Oślepił ją wpadający do sali promień słońca.

— Nareszcie — rzucił Dupree. — Jak to miło, że zechciała pani do nas dołączyć. — Nawet jego inwektywy były do przewidzenia. Anna bez słowa skinęła głową, nie chcąc go prowokować. Powiedział jej, że narada zacznie się kwadrans po ósmej. Najwyraźniej miała zacząć się o ósmej, ale Dupree wyparłby się, że kiedykolwiek jej o tym mówił. Chciał jej po prostu utrudnić życie i robił to w małostkowy, typowo biurokratyczny sposób. Oboje dobrze wiedzieli, dlaczego się spóźniła, nawet jeśli pozostali nie mieli o tym zielonego pojęcia.

Zanim Dupree został szefem Urzędu do Badań Specjalnych, narady i spotkania należały do rzadkości. On zwoływał je co tydzień, żeby demonstrować wszystkim swoją wyższość i władzę. Był niskim, szerokim w barach czterdziestokilkulatkiem i wyglądał jak sztangista w jasnym, o wiele za ciasnym garniturze. Miał ich tylko trzy i nosił je na zmianę. Nawet siedząc na końcu sali, czuła zapach jego taniego płynu po goleniu. Twarz miał rumianą i okrągłą jak księżyc w pełni, a cerę niczym glutowata owsianka.

Był taki czas, kiedy obchodziło ją, co mężczyźni tacy jak on o niej myślą, kiedy próbowała ich sobie zjednać. Obchodziło, ale już przestało. Ma przyjaciół, a on po prostu do nich nie należy. Siedzący po drugiej stronie stołu David Denneen, mężczyzna o kwadratowej szczęce i włosach w kolorze lnu, posłał jej współczujące spojrzenie.

— Jak niektórzy z was zapewne słyszeli — zaczął Dupree — Wydział Dochodzeń Departamentalnych poprosił nas o tymczasowe oddelegowanie obecnej tu koleżanki. — Przeszył ją wzrokiem. — Agentko Navarro, zważywszy na ogrom niedokończonych zadań, które nas czekają, uważam, że jeśli przyjmie pani zlecenie z innego wydziału, postąpi pani co najmniej nieodpowiedzialnie. A może chce pani zrobić u nich karierę? Jeśli tak, proszę nam to powiedzieć. Śmiało.
— WDD? Pierwszy raz o tym słyszę — odrzekła Anna zgodnie z prawdą.
— Czyżby? Cóż, może wyciągam zbyt pochopne wnioski — dodał nieco łagodniejszym tonem.
— Na to wygląda — odparła oschle.
— Wyszedłem z założenia, że potrzebują pani do jakiegoś zadania. Ale może to pani jest ich zadaniem.
— Słucham?
— Może wzięli panią na celownik — wyjaśnił usłużnie Dupree. Myśl ta najwyraźniej przypadła mu do gustu. — Wcale bym się nie zdziwił. Chodząca z pani enigma. — Jego kumple od kieliszka parsknęli śmiechem.

Anna przesunęła się z krzesłem w bok, żeby ukryć twarz przed słońcem.

Od czasów Detroit, kiedy pracowali na tym samym piętrze i kiedy odrzuciła (według niej bardzo grzecznie) jego wulgarną i jednoznaczną propozycję, nieustannie wpisywał jej do arkusza ocen drobne uwagi, ot, takie małe szczurze gówienka: ...lecz zważywszy na jej wyraźnie ograniczone zainteresowania... błędy wynikające z nieuwagi, bynajmniej nie z braku kompetencji... I tak dalej.

Słyszała, że opisał ją kumplowi jako „potencjalny przypadek molestowania seksualnego”. To dzięki niemu przywarł do niej najgorszy epitet, jaki może przywrzeć do pracownika Biura: outsiderka. Oznaczało to, że nie chodzi z kumplami na wódkę — ani z nimi, ani z Dupree — i że prowadzi własne życie towarzyskie. Z uporem maniaka ozdabiał również akta jej spraw wątpliwymi uwagami na temat błędów, które popełniła. Nie były to błędy poważne, co najwyżej uchybienia proceduralne. Kiedyś, prowadząc śledztwo w sprawie pracownika Agencji do spraw Zwalczania Handlu Narkotykami, człowieka zwerbowanego przez bossów narkotykowej mafii i zamieszanego w serię zabójstw, nie złożyła w przepisowym terminie siedmiu dni formularza wzór FD-460.

