Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 270 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Post-Polonia - Marcin Wolski

Dokąd zmierza Polska? Czy do Post-Polonii?

"Post-Polonia" to najnowsza powieść Marcina Wolskiego – mistrza satyry i przenikliwego obserwatora rzeczywistości! Książka jest celną parodią współczesnej sytuacji polityczno-społecznej w Polsce i Unii Europejskiej. Autor ukazuje w krzywym zwierciadle potencjalne – nieodległe w czasie! – konsekwencje obecnych wyborów politycznych i zmian społeczno-ekonomicznych.



Jest rok 2020. Polska po rządami Partii Obiecanek, prezydenta Wronisława Gomorrowskiego i marszałka sejmu Moczypsa chyli się ku upadkowi – zostaje przyłączona do Królestwa Szwecji. Wewnątrz podbitego narodu powstaje ruch odnowy i odbudowy Rzeczpospolitej, z którym ściśle powiązane są losy galerii bohaterów powieści. Wśród malowniczych postaci są: Emilia Fajans – ,,tirówka”, potencjalna kandydatka na bohaterkę narodową; Michałek Księdzów  – syn ludu i mistrz hackerstwa; Janosik Glizda Kościeliski – góral i zbójnik; Kordian Chamiak  – sfrustrowany porucznik BOR-u, a także ich bliscy i współpracownicy, zakonnicy, funkcjonariusze służb i urzędów polskich i szwedzkich wszystkich szczebli, górale, przedstawiciele marginesu i wielu, wielu innych.


A jak będzie naprawdę?
Pożyjemy, zobaczymy.


Marcin Wolski – pisarz, dziennikarz i satyryk, autor ponad 60 książek. Otrzymał wiele nagród za teksty satyryczne. Jest stałym felietonistą „Gazety Polskiej”, „Dziennika Polskiego” i „Nowego Państwa”, wiceprezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i członkiem ZG Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Pracował w Programie III Polskiego Radia w latach 1969–1982, a w 1989–2007 w Jedynce; obecnie w Trójce po północy prowadzi program Nasz ulubiony ciąg dalszy. Podczas stanu wojennego zwolniony z pracy z zakazem zatrudnienia w mediach. Twórca opozycyjnego kabaretu objazdowego. W 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył Marcina Wolskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a 20 maja 2009 r. otrzymał z rąk ministra kultury i dziedzictwa narodowego złoty medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. "Rok 2020 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały, że nadchodzą czasy niepojęte a straszne. Dowodziła tego mnogość zjawisk niezwykłych, a i pomiędzy zwykłemi zdarzały się takie, które w swym nagromadzeniu dawały powody do niepokoju, aż przesądni mówili, że niechybnie idą na naszą planetę rzeczy ostateczne, a gniew Boży jest blisko. Po raz siódmy w ciągu dekady nawiedziło Japonię niszczycielskie tsunami i tylko niezwykłej organizacji robotnych żółtków można było zawdzięczać, iż liczba ofiar szła w dziesiątki tysięcy, a nie miliony… Z końcem lutego jakowyś obiekt kosmiczny, całkowicie niewidoczny, skosił pięć satelitów telekomunikacyjnych i zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił. W marcu w Grecji urodził się dzieciak, który miast stóp miał nieparzystokopytne raciczki, a w Alabamie nasiliły się plotki, że Elvis zmartwychwstał..
Jeśli idzie o okolicę nam bliższą, zima przyszła nadzwyczajnie sroga i długa, aż Bałtyk zamarzł, co zdarzało się od co najmniej pięciu lat, tym razem jednak lód skuł go już w listopadzie, a puszczać począł dopiero z początkiem maja. Przez ten czas ludzie, korzystając z grubej powłoki, nie tylko szlaki przez Bałtyk wytyczyli, ale też postawili tam dziesiątki tymczasowych fast foodów, przy czym McDonaldy upodobały sobie szczególnie szlak ze Świnoujścia do Kopenhagi, a Pizze Hut – z Gdańska do Sztokholmu. Sprzyjało to wzmocnieniu kontaktów polsko-szwedzkich, które nigdy nie były lepsze. Mnóstwo Szwedów, zbrzydziwszy sobie mroczne zimy, nabywało w Polsce wille i włości; dziesiątki firm, paraliżowanych przez śnieg i mróz, przenosiły się za Bałtyk. W ślad za drobnym biznesem podążały banki, koncerny medialne i telekomunikacyjne… Nawet w garkuchniach dla bezrobotnych coraz popularniejszy był szwedzki stół"..

Opinie o ebooku Post-Polonia - Marcin Wolski

Fragment ebooka Post-Polonia - Marcin Wolski

POST-POLONIA

Marcin Wolski

Redaktor techniczny:

Ewa Czyżowska

Łamanie:

Edycja

Redakcja:

Anna Milewska

Korekta:

Katarzyna Kierejsza

Projekt okładki:

Radosław Krawczyk

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2012

ISBN 978-83-7595-456-2

ISBN wersji cyfrowej 978-83-7595-415-9 

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail: mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

www.mwydawnictwo.pl

Osoby zdecydowanie fikcyjne:

Emilia Fajans – potencjalna dziewica bohater

Michałko Księdzów – syn ludu i mistrz hakerstwa

Janosik Glizda Kościeliski – góral i zbójnik

Kordian Chamiak – porucznik BOR-u

Jego matka Salomea Łęcka – wizjonerka

Ksiądz Marek Wądołowicz – kaznodzieja Radia Gloryja

Patrycja Osierdzie – dziecko płci żeńskiej

A także ich bliscy, współpracownicy, zakonnicy, funkcjonariusze polscy i szwedzcy wszystkich szczebli, górale, przedstawiciele marginesu, osoby spotkane w podróży oraz doradcy – intelektualiści...

Jeśli zaś chodzi o resztę osób, ich podobieństwo do postaci realnych jest zamierzone, złośliwe, jednak ich działania i motywy – całkowicie wymyślone.

PROLOG

Rok 2020 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały, że nadchodzą czasy niepojęte a straszne. Dowodziła tego mnogość zjawisk niezwykłych, a i pomiędzy zwykłemi zdarzały się takie, które w swym nagromadzeniu dawały powody do niepokoju, aż przesądni mówili, że niechybnie idą na naszą planetę rzeczy ostateczne, a gniew Boży jest blisko.

