Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 320 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ewangelia według Heroda - Marcin Wolski

 

Ewangelia według Heroda to kolejna znakomita powieść Marcina Wolskiego. W roli głównej Joe Carpenter amerykański agent służb specjalnych - pasjonat i hobbista poszukujący starożytnych tekstów. W niezwykłych okolicznościach w jego ręce trafia zaszyfrowany tekst, spisany przez tajemniczego etiopskiego mnicha, strażnika Arki Przymierza. Proroctwo napisane 30 lat wcześniej w precyzyjny sposób przepowiada m.in. wybór na prezydenta Baraka Obamy, katastrofę smoleńską. Zapowiada dalsze losy świata wraz z paruzją – powtórnym przyjściem Chrystusa. Światowe mocarstwa - USA, Rosja, Unia Europejska bardzo poważnie traktują spełniające się proroctwo. Wspólnymi siłami organizują wielką akcję aborcyjną, która ich zdaniem ma doprowadzić do przeciwstawienia się słowom proroctwa. W tle widzimy potężny terrorystyczny zamach na Watykan niszczący prawie połowę Rzymu, światowy spisek satanistyczny, technologie in vitro. Żywa narracja, akcja trzymająca w napięciu, zaskakujące rozwiązania, w mistrzowski sposób naszkicowana wewnętrzna przemiana głównego bohatera to tylko niektóre zalety tej niezwykłej książki.

Dzień Przyjścia nadchodzi.

A poprzedzać go będzie siedem znaków…

Pierwszy już się wydarzył.

– Oto padnie samo z własnego rozkładu sprośne królestwo Szatana Północy (rozkład Związku Sowieckiego)…

– I będzie znak drugi – mówił Posłaniec. – Cztery Rumaki Apokalipsy przybędą niebem i spadną na miasta Babilonu. I runą dwie wielkie wieże ku niebu wzniesione, a wyzwolona nienawiść rzuci żagiew wojny w góry i piaski. (Atak na Stany Zjednoczone, 11 września 2001 roku).

– Znak trzeci nadejdzie w dzień po święcie Narodzenia Pańskiego. Oto morze wystąpi z brzegów, zatapiając lądy i miasta. I potoną setki tysięcy ludzi różnej wiary, majątku i pochodzenia. (Tsunami w Azji Południowo-Wschodniej, 26 grudnia 2004 roku).

– Znak czwarty. Odejdzie mąż Boży przez Trójcę Świętą dany, iżby odnowił oblicze ziemi. A przed swem odejściem mowę utraci i wielki smutek w całem świecie uczyni. (śmierć Jana Pawła II 2 kwietnia 2005 roku)

- Znak piąty. Biali okrzykną królem królów czarnego, biorąc go kim innym, niż jest w istocie. I będzie to początek upadku królestwa. (Wybory w Stanach Zjednoczonych, 4 listopada 2008 roku).

- Znak szósty. I zdarzy się, iż mały kraj doświadczy wielkiej straty i wielkiej zbrodni. Spadną z nieba ludzie wielcy, dobrzy i szlachetni, a śmierć ich nie przyniesie opamiętania ni własnego kraju, ni świata, ni sprawców. (Katastrofa smoleńska, 10 kwietnia 2010 roku!!!).

- Znak siódmy….

Opinie o ebooku Ewangelia według Heroda - Marcin Wolski

Fragment ebooka Ewangelia według Heroda - Marcin Wolski

Ewangelia według Heroda
Marcin Wolski
Redaktor techniczny: 

Ewa Czyżowska

Adiustacja:

Katarzyna Kierejsza

Łamanie: 

Edycja

Projekt okładki i stron tytułowych:

Radosław Krawczyk

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2011

ISBN 978-83-7595-356-5

ISBN wersji cyfrowej 978-83-7595-567-5 

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail: mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

ROZDZIAŁ I STRAŻNIK

Wysoko na niebie pojawił się sęp. Potem drugi, trzeci, czwarty. Szybowały powoli, tworząc figurę przypominającą romb albo, dla kogoś o bardziej poetyckim usposobieniu, Krzyż Południa.

– Zwietrzyły padlinę, miejmy nadzieję, że nie naszą! – mawiał w takich momentach Glenn Butler, najlepszy dowódca, jakiego miał do tej pory Joe Carpenter.

Słońce paliło niemiłosiernie, jednak po otwarciu okna do wnętrza samochodu, mocnego landrowera z napędem na cztery koła, wdarł się chłodny powiew, bez śladu zwrotnikowego żaru. Zrozumiałe: znajdowali się ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza.

Świeże powietrze przypomniało Carpenterowi, że upływa już piąta godzina bez papierosa. Postanowił jednak być konsekwentny i nie zapalić aż do południa. I nie chodziło wcale o stosowanie się do zaleceń doktora Lewisa. Zamierzał po raz kolejny udowodnić sam sobie, że potrafi. Zresztą co innego mu zostało poza walką z własnym organizmem? Inne walki definitywnie zakończył. Był na emeryturze i wiedział, że nie ma co marzyć o powrocie do służby. Tamten okres jego życia skończył się idiotycznie, na przedmieściu Gori, wraz z wybuchem przypadkowego pocisku. Nie była to ani jego wojna, ani jego akcja, znalazł się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu, i to wyłącznie ze względu na Maud. Gdyby wierzył, być może zastanawiałby się, kto zabawił się jego losem: Bóg czy szatan? A może wspólnie?… Kiedy wyleczył się z kontuzji i pozbierał się w całkiem nowej dla siebie sytuacji, jego stan zawieszenia w próżni nie trwał długo – znalazł pocieszenie. Mógł nareszcie zająć się tym, od czego oderwała go służba dla ojczyzny: starożytnością, nierozszyfrowanymi inskrypcjami, zaginionymi językami, tajemnicami, nad którymi łamali sobie głowy rozmaici Deanikenowie i faceci z sekcji specjalnej NSA.

Marzył o tym w młodości, ale wówczas przypominało to jedynie miraż – był za biedny, za mało wygadany, nie miał szans na stypendium, nie dysponował też odpowiednimi znajomościami… Teraz, po blisko trzydziestu latach robienia setek rzeczy z konieczności, osiągnął niezależność – był bogaty: doskonale zainwestowane pieniądze zostawione mu przez Maud przypominały baśniową butelkę niedopitkę. Bez względu na to, ile wyciągał z konta, saldo praktycznie nie ulegało zmianie. I tak James Bond miał szansę zmienić się w Schliemanna. Wystarczyłoby trochę szczęścia. Niestety, pierwsze podejście nie przyniosło satysfakcjonujących efektów. Dwa wielotygodniowe pobyty rok po roku na Saharze okazały się ślepą uliczką. Parę znalezionych artefaktów i klika na wpół zatartych inskrypcji w jaskini to zbyt mało, aby ogłosić odkrycie zaginionej cywilizacji, która, jego zdaniem, MUSIAŁA istnieć wokół śródlądowego morza, jakim w V i IV tysiącleciu było przypominające dziś wysychającą solankę jezioro Czad. Wedle opinii kilku paleohistoryków, to ona dała początek cywilizacji egipskiej, a także legendzie o Atlantydzie, tyle że pochłoniętej nie przez morze, a przez piaski… Może gdyby miejscowe władze nie uznały go za szpiega i nie cofnęły wizy, sprawy potoczyłyby się inaczej?

