Portret Doriana Graya DODRUK - Oscar Wilde - ebook
Opis

Skandalizująca opowieść o skutkach ulegania złu od ponad wieku fascynuje kolejnych czytelników.

Kiedy młody i piękny Dorian Gray ogląda swój portret, wypowiada pochopne życzenie, że oddałby wszystko, aby zachować młodość i urodę, nawet za cenę duszy. W zamian za to twarz na obrazie starzeje się i oszpeca w miarę postępującego zepsucia moralnego bohatera. Pewnego dnia, znużony dotychczasowym rozwiązłym i okrutnym życiem, Dorian Gray postanawia zniszczyć portret...

Pierwodruk książki ukazał się w miesięczniku "Lippincott's Monthly Magazine" w 1890 roku. Powieść od razu spotkała się z falą krytyki i została okrzyknięta skandalem. To przyczyniło się do zyskania przez Oscara Wilde'a reputacji pozbawionego moralności dandysa. Wtedy nikt chyba nawet nie podejrzewał, że Portret Doriana Graya stanie się jednym z najważniejszych dzieł literatury angielskiej, na stałe przynależącym do światowego kanonu.

„Książka nie może być moralna lub niemoralna. Jest tylko dobrze lub źle napisana".

Oscar Wilde

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 217

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Oskar Wilde Portret Doriana Graya ISBN: 978-83-7785-813-4 TYTUŁ ORYGINAŁU: The Picture of Dorian Gray PRZEKŁAD: Jerzy Łoziński Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2015 All rights reserved Wydanie na podstawie pierwotnej wersji opublikowanej w „Lippincott’s Monthly Magazine” w 1890 r. PROJEKT OKŁADKI: Krzysztof Kibart www.designpartners.pl REDAKCJA: Magdalena WójcikZysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Rozdział I

Studio napełniał bogaty aromat róż, a kiedy lekki wiosenny wiatr poruszył drzewa w ogrodzie, przez otwarte drzwi napływały ciężki zapach bzu i bardziej delikatna woń różowo kwitnących głogów.

Lord Henry Wotton, w rogu złożonego z perskich czapraków tapczanu — na którym spoczywał, popalając, zgodnie ze swym zwyczajem, niezliczone papierosy — mógł pochwycić błysk słodkich jak miód i jak miód barwnych kwiatów złotokapu, którego drżące gałęzie ledwie były w stanie, zdało się, podźwignąć ciężar piękna tak płomiennego. Po zasłaniających wielkie okno długich kotarach z surowego jedwabiu co jakiś czas przemykały fantastyczne cienie ptaków w locie, tworząc momentalny „efekt japoński”. Kazał mu on myśleć o tych bladych, nefrytowych twarzach malarzy z Tokio, którzy w swej, nieruchomej z konieczności, sztuce starali się oddać wrażenie śmigłości i ruchu. Zdawało mu się, iż posępne buczenie pszczół — czy to przedzierających się przez wysoką, nieskoszoną trawę, czy to z monotonnym uporem krążących wokół oprószonych złocistym pyłem, sterczących we wszystkie strony wieżyczek wiciokrzewu — czyni bezruch jeszcze cięższym. Niewyraźny szum Londynu był jak basowy dźwięk odległych organów.

Na środku pokoju stały sztalugi z umocowanym na nich naturalnej wielkości portretem młodego mężczyzny o niezwykłej urodzie. Przed nim zaś siedział w niewielkiej odległości sam artysta, Basil Hallward, którego nieoczekiwane zniknięcie przed kilku laty wzbudziło publiczną ekscytację i dało asumpt do licznych, nader dziwnych przypuszczeń.

Kiedy wpatrywał się we wdzięczną i urodziwą postać, którą tak umiejętnie odtworzył na obrazie, na jego twarzy zagościł uśmiech przyjemności i wydawało się, że już tam pozostanie — ale mężczyzna wzdrygnął się nagle, zamknął oczy i takim gestem przyłożył koniuszki palców do powiek, jakby chciał w ten sposób zatrzymać w głowie jakiś osobliwy sen, z którego bał się obudzić.

— To najlepsze twoje dzieło, Basil, najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłeś — odezwał się leniwie lord Henry. — Musisz to z pewnością wysłać w przyszłym roku do Grosvenor. Akademia jest zbyt wielka i zbyt prostacka. Grosvenor to tak naprawdę jedyne miejsce.

— A ja nie sądzę, żebym chciał to gdziekolwiek wystawiać — odrzekł Basil, odrzucając głowę w ów szczególny sposób, który przyprawiał o śmiech kolegów z Oksfordu. — Nie, nigdzie nie wystawię.

Lord Henry uniósł brwi i ze zdziwieniem spojrzał na niego przez cienką, niebieskawą zawiesinę dymu, który tak zawadiackimi spiralami unosił się z jego ciężkiego, opiumowanego papierosa.

