Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Powroty mogą być różne: sentymentalne lub gorzkie, z własnej woli lub z przymusu, realne i wyobrażone. Ale czy da się wrócić do czasów dzieciństwa bez konfrontacji z całym światem wspomnień? To właśnie po nie Ernaux wraca do rodzinnego Yvetot.
Najpierw myślami cofa się do 1952 roku, kiedy jako dwunastolatka była świadkiem sceny, która na zawsze naznaczyła ją najgłębszym wstydem: pewnego popołudnia ojciec próbował zabić jej matkę. Ten obraz uruchamia namysł nad naturą wstydu, jego klasowym uwikłaniem, pozwala wydobyć z pamięci kolejne sceny i szczegóły, które – niczym w Latach – układają się panoramę miejsca i czasu, portret rodziny, miasteczka, zwyczajów, które ten gest tak wstrząsająco naruszył.
Wraca też jak najdosłowniej – na zaproszenie władz miasta, które przyjęła po raz pierwszy dopiero w latach dwutysięcznych. To okazja, by topografię pamięci nałożyć na namacalną siatkę ulic i by opowiedzieć o miasteczku z własnych wspomnień tym, którzy tak dobrze je znają. „Ostatecznie – mówi pisarka - »wykorzystałam« przecież Yvetot, miejsca i ludzi, których znałam. A potem, choć tak wiele wzięłam z miasteczka mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, nic mu właściwie nie chciałam oddać”.
Teraz prowadzi nas po nim, domykając tym samym cykl opowieści o dzieciństwie, rodzicach i świecie, który przetworzyła w literaturę.
Na tom składają się: Wstyd (La Honte)i Powrót do Yvetot (Retour à Yvetot).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 159
Data ważności licencji: 12/12/2027
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuły oryginałów francuskich: La honte; Retour à Yvetot
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografie na okładce © Apic / Getty Images; © Hurault / Roger Viollet via Getty Images
Wszystkie ilustracje i zdjęcia w książce pochodzą z prywatnego archiwum autorki
La honte© by Éditions Gallimard, Paris, 1997
Retour à Yvetot© by Éditions du Mauconduit, 2013
This edition is published by arrangement with Éditions du Mauconduit in conjunction with its duly appointed agent Books And More Agency #BAM, Paris, France, and Renata de La Chapelle Agency. All rights reserved
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026
Copyright © for the Polish translation by Anastazja Dwulit, 2026
Redakcja Magdalena Budzińska
Korekta Aleksandra Jastrzębska / d2d.pl, Jędrzej Szulga / d2d.pl
Skład Robert Oleś
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-273-3
Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Wołowiec 2026
Wydanie I
Dla Philippe’a V.
Język nie jest prawdą. To sposób, w jaki istniejemy w świecie.
Paul Auster, Wynaleźć samotność(przeł. Krzysztof Zabłocki)
Ojciec chciał zabić matkę pewnej czerwcowej niedzieli wczesnym popołudniem. Za kwadrans dwunasta poszłam jak zwykle do kościoła. Wracając, miałam przynieść ciastka z cukierni w pasażu handlowym – skupisku prowizorycznych budyneczków skleconych po wojnie na czas odbudowy. W domu zdjęłam niedzielny strój i włożyłam sukienkę, którą łatwo było wyprać. Zaraz po wyjściu klientów przymknęliśmy okiennice w witrynie sklepu i usiedliśmy do posiłku – pewnie przy włączonym radiu, bo puszczano o tej porze audycję satyryczną Przed sądem z Yves’em Deniaudem w roli nieudacznika, któremu sędzia meczący jak koza zarzuca żałosne występki, by zaraz skazać go na śmieszne kary. Matka była w złym nastroju. Kłótnia, którą wszczęła z ojcem, gdy tylko usiadła, trwała przez cały obiad. Naczynia umyte, cerata wytarta, a ona dalej robiła mu wyrzuty, kręcąc się w kółko – jak zawsze gdy była rozdrażniona – po kuchni, czyli skrawku miejsca między kawiarnią, sklepem a schodami na piętro. On siedział przy stole, gapił się w okno i nie reagował. Nagle zaczął dyszeć i trząść się konwulsyjnie. Wstał. Widziałam, jak chwyta matkę i ciągnie do kawiarni, krzycząc ochrypłym, obcym głosem. Uciekłam na górę, rzuciłam się na łóżko i wcisnęłam głowę w poduszkę. Wtedy usłyszałam jej wrzask: „Córeczko!”. Głos dochodził z piwniczki przy kawiarni. Zbiegłam po schodach, wołając co sił w płucach: „Na pomoc!”. W słabo oświetlonym pomieszczeniu ojciec jedną ręką ściskał matkę za ramię, może za szyję. W drugiej trzymał toporek do drewna zazwyczaj wbity w stojący obok pieniek.