Cóż, musiał się przyzwyczaić, że jego dawne życie rzucało długi cień na kwestie bieżące. Niemniej uważał, że tu, w Abisynii, powiedzie mu się lepiej. Najważniejsze – miał po co żyć. Owszem, brakowało mu tych strzałów adrenaliny, które przez kilkanaście lat towarzyszyły jego akcjom na Bałkanach, w Iraku czy wreszcie w Afganistanie, gdzie każdy dzień mógł być ostatni. Inna sprawa – niekoniecznie dla niego.

– Widocznie tak już musi być, urodziłem się cywilem i umrę cywilem! – mówił do lustra, wypijając przed snem szklaneczkę bourbona.

Czasami, kiedy przeholował w liczbie szklaneczek, w lustrze pojawiała się Maud. Wyrastała ponad jego lewym ramieniem, niekiedy jako cień ektoplazmy, czasem wyglądała bardziej realistycznie, ale zawsze blado, jak wtedy na gruzińskiej ziemi, dokąd zaniosła ją reporterska pasja, a on zaofiarował się, że zostanie jej ochroniarzem. Tylko kto mógł ją ochronić przed niespodziewanym rosyjskim ostrzałem?… Ile to już lat minęło? Jeśli lata spędzone w małżeństwie liczą się podwójnie, to lata wdowieństwa pewnie potrójnie…

Krajobraz wokół samochodu przypominał mu jedną z tych rozległych europejskich równin na wschodzie, skąd pochodzili jego przodkowie: ziemia płaska jak stół, spokojna zieleń i drzewa podobne do tych, które rosną w klimacie umiarkowanym, stada pasących się krów, zbiorowiska chałup, choć dopiero przy zbliżeniu wychodziła na jaw ich odmienność. W Europie nikt nie buduje okrągłych chatek krytych słomą. Poza tym wiedział, że wrażenie wielkiego niżu jest zwodnicze; za każdym zakrętem mógł ujawnić się przepaścisty kanion o rudych ścianach, którego dołem, w zależności od suszy bądź opadów, ciekła lub kotłowała się rzeka.

Zamknął okno, widząc zbliżającą się z naprzeciwka ciężarówkę; na moment kurz z szutrowej drogi przysłonił wszystko duszącym woalem, szybko jednak opadł.

Kurz zresztą nie był czymś najgorszym, czego mógł się obawiać. Wiele mówiono mu o urokach pory deszczowej, która czyniła drogi, a raczej bezdroża abisyńskie kompletnie nieprzejezdnymi. Na szczęście tego roku pora deszczowa skończyła się już z początkiem września, co dostarczyło argumentów apostołom globalnego ocieplenia, choć realiści twierdzili, że takie anomalie powtarzają się w tych stronach cyklicznie.

Po chwili kierowca o krótkim imieniu Des skręcił w boczną drożynę, która doprowadziła ich nad skraj urwiska, z którego rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na przepaścistą dolinę.

– Debre Damo! Jesteśmy prawie na miejscu – powiedział Abisyńczyk, co niewątpliwie oznaczało, że czeka ich jeszcze żmudny zjazd na dno parowu.

Joe specjalnie wynajął szofera mówiącego wyłącznie po amharsku, miał bowiem ochotę podszkolić się w owej niezwykłej mowie głównej grupy etnicznej Abisynii i dodać do swej bogatej kolekcji, obejmującej język urdu, pasztuński i serbsko-chorwacki, znajomość oryginalnej mowy dumnych Etiopów.

Droga opuszczała się serpentynami po nieomal pionowej ścianie. Rosło ciśnienie w uszach i podnosiła się temperatura. Za pomocą lornetki odnalazł klasztor, przypominający kapelusz grzybka usadowionego na prawie pionowej maczudze skalnej.

Podobno pierwszy mnich przybyły w te strony, nazywany AbunaAregawi, jeden z Dziewięciu Świętych, którzy w IV wieku przynieśli do Etiopii chrześcijaństwo, aby trafić na ów szczyt, musiał skorzystać z usług uprzejmego węża, który posłużył mu za linę. Choć nie jest wykluczone, że dla ułatwienia komunikacji wyrosły mu skrzydła, jak jego świątobliwemu koledze TeklemuHaimanotowi z Debre Libanos, który tym cudownym sposobem wybrał się na pielgrzymkę do Jerozolimy. Warto pamiętać, że w owym locie towarzyszyła mu jego własna noga, która choć wcześniej utracona, poruszała się także dzięki parze mniejszych skrzydełek, idąc w zawody z „łapką” z Rodziny Adamsów.

Na tylnym siedzeniu poruszyła się Salam. Ciemnoskóra przewodniczka większość drogi przespała zwinięta w kłębek jak kot. Bardzo źle znosiła podróż samochodem, tak że co chwila musieli stawać z powodu nachodzących ją torsji. Na szczęście po zażyciu lekarstwa usnęła.

– Wysiadamy? – zapytała, a kiedy potwierdził, dorzuciła: – Miałam cudowny sen. Śnił mi się rajski ogród i anioły…

– Jeszcze kwadrans – powiedział kierowca, odwracając głowę – i lepiej nie otwieraj oczu!

Stanęli wreszcie. Wyskoczyła pierwsza, zwinna jak gazela, a Joe, mimo iż przebywał z nią od trzech dni, nie mógł wyjść w zachwytu.

Powiedzieć o Salam „piękna” to albo być ślepym, albo nie posiadać dostatecznego zasobu przymiotników. Abisyńska dziewczyna była trudno wyobrażalnym przykładem doskonałości łączącej urok młodości z w pełni rozkwitłą urodą. Szczupła, choć nie chuda, nieomal dorównywała wzrostem Carpenterowi, jej wąska pęcina przywodziła na myśl szlachetną klacz, a zuchwałe piersi, odważnie napierające na bawełniany T-shirt, przypominały „dwoje bliźniąt sarnich, które się pasą między lilijami”, jak głosi Salomonowy erotyk. Jej twarz, wcielenie łagodności, ale zarazem charakteru, mogła należeć do miss Europy, która z jakiegoś powodu dała się wykąpać w cudownej mlecznej czekoladzie. Jeśli dodać do tego żywą inteligencję, poczucie humoru i nieprawdopodobny talent do języków, można było otrzymać chodzącą doskonałość. Przy swoich dwudziestu pięciu latach zdążyła już ukończyć studia w Addis Abebie, a także zaliczyć półroczny staż na uniwersytecie w Izraelu, i właśnie kończyła doktorat dotyczący kształtowania się wczesnego alfabetu etiopskiego, jego relacji z arabskim, starohebrajskim, greką oraz pismami ortodoksyjnych Kościołów Zakaukazia.

Jak dotąd nie opowiadała o swoim dzieciństwie. Raz napomknęła, że pochodzi ze wsi – „jak prawie wszyscy”. Oglądając ubogie przysiółki rozsiane przy drodze, zawsze pełne dzieciaków i kobiet krzątających się w obejściach, Joe jakoś nie mógł wyobrazić sobie jej bosej, chodzącej po rozmiękłej glinie, maszerującej kilometrami w podartej sukience z plastikową bańką pełną wody na głowie albo śpiącej wśród domowego inwentarza, w okrągłej chałupce, na umieszczonym ponad zagrodą dla bydła zebu posłaniu, które musiała dzielić z sześciorgiem innych bachorów. Później dowiedział się, że urodziła się w mieście, a na wsi musiała się schronić, kiedy jej ojciec, doktor Mikael Abbadi, został zamordowany przez komunistów. Matka zmarła dopiero rok temu.