— Nigdzie nie wystawiać? A czemuż to, drogi przyjacielu? Masz jakiś powód po temu? Z was, malarzy, to prawdziwi dziwacy! Imacie się wszystkiego w świecie, aby zyskać reputację, ale ledwie ją zdobędziecie, można by sądzić, że gotowiście ją odrzucić precz. To prawdziwa głupota z waszej strony, gdyż na świecie jedna tylko rzecz jest gorsza od tego, że o tobie mówią, a mianowicie, że w ogóle o tobie nie mówią. Portret taki jak ten postawiłby cię nad wszystkimi młodzieńcami angielskimi, a wszystkich starców uczyniłby zazdrosnymi — jeśli tylko założyć, że starsi ludzie są zdolni do jakichkolwiek emocji.

— Wiem, że będziesz się ze mnie śmiał — odrzekł Basil — ale naprawdę nie mogę tego odsłaniać na pokaz. Zbyt wiele z siebie samego włożyłem w ten obraz.

Lord Henry ze śmiechem wyciągnął długie nogi na otomanie.

— Zbyt wiele z siebie! Możesz mi wierzyć, Basilu, że nawet nie wiedziałem, iż taki jesteś próżny. Ja nie widzę żadnego podobieństwa między tobą, z twoją szorstką, silną twarzą i czarnymi jak smoła włosami, a tym Adonisem, który wydaje się ulepiony z kości słoniowej i różanych liści. Tak, tak, drogi Basilu, to Narcyz, a ty… no cóż, masz wygląd bardzo inteligentny i tak dalej, natomiast piękno, prawdziwe piękno, kończy się właśnie tam, gdzie zaczyna się inteligentny wygląd. Intelekt sam w sobie jest przesadą i rozbija harmonię każdej twarzy. Kiedy tylko ktoś siada, żeby porozmyślać, natychmiast cały staje się nosem, czołem albo czymś jeszcze bardziej obrzydliwym. Przyjrzyj się tylko komukolwiek, kto odniósł sukces w swojej profesji. Cóż to za perfekcyjnie odrażające osoby! Z wyjątkiem, rzecz jasna, ludzi Kościoła, tyle że przecież w Kościele ani trochę nie myślą. Osiemdziesięcioletni biskup powtarza to, co mu powiedziano, kiedy był osiemnastolatkiem, naturalną więc koleją rzeczy wygląda rozkosznie. Natomiast twój tajemniczy młody przyjaciel, którego imienia nigdy mi nie wyjawiłeś, a którego portret mnie naprawdę fascynuje, nigdy nie rozmyśla. Tego jestem zupełnie pewien. To wyzbyta mózgu piękna istota; powinna zawsze tutaj być, gdy nastaje zima i nie ma kwiatów, na których można zatrzymać spojrzenie, oraz gdy nastaje lato i potrzeba czegoś do ochłodzenia swojej inteligencji. Nie pochlebiaj sobie, Basilu, ani trochę nie jesteś do niego podobny.

— Nie rozumiesz mnie, Henry — odpowiedział malarz. — Oczywiście, że nie jestem do niego podobny, wiem to doskonale. Właściwie powinno mi być przykro, jeślibym wyglądał jak on. Wzruszasz ramionami? Mówię ci prawdę. Ciąży jakieś fatum na tych, którzy się wyróżniają czy to cieleśnie, czy intelektualnie, fatum, zda się, wiernie przez dzieje towarzyszące królewskim krokom. Lepiej się nie odróżniać od swoich bliźnich. Na tym świecie najlepiej się dzieje brzydalom i głupcom. Mogą sobie siedzieć spokojnie i gapić się na widowisko. Nawet jeśli nie mają pojęcia o tym, jak smakuje zwycięstwo, oszczędzona jest im przynajmniej wiedza o porażce. Żyją sobie tak, jak wszyscy żyć powinniśmy: bez zmartwień, obojętni, nieznający smutku. Nie doprowadzają innych do ruiny, ale też nie doznają jej z rąk innych. Ty, Henry, masz pozycję i bogactwo, ja — umysł, jaki mi się trafił, i talent, ile tam mi go dostaje, natomiast Dorian Gray — dobry wygląd. Wszyscy musimy przecierpieć strasznie to, co dali nam bogowie.

— Dorian Gray? Tak się nazywa? — spytał lord Henry, przecinając studio w kierunku Basila Hallwarda.

— Istotnie tak, chociaż nie zamierzałem ci tego mówić.

— A czemu nie?

— Nie potrafię tego wyjaśnić. Nigdy nikomu nie zdradzam imion ludzi, których bardzo lubię. To tak, jakby wydawać na łup ich cząstkę. Nauczyłem się kochać sekrety. Chyba już tylko one mogą przydać naszemu współczesnemu życiu tajemniczości i cudowności. Najzwyklejsze rzeczy nabywają uroku, kiedy je zataić. Kiedy teraz wyjeżdżam z Londynu, nikomu ze znajomych nie mówię, dokąd się udaję. Gdybym to zrobił, straciłbym całą przyjemność. Przyznaję, to durny nawyk, ale mam wrażenie, że w ten sposób czyni się życie bardziej romantycznym. Przypuszczam, że w związku z tym uważasz mnie za strasznego głupca, prawda?