Po raz siódmy w ciągu dekady nawiedziło Japonię niszczycielskie tsunami i tylko niezwykłej organizacji robotnych żółtków można było zawdzięczać, iż liczba ofiar szła w dziesiątki tysięcy, a nie miliony. To znów w Rio objawił się wirus dziwny, wielce morderczy, który w miastach Iberoameryki szerzyć się począł, a jeśli dopadł dziecinę poniżej trzynastego roku życia, kosił ją bezlitośnie, na podobieństwo żniwiarza, osobliwie oszczędzając ludzi dojrzałych, a także poprodukcyjnych starców. Powiadano, że bakcyl uciekł z jakiegoś tajnego laboratorium, w którym próbowano znaleźć trutkę na bezdomne bachory ze slumsów, jednakowoż kiedy się rozhasał, nie patrzył już na status społeczny, rasowy czy kulturalny, niosąc śmierć gwałtowną a bolesną.

Z końcem lutego jakowyś obiekt kosmiczny, całkowicie niewidoczny, skosił pięć satelitów telekomunikacyjnych i zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił. W marcu w Grecji urodził się dzieciak, który miast stóp miał raciczki, a w Alabamie nasiliły się plotki, że Elvis zmartwychwstał.

Jeśli idzie o okolicę nam bliższą, zima przyszła nadzwyczajnie sroga i długa, aż Bałtyk zamarzł, co zdarzało się od co najmniej pięciu lat, tym razem jednak lód skuł go już w listopadzie, a puszczać począł dopiero z początkiem maja. Przez ten czas ludzie, korzystając z grubej powłoki, nie tylko szlaki przez Bałtyk wytyczyli, ale też postawili tam dziesiątki tymczasowych fast foodów, przy czym McDonaldy upodobały sobie szczególnie szlak ze Świnoujścia do Kopenhagi, a Pizze Hut – z Gdańska do Sztokholmu. Sprzyjało to wzmocnieniu kontaktów polsko-szwedzkich, które nigdy nie były lepsze. Mnóstwo Szwedów, zbrzydziwszy sobie mroczne zimy, nabywało w Polsce wille i włości; dziesiątki firm, paraliżowanych przez śnieg i mróz, przenosiły się za Bałtyk. W ślad za drobnym biznesem podążały banki, koncerny medialne i telekomunikacyjne... Nawet w garkuchniach dla bezrobotnych coraz popularniejszy był szwedzki stół.

Wróćmy jednak do meteorologicznych niespodzianek. Ledwie mrozy ustąpiły i zazieleniła się ruń, a sady okryły kwieciem, z południa nadciągnęła szarańcza i zeżarła wszystko, tak że gdyby nie dostawy z Chin i Indii, Bangladeszu i Etiopii, połowa populacji Europy Wschodniej pewnikiem z głodu by pomarła, gdyż na pomoc z Brukseli liczyć nie było można. Wycofanie się Niemiec ze wspólnej waluty i zdominowanie przez muzułmanów rządów Francji i Włoch sprawiły, że zwierzchność Komisji Europejskiej ograniczała się jedynie do zabudowań europarlamentu, jako że samo miasto pozostawało naprzemiennie we władzy kolorowych mafii, to czarnych, to żółtych, a najlepszym symbolem owych zmian było to, że nawet tamtejszy Manneken Pis musiał sikać przez galabiję.

Na tym tle dobre samopoczucie Polaków i ich niezmienna wiara w „zieloną wyspę”, którą oficjalnie ogłoszono III Rzeczpospolitą, mogły uchodzić za europejski ewenement. Rząd Ronalda Ducka panował już trzynaście lat, ciesząc się poparciem około dziewięćdziesięciu siedmiu procent społeczeństwa i ustępując jedynie poziomowi zaufania do prezydenta Wronisława Gomorrowskiego, który osiągał zazwyczaj dziewięćdziesiąt osiem procent. Miałby i dziewięćdziesiąt dziewięć, ale na taki wynik, jako kłócący się ze standardami demokracji, nie zgadzała się Unia Europejska, której członkiem, przynajmniej formalnie, nadal byliśmy. W związku ze zbliżającym się końcem drugiej kadencji jego prezydentury rozważano w kręgach władzy rozmaite warianty, iżby tę znamienitą prezydenturę przedłużyć – poprzez zwiększenie liczby dozwolonych kadencji do trzech lub wprowadzenie monarchii konstytucyjnej. W tym celu dyplomowani heraldycy wywiedli ród Gomorrowskich od Piasta, znajdując liczne afiliacje z Rurykowiczami, Habsburgami, a także Burbonami. Oczywiście ustanowienie króla wymagałoby zmiany konstytucji. Ale w parlamencie, w którym opozycja łącznie miała zaledwie piętnaście procent, nie przedstawiało to najmniejszych trudności, tym bardziej że aktualny marszałek Janusz Moczypies po dokonaniu kolejnej politycznej wolty został przywódcą Partii Monarchistów, a zarządzone przezeń badania opinii publicznej wskazywały, że naród łaknie króla jak kania dżdżu, byleby był to król postępowy, tolerancyjny, hojny i dobrze wypadający w mediach. (Inna sprawa, że pan marszałek pragnął tej korony dla siebie, a nie dla kogoś, kogo w prywatnych rozmowach nazywał „świecznikiem”, bo błyszczał słabo, bał się byle podmuchu i łatwo się wypalał). Jeśli więc ciągle powstrzymywano się przed tym krokiem, to dlatego że wielu innych liderów Partii Obiecanek oskoma na ten urząd brała okrutna. Aspirował Radwan Wróbelski, pełen światowej ogłady spraw zagranicznych minister, i Hanna Tango-Winiary, stołecznego miasta prezydent, takoż sam premier – Ronald Duck, ulubieniec mediów i ludu prostego obrońca.

Po prawdzie niektórzy mawiali, że sięganie dziś po władzę to interes niepewny, bo prędzej czy później Rzeczpospolita pierdyknie. Co gorsza, najlepiej poinformowani twierdzili nawet, że już pierdyknęła, tyle że nikt o tym nie poinformował społeczeństwa, bo po co?

Deficyt budżetowy dawno przekroczył produkt krajowy brutto, a bardak w Unii sprawiał, że choćby i chciano udzielić pomocy, to nie było z czego.