Pamiętam tylko szlochy i krzyki. Potem cała nasza trójka znów była w kuchni. Ojciec siedział przy oknie, matka stała przy kuchence, ja kucałam na dole schodów. Płakałam, nie mogłam przestać płakać. Ojciec wciąż nie doszedł do siebie, ręce mu się trzęsły, dalej mówił tym dziwnym, obcym głosem. W kółko powtarzał: „Dlaczego płaczesz, przecież tobie nic nie zrobiłem”. Pamiętam, jak wypowiadam takie zdanie: „Oszaleję przez ciebie”. W końcu matka powiedziała: „Dobra, już po wszystkim”. Za chwilę zebraliśmy się we trójkę na przejażdżkę rowerową po okolicznych wioskach. Po powrocie rodzice otworzyli kawiarnię, normalnie, jak w każdy niedzielny wieczór. Nigdy nie wróciliśmy do tej sprawy.
To był 15 czerwca 1952 roku. Pierwsza konkretna, pewna data mojego dzieciństwa. Wcześniejsze dni, daty zapisywane na szkolnej tablicy i w zeszytach jakby tylko przepływały.
Paru moim mężczyznom wyznałam: „Kiedy miałam niecałe dwanaście lat, mój ojciec chciał zabić moją matkę”. Pragnęłam to mówić tylko tym, dla których traciłam głowę. Potem zawsze zapadała cisza. Widziałam, że popełniam błąd, że nie są w stanie tego do siebie dopuścić.
Opisuję tę scenę po raz pierwszy. Dotąd nie umiałam, nawet w prywatnym dzienniku. Jakby to było coś zakazanego, coś, za co grozi kara. Na przykład w postaci niemożności napisania czegokolwiek (więc ulga, gdy stwierdzam, że wciąż piszę jak dawniej, że nic strasznego się nie stało). Zresztą odkąd udało mi się opisać tę historię, mam wrażenie, że to był w gruncie rzeczy banalny przypadek, rzecz zdarzająca się w innych domach częściej, niż sobie wyobrażałam. A może jest tak, że opowieść, każda opowieść, banalizuje czyn, nawet najbardziej dramatyczny. Lecz skoro zawsze miałam tę scenę w sobie jako obraz bez słów i zdań – poza tym jednym, które mówiłam kochankom – słowa, których użyłam do jej opisania, wydają się obce, właściwie niestosowne. Stała się sceną dla innych.
Nim zaczęłam to pisać, wierzyłam, że zdołam odtworzyć każdy szczegół. Okazało się, że tak naprawdę zapamiętałam tylko atmosferę, miejsca, które zajmowaliśmy w kuchni, parę zdań. Nie wiem, o co poszło, o co się pokłócili. Nie wiem, czy mama miała na sobie biały fartuch sprzedawczyni, czy już go zdjęła z myślą o przejażdżce. Nie wiem, co jedliśmy. Nie zachowałam też żadnego wyraźnego wspomnienia z tamtego niedzielnego poranka poza ramami zwyczajnych zajęć, jak wyjście na mszę i do cukierni, choć przecież musiałam, jak to robiłam później, gdy chodziło o inne zdarzenia, często wracać myślami do czasu sprzed tego zajścia. Pewna jestem, że byłam ubrana w niebieską sukienkę w białe groszki, bo przez następne dwa lata, dopóki ją nosiłam, myślałam o niej zawsze „sukienka, którą miałam na sobie wtedy”. Wiem też, jaka była pogoda – na przemian słońce, chmury i wiatr.