Sądząc po wymienionych mailach, był przekonany, że przydzielą mu kogoś starszego. Ale już po pierwszym spotkaniu nie protestował. Co więcej, do jego naukowej pasji dołączyła z trudem utrzymywana w ryzach chętka poderwania cudnej Abisynki.

Nie wydawało mu się to trudne. Należał do mężczyzn, którzy podobają się kobietom. Sylwetkę nadal miał imponującą, utykania prawie nie było widać, a pasemka siwizny na skroniach, zdaniem młodych niewiast, których nigdy mu nie brakowało, dodawały mu jedynie powabu. To, że był od Salam ponad dwa razy starszy, też nie stanowiło problemu. W swych działaniach uwodził, często w celach służbowych, kobiety znacznie młodsze.

A jednak w ciągu pięciu dni nie skrócił dystansu do niej ani o centymetr. Uprzejmie dziękowała za komplementy, ale jeżyła się jak dzikie zwierzątko, gdy próbował ją dotknąć. Nie piła i nie chciała poruszać tematów osobistych.

„Lesba? W Abisynii? Niemożliwe!”

Jednak u podnóża Debre Damo co innego zaprzątało mu głowę: pewien trop, na pozór błahy, jednak zdefiniowany przez jego intuicję jako ważny.

Powszechnie uważa się, że era wielkich odkryć minęła, nieprawdopodobne wydaje się dziś odnalezienie grobu jakiegoś Tutanchamona czy zaginionego miasta. Carpenter nie podzielał tej opinii. Etiopia była, jego zdaniem, idealnym miejscem dla poszukiwań, które jeszcze mogły zadziwić świat. Wykopaliska archeologiczne prowadzono tu rzadko i niesystematycznie, a całe regiony leżały nietknięte, czekając na pierwszą łopatę badacza. Jedyny problem polegał na tym, że autochtoni niechętnie dzielili się swymi tajemnicami z obcymi. Tak było ze słynną Arką Przymierza. Mieszkańcy Etiopii uważają, że od czasów Menelika, syna Salomona i królowej Saby, który wykradł ją ze Świątyni Jerozolimskiej, skrzynia z manną, Dziesięciorgiem przykazań i laską Mojżesza znajduje się w Aksum, w najświętszym miejscu świątyni, pilnowana przez jednego, dożywotniego strażnika, i jeśli jest pokazywana komukolwiek, to w okryciu. W dodatku nie ma pewności, czy jest to oryginał. W każdej świątyni Abisynii znajduje się przecież kopia Arki, również niedemonstrowana postronnym, choć wynoszona z okazji świąt (w obwolucie!).

Czy jest to jednak złota skrzynia z czterema aniołami na rogach, zdolna razić zuchwalców gromami? Można mieć co do tego wątpliwości. Wśród pamiątek oferowanych przez namolnych przekupniów Joe widywał liczne miniaturki Arki w kształcie małej bizantyjskiej świątyńki ozdobionej ikonami, która w niczym nie była podobna do biblijnego artefaktu.

Carpenter wiele by dał, by móc zweryfikować prawdziwość legendy. Spędził trzy dni w Aksum, obejrzał miejscowe muzeum pełne ksiąg, szat liturgicznych, krzyży i koron dawnych monarchów, których imion nie sposób zapamiętać, dotarł oczywiście do muru całkiem nowoczesnej świątyni wzniesionej przez nieszczęsnego Hajle Sellasjego, za którym ukrywał się bezcenny obiekt, zobaczył nawet legendarnego strażnika przyodzianego w żółtą opończę, który właśnie wychodził zaczerpnąć świeżego powietrza i pogadać przez płot z jakimś swoim ziomkiem, ale to wszystko.

Nie było sumy, za jaką mógłby zbliżyć się bardziej do świętego miejsca, choć gotów był na każdą łapówkę!

Nie na wiele też mogła się przydać specjalistyczna aparatura, w którą się zaopatrzył, wykorzystując dawniejsze służbowe kontakty. Metalowy wąż zakończony miniaturową kamerą mógł dokonać skutecznej penetracji każdego wnętrza, ale wpierw należało się zbliżyć, oczywiście bez świadków, przynajmniej na pięć metrów do celu. W dzień zakrawało to na niepodobieństwo, a nocą cały teren był zamykany, spuszczano psy, a strażnicy wydawali się cierpieć na bezsenność.

Jedyny w miarę skuteczny pomysł, jaki przychodził mu do głowy, to użycie gazu usypiającego wobec pilnujących oraz helikoptera, aby oddalić się z miejsca przestępstwa. Wątpliwe jednak, czy uciekłby daleko. Arka Przymierza stanowiła świętość dla trzech głównych religii monoteistycznych, a na zadzieranie z chrześcijaństwem, islamem i judaizmem naraz nie stać było żadnego zuchwalca.

Jednak pobyt w Aksum nie był całkiem bezowocny. W pobliżu dawnego pałacu królowej Saby (w istocie młodszego od legendarnej władczyni o ponad półtora tysiąca lat) natrafił na garnek ze złotymi ozdobami, ukryty najwyraźniej w czasie któregoś z najazdów arabskich w średniowieczu.

Odkrycie umożliwił schowany w podeszwie jego buta miniaturowy wykrywacz metali. Pozwalał on prowadzić poszukiwania bez zwracania niczyjej uwagi. Specjalne urządzenie przetwarzało pomiar na wibracje odczuwane przez skórę na brzuchu badającego. Jednocześnie na podstawie elektronicznego zapisu można było odczytać w laptopie kształt znaleziska, jego skład, a także prawdopodobną głębokość, na jakiej się znajdowało. Do półtora metra.

W tym wypadku średniowieczne precjoza dzieliło od powierzchni ziemi sto dwadzieścia pięć centymetrów, więc Joe bez trudu wykopał je nad ranem za pomocą zwykłej saperki. Świadomość, że dokonuje zwyczajnej grabieży, łagodziła myśl, że gdyby nie on, znalezisko leżałoby w glebie następne tysiąc lat.

Jednak ważniejsza okazała się pewna rozmowa, jaką przeprowadził z wyjątkowo gadatliwym ochroniarzem muzeum w Aksum, żylastym kurduplem z karabinem, który musiał pamiętać jeszcze czasy bitwy pod Aduą. Jego rozmowność była zresztą wprost proporcjonalna do gratyfikacji. Okazało się, że dożywotność strażników Arki nie jest stuprocentowa. Dwadzieścia parę lat temu ówczesny cerber doznał pomieszania zmysłów i został zwolniony z pracy.

– Może dotknął Arki, może do niej zajrzał, a może po prostu zbyt długo przebywał w jej bliskości – opowiadał ciągnięty za język tubylec.

– I co się z nim potem stało?

– Znalazł schronienie w jakimś odległym klasztorze, gdzie jego wizje na temat rychłego końca świata nie robiły wrażenia.

– A miał wizje?

– I to jakie! Paru słuchających osiwiało po godzinie rozmowy.

Jeden dzień zabrało Carpenterowi ustalenie, że monastyr, o którym mówił ochroniarz, to Debre Damo. To wyznaczyło dalszy etap jego wyprawy. Wprawdzie obłąkany mnich od dobrych kilkunastu lat nie żył, można było jednak mieć nadzieję, że żyją świadkowie jego wizji, a wśród opowieści wyczuł też sugestię, że „wariat” zostawił po sobie jakieś zapiski…

Salam jako kobieta nie mogła mu towarzyszyć w drodze na szczyt skały, do męskiego monastyru objętego klauzurą; inna sprawa, że wciąganie na linie zupełnie jej nie fascynowało. Na odchodnym zapisała na wydartej z jakiegoś bloczka kartce kilka zwrotów przydatnych w ekumenicznym dialogu.

W trakcie wciągania Carpenterowi przypomniała się pewna operacja desantowa w Iraku, jednak dawne wspomnienia ustąpiły, kiedy po zdjęciu butów znalazł się w wyłożonej dywanami świątyni.

Już wcześniej zauważył, że dużo łatwiej nawiązuje rozmowę z miejscowymi, jeśli zamiast w roli turysty występuje jako „brat w wierze”. Na tę okoliczność miał przygotowaną legendę „protestanckiego pastora poszukującego światła”. W dodatku pastora, któremu nieobca była myśl przejścia na jedynie słuszną wiarę. Sprawdziło się to kiedyś w Meksyku, czemu nie miało się powieść teraz?

Ortodoksów zachwyciła perspektywa ewentualnej konwersji, toteż podejmowali Carpentera całe popołudnie, zaprosili na zbiorową wieczerzę i nalegali, aby spał pospołu z nimi.

Salam, z którą połączył się za pośrednictwem komórki (zadziwiające, jak gęsto w Etiopii powyrastały wznoszone przez Chińczyków wieże telefoniczne), miała spędzić noc w hotelu w Adigracie i wrócić po niego koło południa. Miał nadzieję do tego czasu dowiedzieć się wszystkiego.

Najbardziej rozmowny okazał się miejscowy przeor, sędziwy mnich mówiący całkiem nieźle po włosku, który wprawdzie o wizjach nieboszczyka strażnika rozmawiać nie chciał, ale gotów był, w zamian za ofiarę na klasztor, pokazać jego zapiski.

– I tak są nie do odczytania – skomentował.

Nie było ich wiele, cienki zeszyt. Strażnik sporządził je około dwudziestu lat temu, w czasie chwilowego oprzytomnienia, po czym zapadł w ponowną katatonię, z której uwolnił go dopiero anioł śmierci.

Joe nie próbował nawet wycyganić owych notatek. Obrócił jedynie swój cebulasty zegarek na drugą stronę przegubu, po czym za pomocą ukrytego w nim szerokokątnego skanera skopiował stronę po stronie… Mnisi zdawali się tego nie zauważać.

W południe przyjechał po niego sam Des; Salam podobno wolała uniknąć jazdy po górskich serpentynach, toteż pozostała w hotelu. W parę godzin dojechali do Adigratu, sporej miejscowości, w której barwne stroje kobiet o częściowo zakrytych twarzach przypominały o bliskim sąsiedztwie islamskiej Erytrei.

Salam czekała na nich w hotelowej restauracji. Czuła się już całkiem dobrze i pałaszowała jakąś miejscową sałatkę, przegryzając indżerą, rodzajem etiopskiego naleśnika zwiniętego na podobieństwo ręcznika z łaźni parowej, którego Carpenter nigdy by nie wziął do ust. Chyba żeby musiał. Podczas akcji w terenie zdarzało mu się spożywać rzeczy zdecydowanie mniej apetyczne. Sam hotel prezentował się dość obskurnie i niewart był ani jednej gwiazdki (w przewodniku oznaczono go trzema), co stało się powodem wielkiej awantury portiera z grupą Niemców, którzy zjechali pod wieczór. Ponieważ jednak w miasteczku nie było hotelowej alternatywy, po jakimś czasie Germańcy zmiękli, pokrzepiając się wielką ilością dobrze zmrożonego piwa Saint George, którego nigdzie w Etiopii nie brakowało.

Tymczasem Joe przelał zawartość mikroskanera do laptopa, potem wyciągnął maleńką drukarkę, a gotowy wydruk zaniósł Salam, która zajmowała pokój obok niego.

– Pozwolili ci skopiować? – zdziwiła się dziewczyna.

Kiwnął głową, licząc, że poniecha pytań o dalsze szczegóły. Nie pytała. Ze zmarszczonymi brewkami usiłowała odczytać tekst.

– To alfabet ge’ez – powiedziała wreszcie – starożytna wersja amharskiego. Wszystkie litery się zgadzają, tylko całość nie ma najmniejszego sensu. Wygląda na jakiś szyfr…

– Szyfr?… Szyfr mówisz? – Niewiele myśląc, w łazience zdjął ze ściany lusterko i pochylił nad tekstem. – A teraz? Spójrz na odbicie tekstu.

– Teraz… – Jego gwałtowność w działaniu wyraźnie ją zaskoczyła. – Teraz chyba będę mogła to odczytać, autor pisał najwyraźniej od prawej do lewej… Tylko jak na to wpadłeś?

– Metoda jest stara jak świat, stosował ją już Leonardo da Vinci. Ma jednak pewien drobny mankament: jeśli stosuje ją praworęczny autor, mimowolnie rozmazuje to, co już napisał… Widzisz, tu i tu zostały ślady.

– Widzę. Będę miała jeszcze jeden drobny problem. Tekst nie został napisany po amharsku, a w języku tigre, używanym w tych okolicach.

– Podobno go znasz?

– Wersję współczesną oczywiście, jednak aby to wszystko dokładnie odczytać, będę potrzebowała trochę czasu i dobrego słownika…

– Nie będę cię poganiał. A na razie spróbuj przetłumaczyć z grubsza, co tu zostało napisane.

Zostawił ją w pokoju, a sam wyszedł na miasto. Mimo późnego popołudnia i dość wysokiego położenia – Adigrat leży na wysokości blisko dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza – panował spory żar. Po centralnym placu snuło się niewielu ludzi, a kramy nie oferowały niczego szczególnego do kupienia.

Starając się trzymać cienia i nie reagować na nagabywania żebraków i przekupniów, zadawał sobie pytanie, czego właściwie spodziewa się po manuskrypcie. Potwierdzenia, że Arka jest w Aksum? A jeśli jest?… Z jakiej epoki naprawdę może pochodzić? A nawet jeśli to ta właściwa, trudno było mu uwierzyć w jakieś niezwykłe właściwości.

Wiarę stracił bardzo dawno temu. Czy do końca? Niezliczone przykłady nakazywały mu wierzyć w istnienie ponadrozumowej mocy wypełniającej wszechświat, jednak od tego do wiary w dobrotliwego pana z brodą i rytuału coniedzielnych mszy było bardzo daleko.

Bywały sytuacje, że zazdrościł ludziom wierzącym, zwłaszcza podczas walki, kiedy wystrzelał wszystkie naboje i liczył minuty do chwili, w której go znajdą i zabiją, albo w tej piwnicy w Meksyku, kiedy czekał na niechybną egzekucję. Gruby Sam, Murzyn z Luizjany, uważany dotąd za niebywałego twardziela, pół nocy memłał modlitwy. Wtedy dało to efekt. Latająca kawaleria Stanów Zjednoczonych jeszcze raz zgotowała happy end. Inna sprawa, że ta wspaniała wiara nie uratowała Grubego Sama w Afganistanie.

Maud, jego żona, też wierzyła, choć bez szczególnej manifestacji swych przekonań. Tylko czy w czymś jej to pomogło?

Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić, że przechadza się teraz po zielonych łąkach raju. Chociaż bardzo chciałby, żeby tak było. Żeby kres życia nie był zwyczajnym zgaszeniem światła. Definitywnym zamknięciem wszystkich spraw.

Gdyby w Aksum naprawdę była Arka Przymierza…

Nieoczekiwanie pojawił się obok niego kierowca Des.

– Niedobrze, niedobrze! – powtarzał po amharsku.

Zdołał zrozumieć, że nie mogąc doczekać się jego powrotu, Salam wyszła z pokoju i stała się obiektem zaczepek podpitych Niemców.

– Zbierz nasze rzeczy i zapal samochód! – rzucił do szofera.

Dobiegł do hotelowej knajpy. Autochtoni gdzieś się pochowali, a podpici turyści otaczali wianuszkiem Salam, wyraźnie przerażoną.

– Chcemy tylko zobaczyć twoje czarne cycuszki – perorował wielki jak szafa amator kwaśnych jabłek.

– A może chcesz zobaczyć moje? – zaproponował Joe po niemiecku.

Odwrócili się. Zarechotali. Wysoki, ale niespecjalnie barczysty starszy pan nie wydawał się im kandydatem na poważnego przeciwnika.

– Nie wcinaj się, dziadku! – powiedział z boku okrąglutki okularnik, bardziej trzeźwy niż reszta towarzystwa.– Po co masz oberwać?

– Ależ nie, zapraszamy do zabawy. – Szafopodobny wypuścił Salam i ruszył w stronę Carpentera, wymachując pięściami wielkimi jak bochny.

– Pokaż mu, gdzie raki zimują, Rudi! – podburzali go pozostali.

Zabawa trwała krócej niż przerwa na reklamy w telewizji. Chwilę później Rudi leżał na ziemi, skowycząc:

– Złamał mi rękę, złamał mi rękę!

Pozostali, mimo że puścili się kupą, chwytając stołki i sztućce, też oberwali za swoje. Z wybitych zębów tubylcy mogliby złożyć całkiem ładny naszyjnik. Do listy uszkodzeń należało jeszcze dołączyć kilka rozbitych nosów i żeber, jeden wstrząs mózgu po upadku ze schodów oraz liczne drzazgi z połamanego stołu w grzbiecie kolejnego osiłka. Joe oszczędził jedynie tłustego okularnika, który nie kwapił się do walki, tylko dygocząc jak osika, powtarzał:

– Nie bij, nie bij!

Chyba od czasu Stalingradu nikt nie załatwił Germańców równie skutecznie.

Za kontuar, zza którego powoli gramolił się barman, Joe rzucił dwa tysiące birrów, wołając:

– Proszę wszystko dopisać do mojego rachunku! – po czym pociągnął osłupiałą Salam za sobą.

– Ale nasze rzeczy…

– Des już się nimi zajął!

Rzeczywiście, wszystko znajdowało się już w samochodzie gotowym do drogi. Ruszyli z piskiem opon, przekraczając wszelkie dozwolone prędkości.

– Dlaczego uciekamy? – zapytała Etiopka, kiedy wreszcie minął jej stupor. – Przecież to oni zaatakowali.

– Nie lubię za dużo się tłumaczyć przed przedstawicielami władzy – odparł Joe.

Była to tylko część prawdy. Od lat w swych działaniach kierował się dość prostą zasadą: „Jak najmniej kontaktów z policją”. Nie miał ochoty, żeby jakiś przypadkowy bystry gliniarz odkrył jego prawdziwą tożsamość albo, co gorsza, zainteresował się bagażami. Szpiegowski sprzęt, przywłaszczone artefakty, kopia pamiętnika… Drogo mogłoby to ich kosztować.

Większość podróży Salam przespała. Zbudziła się tylko raz, kiedy Des musiał ostro zahamować, by nie wpaść na dorodnego serwala, który znalazł się na drodze i na moment znieruchomiał, oślepiony reflektorami.

Poprosiła o wodę, a potem powiedziała:

– Przepraszam, Joe, byłam w szoku i nawet ci nie podziękowałam za to, co zrobiłeś w mojej obronie.

– Drobiazg! Zawsze do usług – odparł, żałując, że nie siedzi na tylnym siedzeniu i nie może przygarnąć dziewczyny do siebie.

Nad ranem przez nikogo niezatrzymywani dotarli do niewielkiego lotniska w Mekele, gdzie w startującym o świcie samolocie do Addis Abeby czekało zarezerwowane miejsce dla pana Maria Bonettiego (tymi dokumentami postanowił aktualnie się posługiwać). Aby upodobnić się do fotografii w swoim nowym paszporcie, Joe założył siwą perukę, dokleił szpicbródkę, nałożył ohydne rogowe okulary z pierwszej połowy XX wieku i pożegnał się ze współpracownikami.

– A my?! – zapytała Salam. – Nie lecimy z tobą?

– Niestety. Czeka was długa droga we własnym towarzystwie. I tak musicie odstawić samochód. Poza tym gdybyśmy oboje wsiedli do samolotu, mieliby nas od razu na widelcu, a tak nikt nie zwróci uwagi na samotnego białasa… Jeśli będą was pytać o ten incydent no i o to, co stało się ze mną, powiecie, że zmieniłem plany i udałem się okazją do Erytrei.

– A moje tłumaczenie tego pamiętnika? W hotelu zupełnie mi nie szło…

– Nie mam zamiaru rezygnować z wykorzystania twoich umiejętności, Salam – odparł z uśmiechem. – Za pięć dni spotkamy się w restauracji „Lucy” przy Muzeum Narodowym.

W zasadzie nie była mu potrzebna, mógł znaleźć wielu tłumaczy bieglejszych od niej, ale jakoś nie chciał kończyć tej znajomości. Zwłaszcza że pozostała nieskonsumowana.

ROZDZIAŁ II PROROCTWO

Nikt przytomny nie popełnia zbrodni wyłącznie dla zabicia czasu. Choć niekiedy nie ma innego wyjścia!” – brzmiało inne ulubione powiedzonko Glenna Butlera.

Czas oczekiwania na przybycie Salam Joe wykorzystał dość pracowicie. W swoich połowach nigdy nie ograniczał się do zarzucania jednej wędki i ta metoda doczekała się nagrody. Plon dwudniowego wypadu na południe od stolicy do monastyru Mount ZuquallaMaryam był imponujący.

Wprawdzie sama budowla pochodziła „tylko” z XII wieku, ale legendy łączyły jej powstanie ze świętym Merkuriuszem, który osiadł tam już w IV stuleciu. Mało kto też wie, że ów święty, oczywiście pod warunkiem że nie był jedynie wytworem ludowej inwencji, zajmował się poszukiwaniem śladów pobytu Świętej Rodziny w Abisynii. Zaginiona Ewangelia świętego Józefa wspominała, że uciekając przed siepaczami Heroda, Maria, Józef i malutki Jezus dotarli aż do Etiopii i tam przyszły Zbawiciel spędził dzieciństwo.