Ostateczne bankructwo Grecji zakończyło się wyprzedażą tamtejszych wysp. Zrazu myślano, że skorzystają na tym Niemcy, ale ponieważ doszło do licytacji, przebili wszystkich Chińczycy, Arabowie i Amerykanie. W ten prosty sposób Kreta stała się Nową Kolumbią, Rodos – Wspólnotą im. Teng Siao-pinga, a budząca podejrzane skojarzenia Lesbos – Al Dżazirą.

 Jeszcze gorzej działo się w Hiszpanii, która w zamian za spłatę długów musiała zgodzić się na restytucję emiratu Grenady. I tak nad południowym skrajem kontynentu po pięciuset dwudziestu pięciu latach załopotał ponownie zielony sztandar proroka, wbity w szczyt góry o znamiennej nazwie Almanzor.

Jednak większość tych informacji nie przebiła się do polskiego społeczeństwa, no bo jak? Z ogólnie dostępnych kanałów zniknęły wiadomości, a jeśli nawet tu i ówdzie się pojawiały, dotyczyły katastrof żywiołowych, zdarzeń niezwykłych oraz celebrytów.

Dlatego kiedy nastał historyczny dzień 4 czerwca 2020 roku, nikt z głównych bohaterów naszej opowieści nie miał pojęcia ani o szczególnej wadze tej daty, ani o roli, jaką przyjdzie im rychło odegrać w okrutnych terminach, które na Rzeczpospolitą nadejdą. Ignorancja owa wypływała z różnych powodów. Janosik Glizda Kościeliski, młody woźnica z Zakopanego, był kompletnie nietrzeźwy, tak że jego koń zdążył zrobić już trzy kursy z Łysej Polany pod Wodogrzmoty Mickiewicza, nim jego pan otworzył oko i poprosił chabetę, aby skombinowała mu jakieś piwo. Michałko Księdzów znajdował się akurat na zwolnieniu warunkowym i za cholerę nie zamierzał z niego wracać, Emilia Fajans, jak co dzień (z wyjątkiem świąt i niedziel), udała się na drogę między Augustowem a Suwałkami, żeby proponować swe usługi kierowcom tirów, a ksiądz Marek Wądołowicz postanowił nieodwołalnie przeprowadzić rozmowę z Ojcem Dyrektorem Radia Gloryja na temat ostatecznego porzucenia przez niego służby duchownej i zdjęcia sutanny, utracił bowiem wiarę nie tyle w Boga, ile w sens dotychczasowej działalności. Wreszcie porucznik Kordian Chamiak nie miał okazji zastanawiać się głębiej nad niczym. Podjął właśnie swoją codzienną pracę w ramach Brygad Obrony Rzeczypospolitej, polegającą na patrolowaniu placyku z tyłu sejmu, ze słabą nadzieją że kiedykolwiek przyjdzie mu jeszcze wykorzystać swoje niezwykłe umiejętności, nabyte w trakcie szkoleń i paroletniej służby na misjach pokojowych. Wyglądało na to, że każdy zaprzątnięty jest własnymi sprawami i nigdy nie odegra jakiejś szczególnej roli dziejowej.

Wszelako Geniusz Historii postanowił inaczej.

I

4 CZERWCA 2020 ROKU, CZWARTEK, KOŁO POŁUDNIA

Było parno. Po nocnym deszczyku nie pozostało nawet śladu, jeśli nie liczyć wilgotności znacznej, osobliwie dusznej, bardziej lasom tropikalnym właściwej niż Puszczy Augustowskiej, dziś – po intensywnych wyrębach poprzednich dekad – w większej części zamienionej w młodniak samosiejek, którego nikt już nie zamierzał eksploatować. Turyści nazywali dawną puszczę sawanną i faktycznie dzięki wysiłkom ekologów i obrońców praw zwierząt, którzy rozwiązali i rozbili kilka ostatnich cyrków i ogrodów zoologicznych, ów park narodowy roił się od zwierzyny niewystępującej w naszej szerokości geograficznej od plejstocenu. Zebry, antylopy i żyrafy rozmnożyły się bujnie, mimo że stan równowagi utrzymywały lwy i tygrysy, a także zaskakująco dobrze klimatyzujące się w tym regionie białe niedźwiedzie.

Jak ów zwierzostan przeżywał srogie zimy, pozostawało jego słodką tajemnicą, choć dobrze poinformowali twierdzili, że było to skutkiem zmodyfikowanej karmy, którą od lat podrzucali im działacze ekologiczni.

W każdym razie wychodząca na drogę Emilia Fajans oprócz fosforyzujących majtek i mikroskopijnego stanika miała ze sobą komplet sprayów – na bandziorów, na komary, na niedźwiedzie i na krokodyle. Całość uzupełniał osobisty dezodorant intymny, a główny problem, jakim zaprzątała sobie głowę młoda tirówka, polegał na tym, aby pojemników nie pomylić. Dwudziestodwuletnia dziewczyna na szczęście innych rozterek nie miała, a biorąc pod uwagę szalejące w gminie bezrobocie (w rodzinie poza nią wszyscy byli na zasiłku) i systematycznie płaconą dziesięcinę na Kościół, miała na swą działalność zarówno koncesję od wójta, jak i rozgrzeszenie od plebana. Inna sprawa, że o klientów wcale nie było łatwo. Po wejściu Pribałtyki do Związku Nordyckiego, czyli de facto po inkorporacji Litwy, Łotwy i Estonii przez ekspansywną Szwecję, większość ruchu tranzytowego przeniosła się na promy i mało kto z tirowców po dziurawych, krętych drogach chciał podążać. Działacze ekologiczni i owszem, zawsze mieli ochotę na seks, nawet gdy byli protestacyjnie przykuci do drzewa, ale honorarium prędzej można było doczekać się od niedźwiedzia polarnego.

Dlatego do południa Emilia zdołała jedynie wejść w niewielką relację z listonoszem (za pakiet druków reklamowych i bułkę z serem), wypchnęła też z dobroci serca posiadacza przedhistorycznego malucha, który wpadł do rowu, i uraczyła go pakietem usług zniżkowych (jeden numerek normalny, dwa ulgowe i jeszcze jeden gratis) oraz całkowicie za friko uświadomiła seksualnie patrol czterech harcerzy, zdobywających akurat sprawność sobieradka.

