Prawnik - John Grisham - ebook

Prawnik ebook

John Grisham

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 475

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



JOHN

Grisham

jll

Prawnik

John Grisham

Dwadzieścia dwa lata temu młody adwokat pracował po 70 godzin tygodniowo w małej kancelarii w miasteczku w Missisipi. W wolnym czasie oddawał się swojemu hobby - pisał.

Pewnego dnia usłyszał w sądzie wstrząsające zeznania dwunastoletniej ofiary gwałtu. Głęboko poruszony zaczął pisać powieść o ojcu, który sam wymierza sprawiedliwość gwałcicielom córki. Po trzech latach pracy w 1987 roku skończył Czas zabijania. Maszynopis odrzuciło 25 wydawców. Wreszcie kupiła go nieznana mała oficyna za skromną sumę i opublikowała książkę w nakładzie zaledwie 5 tysięcy egzemplarzy.

O następną powieść Grishama walczyły już największe amerykańskie wydawnictwa. Firma przez 47 tygodni zajmowała najwyższe miejsca na listach bestsellerów. Prawa do ekranizacji kupiono za 600 tysięcy dolarów. Powstał pamiętny film Sidneya Pollacka z Tomem Cruise'em i Gene'em Hackmanem.

Raport pelikana, Klient, Komora, Rainmaker, Ława przysięgłych stały się największymi przebojami na całym świecie i zostały zekranizowane. Ich sukces powtórzyły kolejne thrillery prawnicze: Wspólnik, Obrońca ulicy, Testament, Bractwo, Wezwanie, Król afer, Ostatni sędzia, Wielki Gracz, Apelacja i Prawnik.

Grisham dowiódł Jak wszechstronnym jest pisarzem: od komedii obyczajowej Ominąć święta, przez powieść psychologiczną Czuwanie, po Malowany dom - wielką powieść o amerykańskim Południu - i Niewinnego, wstrząsającą autentyczną historię walki prawnika o niewinnego człowieka skazanego na karę śmierci.

W 2007 roku John Grisham został uhonorowany British Book Award for Lifetime Achievement - prestiżową brytyjską nagrodą literacką za całokształt twórczości.

Najsłynniejszy pisarz świata prowadzi spokojne życie na prowincji, stroni od mediów i bardzo chroni swoją prywatność. Poświęca się działalności charytatywnej; osobiście uczestniczył w budowaniu szkoły i szpitala w brazylijskiej prowincji Patal. Po huraganie Katrina założył fundację na rzecz ofiar. Jako zapalony miłośnik bejsbolu na sześciu boiskach w swojej posiadłości rozgrywa mecze z udziałem 350 dzieci z 26 drużyn małej ligi.

W swoich książkach John Grisham piętnuje podłość i nieuczciwość ludzi oraz bezprawie prawa. Swoim życiem dowodzi, że postawa i hierarchia wartości jego bohaterów wcale nie muszą być tylko literacką fikcją.

John Grisham

APELACJA BRACTWO CZAS ZABIJANIA CZUWANIE FIRMA KLIENT KOMORA KRÓL AFER ŁAWA PRZYSIĘGŁYCH MALOWANY DOM

NIEWINNY OBROŃCA ULICY OMINĄĆ ŚWIĘTA OSTATNI SĘDZIA RAINMAKER RAPORT PELIKANA TESTAMENT WEZWANIE WIELKI GRACZ WSPÓLNIK

JOHN

Grisham

prawnik

Przekład KRZYSZTOF BEREZA

&

AMBER

Konsultacja prawnicza dr Rafał M. Sarbiński

Redakcja stylistyczna Dorota Kielczyk

Korekta

Jolanta Kucharska Kinga Kwaterska Elżbieta Steglińska

Ilustracja na okładce

Getty Images/Flash Press Media

Druk

Wojskowa Drukarnia w Łodzi Sp. z o.o.

Tytuł oryginału The Associate

Copyright © 2009 by Belfiy Holdings, Inc. Ali rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2008 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. ISBN 978-83-241-3306-2

Warszawa 2009. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o. 00-060 Warszawa, ul. Królewska 27 tel. 620 40 13,620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Steve'owi Rubinowi, Suzanne Herz, Johnowi Pittsowi, Alison Rich, Rebecce Holland, Johnowi Fontanie i całej bandzie z wydawnictwa Doubleday

Regulamin ligi młodzieżowej New Haven wymagał, by każdy dzieciak grał co najmniej dziesięć minut w każdym meczu. Odstępstwa stosowano wobec zawodników, którzy narazili się trenerom, opuszczając treningi lub łamiąc inne zasady. W takich wypadkach trener mógł sporządzić przed meczem raport i poinformować sędziego punktowego, że ten a ten nie pogra sobie długo, jeśli w ogóle, bo coś przeskrobał. Ale było to źle widziane w lidze; w końcu miała ona charakter bardziej rekreacyjny niż wyczynowy.

Na cztery minuty przed końcem gry trener Kyle spojrzał na ławkę swojego zespołu, skinął głową w stronę ponurego, nadąsanego chłopca o nazwisku Marquis i zapytał:

- Chcesz zagrać?

Marquis nie odpowiedział; podszedł do stolika sędziowskiego i czekał na gwizdek. Miał na swoim koncie wiele wykroczeń - opuszczone treningi, wagary, złe oceny, zgubiony mundurek, brzydkie wyrazy. Tak naprawdę przez dziesięć tygodni i piętnaście meczów Marąuis złamał wszystkie nieliczne zasady, jakie trener usiłował wprowadzić. Trener Kyle już dawno zrozumiał, że każda nowa zasada będzie natychmiast złamana przez jego gwiazdę, i dlatego skrócił swoją listę i zwalczył w sobie pokusę dodawania nowych rozporządzeń. Ale to się nie sprawdzało. Próby zapanowania lekką ręką nad dziesięcioma dzieciakami ze śródmiejskich slumsów zepchnęły Czerwonych Rycerzy na ostatnie miejsce wśród dwunastu drużyn zimowej ligi.

Marąuis miał tylko jedenaście lat, ale wyraźnie był najlepszym graczem na boisku. Wolał zdobywać punkty celnymi rzutami niż grać

w obronie i podawać. W ciągu dwóch minut przedarł się przez linię rzutów osobistych, wyminął, obiegł, przeskoczył znacznie wyższych zawodników i zdobył sześć punktów. Jego średnia wynosiła czternaście, a jeśli pozwolono by mu grać dłużej niż przez pół meczu, mógłby prawdopodobnie zdobyć nawet trzydzieści. W jego własnym młodzieńczym mniemaniu tak naprawdę to nie potrzebował żadnych treningów

Mimo tego popisu jednego aktora mecz był nie do wygrania. Kyle McAvoy usiadł spokojnie na ławce, przyglądał się grze i czekał, aż zegar wybije jej koniec. Jeszcze jeden mecz i sezon się zakończy, jego ostatni sezon trenera koszykówki. W ciągu dwóch lat wygrał dwanaście razy, przegrał dwadzieścia cztery i sam sobie zadawał pytanie, jak ktokolwiek zdrowy na umyśle mógł dobrowolnie być jakimkolwiek trenerem. On robił to dla tych dzieciaków, powtarzał sobie tysiące razy, dla dzieciaków, które nie miały ojców, dzieciaków ze złych domów, dzieciaków, które potrzebowały pozytywnego męskiego wzorca. I nadal w to wierzył, ale po dwóch latach niańczenia ich i kłócenia się z ich rodzicami, kiedy już raczyli się pojawić, awanturowania się z innymi trenerami, dla których oszustwa nie były poniżej godności, i zmuszania się do ignorowania nastoletnich sędziów głównych, którzy nie potrafili odróżnić blokowania od ataku, miał już dość. W każdym razie odsłużył już swoje w tym mieście.

Oglądał mecz i czekał, od czasu do czasu pokrzykując, bo tego oczekiwano od trenerów. Rozejrzał się po pustej sali gimnastycznej, w starym ceglanym budynku w centrum New Haven, który od pięćdziesięciu lat był domem dla ligi młodzieżowej. Garstka rodziców, rozproszona na trybunach, czekała na kończącą mecz syrenę. Marquis znowu zdobył kosza. Nikt nie zaklaskał. Czerwoni Rycerze przegrywali dwunastoma punktami na dwie minuty przed końcem.

Po drugiej stronie boiska, tuż pod starą tablicą wyników, jakiś mężczyzna w ciemnym garniturze wszedł na salę i oparł się o siedzenia wysuwanej trybuny. Rzucał się w oczy, bo był biały. W żadnej z obu drużyn nie było ani jednego białego gracza. Wyróżniał się też strojem, bo miał garnitur - czarny albo granatowy - białą koszulę i bordowy krawat, wszystko to pod trenczem, który sygnalizował agenta albo gliniarza jakiegoś wydziału.

Trener Kyle zobaczył tego mężczyznę akurat w momencie, gdy tamten wchodził do sali gimnastycznej, i pomyślał, że facet jest tu nie

na miejscu. Prawdopodobnie to jakiś detektyw, może od narkotyków, szuka tu dilera. Nie byłoby to pierwsze aresztowanie w tej sali lub w okolicy.

Agent/gliniarz oparł się o barierkę, omiótł długim podejrzliwym spojrzeniem ławkę Czerwonych Rycerzy i wydawało się, że utkwił wzrok w trenerze Kyle'u, który w odpowiedzi wpatrywał się przez chwilę w natręta, zanim stało się to krępujące. Marquis pozwolił, by przeciwnik przerzucił piłkę prawie z połowy boiska, i zdobył punkt, trener skoczył na równe nogi, rozłożył szeroko ręce i pokręcił głową, jakby pytał: „Dlaczego"? Marąuis zignorował jego gesty i nadal nie przykładał się do gry w obronie. Głupi faul spowodował zatrzymanie zegara i przedłużył tę mękę. Gdy Kyle przyglądał się chłopcu wykonującemu rzut osobisty, kątem oka dostrzegł agenta/gliniarza wciąż wpatrzonego nie w to, co się działo na boisku, ale w niego.