Z czasem tamta niedziela stała się jakby filtrem pomiędzy mną a wszystkim, co przeżywałam. Bawiłam się, czytałam, zachowywałam się jak zawsze, lecz tak naprawdę mnie tam nie było. Wszystko stało się sztuczne. Zaczęłam mieć problemy z nauką, choć wcześniej wystarczyło, żebym raz coś przeczytała. Zawieszona w próżni nadświadomość zastąpiła nonszalancję uczennicy ufnej w swoje zdolności.
Tamtego wydarzenia nie da się ocenić. Ojciec, który mnie uwielbiał, chciał zabić matkę, która też mnie uwielbiała. Uważałam za rzecz naturalną, że matka krzyczy na ojca tak samo jak na mnie, bo była bardziej od niego religijna, bo to ona zarządzała pieniędzmi i chodziła na wywiadówki. Nikt nie był winny, bo nie było żadnej winy. Musiałam tylko nie dopuścić, żeby ojciec zabił matkę i poszedł do więzienia.
Mam wrażenie, że miesiącami, wręcz latami czekałam na powrót tamtej sceny. Przekonana, że się powtórzy. Czułam się pewniej w obecności klientów, bałam się chwil, kiedy zostawaliśmy we trójkę, wieczorów i niedzielnych popołudni. Czujnie reagowałam na każdy podniesiony głos. Obserwowałam ojca, jego twarz, dłonie. W zapadającej znienacka ciszy wietrzyłam zapowiedź nieszczęścia. W szkole zastanawiałam się, czy przed moim powrotem do domu nie dojdzie do tragedii.
Kiedy zdarzało im się okazywać sobie czułość – uśmiechem, porozumiewawczą miną czy żartem – miałam wrażenie, że wróciłam do czasów sprzed tamtego wydarzenia. Jakby to był tylko „zły sen”. Lecz chwilę później zdawałam sobie sprawę, że ten przejaw uczuć miał sens tylko w momencie, w którym się wydarzył, że nie daje żadnej gwarancji na przyszłość.
W tamtych czasach często leciała w radiu dziwna piosenka naśladująca odgłosy bójki w saloonie. W pewnym momencie wszystko milkło, jakiś głos szeptał: „Cicho jak makiem zasiał” – i znów następował wybuch krzyków, niezrozumiałych słów. Ilekroć jej słuchałam, chwytał mnie lęk. Pewnego dnia wujek, z czytanym właśnie kryminałem w ręku, zapytał: „Co byś zrobiła, gdyby twojego tatę oskarżono o morderstwo, którego nie popełnił?”. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Wszędzie widziałam ślady zbrodni, do której nie doszło.
Ale nic się nie wydarzyło. Ojciec zmarł piętnaście lat później, też w czerwcową niedzielę.
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że rodzice musieli przecież rozmawiać o tamtej niedzielnej scenie, że zachowanie ojca znalazło wytłumaczenie lub usprawiedliwienie, że pewnie postanowili o wszystkim zapomnieć. Może nocą, kiedy skończyli się kochać. Ta myśl, jak wszystkie, które nam umykają, przyszła za późno. Dziś w niczym mi już nie pomoże, jej ówczesny brak świadczy tylko o potędze grozy bez słów, jaką była dla mnie tamta niedziela.
W sierpniu pewna angielska rodzina zatrzymała się na biwak przy mało uczęszczanej drodze na południu Francji. Rano znaleziono ich martwych – ojca, sir Jacka Drummonda, jego żonę, lady Ann, i ich córkę Elizabeth. Najbliższe gospodarstwo należało do rodziny włoskiego pochodzenia nazwiskiem Dominici. O potrójne morderstwo najpierw oskarżono ich syna Gustave’a. Dominici słabo mówili po francusku, pewnie gorzej niż Drummondowie. Ja po angielsku i po włosku znałam tylko „do not to lean outside” i „è pericoloso sporgersi”, zdania umieszczane na tabliczkach przy oknach w pociągu obok francuskiego „ne pas se pencher au-dehors”, „nie wychylać się”. Dziwiliśmy się, że zamożni ludzie woleli spać pod gołym niebem niż w hotelu. Wyobrażałam sobie, jak wraz z rodzicami leżę martwa na poboczu.