Była dwunasta zero osiem, kiedy obok jej stanowiska z furkotem chorągiewek, ozdobionych wielkim żółtym krzyżem, przeleciała – poprzedzana przez motocyklistów – karawana pojazdów na numerach dyplomatycznych, okazałych limuzyn o szybach przydymionych tak, że najwprawniejsze oko nie mogło zobaczyć, co dzieje się we wnętrzu. Emilia miała dotąd doświadczenie z jednym tylko dyplomatą, szoferem z ambasady Białorusi. Jakieś dwa lata temu zagotowała mu się woda w chłodnicy i błagał Fajansównę o pożyczenie wielofunkcyjnego wiaderka, które było jej niezbędne do uprawiania zawodu.

– Użycz mi tej cieczy, użycz mi, dziewczyno! – zawołał śpiewnie.

– Trudno do chłodnicy wlać wodę z mydliną – odparła mu w tej samej konwencji.

– Tedy pójdź nad ruczaj wraz, ślicznotko ruda...

– Chcesz, by się w rozpustę zmieniła Rospuda?

Ale poszli, i faktycznie po wizycie nad ruczajem dobrosąsiedzkie stosunki pobratymczych nacji uległy mocnemu zadzierzgnięciu na tylnym siedzeniu limuzyny. I umacniały się tam aż do zmierzchu, gromadząc wokół kołyszącego się pojazdu tłumy gapiów z okolicznych przysiółków.

– Nie sromaj się, dziewczyno! – uspokajał ją szofer Sasza. – Przez te szyby nie sposób do środka zajrzeć.

– Ja się nie sromam, tylko się zastanawiam, czy nie opuścić szyb i nie brać od widzów za bilety.

Po Saszy pozostało jej uczulenie na białoruską tapicerkę i dziecina maleńka imieniem Aleksandra, którą wychowywały w Łapach tamtejsze zakonnice.

Szwedzka kawalkada się nie zatrzymała, ale nie minęło pół godziny, a dziwna wibracja poczęła poruszać popękaną, pełną kolein nawierzchnią szosy.

– Tiry dwa, nie, pięć? – zgadywała, przybierając zalotną pozycję numer trzy. – Na pięć przynajmniej jeden musi się zatrzymać. – Popatrzyła na wiszący na krzaku baner z napisem: „Sezonowa obniżka cen” i czekała w napięciu, wsłuchana w narastający ryk silników.

Pomyliła się, żaden się nie zatrzymał; mimo że pojazdów było nie pięć, lecz co najmniej dwadzieścia, sunęły wolno z jakąś niezwykłą energią. Nie znała tej marki; dopiero kiedy minęły mostek koło kapliczki, zorientowała się, że są to samochody pancerne.

 *

– Kurwa – zaklął porucznik Kordian, widząc czarnego kota przebiegającego drogę limuzynie wicemarszałka Klawisza. – Tylko tego brakowało!

Kot jakby go usłyszał, albowiem stanął słupka na środku sejmowego podjazdu i po chwili rozległo się głuche plaśnięcie pod oponami czerwonej lancii.

– Kurwa! – zawołał powtórnie Chamiak, lekceważąc regulamin BOR-u, który dopuszczał wprawdzie w uzasadnionych sytuacjach przeklinanie, ale jedynie w głównych językach europejskich. Wszelako ani soczyste bloody bastard, ani wykwintne merde, ani sąsiedzkie donnerwetter czy job twoju mać nie przyszło mu w owym dramatycznym momencie do głowy.

Wiedział, że gorzej być nie może; krążyły legendy, że wicemarszałek przy wszystkich swoich zaletach był od pewnego czasu człowiekiem diablo przesądnym. Myśli rozmaite kłębiły się w głowie młodego BOR-owca, jednak najgorsza była jedna, natrętna: skąd w Warszawie na przednówku mógł się znaleźć kot? Nawet szczury zniknęły, utylizowane w coraz liczniejszych tanich restauracjach należących do przedsiębiorczych Azjatów. Jeszcze przed paru laty można było łatwo oskarżyć o nielegalną hodowlę kotów posła Jarosława Indykiewicza, byłego prezesa Brawa i Spolegliwości, ale od czasu kiedy poddano go przymusowej kuracji psychiatrycznej w Zakładzie Schizofrenii Bezobjawowej, zlokalizowanym na środku jeziora Wiagry, ta kandydatura nie wchodziła w grę.

Stanął więc Kordian, pokornie oczekując reprymendy, ale mecenas Klawisz tylko okno opuścił i krzyknął:

– Posprzątaj to, a żywo, chłopcze, zaraz tu się zjawią Ich Królewskie Wysokości! – zawołał, spluwając na wszelki wypadek przez lewe ramię, zapomniawszy, że z tyłu siedzą dwie urodziwe asystentki bliźniaczki. Auto odjechało; Kordian już chciał się rozejrzeć za szufelką, kiedy czarny kocur wstał, otrzepał się, puścił oko i oddalił się w kierunku nowego hotelu poselskiego. Kordian mógłby przysiąc, że na jego łapkach dostrzega niewielkie, srebrzyste pantofelki...

– Chyba mam halucynacje – mruknął do siebie, zastanawiając się, co też takiego pił przedwczoraj, i dopiero po dłuższej chwili uświadomił sobie, że przecież jest abstynentem.

Jak na funkcjonariusza BOR-u Chamiak był osobą o dość skomplikowanej psychice, choć dużo wysiłku wkładał, aby nie dać tego po sobie poznać. Na pierwszy rzut oka mięśniak, wysoki, barczysty, jasnowłosy, miał duszę tak subtelną, że sam nie mógł się temu nadziwić.

Imię i nazwisko – obu nienawidził w równym stopniu – zawdzięczał swojej matce. Dość wcześnie zauważył, że osobnik wpisany do metryki jako ojciec – Olgierd Chamiak – nigdy nie istniał. Matka zwyczajnie okłamywała syna, twierdząc, że jej pełen rozmaitych talentów narzeczony popełnił samobójstwo, używając niezmiennie poetyckiej formuły: „zabił się młody”. „W takim razie powinienem nazywać się Szpicnagel” – kombinował oczytany w klasyce chłopak.

Przy pomocy pewnego dziennikarza śledczego, który w młodości kolegował się z jego rodzicielką, udało mu się ustalić, że był owocem krótkiego stażu, jaki zaraz po studiach jego matka Salomea Łęcka odbyła w redakcji „Dziennika Wyborczego”, i najprawdopodobniej został poczęty podczas igraszek na biurku z którymś z prasowych asów (niewykluczone, że z samym naczelnym). Mocnym potwierdzeniem tej teorii mogła być głęboka niechęć, z jaką pani Salomea wymawiała słowo „biurko”, nie mówiąc już o wszystkim, co łączyło się z „Dziennikiem”. Przychodziło jej to tym łatwiej, że była od lat warszawską korespondentką Radia Gloryja z Turonia, owej ostoi ciemnogrodu i zacofania. Odkrycie tego prenatalnego fałszerstwa zmieniło gorącą miłość do matki w równie żarliwą niechęć i podyktowało dalsze wybory życiowe. Mimo rozlicznych talentów – jako dziecko grał na pianinie, malował i pisał wiersze – Kordian postanowił zostać zawodowym wojskowym i ku rozpaczy Salomei swój zamysł doprowadził do końca.

Nie zdążył jeszcze na dobre zapomnieć o kocie w butach, kiedy zadzwoniła jego prywatna wideokomórka. Kolejna wtopa! Prywatne rozmowy na służbie były surowo zabronione. Błyskawicznie wyłączył aparat; zdążył zauważyć, że wyświetlił się Sebastian, ale postanowił go zignorować.

Tymczasem bliżej godziny trzeciej poczęły nadjeżdżać kolejne wozy szwedzkich służb, w liczbie – jak na normalną wizytę – zastanawiającej, chociaż ostatnio Skandynawowie mieli hopla na punkcie bezpieczeństwa. Tamtejszy król wprawdzie nadal jeździł do pracy rowerem, ale pancernym. Tym eufemizmem określano jednoślad z pełną osłoną elektroniczną, a także małym polem siłowym, uniemożliwiającym atak z zewnątrz.

Najgorsze, że Sebastian, z wrodzonym sobie uporem, nie zrezygnował z nawiązania kontaktu. Po dwóch próbach przysłał rozpaczliwy SMS: „Dżesika z Izaurą zabraniają mi wstępu do kibla”. Kordian westchnął; jego mamusia od początku podejrzewała, że to musi się tak skończyć. Kiedy ostatni dostojny gość dojechał na miejsce, puścił krótki VMS: „To lej w kuchni, do zlewu!”.

 *

– Ostańcie z Bogiem!

Ozwał się dżingiel, będący twórczą wariacją na temat pieśni My chcemy Boga. Ksiądz Marek zebrał papiery i wyszedł ze studia. Odczuwał ogromne znużenie. Zastanawiał się, jak długo jeszcze da radę ciągnąć ten program, w którego sens nie wierzył.

 „Polska debata” – śmiechu warte! Dyskutantami byli wszak od dość dawna wyłącznie pracownicy Kompleksu Religijnego Radia Gloryja, dzwoniący przez wewnętrzną centralkę i dość nieudolnie zmieniający głosy za pomocą ściskania nosa, wkładania do ust kamyków czy ucisku na struny głosowe. Niestety, łącza ze światem odcięto im parę lat temu na polecenie wojewody turońskiego, ze względu na raport sanepidu. Podobno telefonia komórkowa w tym miejscu zagrażała życiu i zdrowiu łabędzi gnieżdżących się na brzegu Wisły. Natomiast tradycyjny kabel przecięto jeszcze podczas budowy obwodnicy i do dziś go nie podłączono. Dzięki Bogu, działała wewnętrzna centralka, i można było błogosławić przezorność ojców redemptorystów, którzy zdecydowali się w ostatnich latach na gruntowną przebudowę ośrodka i przeniesienie wszystkich studiów na ulicę Świętego Jozefata, gdzie na okolonej murem przestrzeni budynki klasztoru, radia, telewizji i Akademii Kultury Społecznej mogły na razie funkcjonować, sprawiając wszelako wrażenie oblężonej twierdzy. Nie zmieniało to faktu dla Wądołowicza najboleśniejszego – praktycznie gadał w próżnię. Możliwość naziemnego nadawania audycji skończyła się wraz z utratą częstotliwości. „Radio Gloryja nie spełnia europejskich standardów!” – orzekł Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu na wniosek obywatelki Delicji Trylion, której matka na skutek ingerencji klechów i wspomnianego radia przed osiemnastu laty powstrzymała się przed jej wyskrobaniem, skazując nieszczęsną dziewczynę na niechciane życie na tym padole łez.

Oczywiście teoretycznie pozostawała jeszcze sieć internetowa, w której każdy (podobno!) mógł wieszać, co chciał, a ostatnio dobili się tego prawa nawet bezdusznie dyskryminowani przez wieki całe pedofile. Niestety, w III Rzeczypospolitej nie znalazł się żaden operator gotowy wpuścić na swój serwer obrzydliwe i zacofane treści propagowane przez turońską rozgłośnię. Toteż jedynym ratunkiem było nagrywanie audycji na dyski CD i DVD i rozsyłanie ich kurczącej się grupce moherowych słuchaczy przy pomocy kurierów parafialnych. Dzisiejsza rozmowa, która tak zbulwersowała księdza Marka, dotyczyła perspektyw otwierających się przed polską grupą landów wchodzących – przynajmniej teoretycznie – w skład rozsypującej się Mumii Europejskiej.

Rozmówca pierwszy, posługujący się pseudonimem Docent, przekonywał, że rząd planuje zwrócić się o protektorat do Republiki Federalnej Niemiec. Miały trwać na ten temat zakulisowe rozmowy z kanclerzem Mahmudem Abdullachim. Zastawem do czasu spłacenia polskich długów miał być Szczecin, worek żytawski i enklawa gliwicka na Górnym Śląsku. Inna sprawa, że od czasu gdy kanclerzem został Turek, Niemcy mieli dość własnych kłopotów, aby brać na głowę jeszcze polski bardak.

Partner Docenta, tytułowany Profesorem, nie zgadzał się, twierdząc, że pod stołem podpisano już adres do przywódców Rosji w sprawie wejścia Polszy do Układu o Współpracy i Pomocy Wzajemnej.

– Jest to – podkreślał – jedyne wyjście, gdyż inaczej grozi nam agresja ze strony Białorusi i Ukrainy, które, choć suwerennością dorównują Osetii i Abchazji, wojska mają dość, by je pchnąć na Białystok i Rzeszów, do których pretensje okrutne roszczą.

Z obydwiema opiniami nie zgodził się trzeci dyskutant, tytułowany Eminencją.

– W aktualnym stanie Rosji branie sobie na głowę zbankrutowanej Polski byłoby czystym szaleństwem – twierdził. – Tym bardziej że podczas ostatnich wyborów samorządowych władzę w większości miast wschodniej Syberii objęła mniejszość (a de facto już większość) chińska. Państwo rosyjskie w zrównoważonym kształcie euroazjatyckim należy już do przeszłości.

– Zatem, zdaniem Waszej Eminencji, jaką opcję dla Polski wybierze aktualna antynarodowa administracja? – pytał ksiądz Marek, marząc, aby dyskusja wreszcie dobiegła końca.

– Mówiąc elegancko: kondominium, a bardziej szczerze: rodzaj aksamitnego rozbioru... Niemcy do Wisły, Ruscy od Wisły...

– Szkoda, że Słowacy nie chcą brać Galicji – westchnął Wądołowicz.

– Ale Szwedzi Pomorze chapną z przyjemnością.

– Tylko co wobec tego może przedsięwziąć nasze społeczeństwo?

– Modlić się i pokładać ufność w Panu.

Nie była to rada bliska księdzu Markowi.

W młodości był naiwnym idealistą – wierzył, że Bóg pomaga tym, którzy sami chcą sobie pomóc, że każdy jest kowalem swego losu, ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek, a Polacy są nacją, która może być inspiracją dla reszty świata.

Kiedy to było? Co się z tym stało?

W aktualnym stanie psychicznym każdy dzień wydawał mu się koszmarem, a świadomość bezowocności wszelkich działań wzmagała się nieustannie.

Ale jak długo można iść pod prąd? Nigdy nie odczuwał swego osamotnienia bardziej niż obecnie. Kościoły pustoszały, młodzież odwracała się kompletnie od spraw religii albo szukała pocieszenia w sektach, New Age’ach czy flirtach z różnymi formami satanizmu. A Ten, dla którego wyrzekł się świata...?

Kiedy Marek był młodym chłopcem, a nawet młodym księdzem, wydawało mu się, że słyszy i rozpoznaje Jego głos – w kroplach rosy, w śpiewie ptaka o świcie, w patetycznych dźwiękach organów. Teraz utracił ów słuch. Od dłuższego czasu w jego mózgu dzień i noc, jak dokuczliwy kołatek, stukała i pukała fraza jedna – krótka a straszna – „Boga nie ma, Boga nie ma, Boga nie ma”.

*

W ciągu pierwszych dwudziestu czterech godzin swej wolności Michałko Księdzów popełnił więcej przestępstw niż niejeden kryminalista w całej swej karierze i gdyby jakiś skrupulatny sąd usiłował ukarać go za wszystkie winy, życia by mu nie starczyło, żeby to wszystko odsiedzieć. Po pierwsze, pogwałcił wszelkie zasady zwolnienia warunkowego. Nie wrócił do miejsca zameldowania, nie zgłosił się do kuratora, a co najgorsze, pozbył się elektronicznego chipa umożliwiającego namierzanie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. W dodatku, wydłubawszy go, nie poprzestał, jak zrobiłby to inny przestępca, na wrzuceniu go do sedesu, ale wszczepił bezpańskiemu psu rasy kundel, którego wrzucił na platformę pociągu udającego się w kierunku obwodu kaliningradzkiego. Mogą go tam szukać długo i namiętnie!

Czas spędzony w mamrze przestępcy wykorzystują zazwyczaj na doskonalenie zawodowe. Michałko również nie zmarnował tych trzech lat, które zawdzięczał wyłącznie niewytłumaczalnemu na zdrowy rozum afektowi, jaki ostatniej wiosny swej wolności poczuł do długonogiej Beatki. Ów pociąg uśpił jego czujność, pozbawił zwykłej ostrożności i zawiódł dotąd niepokonanego hakera na ławę oskarżonych, albowiem jego wybranka, którą poznał w kawiarence internetowej, okazała się kutą na cztery kończyny funkcjonariuszką Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, polującą na takich rozbójników internetowych jak on.

W więzieniu od samego początku był garownikiem przykładnym, wzorowym obiektem resocjalizacji, dzięki czemu otrzymał pracę w bibliotece. Stworzyło mu to niezrównane możliwości. Teoretycznie komputer w bibliotece nie miał połączenia z Internetem, ale wystarczyło jedynie zdobyć zdezelowaną komórkę i wykonać kilka prostych zabiegów, aby otworem stanął przed nim nie tylko cały świat, lecz również serwery Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nie mówiąc już o prywatnym komputerze naczelnika więzienia. Toteż Księdzów wychodził z mamra nie tylko jako człowiek ogromnej wiedzy – przez te trzy lata świat cybernetyki nie stał w miejscu, a Michałko poruszał się co najmniej równie prędko jak on – ale przede wszystkim jako prawdziwy krezus. Podobno pierwszy milion należy ukraść. Michałko w krótkim okresie intensywnej hakerki na wolności zgromadził całkiem ładny grosz, pięć milionów franków szwajcarskich (marki niemieckiej nie lubił, a w chińskiego juana nie wierzył), i przezornie jeszcze przed wpadką zdołał znaczną część tego ukryć na tajnych kontach na karaibskich wysepkach. W trakcie garowania udało mu się jeszcze pomnożyć kapitał. I to wielokrotnie. Teraz wystarczyło tylko dotrzeć na Kajmany albo przynajmniej na wyspę Man i pobrać pieniążki, zgromadzone tamże na paru przemyślnie założonych kontach. Posiadane kwoty pozwoliłyby mu żyć uczciwie do końca życia, a nawet przeznaczyć część odsetek na cele charytatywne.

Nadto w ciągu wspomnianych trzech lat zimna krew, pieniądze i inteligencja pozwoliły mu nie tylko uniknąć losu dymanego przez git-ludzi cwela (była to jedyna rzecz, której, idąc do pudła, naprawdę się obawiał), ale jeszcze zdobyć znaczny mir u współtowarzyszy niedoli. Czyż można było nie cenić współwięźnia hakera, dla którego żadnej trudności nie przedstawiało przekazanie wiadomości poza mury, wynajęcie detektywa sprawdzającego lojalność wspólników, a nawet uzyskanie wyników testów DNA świeżo urodzonej dzieciny skazańca o groźnej ksywie Hannibal?

– Niestety, syn nie jest twój – powiedział ze smutkiem.

– Wiedziałem – odparł Hannibal. – W końcu siedzę tu już trzy lata, a Baśka nie przychodzi na widzenia.

– To po co chciałeś sprawdzać?

– Na wszelki wypadek, żeby przypadkiem, kiedy ją wreszcie zabiję, nie popełnić pomyłki! Aha, czy mógłbyś jeszcze ustalić dla mnie personalia jego biologicznego ojca?

Oczywiście żaden z więźniów korzystających z rozmaitych usług Michałka nie domyślał się wszystkich jego umiejętności. Te zaś były ogromne – zanim wszczepiono mu chip, wiedział już, jak można go na moment zablokować, przeprogramować, a następnie uszczęśliwić nim kogo innego.

Również jego urwanie się z systemu kontroli postpenitencjarnej nie było skokiem w nieznane. Sporo czasu zajęło mu zaprzyjaźnienie się z pewnym ćpunem o pospolitym nazwisku Marek Zając, odsiadującym krótkoterminowy wyrok za kradzieże w aptekach, co od czasu legalizacji narkotyków było więcej niż głupotą.

Marek Zając, o krótkiej szyi i twarzy przypominającej księżyc w pełni (przynajmniej tak prezentował się na zdjęciu w dokumentach; aktualnie jego oblicze bardziej upodobniło się do miesiąca w trzeciej kwadrze), był nawet odrobinę do niego podobny. Reszta wymagała małej charakteryzacji. Wycyganienie dowodu osobistego nie okazało się szczególnie trudne. Za kasę, którą dał mu Michałko, Zając sprzedałby nie tylko rodzoną matkę, ale też ojca, siostrę, dzieci i kogo jeszcze by chciano, tym łatwiej że był całkowitym sierotą.

Ćpun wyszedł z mamra parę dni przed hakerem i teraz prawdopodobnie już nie żył z przedawkowania lub wykonywał właśnie złoty strzał, zostawiając na tym padole ciało bez dokumentów, a także bez dawnej tożsamości, którą udało się Michałkowi usunąć z systemu.

Opodal zakładu karnego nad malowniczym jeziorem znajdował się luksusowy hotel Ósmy Cud Świata, o którym zawczasu zebrał wszelkie niezbędne informacje. Znał nie tylko jego systemy komputerowe i cały personel, ale także aktualne rezerwacje. Szczególnie upatrzył sobie niejakiego Mariusza Kowalskiego – biznesmena z Warszawy, lokatora pokoju 222 – i zdobył wszystkie potrzebne informacje na jego temat, od rozmiaru kołnierzyka po PIN do karty kredytowej. Dodatkowo upewnił się, czy poranna zmiana recepcjonistów mogłaby kojarzyć biznesmena z twarzy – nie powinna. Teraz pozostawało tylko zrobić użytek z tych informacji. Zauważywszy, że pan Mariusz opuścił pokój i niedbale wrzuciwszy klucz do dziury w recepcyjnym kontuarze, udał się na basen, spokojnie odczekał kwadrans, po czym uśmiechnął się do recepcjonistki i rzucił niedbałe: „222!”. Już po chwili znalazł się w apartamencie Kowalskiego, z którego wyszedł bogatszy o komplet dokumentów i kart kredytowych. Jednak nie zamierzał odgrywać roli młodego biznesmena dłużej, niż to było potrzebne – ot, tyle, żeby skorzystać z jego laptopa, zdobyć gotówkę, wykonać parę operacji w Internecie, a następnie skonstruować nową tożsamość. Zresztą zachował się wyjątkowo uczciwie – wykorzystane pieniądze Kowalskiego jeszcze tego wieczora ponownie przelał na jego konto, a zanim opuścił teren hotelu, portfel z dokumentami wrzucił przez uchylone okno do pokoju (zachował jedynie platynową kartę). Uważał się bowiem, niezależnie od tego, co myślał sobie wymiar sprawiedliwości, za hakera z zasadami, a nie za złodzieja!

Taksówką przemieścił się do Suwałk – zastanawiając się, ile czasu zabierze władzy zorientowanie się, że obiekt jej specjalnej troski rozpłynął się we mgle. Dobę? Dwie? Do tego momentu zamierzał być daleko, a przynajmniej w Warszawie. W niewielkim autokomisie nabył ładny wóz, prawie nowiuteńkie volvo pochodzące, jeśli wierzyć tablicy rejestracyjnej, z Malmö w Skanii. Był to ostatni raz, kiedy posłużył się platynową kartą Mariusza Kowalskiego. Nie dopytywał się szczególnie o pochodzenie bryki, choć zdziwił się trochę, gdy sprzedawca dorzucił w cenie również nowiutkiego laptopa, który leżał na tylnym siedzeniu. Jednak mniej więcej po półgodzinie transakcja wydała mu się podejrzana. Dlatego jeszcze przed Augustowem koło kapliczki, przy której gibała się jakaś półnaga dziewczyna, z pewnością niebędąca sprzedawczynią runa leśnego, zjechał w boczną dróżkę i zatrzymawszy się w zagajniku, odpalił laptopa. Komputer był na hasło, ale Michałko nie takie zabezpieczenia łamał. Szybko wszedł na strony policyjne i przeszukał bazę danych. Gablota figurowała wśród pojazdów skradzionych przed dwoma dniami jakiemuś szwedzkiemu dyplomacie.

– Kurde mol! – Oczywiście nie mógł wracać do komisu i reklamować zakupu, ale nie mógł również jechać dalej. Tymczasem w komputerze zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Najpierw wysiadła wyszukiwarka Google, potem padła cała sieć. Nie wyglądało na to, że awaria ogranicza się tylko do laptopa Szweda. Internet był niedostępny również w komórce i w samochodowym GPS-ie. O cyberatakach na wielką skalę wiedział jedynie ze słyszenia. Czyżby akurat zdarzyło się coś takiego? Jeszcze chwila i również komórka straciła zasięg.

Cholera jasna, co to mogło oznaczać? Czyżby cały jego misterny plan miał legnąć w gruzach przez jakiś nieprawdopodobny zbieg okoliczności?