— Nie — odparł lord Henry, kładąc rękę na barku towarzysza — wcale nie, drogi Basilu. Jakbyś zapomniał, że jestem żonaty, a jeden z uroków małżeństwa stanowi to, że dla obu stron nieodzownym czyni ono życie w kłamstwie. Nigdy nie wiem, gdzie jest moja żona, ona zaś nie ma pojęcia, co ja porabiam. Kiedy się spotykamy — co się zdarza czasami, gdy jesteśmy zaproszeni do kogoś na obiad albo udajemy się do księcia — z absolutnie poważnymi twarzami mówimy sobie najbardziej absurdalne historie. Moja żona jest w tym świetna, mówiąc szczerze, znacznie lepsza ode mnie. Nigdy nie ma kłopotów ze szczegółami, co mnie zdarza się nieustannie. Ale kiedy mnie na czymś przyłapie, nie robi z tego żadnych historii. Czasami nawet bym chciał, ale gdzieżby tam, ona tylko się śmieje.

— Nienawidzę tego, jak mówisz o swoim życiu małżeńskim, Harry — powiedział Basil Hallward, strącając z siebie dłoń lorda i podchodząc do drzwi prowadzących do ogrodu. — Sądzę, że tak naprawdę jesteś bardzo dobrym mężem, tyle że się bardzo wstydzisz swoich zalet. Niezwykły z ciebie człowiek. Zawsze wypowiadasz myśli głęboko niemoralne, ale nigdy nie czynisz zła. Twój cynizm to tylko poza.

— Naturalność jest pozą, i to najbardziej irytującą ze wszystkich, które znam — wykrzyknął ze śmiechem lord Henry i obaj młodzieńcy razem wyszli do ogrodu. Przez jakiś czas się do siebie nie odzywali.

Po dłuższej chwili lord Henry wyciągnął zegarek.

— Obawiam się, Basilu, że zaraz będę musiał iść, ale zanim pójdę, chciałbym uzyskać odpowiedź na pytanie, które ci niedawno postawiłem.

— Jakie? — spytał malarz ze wzrokiem wbitym w ziemię.

— Dobrze wiesz.

— Nie wiem, Harry.

— Cóż, w takim razie ci powiem.

— Nie, proszę.

— Muszę. Chcę, żebyś mi wyjaśnił, dlaczego nie chcesz wystawić portretu Doriana Graya. Chcę poznać prawdziwą przyczynę.

— Już ci ją podałem.

— Bynajmniej. Powiedziałeś, że jest w obrazie zbyt wiele z ciebie samego. To dziecinada.

— Posłuchaj, Harry. — Basil Hallward popatrzył lordowi prosto w oczy. — Każdy portret namalowany z uczuciem jest portretem artysty, a nie pozującego. Ten jest bowiem tylko przypadkową okazją. To nie jego odsłania malarz, to siebie odsłania na pokrytym farbami płótnie. Nie wystawię tego obrazu, gdyż, jak sądzę, odsłoniłem w nim sekret mojej duszy.

Lord Henry zaśmiał się dobrotliwie.

— A tym jest…? — spytał.

— Tobie powiem — rzekł Hallward, ale na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie.

— Cały zamieniam się w oczekiwanie, Basilu — odparł towarzysz, wpatrując się w malarza.

— Tak naprawdę to niewiele jest do powiedzenia — mruknął tamten — a na dodatek boję się, że niewiele z tego zrozumiesz. Pewnie w ogóle mi nie uwierzysz.

Lord Henry z uśmiechem schylił się, zerwał z trawy stokrotkę o różowych płatkach i starannie ją oglądał.

— Jestem pewien, że zrozumiem — odparł, intensywnie wpatrując się w małą złocistą tarczę z białym puszkiem — a jestem w stanie uwierzyć we wszystko, jeśli tylko jest dostatecznie nieprawdopodobne.

Wiatr strącił z drzewa parę kwiatów, a ociężałe kiście złotokapu — rzekłbyś: utkane gwiazdeczkami — zakołysały się w rozleniwionym powietrzu. Pod ścianą zaczął cykać świerszcz; na brązowych muślinowych skrzydłach przepłynęła podobna do długiej nitki ważka. Lordowi Henry’emu zdało się, że może posłyszeć, jak bije serce Hallwarda, i zaciekawiony czekał, co nastąpi.

