Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Duński filozof Søren Aabye Kierkegaard (1813-1855) zakochał się w Reginie Olsen, córce radcy stanu, a jednak nie był szczęśliwy. Zadał wówczas sobie pytanie: czy można powtórzyć miłość nieszczęśliwą tak, by zakończyła się szczęśliwie? Odwrócenie losu nie jest rzeczą niemożliwą: wszak poszczęściło się Hiobowi. Nie tylko otrzymał z powrotem to, co stracił, ale został wynagrodzony w dwójnasób.
Pytanie o powtórzenie zadaje także młody, zakochany bohater książki. Wiemy o nim niewiele. Nie znamy nawet imienia, nie znamy imienia dziewczyny. Jest chłopcem i jest (na pierwszy rzut oka) tak zakochany, jak rycerz z baśni jest dzielny a królowa piękna. Ale powtórzenie nie jest tylko baśnią...
Jedno z najbardziej znanych dzieł duńskiego filozofa.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8390039346
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 509
Rok wydania: 1992
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
S0REN KIERKEGAARD
POWTÓRZENIE. PRZEDMOWY
SOREN KIERKEGAARD
POWTÓRZENIE. PRZEDMOWY
S0REN KIERKEGAARD
POWTÓRZENIE. PRZEDMOWY
PrzełożyI i opracował
BRONISŁAW ŚWIDERSKI
mia
WARSZAWA
ze zbiorów PatrycjiPolek
Książka powstała w latach 1998-2000 w kopenhaskim Soren Kierkegaard Forskningscenteret, finansowanym ze środków fundacji Danmarks Grundforskningsfond.
Tłumacz i wydawnictwo dziękują duńskiej fundacji Konsul George Jorck og Hustru Emma Jorck's Fonden, duńskiej Radzie d/s Literatury - Litteraturradet -oraz Ambasadzie Królestwa Danii w Polsce za wsparcie udzielone publikacji.
Copyright © for the Polish translation Bronisław Świderski, 2000 Copyright © for the prefaces, notes and essay Dar Bronisław Świderski, 2000 Copyright © for the Polish edition Wydawnictwo W.A.B., 2000
Wydanie I Warszawa 2000
S0ren Kierkegaard
juko Constantin Comtant/us
Powtórzenie
Johan Ludvig Heiberg
jako kntyk K/erkegmrda
Rok astronomiczny
S0ren Kierkegaard
/f/ko C.onstantin Comtant/us
List otwarty Constantina Constantiusa do Pana Profesora Heiberga
S0ren Kierkegaard
jako Sicola/ii Solabcnc
Przedmowy
Podstawa tłumaczenia:
Powtórzenie (Gjentagelsen) i Przedmowy (Forord) zostały przetłumaczone z duńskiego oryginału, zamieszczonego w: S0ren Kierkegaards Skrifter (red. N.J. Cappeł0rn,J. Garff.J. Kondrup, F. Hauberg Mortensen), SKS 4, Kopenhaga 1998. Komentarze zostały opracowane m.in. na podstawie S0ren Kierkegaards Skrifter. Kommentarbind, SKS K4, Kopenhaga 1998.
List otwarty Constantina Constantiusa do Pana Profesora Heiberga, kawalera orderu Dannebrog został przełożony z duńskiego oryginału na podstawie tekstu Sendebreu til Hr. Professor Heiberg IŁ afD. fra Constantin Constantius, zamieszczonego w: S0ren Kierkegaards Papirer(wyd. P. A. Heiberg i V. Kuhr), t. IV, Kopenhaga 1962.
Rok astronomiczny (Det astronomiske Aar) Johana Ludviga Heiberga został przetłumaczony z duńskiego oryginału zamieszczonego w: „Urania. Aarbogfor 1844" (red.J. L. Heiberg), Kopenhaga 1843.
Słowo od tłumacza
Jak poradzić sobie z odepchniętą miłością i niespełnioną ambicją, nie ulegając pokusie zgorzknienia, cynizmu lub lekkomyśl-nościPJak zachować ludzką godność w niesprzyjających warunkach? Czy nie jest to aktualny temat, w dodatku wart trudów tłumacza?
Duński filozof S0ren Kierkegaard (1813-1855) zakochał się w młodszej o dziesięć lat Reginie Olsen, córce radcy stanu, ajednak nie był szczęśliwy. W 1841 roku zrywa z dziewczyną i odsyłajej pierścionek zaręczynowy. Ale wkrótce zadaje sobie pytanie, czy nie można powtórzyć nieszczęśliwej miłości tak, by zakończyła się szczęśliwie. Odwrócenie losu nie jest rzeczą niemożliwą. Wszak poszczęściło się Hiobowi. Nie tylko z powrotem otrzymał wszystko, co stracił, ale został podwójnie wynagrodzony.
Właśnie refleksja nad możliwością powtórzenia jest tematem dzieła zatytułowanego Powtórzenie. W trakcie pisania utworu Kierkegaard dowiaduje się o zaręczynach Reginy z Fritzem Schleglem. A więc wszystko stracone? Więc powinien ustąpić przed rzeczowością rzeczywistości? Kierkegaard nie uznaje porażki. Broni swej racji. Pisze.
W latach 1843-1844 stworzy wiele dzieł polionimicznych, między innymi wspomniane Powtórzenie, List otwarty Constantina Cons-tantiusa do Pana Profesora Heiberga oraz Przedmowy, ten ostatni tom, złożony z ośmiu „przedmów" do istniejących lub nieistniejących książek, został, rzecz jasna, opatrzony przedmową i króciutkim po-słowiem. Powtórzenie omówił w swym piśmie przywódca duńskich heglistów, dramatopisarz, dyrektor Teatru Królewskiego i cenzor, astronom-amator oraz gospodarz najświetniejszego salonu Kopenhagi - profesor Johan Ludvig Heiberg (1791-1860). Recenzja wywołała gwałtowną reakcję zaatakowanego autora; błyskawicznie napisał uszczypliwy List otwarty Constantina Constantiusa, który, choć „otwarty", nigdy nie został doręczony adresatowi - ani chyba nikomu innemu, na długo pozostając w Kierkegaardowskich Papierach (Papirer). Także w Przedmowach raz po raz wymierza ciosy osobie uczonego i jego poglądom.
Kierkegaard od dawna pragnął zbliżyć się do Heiberga. W 1837 roku zaczął pisać obszerne omówienie opublikowanej wtedy powieści Hansa Christiana Andersena Jedynie skrzypek. Recenzja, zatytułowana Z papierów jeszcze żyjącego, była przeznaczona dla wydawanego przez Heiberga czasopisma „Perseusz", opatrzonego podtytułem wskazującym na wpływ Hegla: „Pismo poświęcone idei spe-kulatywnej".
Andersen był już znanym pisarzem. Kierkegaard dopiero próbował nim zostać. Ponieważ dobre dotąd stosunki między Andersenem a Heibergiem uległy ochłodzeniu, Kierkegaard postanowił to wykorzystać. W swej recenzji bezlitośnie wykazuje liczne odstępstwa Andersena od reguł ustanowionych przez Heiberga. „Nie znajdziemy tutaj ani śladu tego stadium, które Andersen powinien osiągnąć po przejściu stadium lirycznego - mianowicie eposu", stwierdza, niewolniczo naśladując zasady heibergowskiej estetyki, nieco różnej od heglowskiej: Heiberg umieścił na pierwszym miejscu lirykę, następnie epos i dramat, gdy Hegel zaczynał od eposu. Ponadto przyszły autor dzieł pseudonimowych starał się w krytycznej recenzji naśladować składnię i styl Heiberga. Wszystko na próżno... Heiberg nie rozpoznał w tekście ani własnego stylu, ani adoratora. I chociaż Kierkegaard dokonał na jego żądanie kilku poprawek, recenzja nie ukazała się w Heibergowskim „Perseuszu". Kierkegaard wydał ją własnym sumptem w 1838 roku. Oznaczało to izolację, a raczej: sa-mo-dzielność, intelektualną i towarzyską, przyszłego współautora (wszak pisał je wraz z pseudonimami) Powtórzenia i Przedmów.
Podane fakty stanowią nie tylko interesujące biograficzno-his-toryczne tło twórczości Duńczyka. Przywołane zostały, aby zadać jeszcze raz jedno z podstawowych pytań, jakie stawiają sobie obecnie badacze duńskiego filozofa. Czy twórczość Kierkegaarda była bezpośrednio skierowana przeciwko myśli Hegla, jak chce tradycja akademicka, czy jest raczej reakcją na odrzucenie przez środowisko duńskich heglistów, a zatem „zabarwiona" lokalnym kolorytem filozoficznym, „kopenhaskim" słownikiem, metaforą i geografią? A może była połączeniem obu reakcji?
Jako tłumacz nie chcę tego rozstrzygać. Pozostawiam problem czytelnikowi, zamieszczając Heibergowską recenzję Powtórzenia po tekście Kierkegaarda, wraz z gwałtowną odprawą, jakiej Con-stantin Constantius udzielił Heibergowi w swym Liście otwartym... Chodzi mi o to, by kompozycja prezentowanej książki pozwoliła polskiemu czytelnikowi zarówno na zapoznanie się z biograficzno--historycznym kontekstem przetłumaczonych tekstów, jak i z zawartymi w nich poglądami Kierkegaarda na historię, literaturę, filozofię i teologię.
Z przedstawionych tutaj dziel jedynie Powtórzenie ukazało się w całości w moim tłumaczeniu w warszawskiej edycji Alethei z 1992 roku. Ale dopiero w 1998 pojawiło się w Danii wydanie definitywnie ustalające tekst Powtórzenia. Owa komentowana edycja, będąca dziełem zespołu badaczy związanych z instytucją S0ren Kierke-gaard Forskningscenteret, umożliwiła mi zweryfikowanie mego wcześniejszego przekładu Powtórzenia. Pozostałe teksty ukazują się
w całości po raz pierwszy w języku polskim.
***
Nie chcę zwodzić: tłumaczenie Kierkegaarda jest zajęciem ryzykownym. Duńczyk był pisarzem dialogicznym do szpiku kości. Najchętniej zwracał się do swego „jedynego" czytelnika, którego w dodatku prosił (w Papirer VIII 1 A 32-38), by czy tał jego książki na głos - podobnie uczyni młody bohater Powtórzenia z Księgą Hioba. Wybrany przez filozofa czytelnik-partner wiedział o wielu sprawach. Przede wszystkim nie rozstawał się z Biblią, jak na dobrego chrześcijanina przystało. Interesował się grecką mitologią i filozofią oraz niemiecką literaturą. Czytał Cervantesa i Defoe, Szekspira i Kartezjusza. Ponadto był Duńczykiem, co nie jest rzeczą obojętną. Znał bowiem geografię i historię swego kraju. Wiedział, kto mieszka na wyspie Mols i jak wygląda oficjalna tabela rang, wprowadzona w 1808 roku. Nie przechodził obojętnie obok dzieł duńskich pisarzy: Heiberga, Adlera, Poula Martina Moliera, Holberga... Sumienny tłumacz powinien znaleźć ekwiwalent tej wiedzy - by obdarzyć nią swego czytelnika. Zabiera się więc do pracy: pisze komentarze i przypisy.