W opowieściach o Merkuriuszu mowa jest, że był on w posiadaniu tego dzieła i raczej nie chodziło o Żywot Józefa Cieśli, która to praca powstała później. Co prawda jeśli nawet wspomniana Ewangelia tam istniała, to z pewnością musiała zostać zniszczona podczas najazdów arabskich – Carpenter wszelako nie tracił nadziei, że natrafi na jakiś jej ślad, podania bowiem uparcie twierdziły, że księga ta ciągle znajduje się w klasztorze.

Carpenter posiadał doskonale sfałszowane dokumenty i upoważnienia dla doktora Maria Bonettiego z dwóch watykańskich kongregacji, które na miejscowych duchownych robiły wielkie wrażenie. A kiedy poufnie nadmienił, że de facto jest tajnym wysłannikiem Jego Świątobliwości przed zapowiadaną od lat wizytą papieża w Abisynii, wszystkie tajemnice klasztoru stanęły przed nim otworem.

Tutejszy księgozbiór nie był liczny i przechowywano go w dość niedbałych warunkach, których widok zachodnim bibliofilom i konserwatorom niechybnie zjeżyłby włosy na głowie. Kodeksy z barwnymi iluminacjami, księgi z prymitywnym zapisem nutowym, wreszcie, co ciekawe, kilka pergaminów arabskich – wszystko to leżało na kupie razem z zabytkowymi wieloramiennymi krzyżami etiopskimi i naczyniami liturgicznymi, czekając, kiedy wreszcie powstanie muzeum.

Joe uważnie oglądał i naturalnie skanował wszystko, co wpadło mu w ręce, łącznie z iluminacjami, często bowiem w rycinach zachowywały się rzeczy, które z jakiegoś powodu pominięto w manuskrypcie. Atoli nie znalazł niczego poza wizerunkiem Merkuriusza klęczącego przed wizją Świętej Rodziny na osiołku. U jego stóp leżała księga. Na koniec bardziej z wrodzonej konsekwencji niż w przypływie szczególnej nadziei sięgnął po pisma arabskie. Od razu rozpoznał sury Koranu. Ale… Pergamin wydał się cieńszy niż zwykle i już po chwili nie wątpił, że widoczny arabski tekst jest palimpsestem. Coś było napisane na pergaminie wcześniej, a następnie pieczołowicie wyskrobane, jak zapewne sądzili zwolennicy wielokrotnego używania pergaminu – bezpowrotnie. Jednak od ich czasów technika poszła znacznie naprzód.

Korzystając, że przeor pozostawił go samego, Carpenter spryskał kartę sprayem i włączył detektor podczerwieni. Pojawiły się litery, greckie. Wzruszenie chwyciło go za gardło, kiedy czytał: „W trzecim roku wygnania, kiedy Jezus ukończył lat cztery, wielka plaga szarańczy nawiedziła kraj Szeby…”.

Niestety, z tekstu apokryficznej Ewangelii zachowały się jedynie dwie kartki, inne zapisane po arabsku pergaminy nie nosiły śladów powtórnego użycia. Mimo to trudno było przecenić wagę odkrycia. W dodatku Carpenterowi udało się wycyganić „te bezwartościowe rękopisy muzułmańskie” za śmieszną kwotę dziesięciu tysięcy dolarów, która dobrotliwemu archimandrycie wydała się prawdziwą fortuną.

Joe wrócił do Addis Abeby i tam poświęcił się lekturze. Stylistyka wskazywała rzeczywiście na IV wiek: autor miał doskonałe rozeznanie w warunkach panujących w Etiopii, a opowieści o małym Jezusie były po prostu urocze. Z tekstu wynikało, że Świętej Rodzinie udzielił schronienia sam władca kraju, tożsamy z Baltazarem, jednym z Trzech Króli, którzy prowadzeni Gwiazdą Betlejemską złożyli hołd Dzieciątku w Betlejem. W opowieści nie brakowało cudów w rodzaju jazdy na lwie czy podniebnej żeglugi na orłosępie, a pojedynek pięcio- czy sześcioletniego Jezusa z nadwornym magiem, wygrany zdecydowanie przez Nazareńczyka, przypominał najlepsze fragmenty kina akcji. Niestety, odcyfrowany rękopis urywał się, nie wyjaśniając kulisów powrotu Rodziny do Ziemi Świętej ani końca panowania Baltazara, które, jak można wywnioskować, musiało być dramatyczne.

Przez moment Carpenter zastanawiał się, czy nie przerwać podróży i nie powrócić do Stanów, aby ogłosić swoje odkrycie. Przesądziła uroda etiopskiej tłumaczki i wrodzona niechęć do pozostawiania spraw niezałatwionych.

Dlatego 19 września o umówionej godzinie zasiadł w ogródku restauracji „Lucy” przy ulicy Króla Jerzego VI. Lokal zawdzięczał swoją nazwę najsłynniejszej Abisynce, jeśli można tak nazwać najstarszego hominida sprzed trzech milionów lat, którego szczątki, a także zrekonstruowaną postać można podziwiać w pobliskim Muzeum Narodowym. „Lucy” często określa się mianem praprababki dzisiejszej ludzkości, choć niektórzy twierdzą, że zmarła w wieku siedemnastu lat istota mogła być dziewicą. Carpentera jednak nie fascynowała ta historia, zdecydowanie wolał wersję z Adamem i Ewą.

Salam, objuczona torbą (zapewne ze słownikami), dostrzegła Amerykanina natychmiast, jako że powrócił już do doskonale znanej jej postaci playboya w sile wieku. Próbował z uśmiechu dziewczyny wywnioskować, czy choć trochę stęskniła się za nim, czy jedynie pragnie jak najszybciej zabrać się do pracy, ale nie udało mu się tego ustalić.

Zjedli lekki obiad, po czym pojechali do domku na przedmieściu Addis Abeby, który Joe wynajął na dwa tygodnie.

– W hotelu nie mielibyśmy komfortu niezakłócanej pracy – powiedział.

Nie oponowała.

Po drodze zdała relację ze swej długiej podróży. Okazało się, że środki bezpieczeństwa były niepotrzebne. Nikt bojowego jankesa nie szukał ani nie zatrzymywał samochodu. Być może krewcy Niemcy po oprzytomnieniu doszli do wniosku, że lepiej nie składać skargi.

Carpenter zadbał, aby w wynajętym lokalu nie brakowało im niczego: zapas żywności i płynów mógł wystarczyć na dwa tygodnie, barek był sowicie zaopatrzony, a z głośników w razie potrzeby mogła się sączyć nastrojowa muzyka.

Salam z miejsca chciała zabrać się do roboty. Joe miał wobec niej trochę bardziej rozbudowane plany, ale zgodził się, aby trochę popracowała, a dopiero później siadła razem z nim do wieczerzy.

Okazało się, że praca będzie trochę cięższa, niż się spodziewała: mnich nie tylko pisał w języku tigre, ale jeszcze posługiwał się północną odmianą alfabetu ge’ez, a w dodatku, być może z emocji, opuszczał niekiedy litery, co powodowało konieczność wielokrotnego poprawiania tekstu.

Nie mając nic innego do roboty, Carpenter oglądał w telewizji stare filmy, niekiedy dla urozmaicenia przechodząc na CNN i newsy.

Około siódmej Salam pojawiła się mocno podniecona; policzki jej płonęły, co jedynie potęgowało wrażenie jej urody.

– Odszyfrowałam dwie strony! – zameldowała. – Wygląda na to, że autor naprawdę przeżył objawienie, które uznał za wydarzenie wielkiej wagi. Nie został jednak przez nikogo wysłuchany. Co ważne, jego pamiętnik, mimo staroświeckiego stylu, w najmniejszym stopniu nie sprawia wrażenia wynurzeń wariata. Chcesz przeczytać?

– Oczywiście, że chcę, ale potem robimy przerwę na kolację i relaks.

– Zgoda. Ty decydujesz! W końcu jesteś moim pracodawcą. Mam ci odczytać? Później przepiszę tekst na komputerze.

– Będę zachwycony!

W imię Boga Ojca i Syna Jego, i Ducha Świętego w Trójcy Świętej Jedynych.

Piszę ja, niegodny sługa Pański, com widział i czegom się dowiedział, bo jeśli zostało to ujawnione mnie, to nie po to, iżby ukryte zostało aż do tych dni ostatnich. Piszę pismem odwrotnem i językiem dawnem, wiedząc, iż jeśli wola Najwyższego będzie, by to, co mnie wiadome, stało się jawne, nic odczytaniu nie przeszkodzi, ale jeśli ma pozostać zakryte, będzie zakryte aże do wypełnienia się Słowa. Można pytać, czemu obieram tę drogę, miast zwrócić się do mych braci starszych, przełożonych i uczonych w Piśmie. Tedy oświadczam: zwracałem się, i to nieraz, zanim jeszcze pomroka na mnie spadła, ale nie wysłuchano mnie, czy to ze strachu przed władzą okrutną moc w kraju dzierżącą, czy też to, com opowiadał, było zbyt straszne i niepojęte, by ktokolwiek mógł dać wiarę. A że nie potrafiłem panować nad swymi emocjami, usiłując przekonywać niedowiarków krzykiem i rękoczynem, do szpitala mnie odesłano, skąd wyszedłem juże po upadku Mocy Zła i pod opiekę braci z Debre Damo oddany zostałem. Ukoiwszy targające mną porywy i czując zbliżanie nieuchronnego kresu, piszę – a ci, co odczytają, niech uwierzą, albowiem ślepota nie ochroni ich przed żarem z niebios ani głuchota przed rykiem nacierającego oceanu.

Czemu zdarzyło się to mnie? Myślę, że sprawiła to Ona (Salam wpisała w nawiasie: Arka), ale zobowiązałem się świętą przysięgą nic nie mówić o szczegółach mej posługi ani o Niej samej, toteż powiem wyłącznie o snach.

Przyśniły mi się w dwudziestym roku mego stróżowania. Było to przedziwne śnienie na jawie, albowiem mając świadomość, że śnię, czułem zarazem, że dzieje się to naprawdę. Ujrzałem naraz przedziwny blask i światłość w kształcie muszli czy łzy raczej i młodzieńca w niej stojącego, nieopisanej urody, który do mnie mówił. A głos, choć nadzwyczajnie słodki, brzmiał zarazem tak strasznie, że struchlały obudziłem się cały w pocie, dygocąc i nie mogąc już spać aż do świtania. Myślałem: sen to jeno, nic więcej, różne rzeczy śnią się ludziom, zwłaszcza że czytanie nabożnych pism i obecność w Miejscu Świętym Świętych może naszą imaginację ku różnym wyobrażeniom skłaniać. Po trzech dniach wszelako ten sam sen przyśnił mi się po raz wtóry, a po kolejnych dziewięciu po raz trzeci. Mogę przysiąc, że za każdym razem i obraz, i słowa były identyczne, a równocześnie coraz głębiej zapadały w me serce, jak ziarno, które padłszy w glebę, zapuszcza korzenie, kiełkuje i się rozrasta. W pierwszych dniach milczałem o tem, ale czułem, że przesłanie wypełnia mnie coraz bardziej, aż zacząłem mówić i krzyczeć. Były to wybuchy często bez ładu i składu, jako że rozpaczliwie usiłowałem powściągać język, ale gdy narzucona sobie tama pękała, wylewałem setkę słów naraz. Czyż nie sprawiałem wrażenia opętanego? Gorzej, gdy słuchali mnie starsi, pojawiały się demony pragnące zaszkodzić memu przekazowi. Nie widziałem ich, lecz czułem oślizgłość ciał, smród oddechów… Tedy rozmawiając z ludźmi, równocześnie próbowałem je odgonić, co jeno potwierdzało opinie o mnie jako o szaleńcu…

Bóg sprawił, że nie utraciłem rozumu na zawsze, zesłał na mnie dobroczynną noc, z której obudziwszy się, wróciłem do zdrowia. Nie wspominałem nikomu więcej o swoich widzeniach i nie wspomniałbym, gdyby nie zdarzył się znak pierwszy.

Trwoga, że nie wypełnię swego zadania, powróciła, kiedy jednak nie uzyskałem odpowiedzi na parokrotną prośbę spotkania się z patriarchą, postanowiłem spisać, com widział. Nie wiem, ile czasu upłynie, nim wypełnią się wszystkie znaki, ale strach dyktuje mi przeświadczenie, że nie będzie trwało to długo…

Umilkła.

– Co o tym myślisz? – zapytała.

– Znakomicie zbudowany nastrój, ale na razie niezwykle mało konkretów.

– A ja się boję…

Zauważył, że dziewczyna drży.

– Czytałaś ciąg dalszy?

Naraz odczuł ogromną potrzebę otoczenia jej ramieniem.

– Nie i nie wiem, czy powinniśmy czytać dalej. Mam okropne przeczucia.

– Ależ dziewczyno! W XXI wieku nikt nie wierzy w proroctwa, a jeśliby nawet i wierzył, to musiałby uznać, że przepowiadane w nich zdarzenia wydarzą się niezależnie od tego, czy będziemy o nich wiedzieli, czy też nie. W dodatku jeśli nawet w proroctwie zawarta jest informacja o jakichś okropieństwach, może również znajdować się tam recepta, jak ich uniknąć albo jak postępować, aby zabezpieczyć się przed ich skutkami.

– Pewnie masz rację!

Siedli do stołu. Joe, świadom, że Salam unika potraw z mięsa, przyrządził pyszną rybę z dużą ilością warzyw. Do tego podał sok z mango…

– A może przy tej wyjątkowej okazji skusisz się na kieliszek białego wina?

– Ale tylko na jeden!

Skończyło się na dwóch butelkach. Ponury nastrój Etiopki szybko się ulotnił, zrobiła się wesoła, śmiała się, kiedy Carpenter parodiował rzekome wypowiedzi Niemców po powrocie do kraju na temat kontuzji doznanych podczas ekspedycji w Abisynii. Trudno zresztą było się nie śmiać. Joe perfekcyjnie odtwarzał gestykulację poturbowanych Niemców, z których jeden pokazywał, jak poraziła go Arka, drugi demonstrował swoją potyczkę z krokodylem, a trzeci lamentował po tym, jak uległ w walce na pięści z pawianem, który na dodatek wykorzystał go seksualnie.

Spontanicznie przenieśli się na kanapę. Bliskość Amerykanina zupełnie nie przeszkadzała młodej Etiopce, podobnie jak ręka, którą ją objęła.

Nagle zaczęli się całować, mocno, namiętnie! Dziewczyna sprawiała wrażenie nowicjuszki w tej sztuce, ale nadrabiała wrodzonym talentem. Joe czuł, że ogarnia go szaleństwo, większe niż podczas którejkolwiek z tysiąca i jednej nocy spędzonych z kobietami, wliczając w to także Maud.

– Nie! – powiedziała nagle, wyswobadzając się z jego ramion i wstając. – Nie mogę!

Na moment osłupiał.

– Coś się stało? Czymś cię uraziłem?

– Nie o to chodzi. Mało o mnie wiesz… Zresztą to moja wina – dodała szybko. – Jestem prostą dziewczyną z gór. Naiwną i konserwatywną. W dodatku traktującą pewne sprawy ogromnie poważnie. Pewnie cię rozbawi fakt, że jestem jeszcze dziewicą.

– Potrafię być delikatny.

– Zupełnie mnie nie rozumiesz. Czystość przed ślubem nie jest dla nas jedynie pojęciem teoretycznym. Ja naprawdę wierzę w chrześcijańskie zasady.

– Jeśli chcesz, ożenię się z tobą! – W tym stanie napalenia gotów był obiecać jej napad na Fort Knox, ujęcie gołymi rękami lwa czy przejście na golasa Piątą Aleją! – Oczywiście jeśli nie uważasz, że jestem za stary, za nudny, za…

– Czy to oświadczyny?

– Mogą być!

Klęknął przed nią, co, jak później sam przyznawał, wyglądało cokolwiek błazeńsko. Sprawiała wrażenie zaszokowanej, ale nie zdecydowanie przeciwnej.

– Daj mi trochę czasu – poprosiła. – I powtórz to za miesiąc. Wtedy weźmiemy ślub i będzie, co będzie.

Zrozumiał, że w tej fazie negocjacje zostały zakończone. Gdyby chodziło o kogoś innego, do wyboru pozostawałoby mu jeszcze kilka opcji. W najgorszym razie: w podręcznej apteczce miał specyfik nazywany „pigułką gwałtu”. Ale coś takiego nie wchodziło w grę wobec Salam.

„A to historia! Zakochałem się w Murzynce!”

– Czy mogę wracać do pracy? – zapytała Abisynka.

– Oczywiście. Pracuj, a ja zajmę się sprzątaniem.

Nie zajęło mu to wiele czasu, a potem wyszedł z domu zapalić.

Noc już była pełna, w żadnym z okolicznych domów nie paliły się światła, centrum Addis Abeby zasłaniał pagórek, toteż nic nie przeszkadzało w podziwianiu bezchmurnego nieba rozpiętego nad jego głową. Dopiero tu, w czystym powietrzu, bez ograniczeń, jakie powodują światła miasta, można było przekonać się, jak wieloma gwiazdami wybrukowane jest niebo.

Zaciągnął się mocno, wciągając dym aż do najdalszych zakamarków organizmu. Wszechświat, kosmos, absolut! Wielkie słowa. Cóż go to wszystko obchodziło? Był przecież białym seksistowskim samcem, któremu jakaś zacofana Afrykanka uniemożliwiła bezproblemowe zaspokojenie popędu płciowego.

Oczywiście wiedział, że to nieprawda. Że doświadcza czegoś więcej, choć zawsze się przed tym bronił. Czy była to miłość?

Zgasił papierosa i poszedł oglądać telewizję.

Sen go zmorzył koło drugiej; idąc do łóżka, zajrzał jeszcze do pokoiku Salam, z którego sączyło się światło. Usłyszał ostre: „Pracuję!”, więc wycofał się dyskretnie.

Zasnął natychmiast. Z tym nigdy nie miał trudności. W czasach swych akcji potrafił spać w każdym miejscu, w każdej pozycji, a nawet wysypiać się na zapas.

Spał jak zawsze czujnie i dlatego nawet bardzo stłumiony płacz go obudził. Otworzył oczy. Za oknem widać było słabą poświatę pierwszego brzasku.

„Co, u licha?”

Płacz dochodził z pokoju Salam. Poszedł tam cicho i zastał ją wśród stosu kartek i słowników zanoszącą się od łez.

– Co się stało? – zapytał łagodnie.

Odwróciła głowę. Na jej twarzy malowała się czysta rozpacz.

– Nie powinniśmy tego tłumaczyć, nigdy!

Zauważył włączony laptop. A więc zaczęła przepisywać przetłumaczony tekst.

– Pozwolisz, że przeczytam?

Zerwała się bez słowa i pobiegła do łazienki.

„Cóż takiego mogło wprawić tę rozsądną dziewczynę w stan podobnej histerii?”

Pochylił się nad monitorem.

Uczył nas Pan: nie znacie dnia ani godziny. Tedy i mnie nie objawiono dziejów przyszłych w sposób pozwalający określić dokładną datę Wielkich Zdarzeń. Mogę jedynie wnioskować, że moment Paruzji nie jest odległy, co może oznaczać, że i Dzień Sądu nadciąga. Czytałem pisma wielu Ojców Kościoła Powszechnego, takoż i naszych proroków i wiem, że są tacy, którzy twierdzą, że po powtórnym przyjściu Syna Człowieczego nastąpi Jego tysiącletnie Królowanie na Ziemi. Że z nieskończonego miłosierdzia zostanie dana jeszcze jedna szansa nawrócenia się grzesznych, odkupienia win, a także przebłagania Boga za niegodne uczynki naszych ojców i dziadów. Że będzie dana szansa poprawy tym, którzy występkiem swym odrzucili Dobrą Nowinę lub bez własnej winy nigdy jej nie poznali. Oby tak było! Jednak jest i druga interpretacja, iż Syn Boży przyniesie z sobą bicz oraz miecz. I stoczywszy ostatnią bitwę z Szatanem w miejscu zwanym Armagedon, przystąpi do Dnia Ostatniego. Otworzy mogiły i wezwie zmarłych na Sąd straszny. Nie zostałem powiadomiony, jak się to odbędzie, choć przy ogromnym znieprawieniu współczesnego świata trzeba by bezgranicznego Miłosierdzia Bożego, aby wybaczyć rodowi ludzkiemu wszystko zło, które świadomie czynił i nadal czyni.

Posłaniec, który do mnie mówił, nie wiem, czy był to Archanioł, czy jakiś z pomniejszych Aniołów, o niczym takim nie wspominał – rzekł jeno, że przesypuje się czas w klepsydrze i Dzień Przyjścia nadchodzi.

A poprzedzać go będzie siedem znaków.

Pierwszy już się wydarzył.

– Oto padnie samo z własnego rozkładu sprośne królestwo Szatana Północy, a wraz z nim skończy się także niedola dzieci Szeby.

Czyż można inaczej opisać rozkład Związku Sowieckiego i upadek naszego czerwonego reżimu, który trwał lat siedemnaście na upodlenie ludu i nieustanną obrazę Boga?

O pozostałych zdarzeniach wyrokować nie będę, mogę jedynie żywić nadzieję, że nie nadejdą bardzo prędko, bo każde z nich niesie moc bólu, niedoli i zła.