— To jest dostatecznie nieprawdopodobne — Hallward z goryczą powtórzył wyrażenie lorda Henry’ego — a w każdym razie często takie mi się wydaje. Było po prostu tak — przemówił wreszcie malarz. — Dwa miesiące temu udałem się na raut do lady Brandon. Sam rozumiesz, że my, biedni artyści, od czasu do czasu musimy się pokazać w towarzystwie, aby upewnić publiczność o tym, że nie jesteśmy po prostu dzikusami. We fraku i z białym krawatem każdy, jak mi kiedyś powiedziałeś, nawet makler giełdowy, może zostać uznany za istotę cywilizowaną. Byłem już zatem w salonie od jakichś dziesięciu minut i rozmawiałem z okropnie wyelegantowanymi wdowami i nudnymi akademikami, kiedy nagle uświadomiłem sobie, że ktoś mi się przygląda. Obróciłem się do połowy i wtedy po raz pierwszy ujrzałem Doriana Graya. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, poczułem, że blednę. Opanował mnie dziwny strach. Wiedziałem, że staję oko w oko z człowiekiem, którego sama osobowość jest dla mnie tak fascynująca, iż jeśli tylko na to zezwolę, wchłonie ona całą moją naturę, duszę, nawet cały mój artyzm. Nie chciałem, żeby cokolwiek z zewnątrz wpływało na moje życie. Sam dobrze wiesz, Henry, jak jestem z natury niezależny. Ojciec chciał mnie widzieć w armii, ja zaś upierałem się przy Oksfordzie. Wtedy kazał mi się zgłosić do Middle Temple1. Nawet jednak nie zjadłem z nimi pół tuzina obiadów, a miałem już dość wokandy i oznajmiłem, że zostaję malarzem. Zawsze sam sobie byłem sterem, żeglarzem, okrętem, a w każdym razie: zawsze, dopóki nie spotkałem Doriana Graya. To zupełnie… nie, nie wiem, jak ci to wyjaśnić. Coś mi podpowiadało, że staję u progu wielkiego życiowego przełomu; nawiedziło mnie osobliwe uczucie, że los gotuje mi głębokie radości i głębokie smutki. Potężniał we mnie lęk, więc odwróciłem się, żeby wyjść z salonu. To nie sumienie kazało mi tak zrobić, ale jakieś tchórzostwo. Nie szczycę się tym, że próbowałem uciekać.

— Sumienie i tchórzostwo to niemal jedno i to samo, Basilu. Sumienie to nazwa reklamowa firmy, ot co.

— Wcale tak nie uważam, Henry, i nie wierzę, że ty tak sądzisz. Mniejsza już o to, jaki był mój motyw — może duma, gdyż kiedyś bywałem bardzo dumny. Pewne jest natomiast to, że przepychałem się do drzwi, ale przy nich, rzecz jasna, musiałem wpaść na lady Brandon. „Mister Hallward”, ona w krzyk, „przecież nie zamierza pan umykać tak szybko!” Znasz ten jej osobliwie piskliwy głos.

— A jakże, góruje we wszystkim poza urodą — odrzekł lord Henry, długimi, nerwowymi palcami rozrywając stokrotkę.

— Nie mogłem się od niej uwolnić. Zaczęła mnie przedstawiać najróżniejszym znakomitościom, jegomościom z gwiazdami i podwiązkami oraz podstarzałym damom w gigantycznych tiarach i z haczykowatymi nosami. Wszystkich informowała, że jestem jej najdroższym przyjacielem. Przedtem spotkaliśmy się tylko jeden raz, ale najwyraźniej ubzdurała sobie, że zrobi ze mnie gwiazdę wieczoru. Zdaje się, że któryś z moich obrazów odniósł podówczas jakiś sukces, a przynajmniej plotkowały o nim najtańsze piśmidła, co jest dziewiętnastowieczną miarą nieśmiertelności. I oto znienacka staję oko w oko z tym właśnie młodzieńcem, którego osobowość tak mnie poruszyła. Staliśmy blisko siebie, niemal się dotykając. Nasze spojrzenia znowu się spotkały, było to szaleństwo z mojej strony, ale poprosiłem lady Brandon o to, aby mnie jemu przedstawiła. Zresztą może to w ogóle żadne szaleństwo, tylko po prostu musiało się tak stać i nawet bez żadnej prezentacji przemówilibyśmy do siebie. Tego właściwie jestem pewien. To samo później powiedział mi Dorian. Także on czuł, że jest nam pisana znajomość.

— A jak też opisała tego cudownego młodziana lady Brandon? — spytał towarzysz. — Wiem, że zawsze podaje zwięzłą charakterystykę każdego gościa. Pamiętam, jak raz mnie podprowadziła do gniewnego, czerwonego na twarzy starca, całego w orderach i wstążkach, żeby tragicznym szeptem, który z pewnością słychać było w całym pokoju, przekazać mi do ucha coś w rodzaju: „Sir Humpty Dumpty, przecież pan słyszał, granica afgańska, intryga rosyjska, czego się tknie — same powodzenia, żonę zabił słoń, wprost niepocieszony, straszna tragedia, teraz poślubi bogatą amerykańską wdowę, wszyscy tak dzisiaj robią, nienawidzi mister Gladstone’a, ale strasznie się interesuje pszczołami, niech pan go spyta, co sądzi o Szuwałowie”. Nie będę ukrywał: po prostu czmychnąłem. Lubię samemu dowiadywać się różnych rzeczy o ludziach, tymczasem lady Brandon traktuje swoich gości tak jak właściciel domu aukcyjnego licytowane dobra. Albo opowie o nich wszystko tak dokładnie, że już nic nie zostanie, albo opowie wszystko z wyjątkiem tego, czego naprawdę chcesz się dowiedzieć.

— Biedna lady Brandon! Jesteś dla niej bezlitosny, Harry! — powiedział, żeby coś powiedzieć, Hallward.

— Drogi przyjacielu, jak mogę darzyć ją sympatią, skoro chciała założyć salon, a otworzyła restaurację? No, ale dobrze już… Co takiego powiedziała o Dorianie Grayu?