Komentarze, którymi opatrzyłem tłumaczenie, mają przede wszystkim na celu przybliżenie polskiemu czytelnikowi pisarskiego warsztatu Kierkegaarda, poprzez (1) wskazanie na literackie, filozoficzne i teologiczne inspiracje dzieł Duńczyka, (2) prezentację tej części jego biblioteki, która wiąże się z tłumaczonymi dziełami, (3) opis jego retoryki, zwrócenie uwagi na charakterystyczne rozwiązania stylistyczne i interpunkcyjne, (4) prezentację Kierkegaar-dowskich autokomentarzy oraz (5) przedstawienie niektórych problemów tekstologicznych przez ujawnienie rozwiązań translator-skich w innych językach.
O Powtórzeniu
Z zachowanego rękopisu Powtórzenia można wyczytać, że Kier-kegaard do ostatniej chyba chwili wahał się, z jakich słów ułożyć podtytuł dzieła. Przekreślone zostały takie warianty, jak: „bezowocna próba", „odkrywcza próba" i „próba filozofii eksperymentalnej". Pojęcie eksperymentu poddanego empirycznej kontroli zostało spopularyzowane w Danii przez niemiecko-duńskiego filozofa i przyrodnika Johanna Nicolaia Tetensa (1736-1807), który w dziele Philosophische Versuche uber die menschliche Natur und ihre Entwick-lung, Kopenhaga 1777, nie obawiał się wziąć na warsztat własnych odczuć zmysłowych. Pewne wątki tej filozofii człowieka podjęli duńscy filozofowie i poeci, Frederik Christian Sibbern (1785-1872) i jego uczeń Poul Martin M0ller (1794-1838). Obaj uczyli Kierkegaar-da filozofii na Uniwersytecie Kopenhaskim.
W swej twórczości Kierkegaard chętnie łączył pojęcia „psychologii" i „eksperymentu", na przykład trzecia część pisanych przez Hilariusa Bogbindera Studier paa Lwets Vej z 1845 roku nosi podtytuł Winny? - Niewinny? Histońa cierpienia. Eksperyment psychologiczny braciszka Taciturnusa. Jednak te pojęcia znaczyły dla Duńczyka coś innego niż dla nas. Powtórzenie napisał dla Kierkegaarda Constantin Constantius, a to ostatnie nazwisko przywołuje łacińskie pojęcie stałości, niezmienności. Niezmienny, „zimny" (tak zostanie nazwany w książce Constantius), oto tylko jeden „punkt widzenia" dzieła. Drugą postawę prezentuje „młody człowiek", jakże zmienny, łatwo przechodzący od zachwytu do gniewu, od miłości do rozpaczy. Ich znajomość cechuje zarówno aprobata i zrozumienie, jak i odrzucę-nie. W późniejszym dziele Afsluttende uvidenskabelig Eftershńft til De Philosophiske Smuler (1846) Kierkegaard jako Johannes Climacus napisze o znaczeniu eksperymentu psychologicznego w Powtórzeniu. Podkreśli, że eksperyment jest warunkiem partnerskiej komunikacji między ludźmi: „Książka Powtórzenie została na stronie tytułowej nazwana «psychologicznym eksperymentem». Szybko stało się dla mnie oczywiste, iż oznacza to formę komunikatu poddanego podwójnej refleksji. Z tego mianowicie powodu, że wtedy komunikat przybiera formę eksperymentu, wytwarza własny opór, eksperyment zaś umacnia bezbrzeżną przepaść pomiędzy czytelnikiem i autorem, wkłada między nich żarliwość rozwodu, tak iż prostoduszne pojmowanie staje się niemożliwe. Eksperyment jest świadomym i przekornym odwołaniem komunikatu, co zawsze jest ważne dla kogoś, kto egzystuje - a zarazem pisze dla kogoś, kto egzystuje, i nie chce, by ich związek zmienił się w bazgroły kogoś, kto bije pianę dla innego ubijacza piany" (S. Kierkegaard, Afsluttende uvidenska-belig Efterskrift, w: Samlede Voerker, t. VII, Kopenhaga 1902, s. 223). Warto zwrócić uwagę, że dla takiej partnerskiej komunikacjijest pożądane osłabienie znaczenia granych na co dzień ról - społecznych komunikatów. Wszak Kierkegaardowski „eksperyment psychologiczny" łączy się z brakiem nazwisk rodowych w Powtórzeniu, co uniemożliwia społeczną identyfikację narratora i bohaterów. Są oni „nadzy" i „równi", bo pozbawieni pozycji, tradycji narodowej i rodzinnej. Dotyczy to zarówno bohaterów książki, przedstawionych wyłącznie jako młodzieniec i dziewczyna, jak i rzeczywistego autora, który niejako scedował swą możnowładczą rolę na wasala-pseudo-nim - Constantina Constantiusa. Również trzecia, ostatnia część dzieła skierowana została do bezimiennego „Dobrze urodzonego Pana N. N., właściwego czytelnika tej książki". Czy ten sam N. N. stanie się, jako Nicolaus Notabene, autorem Przedmów z 1844 roku?
S0ren Kierkegaard
jako Conslantin Constantius
Powtórzenie
Próba psychologii eksperymentalnej
przez
Constantina Constantiusa
Na dzikich drzewach rosną pachnące kwiaty, na ogrodowych - owoce.
Filostrat Flawiusz Starszy, Żywoty bohaterów1
Każdy wie, że gdy eleaci zaprzeczyli istnieniu ruchu, Diogenes2wystąpił przeciwko nim. Naprawdę wystąpił, gdyż nie mówiąc ani słowa, zrobił kilka kroków w przód i w tył, i w ten sposób, jak mniemał, zupełnie pokonał przeciwników. Ponieważ od dłuższego czasu i przy różnych okazjach zajmowało mnie pytanie, czy powtórzenie jest możliwe, jakie ma ono znaczenie i czy rzeczy tracą, czy zyskują na powtórzeniu, niespodziewanie powiedziałem sobie: jedź do Berlina, gdzie już raz byłeś, tam się przekonasz, czy powtórzenie jest możliwe i co ono znaczy. W domu nie potrafiłem rozwiązać tego problemu. Mówcie, co chcecie, ale bez wątpienia gra on ważną rolę w nowszej filozofii3, gdyż powtórzenie odpowiada w pewnym sensie temu, co Grecy nazwali wspomnieniem. Uczyli oni, że wiedza jest wspomnieniem, nowa filozofia zaś twierdzi, że całe życie to powtórzenie4.
Leibniz5jestjedynym współczesnym filozofem, który ma o tym
jakieś pojęcie. Powtórzenie i wspomnienie to ten sam ruch, lecz skierowany w przeciwne strony, gdyż to, co się wspomina, już było, powtarza się więc „do tyłu". A właściwe powtórzenie to wspomnienie zwrócone ku przyszłości. Dlatego powtórzenie, o ile jest możliwe, czyni człowieka szczęśliwym, wspomnienie natomiast czyni go nieszczęśliwym, zakładając oczywiście, że jednostka pragnie żyć i że od narodzin nie będzie szukała pretekstu, by wyślizgnąć się życiu, na przykład udając, że czegoś gdzieś zapomniała.
Miłość wspomnienia jest szczęściem doskonałym, powiedział pewien pisarz6. Miał oczywistą rację, o ile się tylko pamięta, że wpierw miłość czyni człowieka nieszczęśliwym. Jedynie miłość powtórzenia jest prawdziwym szczęściem. Podobnie jak miłość wspomnienia pozbawiona jest niepokoju nadziei, zapierających oddech odkryć przygody - lecz także i smutku wspomnienia. Przynosi za to błogosławioną pewność chwili. Nadziejajest sztywna, ciasna i błyszczy jak nowa, jeszcze niewypróbowana odzież. Nie wiadomo zatem, czy właścicielowi jest w niej do twarzy i czy dobrze leży. Wspomnienie zaś jest ubraniem znoszonym, które choć nadal piękne, stało się za ciasne, bo właściciel wyrósł był z niego. Powtórzenie jest ubiorem nie do zdarcia, w sam raz dopasowanym, ani nie uciska, ani nie spada. Nadziejajest śliczną, wymykającą się z rąk dziewczyną, a wspomnienie niepowabną, choć miłą w tej chwili staruszką. Powtórzenie pozostaje ukochaną, zawsze pociągającą żoną, bo tylko to, co nowe, może znużyć. To, co dawne, wcale nie nuży i czyni cię szczęśliwym - dzięki powtórzeniu. Zupełnie szczęśliwy może być tylko ten, kto nie oszukuje siebie wmówieniem, że powtórzeniejest czymś nowym - bo właśnie nowość nuży.
Młodość łączy się z nadzieją, wspomnienie z młodością, ale tylko odwaga pragnie powtórzenia. Tchórzem jest ten, kto żyje tylko nadzieją. Rozwiązły, kto żyje tylko wspomnieniem. Mężczyzną zaś ten, kto pragnie powtórzenia, i im lepiej wyrazi, że to pojmuje, tym głębszym stanie się człowiekiem. Ten, kto nie rozumie, że życie jest powtórzeniem i że na tym polega piękno życia, sam siebie karze i nie zasługuje na nic lepszego niż to, co mu się przydarzy - na własny koniec. Gdy nadzieja jest kuszącym owocem, który nie syci, a wspomnienie garścią nic niewartych pordzewiałych monet, powtórzenie jest chlebem codziennym, który syci i niesie błogosławieństwo. Dopiero gdy ktoś okrążył swe życie, może stwierdzić, czy posiada odwagę zrozumienia, że życie jest powtórzeniem - i czy go to cieszy.
Ten, kto nie okrążył życia, zanim zaczął żyć7, nigdy żyć nie będzie. Ten, kto doświadczył życia i prędko się nim nasycił, słabej jest budowy. Żyje zaś ten, kto wybrał powtórzenie. Nie pobiegnie za motylami, jakby był małym chłopcem, nie wespnie się na palce, łakomy wspaniałości świata, ponieważ już je poznał. Nie tka także, jak stara prządka, tkaniny na krosnach wspomnień, lecz spokojnie idzie swą drogą, rad z możliwości powtórzenia. Właśnie: czym byłoby życie, gdyby nie było powtórzenia? Kto chciałby być tablicą, na której czas co chwila pisze inne słowa, lub nagrobkiem przeszłości? Kto chciałby podlegać temu, co się nieustannie zmienia, co jest nowe i co wciąż od nowa bałamuci duszę? Gdyby Bóg nie zapragnął powtórzenia, nie powstałby świat. Bóg wybrałby wówczas łatwe plany nadziei lub wszystko odwołał, zachowując wspomnienie. Nie zrobił tego: dlatego istnieje świat. Istnieje, bo jest powtórzeniem. Powtórzenie jest rzeczywistością i powagą bytu. Ten, kto wybrał powtórzenie, dojrzewa w powadze. Oto moje votum separatum [łac. odrębne zdanie], które także głosi, że siedzenie na kanapie i dłubanie w zębach oraz bycie, na przykład, radcą stanu8 nie ma nic wspólnego z powagą życia. Także leniwy spacer po ulicy i, dajmy na to, bycie jego wie-lebnością9 nie ma nic wspólnego z powagą egzystencji, i podobnie powaga życia omija królewskiego koniuszego. To wszystko jest dla mnie tylko żartem, często w dodatku niedobrym. Jedynie miłość wspomnienia może być szczęśliwa, powiedział pewien pisarz10, który według tego, co o nim wiem, lubi zwodzić, choć nie tak, by mówił jedno, a myślał co innego, lecz tak, że zaostrza swą myśl, aż ta - o ile ją schwycisz z równą energią, w następnej chwili okaże się czymś innym. To zdanie zostało przez niego wypowiedziane w sposób, który łatwo cię skłoni, by przyznać mu rację i zapomnieć, że wypowiada najgłębszą melancholię. Nie można lepiej wypowiedzieć głębokiego smutku, skoncentrowanego w replice.