Nawet najlepsi agenci popełniają błędy. Była przekonana, że ci najlepsi strzelają więcej gaf niż pozostali, ponieważ zamiast na przepisach, procedurach i regulaminach koncentrują się na śledztwie jako takim. Owszem, można sumiennie przestrzegać przepisów i nie rozwiązać żadnej sprawy.

Poczuła, że Dupree znowu na nią patrzy, i ich spojrzenia się spotkały.

— Jesteśmy zawaleni pracą — kontynuował — i jeśli ktoś nie robi tego, co do niego należy, jego robotę muszą odwalić inni. Mamy tu faceta z urzędu skarbowego podejrzanego o wyrafinowane oszustwa podatkowe. Mamy agenta FBI, który wykorzystuje służbową odznakę do prowadzenia osobistej wendety. Mamy kilku drani z AZHN, którzy sprzedają amunicję z sądowych sejfów. — Były to typowe dla nich sprawy, śledztwa (czy też „wewnętrzne dochodzenia kontrolne”, jak mawiali wtajemniczeni) obejmujące pracowników wszystkich instytucji rządowych. Innymi słowy, na skalę federalną robili to, co wydziały kontroli wewnętrznej w poszczególnych agendach rządowych.

— Może jest pani za bardzo obciążona obowiązkami? — drążył Dupree. — O to chodzi?

Udała, że coś zapisuje, i nie odpowiedziała. Skóra twarzy paliła ją i kłuła. Wzięła głęboki oddech, żeby stłumić gniew. Nie zamierzała tak łatwo ulec. W końcu przemówiła:

— Jeśli to taki kłopot, dlaczego pan im nie odmówi? — Powiedziała to spokojnym, rzeczowym tonem, lecz nie było to zwykłe, niewinne pytanie. Dupree nie miał wystarczająco dużo władzy, żeby odrzucić żądania supertajnego i wszechpotężnego Wydziału Dochodzeń Departamentalnych, a jakakolwiek wzmianka na temat braku odpowiednich uprawnień doprowadzała go do furii.

Poczerwieniały mu uszy.

— Ci z WDD mają się ze mną skonsultować — odparł. — Jeśli naprawdę wiedzą tyle, ile ponoć wiedzą, niewykluczone, że zdadzą sobie sprawę, iż nie jest pani stworzona do tego rodzaju pracy.

Błyszczały mu oczy. Pewnie z pogardy, pomyślała.

Anna kochała swoją pracę i wiedziała, że jest dobra w tym, co robi. Nie domagała się pochwał. Nie chciała tylko tracić czasu ani energii na utrzymanie jej za wszelką cenę, na bezsensowną walkę o stanowisko. I tym razem zdołała zachować obojętną twarz. Całe napięcie umiejscowiło się w brzuchu.

— Jestem przekonana, że zrobi pan wszystko, żeby to do nich dotarło.

Zapadła cisza. Widziała, że Dupree zastanawia się, co odpowiedzieć. Zerknął na swoją ukochaną białą tablicę z wypisanym porządkiem zebrania.

— Będzie nam pani brakowało — mruknął.

***

Wkrótce po naradzie do jej małego boksu zajrzał David Denneen.

— Ci z departamentalnych ściągają cię do siebie, bo jesteś najlepsza — powiedział. — Wiesz o tym, prawda?

Anna ze znużeniem pokręciła głową.

— Zdziwiłam się, widząc cię na naradzie. Jesteś w nadzorze operacyjnym. Świetnie sobie radzisz. Mówią, że jeszcze trochę i wylądujesz w prokuraturze generalnej.
— Dzięki tobie — odparł Denneen. — Jestem tu dzisiaj jako przedstawiciel wydziału. Przychodzimy na zmianę. Ktoś musi pilnować budżetu. I mieć oko na ciebie. — Delikatnym, łagodnym ruchem położył rękę na jej ręce. Patrzył na nią ciepło i z troską.
— Miło cię było widzieć — odrzekła Anna. — Pozdrów ode mnie Ramona.
— Dziękuję. Musimy zaprosić cię kiedyś na paellę.
— Davidzie, mam wrażenie, że chcesz mi coś powiedzieć.