W dwudziestopięcioletnim studencie prawa, bez kryminalnej kartoteki i sprzecznych z prawem nawyków bądź skłonności, obecność i zainteresowanie mężczyzny, według wszelkich oznak zatrudnionego w jakiejś instytucji porządku publicznego, nie powinny budzić jakiegokolwiek niepokoju. Ale z Kyle'em McAvoyem zawsze było inaczej. Krawężnikami i drogówką niespecjalnie się przejmował. Płacono im za to, żeby po prostu reagowali. Ale faceci w ciemnych garniturach, detektywi i agenci, ci odpowiednio szkoleni, żeby grzebać głęboko i wykrywać tajemnice - takie typy zawsze wytrącały go z równowagi.

Jeszcze trzydzieści sekund, a Marąuis kłóci się z sędzią głównym. Dwa tygodnie temu nabluzgał sędziemu i został zawieszony na jeden mecz. Trener Kyle wrzasnął na swojego gwiazdora, który jak zawsze go nie słuchał. Szybko zlustrował spojrzeniem salę gimnastyczną, zeby sprawdzić, czy agent/gliniarz numer 1 jest sam, czy towarzyszy mu jakiś agent/gliniarz numer 2. Nie, był sam.

Następny głupi faul i Kyle ryknął na sędziego, żeby już to puścił. Usiadł i przesunął palcem po szyi, strzepnął pot. Był początek lutego i w sali gimnastycznej było, jak zawsze, zupełnie lodowato.

Dlaczego się poci?

Agent/gliniarz ani drgnął, wydawało się, że gapienie się na Kyle^ sprawia mu przyjemność.

Rozpadająca się stara syrena wreszcie zaskrzeczała. Mecz litościwie się skończył. Jedna drużyna cieszyła się, a druga, tak naprawdę,

w ogóle się nie przejmowała. Obie ustawiły się w szeregu na obowiązkowe przybicie piątki i wzniesienie okrzyku: „Dobra gra, dobra gra!" - tak samo bez znaczenia dla dwunastolatków i dla graczy z college'u. Gratulując zwycięstwa trenerowi drużyny przeciwnej, Kyle zerknął za boisko. Biały mężczyzna zniknął.

Jakie istniało prawdopodobieństwo, że czeka na zewnątrz? Oczywiście to paranoja, ale paranoja zagnieździła się w życiu Kyle'a już tak dawno, że teraz po prostu przyznał się do niej, zniósł jakoś jej atak i ruszył naprzód.

Czerwoni Rycerze zebrali się w szatni dla gości w ciasnym niewielkim pomieszczeniu pod stałymi trybunami drużyny gospodarzy. Tutaj trener Kyle powiedział wszystko, co należało powiedzieć: solidny wysiłek, dobre bieganie, pod pewnymi względami nasza gra jest coraz lepsza, na zakończenie sezonu w sobotę pokażemy, na co nas stać. Chłopcy się przebierali i prawie go nie słuchali. Byli zmęczeni koszykówką, bo byli już zmęczeni przegrywaniem i oczywiście całą winą obciążali trenera. Był za młody, za biały, za bardzo z wyż-szej ligi.

Tych kilkoro rodziców, którzy przyszli, czekało przed szatnią. To właśnie tych pełnych napięcia momentów, kiedy drużyna wychodziła, Kyle nie znosił najbardziej w swojej pracy społecznej. Znowu będą narzekania, że któryś dzieciak grał za krótko. Marquis miał wujka, dwudziestodwuletniego byłego koszykarza stanowego, z niewyparzoną gębą i upodobaniem do obrzucania błotem trenera Kyle'a za niesprawiedliwe traktowanie „najlepszego gracza ligi".

W szatni były też drugie drzwi prowadzące do ciemnego wąskiego korytarza, który biegł za trybunami gospodarzy aż do drzwi zewnętrznych wychodzących na boczną uliczkę. Kyle nie był pierwszym trenerem, który odkrył tę drogę ewakuacyjną, a tego wieczoru pragnął umknąć nie tylko przed rodzinami swoich graczy i ich pretensjami, ale i przed agentem/gliniarzem. Rzucił „do widzenia" swoim chłopcom, a jak tylko opuścili szatnię, zwiał. W parę sekund był już na zewnątrz i szybko ruszył po zamarzniętym chodniku. Gęsty śnieg pozgarniano, ale chodnik był oblodzony i z trudem można było po nim iść. Temperatura spadła znacznie poniżej zera. Była środa, dwudziesta trzydzieści i Kyle skierował się do redakcji czasopisma prawniczego na wydziale prawa Uniwersytetu Yale, gdzie zamierzał pracować przynajmniej do północy.

To mu się nie udało.

Agent stał oparty o błotnik czerwonego jeepa cherokee zaparkowanego wzdłuż ulicy. Samochód formalnie należał do Johna McAvoya z Yorku w Pensylwanii, ale przez ostatnich sześć lat był zaufanym towarzyszem jego syna Kyle'a, swojego prawdziwego właściciela.

Kyle nagle poczuł, że stopy ma ciężkie jak z ołowiu, a kolana jak z waty. Mimo to udawało mu się brnąć naprzód, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Znaleźli nie tylko mnie, powiedział sobie, starając się myśleć jasno, ale odrobili swoją pracę domową i znaleźli też mojego jeepa. Nie jest to, co prawda, dochodzenie na zbyt wysokim poziomie. Nie zrobiłem nic złego, powtarzał sobie wciąż od nowa.

- Ciężki mecz, trenerze - zagaił agent, kiedy Kyle znalazł się trzy metry od niego i zwolnił kroku.

Kyle przystanął i rozpoznał grubego młodego mężczyznę z czerwonymi policzkami i rudą równo ciachniętą grzywką, który obserwował go w sali gimnastycznej.

- Czy mogę panu w czymś pomóc? - zapytał i natychmiast dostrzegł cień Numeru 2, który przebiegł szybko przez ulicę. Oni zawsze pracują parami.

Numer 1 sięgnął do kieszeni.

- Owszem, może pan. - Wyjął skórzane etui i otworzył je jednym ruchem. - Bob Plant, FBI.

- Miło poznać - powiedział Kyle, gdy cała krew odpłynęła mu z mózgu i wzdrygnął się mimo woli.

Numer 2 wcisnął się w kadr. Był znacznie szczuplejszy i o jakieś dziesięć lat starszy, z siwizną na skroniach. On też miał wypchaną kieszeń i sprawnie wykonał dobrze wyćwiczoną prezentację odznaki.

- Nelson Ginyard, FBI - przedstawił się.

Bob i Nelson. Obaj Irlandczycy. Obaj z północnego wschodu.

- Jest jeszcze ktoś? - zapytał Kyle.

- Nie. Ma pan minutę, żeby pogadać?

- Nie bardzo.

- Lepiej żeby pan miał - poradził Ginyard. - To mogłoby się okazać bardzo pożyteczne.

- Wątpię.

- Jeśli pan się stąd ruszy, pojedziemy po prostu za panem - dodał Plant, zmienił swoją niedbałą pozycję, wyprostował się i zrobił krok do przodu. - Nie chciałby pan nas w kampusie, prawda?

- Grozicie mi? - zapytał Kyle. - Znowu oblał się potem, teraz pod pachami i pomimo arktycznego powietrza kropla albo dwie spłynęły mu wzdłuż żeber.

- Jeszcze nie - powiedział Plant z uśmieszkiem na ustach.

- Niech pan posłucha. Spędzimy razem dziesięć minut przy kawie - zaproponował Ginyard. - Tu zaraz za rogiem jest bar kanapkowy. Tam jest na pewno cieplej.

- Czy będę potrzebował adwokata?

- Nie.

- Zawsze tak mówicie. Mój ojciec jest adwokatem, a ja dorastałem w jego biurze. Znam wasze sztuczki.

- Nie będzie żadnych sztuczek, Kyle, przysięgam - zapewnił Ginyard i on przynajmniej wydawał się szczery. - Niech pan nam poświęci tylko dziesięć minut. Obiecuję, że nie będzie pan żałował.

- Co macie w programie?

- Dziesięć minut. Tylko o to prosimy.

- Dajcie mi jakiś konkret albo odpowiem „nie".

Bob i Nelson spojrzeli po sobie. Wzruszyli ramionami. Czemu nie? Wcześniej czy później będziemy musieli mu powiedzieć. Ginyard odwrócił się, rozejrzał się po ulicy i rzucił:

- Uniwersytet Duąuesne. Pięć lat temu. Pijane chłopaki z bractwa i pewna dziewczyna.

Ciało Kyle'a zareagowało inaczej niż umysł. Ciało wyraźnie dało za wygraną - nagłe opadnięcie ramion, gwałtowny wdech, zauważalne drżenie nóg. Ale jego umysł natychmiast stawił opór.

- Pieprzycie - wypalił szybko, po czym splunął na chodnik. -Mam to już za sobą. Tam nic się nie stało i wy o tym wiecie.

Nastąpiła długa cisza. Ginyard nadal patrzył na ulicę, a Plant obserwował każdy ruch ich przesłuchiwanego. Myśli Kyle'a wirowały. Dlaczego FBI miesza się w domniemane przestępstwo stanowe? Na drugim roku, na zajęciach z procedury karnej studiowali nowe przepisy dotyczące przesłuchań FBI. Zwyczajne kłamstwo wobec jakiegoś agenta w takiej właśnie sytuacji było obecnie przestępstwem podlegającym oskarżeniu. Powinien się zamknąć? Powinien zadzwonić do ojca? Nie, w żadnym wypadku nie będzie dzwonić do ojca.