Z tamtego roku zostały mi dwa zdjęcia. Pierwsze z komunii. „Fotografia artystyczna”, czarno-biała, wklejona do okolicznościowej karty zdobnej w wypukłe ślimakowate wzory i przysłonięta półprzezroczystym pergaminem. W środku sygnaturka fotografa. Na zdjęciu dziewczynka z okrągłą, gładką buzią, wyrazistymi kośćmi policzkowymi i zaokrąglonym nosem o szerokich nozdrzach. Duże okulary w jasnych oprawkach sięgają do połowy policzków. Wzrok wbity w obiektyw. Krótkie, ondulowane włosy wysuwają się z przodu i z boku spod związanego luźno pod brodą czepka z welonem. W kąciku warg igra lekki uśmieszek. Powaga dziewczynki, trwała i okulary dodają jej lat. Pozuje na klęczniku z łokciami na wyściełanej podpórce. Twarz wspiera na szerokich, splecionych dłoniach ozdobionych pierścionkiem na małym palcu. Owijający dłonie różaniec opada na leżący niżej modlitewnik i zdjęte rękawiczki. Sylwetka w muślinowej sukience, z paskiem zawiązanym luźno jak wstążki czepka, zdaje się zamazana, rozmyta. Jakby pod tym habitem małej zakonnicy nie było ciała, bo nie potrafię go sobie wyobrazić, a tym bardziej poczuć tak, jak je czuję dzisiaj. Dziwna jest świadomość, że to przecież to samo ciało.
To zdjęcie z 5 czerwca 1952 roku. Nie zrobiono go w dniu mojej pierwszej komunii, to znaczy w 1951 roku, tylko nie wiedzieć czemu w uroczystą rocznicę komunii, kiedy powtarza się ceremonię w tym samym stroju.
Na drugim zdjęciu, małym, w prostokątnym formacie, stoję z ojcem przed murkiem ozdobionym kwiatami w glinianych dzbankach. To było w Biarritz pod koniec sierpnia 1952 roku, pewnie na deptaku ciągnącym się wzdłuż niewidocznego na fotografii morza, podczas wycieczki do Lourdes. Mam wtedy góra metr sześćdziesiąt, bo głową ledwo sięgam nad ramię ojca, który mierzył metr siedemdziesiąt trzy. Przez trzy miesiące włosy zdążyły mi urosnąć, tworząc kędzierzawą koronę przewiązaną wstążką. Zdjęcie jest niezbyt ostre, zrobione aparatem skrzynkowym, który moi rodzice wygrali przed wojną na jakimś festynie. Twarz w okularach jest zamazana, ale widać, że rozciągam usta w uśmiechu. Jestem w białej spódnicy i bluzce, które mi sprawiono na święto młodzieży szkół chrześcijańskich. Żakiet zarzuciłam na ramiona, puste rękawy wiszą swobodnie. Robię wrażenie szczupłej, wiotkiej – to dzięki spódnicy ściśle opinającej biodra, a niżej rozkloszowanej. W tym stroju wydaję się małą kobietą. Ojciec jest w ciemnej marynarce, jasnej koszuli i spodniach, pod szyją ma ciemny krawat. Blady uśmiech ledwo przebija spod jego zwykle zatroskanej miny, jaką widać na wszystkich zdjęciach. Zapewne zachowałam właśnie to, bo tylko na nim wyglądamy jak ludzie, którymi nie byliśmy, eleganccy wczasowicze. Na obu zdjęciach uśmiecham się z zamkniętymi ustami, chcę ukryć krzywe, zepsute zęby.
Przyglądam się fotografiom tak długo, aż z głowy znika wszelka myśl, jakbym wpatrując się w nie, mogła wejść w ciało i w umysł tej dziewczyny, która była tam, pewnego dnia, na klęczniku w zakładzie fotograficznym, w Biarritz ze swoim ojcem. Ale przecież gdybym nigdy ich nie widziała, gdyby pokazano mi je po raz pierwszy, nie uwierzyłabym, że to ja (pewność, że „to ja”, niemożność rozpoznania samej siebie, „to nie ja”).