Cały czas patrzył jej w oczy.

— Posłuchaj, Anno. Ten nowy przydział... Nie mam pojęcia, po co cię tam biorą, ale wiem, że nie będzie to zwykła praca. To prawda, co mówię: niezbadane są wyroki Ducha naszego. — Zacytował to powiedzonko bez cienia humoru. Duchem nazywano Alana Bartletta, wieloletniego dyrektora Wydziału Dochodzeń Departamentalnych. W trakcie przesłuchań przed senacką podkomisją do spraw wywiadu, jeszcze w latach siedemdziesiątych, zastępca prokuratora generalnego nazwał go dowcipnie „duchem ex machina” i przydomek ten natychmiast do niego przylgnął. Jeśli nawet nie był duchem, na pewno był postacią bardzo tajemniczą i nieuchwytną. Rzadko kiedy widywany i podobno niezwykle błyskotliwy, zarządzał ulotnym królestwem najtajniejszych dochodzeń kontrolnych i dzięki swym pustelniczym zwyczajom stał się jego symbolem.

Anna wzruszyła ramionami.

— Nie wiem. Nie znam go i chyba nie znam nikogo, kto by go znał. Plotka karmi się niewiedzą, Dave. Kto jak kto, ale ty powinieneś o tym wiedzieć.
— Przyjmij radę ignoranta, któremu na tobie zależy — odparł. — Nie mam pojęcia, co oni knują, ale bądź ostrożna. Dobra?
— Ostrożna? Dlaczego?

Denneen pokręcił głową. Widać było, że czuje się nieswojo.

— To zupełnie inny świat — szepnął. — Inny świat...

***

Kilka godzin później Anna znalazła się w olbrzymim marmurowym holu gmachu rządowego przy M Street. Szła na umówione spotkanie w Wydziale Dochodzeń Departamentalnych. Szczegółów działalności wydziału nie znano nawet w Departamencie Sprawiedliwości, a jego kompetencje —jak twierdzili niektórzy senatorowie — były niebezpiecznie rozmyte. „To zupełnie inny świat”, powiedział Denneen. Inny świat. Wyglądało na to, że miał rację.

Biura wydziału mieściły się na dziewiątym piętrze nowoczesnego kompleksu gmachów, z dala od ośrodków waszyngtońskiej biurokracji, dlatego kusiło ją, żeby wszystko dokładnie obejrzeć. Fontanna tryskająca w holu, ściany wyłożone zielonym marmurem — próbowała się na to nie gapić. Co to za agencja? — myślała. Jaką agencję stać na taki zbytek? Wsiadła do windy. Nawet winda była wykończona marmurem.

Jechał z nią superprzystojny trzydziestokilkulatek w superkosztownym garniturze. Pewnie prawnik, pomyślała. Jak prawie wszyscy faceci w tym mieście.

W lustrzanej ścianie windy zobaczyła, że tamten posyła jej znaczące — ba! zupełnie jednoznaczne — spojrzenie. Wiedziała, że gdyby spotkali się wzrokiem, uśmiechnąłby się, powiedziałby „dzień dobry” i zaczął banalną rozmowę z cyklu podryw w windzie. Chociaż kierowały nim zapewne dobre intencje i chciał z nią tylko grzecznie poflirtować, lekko ją to zirytowało. Irytowała się również i wtedy, kiedy mężczyźni pytali ją, dlaczego tak piękna kobieta jak ona została śledczym. Jakby to, jak zarabia na życie, było zarezerwowane wyłącznie dla ludzi szarych i pospolitych.

Zazwyczaj udawała, że niczego nie zauważa, jednak teraz łypnęła na niego spode łba. Natychmiast uciekł spojrzeniem w bok.