Prawie rok minął od czasu, gdy zacząłem bacznie obserwować pewnego młodzieńca, którego zresztą widywałem już wcześniej, gdyż jego ujmująca powierzchowność i uduchowione spojrzenie niemal mnie oczarowały. Gest, jakim unosił głowę, oraz błyskotliwość wypowiedzi świadczyły o głębokiej naturze, grającej na więcej niż jednej nucie. Niepewność modulacji ujawniała, że byl w tym uwodzicielskim wieku, który niedojrzałość ducha (a wcześniej ciała) wypowiada załamującym się głosem. Dzięki beztroskiej atmosferze kawiarni zbliżyłem się do niego i skłoniłem, by uznał mnie za powiernika, moje słowa zaś potrafiły ujawnić jego skrytą melancholię.
Jak Farinelli11 oswobodziłem zatem „zwariowanego króla" z kryjówki ciemności, co - biorąc pod uwagę młodość i podatność mego przyjaciela - mogłem uczynić bez używania kleszczy. Tak przedstawiał się nasz związek, gdy odwiedził mnie rok temu, zupełnie wytrącony z równowagi. Jego ruchy były wyrazistsze niż zazwyczaj, sylwetka powabniejsza, a wspaniałe, wielkie oczy jeszcze większe. Krótko mówiąc: promieniał. Kiedy wyjawił mi, że jest zakochany, natychmiast pomyślałem, jak szczęśliwa musi być dziewczyna tak bardzo kochana. ,Już od jakiegoś czasu był zakochany, lecz ukrył to nawet przede mną. Teraz osiągnął swój cel: wyznał miłość i został przyjęty". Choć zazwyczaj przyjmuję wobec ludzi postawę obserwatora, wobec niego nie umiałem tego uczynić. Mówcie, co chcecie, zakochany po uszy młodzieniec jest czymś tak pięknym, że gdy go zobaczysz, zapominasz o radości obserwacji. W istocie, głębokie ludzkie uczucia rozbrajają obserwatora. Jedynie gdy zamiast uczuć jest pustka lub gdy kryją się one za kokieterią, pozostajesz obserwatorem. Ale jak można pozostać pozbawionym ludzkich cech obserwatorem i nie poczuć się przeszyty promieniowaniem powagi człowieka, który modli się z całej duszy? Za to słuchając kazania dobrze przygotowanego księdza, który wiele razy, i bez żadnej zachęty ze strony wiernych, zapewnia w kunsztownie zbudowanych zdaniach, że naucza prostej wiary, która jest odległa od wyszukanej mowy, a która w modlitwie ofiaruje to, czego on, wedle własnych słów i zapewne nie bez racji, choć na próżno, poszukuje w poezji, sztuce i nauce... -wtedy trzeba przytknąć mikroskop do oka, zatkać uszy na potok gadulstwa i zamknąć żaluzje, owe kraty kiytyka, smakującego każdy dźwięk i każde słowo. Chłopiec, o którym mówię, byl głęboko, żarliwie, pięknie i pokornie zakochany. Już od dawna nie cieszyłem się tak bardzo, bycie obserwatorem jest bowiem często wyczerpujące. Czyni ono człowieka równie melancholijnym jak zawód policjanta. A gdy obserwator dobrze wypełnia swe obowiązki, staje się prawie szpiegiem w służbie wyższej sprawy, bo sztuka obserwacji polega na ujawnieniu tego, co ukryte. Młodzieniec bez zbędnych słów opowiadał o swej wybrance. Jego mowa nie zawierała ani banalnych analiz, które często towarzyszą panegirykom zakochanych, ani samochwalstwa, że niby jest sprytnym chłopcem, który zdobył taką dziewczynę, ani pewności siebie: jego miłość była zdrowa, czysta i niezepsuta. Z ujmującą otwartością wyjawił przyczynę swej wizyty: pragnie kontaktu z zaufanym człowiekiem, by w jego obecności głośno rozmawiać ze sobą. Bezpośrednim powodem wizyty była obawa, że cały dzień spędzi u ukochanej i w ten sposób stanie się dla niej ciężarem. Był wiele razy pod jej domem i za każdym razem zmuszał się do odwrotu. Zaproponował mi przejażdżkę - aby się rozerwać i by czas szybciej upłynął. Chętnie się zgodziłem: od chwili, w której powierzył mi swój sekret, całkowicie byłem do jego usług. Tego mógł być pewien. Pół godziny, które mieliśmy do przybycia powozu, poświęciłem na przeglądanie rachunków, młodzieńcowi zaś zaproponowałem, by zapalił fajkę i przejrzał album leżący na stole. Lecz on nie potrzebował takich zajęć: był zbyt zajęty sobą. Niespokojny, nie usiadł ani na chwilę, lecz chodził prędko po pokoju w jedną i drugą stronę. Jego kroki, ruchy i gesty były nader wymowne: spalała go miłość. Jak dojrzałe winne grono, które u szczytu dojrzewania stało się przezroczyste i jasne, gdyż sok powoli nasycił delikatny miąższ; jak łupina owocu, która właśnie pękła, bo owoc dojrzał był w całej krasie - prawie tak ukazała się miłość wyrażona w jego postaci. Nie mogłem powstrzymać się od śledzenia go kątem oka, sam na wpół zakochany, gdyż wygląd takiego młodzieńca nie jest mniej uwodzicielski niż młodej dziewczyny.
Często się zdarza, że zakochani uciekają się do słów poety, by w błogosławionym szczęściu ujawnić słodkie udręki miłości. Z nim też tak było. Spacerując w jedną i drugą stronę, powtarzał raz po raz zwrotkę Poula M0llera12:
Sen o wiośnie życia, już tak odległej,
Przysiadł na moim fotelu,
Głęboka tęsknota ku tobie biegnie,
Jedyna. Tyś słońcem dla wielu!
Jego oczy napełniły się łzami, rzucił się na krzesło, recytując co chwila tę zwrotkę. Ta scena zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Mój Boże, pomyślałem, przypadek takiej melancholii nie zdarzył się dotąd w mej praktyce. Wiedziałem, że ma melancholijną naturę, ale żeby miłość tak na niego podziałała! A przecież jak konsekwentny jest każdy, nawet niezwykły stan duszy, gdy stanie się dla niej powszedni. Ludzie często krzyczą na melancholika: Zakochaj się, a wtedy zniknie problem. Lecz jeżeli naprawdę jest melancholi-kiem, jak dokonać tego, by jego dusza zaprzestała melancholijnie zajmować się tym, co dlań najważniejsze? Chłopiec był głęboko i żarliwie zakochany - to oczywiste - a przecież od razu, prawie od pierwszego dnia gotów był wspominać miłość. W istocie już zakończył ten związek, gdyż zaczynając, dokonał straszliwego kroku: przeskoczył życie. Gdyby dziewczyna jutro umarła, nie nastąpiłaby żadna zmiana: ponownie by skoczył, jego oczy znowu napełniłyby się łzami i znowu powtórzyłby słowa poety. Cóż to za dziwna dialektyka!
Tęskni za dziewczyną, zmusza się, by nie siedzieć u niej całymi dniami - a przecież od pierwszej chwili jest starcem w tym związku. Musiało tu zajść jakieś nieporozumienie. Przez dłuższy czas nic mnie tak silnie nie poruszało, jak to wydarzenie. Był nieszczęśliwy, to jasne, i nie mniej jasne było, że także dziewczyna jest nieszczęśliwa, choć nikt nie potrafił przewidzieć, jak się sprawy potoczą. Jedno było pewne: nikt lepiej od niego nie potrafił głosić miłości wspomnienia. Wspomnienie ma wielką zaletę: zaczyna się od utraty. Jest zatem niezawodne, bo niczego stracić nie może.
Zajechał powóz. Jechaliśmy Strandvejen13, by później zjechać na leśne dróżki. Ponieważ wbrew woli stałem się obserwatorem, nie potrafiłem powstrzymać się od pewnych eksperymentów, których celem było, mówiąc językiem marynarzy, wysondowanie dna jego melancholii. Poruszyłem wszystkie możliwe struny erotyczne: nic. Zbadałem skutki zmiany otoczenia. Na próżno. Ani bezgraniczna zuchwałość morza, ani uspokajająca cisza lasu, ani zapraszająca samotność wieczoru nie potrafiły wydobyć go z melancholijnej tęsknoty, która raczej oddalała od ukochanej, niż zbliżała do niej. Jego błąd był nieuleczalny. Polegał na tym, że młodzieniec znalazł się na końcu zamiast na początku - dla człowieka taki błąd jest lub stanie się śmiertelny.
A jednak twierdzę, że był naprawdę usposobiony erotycznie, ten zaś, kto nie przeżył tego na początku miłości, ten nie kochał ani razu, poznając za to, być może, inne uczucia. Spotęgowane wspomnienie jest odwiecznym wyrazem miłości u jej początku, jest znakiem prawdziwej miłości. Jednak z drugiej strony należy wspomnienia używać z ironiczną giętkością. Tej umiejętności zabrakło młodzieńcowi, gdyż jego dusza była zbyt słaba. To zapewne prawda, że w takiej chwili zamiera życie. Jednocześnie należy posiadać tyle witalnej energii, by zabić śmierć - i przemienić ją w życie. O pierwszym brzasku miłości teraźniejszość i przyszłość zmagają się ze sobą, pragnąc odnaleźć swój odwieczny kształt. Wspomnieniejest właśnie powrotem wieczności do teraźniejszości. Jest nurtem teraźniejszości, oczywiście, o ile wspomnieniejest czyste.
Wróciliśmy do domu i pożegnałem go. Moje współczucie było niezwykle silne i nie potrafiłem pozbyć się myśli, że w krótkim czasie nastąpi straszliwy wybuch.
Przez następnych czternaście dni przychodził do mnie od czasu do czasu. Sam zaczął podejrzewać nieporozumienie: ta młoda, ubóstwiana dziewczyna stała mu się prawie ciężarem. A przecież była jego ukochaną, jedyną, którą kochał, jedyną, którą kiedykolwiek pokocha. Z drugiej strony, nie tyle kochał, ile po prostu za nią tęsknił. W tym czasie uległ dziwnej zmianie. Poetycka produktywność objawiła się u niego w takiej skali, że nigdy nie podejrzewałem, by to było możliwe. Naraz zrozumiałem wszystko. Młoda dziewczyna nie była ukochaną, a jedynie pretekstem - obudziła w nim poetyckość i uczyniła poetą. Dlatego tylko ją mógł kochać, nigdy jej nie zapomnieć, nigdy nie pokochać innej i tylko do niej nieprzerwanie tęsknić. Zagościła teraz w jego życiu, a pamięć o niej stała się wiecznie żywa. Znaczyła dlań tak wiele, uczyniła go poetą i właśnie dlatego podpisała na siebie wyrok śmierci.