Oba zdjęcia dzieli odstęp zaledwie trzech miesięcy. Pierwsze zrobiono na początku czerwca, drugie pod koniec sierpnia. Za bardzo różnią się formatem i jakością, by wyraźnie pokazać zmiany, jakie zaszły w mojej sylwetce i twarzy, ale dla mnie to dwa znaki milowe czasu – pierwsze, komunijne, wyznacza koniec dzieciństwa, drugie pokazuje początek epoki nieustannego wstydu. Może chodzi mi tylko o wykrojenie z tamtego lata – jak by to zrobił historyk – pewnego konkretnego odcinka (mówienie „owego lata” lub „tamtego lata, gdy skończyłam dwanaście lat” jest uromantycznianiem tego, co nie było bardziej romantyczne niż obecne lato 1995 roku, którego nawet nie mogę sobie wyobrazić w przyszłości w postaci czarownej wizji, jaką sugeruje wyrażenie „owego lata”).
Z materialnych śladów tamtego roku zostały mi także:
czarno-biała pocztówka ze zdjęciem Elżbiety II. Podarowała mi ją córka znajomych moich rodziców z Hawru, która pojechała z klasą do Anglii na koronację. Na odwrocie mała brązowawa plama, która była tam już w chwili, gdy dostałam pocztówkę, bardzo mnie brzydziła. Natrafiając na tę kartkę, zawsze myślałam o plamie. Twarz Elżbiety II pokazano z profilu, patrzy w dal, krótkie czarne włosy zaczesane do tyłu, duże usta powiększone ciemną szminką. Lewa dłoń spoczywa na futrzanym kołnierzu, prawa trzyma wachlarz. Nie umiem sobie przypomnieć, czy wydawała mi się piękna. Może w wypadku królowej nie stawia się takich pytań.
mały przybornik do szycia z czerwonej skóry bez zawartości – nożyczek, szydełka, szydła krawieckiego i tym podobnych – prezent świąteczny, który wolałam od podkładki na biurko, bo bardziej przydawał się w szkole.
pocztówka z wnętrzem katedry w Limoges, którą wysłałam mamie z wycieczki do Lourdes. Na odwrocie dużymi literami: „W Limoges hotel świetny, przyjeżdża tu mnóstwo obcokrajowców. Ściskam mocno”, potem moje imię i „tata”. Adres napisany ręką ojca. Stempel pocztowy: 22 VIII 52.
albumik z pocztówkami Twierdza w Lourdes. Muzeum Pirenejskie, który zapewne kupiłam, zwiedzając to miejsce.
nuty i tekst piosenki Voyage à Cuba – złożona na pół niebieska kartka, na pierwszej stronie łódeczki z nazwiskami artystów, którzy śpiewali lub grali ten utwór: Patrice i Mario, siostry Étienne, Marcel Azzola, Jean Sablon i inni. Skoro tak bardzo pragnęłam zdobyć to na własność, że udało mi się wyciągnąć od matki pieniądze na rzecz w jej oczach zupełnie bzdurną, a przede wszystkim nieprzydatną w szkole, to piosenka musiała mi się wyjątkowo podobać. Bardziej niż przeboje tamtego lata, Ma p’tite foliei Mexico, które nucił jeden z kierowców autokaru podczas wycieczki do Lourdes.
modlitewnik, który wystaje spod rękawiczek na komunijnym zdjęciu, Mszał rzymski z dodaniem nabożeństw nieszpornych ojca Gaspara Lefebvre’a z Brugii. Każdą stronę podzielono na dwie kolumny, łacińską i francuską, z wyjątkiem środkowej części, „ordinarium mszy” – tu cała prawa strona jest po francusku, a lewa po łacinie. Na początku „kalendarz liturgiczny świąt stałych i ruchomych na lata 1951–1968”. Dziwne daty, książeczka zdaje się tak ponadczasowa, że równie dobrze mogłaby powstać kilka wieków wcześniej. Powracające słowa: tajemnica, graduał, werset zawsze były dla mnie niejasne (nie pamiętam zresztą, żebym próbowała je zrozumieć). Czuję głębokie zdziwienie, wręcz niepokój, kartkując modlitewnik, napisany – mam wrażenie – w jakimś ezoterycznym języku. Rozpoznaję wszystkie słowa i mogłabym, nie patrząc w tekst, odmówić dalszy ciąg Agnus Dei czy innej krótkiej modlitwy, ale nie umiem rozpoznać siebie w dziewczynce, która w każdą niedzielę i święto pilnie, a może i z zapałem powtarza słowa mszy, przekonana, że zaniechanie tego oznacza grzech. Jak zdjęcia świadczą o moim ciele z 1952 roku, tak modlitewnik, który nie bez przyczyny przetrwał wszystkie przeprowadzki, jest niezbitym materialnym dowodem religijnego uniwersum, do którego należałam, nim stało się ono czymś obcym. Nie czuję tego zażenowania, słuchając Voyage à Cuba, piosenki opowiadającej o miłości i podróżach, dwóch rzeczach, których wciąż w życiu pragnę. Po prostu nucę sobie z przyjemnością:
Było dwóch chłopców, dwie dziewczyny,
W łódeczce, której masztów brak,
Zwał się nasz okręt „Serce Niny”,
Na Kubę wiódł nas morski szlak.