Ginyard odwrócił się, podszedł trzy kroki bliżej, zacisnął szczęki jak kiepski aktor i spróbował wysyczeć swoją kwestię twardziela.

- Skończmy już te podchody, panie McAvoy, bo zamarznę. Jest akt oskarżenia z Pittsburgha, jasne? O zgwałcenie. Jeżeli zechce pan odstawiać twardego i przemądrzałego dupka, błyskotliwego studenta prawa, wzywać adwokata albo nawet dzwonić do starego, wtedy już jutro odczytamy panu zarzuty i gówno będzie z pańskich życiowych planów. Jeśli jednak poświęci pan nam dziesięć minut swojego cennego czasu, teraz, od razu, w barze kanapkowym za rogiem, akt oskarżenia jeszcze sobie poczeka, a może nawet zniknie na zawsze.

- Będzie pan mógł stąd odjechać - dodał Plant. - Bez słowa.

- Czemu miałbym wam wierzyć? - udało się Kyle'owi wymówić zupełnie zaschniętymi ustami.

- Dziesięć minut.

- Macie dyktafon?

- Oczywiście.

- Chcę, żeby był na stole, jasne? Chcę, żeby nagrane było każde słowo, bo wam nie ufam.

- Zgoda.

Agenci wcisnęli ręce głęboko w kieszenie dopasowanych trenczy i odeszli. Kyle otworzył drzwi jeepa i wsiadł do samochodu. Uruchomił silnik, nastawił ogrzewanie na maksimum i pomyślał, żeby odjechać.

2

Bar Koleś był długi i wąski, z rzędem czerwonych winylowych boksów z prawej strony. Po lewej ciągnął się bar z grillem za kontuarem i rząd automatów do pinballa. Na ścianach porozwieszano na chybił trafił różne pamiątki z Yale. Kyle jadał tutaj kilka razy; na pierwszym roku prawa, wiele miesięcy temu.

Dwóch ostatnich boksów pilnowali agenci federalni. Mimo to przy ostatnim stoliku stał kolejny trencz. Rozmawiał z Plantem i Ginyardem. Kiedy Kyle z ociąganiem podszedł do nich, agent obrzucił go wzrokiem i obdarzył standardowym uśmieszkiem, po czym usiadł w następnym boksie. Numer 4 już tam czekał, popijając kawę. Plant i Ginyard zamówili kanapki, frytki i pikle, ale na razie niczego nie tknęli. Stół był zastawiony jedzeniem i filiżankami z kawą. Plant uniósł się i przesunął, żeby obaj mogli obserwować ich ofiarę. Siedzieli ramię w ramię, nadal w trenczach. Kyle wsunął się do boksu.

Oświetlenie było stare i marne; tylny róg baru tonął w mroku. Grzechot kulek pinballa mieszał się z odgłosami meczu transmitowanego w telewizji na kanale ES PN.

- Musi was być aż czterech? - Kyle skinął głową w stronę sąsiedniego boksu.

- To tylko ci, których pan może zobaczyć - odparł Ginyard.

- Ma pan ochotę na kanapkę? - zapytał Plant.

- Nie. - Jeszcze przed godziną Kyle umierał z głodu. Teraz jego żołądek i nerwy były w rozsypce. Całą siłą woli starał się oddychać normalnie i sprawiać wrażenie wyluzowanego. Wziął ze stolika długopis dla gości, kartkę do notowania i z takim tupetem, na jaki tylko mógł się zdobyć, powiedział: - Chciałbym jeszcze raz zobaczyć wasze odznaki.

Reakcje były identyczne - niedowierzanie, wyraz głębokiej urazy na twarzach, a potem wzruszenie ramion, kiedy powoli sięgali do kieszeni, by wyjąć to, co mieli najcenniejszego. Położyli je na stole. Kyle najpierw wziął odznakę Ginyarda. Zanotował sobie nazwisko i oba imiona - Nelson Edward - potem numer agenta. Mocno ściskał długopis i starannie zapisywał informacje. Ręka mu drżała, ale sądził, że tego nie widać. Ostrożnie potarł mosiężny emblemat, nie bardzo wiedząc po co, ale specjalnie zrobił to powoli.

- Mógłbym zobaczyć dokument tożsamości ze zdjęciem?

- Po cholerę? - warknął Ginyard.

- Dokument ze zdjęciem, poproszę.

- Nie.

- Nic nie powiem bez wstępnego rozpoznania. Niech mi pan tylko pokaże prawo jazdy. Ja panu pokażę swoje.

- My już mamy kopię pańskiego prawa jazdy.

- No proszę. Obejrzyjmy więc pańskie.

Ginyard przewrócił oczami, sięgając do tylnej kieszeni. Ze sfatygowanego portfela wyjął prawo jazdy wydane przez stan Connecticut; na zdjęciu wyglądał złowrogo. Kyle przyjrzał się fotografii, potem zanotował datę urodzenia i dane.

- Jest nawet gorsze niż paszportowe - stwierdził.

- Chce pan jeszcze zobaczyć moją żonę i dzieci? - Ginyard wyjął kolorową fotkę i rzucił na stół.

- Nie, dzięki. Z jakiego biura jesteście, panowie?

- Z Hartford - odparł Ginyard. Skinął głową w stronę sąsiedniego boksu i dodał: - A oni z Pittsburgha.

- Świetnie.

Kyle obejrzał też odznakę i prawo jazdy Plan ta, wyjął telefon komórkowy i zaczął stukać w przyciski.

- Co pan robi? - zapytał Ginyard.

- Sprawdzę was w sieci.

- Myśli pan, że można nas znaleźć w jakiejś sympatycznej małej witrynie FBI? - powiedział Plant ze złością.

Obaj agenci uznali to za dowcip. Żaden nie wyglądał na zaniepokojonego.

- Wiem, gdzie szukać. - Kyle wpisał adres mało znanego federalnego katalogu.

- Tam nas nie będzie - stwierdził Ginyard.

- To potrwa minutę. Gdzie dyktafon?

Plant wyjął i włączył cyfrowe urządzenie rozmiarów elektrycznej szczoteczki do zębów.

- Proszę podać datę, czas i miejsce - zaczął Kyle z taką pewnością siebie, że aż sam się zdziwił. - I niech pan doda, że przesłuchanie jeszcze się nie zaczęło i jak dotąd nie było żadnych zeznań.

- Tak jest, proszę pana. Uwielbiam studentów prawa - burknął Plant.

- Za często ogląda pan telewizję - dodał Ginyard.

- Idźmy dalej.

Plant postawił dyktafon na środku stołu, między pastrami i cheddarem a wędzonym tuńczykiem. Zaczął recytować wstęp. Kyle wpatrywał się w swoją komórkę i kiedy pojawiła się witryna, wpisał: „Nelson Edward Ginyard". Po paru sekundach potwierdzono, co nikogo nie zaskoczyło, że Ginyard jest agentem FBI, z biura w Hartford.

- Chcc pan zobaczyć? - Kyle podniósł maleńki ekran.

- Gratulacje - odparował Ginyard. - Już pan zadowolony?

- Nie, wolałbym, żeby mnie tutaj nie było.

- W każdej chwili może pan odejść.

- Prosiliście o dziesięć minut. - Kyle rzucił okiem na zegarek.

Agenci pochylili się do przodu, ich łokcie utworzyły jeden rząd,

boks nagle zmalał.

- Pamięta pan takiego gościa, Benniego Wrighta z Wydziału Policji w Pittsburghu, głównego detektywa od przestępstw na tle seksualnym? - zapytał Ginyard; obaj wpatrywali się w Kyle'a, śledząc każde nerwowe drgnienie jego powiek.

- Nie.

- Nie spotkał się pan z nim pięć lat temu podczas śledztwa?

- Może, ale nie przypominam sobie tego nazwiska. Ostatecznie minęło pięć lat od czasu, gdy... nic się nie wydarzyło.

Przełknęli te słowa i długo się nad nimi zastanawiali, patrząc mu w oczy. Kyle'owi wydało się, że obaj mają ochotę powiedzieć: „Kłamiesz".

- No cóż - odezwał się w końcu Ginyard. - Detektyw Wright jest teraz tutaj, w mieście, i chciałby się spotkać z panem mniej więcej za godzinę.

- Kolejna pogawędka?

- Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu. To nie potrwa długo, a jest duża szansa, że w ten sposób uniknie pan oskarżenia.

- Oskarżenia o co?

- O zgwałcenie.

- Nie było żadnego zgwałcenia. Tak ustaliła policja z Pittsburgha pięć lat temu.

- No cóż, wygląda na to, że dziewczyna wróciła - powiedział Ginyard. - Poskładała swoje życie, przeszła długą terapię i, co najlepsze, wynajęła adwokata.

Ponieważ Ginyard nie zadał pytania, Kyle nie musiał odpowiadać. Mimowolnie zapadł się w sobie. Zerknął na puste stołki. Spojrzał nad kontuarem na płaski ekran telewizora. Leciał mecz między drużynami uniwersyteckimi, trybuny zapełniali wrzeszczący studenci. Co ja tu właściwie robię, pomyślał.

Rozmawiaj dalej, nakazał sobie. Ale nic nie mów.

- Mogę o coś zapytać?

- Jasne.

- Jeśli akt oskarżenia został już sporządzony, jak może być wycofany? Po co w ogóle rozmawiamy?

- Jest wstrzymany na polecenie sądu - wyjaśnił Ginyard. - Według detektywa Wrighta oskarżyciel chce zawrzeć z panem ugodę na wniosek adwokata ofiary. To pozwoliłoby panu wyplątać się z tej afery. Jeśli pan się z nimi dogada, oskarżenie nigdy nie ujrzy światła dziennego.

- Nadal nie wiem, czego ode mnie chcecie. Może jednak zadzwonię do ojca.