Z biegiem czasu ich związek psuł się coraz bardziej. Jego melancholia wzrastała, a siły fizyczne topniały w duchowej walce. Pojął, że uczynił ją nieszczęśliwą, ale nie był świadom przewiny. Lecz właśnie to było nieznośne i poruszyło jego pasję w najdzikszy sposób, że zupełnie bez winy stał się winny jej nieszczęścia. Sądził, że głęboko ją zrani, wyznając wszystko. Znaczyłoby to bowiem tyle, co powiedzieć jej, że jest istotą niedoskonałą i że on sam poszedł dalej, odpychając stopień, który przekroczył. Do czego by to doprowadziło? Ponieważ wiedziała, że on nigdy nie pokocha innej, pozostałaby pogrążoną w żałobie wdową, żyjącą jedynie wspomnieniem jego - i ich związku. Nie mógł niczego wyznać, gdyż zbyt był z niej dumny. Mroczny smutek ogarniał go coraz bardziej i postanowił kontynuować fałszywą grę. Całą poetycką autentyczność obrócił teraz ku rozweseleniu dziewczyny i w całości przeznaczył dla niej to, czym mógłby obdarzyć wielu. Pozostała jego jedyną, jego ukochaną i ubóstwianą, choć o mało nie postradał zmysłów ze strachu przed tym okropnym kłamstwem, które coraz silniej więziło dziewczynę. W rzeczywistości jej istnienie lub nieistnienie było mu w pewnym sensie obojętne. Jedynie jego melancholia znajdowała radość w nadaniu czarodziejskiego uroku jej życiu. Rozumie się, że była szczęśliwa, gdyż nie podejrzewała niczego, pokarm zaś przez niego sporządzony tak bardzo smakował! On nie chciał być produktywny w ścisłym znaczeniu, gdyż wówczas musiałby ją opuścić. Dlatego trzymał swój talent, jak powiadał, między ostrzami nożyc, dla niej przycinając wszystko w bukiety. Niczego nie podejrzewała. Wierzę w to. Dziewczyna, która jest na tyle samolubna, by sycić się smutkiem innych, wywołuje oburzenie. Coś podobnego może się jednak zdarzyć i sam byłem kiedyś bliski wykrycia podobnego przypadku. Skądinąd nic bardziej nie oczarowuje dziewczyny niż bycie kochaną przez naturę poetycko-melancholijną. O ile jest na tyle samolubna, by wmówić sobie, że bardziej go pokocha przez związanie ze sobą niż rezygnację z niego, wówczas otrzyma w życiu zupełnie łatwe zadanie, gdyż jednocześnie otoczy ją wieść o tym, że jest wierna, oraz cześć równa najwspanialej wydestylowanej miłości. Boże, uchroń człowieka od podobnej wierności!
Odwiedził mnie pewnego dnia. Mroczne namiętności całkowicie nim zawładnęły. W niepohamowanych słowach przeklinał życie, miłość i ukochaną dziewczynę. Od tej chwili nie pokazał się więcej. Prawdopodobnie nie mógł sobie wybaczyć, że wyznał obcemu człowiekowi, jakim ciężarem stała się dziewczyna. Wszystko zniszczył, nawet tę radość, że podtrzymywał jej dumę i uczynił swą boginią. Gdy napotykał mnie, unikał spotkania, gdy spotkał mnie, nie odzywał się wcale, za to udawał zadowolenie i pewność siebie. Zdecydowałem wówczas na własną rękę dowiedzieć się czegoś więcej i w końcu zacząłem od służących. Jeżeli masz do czynienia z melancholi-kiem, najwięcej dowiesz się o nim od służących. Przed sługą, przed panną służącą, tym starym, przeoczonym inwentarzem rodzinnym, melancholik otwiera się chętniej niż przed znajomymi o podobnym wykształceniu i z podobnej sfery. Znałem kiedyś melancholika, który przemierzał życie tanecznymi krokami, oszukał wszystkich (wraz ze mną), aż pewien fryzjer naprowadził mnie na właściwy trop. Fryzjer był niemłodym człowiekiem, źle mu się wiodło i sam obsługiwał klientów. Współczucie dla jego losu skłoniło melancholika do wyznań, więc fryzjer dowiedział się tego, o czym nikt nie wiedział.
Młody człowiek oszczędził mi jednak fatygi i sam zwrócił się do mnie, absolutnie zdecydowany nigdy więcej nie przekroczyć progu mojego domu. Zaproponował mi spotkanie w odległym miejscu i o określonej godzinie. Zgodziłem się chętnie i zakupiłem w tym celu dwie karty wstępu do Statsgraven, parku zasobnego w fosy z rybami. Tam spotkaliśmy się wczesnym rankiem, w chwili gdy dzień zmagał się z nocą, gdzie nawet pośród lata lodowaty powiew mroził przyrodę; tam spotkaliśmy się w oparach porannej mgły, wśród zroszonej trawy, a ptaki zrywały się do lotu, ponaglane jego okrzykiem. W chwili gdy dzień zwyciężył i wszystkie stworzenia zaczęły radować się życiem, gdy młoda, ukochana dziewczyna, którą czule napoił swym bólem, uniosła głowę znad poduszki i otworzyła oczy - gdyż podniósł się bóg snu, czuwający dotąd u jej wezgłowia, a bóg marzeń nocnych położył palec najej powiece, by jeszcze raz mogła osunąć się w krótki półsen, opowiadając jej to, czego nigdy nie przeczuwała, a mówił to tak cicho i miękko, że rozbudzona zapomniała
0 wszystkim - w tej chwili znowu się rozstaliśmy. Cokolwiek by jej bóg marzeń sennych opowiedział, nie mogłaby śnić o tym, co zaszło między nami. Czy to niezwykłe, że zbladł? Czy to niezwykłe, że jestem jego powiernikiem - i jemu podobnych?
Czas mijał. Naprawdę cierpiałem razem z młodzieńcem, który gasł z dnia na dzień. A przecież wcale nie żałowałem, że dzielę ból, gdyż wjego miłości idea była w ruchu. (Dzięki Bogu, można spotkać czasami taką miłość w życiu, na próżno jej szukać w powieściach
1 nowelach.) Tylko w takim wypadku miłość ma znaczenie, a ten, kto, choć przepełniony zachwytem, nie jest przekonany, że ideajest żywotną zasadą miłości i że jeżeli to konieczne, należy poświęcić dla niej życie, więcej, samą miłość, choćby jej nawet sprzyjała rzeczywistość - ten nie utworzy pary z poezją. Kiedy miłość mieści się w idei, wtedy żadne wzruszenie, żadne, nawet przelotne poruszenie niejest pozbawione znaczenia, gdyż obecnajest najważniejsza rzecz: poetycka kolizja, która, o ile wiem, potrafi być jeszcze straszniejsza od tej, którą opisuję. Lecz służyć idei, co w związku z miłością bynajmniej nie znaczy służyć dwóm panom14, to trudna służba, gdyż żadna piękność nie jest tak wymagająca jak idea i żadne dziewczęce dąsy nie są tak ciężkie do zniesienia jak gniew idei, której za nic nie można zapomnieć.
Gdybym miał zamiar dokładnie badać nastroje młodzieńca, tak jak je poznawałem, nie mówiąc o tym, że gdybym, wzorem poetów, włączył wiele nieznaczących rzeczy, jak: salony i odzież, wspaniałe pejzaże, krewnych i przyjaciół, to moja historia stałaby się opowieścią bez końca. Wcale tego nie pragnę. Zjadam przecież sałatę, ale tylko środek. Liście są, jak sądzę, dla świń. Za Lessingiem15 wolę rozkosz poczęcia od ciężaru porodu. Jeżeli ktoś ma inne zdanie, bardzo proszę, mnie jest to obojętne.
Czas mijał. W miarę możności uczestniczyłem w nocnych przygotowaniach. Chłopiec dzikim krzykiem zdobywał energię, która miała wystarczyć na cały dzień; dzień, który przeznaczał na uwodzenie dziewczyny. Więził ukochaną, jak Prometeusz, który zamknął bogów w swej przepowiedni16, choć sam był przykuty do skały i atakowany przez drapieżnego ptaka, szarpiącego jego wątrobę.
Codziennie tracił wszystko, bo każdy dzień był ostatnim. Ale tak długo być nie mogło. Rwał kajdany, które go więziły. Lecz im bardziej szalałajego namiętność, tym wspanialszy był jego śpiew, tym czulsze słowa - i tym cięższe kajdany. Nie potrafił przekształcić nieporozumienia w prawdziwy związek. Oznaczałoby to oddanie dziewczyny wiecznemu oszustwu. Wyjaśnienie pomyłki - tego, że była jedynie zewnętrznym kształtem, podczas gdy jego myśl i dusza szukały czegoś innego, cojej przypisywał - oznaczało znieważenie tak głębokie, iż jego duma buntowała się przeciwko temu. To była metoda, którą pogardzał bardziej od innych. Także w tym miał rację. Bo godnejest pogardy oszukać i uwieść dziewczynę, lecz jeszcze bardziej jest godne pogardy porzucić ją w taki sposób, że nie tylko nie stajesz się łajdakiem, lecz przeciwnie, gotujesz sobie świetne odejście, zarzucając jej, że nie była twoim ideałem, oraz pocieszając, że była twą muzą. Coś takiego można zrobić, gdy ma się praktykę w bałamuceniu dziewcząt: ona z konieczności przyjmie twoją propozycję, ty zaś wymigasz się łatwym kosztem, zostaniesz przyzwoitym, a nawet miłym człowiekiem, lecz później dziewczyna poczuje się w istocie bardziej zraniona niż ten, kto wie, że został zdradzony. Dlatego w każdym związku miłosnym, który pozostaje niezrealizowany (choć jest rozpoczęty), delikatność znieważa najmocniej. Ten, kto ma wyczucie erotyki, a niejest tchórzem, łatwo zauważy, że jedynym sposobem, który mu pozostał, by okazać dziewczynie poważanie, jest niedelikatność.
Chcąc, o ile to możliwe, zakończyć jego cierpienie, namawiałem go, by z całych sił zaryzykował pewną skrajność. To, o co mi wyłącznie chodziło, to znalezienie punktu łączącego. Uczyniłem więc następującą propozycję: Zniszcz wszystko, zmień się w człowieka godnego pogardy, który czerpie zadowolenie jedynie z uwodzenia i oszukiwania. Jeżeli to potrafisz, równowaga zostanie przywrócona; w każdym razie nie będzie można mówić o estetycznych różnicach, które jemu dały więcej racji17 niż dziewczynie, racji, którą ludzie zbyt często są skłonni przyznawać tak zwanej niezwykłej osobowości. Niechaj ona stanie się zwycięzcą, otrzyma absolutną rację, on zaś - absolutny brak racji. Niech jednak nie czyni tego zbyt gwałtownie, gdyż w takim razie roznieciłby jej miłość. Proszę wpierw spróbować, o ile to możliwe, być dla niej nieco nieprzyjemnym. Nie drażnić, bo to podnieca. Nie, raczej niechaj będzie niestały, zrzędliwy, dziś zrobi to, jutro coś innego, lecz bez namiętności, z całkowitą beztroską, która jednak nie przekształca się w nieuwagę; przeciwnie, powierzchowna uprzejmość musi być taka jak zawsze, za to zamieniona w urzędowe, pozbawione wszelkiej żarliwości zainteresowanie. Zamiast pragnienia miłości należy bez przerwy przywoływać jakąś mdlą ^uoM-miłość, która nie jest ani obojętnością, ani pożądaniem. Niechaj całe zachowanie będzie równie nieprzyjemne jak widok zaślinionego mężczyzny. Nie może jednak zacząć, nim uzyska odpowiednią silę, aby rzecz przeprowadzić, inaczej gra skończona, gdyż nie ma nikogo mądrzejszego od dziewczyny, która pyta: .jestem czy nie jestem kochana?" - i nie ma trudniejszej operacji niż samemu posługiwać się ekstyrpatorem18, narzędziem, o którym jedynie czas wie, jak powinno sięje z czasem wykorzystać. Gdy wszystko zostanie rozpoczęte, pozostanie mu zwrócić się do mnie, a ja zatroszczę się o resztę. Należy rozpuścić plotkę, że ma nową przygodę miłosną et ąuidem [łac. i to] raczej niepoetycznej natury, gdyż w przeciwnym razie jedynie rozdrażni dziewczynę. Wiem dobrze, że coś podobnego nie przyjdzie mu do głowy, gdyż obaj jesteśmy pewni, iż ona jest jedyną, którą kocha, chociaż dla niego jest niemożliwe przetłumaczenie tego czysto poetycznego związku na rzeczywistą miłość. Musi być jakaś prawda w tej plotce, o to sam się zatroszczę. Znajdę w mieście dziewczynę, z którą się umówię w tej sprawie.