— Zaraz, coś takiego: „Uroczy chłopak… Jego biedna matka i ja byłyśmy zupełnie nierozłączne… Brałyśmy ślub z tym samym człowiekiem, to znaczy ślub dawał nam ten sam kapłan, ależ ja czasami głupstwo palnę… Nie pamiętam tylko, czym się zajmuje… chyba… nie robi nic szczególnego… chociaż nie, gra na fortepianie — czy może są to skrzypce, drogi panie Gray?”. Nie było sposobu, żebyśmy się obaj nie roześmiali, co sprawiło, że natychmiast staliśmy się przyjaciółmi.

— Śmiech to zupełnie dobry początek przyjaźni, ale jeszcze lepszy jako zakończenie — oznajmił młody lord i zerwał następną stokrotkę.

Hallward ukrył twarz w dłoniach.

— Nie, Henry, ty nie rozumiesz, czym jest przyjaźń — mruknął. — Podobnie zresztą jak i wrogość. Lubisz wszystkich, a to jakby powiedzieć, że wszyscy są ci dokładnie obojętni.

— Ależ ty jesteś niesprawiedliwy! — zawołał lord Henry, zsunął kapelusz na tył głowy i zapatrzył się na obłoki, które niczym postrzępione, lśniące nitki białego jedwabiu sunęły po pustym turkusie letniego nieba. — Tak, okropnie niesprawiedliwy. Ja bardzo różnicuję ludzi. Przyjaciół wybieram sobie na podstawie ich wyglądu, znajomych — na podstawie zalet charakteru, a wrogów — wedle zalet umysłu. Nigdy nie będzie dość staranności, jeśli chodzi o wybór wrogów. Ani jeden z nich nie jest głupcem. Ponieważ intelekt każdego z nich jest w czymś mocny, wszyscy oni mnie doceniają. Czy to próżność przeze mnie przemawia? Tak, chyba próżność.

— I ja tak myślę, Harry. W takim razie jednak, zgodnie z tym schematem, jestem twoim ledwie znajomym.

— Ach, drogi stary Basilu, jesteś o wiele więcej niż znajomym.

— I o wiele mniej niż przyjacielem. Coś jakby brat, dobrze zgaduję?

— Bracia, bracia! Nawet nie chce mi się o nich myśleć. Starszy za nic nie chce umrzeć, natomiast młodsi robią to na wyprzódki!

— Harry! — żachnął się Hallward i zmarszczył brwi.

— Mój drogi, przecież nie mówię całkiem serio, z drugiej jednak strony — co ja na to poradzę, że nie znoszę swoich krewnych. Wynika to, jak mniemam, z faktu, że niepodobna znieść ludzi mających takie same wady jak my. Ja całkowicie się zgadzam z pomstowaniem angielskiej demokracji na to, co nazywają grzechami klas wyższych. Masy uważają, że pijaństwo, głupota i niemoralność powinny być ich specjalnymi przywilejami, więc kiedy jeden z nas robi z siebie osła, wkracza na ich grządkę. Gdy biedny Southwark wystąpił ze sprawą rozwodową do sądu, jakież wspaniałe było ich oburzenie, chociaż nie przypuszczam, żeby choć dziesięć procent niższych warstw żyło obyczajnie.

— Nie zgadzam się z ani jednym z twoich słów, Harry, a co więcej, jestem pewien, że dokładnie tak samo jest z tobą.

Lord Henry pogładził spiczastą kasztanową bródkę i rzeźbioną laseczką z kości słoniowej postukał w lśniący czubek buta.

— Ależ ty jesteś angielski, Basilu! Już po raz drugi wygłaszasz taką samą opinię. Przedstawże prawdziwemu Anglikowi jakiś pogląd — co zawsze jest ryzykowne — ale on ani chwili nie będzie się zastanawiał, czy to słuszne, czy nie, gdyż interesuje go tylko jedno: czy ty osobiście tak sądzisz. Otóż nie, wartość jakiegoś poglądu nie ma absolutnie nic wspólnego ze szczerością prezentującego go człowieka. W gruncie rzeczy należy się raczej spodziewać, że z im bardziej nierzetelnym jegomościem masz do czynienia, tym czystsza intelektualnie będzie jego myśl; w tym bowiem przypadku nie będą jej zabarwiać jego chętki, pragnienia, przesądy. Dajmy jednak temu spokój, gdyż nie zamierzam dyskutować z tobą o polityce, socjologii ani metafizyce. Bardziej lubię ludzi niż zasady. Powiedz mi więcej o panie Dorianie Grayu. Jak często go widujesz?

— Codziennie. Byłbym nieszczęśliwy, gdybym nie mógł go widzieć każdego dnia. Oczywiście, niekiedy to jest ledwie kilka minut. Ale nawet parę minut z kimś, kogo wielbisz, znaczy bardzo dużo.

— Ale przecież go nie wielbisz, prawda?

— Wielbię.

— Doprawdy, niezwykłe! A ja myślałem, że poza malarstwem nic już dla ciebie nie istnieje… Czy może raczej powinienem powiedzieć: poza sztuką. Sztuka brzmi lepiej, nieprawdaż?