 *

Chabeta stanowiąca własność Janosika Glizdy Kościeliskiego była z usposobienia najspokojniejszą klaczą na świecie, jednak kiedy młody Niemiec, który zajechał konkurencyjną furką od strony Morskiego Oka, urzeczony zapewne malowniczymi widokami, cisnął jej między nogi petardę, nie zdzierżyła i poniosła.

Naturalnie gdyby jej młody pan nie znajdował się w stanie półuśpienia, z pewnością, jako wytrawny woźnica, opanowałby sytuację. Jednak nim się ocknął, było za późno – furka po zderzeniu z inną bryką wypadła z dotychczasowej trajektorii. Bezwładne ciało górala wyleciało z kozła, jakimś cudem minęło rozłożysty świerczek i poleciało hen, w dolinę przepaścistą. Świat wirował mu jak oszalały. Chyba jednak Anioł Stróż czuwał nad Glizdą Kościeliskim, ciało jego bowiem obijało się głównie o mchy, paprocie i krzaki, precyzyjnie wymijając głazy ostre, korzenie twarde i inne, zabójcze w tej sytuacji, elementy naturalnego środowiska. Toteż nim padł w głęboki wykrot, powstały po ostatniej trąbie powietrznej, nie stracił niczego krom kapelusika z muszelkami, guńki, ciupagi, lewego buta, manierki z okowitą i przytomności.

II

4 CZERWCA 2020, CZWARTEK, PO POŁUDNIU

Czwarty czerwca w najnowszych dziejach Polski zajmuje miejsce szczególne. Czwartego czerwca 1989 roku odbyły się wybory wynikające z decyzji kółka graniastego czworokanciastego, które dały początek III Rzeczypospolitej. Czwartego czerwca 1992 roku upadł „rząd przełomu” mecenasa Olszy i skończyły się ambitne plany oczyszczenia sfery publicznej z agentów, tajnych współpracowników i innej nomenklaturowej swołoczy. W nowszych czasach tego dnia Republika Federalna wyszła ze strefy euro, rok później rozbił się pod Jekaterynburgiem samolot prezydenta Rosji, a w 2019 doszło do objawień w favelach pod Rio de Janeiro, gdzie grupie dzieci ulicy ukazała się Matka Boska mówiąca takie rzeczy, że jeśliby miały się spełnić w podanym terminie, świat powinien zabrać się za moralną odnowę, i to szybko.

W czwartek 4 czerwca 2020 roku w sejmie przy ulicy Wiejskiej panowało znaczne poruszenie, choć dla najgłupszego nawet dziennikarza było jasne, że najważniejsze sprawy państwa załatwiane są gdzie indziej, a tu można co najwyżej spodziewać się urzędowego klepnięcia. Rządząca samodzielnie Partia Obiecanek była w stanie przegłosować każdą ustawę. Jeśli więc tego dnia w gmachu przy Wiejskiej pojawiło się więcej krajowych dziennikarzy niż zwykle, wynikało to trochę z sensacji, jaką miała być wizyta w Wysokiej Izbie królewskiej pary ze Sztokholmu. Od pewnego czasu nasz kraj odwiedzali najwyżej trzeci zastępcy sekretarzy stanu czy pozbawieni znaczenia wiceministrowie państw Mitteleuropy. Prezydenci USA latali do Rumunii, czołowi Europejczycy do Czech, Rosjanie na Słowację. Do Polski nie latał nikt, bo po co? Nawet złoża łupków sprzedano bez targów za psią cenę jakiejś firmie z Cypru należącej do ruskich Chińczyków, czy raczej chińskich Rosjan z Irkucka. Inna sprawa, że odpowiedzialny za transakcję minister skarbu kupił sobie potem jakąś wysepkę w Polinezji, na którą uciekł z grupką znajomych urzędników przekręciarzy i dopiero stamtąd przysłał kolegom z rządu pocztówkę z palmą i podpisem: „Łeb w łupki, głupki!”.

Rzecz znamienna, że na uroczystość przybyli wyłącznie dziennikarze krajowi, wszyscy zagraniczni znajdowali się w tym czasie koło Czerska, gdzie ubiegłej nocy pojawiło się UFO i porwało cztery aktywistki miejscowego koła gospodyń wiejskich. Niestety, skończyło się na rozczarowaniu; po dotarciu na miejsce znaleziono jedynie pięć kręgów w zbożu układających się w znany symbol olimpijski oraz cztery gołe gospodynie na szczycie zamkowej wieży, na którą bez sprzętu trudno byłoby się wdrapać nawet zawodowemu alpiniście.

– Jacy byli ci kosmici? – dopytywali się dziennikarze najładniejszej z gospodyń.

– Zieloni, nie za duzi, ale każdy z takim... 

Tak czy owak, kiedy Jego Królewska Wysokość Karol Gustaw z małżonką przybył do gmachu sejmu, oczekiwała go jedynie (oprócz polskich mediów) telewizja szwedzka. Nikt nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego. W programie, który trafił do skrytek poselskich, znajdowały się zaledwie trzy punkty porządku dziennego: przywitanie dostojnych gości, podjęcie uchwały, a następnie wystąpienie Jego Królewskiej Mości Karola Gustawa XV.

Program wyglądał co najmniej enigmatycznie, a co do uchwały, nie próbowano nawet zgadywać, czego konkretnie może dotyczyć, jako że nie słyszano, aby pracowała nad nią jakakolwiek komisja sejmowa. Najprawdopodobniej miała być czysto protokolarna i mówić na przykład o odznaczeniu króla Szwecji Orderem Orła Białego albo poparciu szwedzkiej inicjatywy bezwarunkowej ochrony lemingów. Jak wiadomo, od pradziejów owe urocze północne stworzonka z rodziny nornikowatych co jakiś czas w samobójczym odruchu rzucały się w odmęty wód, nie zwracając uwagi na to, czy mogą przepłynąć dany akwen, czy nie. Nowa koncepcja Szwedów polegała na tym, że każdy gryzoń miał mieć wszczepiony czujnik praktycznie uniemożliwiający popełnienie samobójstwa. Każde zetknięcie z wodą morską wywoływało bowiem alarm skandynawskiej straży przybrzeżnej, która błyskawicznie spieszyła gryzoniowi na ratunek...