Bez względu na to, czego ci z WDD od niej chcieli, prośba o przeniesienie nadeszła w bardzo złym momencie. Dupree miał co do tego rację. „Ale może to pani jest ich zadaniem”, powiedział i chociaż nie potraktowała jego słów poważnie, myśl ta bardzo ją dręczyła. Absurd. Co to, u diabła, miało znaczyć? Była pewna, że Arliss Dupree siedzi teraz w swoim gabinecie i rycząc ze śmiechu, spekuluje na ten temat z kumplami od kieliszka.

Drzwi się otworzyły i weszła do bogato urządzonego, wyłożonego marmurem holu, który mógłby być holem drogiej kancelarii adwokackiej. Na ścianie po prawej stronie dostrzegła godło Departamentu Sprawiedliwości. Odwiedzający ten przybytek goście musieli wcisnąć guzik interkomu i czekać. Wcisnęła przycisk i zerknęła na zegarek. Dwadzieścia pięć po jedenastej — przyszła pięć minut przed czasem. Zawsze była dumna ze swojej punktualności.

Kobiecy głos spytał ją o nazwisko, zabrzęczał elektryczny zamek i powitała ją atrakcyjna ciemnoskóra recepcjonistka o włosach przyciętych w szereg kantów i kancików. Bardzo szykownie, pomyślała Anna. Jak na kogoś, kto pracuje dla rządu, nawet zbyt szykownie.

Kobieta otaksowała ją chłodnym spojrzeniem i wskazała krzesło. Mówiła z leciutkim jamajskim akcentem.

W porównaniu z holami, tym na dole i tym na górze, które urządzono z paradnym przepychem, wnętrze biura było wręcz sterylne i pedantycznie uporządkowane. Na podłodze leżał perłowy dywan, jakiego Anna nie widziała w żadnej instytucji rządowej. Poczekalnia była oświetlona baterią halogenowych lamp, które nie rzucały najmniejszego cienia. Na ścianie wisiało zdjęcie prezydenta USA i prokuratora generalnego w ramkach z lakierowanej stali. Krzesła i stolik do kawy zrobiono z twardego jasnego drewna. Wydawało się, że wszystkie meble i skromne ozdoby są nowe, dziewiczo czyste, jakby przed chwilą wyjęto je ze skrzyń, jakby nigdy dotąd nikt ich nie dotykał.

Zauważyła hologramowe naklejki na faksie i telefonie stojącym na biurku recepcjonistki — znak, że linie są czyste, a wszelkie przekazy kodowane zgodnie z zatwierdzonymi przez rząd wymogami.

Od czasu do czasu cichutko mruczał telefon. Recepcjonistka — miała na głowie słuchawki — mówiła głosem miękkim i cichym. Pierwsze dwa telefony były po angielsku, trzeci pewnie po francusku, gdyż odpowiedziała w tym języku. Dwa kolejne znowu po angielsku, a potem zadzwonił ktoś, z kim rozmawiała w języku tak szeleszczącym i mlaskliwym, że Anna z trudem go rozpoznała. Ponownie zerknęła na zegarek, powierciła się chwilę na twardym krześle i spojrzała na recepcjonistkę.

— To baskijski, prawda? — Strzelała, choć było to coś więcej niż zwykły domysł, mniej niż absolutna pewność.

Kobieta odpowiedziała jej lekkim skinieniem głowy i afektowanym uśmiechem.

— Jeszcze tylko chwilę, panno Navarro.

Uwagę Anny przykuło wysokie drewniane przepierzenie za jej stanowiskiem pracy. Dochodziło niemal do ściany i z wymaganej przepisami tabliczki z napisem WYJŚCIE domyśliła się, że prowadzi na klatkę schodową. Było znakomicie wkomponowane w wystrój wnętrza, a pracownicy wydziału oraz ich goście mogli dzięki niemu przyjść i wyjść z biura niezauważeni przez tych, którzy czekali w poczekalni. Chryste, cóż to za bajery?

Minęło kolejne pięć minut.

— Czy pan Bartlett wie, że już przyszłam? — spytała Anna.

Recepcjonistka spojrzała na nią z kamiennym wyrazem twarzy.

— Właśnie kończy rozmowę.

Anna usiadła, żałując, że nie zabrała niczego do czytania. Nie miała nawet „Posta”, a wyglądało na to, że tej dziewiczo czystej poczekalni zabrudzić nie może żadna książka czy gazeta. Wzięła długopis, wyjęła z kieszeni pokwitowanie z bankomatu i zaczęła sporządzać listę rzeczy do zrobienia.

Recepcjonistka przytknęła palec do ucha i lekko skinęła głową.

— Dyrektor prosi. — Wyszła zza biurka i poprowadziła ją korytarzem, mijając po drodze szereg opatrzonych tabliczkami drzwi. Zamiast nazwisk na tabliczkach widniały numery, nic, tylko numery. W końcu przystanęła w połowie korytarza, otworzyła drzwi z napisem DYREKTOR — te nie miały tabliczki z numerem — i wprowadziła ją do najporządniejszego gabinetu, jaki Anna kiedykolwiek widziała. Na stojącym w głębi stole leżały równolegle ułożone pliki dokumentów.

Zza wielkiego orzechowego biurka wyszedł drobny siwowłosy mężczyzna w eleganckim granatowym garniturze i wyciągnął do niej małą, delikatną rękę. Anna zauważyła bladoróżowe półksiężyce jego starannie wypielęgnowanych paznokci i zaskoczyła ją siła uścisku jego dłoni. Zauważyła też, że blat biurka jest zupełnie czysty, nie licząc kilku zielonych teczek i czarnego błyszczącego telefonu. Na ścianie za biurkiem wisiała wyłożona aksamitem gablota z dwoma antycznymi zegarkami kieszonkowymi. Był to jedyny ekscentryczny element w tym ascetycznym wnętrzu.

— Bardzo mi przykro, że musiała pani tak długo czekać. — Trudno było powiedzieć, ile ma lat, ale na pewno przekroczył już sześćdziesiątkę. Nosił wielkie okrągłe okulary w cielistych oprawkach, dlatego oczy miał jak sowa. — Wiem, jak bardzo jest pani zajęta. To niezwykle miło z pani strony, że zechciała pani przyjść. — Mówił cicho, tak cicho, że jego głos ginął w monotonnym szumie klimatyzatora. — Jesteśmy wdzięczni, że poświęciła nam pani swój cenny czas.
— Szczerze mówiąc — odparła oschle — nie wiedziałam, że mogę odmówić.

Bartlett uśmiechnął się, jakby powiedziała coś zabawnego.

— Proszę, zechce pani usiąść. — Wskazał jej krzesło z wysokim oparciem stojące naprzeciwko biurka.

Anna usiadła.

— Mówiąc otwarcie, bardzo ciekawi mnie, dlaczego tu jestem.
— Mam nadzieję, że nie sprawiliśmy pani kłopotu — powiedział Bartlett, składając ręce jak do modlitwy.
— Mniejsza o kłopoty — odrzekła i silnym, donośnym głosem dodała: — Chętnie odpowiem na pańskie pytania.

Bartlett skinął głową.

— Taką mam nadzieję. Obawiam się jednak, że nie na wszystkie. Szczerze powiedziawszy, już same pytania bardzo by nam pomogły — gdybyśmy tylko potrafili je sformułować. Rozumie pani, co chcę powiedzieć?
— Pozwoli pan, że wrócę do mojego pytania — odrzekła z tłumioną niecierpliwością Anna. — Co ja tu robię?
— Proszę mi wybaczyć. Pewnie uważa pani, że wyrażam się niejasno, niezrozumiale i doprowadza to panią do szału. Ma pani rację. Bardzo przepraszam. To zboczenie zawodowe. Zbyt dużo czasu spędzam w samotności, z papierami i papierkami. Brak mi ożywczej stymulacji rzetelnego doświadczenia. Ale doświadczenie będzie pani wkładem. Pozwoli pani, że zadam jej pytanie: czy wie pani, czym się tu zajmujemy?
— Tu, to znaczy w Wydziale Dochodzeń Departamentalnych? Prowadzicie wewnętrzne dochodzenia kontrolne, z tym że są to dochodzenia ściśle tajne. — Wiedziała trochę więcej, jednak doszła do wniosku, że lepiej zachować powściągliwość. Zdawała sobie sprawę, że za tą dość enigmatyczną nazwą kryje się tajna, niezwykle potężna i wpływowa agencja śledcza, że agencja ta prowadzi dochodzenia i kontrole amerykańskich instytucji rządowych, których te przeprowadzić nie są w stanie, i które dotyczą bardzo delikatnych spraw. Powiadano, że agenci WDD byli mocno zaangażowani w śledztwo mające wyjaśnić powody fiaska sprawy Aldricha Amesa z CIA, że rozgryzali sprawę Iran-Contras za kadencji Reagana, rozpracowali szereg skandali związanych z zakupem sprzętu wojskowego przez Departament Obrony. To właśnie pracownicy WDD — jak szeptano po kątach — jako pierwsi wpadli na trop podejrzanej działalności Roberta Philipa Hanssena z kontrwywiadu FBI. Krążyły pogłoski, że współpracowali również ze słynnym „Głębokim Gardłem” i byli autorami przecieków, które doprowadziły do upadku Richarda Nixona.

Bartlett zapatrzył się w dal.

— Zasadniczo rzecz biorąc, techniki śledcze są wszędzie takie same — powiedział po chwili milczenia. — Inny jest tylko zakres kompetencji, zasięg operacyjny. My zajmujemy się sprawami dotyczącymi bezpieczeństwa narodowego.
— Właśnie — wtrąciła szybko Anna. — Nie mam takich uprawnień.

Bertlett pozwolił sobie na lekki uśmiech.

— Już je pani ma.

Czyżby poszerzyli jej uprawnienia, a ona nic o tym nie wie?

— Wszystko jedno, to nie moja działka.
— Chyba niezupełnie, prawda? Cofnijmy się w czasie do zeszłego roku. Kod trzydzieści trzy: śledztwo w sprawie członka Krajowej Rady Bezpieczeństwa...
— Skąd pan, u diabła, o tym wie? — wypaliła Anna, chwytając się oparć krzesła. — Przepraszam. Ale skąd? To miało być ściśle tajne i nieoficjalne, domagał się tego prokurator generalny.
— Ściśle tajne i nieoficjalne według was — odparł Bartlett. — Ale my też mamy swoje sposoby. Joseph Nesbett, prawda? Pracował w Harwardzkim Centrum Rozwoju Gospodarczego, potem dostał lepszą posadę w Departamencie Stanu, a następnie wylądował w Krajowej Radzie Bezpieczeństwa. Całkiem nieźle, prawda? Podejrzewam, że gdyby dano mu święty spokój, do niczego by nie doszło, ale tak się przypadkiem złożyło, że miał zachłanną żonę, która bardzo lubiła pieniądze. Kosztowne gusta, jak na pracownika rządowego, co? Skutek? Godny pożałowania: zagraniczne konta bankowe, sprzeniewierzenie funduszy państwowych i tak dalej.
— Gdyby sprawa wyszła na jaw, miałoby to katastrofalne następstwa — powiedziała Anna. — Nadwątlenie stosunków zagranicznych w bardzo delikatnym dla nas momencie...
— Nie wspominając o żenującej sytuacji, w jakiej znalazłaby się cała administracja.
— Tym się nie kierowałam — odparła oschle Anna. — Polityka mnie nie interesuje. Jeśli myśli pan inaczej, to mnie pan nie zna.
— Pani i pani koledzy postąpiliście dokładnie tak, jak należało postąpić. Podziwialiśmy pani pracę. To było bardzo zręczne. Bardzo.
— Dziękuję, ale skoro jest pan tak dobrze zorientowany, na pewno wie pan również, że to nie moja działka.
— Pozwoli pani, że pozostanę przy swoim zdaniu. Wykonała pani niezwykle delikatne zadanie, zachowując przy tym najwyższą dyskrecję. Naturalnie wiem, czym zajmuje się pani na co dzień. Pracownik urzędu skarbowego podejrzany o malwersację. Agent FBI i jego prywatna wendeta. Niedogodności związane z programem ochrony świadków... Tak, to było małe, acz wielce interesujące ćwiczenie. Musiała pani wykorzystać swoje umiejętności kryminologiczne. Ginie świadek w sprawie przeciwko mafii, a pani — i to w pojedynkę — udowadnia, że stał za tym pracownik Departamentu Sprawiedliwości.
— Miałam szczęście, i tyle — odrzekła beznamiętnie Anna.
— Ludzie szczęściu muszą pomóc, panno Navarro — stwierdził bez uśmiechu Bartlett. — Sporo o pani wiemy. Wiemy więcej, niż może pani sobie wyobrazić. Ma pani w kieszeni wyciąg z bankomatu, na którym przed chwilą coś pani notowała, znamy stan pani konta. Wiemy, kim są pani przyjaciele i kiedy ostatni raz dzwoniła pani do domu. Wiemy, że w przeciwieństwie do nas wszystkich ani razu nie zawyżyła pani kosztów własnych i kosztów podróży, że pani zestawienia są zawsze dokładne i uczciwe. — Zamilkł i zmrużył oczy. — Przepraszam, jeśli poczuła się pani nieswojo, ale przecież dobrze pani wie, że rozpoczynając pracę w Urzędzie do Badań Specjalnych, podpisując te wszystkie załączniki i klauzule, dobrowolnie zrzekła się pani prawa do prywatności. Tak czy inaczej, fakt pozostaje faktem: jakość pani pracy jest zawsze najwyższej próby, bardzo często próby wprost niezwykłej.

Anna uniosła brew, lecz nie powiedziała ani słowa.

— Hmm, widzę, że jest pani zaskoczona — ciągnął Bartlett. — Już mówiłem, mamy swoje sposoby. Mamy również pani arkusz ocen. Zważywszy na istotę problemu, przed którym stoimy, widać z niego, że tym, co panią wyróżnia, jest szczególna kombinacja umiejętności. Zna pani nie tylko standardowe techniki śledczo-dochodzeniowe, ale jest pani również kryminologiem, specjalistką od zabójstw. Są to kwalifikacje doprawdy wyjątkowe, rzekłbym unikalne. Ale wracając do sprawy. Uczciwie przyznaję, że sprawdziliśmy panią najdokładniej, jak potrafiliśmy. Wszystko, co pani powiem, każde stwierdzenie, zapewnienie, przypuszczenie, każda sugestia i każde domniemanie uzna pani za ściśle tajne. Czy dobrze się rozumiemy?

Anna kiwnęła głową.

— Słucham.
— Znakomicie. — Bartlett podał jej kartkę z listą jedenastu nazwisk, dat urodzenia i adresów.
— Nie rozumiem. Mam się z tymi ludźmi skontaktować?
— Nie, chyba że umie pani korzystać z tablicy ouija, takiej do seansów spirytystycznych. Ci ludzie nie żyją. Odeszli z tego padołu łez w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Jedni, jak pani widzi, w Stanach Zjednoczonych, inni w Szwajcarii, jeszcze inni w Anglii, we Włoszech, w Hiszpanii, Szwecji, Grecji... Umarli z przyczyn naturalnych. Podobno.

Anna spojrzała na listę. Dwa nazwiska znała: Philip Lancaster, członek znanej rodziny Lancasterów, do której należały kiedyś niemal wszystkie huty w kraju, a która teraz znana była z funduszów stypendialnych oraz innych form działalności charytatywnej. Szczerze mówiąc, myślała, że facet już dawno nie żyje. I Nico Xenakis z rodziny greckich armatorów. Xenakisa znała głównie z jego powiązań z innym przedstawicielem tej samej rodziny, słynnym rozpustnikiem z lat sześćdziesiątym, podrywaczem wschodzących gwiazdek filmowych, którego twarz długo nie schodziła z pierwszych stron hollywoodzkich brukowców.

Pozostałe nazwiska nic jej nie mówiły. Spojrzała na daty urodzenia i stwierdziła, że wszyscy byli bardzo starzy, że umierając, mieli siedemdziesiąt albo osiemdziesiąt kilka lat.

— Może eksperci z WDD jeszcze o tym nie wiedzą — powiedziała — ale kiedy ma się na karku dziewiąty krzyżyk... Cóż, każdy kiedyś odchodzi.
— Boję się, że w żadnym z tych przypadków ekshumacja nie wchodzi w grę — mówił nieporuszony Bartlett. — Może jest tak, jak pani mówi. Ot, zrobili to, co zrobią kiedyś wszyscy starcy. Niestety, nie możemy udowodnić, że było inaczej. Ale kilka dni temu uśmiechnęło się do nas szczęście. Zupełnie pro forma zamieściliśmy wykaz nazwisk na liście naszych „służb wartowniczych”. To jedna z tych międzynarodowych konwencji, na które nikt nie zwraca najmniejszej uwagi. Otóż najświeższym zgonem z tego cyklu jest śmierć pewnego emeryta z Nowej Szkocji. Nasi kanadyjscy przyjaciele są wielkimi formalistami, dlatego w porę podnieśli alarm. W tym przypadku mamy do dyspozycji zwłoki. Dokładniej mówiąc, pani je ma.
— Czuję, że nie wszystko mi pan powiedział. Co tych ludzi łączy?
— Na każde pytanie można udzielić odpowiedzi ogólnikowej i wyczerpującej. Ja przedstawię pani odpowiedź ogólnikową, ponieważ innej nie znam. Otóż kilka lat temu przeprowadzaliśmy kontrolę starych akt CIA. Dostaliśmy cynk? Powiedzmy, że tak. Proszę pamiętać, że nie są to akta operacyjne, akta agentów czy bezpośrednich informatorów. Nie, są to akta z wnioskami o poszerzenie kompetencji. Wszystkie oznaczono kryptonimem „Sigma”, prawdopodobnie w nawiązaniu do jakiejś operacji. Rzecz w tym, że w kartotekach CIA nie ma o niej żadnej wzmianki. Nie wiemy, po co ją przeprowadzono, kiedy ani gdzie.
— Akta z wnioskami o poszerzenie kompetencji? — powtórzyła Anna.
— Tak. Oznacza to, że dawno temu wszystkich tych ludzi dokładnie prześwietlono i wtajemniczono w coś, o czym nie mamy zielonego pojęcia.
— A cynk dostaliście pewnie od archiwisty CIA.
— Autentyczność każdej teczki została potwierdzona przez naszych najlepszych specjalistów — odrzekł wymijająco Bartlett. — To są stare, bardzo stare akta. Pochodzą z połowy lat czterdziestych, kiedy CIA jeszcze nie istniała.
— Chce pan powiedzieć, że założył je OSS, Urząd Służb Strategicznych?
— Otóż to. Poprzednik CIA. Wiele z nich powstało w połowie lat czterdziestych, na początku zimnej wojny. Ostatnie pochodzą z połowy lat pięćdziesiątych... Ale odbiegłem od tematu. Jak już wspomniałem, zgony tych jedenastu starców układają się w dziwny wzór. Oczywiście sprawa ta byłaby jedynie kolejnym znakiem zapytania na kartce usianej identycznymi znakami, gdybyśmy nie zauważyli, że wzór ten można skorelować z aktami Sigma. Nie wierzę w przypadki. A pani, panno Navarro? Jedenastu mężczyzn wymienionych w aktach Sigma umiera w krótkim czasie. Przypadek? Moim zdaniem prawdopodobieństwo przypadku jest tu co najmniej... nikłe.

Anna niecierpliwie skinęła głową. Doszła do wniosku, że Duch widzi duchy.

— Jak długo to może potrwać? — spytała. — Mam mnóstwo pracy.
— To jest pani praca, panno Navarro. Została pani oficjalnie przeniesiona. Załatwiliśmy wszystkie formalności. Czy rozumie pani swoje zadanie? — Jego wzrok złagodniał. — Widzę, że nie przyprawia to pani o szybsze bicie serca.

Anna wzruszyła ramionami.

— Ciągle wracam do faktu, że wszyscy ci mężczyźni są już w wieku, że tak powiem, poborowym. Starcy umierają, prawda? Oni byli starzy.
— A śmierć pod kołami powozu była w dziewiętnastowiecznym Paryżu rzeczą dość powszechną.

Anna zmarszczyła czoło.

— Słucham?

Bartlett odchylił się w fotelu.

— Słyszała pani o Francuzie nazwiskiem Claude Rochat? Nie? Często o nim myślę. Nudny, obowiązkowy, uparty, pozbawiony wyobraźni człowiek, który w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku pracował w Directoire