— Teraz on jest dla mnie całą sztuką — rzekł posępnie malarz. — Myślę niekiedy, Harry, że w dziejach świata są tylko dwa ważne okresy. Pierwszy — kiedy pojawia się nowa materia sztuki, drugi — kiedy pojawia się w sztuce nowa osobowość. Czym dla Wenecjan wynalezienie malarstwa olejnego, tym dla późnych Greków była twarz Antinousa, a dla mnie pewnego dnia stanie się twarz Doriana Graya. Nie chodzi tylko o to, że mi pozuje. Maluję go, szkicuję. To robiłem także, rzecz jasna. Stawał jako Parys w delikatnej zbroi i jako Adonis w myśliwskiej opończy, z błyszczącą dzidą w ręku. Ozdobiony ciężkimi wieńcami z kwiatów siedział na dziobie łodzi Hadriana, wpatrując się w zielone, wzburzone wody Nilu. Klękał nad stawem w jakimś greckim zagajniku i w milczącym srebrze wody widział cud swego piękna, ale przecież jest dla mnie czymś więcej niż tylko modelem, obiektem do odtworzenia. Nie, nie zamierzam udawać, iż jestem niezadowolony z tego, co z niego utrwaliłem, albo iż jest to piękno takiego rodzaju, że sztuka nie potrafi go wyrazić. Nie ma niczego, czego sztuka nie mogłaby wyrazić, a ja wiem, że to, co stworzyłem od chwili poznania Doriana Graya, jest dobre, ba, niczego lepszego w życiu nie namalowałem. A przecież w jakiś osobliwy sposób — ciekaw jestem, czy potrafisz mnie zrozumieć — jego osobowość podsunęła mi myśl o zupełnie nowym rodzaju sztuki, zupełnie nowym stylu. Inaczej teraz widzę rzeczy, inaczej o nich myślę. Teraz jestem w stanie odtworzyć życie w sposób, który przedtem był dla mnie niedostępny. „Sen o formie w czasach, gdy króluje myśl”. Nie pamiętam, kto to powiedział, ale w każdym razie tym dla mnie stał się Dorian Gray. Sam widok tego chłopaka — zawsze tak o nim myślę, chociaż musi mieć ponad dwadzieścia lat — sam jego widok… Ach, nie wiem, czy jesteś w stanie zrozumieć, co to znaczy? Nic o tym nie wiedząc, on określa dla mnie linię nowej szkoły, szkoły, która powinna w sobie zawrzeć całą pasję ducha romantycznego i całą perfekcję ducha greckiego. Harmonia ducha i ciała — ileż to znaczy! My w swoim szaleństwie odseparowaliśmy je od siebie, wynajdując realizm, który jest bestialski, oraz idealizm, który jest pusty. Harry, Harry, gdybyś tylko wiedział, kim i czym jest dla mnie Dorian Gray! Pamiętasz ten pejzaż, za który Agnew proponował mi takie wielkie pieniądze, a z którym nie chciałem się rozstać? Jedna z najlepszych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiłem. A skąd ten mój upór? Bo kiedy malowałem ten obraz, obok mnie siedział Dorian Gray.

— Basil, to niezwykłe! Muszę poznać Doriana Graya!

Malarz wstał i przeszedł się po ogrodzie, a kiedy wrócił, powiedział:

— Harry, nic nie rozumiesz, Dorian Gray jest dla mnie po prostu motywem w sztuce. Ty możesz niczego w nim nie zobaczyć, ja w nim widzę wszystko. Nie bardziej jest obecny w tym portrecie niż wtedy, kiedy w ogóle nie ma tu jego rysunku. Jak powiedziałem, on jest tylko sugestią, nowym stylem. Znajduję go w czarze pewnych linii, w subtelności i uroku pewnych barw. To wszystko.

— W takim razie dlaczego nie chcesz wystawić tego obrazu?

— Ponieważ przepoiłem go całym tym niezwykłym romansem, o którym, rzecz jasna, nigdy nie śmiałem z nim rozmawiać. Nic o nim nie wie i nigdy go nie pojmie, świat może to jednak odgadnąć, a ja nie zamierzam ukazywać mej duszy jego pustym, żarłocznym oczom. Nigdy nie może moje serce znaleźć się pod jego mikroskopem. Zbyt wiele jest mnie samego w tym obrazie, Harry, zbyt wiele mnie samego!

— Poeci nie są tak wstrzemięźliwi jak ty. Oni wiedzą, jak bardzo namiętność sprzyja publikacji. Dzisiaj złamane serce domaga się wznowień.

— I za to ich nienawidzę! — obruszył się Hallward. — Artysta powinien tworzyć piękne rzeczy, ale nie powinien w nie wprowadzać niczego ze swego życia. Nam tymczasem przyszło żyć w czasach, kiedy sztukę traktuje się tak, jakby miała być formą autobiografii. Utraciliśmy abstrakcyjny sens piękna. Przyjdzie dzień, kiedy ukażę go światu, ale właśnie dlatego nigdy nie ujrzy on mego portretu Doriana Graya.