- Pańska sprawa, ale jeśli jest pan rozsądny, zaczeka pan z tym do rozmowy z detektywem Wrightem.

- Nie poinformowaliście mnie jeszcze o moich prawach.

- To nie jest przesłuchanie - oznajmił wreszcie Plant. - Ani dochodzenie. - Sięgnął do talerza i wyciągnął tłustą frytkę.

- Więc co to jest, do diabła?

- Spotkanie.

Ginyard odchrząknął i odchylił się lekko do tyłu.

- Chodzi o przestępstwo stanowe, Kyle, wszyscy to wiemy - powiedział. - Normalnie nie zajmowalibyśmy się taką sprawą, ale że jest pan tutaj, w Connecticut, a akt oskarżenia przygotowano w Pensylwanii, chłopcy z Pittsburgha poprosili nas o pomoc w zaaranżowaniu następnego spotkania. Potem my się usuwamy.

- Wciąż nie bardzo wiem, o co chodzi.

- Daj pan spokój. Taki błyskotliwy umysł prawniczy jak pana... Po co zgrywać tępaka.

Nastąpiła długa przerwa. Wszyscy trzej zastanawiali się nad kolejnym posunięciem. Plant chrupał już drugą frytkę, ale cały czas nie spuszczał wzroku z Kyle'a. Ginyard upił łyk kawy, skrzywił się, gdy poczuł jej smak, i nadal gapił się na trenera. Automaty do pinballa ucichły. Bar był pusty, jeśli nie liczyć czterech agentów FBI, barmana pochłoniętego meczem i Kyle'a^

W końcu Kyle pochylił się, oparł na łokciach i powiedział prosto do dyktafonu:

- Nie było żadnego zgwałcenia, żadnego przestępstwa. Nie zrobiłem nic złego.

- Świetnie, niech pan to powtórzy Wrightowi.

- A gdzie on jest?

- O dziesiątej będzie w Holiday Inn przy Saw Mili Road, pokój numer 222.

- Nic z tego, muszę mieć adwokata.

- Może pan musi, może nie. - Ginyard pochylił się tak, że ich głowy dzieliło trzydzieści centymetrów. - Wiem, że pan nam nie ufa, ale proszę wierzyć: najpierw powinien pan porozmawiać z Wrightem. Do diabła, może pan zadzwonić do adwokata albo do ojca

0 północy. Albo jutro. Ale jeśli pan teraz przeszarżuje, skończy się katastrofą.

- Wychodzę. Koniec rozmowy. Wyłączcie dyktafon.

Żaden z agentów nawet nie drgnął. Kyle popatrzył na nich, potem pochylił się i powiedział bardzo wyraźnie:

- Mówi Kyle McAvoy. Jest godzina dwudziesta pięćdziesiąt. Nie mam nic więcej do dodania. Nie złożyłem żadnych zeznań i teraz opuszczam bar Koleś.

Zerwał się z ławki i był już prawie poza boksem, kiedy Plant rzucił:

- On ma nagranie.

Gdyby koń kopnął go w pachwinę, nie bolałoby bardziej. Kyle chwycił się czerwonej winylowej ścianki i wyglądał, jakby miał zemdleć. Powoli opadł na ławkę. Powoli sięgnął po plastikowy kubek

1 wypił duży łyk wody. Wargi i język miał spieczone i woda niewiele mu pomogła.

Nagranie. Kumpel z bractwa, jeden z kilku, którzy się upili na tamtym małym przyjęciu, rzekomo nagrał coś na komórkę. Prawdopodobnie scenę, jak dziewczyna leży nago na kanapie, pijana w sztok, a trzech, czterech albo pięciu kolesi z Bety ją podziwia. Oni też byli nadzy albo właśnie się rozbierali. Kyle pamiętał to jak przez mgłę, ale nigdy nie widział filmu. Podobno został wykasowany, tak głosiła legenda Bety. Gliniarze z Pittsburgha szukali go, ale nigdy nie znaleźli. Zniknął, przepadł, pozostał głęboko skrytą tajemnicą kumpli z bractwa.

Plant i Ginyard siedzieli znowu łokieć w łokieć; dwie pary oczu wpatrywały się w Kyle'a bez mrugnięcia.

- Jakie nagranie? - zdołał zapytać Kyle, ale zdziwienie zabrzmiało słabo i nieprzekonująco nawet dla niego samego.

- To, które wy, chłopaki, ukryliście przed policją - wyjaśnił Plant, ledwo poruszając wargami. - To, które pokazuje pana na miejscu przestępstwa. To, które zniszczy panu życie i pozbawi wolności na dwadzieścia lat.

Och, to nagranie.

- Nie wiem, o czym pan mówi - upierał się Kyle; znów napił się trochę wody Fale mdłości atakowały jego żołądek i mózg; bał się, że za chwilę zwymiotuje.

- A ja myślę, że pan wie - powiedział Ginyard.

- Widzieliście to nagranie? - zapytał Kyle.

Obaj skinęli głowami.

- Więc wiecie, że nie tknąłem tej dziewczyny.

- Może tak, może nie. Ale pan tam był. A to jest współudział

- oznajmił Ginyard.

Kyle przymknął oczy i zaczął rozcierać skronie, żeby nie rzyg-nąć. Dziewczyna była mocno wyluzowana i szalona, spędzała więcej czasu w siedzibie Bety niż w swoim akademiku. Puszczalska, impre-zowiczka, z dużymi zasobami gotówki tatusia. Kumple z Bety przekazywali ją sobie z rąk do rąk. Kiedy zaczęła wykrzykiwać, że ją zgwałcono, członkowie stowarzyszenia natychmiast nabrali wody w usta i zmienili się w twardy, nieprzenikniony mur zaprzeczeń i niewinności. Gliny w końcu dały za wygraną, bo szczegóły zeznań dziewczyny budziły zbyt wiele wątpliwości. Nie wniesiono żadnych oskarżeń. Potem wyjechała z Duąuesne i na szczęście zniknęła na dobre. Prawdziwy cud, że ten paskudny epizod udało się utrzymać w tajemnicy. Żadne inne życie nie zostało zrujnowane.

- W akcie oskarżenia wymieniono pana nazwisko i trzy inne

- oznajmił Ginyard.

- Nie było żadnego zgwałcenia - powtórzył Kyle, nadal rozcierając skronie. - Zapewniam pana. Jeśli ktokolwiek uprawiał z nią seks, to za jej zgodą.

- Nie, jeśli była nieprzytomna - zaoponował Ginyard.

- Nie jesteśmy tu po to, żeby się z panem spierać, Kyle - wtrącił się Plant. - Od tego są prawnicy. My tylko chcemy pomóc osiągnąć porozumienie. Jeśli będzie pan współpracował, to wszystko się ułoży, przynajmniej dla pana.

- Jakie porozumienie?

- To wyjaśni detektyw Wright.

Kyle powoli usiadł na ławce i stuknął głową o czerwone winylowe oparcie. Chciał prosić, błagać, tłumaczyć, że to niesprawiedliwe,

że wkrótce otrzyma dyplom, zda egzamin adwokacki i zacznie robić karierę. Jego przyszłość wydawała się tak obiecująca. Jego przeszłość była nieskazitelna. Prawie.

Ale oni już to wiedzieli. Prawda? Spojrzał na dyktafon i postanowił, że nic więcej im nie powie.

- Dobra, dobra - oznajmił. - Pójdę tam.

Ginyard pochylił się jeszcze bardziej w jego stronę.

- Ma pan godzinę. Jeśli pan gdzieś zadzwoni, dowiemy się o tym. Jeśli spróbuje pan uciec, pojedziemy za panem, jasne? Żadnych numerów, Kyle. Podjął pan dobrą decyzję, słowo. Niech pan się jej trzyma, a wszystko się ułoży.

- Nie wierzę wam.

- Przekona się pan.

Kyle zostawił ich z zimnymi zapiekankami i gorzką kawą. Wsiadł do jeepa i pojechał do swojego mieszkania trzy przecznice od kampusu. Przekopał łazienkę współlokatora, znalazł valium, potem zamknął na klucz drzwi swojej sypialni, zgasił światło i wyciągnął się na podłodze.

3

To był stary Holiday Inn, zbudowany w latach sześćdziesiątych, gdy motele i fast foody błyskawicznie wyrastały wzdłuż autostrad i głównych dróg. Kyle przejeżdżał tędy setki razy i dotychczas nie zwrócił na niego uwagi. Za motelem była smażalnia naleśników, a obok wielki dyskontowy sklep ze sprzętem elektrycznym.

Parking tonął w mroku, jedna trzecia miejsc była zajęta, kiedy Kyle zaparkował tyłem swoim czerwonym jeepem obok małej furgonetki z Indiany. Zgasił światła, ale nie wyłączył silnika ani ogrzewania. Prószył śnieg. Czemu nie ma teraz zamieci, powodzi, trzęsienia ziemi, inwazji albo czegokolwiek, co przerwałoby ten koszmar? Dlaczego jak marionetka robi, co mu każą?

Nagranie.

Przez ostatnią godzinę myślał o tym, żeby zadzwonić do ojca, jednak ta rozmowa mogła potrwać zbyt długo. John McAvoy szybko udzieliłby mu porady prawnej, ale tło całej sprawy było bardzo skomplikowane. Kyle pomyślał o telefonie do profesora Barta Mallory'ego, swojego doradcy, przyjaciela, wspaniałego wykładowcy postępowania karnego, byłego sędziego, który wiedziałby dokładnie, co zrobić. Ale znowu zbyt wiele luk do wypełnienia i za mało czasu. Myślał też, żeby zadzwonić do dwóch kumpli z Bety w Duąuesne, ale po co? Ich rady byłyby tak samo marne jak pomysły, które teraz przelatywały mu przez głowę. Poza tym co za sens im też rujnować życie. W tych przerażających chwilach pomyślał nawet, jak mógłby zniknąć. Pogna na lotnisko. Pojedzie nieznanym nikomu samochodem na dworzec autobusowy. Skoczy z mostu.

Ale oni go śledzą. I prawdopodobnie podsłuchują, więc usłyszeliby każdą rozmowę telefoniczną. Ktoś obserwuje go właśnie w tym momencie, na pewno. Może w tej małej furgonetce z Indiany siedzi dwóch matołów ze słuchawkami na uszach i z noktowizorami i świetnie się bawi, monitorując go i marnując pieniądze podatników.

Valium chyba niewiele mu pomogło.

Kiedy zegar w radiu wskazał dwudziestą pierwszą pięćdziesiąt osiem, Kyle wyłączył silnik i wysiadł. Ruszył odważnie, zostawiając ślady stóp na śniegu. Czy to jego ostatnie chwile wolności? Czytał o tylu przypadkach, kiedy podejrzani szli dobrowolnie na komisariat policji, żeby szybko odpowiedzieć na kilka pytań, a tam stawiano im zarzuty, zakuwano w kajdanki, pakowano do więzienia. Tak działał system. On mógł jeszcze uciec, dokądkolwiek.

Szklane drzwi zatrzasnęły się za nim; na sekundę przystanął w pustym holu i wydało mu się, że za plecami usłyszał szczęk żelaznych sztab więziennego bloku. Słyszał coś, widział coś, coś sobie wyobrażał. Widocznie valium przestało działać i teraz aż się trząsł z niepewności i lęku. Skinął głową zgrzybiałemu recepcjoniście za kontuarem, ale mężczyzna nic nie odpowiedział. Jadąc staroświecką windą na pierwsze piętro, pytafc sam siebie, jakim trzeba być głupcem, żeby wejść do pokoju motelowego pełnego gliniarzy i agentów, którzy zamierzają oskarżyć go o to, co się nigdy nie stało? Dlaczego to robi?

Nagranie.

Nie widział go. Nie znał nikogo, kto by je widział. W hermetycznym kręgu członków Bety słyszało się pogłoski, zaprzeczenia

i pogróżki, ale nikt nawet nie wiedział na pewno, czy „to z Elaine" zostało tak naprawdę w ogóle sfilmowane. A jednak dowód istniał i teraz miała go policja z Pittsburgha i FBI. To skłoniło Kyle'a do rozważania skoku z mostu.

Chwileczkę. Nie zrobiłem nic złego. Nie dotknąłem tej dziewczyny, w każdym razie nie tamtej nocy.

Nikt jej nie dotknął. Tak przynajmniej brzmiała zaprzysiężona i sprawdzona w boju wersja członków bractwa. Ale jeśli nagranie dowodzi czegoś innego? Nigdy się nie dowie, dopóki go nie obejrzy.

Na korytarzu na pierwszym piętrze uderzył go obrzydliwy zapach świeżej farby. Kyle przystanął przy pokoju numer 222 i zerknął na zegarek, żeby się upewnić, że nie przyszedł choćby minutę za wcześnie. Zapukał trzy razy Usłyszał ruch i stłumione głosy. Łańcuch szczęknął, drzwi otworzyły się gwałtownie.

- Cieszę się, że potrafił pan się na to zdobyć - powiedział agent specjalny Nelson Edward Ginyard.

Kyle wszedł do środka, zostawiając za sobą swoje poprzednie życie. Nowe nagle wydało się przerażające.

Ginyard był bez marynarki; na białej koszuli miał szelki z wtuloną pod lewą pachę czarną kaburą, w której tkwił duży czarny pistolet. Agent Plant i dwaj inni z Kolesia wpatrywali się w gościa. Wszyscy trzej też byli bez marynarek, prezentowali cały swój arsenał. Identyczne dziewięciomilimetrowe beretty w kaburach zawieszonych na skórzanych szelkach. Solidnie uzbrojeni faceci z nachmurzonymi minami sprawiali wrażenie, jakby z przyjemnością zastrzelili gwałciciela na miejscu.

- Mądra decyzja - pochwalił go Plant i skinął głową.

Prawdę mówiąc, w tym właśnie momencie Kyle pomyślał, że decyzja była bardzo głupia.

Pokój numer 222 przekształcono w prowizoryczne biuro terenowe. Wielkie łoże zepchnięto w kąt. Zasłony szczelnie zasunięto. Rozłożono dwa przenośne stoły. Teraz piętrzyły się na nich dowody intensywnej pracy - teczki na akta, grube koperty i notesy. Kyle zauważył trzy otwarte i włączone laptopy i w tym stojącym najbliżej drzwi mignął mu on sam - na zdjęciu z księgi pamiątkowej liceum w Yorku. Klasa maturalna, rocznik 2001. Do ściany za stołami przyczepiona była nieduża kolorowa fotografia trzech jego kumpli z bractwa Beta. Po przeciwnej stronie, niemal przy samych zasłonach, wisiało zdjęcie Elaine Keenan.

Drzwi między pokojem 222 a sąsiednim były otwarte. Wszedł przez nie agent Numer 5 - taki sam pistolet, taka sama kabura -i spiorunował Kyle'a wzrokiem. Pięciu agentów? Dwa pokoje. Tona dokumentów. Tak dużo wysiłku, pracy tylu ludzi tylko po to, żeby mnie dopaść? Kyle'owi zakręciło się w głowie na widok potęgi machiny państwowej w akcji.

- Zechciałby pan opróżnić kieszenie? - Ginyard podał mu małe tekturowe pudełko.

- Dlaczego?

- Proszę.

- Myśli pan, że jestem uzbrojony? Ze wyciągnę nóż i zaatakuję?

Numer 5 uznał to za dobry dowcip i roześmiał się szczerze, przełamując pierwsze lody. Kyle wyjął kółko z kluczami, zabrzęczał nimi i na znak Ginyarda włożył z powrotem do kieszeni.

- Obszukam pana od pasa w dół, dobrze? - powiedział Plant i już ruszył w stronę Kyle'a.

- Och, oczywiście. - Kyle podniósł ręce. - Wszyscy studenci uniwersytetu Yale spacerują uzbrojeni po zęby - dodał.

Plant zaczął go bardzo delikatnie i szybko obszukiwać. Skończył już po kilku sekundach i zniknął w drugim pomieszczeniu.

- Detektyw Wright jest w pokoju naprzeciwko - poinformował Ginyard.

Jeszcze jeden pokój.

Kyle ruszył za nim na duszny korytarz, potem czekał, kiedy Ginyard spokojnie pukał do pokoju numer 225. Gdy drzwi się otwarły, Kyle wszedł do środka sam.

Bennie Wright nie obnosił się z bronią. Szybko uścisnął dłoń Kyle'a.

- Detektyw Wright, Wydział Policji Pittsburgh.

Cała przyjemność po mojej stronie, pomyślał Kyle, ale nie odezwał się ani słowem. Co ja tu robię?

Wright dobiegał pięćdziesiątki, był niski, szczupły, schludny, łysy z kilkoma pasemkami czarnych włosów przylizanych tuż nad uszami. Oczy też miał czarne, częściowo ukryte za małymi okularami do czytania, osadzonymi w połowie wąskiego nosa. Zamknął drzwi za Kyle'em.

- Czemu pan nie siada? - spytał.

Kyle się nie ruszył.

- O co chodzi? - burknął.

Wright przeszedł obok łóżka i zatrzymał się przy składanym stole, obok którego stały naprzeciwko siebie dwa tandetne metalowe krzesła.

- Porozmawiajmy, Kyle - zaczął miłym tonem; mówił z lekkim obcym akcentem.

Dziwne. Facet z Pittsburgha, który nazywa się Bennie Wright, powinien mówić po angielsku zupełnie czysto.

W rogu pokoju stała na trójnogu mała kamera wideo. Przewody biegły do stołu, do laptopa z dwunastocalowym ekranem.

- Proszę. - Wright wskazał jedno z krzeseł, a sam usiadł na drugim.

- Chcę, żeby to wszystko było nagrywane - oznajmił Kyle.

Wright zerknął przez ramię na kamerę.

- Nie ma problemu - odparł.

Kyle powoli podszedł do drugiego krzesła. Wright podwijał rękawy białej koszuli. Krawat miał już rozluźniony.

Po prawej stronie Kyle miał laptopa z ciemnym ekranem. Po lewej grubą zamkniętą teczkę. Na środku stołu leżał blok czystego papieru w linię, a na nim długopis.

- Niech pan włączy kamerę - powiedział Kyle.

Wright włączył laptopa. Kyle zobaczył na ekranie swoją wystraszoną twarz.

Wright sprawnie wertował zawartość teczki, wyszukując niezbędne papiery, tak jakby Kyle po prostu starał się o studencką kartę kredytową. Kiedyjuż znalazł odpowiednie kartki, położył je na środku i powiedział:

- Najpierw musimy poinformować pana o przysługujących mu prawach.

- Nie - odparł łagodnie Kyle. - Najpierw musimy zobaczyć pana odznakę i dowód tożsamości.

Detektyw zirytował się, ale szybko opanował. Bez słowa wyjął z tylnej kieszeni skórzany portfel.

- Noszę ją już od dwudziestu pięciu lat.

Kyle przyjrzał się odznace z brązu; rzeczywiście wyglądała na starą. Benjamin J. Wright, Wydział Policji Pittsburgh, numer 6658.

- Jeszcze prawo jazdy.

Wright zamknął jedną przegródkę, otworzył inną, przerzucił kilka kart, potem cisnął na stół prawo jazdy z fotografią.

- Zadowolony? - burknął.

Kyle oddał mu dokument.

- Dlaczego angażuje się w to FBI? - spytał.

- Czy mogę najpierw pouczyć pana o przysługujących prawach?

- Wright wrócił do segregowania papierów.

- Znam swoje prawa.

- Nie wątpię. Najlepszy student jednej z najbardziej prestiżowych uczelni. Bardzo zdolny młody człowiek. - Kyle czytał tekst, w czasie gdy Wright recytował formułę. - Ma pan prawo milczeć. Wszystko, co pan powie, może być użyte przeciwko panu w sądzie. Ma pan prawo do adwokata. Jeśli nie stać pana na własnego, otrzyma pan obrońcę z urzędu. Jakieś pytania?

- Nie. - Kyle podpisał się na dwóch formularzach i przesunął je z powrotem w stronę Wrighta. - Dlaczego angażuje się w to FBI?

- powtórzył.

- Niech mi pan wierzy, Kyle, FBI to najmniejszy z pańskich problemów. - Wright spokojnie trzymał owłosione ręce ze splecionymi palcami, oparte o blok papieru w linię. Mówił powoli, władczym tonem. Zdecydowanie to on tu rządził. - Przedstawię panu propozycję, Kyle. Bierzmy się do roboty. Mamy mnóstwo spraw do omówienia, a czas ucieka. Grał pan kiedykolwiek w futbol?

- Jasne.

- Więc załóżmy, że ten stół jest boiskiem futbolowym. To może nie najlepsza analogia, ale niech będzie. Pan stoi tutaj, na linii bramkowej. - Lewą ręką nakreślił linię przed laptopem. - Ma pan sto jardów do przebiegnięcia, żeby zdobyć gola i wygrać. - Prawą ręką wyznaczył drugą linię bramkową, obok grubej teczki. Jego ramiona były mniej więcej o metr od siebie. - Sto jardów, Kyle. Trochę cierpliwości, Kyle, okay?

- Okay.

Wright złożył ręce i rąbnął nimi w notatnik.

- Gdzieś tutaj, na pięćdziesiątym jardzie, pokażę nagranie, które jest źródłem konfliktu. Nie spodoba się panu, Kyle, wzbudzi odrazę. Zrobi się panu niedobrze. Ale w miarę możliwości będziemy kontynuować nasz marsz w stronę linii bramkowej i kiedy tam dotrzemy, odczuje pan ogromną ulgę. Zobaczy raz jeszcze siebie samego jako złotego chłopaka, przystojnego młodego mężczyznę z nieograniczonymi perspektywami i nieposzlakowaną przeszłością. Kyle, pozwól, żebym był twoim trenerem, sędzią na boisku, a dojdziemy razem do ziemi obiecanej.

Znów położył prawą ręką na linii bramkowej.

- A co z aktem oskarżenia?

Wright dotknął teczki.

- Jest tutaj.

- Kiedy go zobaczę?

- Przestań, Kyle, to ja zadaję pytania. I mam nadzieję, że znasz odpowiedzi.

To nie był hiszpański akcent. Może wschodnioeuropejski, a chwilami prawie znikał.

Lewa ręka detektywa dotknęła linii bramkowej przed laptopem.

- Teraz, Kyle, musimy zacząć od podstaw. Najpierw krótki zarys sytuacji, dobra?

- Jak pan sobie życzy.

Wright wyciągnął z teczki jakieś papiery, studiował je przez chwilę, potem podniósł długopis.

- Urodziłeś się czwartego lutego 1983 roku w Yorku, w Pensylwanii, jako trzecie dziecko i jedyny syn Johna i Patty McAvoyów. Rodzice się rozwiedli w 1989, kiedy miałeś sześć lat, i żadne z nich powtórnie nie zawarło związku małżeńskiego. Zgadza się?

- Tak jest.

Wright odhaczył ten fragment, potem poleciał serią pytań dotyczących członków rodziny, ich dat urodzenia, wykształcenia, zawodów, adresów, zainteresowań, wyznawanej religii, nawet przekonań politycznych. Przerzucał papiery i odfajkowywał kolejne pozycje. Detektyw znał te wszystkie fakty i dane. Wiedział nawet, gdzie i kiedy urodził się dwuletni siostrzeniec Kyle'a z Santa Monica. Kiedy skończył wypytywać o dalszą rodzinę, wziął inną teczkę. Kyle poczuł pierwsze objawy znużenia. A to była dopiero rozgrzewka.

- Napijesz się czegoś? - zapytał Wright.

- Nie.

- Twój ojciec prowadzi kancelarię w Yorku?

Kyle skinął głową. Potem posypał się grad pytań o ojca: jego życie, przebieg kariery i zainteresowania. Po każdych czterech, pięciu pytaniach Kyle miał ochotę zapytać: „Czy to naprawdę ma jakiś związek ze sprawą?" Ale trzymał język za zębami. Wright w zasadzie tylko potwierdzał zebrane wcześniej informacje.

- Twoja matka jest artystką?

- Tak, a jak to się ma do naszego meczu futbolowego?

- Zyskałeś około dziesięciu jardów. A dokładnie, co robi?

- Jest malarką.

Wreszcie detektyw skupił się na podejrzanym. Zadał kilka prostych pytań dotyczących dzieciństwa, ale nie wdawał się w szczegóły. On to wszystko już wie, pomyślał Kyle.

- Skończyłeś z wyróżnieniem liceum w Central York, byłeś sportową gwiazdą. Czemu wybrałeś Uniwersytet Duquesne?

- Zaoferowali mi stypendium sportowe.

- Miałeś inne propozycje?

- Kilka, z mniejszych uczelni.

- Ale nie grałeś za dużo w Duąuesne?

- Grywałem po trzynaście minut na pierwszym roku, potem zerwałem sobie więzadło przednie krzyżowe, w ostatniej minucie ostatniego meczu.

- Operacja?

- Tak, ale z takim kolanem nie mogłem już grać. Zrezygnowałem z koszykówki i wstąpiłem do bractwa.

- Później się tym zajmiemy. Namawiano cię, żebyś wrócił do drużyny?

- Trochę. Ale to nie miało znaczenia. Kolano było do niczego.

- Specjalizowałeś się w ekonomii i uzyskałeś prawie doskonałe świadectwo. O co chodziło z tym hiszpańskim na drugim roku? Nie dostałeś najwyższej noty.

- Chyba powinienem wybrać niemiecki.

- Jedno B w ciągu czterech lat to i tak nieźle.

Wright pstryknął w kartkę i coś zapisał. Kyle rzucił okiem na swoją twarz w laptopie. Rozluźnij się, nakazał sobie.

- Wysokie wyróżnienia, udział w kilkunastu studenckich organizacjach, uczelniany czempion softballa, sekretarz, potem przewodniczący bractwa. Twoje akademickie osiągnięcia robią wrażenie, a mimo to prowadziłeś bardzo aktywne życie towarzyskie. Opowiedz mi o swoim pierwszym aresztowaniu.

- Jestem pewien, że ma pan akta tej sprawy.

- Pierwsze aresztowanie, Kyle.

- Jedyne aresztowanie. Żadnego drugiego nie było. Jak do tej pory.

- Co się stało?

- Nic takiego. Po prostu głośna przepychanka, jak to w bractwie. Ale w końcu przyjechali gliniarze. I złapali mnie z otwartą butelką piwa. Zwykłe szukanie dziury w całym. Wykroczenie. Zapłaciłem trzysta dolców grzywny i dostałem sześć miesięcy dozoru sądowego. Potem anulowano karę i w Yale nikt się o tym nie dowiedział.

- Czy twój ojciec zajął się ta sprawą?

- Włączył się do niej, aleja miałem adwokata w Pittsburghu.

- Którego?

- Kobietę; nazywa się Sylvia Marks.

- Już o niej słyszałem. Czy przypadkiem nie specjalizuje się w głupich wybrykach członków studenckich stowarzyszeń?

- Tak, to ona. Zna się na swojej robocie.

- Sądziłem, że to było drugie aresztowanie.

- Nie. Kiedyś gliniarze zatrzymali mnie na terenie kampusu, ale wtedy nie zostałem aresztowany Dostałem tylko upomnienie.

- Co zrobiłeś?

- Nic.

- Więc czemu cię zatrzymano?

- Kilku z nas, z bractwa, strzelało do siebie racami z butelek. Bystre chłopaki. To nie trafiło do akt, więc ciekawe, skąd o tym wiecie.

Wright zignorował tę uwagę i coś zanotował

- Dlaczego poszedłeś na studia prawnicze? - spytał, gdy już skończył gryzmolić.

- Podjąłem tę decyzję, kiedy miałem dwanaście lat. Zawsze chciałem być adwokatem. Moją pierwszą pracą było obsługiwanie fotokopiarki w kancelarii ojca. W pewnym sensie tam dorastałem.

- Gdzie złożyłeś podanie o przyjęcie na studia?

- Do Penn, Yale, Cornell i Stanford.

- Gdzie cię przyjęto?

- Na wszystkie cztery uczelnie.

- Czemu Yale?

- Zawsze było u mnie na pierwszym miejscu.

- Oferowało stypendium?

- Owszem, dawało motywację finansową. Inne uczelnie także.

- Zaciągnąłeś pożyczkę?

- Tak.

- Ile?

- Czy naprawdę to panu potrzebne?

- Inaczej bym nie pytał. Myślisz, że po prostu tak tylko sobie gadam, żeby słyszeć swój głos?

- Trudno powiedzieć.

- Wróćmy do kredytów studenckich.

- Kiedy w maju dostanę dyplom, będę winien około sześćdziesięciu tysięcy.

Wright skinął głową, jakby się zgadzał, że to właściwa kwota. Przewrócił następną stronę, też całą zapełnioną pytaniami.

- I pisujesz do czasopisma prawniczego?

- Jestem redaktorem naczelnym „Yale Law Journal"1.

- To najbardziej prestiżowe wyróżnienie na uczelni?

- Niektórzy tak uważają.

- Zeszłego lata odbywałeś praktyki w Nowym Jorku.

- Tak, w jednej z tych wielkich kancelarii adwokackich na Wall Street, Scully & Pershing, typowa wakacyjna praca. Podejmowano nas wystawnie i proponowano dogodne godziny pracy. Taką procedurę uwodzenia stosują wszystkie duże kancelarie. Rozpieszczają aplikantów, a potem ich zamęczają, już jako współpracowników2.

- Czy w Scully & Pershing proponowali ci jakieś stanowisko po ukończeniu studiów?

- Tak.

- Przyjąłeś czy odrzuciłeś ofertę?

- Ani jedno, ani drugie. Nie podjąłem decyzji. Firma dała mi dodatkowy czas na zastanowienie się.

- Czemu to trwa tak długo?

- Rozważam też inne opcje. Na przykład aplikację u sędziego federalnego, ale on może awansować. Na razie sprawy są w zawieszeniu. Tam zawsze tak jest.

- Masz inne oferty pracy?

- Owszem.

- Opowiedz o nich.

- To naprawdę istotne?

- Jak wszystko, co mówię.

- Ma pan wodę?

- Na pewno będzie trochę w łazience.

Kyle zerwał się na nogi, przeszedł między olbrzymim łożem a bufetem, włączył światło w ciasnej łazience i nalał wody z kranu do plastikowego kubka. Napił się, potem znów go napełnił. Wrócił do stołu i postawił kubek w pobliżu swojej linii dwudziestu jardów, potem sprawdził na monitorze, jak wygląda jego twarz.

- A tak z ciekawości - zagadnął - gdzie w tym momencie jest piłka?

- Tylko trochę poprawiłeś swoją pozycję. Powiedz o innych ofertach pracy, innych firmach.

- Dlaczego po prostu nie pokaże mi pan nagrania i nie darujemy sobie tych wszystkich bzdur? Jeśli ono naprawdę istnieje i dowodzi, że jestem w to zamieszany, wyjdę stąd i załatwię sobie adwokata.

Wright pochylił się do przodu, poprawił łokcie na stole i zaczął delikatnie stukać o blat złączonymi koniuszkami palców. Dolna połowa jego twarzy złagodniała w uśmiechu, górna zachowała nieod-gadniony wyraz.

- Jeśli stracisz panowanie nad sobą, Kyle, może cię to kosztować życie - powiedział bardzo chłodnym tonem.

To groźba śmierci czy utraty wspaniałej przyszłości? Kyle nie wiedział. Odetchnął głęboko i przełknął łapczywie następną porcję wody. Gniew zgasł w nim równie szybko, jak wybuchł.

Detektyw posłał mu szeroki nieszczery uśmiech. Kyle poczuł się zdezorientowany. Ogarnął go lęk.

- Kyle, proszę, idzie nam całkiem dobrze. Jeszcze tylko kilka pytań i przejdziemy na bardziej niebezpieczny grunt. Inne firmy?

- Proponowali mi pracę Logan Sc Kupec w Nowym Jorku, Baker Potts w San Francisco i Garton w Londynie. Wszystkim trzem kancelariom odmówiłem. Wciąż negocjuję jeszcze pewną posadę związaną z udzielaniem nieodpłatnej pomocy prawnej.

- Co to za praca? Gdzie?

- W Wirginii, pomoc prawna dla robotników imigrantów.

- I jak długo chcesz to robić?

- Może kilka lat, w tej chwili trudno powiedzieć. To tylko jedna z możliwości.

- Za znacznie niższe wynagrodzenie?

- Och, tak. Znacznie.

- Jak spłacisz kredyt studencki?

- Coś wymyślę.

Wrightowi nie podobała się ta odpowiedź mądrali, ale zdecydował się puścić ją płazem. Zerknął na swoje notatki, chociaż wcale nie musiał. Dobrze wiedział, że Kyle miał do spłacenia sześćdziesiąt jeden tysięcy dolarów. Cała kwota mogła zostać mu darowana przez Uniwersytet Yale, gdyby przepracował następne trzy lata za minimalne wynagrodzenie, broniąc ubogich, ciemiężonych, maltretowanych albo działając na rzecz ochrony środowiska. Ofertę złożyła Kyle'owi Piemoncka Pomoc Prawna. Aplikacja miała być sfinansowana grantem z wielkiej kancelarii z Chicago. Według źródeł Wrighta Kyle ustnie przyjął to stanowisko za trzydzieści dwa tysiące rocznie. Wall Street mogło poczekać, nie ucieknie. Ojciec zachęcił chłopaka, żeby spędził kilku lat w „okopach" i trzymał się z dala od działalności prawniczej w stylu korporacyjnym, którym on, John McAvoy, gardził.

Scully & Pershing oferowała dwieście tysięcy dolarów rocznie plus dodatki. Propozycje innych firm były podobne.

- Kiedy wybierzesz posadę? - zapytał detektyw.

- Już wkrótce.

- Ku czemu się skłaniasz?

- Ku niczemu.

- Jesteś tego pewien?

- Oczywiście.

Wright sięgnął po teczkę i ponuro pokręcił głową, marszcząc brwi. Wyglądał, jakby został obrażony. Odszukał następne dokumenty, przerzucił je, potem spiorunował Kyle'a wzrokiem.

- Nie złożyłeś ustnego zobowiązania, że przyjmiesz stanowisko w Piemonckiej Pomocy Prawnej w Winchester w Wirginii od pierwszego września tego roku?

Kyle poczuł, jak przez suche wargi zaczął przepływać mu drżący oddech. Zacisnął usta, instynktownie spojrzał na monitor. Wyglądał tak słabo, jak się czuł. Omal nie wybuchnął: „Skąd, do diabła, pan o tym wie?" Ale gdyby tak zrobił, przyznałby facetowi rację. Nie mógł jednak zaprzeczyć prawdzie.

Kiedy próbował znaleźć jakąś choćby kiepską odpowiedź, przeciwnik przypuścił atak.

- Nazwijmy to Kłamstwem Numer Jeden, co, Kyle? - Detektyw uśmiechnął się szyderczo. - Gdybyśmy dotarli do Kłamstwa Numer Dwa, wtedy wyłączymy kamerę, powiemy sobie „dobranoc" i spotkamy się znowu jutro, podczas twojego aresztowania. Kajdanki, zdjęcie policyjne, może reporter albo dwóch. Nie będziesz już myślał o bronieniu nielegalnych imigrantów... ani o Wall Street. Nie okłamuj mnie, Kyle, za dużo wiem.

Kyle już chciał powiedział: „Tak jest", ale zdołał tylko lekko skinąć głową.

- A więc zamierzasz pracować pro publico bono przez kilka

lat?

- Tak.

- Co potem?

- Nie wiem. Na pewno znajdę posadę w jakiejś kancelarii i zacznę karierę zawodową.

- Co sądzisz o Scully & Pershing?

- Potężna, bogata kancelaria. Myślę, że największa na świecie. Chociaż to zależy, kto został wcielony albo połknięty wczoraj. Biura w trzydziestu miastach na pięciu kontynentach. Mnóstwo naprawdę zdolnych ludzi, którzy bardzo ciężko pracują i wywierają olbrzymią presję na siebie nawzajem, a zwłaszcza na młodych współpracowników.

- Robota w twoim stylu?

- Trudno powiedzieć. Pieniądze wspaniałe. Praca straszna. Ale to czołówka. Prawdopodobnie tam w końcu wyląduję.

- W jakim dziale pracowałeś ubiegłego lata?

- W różnych, ale najdłużej w dziale sporów sądowych.

- To cię interesuje?

- Niespecjalnie. Czy mogę spytać, co to ma wspólnego z tą dawną sprawą w Pittsburghu?

Wright zdjął łokcie ze stołu i próbował wygodniej usiąść na składanym krześle. Założył nogę na nogę i przeniósł blok na lewe udo. Przez chwilę obgryzał koniuszek pióra, wpatrując się w Kyle'a jak psycholog w pacjenta poddawanego psychoanalizie.

- Porozmawiajmy o bractwie w Duquesne.

- Proszę bardzo.

- Było około dziesięciu członków z waszego rocznika, prawda?

- Dziewięciu.

- Utrzymujesz z nimi kontakt?

- W pewnym stopniu.

- Akt oskarżenia wymienia ciebie i trzech innych braci, więc pomówmy tylko o tych. Gdzie jest Alan Strock?

Akt oskarżenia. W tej przeklętej teczce leżącej mniej niż metr od niego znajdował się ten cholerny akt oskarżenia. Dlaczego on, Kyle McAvoy, figurował tam jako oskarżony? Nie dotknął tej dziewczyny. Nie był świadkiem żadnego gwałtu. Nie widział, żeby ktokolwiek uprawiał seks. Pamiętał jak przez mgłę, że przebywał w tym pokoju, ale w którymś momencie urwał mu się film. Jak może być współsprawcą, skoro stracił przytomność? Taką linię obrony przyjąłby w sądzie, ale widmo rozprawy było zbyt straszne, by chciał je przywoływać. Proces nastąpiłby długo po aresztowaniu, przedtem sprawa nabrałaby rozgłosu. Przeżywałby horror, oglądając swoje zdjęcia w prasie. Potarł skronie, przymknął oczy i pomyślał o telefonach do domu - najpierw do ojca, potem do matki. I następnych: do kierowników działu rekrutacji, którzy oferowali mu posadę, do każdej z jego sióstr. Zapewniałby, że jest niewinny, ale wiedział, że już nigdy nie uwolniłby się od podejrzeń o gwałt.

Teraz już w ogóle nie ufał Wrightowi. Nie wierzył w umowę, którą ten zamierzał mu zaproponować. Jeśli w teczce rzeczywiście był akt oskarżenia, żadnym cudem nie mógł być puszczony w niepamięć.

- Alan Strock? - przypomniał detektyw.

- Studiuje na Akademii Medycznej w Ohio.

- Ostatnia korespondencja?