Nie tylko wzgląd na młodzieńca skłonił mnie do opracowania tego planu. Nie mogę zaprzeczyć, że od pewnego czasu złym okiem patrzałem na jego ukochaną. Czy istotnie nic nie czuła? Czy nie współczuła jego cierpieniom? Nie wiedziała, jaka była ich przyczyna? A jeżeli współczuła, to dlaczego nic nie zrobiła, dlaczego wcale nie próbowała zbawić go za pomocą tego, czego pragnął, a co ona mogła mu dać - wolności? Wolność przez nią podarowana byłaby go zbawiła. Dzięki takiej wielkoduszności ponownie zdobyłaby nad nim przewagę i nie została zraniona. Potrafię wszystko przebaczyć dziewczynie, ale nigdy nie potrafię zapomnieć tego, że w miłości nie pojmuje zadania miłości. Jeżeli dziewczyna nie ofiarowuje się w miłości, to nie jest kobietą, lecz mężczyzną, i zawsze z przyjemnością pozwolę, by stała się ofiarą odwetu albo śmiechu. Jakież to zadanie dla autora komedii: pozwolić kochance, która wypiła krew swojego kochanka pod zasłoną miłości, aż on z nią zrywa, cierpiący i zrozpaczony, pozwolić zatem takiej kochance stać się Elwirą19, z brawurą grającą swoją rolę i opłakiwaną przez współczujących krewnych i przyjaciół, Elwirą, która nadaje ton w stowarzyszeniu śpiewaków--oszustów, Elwirą, która z naciskiem i emfazą umie mówić o męskiej niewierności - która, oczywiście, będzie ją kosztowała życie; Elwirą, która czyni to wszystko z taką siłą i pewnością, że nawet przez pół sekundy nie wyobraża sobie, że jej wierność prowadzi w istocie do odebrania życia ukochanemu. Wielka jest wierność kobieca, zwłaszcza niepożądana; niezgłębiona i niepojęta po wszystkie czasy. Oto scena nie do przepłacenia: kochanek zachował humor, wystarczający, by mimo cierpienia nie zmarnować na nią ani jednego gniewnego słowa, lecz ograniczyć się do bardziej wyrafinowanej zemsty. Zwodzi ją zatem i umacnia w przeświadczeniu, że została przez niego nikczemnie oszukana. Jeżeli i z tą dziewczyną tak by się rzecz miała, to mogę jej obiecać, że - o ile młodzieniec potrafi wykonać mój plan - zemsta ugodzi ją strasznie, choć nie przekroczy poetyckiej sprawiedliwości. Mimo żejest przekonany, iż powinien zrobić to, co najlepsze, przecież to właśnie najmocniej ją ukarze - o ile jest w sobie zakochana. Roztoczy nad nią tak wielką, jak to możliwe, erotyczną opiekę i właśnie w ten sposób najbardziej ją zrani - jeżeli dziewczyna jest w sobie zakochana.
Zgodził się i całkowicie zaakceptował mój plan. W magazynie mód znalazłem to, czego szukałem: młodą i bardzo ładną dziewczynę, której obiecałem zapewnić przyszłość, o ile zgodzi się na moją propozycję. Młodzieniec miał pokazywać się z nią w miejscach publicznych i odwiedzać ją w takich porach, by nikt nie miał wątpliwości co do natury ich porozumienia. W tym celu znalazłem jej mieszkanie w domu z wyjściem na dwie ulice. Wystarczyło przejść przez dom późnym wieczorem, by dzięki temu dać pewność służącym i poruszyć plotkę. Kiedy wszystko będzie przygotowane, już ja się zatroszczę, by jego ukochana nie pozostała w niewiedzy o nowym związku. Modystka nie była brzydulą. Lecz poza tym właśnie taka, by ukochana zdziwiła się bez zazdrości, iż właśnieją wolał od niej. Gdy-byjego ukochana wpadła mi w oko, wybrałbym inną modystkę, lecz w tych sprawach niczego nie można wiedzieć na pewno. W dodatku, ponieważ nie chciałem zawieść młodego człowieka, uczyniłem wybór całkowicie zgodny z jego metodą.
Modystka została zaangażowana na rok; związek powinien być utrzymany tak długo, aby zupełnie oszukać ukochaną. W tym czasie on miał, o ile to możliwe, pracować nad wydobyciem się z egzystencji poety. Jeżeli mu się to uda, zostanie osiągnięte redintegratio insta-tum pristinum [lac. powrót do poprzedniego stanu, powtórzenie]. Gdyby w ciągu roku również młoda dziewczyna, co było nader ważne, sama potrafiła uwolnić się od ich związku, on nie skwitowałby nierzetelnym rachunkiem rezultatu takiej operacji. Jeżeli się okaże, iż zniechęciła się w momencie powtórzenia, no cóż, wtedy wyjdzie na jaw, że młodzieniec postąpi! wielkodusznie.
W taki sposób wszystko zostało przygotowane. Wszystkie nici zbiegały się w moich rękach, a dusza z niecierpliwością oczekiwała na wynik. Lecz chłopiec zniknął i nie widziałem go już więcej. Nie miał siły na przeprowadzenie planu, ajego duszy zabrakło giętkości ironii. Nie miał siły, by złożyć ironiczny ślub milczenia, ani siły, by go dotrzymać, a tylko ten, kto milczy, może stać się naprawdę kimś. Tylko ten, kto potrafi prawdziwie kochać, naprawdę jest człowiekiem. Tylko ten jest twórcą, kto potrafi każdym wyrazem nazwać swą miłość. Tylko tenjest prawdziwym twórcą, kto potrafi dać wyraz miłości. W pewnym sensie było nawet lepiej, że młodzieniec nie spróbował tego, gdyż prawdopodobnie nie potrafiłby wytrzymać trudów przygody. Od początku byłem nieco niespokojny, gdyż potrzebował powiernika. Ten, kto umie milczeć, odkrywa alfabet, który ma tyle liter co zwykły. Wówczas wszystko może powierzyć temu dialektowi i żadne westchnienie nie jest tak głębokie, by nie odpowiadało śmiechowi w jego dialekcie, żadna prośba tak natarczywa, by - dzięki sprytowi - nie potrafił jej spełnić. Zbliży się chwila, w której poczuje się tak, jakby utracił rozum. Lecz to jest jedynie chwila, chociaż straszna. Jest jak gorączka, która pojawia się nocą, pomiędzy 11.30 a 12.00, a już o 1.00 pracujesz lepiej niż zwykle. Jeżeli wytrzymasz szaleństwo, z pewnością zwyciężysz.
Siedzę teraz i opowiadam wszem i wobec, co już zostało wspomniane, że właśnie miłość wspomnienia czyni człowieka nieszczęśliwym. Mój miody przyjaciel nie zrozumiał powtórzenia, nie uwierzył w nie i nie zapragnął go z całej mocy. Przekleństwo jego losu polegało na tym, że naprawdę kochał dziewczynę, lecz by ją prawdziwie pokochać, wpierw musiałby się wyswobodzić z poetyckiego zamętu, w którym trwał. Mógł się dziewczynie przyznać. Jest to zupełnie odpowiedni sposób, jeżeli chcesz skończyć z dziewczyną. Ale tego nie chciał uczynić. Zupełnie się z nim zgadzam, że jest to niewłaściwe. W ten sposób odciąłby dziewczynę od możliwości bezpośredniej egzystencji, rozwijającej się zgodnie z jej własną naturą.
Być może uwolniłby się od niebezpieczeństwa zostania przedmiotem jej pogardy? A może od rosnącego lęku - czy uda mu się kiedyś odzyskać to, co utracił?
Kimże mógłby się stać, gdyby uwierzył w powtórzenie! Jaką żarliwość mógłby wówczas osiągnąć w życiu!
Uprzedzam jednak wypadki, właściwie wbrew woli. Moim zamiarem było jedynie pokazać chwilę, w której stało się oczywiste, że młodzieniec jest - w pełnym znaczeniu tego słowa - smętnym rycerzem20 jedynej szczęśliwej miłości wspomnienia. Czytelnik pozwoli mi zapewne jeszcze raz wspomnieć chwilę, gdy młodzieniec pijany wspomnieniem wszedł do mego pokoju z sercem wciąż ging ihm ubei21 [niem. przepełnionym] zwrotką Poula M0llera i zwierzył mi się, iż usilnie próbuje nie bywać codziennie u ukochanej. Tę samą zwrotkę powtórzył owego wieczora, gdyśmy się rozstali. Nie potrafię jej zapomnieć. Łatwiej wymażę z pamięci fakt jego zniknięcia22niż wspomnienie tej chwili. Mniej mnie zaniepokoiły informacje o nim niż ta sytuacja. Takjestem stworzony — w pierwszym dreszczu przeczucia moja duszajednocześnie odkrywa wszystkie konsekwencje, które z reguły potrzebują dłuższego czasu, by pojawić się w rzeczywistości. Nie sposób zapomnieć koncentracji przeczuć. Tak właśnie powinien zachować się obserwator, lecz wówczas bardzo cierpi. Pierwszy moment obserwacji może wywołać u niego nawet utratę przytomności. Lecz w chwili bladości zapładnia go idea i odtąd obserwator pozostaje w odkrywczym związku z rzeczywistością. Jeżeli człowiek nie posiada choć tyle kobiecości, by idea mogła utworzyć z nim właściwy związek, który zawsze odznacza się płodnością, to nie nadaje się na obserwatora, gdyż ten, kto nie odkrywa wszystkiego, w istocie nic nie odkrywa.
Rozstając się tego wieczora, podziękował mi jeszcze raz za pomoc w spędzeniu czasu, który poruszał się zbyt wolno w stosunku do jego niecierpliwości. Wówczas pomyślałem: prawdopodobnie jest wystarczająco przygotowany, by wszystko opowiedzieć dziewczynie. Czy ona nie pokocha go jeszcze bardziej? Czy on właśnie tak zrobi? Odradziłbym mu, gdyby zapytał mnie o zdanie. Powiedziałbym: „Bądź z początku powściągliwy, jest to najmądrzejsze w czysto erotycznym sensie, chyba że twoja dusza jest tak poważna, że potrafisz skupić myśl na znacznie głębszych problemach". Na pewno postąpiłby nierozsądnie, gdyby jej wszystko wyznał.
Każdy, kto ma okazję obserwować młode dziewczęta i podsłuchiwać ich rozmowy, z pewnością słyszał często takie sformułowania: „N.N. jest dobrym człowiekiem, ale taki z niego nudziarz!" „Za to F.F. jest interesujący i dowcipny". Za każdym razem, gdy słyszę te słowa na wargach młodziutkiej dziewczyny, myślę: „Powinnaś się wstydzić: czy to nie smutne, że tak mówi młoda dziewczyna?" Jeżeli mężczyzna zatraci się w pogoni za interesującymi23 przeżyciami, któż go może ocalić, jeżeli nie dziewczyna? Lecz czy przy tym nie zgrzeszy? Bo albo wspomniany mężczyzna nie potrafi tego uniknąć, a wtedy żądanie jest nader niedelikatne - lub też potrafi, a wówczas... Gdyż młoda dziewczyna zawsze powinna być tak ostrożna, by nie przyciągać tego, co interesujące. Dziewczyna, która to robi, zawsze przegra z punktu widzenia idei, bo nigdy nie można powtórzyć tego, co interesujące. Zawsze wygra ta, która tak nie postępuje.
Jakieś sześć lat temu wybrałem się w podróż, 8 mil24 za miasto, i zatrzymałem w gospodzie, gdzie zjadłem obiad. Po przyjemnym i smacznym posiłku zapomniałem o wszystkich troskach. Stałem z filiżanką kawy w dłoni, wciągałem w nozdrza aromat, gdy w tej samej chwili młoda, zwiewna i urocza dziewczyna przeszła obok okna i skręciła w kierunku należącego do gospody podwórza, z czego wywnioskowałem, że zejdzie do ogrodu. Gdy jest się młodym... Zatem przełknąłem kawę, zapaliłem cygaro, gotów iść za wskazaniem losu i śladami dziewczyny, gdy ktoś zapukał do moich drzwi i wszedł - właśnie ta dziewczyna. Grzecznie się ukłoniła, pytając, czy do mnie należy powóz stojący na podwórzu, czy wracam do Kopenhagi i czy nie mógłbym jej zabrać ze sobą. Sposób, w jaki to wyraziła, był skromny i naprawdę godny kobiety. Wystarczył, bym od razu zamknął oczy na to, co interesujące i pikantne. Jechać osiem mil sam na sam w powozie z młodą dziewczyną, ze służącym i stangretem i mieć ją całkowicie w swej mocy to o wiele bardziej interesujące niż spotkać ją w ogrodzie! Jestem ponadto przekonany, że nawet człowiek bardziej lekkomyślny ode mnie nie czułby się wystawiony na pokusę. Zaufanie, jakie mi okazała, było skuteczniejszą tarczą niż dziewczęca zręczność i przebiegłość.
Jechaliśmy razem. W towarzystwie ojca lub brata nie mogłaby podróżować bezpieczniej. Powściągliwie milczałem, zwracając się do niej jedynie wtedy, gdy zdawało mi się, że pragnie coś powiedzieć. Stangretowi rozkazałem, aby się pośpieszył. Karmiliśmy konie pięć minut na każdym postoju. Wysiadałem i z kapeluszem w ręce pytałem, czy nie życzy sobie czegoś orzeźwiającego do picia. Mój służący stał obok, z kapeluszem w dłoni. Gdy zbliżyliśmy się do stolicy, kazałem stangretowi zjechać na boczną drogę, wysiadłem i pieszo przeszedłem pół mili do Kopenhagi, by żadne przypadkowe spotkanie itp. nie wywołałojej zakłopotania. Nigdy nie próbowałem dowiedzieć się, kim była, gdzie mieszkała i co było powodem nagłej podróży. Na zawsze pozostała dla mnie miłym wspomnieniem, którego nie pozwoliłem sobie splamić żadną, choćby najniewinniejszą ciekawością. - Dziewczyna, która szuka tego, co interesujące, wpada we własne sidła. Dziewczyna, która nie szuka tego, co interesujące, wierzy w powtórzenie. Chwała dziewczynie, która od początku była taka - i tej, która z czasem taka się stała.
Zmuszony jestem jednak powtórzyć, że to wszystko mówię w związku z powtórzeniem. Powtórzenie jest nową kategorią, którą należy odkryć. Jeżeli zna się nieco nową filozofię i nie jest całkiem na bakier z grecką, łatwo się zrozumie, że właśnie to pojęcie wyjaśnia związek pomiędzy eleatami i Heraklitem25 i że powtórzenie jest właśnie tym, co przez pomyłkę nazwano mediacją26. Wprost nie do wiary, jak wiele szumu powstało wokół mediacji w heglowskiej filozofii i jak wiele zwariowanego gadulstwa zyskało cześć i honor pod tym szyldem. Należy raczej spróbować przemyśleć pojęcie mediacji i przyznać pewną rację Grekom. Rozwój greckiej nauki27 o bycie i nicości, rozwój kategorii „chwili" i „nie-bytu" itd. przebija heglowskie karty. Mediacja to obce słowo, a powtórzenie to dobry duński termin: gratuluję duńskiemu językowi nowego wyrażenia filozoficznego. W naszych czasach nie zostało wyjaśnione, jak przejawia się mediacja. Czyjest rezultatem poruszenia dwu momentów? Wja-kim znaczeniu jest w nich już uprzednio zawarta? A może jest ona czymś nowym, co zostało dodane - a jeżeli tak, to jak? W tym sensie w najwyższym stopniu godne uwagi są greckie rozważania dotyczące pojęcia kinesis28, które odpowiada współczesnemu terminowi „przejście". Dialektyka powtórzenia jest łatwa, bo to, co się powtarza, już było, w przeciwnym razie powtórzenie jest niemożliwe. Właśnie dlatego, że było - powtórzenie staje się nowością. Gdy Grecy twierdzili, że poznanie jest wspomnieniem, mówili w istocie, że obecna egzystencja istniała kiedyś. Gdy my twierdzimy, że życie jest powtórzeniem, mówimy: egzystencja, która już była, teraz się staje. Kiedy brak pojęć wspomnienia i powtórzenia, życie rozprasza się w pustym i beztreściwym zgiełku. Wspomnienie jest „etnicznym"29 ujęciem życia; powtórzenie - współczesnym. Powtórzenie jest interesem metafizyki30, a jednocześnie „interesem", który osadza metafizykę na mieliźnie, jeżeli zainteresuje się powtórzeniem. Powtórzenie jest bowiem zawołaniem każdej kwestii etycznej; powtórzenie jest conditio sine qua non [łac. koniecznym warunkiem] kwestii dogmatycznej.
Każdy może powiedzieć, co sądzi o powtórzeniu, i każdy może osądzić, co mówię, naśladując Hamanna: ,jLxempel mit mancherlei Zungen mich ausdriicke, und die Sprache der Sophisten, der Wortspiele, der Creter und Araber, Weiszen und Mohren und Creolen rede, Critik, Mythologie, rebus und Grundsatze durch einander schwatze, und bald katan thropon bald kat exo c hen argumentire". [„Przykłady z wielu języków pojawiają się na mych ustach: z języka sofisty i żonglera słowami, z języka Kreteńczyka i Araba, razem z pojęciami białego, Maura i Kreola, z pomieszania krytyki, mitologii i rebusu z zasadą, że każdy bełkot można wyrazić zarówno w prosty, jak i w niezwykły sposób".]31 Założywszy, że to, co mówię, niejest nagim kłamstwem, zrobiłbym najlepiej, wysyłając mój aforyzm solidnemu rzeczoznawcy. Być może coś by z tego wyszło; może przypis do Systemu? Cóż to za wspaniała myśl - a więc nie żyłem na próżno!
Wiele można by mówić o znaczeniu powtórzenia dla konkretnych rzeczy, bynajmniej nie obawiając się powtórzenia. Gdy profesor Ussing32 ze Stowarzyszenia 28 Maja użył w przemówieniu wyrażenia, które bynajmniej nie znalazło aprobaty, cóż uczynił profesor, który był wówczas porywczy i rezolutny? Uderzył pięścią w stół, wołając: „Powtarzam!" Sądził bowiem, że to co mówi, zyska na powtórzeniu. Kilka lat temu wysłuchałem księdza, który powtórzył to samo kazanie podczas dwu różnych uroczystości. Gdyby podzielał zdanie profesora, to wchodząc za drugim razem na ambonę, uderzyłby w pulpit i powiedział: „Powtarzam, co już powiedziałem w ubiegłą niedzielę". Nie zrobił tego, udając, że nie zaszło nic szczególnego. Widocznie nie podzielał zdania profesora Ussinga, a kto wie, być może i sam pan profesor już nie sądzi, że jego przemówienie zyskało na powtórzeniu? Gdy podczas dworskiego przyjęcia królowa opowiedziała dowcip, wszyscy dworzanie wybuchnęli śmiechem, także pewien głuchy minister, który powstał, poprosił o łaskę, by pozwolono mu opowiedzieć dowcip - i opowiedział poprzedni33. Oto pytanie: co myślał o powtórzeniu? Gdy nauczyciel mówi w klasie: ,Już po raz drugi powtarzam, że Jespersen ma cicho siedzieć...", i gdy ten samjespersen ponownie dostanie w dzienniczku uwagę za nieznośne zachowanie - wówczas powtórzenie ma całkowicie odmienne znaczenie.
Nie chcę zatrzymywać się przy tych przykładach, pragnę bowiem trochę opowiedzieć o odkrywczej podróży, którą przedsięwziąłem, by sprawdzić możliwość i znaczenie powtórzenia. Nikomu nic nie mówiąc, by czcza gadanina nie uczyniła mnie niezdolnym do eksperymentu i nie zraziła - w innym znaczeniu - do powtórzenia, popłynąłem parowcem do Stralsundu, gdzie wsiadłem w Schnellpost [niem. szybki dyliżans], jadący do Berlina. Uczeni sprzeczają się, które miejsce w dyliżansie jest najlepsze. Mój Ansicht [niem. pogląd] jest taki: wszystkie są równie okropne. Poprzednim razem miałem miejsce na przodzie (uważane przez wielu za wielką wygraną) i zostałem w ciągu trzydziestu sześciu godzin tak potrząśnięty razem z innymi wspólpotrząśniętymi, że - gdy dotarłem do Hamburga -nie tylko straciłem rozsądek, ale i władzę w nogach. My, sześć osób siedzących w powozie, dopracowaliśmy się jednego ciała, aż pojąłem, co przydarzyło się mieszkańcom wyspy Mols33, którzy tak długo siedzieli razem, że w końcu nie potrafili odróżnić własnych nóg od cudzych. Wybrałem coupeib, by uniknąć podobnego losu i stać się członkiem mniejszego ciała. W końcu to jakaś zmiana! A jednak wszystko się powtórzyło. Pocztylion zadął w trąbkę, zamknąłem oczy. Ogarnęła mnie rozpacz i pomyślałem (co robię w takich okolicznościach): Bóg jeden wie, czy wytrzymasz? Czy rzeczywiście dojedziesz do Berlina? A jeśli nawet tak się stanie, czy będziesz zdolny do smakowania samotności, czy też utrwalisz wspomnienie o sobie jako o członku większego ciała?
Zatem przybyłem do Berlina. Od razu pobiegłem do mego dawnego mieszkania34, by się przekonać, czy powtórzenie jest możliwe. Pragnę zapewnić czującego czytelnika, że poprzednim razem udało mi się otrzymać jedno z najprzyjemniejszych mieszkań w Berlinie; zapewniam o tym bardzo zdecydowanie, bo wiele mieszkań oglądałem. Plac Gensd'arme jest z pewnością najpiękniejszy w mieście, das Schauspielhaus35 i dwa kościoły36 wyglądają wspaniale, szczególnie oglądane z okna w świetle księżyca. To wspomnienie było jednym z powodów mojej podróży. Oto wchodzisz na pierwsze piętro domu rozjaśnionego gazowymi lampami, otwierasz małe drzwi i stajesz na progu. Na lewo przeszklone drzwi prowadzą do gabinetu. Przestępujesz próg i jesteś w przedpokoju. Obok gabinetu dwa pokoje podobnie wyglądające, identycznie umeblowane, tak jakbyś widział w lustrze ten sam pokój. Środkowy pokój jest dyskretnie oświetlony. Na biurku stoi świecznik, obok zgrabnie zaprojektowany fotel obity czerwonym pluszem. Pierwszy pokój niejest oświetlony. Blada poświata księżyca miesza się tu ze światłem padającym ze środkowego pokoju. Siadasz na krześle przy oknie, obserwujesz ogromny plac, widzisz cienie przechodniów ślizgające się po murach. Wszystko zamienia się w teatralną dekorację. Rozmarzona rzeczywistość migoce na dnie duszy. Masz ochotę narzucić palto, by rzucając badawcze spojrzenia i czujny na każdy dźwięk, cicho skradać się wzdłuż murów. Nie czynisz tego, lecz widzisz, że odmładza cię samo pragnienie. Wypalasz cygaro, wracasz do środkowego pokoju i rozpoczynasz pracę. Minęła północ. Gasisz lampę, zapalasz mały świecznik. Blask księżyca wszystko przezwycięża. Samotna chmura wydaje się jeszcze ciemniejsza, odgłos pojedynczego kroku potrzebuje wiele czasu, by ucichnąć. Bezchmurne sklepienie niebios wygląda tak smutno i marząco, jakby już było po końcu świata i niebo bez przeszkód zajmowało się tylko sobą. Znowu wchodzisz do przedpokoju, potem do małego pokoju i kładziesz się spać - o ile należysz do szczęśliwców, którzy potrafią zasnąć...
O, tu właśnie powtórzenie okazało się niemożliwe. Mój gospodarz, aptekarz, hattesich yerandert [niem. zmienił się] w tym prostym znaczeniu, w jakim Niemcy rozumieją to słowo i w jakim, o ile wiem, wyrażenia „zmienić się" używa kopenhaska ulica. Krótko mówiąc, ożenił się. Chciałem mu pogratulować, ale nie władam niemieckim tak dobrze, by dobrać stosowne słowo lub szczodrze używany przy takich okazjach zwrot, więc ograniczyłem się do pantomimy. Położyłem rękę na sercu i spojrzałem na niego. Na mojej twarzy mógł znaleźć ciepło uczucia. Uścisnął mi dłoń. Po tym porozumieniu zaczął dowodzić estetycznej ważności małżeństwa37. Przekonał mnie równie prędko jak za pierwszym razem, kiedy mówił o doskonałości stanu kawalerskiego. Bo gdy rozmawiam po niemiecku, staję się najzgodliwszym człowiekiem na świecie. Mój gospodarz chciał mnie gościć, a ja pragnąłem zamieszkać u niego. Wynająłem zatem pokój i przedpokój. Gdy przyszedłem do domu pierwszego wieczora i zapaliłem światła, pomyślałem: O! O! O! Czy to jest powtórzenie? Byłem w złym nastroju, a może właśnie dobrze zestrojony z wymogami dnia, gdyż przeznaczenie tak dziwnie sprawiło, iż przybyłem do Berlina w allgemeine Buss- und Bełtag10. Berlin był zniszczony. Co prawda, nie obrzucano się nawzajem śmieciami, wołając: Memento o homo! ąuod cinis es et in cinerem revertarisĄ 1, lecz mimo to całe miasto było zakurzone. Sądziłem z początku, że byl to wynik polityki rządowej, lecz wkrótce przekonałem się, że to skutek działania wiatru. Wiatr wziął na siebie owo zadanie i czynił, co chciał, wedle swego kaprysu, nie zważając na ordery i stanowiska. Bo w Berlinie co drugi dzień jest środa popielcowa. To wszystkojed-nak niezbyt ściśle łączyło się z celem mojego przyjazdu. Nie potrafiłem powiązać tych rzeczy z powtórzeniem: będąc poprzednim razem w Berlinie, nie zauważyłem podobnego fenomenu. Może dlatego, że było to zimą?
Jeżeli wygodnie i przyjemnie urządzisz się w mieszkaniu, jeżeli zyskasz w ten sposób stały punkt wyjścia, bezpieczną kryjówkę, dokąd możesz się zawsze wycofać, by w samotności spożyć swą zdobycz, wtedy będzie ci miło. Przypominam bowiem pewne drapieżniki, nie potrafię jeść, gdy ktoś mnie podgląda. Będziesz zatem mógł zapoznać się z niespodziankami miasta. Jeżeli jesteś wędrowcem ex professo [łac. ze względów zawodowych], tj. wysłannikiem, który podróżuje, by zaznać tego wszystkiego, co inni już poznali, lub opisać niezwykłe rzeczy w swym dzienniku (i w zamian wpisać własne nazwisko do Dziennika Wielkich Podróży), powinieneś zgodzić Lohndiener [niem. służący]: w ten sposób kupisz das ganze [niem. cały] Berlin za cztery Groschen [niem. grosz]. Dzięki tej metodzie staniesz się bezstronnym obserwatorem, na którego zeznaniach opierać się może każdy protokół policyjny. Jeżeli zaś nie podróżujesz dla załatwienia pilnej sprawy, skorzystaj z okazji - może zobaczysz coś, czego inni nie widzieli, a z kolei przeoczysz, co najważniejsze, i uzyskasz przypadkowe wrażenia, które nabiorą znaczenia tylko dla ciebie? Taki beztroski odstępca nie ma zazwyczaj innym nic szczególnego do powiedzenia, a gdy to czyni, szybko nadweręża dobrą opinię, jaką dobrzy ludzie mają o jego moralności i przyzwoitości. Czy drzwi wszystkich salonów nie powinny być zamknięte dla tego, kto długo przebywał za granicą, ale nigdy nie był auf der Eisenbahn [niem. na dworcu]? A co powiecie o człowieku, który był w Londynie i nigdy nie zobaczył Tunelu38? A co o tym, który pojechał do Rzymu, zakochał się w cząstce miasta, która stała się dla niego źród-lem niewyczerpanej radości - i opuścił stolicę, nie oglądając żadnych zabytków? Berlin ma trzy teatry. Opera i balet, pokazywane w budynku Opery, mają być grossartig [niem. wspaniale], przedstawienia teatralne pouczające, kształcące i nie tylko do śmiechu39. Wiem za to, że w Berlinie jest teatr, który zwie się Kónigstadter40. Oficjalni podróżnicy rzadko odwiedzają ten teatr, choć częściej niż - co także ma znaczenie - owe przyjemne miejsca rozrywek, położone nieco na uboczu, gdzie Duńczyk może przy okazji przypomnieć sobie Larsa Mathiesena i Kehleta41. Gdy po przyjeździe do Stralsundu przeczytałem w gazecie, że w tym teatrze wystawiany jest Der Talisman42, zacząłem być dobrej myśli. Wspomnienie obudziło się w mej duszy. Jakby pierwsze wrażenie było jedynie wspomnieniem, odnoszącym się do odległej przeszłości, gdy byłem tam za pierwszym razem.
Chyba nigdy nie było młodzieńca z odrobiną fantazji, którego by nie uwięził czar teatru i pragnienie, by stać się cząstką tej sztucznej rzeczywistości, by - jak sobowtór43 - móc usłyszeć i zobaczyć siebie, by podzielić na tyle części swoje ja, na ile to możliwe, by te cząstki scaliły się w nim ponownie. Oczywiście, takie chęci ma się jedynie w bardzo młodym wieku. Budząca się fantazja śni o osobowości, wszystko inne ufnie śpi. W takim samooglądzie fantazji jednostka nie jest rzeczywistą postacią, lecz cieniem, a raczej rzeczywista postać pozostaje, choć niewidoczna, na miejscu i nie zadowala się rzucaniem jednego cienia, jednostka bowiem ma wiele cieni; wszystkie ją przypominają i w tym lub innym momencie mają równe prawo, by nią się stać.
Osobowość nie została jeszcze odkryta, jej energia występuje tylko w namiętnej możliwości, gdyż z życiem duchajest tak, jak to się dzieje z wieloma kwiatami - ich korony ukazują się na końcu. Jednak cienista egzystencja żąda zadośćuczynienia ijest zawsze źle, jeżeli jednostka nie znajdzie dość czasu, by się rozwinąć, ale z drugiej strony jest smutne lub komiczne, gdy człowiek omyli się i zamieni życie na taką egzystencję. Pretensje takiego człowieka, pragnącego stać się człowiekiem prawdziwym, będą wówczas równie wątpliwe jak pragnienie ludzi, którzy chcąc osiągnąć nieśmiertelność, nie zjawią się osobiście na Sądzie Ostatecznym, lecz pozwolą się reprezentować przez delegację złożoną z dobrych chęci, jednodniowych decyzji, planów na pół godziny etc. Główna teza brzmi tak: wszystko ma swój czas. Wszystko ma swój czas w młodości, a to, co wtedy miało swój czas, otrzyma także czas później. Starzec z równym pożytkiem gromadzi w życiu to, co wzbudza śmiech, jak i to, co wywołuje łzy.
Gdy będąc w górach, posłuchasz wiatru, który niezmiennie, nieprzerwanie, dzień za dniem przerabia ten sam temat, być może zapragniesz choć na chwilę abstrahować od ludzkiej niedoskonałości, by ucieszyć się obrazem konsekwentnej i ubezpieczonej wolności. Zapewne nie pomyślisz o chwili, w której wiatr (już od lat zamieszkujący góry) przybył w te strony jako ktoś nieznany, by dziko i bez sensu przebiegać przepaście i opadać w jaskinie - czasami z wrzaskiem, który jego samego zadziwiał, kiedy indziej z wołaniem tak pustym, że sam od siebie uciekał; niekiedy ze skargą, o której nie wiedział, skąd się wzięła, czasem z westchnieniem dobywającym się z dna tak głębokiego strachu, że wiatr samego siebie trwożył i wątpił przez chwilę, czy starczy mu odwagi, by osiedlić się na tej ziemi. Kiedy indziej z liryczną radością nucił „hopsasa", by - dobrze poznawszy swój instrument - złożyć wszystkie tony w jedną melodię, którą niezmiennie, dzień za dniem pragnął śpiewać. Podobnie błąkają się zdolności jednostki wśród jej pragnień; raz odkrywa to, kiedy indziej coś innego. Lecz zdolności jednostki nie chcą być tylko wysłuchane, one nie cichną jak wiatr, są bowiem postacią i w tym samym czasie chcą być oglądane. Oto dlaczego każda z możliwości jest głośnym cieniem. Skryta w cieniu jednostka równie mało wierzy we wspaniałe, głośne uczucia, co w chytre podszepty złego, równie mało w szczęśliwy okrzyk radości, jak w nieskończone westchnienie boleści. Jednostka chce patetycznie widzieć i słyszeć, ale uwaga: samą siebie. Choć tak naprawdę wcale nie chce siebie usłyszeć. To nie wypada. W tym momencie pieje kogut44, umyka profil zmierzchu, zamierają odgłosy nocy. Jeżeli takimi pozostaną, znajdziemy się na innych obszarach, tam gdzie wszystko podlega srogiej kontroli odpowiedzialności i gdzie napotkamy to, co demoniczne. By ukryć prawdziwe ja, skrywający siebie człowiek potrzebuje otoczenia lekkiego i wietrznego jak kształty cieni, jak perląca się piana słów, pozostawionych bez echa.
Takie otoczenie jest sceną nad wyraz dobrze nadającą się do Schattenspiel45, granej przez ukrywającą się jednostkę. Pomiędzy cieniami, wśród których zobaczy i siebie, jest także kapitan szajki złoczyńców, którego glos jest jego własnym. Na pewno rozpozna się w tym zwierciadlanym odbiciu, w męskiej postaci złoczyńcy, w bystrym i przeszywającym spojrzeniu, w zapisie gry namiętności na pomarszczonej twarzy; tam widać wszystko. Musi przygotować zasadzkę w dolinie, wsłuchać się w głosy podróżnych, zadąć w piszczałkę -i oto banda rzuca się naprzód. Głos rozbójnika musi przekrzyczeć hałas, on sam musi być okrutny, nakazuje więc wszystkich zarąbać, a potem obojętnie odjechać - lecz pozostać rycerskim wobec przestraszonej dziewczyny itd., itp. Złoczyńca żyje przecież w niebezpiecznych lasach. Gdybyśmy mieli wysłać bohatera naszej wyobraźni w takie miejsce, wyposażyć go w to, co mu potrzebne, i poprosić jedynie, by na tyle zachował spokój, abyśmy mogli odejść kilka mil, a następnie całkowicie oddał się wrzącej namiętności... myślę, że zaniemówiłby zupełnie. Może wydarzyłoby mu się to, co przytrafiło się pewnemu człowiekowi, który kilka lat temu zaszczycił mnie literackim wyznaniem. Przyszedł, skarżąc się, że tak bardzo porusza go głębia doświadczanych idei, iż niczego nie może zapisać, bo nie umie pisać tak szybko! Poprosił mnie, bym wziął na siebie ciężar bycia jego sekretarzem i pisał pod dyktando. Od razu zwietrzyłem pułapkę. Pocieszyłem go jednak, mówiąc, że w czasie pisania mogę się ścigać ze spłoszonym koniem, gdyż kładę na papierze tylko pierwszą literę słowa, gwarantując jednocześnie, że przeczytam wszystko, co napisałem. Moja chęć pomocy nie znała granic. Kazałem przynieść wielki stół i ponumerować wiele arkuszy, by nie tracić czasu na obracanie kart. Wyłożyłem tuzin stalówek z obsadkami, zamoczyłem pióro w kałamarzu i mężczyzna rozpoczął w ten sposób: Zatem, mój wielce szanowny panie, to, co chciałem opowiedzieć, to byłoby... Kiedy zakończył przemowę, odczytałem ją na głos i odtąd już nigdy nie pragnął mych sekretarskich usług. - Wspomniany złoczyńca uznałby zapewne ten przykład za nazbyt obszerny, choć w innym rozumieniu jest on zbyt wątły. Nie, pomalujmy mu raczej kulisy, gdzie jest drzewo, zawieśmy przed nim lampę, która uczyni oświet-leniejeszcze dziwniejszym, a las stanie się wówczas większy od prawdziwego, większy niż puszcze Ameryki Północnej - a przecież nasz bohater potrafi przeniknąć go swym głosem, nie obawiając się, że ochrypnie. Takie jest sofistyczne pragnienie fantazji, która chciałaby zmieścić cały świat w łupince orzecha, większej od całego świata, a przecież nie większej od człowieka, który potrafi ją zapełnić sobą.
Tęsknota za rolą teatralną i związanym z nią wywnętrzaniem się46 w żadnym wypadku nie oznacza scenicznego powołania. Kiedy się ono pojawia, talent natychmiast staje do jego dyspozycji, ale nawet najbogatszy, rozbudzony talent nie może się zmierzyć z tą tęsknotą, która jest tylko niedojrzałą fantazją. Stanie się za to czymś innym, gdy znajdzie swe źródło w próżności i chęci imponowania. Wówczas cała sprawa nie opiera się na głębszym fundamencie niż ten, który zbudowała próżność, chociaż i ów podkład bywa - niestety! - wystarczająco głęboki.
Choćby ta chwila zniknęła z życiajednostki, pojawi się przecież ponownie w dojrzalszym wieku, wtedy gdy dusza rozwinie się w prawdzie. Ale nawet wówczas może się okazać, że sztuka nie jest wystarczająco prawdziwa dla jednostki, gdyż człowiek ma czasami ochotę powrócić do poprzedniego stanu i dołączyć go do swojego nastroju. Niekiedy pragnie zostać komicznie poruszony i sam chce mieć komiczny, produktywny stosunek do teatralnego przedstawienia. Ze względu na doskonałość formy nie zadowoli go ani tragedia, ani komedia, ani operetka i dlatego zwróci się wówczas ku farsie.
Podobna rzecz powtarza się czasem na innych obszarach. Widzimy niekiedy dojrzałą jednostkę, która sycąc się ciężkim jadłem rzeczywistości, nie zwraca uwagi na udany obraz. Za to bardzo ją wzruszy sztych norymberski47, podobny do tych, które niedawno wisiały na giełdzie48. Widać na nim krajobraz, który można napotkać wszędzie, lecz tej abstrakcji nie udało się wyrazić za pomocą sztuki. Efekt został osiągnięty dzięki przeciwstawieniu, właśnie przez przypadkową konkretyzację. A jednak chciałbym zapytać każdego, czy dzięki takiemu pejzażowi nie zobaczył wszystkich krajobrazów i czy nie zachował tego obrazu pod powieką dziecka? Dziecka, które poznało straszne pojęcia, od jakich można stracić przytomność, i które z papieru wycinało mężczyznę i kobietę, jacy -ściśle biorąc - bardziej byli mężczyzną i kobietą niż Adam i Ewa. Malarz pejzaży, niezależnie od tego, czy pragnie dać wierny obraz, czy też idealną reprodukcję, pozostawia często jednostkę obojętną, wspomniana litografia zaś potrafi wywołać nieopisane wrażenie. Nie wiadomo, śmiać się czy płakać, skoro działanie zależy od nastroju oglądającego. Nie ma chyba człowieka, który nie zna chwil, jakim ani bogactwo języka, ani pasja wykrzyknika49 nie potrafi sprostać, jakich nie zadowoli żadne ludzkie słowo, żaden gest. Nic go nie ucieszy poza najdziwniejszymi skokami i fikołkami. Może ten człowiek uczył się tańca? Może często oglądał występy baletu i podziwiał kunszt tancerzy? Nadejdzie czas, gdy balet nie potrafi go już poruszyć, choć wciąż przeżywa chwile, w których pragnie wycofać się do swego pokoju, by będąc sam ze sobą, stanąć w malowniczej pozie na jednej nodze i odnaleźć nieopisanie humorystyczny spokój - lub posłać cały świat do diabla i wszystko zakończyć jednym entrechat50.
Teatr Kónigstadter wystawiał farsę i, oczywiście, zebrał wysoce zróżnicowaną publiczność. Ten, kto chce studiować patologię śmiechu, porównując różnice stanów i temperamentów, nie powinien zaniedbać okazji, jaką oferuje wystawienie farsy. Zgiełk i głośny śmiech widowni z galerii i drugiego piętra jest czymś zupełnie odmiennym od aplauzu wykształconej i krytycznej publiczności; jest nieprzerwanym akompaniamentem, bez którego nie można wystawić farsy. Farsa bowiem zazwyczaj porusza się wśród niższych sfer życia i w niej galeria i drugie piętro od razu rozpoznają siebie, a ich zgiełk i okrzyki „brawo" nie są wynikiem estetycznej oceny poszczególnego artysty, ale czysto lirycznym ujawnieniem dobrego samopoczucia. Ci ludzie wcale nie są świadomi tego, co to znaczy być publicznością; chętnie zeszliby na ulicę lub tam, gdzie zaczyna się scena. A gdy tego nie mogą uczynić ze względu na odległość, zachowują się jak dzieci, którym pozwolono przez szybę zobaczyć uliczne zbiegowisko. Także parter i pierwsze piętro farsa pobudza do śmiechu, choć ten jest zasadniczo różny od okrzyku cymbryjsko-teutońskiego ludu51, a odmienności śmiechu nawet w tej sferze są nieskończenie zniuansowane, chociaż w innym znaczeniu niż śmiech, który rodzi naprawdę dobra komedia. Rzecz ocenia się jako doskonałą lub niedoskonałą, nieraz tak bywa. Lecz żadna ogólna opinia estetyczna nie pasuje do farsy, która nie potrafi ujednolicić nastroju bardziej wykształconej publiczności, bo rezultat zależy w znacznym stopniu od działania i napięcia samego widza. Indywidualność ujawni się wówczas w nowym znaczeniu i dzięki rozkoszowaniu się sztuką zostanie wyzwolona od estetycznych zobowiązań wobec tradycji, zmuszającej, by podziwiać, śmiać się, być wzruszonym itd. Oglądanie farsy jest dla wykształconego człowieka tym samym co gra na loterii, w dodatku pozbawiona nieprzyjemności związanych z wygraniem pieniędzy. Ale taka niepewność nie odpowiada publiczności teatralnej, która często bagatelizuje farsę lub ją wyniośle pomija, co zresztą na złe wychodzi samej publiczności. Publiczność teatralna odznacza się zazwyczaj ograniczoną głębią, chce zatem... a w każdym razie wmawia sobie, że teatr ją uszlachetnia i wychowuje. Chciałaby mieć, a co najmniej chciałaby wmówić sobie, że otrzyma niezwykłe artystyczne przeżycie. Gdy tylko zauważy plakat, natychmiast chce wiedzieć, jaki będzie wieczór. Ale takich umów nie można zawierać z farsą, gdyż ta sama farsa może dostarczyć najróżniejszych wrażeń. Zupełnie nieoczekiwanie może się okazać, że najlepiej wystawiona farsa nie pozostawi żadnego wrażenia. Nie można tu polegać ani na sąsiadach mieszkających obok, ani tych naprzeciwko, ani na wypowiedziach opiniotwórczych gazet. Czy przedstawienie było, czy też nie było dowcipne? Tę sprawę każdy musi załatwić ze sobą i jak dotąd żadnemu recenzentowi nie udało się przepisać odpowiedniego ceremoniału52 wykształconej, a oglądającej farsę teatralnej publiczności. Tutaj nie może powstać żaden bon ton [fr. dobry ton, konwencja].
Zostaje zawieszona uspokajająca umowa o wzajemnym poważaniu, jaką zawiera teatr i publiczność. Oglądając farsę, możesz znaleźć się w najbardziej nieoczekiwanym nastroju, nigdy zatem nie możesz być pewien, czy zachowywałeś się w teatrze jak godny członek towarzystwa i czy śmiałeś się i płakałeś w odpowiednich chwilach.
Będąc sumiennym widzem, nie podziwiasz delikatnego rysunku charakterów (które istnieją w dramacie), gdyż postacie farsy są rysowane „ogólnie", wedle abstrakcyjnego wzoru. Sytuacje, akcja sceniczna i repliki są skrojone według tego wzoru. Można więc równie dobrze popaść w melancholię, jak i wybuchnąć śmiechem. W farsie nic nie powstaje za sprawą ironii. Tu wszystko jest naiwnością, widz sam musi działać, gdyż naiwność farsy jest przecież tak iluzoryczna, że wykształcony widz nie potrafi jej przyjąć w naiwności ducha. Lecz wielka część zabawy leży właśnie w samoodniesieniu się widza do farsy. To zadanie widz musi podjąć sam, nie zaś szukać na prawo i lewo (lub w gazetach) gwarancji, że istotnie dobrze się bawi. Za to dla wykształconego widza, który ponadto jest na tyle śmiały, by bawić się solo,