— Myślę, że nie masz racji, Basilu, ale nie będę się z tobą spierał. Kłócą się tylko ci, którym nie dostaje intelektu. Ale powiedz mi, czy Dorian Gray ma się ku tobie?

Malarz zastanawiał się chwilę, zanim odpowiedział.

— Lubi mnie; tak, wiem, że mnie lubi. Oczywiście, strasznie mu schlebiam. Znajduję osobliwą przyjemność w mówieniu mu rzeczy, których, wiem to, powinienem się wstydzić. Z reguły jest wobec mnie czarujący, ręka w rękę wracamy razem z klubu albo siedzimy w gabinecie i rozmawiamy o tysiącu rzeczy. Niekiedy jednak bywa strasznie bezmyślny i można by pomyśleć, że prawdziwą uciechę sprawia mu zadawanie mi bólu. Wtedy zaś, Harry, czuję, że całą swą duszę oddałem komuś, kto traktuje ją jak kwiat do butonierki, jak dekorację mającą wzmagać jego próżność, ornament na letni dzień.

— Letnie dni potrafią być długie, Basilu — mruknął lord Henry. — Możesz się znużyć wcześniej niż on. To przykra myśl, ale geniusz trwa dłużej niż piękno. Właśnie dlatego wszyscy tyle trudu poświęcamy temu, żeby się wyedukować. W tej dzikiej walce o przetrwanie chcemy dysponować czymś trwałym i z tego powodu napychamy sobie umysły różnymi śmieciami oraz faktami, karmiąc się głupią nadzieją, że dzięki temu utrzymamy właściwe miejsce. Współczesny ideał to człowiek wszechstronnie poinformowany. A mózg wszechstronnie poinformowanego człowieka — to dopiero straszna rzecz! Coś jak antykwariat — wszędzie zakurzone potwory, a na wszystkim wiszą ceny daleko przekraczające wartość. Tak czy owak, sądzę, że ty pierwszy się znudzisz. Któregoś dnia spojrzysz na swojego przyjaciela — a tu nagle on jest odrobinę inny niż na portrecie, nie spodoba się odcień koloru skóry czy coś innego. W sercu będziesz mu robił straszne wyrzuty i całkiem serio będziesz myślał, iż zachowuje się wobec ciebie okropnie. Przy następnych jego odwiedzinach będziesz absolutnie zimny i obojętny. Wielka to szkoda, gdyż bardzo się odmienisz. A w romansie najgorsze jest to, że tak nieromantycznie się kończy.

— Harry, nie wygaduj takich rzeczy. Jak długo żyję, osobowość Doriana Graya będzie nade mną górować. Nie jesteś w stanie czuć tak jak ja, gdyż zmieniasz się zbyt często.

— Ach, Basil, Basil, przecież właśnie dlatego jestem w stanie. Ci, którzy są wierni, znają tylko rozkosze miłości; jedynie niewierni znają jej tragedie.

Lord Henry pochwycił promień światła na wieku srebrnego puzderka i zapalił papierosa z miną wyrażającą taką pewność siebie i samozadowolenie, jakby w jednej frazie udało mu się zamknąć cały świat. W liściach winorośli szeleściły i ćwierkały wróble, a niebieskie cienie chmur niczym jaskółki pomykały za sobą po trawie. Jakże przyjemnie było w ogrodzie! I jak urocze były uczucia innych ludzi; o wiele bardziej, sądził, od ich pomysłów. Własna dusza i namiętności przyjaciela — oto, co prawdziwie fascynujące w życiu. Z przyjemnością wyobrażał sobie nudny obiad, który przepuścił, pozostając tak długo z Basilem Hallwardem. Gdyby się udał był do ciotki, z pewnością spotkałby lorda Goodbody’ego, a cała rozmowa skupiłaby się na karmieniu biednych oraz konieczności wprowadzenia standardów dotyczących noclegowni. Cóż to za radość uniknąć tego wszystkiego! W związku z ciotką błysnęła mu pewna myśl. Odwrócił się do Hallwarda i powiedział:

— Drogi przyjacielu, właśnie coś mi się przypomniało.

— Co takiego, Harry?

— Gdzieś już słyszałem nazwisko Doriana Graya…

— A gdzie? — spytał Hallward, leciutko marszcząc brwi.

— Och, Basilu, nie irytuj się tak! U mojej ciotki, lady Agathy. Oznajmiła, że poznała wspaniałego młodzieńca, który pomoże jej na East Endzie, a nazywa się Dorian Gray. Gotów jestem zaręczyć, że ani słowem nie wspomniała o jego dobrym wyglądzie. Kobiety tego nie doceniają, a przynajmniej te, którym zależy na dobrych uczynkach. Powiedziała tylko, że jest bardzo poważny i ma piękny charakter, a ja natychmiast wyobraziłem sobie chłoptysia w okularach, z gładkimi włosami, straszliwie piegowatego i stąpającego na wielkich stopach. Szkoda, że nie wiedziałem, iż to twój przyjaciel.

— A ja się z tego bardzo cieszę, Harry.

— Czemu?