- E-mail kilka dni temu.

- AJoe Bernardo?

- Nadal mieszka w Pittsburghu, pracuje w firmie maklerskiej.

- Ostatni kontakt?

- Telefoniczny, przed paroma dniami.

- Żadnych wzmianek o Elaine Keenan?

- Nie.

- Ciągle próbujecie zapomnieć o Elaine, czy nie tak?

- Tak.

- No cóż, ona wróciła.

- Najwyraźniej.

Wright poprawił się na krześle, zdjął nogę z nogi, rozprostował plecy i wrócił do poprzedniej pozycji, z łokciami opartymi na stole.

- Elaine opuściła Duquesne po pierwszym roku studiów - zaczął cichszym głosem, jakby miał do opowiedzenia długą historię. - Była załamana. Miała fatalne oceny. Teraz twierdzi, że ten gwałt wywołał u niej poważne zaburzenia emocjonalne. Mniej więcej przez rok mieszkała z rodzicami w Erie, potem zaczęła się przenosić z miejsca na miejsce. Próbowała sama sobie z tym poradzić, piła, brała narkotyki. Chodziła na różne terapie, ale nic nie pomogło. Słyszałeś coś o tym?

- Nie. Po tym jak rzuciła studia nikt już o niej mówił.

- W każdym razie Elaine ma w Scranton starszą siostrę, która wzięła ją do siebie, udzieliła pomocy, zapłaciła za odwyk. Znalazły psychiatrę, który najwyraźniej wykonał dobrą robotę i postawił Elaine na nogi. Jest czysta, trzeźwa, świetnie się czuje i jej pamięć poprawiła się radykalnie. Znalazła też sobie adwokata i oczywiście domaga się sprawiedliwości.

- Wydaje się pan do tego sceptycznie nastawiony.

- Jestem gliną, Kyle. Na wszystko patrzę sceptycznie, ale mam tutaj tę młodą kobietę, która jest wiarygodna i która twierdzi, że została zgwałcona. Dysponuję też nagraniem, a to mocny dowód. I na dodatek na horyzoncie pojawił się żądny krwi adwokat.

- To wymuszanie pieniędzy. Chodzi tylko o forsę?

- Co masz na myśli, Kyle?

- Czwartym oskarżonym jest Baxter Tate i tu jest pies pogrzebany, prawda? Tate'owie są bardzo bogaci. Stare pittsburskie pieniądze. Baxter przyszedł na świat z funduszem powierniczym. Ile ona chce dostać?

- Pamiętaj, to ja zadaję pytania. Czy kiedykolwiek uprawiałeś seks...

- Tak, miałem stosunek z Elaine Keenan, jak większość chłopaków z naszego bractwa. Była napalona jak diabli, spędzała więcej czasu w siedzibie Bety niż my, piła na umór, a głowę miała mocniejszą niż którykolwiek z nas trzech; w torebce nosiła mnóstwo prezerwatyw. Jej problemy zaczęły się na długo, zanim przyjechała do Du-quesne. Niech mi pan wierzy, ona nie zechce stanąć przed sądem.

- Ile razy uprawiałeś z nią seks?

- Raz, z miesiąc przed tym rzekomym zgwałceniem.

- Wiesz, czy Baxter Tate miał stosunek z Elaine Keenan tamtej nocy?

Kyle milczał przez chwilę, potem głęboko odetchnął.

- Nie. Nie wiem. Urwał mi się film.

- Czy Baxter Tate przyznał się, że uprawiał z nią wtedy seks?

- Mnie nie.

Wright skończył pisać jakieś długie zdanie. Kyle niemal słyszał pracę kamery. Rzucił na nią okiem i zobaczył małe czerwone światełko wciąż skierowane w jego stronę.

- Gdzie przebywa Baxter? - zapytał Wright po długiej, ciężkiej ciszy.

- Gdzieś w Los Angeles. Z trudem skończył college, potem pojechał do Hollywood, chciał zostać aktorem. On jest trochę walnięty.

- To znaczy?

- Pochodzi z bogatej rodziny, w której zaburzenia emocjonalne występują częściej niż w większości zamożnych domów. Uwielbia imprezy, alkohol, narkotyki i dziewczyny. I nie widać, żeby z tego wyrastał. Ma w życiu jeden cel: zostać wielkim aktorem i zapić się na śmierć. Chce umrzeć młodo jak James Dean.

- Zagrał już w jakimś filmie?

- W ani jednym. Ale zaliczył mnóstwo barów.

Wright wydał się nagle znużony zadawaniem pytań. Skończył gryzmolić. Jego surowe spojrzenie zaczęło wędrować po pokoju. Wepchnął kilka papierów z powrotem do teczki, potem stuknął palcem w środek stołu.

- Posunęliśmy się naprzód, Kyle, dziękuję. Piłka jest na środku boiska. Chcesz obejrzeć nagranie?

4

6

8

9

10

11

12

14

15

16

17

18

19

20

21

23

24

25

27

28

29

30

31

32

35

PRAWNIK

1

Czasopismo prawnicze wydawane przez studentów, ale często cytowane w środowisku prawniczym (przyp. tłum.).

2

W amerykańskiej kancelarii młody prawnik rozpoczynający pracę zostaje zatrudniony jako associate. Po kilku latach może awansować na wspólnika. Wobec braku odpowiednika w polskiej nomenklaturze prawniczej associate został przetłumaczony w tekście jako „współpracownik" (przyp. red.).

4

^A/right wstał, przeciągnął się i poszedł w róg pokoju, gdzie czekało białe kartonowe pudełko. Ktoś starannie napisał na nim czarnym markerem: „Dot. Kyle L. McAvoy i in". Wright wyjął coś z stamtąd

i ze spokojem kata przygotowującego się do egzekucji wysunął CD z okładki. Włożył płytę do laptopa, wprowadził kilka informacji i wrócił na swoje miejsce. Kyle oddychał z trudem.

Kiedy komputer kliknął i zahuczał, Wright zaczął mówić:

- To był aparat z serii Nokia 6000, inteligentny telefon, wyprodukowany w 2003 roku, z kamerą i odtwarzaczem wideo o prędkości wyświetlania zapisanych obrazów 15 FPS, z kartą pamięci 1 giga, która przechowuje około trzystu minut nagrań, z opcją poleceń głosowych, supernowoczesny jak na tamte czasy Naprawdę porządny sprzęt.

- Czyj?

Wright posłał mu chytry uśmiech i pokręcił głową.

- Przykro mi, stary - powiedział, ale uznał za stosowne pokazać chłopakowi sam telefon. Nacisnął klawisz i na ekranie pojawiło się zdjęcie nokii. - Widziałeś go kiedyś?

- Nie.

- Tak też myślałem. Oto ta scena, Kyle, na wypadek gdyby ci się trochę rozmyły w pamięci szczegóły. Dwudziesty piąty kwietnia 2003, ostatni dzień zajęć, egzaminy końcowe za tydzień. Jest piątek, wyjątkowo ciepło jak na tę porę roku, temperatura około trzydziestu stopni Celsjusza, to prawie rekord, i młodzież w Duquesne postanawia zrobić to, co robią wszyscy uczniowie w dobrych college'ach. Zaczynają pić już po południu i mają wielkie plany na całą noc. Grupa zbiera się w kompleksie apartamentowców, gdzie wynajmujesz mieszkanie z trzema kolegami. Impreza zaczyna się przy basenie. Są tam głównie kumple z Bety, jest kilka dziewczyn. Pływacie, trochę się opalacie, pijecie piwo, słuchacie piosenek Fisha. Laski paradują w bikini. Zycie jest piękne. Zapada zmrok i po pewnym czasie przenosicie się pod dach, do twojego mieszkania. Zamawiacie pizzę. Głośna muzyka, tym razem Widespread Panic. Znowu piwo. Pojawia się ktoś z dwiema butelkami teąuili, które, oczywiście, natychmiast zostają wypite. Pamiętasz coś z tego?

- Większość.

- Masz dwadzieścia lat, właśnie zaliczyłeś drugi rok...

- Wiem.

- Tequilę miesza się z red bullem, ty i cała paczka strzelacie sobie jednego drinka za drugim.

Kyle skinął głową, nie odrywając oczu od ekranu.

- W pewnym momencie zaczynacie się rozbierać i ktoś postanawia to nagrać z ukrycia. Pewnie chciał mieć własny filmik z dziewczynami bez staników. Przypominasz sobie to mieszkanie, Kyle?

- Tak, mieszkałem tam przez rok.

- Obejrzeliśmy je dokładnie. Oczywiście wygląda kiepsko. Jest zapuszczone jak wiele mieszkań studentów college'ów, ale od czasu twojego pobytu nie było tam żadnego przemeblowania. Koleś prawdopodobne umieścił komórkę na wąskim bufecie; między kuchnią a pokojem. Kładło się tam podręczniki, książki telefoniczne, stawiało puste butelki po piwie, właściwie wszystko, co kto chciał.

- To prawda.

- Tak więc nasz filmowiec wyjmuje telefon komórkowy, ukrywa obok jakiejś książki na bufecie i uruchamia go w samym środku szalonej imprezy. W pierwszej scenie widać, jak świetnie się bawicie. Sześć dziewczyn i dziewięciu chłopaków. Tańczycie w mniej lub bardziej kompletnych strojach. Coś ci się przypomina, Kyle?

- Coś niecoś.

- Znamy wszystkie nazwiska.

- Czy mi pan to pokaże, czy tylko będzie o tym opowiadał?

- Spokojnie. - Wright nacisnął jakiś klawisz. - Nagranie zaczyna się o dwudziestej trzeciej czternaście - dodał i stuknął w kolejny klawisz.

Ekran zaczął nagle pulsować gorączką głośnej zmysłowej muzyki i wirujących ciał. Widespread Panic grali Aunt Avis z albumu Bombs and Butteijlies.