Od kilku dni żyję tą sceną z czerwcowej niedzieli. Pisząc, widziałam ją „jak na dłoni” – w kolorze, wyraźnie, słyszałam nawet nasze głosy. Teraz poszarzała, zatraciła spójność, oniemiała, jak oglądany bez dekodera film na kanale satelitarnym. Ujęcie w słowa nie dodało jej sensu. Wciąż jest tym, czym była od 1952 roku, szaleństwem i śmiercią, czymś, z czym nieustannie zestawiałam większość wydarzeń z mojego życia, by ocenić, jak bardzo były bolesne – lecz nic jej nie dorównało.
Jeżeli – na co wskazują pewne oznaki: potrzeba powrotu do napisanych zdań, niemożność zajęcia się czymkolwiek innym – zaczynam właśnie nową książkę, znaczy to, że podjęłam ryzyko ujawnienia wszystkiego naraz. Chwilowo są tylko surowe fakty. A ja chcę skruszyć tę zastygłą przez lata scenę, chcę, by przestała być świętą ikoną w moim wnętrzu (że nią jest, świadczy chociażby przekonanie, że to ona kazała mi pisać, że tkwi u źródła moich książek).
Nie oczekuję niczego od psychoanalizy ani psychologii rodziny, których podstawowe wnioski przyswoiłam dawno temu: dominująca matka, ojciec, który morderczym gestem wyrywa się ze swojej uległości i tak dalej. Sformułowania takie jak „rodzinna trauma” czy „tego dnia upadli bogowie dzieciństwa” nijak się mają do sceny, dającej się wyrazić tylko za pomocą tego zwrotu, który pojawił się wtedy w mojej głowie – „oszaleję od tego”. Abstrakcyjne słowa są tu dla mnie nieosiągalne.
Wczoraj poszłam do archiwum w Rouen przejrzeć „Paris-Normandie” z 1952 roku, dziennik, który gazeciarz codziennie przynosił rodzicom. Nigdy dotąd się na to nie odważyłam, jakbym otwierając czerwcowy numer, znów mogła „od tego oszaleć”. Wchodząc po schodach, czułam się jak w drodze na jakieś przerażające spotkanie. Do pomieszczenia na poddaszu ratusza przyniesiono mi dwa wielkie czarne tomy z całym rocznikiem gazety. Zaczęłam od 1 stycznia. Chciałam opóźnić dotarcie do 15 czerwca, przeżyć znowu niewinne dni poprzedzające tę datę.
W prawym górnym rogu pierwszej strony zamieszczano prognozę pogody ojca Gabriela. Nie umiałam niczego z pogodą powiązać, żadnych gier, żadnych spacerów. Nie było mnie w tym wyznaczającym upływ czasu korowodzie chmur, słońca, przejaśnień, podmuchów wiatru.
Kojarzyłam większość pojawiających się wydarzeń: wojna w Indochinach, Korea, zamieszki w Orléansville, plan Pinaya, ale nie umieściłabym ich konkretnie w 1952 roku – wiedzę o nich zyskałam pewnie w późniejszym życiu. Tytuły Eksplozja sześciu rowerów z plastikowym ładunkiem wybuchowym w Sajgonie czy Duclos uwięziony we Fresnes za zamach na bezpieczeństwo narodowe nie łączyły się z żadnym obrazem mnie samej w 1952 roku. To, że Stalin, Churchill i Eisenhower byli dla mnie wtedy tak samo żywi jak teraz Jelcyn, Clinton i Kohl, wydawało się dziwne. Niczego nie rozpoznawałam. Było tak, jakbym nie żyła w tamtych czasach.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