— Bo nie chcę, żebyś go poznał.

— Pan Dorian Gray jest w gabinecie, sir — oznajmił kamerdyner, wchodząc do ogrodu.

— Teraz już musisz mnie przedstawić — zawołał ze śmiechem lord Henry.

Basil Hallward obrócił się do służącego, który mrużył oczy, stojąc w słońcu.

— Poproście, Parker, pana Graya, żeby zaczekał. Będę tam za chwilę.

Mężczyzna skłonił się i odszedł ścieżką.

Malarz spojrzał teraz na lorda Henry’ego.

— Dorian Gray to mój najdroższy przyjaciel — powiedział. — Ma naturę prostą i piękną. Twoja ciotka miała rację, tak go opisując. Nie staraj się go zepsuć. Możesz mieć na niego zły wpływ. Świat jest szeroki, a w nim wielu wspaniałych ludzi, nie odbieraj mi więc tej jednej osoby, której moja sztuka zawdzięcza czar, jeśli istotnie ma jakiś. Pamiętaj, Harry, zaufałem ci.

Mówił bardzo powoli, jakby każde słowo musiał wyrywać z siebie na przekór swej chęci.

— Co za nonsensy wygadujesz! — powiedział lord Henry i ujmując Hallwarda za ramię, niemal poprowadził go do domu.

Jedna z czterech londyńskich szkół prawa. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]

Rozdział II

Kiedy weszli, zobaczyli Doriana Graya. Tyłem do nich, siedział przy fortepianie i kartkował Sceny leśne Schumanna.

— Basilu, musisz mi to pożyczyć! — zawołał. — Chcę się tego nauczyć. To czarująca muzyka.

— Proszę, ale to zależy od tego, jak będziesz mi dzisiaj pozował, Dorianie.

— Ach, zmęczony już jestem pozowaniem i nie chcę już mieć portretu naturalnej wielkości — odrzekł młodzian i okręcił się na taborecie wyzywającym ruchem rozkapryszonego dziecka. Kiedy zobaczył lorda Henry’ego, na chwileczkę lekko się zaczerwienił, a potem zerwał na równe nogi. — Wybacz, Basilu, ale nie wiedziałem, że ktoś jeszcze jest z tobą.

— To lord Henry Wotton, Dorianie, mój stary przyjaciel z Oksfordu. Właśnie mu opowiadałem, jakim jesteś znakomitym modelem, a ty natychmiast wszystko zepsułeś.

— Z pewnością nie zepsuł mi pan przyjemności poznania pana, mister Gray — powiedział lord Wotton i postąpił do przodu z wyciągniętą dłonią. — Ciotka często opowiadała mi o panu. Jest pan jednym z jej faworytów, a więc, jak się obawiam, także jedną z jej ofiar.

— Obecnie jestem na czarnej liście lady Agathy. Obiecałem iść do jej klubu w Whitechapel i po prostu całkowicie o tym zapomniałem. Mieliśmy razem zagrać duet, może nawet trzy, zdaje się. Zupełnie nie wiem, jak się teraz do mnie odezwie. Aż boję się zaglądać.

— Ach, proszę się nie obawiać, już ja was pogodzę. Bardzo jest do pana przywiązana. Zresztą nie sądzę, aby pańska nieobecność w czymś zaszkodziła. Publiczność najpewniej była przekonana, że to duet. Kiedy ciotka Agatha zasiada do fortepianu, robi hałasu za dwie osoby.

— To okropne, jeśli chodzi o nią, a niezbyt miłe, jeśli chodzi o mnie — odrzekł ze śmiechem Dorian.

Lord Henry przyjrzał mu się. Był z pewnością cudownie przystojny, z pięknie wykrojonymi szkarłatnymi ustami, jasnoniebieskimi oczyma i krętymi złotymi włosami. Było w jego twarzy coś, co sprawiało, że natychmiast mu się ufało. Były w tym cała otwartość młodości i cała jej namiętna czystość. Czuło się, że nie dał się jeszcze splamić światu. Nic dziwnego, że Basil Hallward go uwielbiał. Dorian był stworzony do wielbienia.

— Jest pan zbyt uroczy, panie Gray, aby się zajmować filantropią, o wiele za uroczy.

I lord Henry rozłożył się na otomanie, po czym zajął się otwieraniem pudełka z papierosami.

Malarz natomiast wziął się do mieszania farb i przygotowywania pędzli. Wydawał się zmęczony, a usłyszawszy ostatnią uwagę lorda Henry’ego, zerknął na niego, zawahał się chwilę, by następnie powiedzieć:

— Harry, chciałbym dzisiaj skończyć ten obraz. Czy uznałbyś mnie za wielkiego grubianina, gdybym cię poprosił, żebyś sobie poszedł?

Lord Henry z uśmiechem spojrzał na Doriana Graya i spytał:

— Czy mam iść, panie Gray?

— Och, nie, proszę, lordzie Henry. Widzę, że Basil jest w tym jednym ze swoich ponurych nastrojów, a takiego ponuraka ja znieść nie mogę. Poza tym chciałbym od pana usłyszeć, dlaczego nie powinienem zajmować się filantropią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki