Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 268 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ponieważ Cię kocham - Guillaume Musso

W centrum handlowym na południu Los Angeles wskutek nieuwagi opiekunki znika bez śladu pięcioletnia Layla. Nikt nie żąda okupu, a prowadzone przez policję poszukiwania okazują się bezowocne. Załamani tragedią rodzice, szanowany psycholog i znakomita skrzypaczka, obwiniają się wzajemnie i rozstają. Mark dosłownie ląduje na ulicy, zaś jego żona Nicole rzuca się w wir pracy. Pięć lat później ścieżki obojga małżonków ponownie się krzyżują. Mark ratuje życie wracającej po koncercie do domu żonie, zaatakowanej przez bandytę z nożem. Niedługo potem Layla pojawia się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zniknęła. Co działo się z dziewczynką przez pięć lat? Gdzie i z kim była? I dlaczego wróciła? Zaskakujący powrót córki to nie jedyna niespodzianka, jaką los zgotował bohaterom...


Wybuchowy koktajl tajemnicy i wyobraźni
ELLE

Opinie o ebooku Ponieważ Cię kocham - Guillaume Musso

Fragment ebooka Ponieważ Cię kocham - Guillaume Musso

O książce

W centrum handlowym na południu Los Angeles wskutek nieuwagi opiekunki znika bez śladu pięcioletnia Layla. Nikt nie żąda okupu, a prowadzone przez policję poszukiwania okazują się bezowocne. Załamani tragedią rodzice, szanowany psycholog i znakomita skrzypaczka, obwiniają się wzajemnie i rozstają. Mark dosłownie ląduje na ulicy, a jego żona Nicole rzuca się w wir pracy. Pięć lat później ścieżki obojga małżonków ponownie się krzyżują. Niedługo potem Layla pojawia się dokładnie w tym samym miejscu, w którym zniknęła. Co działo się z dziewczynką przez pięć lat? Gdzie i z kim była? I dlaczego wróciła? Zaskakujący powrót córki to nie jedyna niespodzianka, jaką los zgotował bohaterom…

GUILLAUME MUSSO

Autor od lat utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy, absolwent ekonomii, z zawodu nauczyciel. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Jego druga powieść, Potem…, zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, sprzedała się we Francji w nakładzie pół miliona egzemplarzy. W 2008 r. miał premierę film nakręcony na jej podstawie, z Johnem Malkovichem, Evangeline Lilly i Romainem Durisem w rolach głównych. W planach są trzy następne ekranizacje prozy Musso. Pisarz robi światową karierę. Łączny nakład jego powieści Uratuj mnie, Będziesz tam?, Ponieważ cię kocham, Wrócę po ciebie, Kim byłbym bez ciebie?, Papierowa dziewczyna, Telefon od anioła, 7 lat później…, Jutro, Central Park i Ta chwila – przełożonych na 36 języków, przekroczył 20 milionów egzemplarzy.

www.guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM…URATUJ MNIEBĘDZIESZ TAM?PONIEWAŻ CIĘ KOCHAMWRÓCĘ PO CIEBIEKIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?PAPIEROWA DZIEWCZYNATELEFON OD ANIOŁA7 LAT PÓŹNIEJ…JUTROCENTRAL PARKTA CHWILAWkrótceDZIEWCZYNA Z BROOKLYNU

Tytuł oryginału:PARCE QUE JE T’AIME

Copyright © XO Éditions, Paris, 2007All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2009

Redakcja: Hanna Machlejd-Mościcka

Zdjęcie na okładce: Ollyy/Shutterstock

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-415-8

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Nie ma nic lepszego od powieści, aby uzmysłowić ludziom, iż rzeczywistość jest źle urządzona, gdyż to, co się zdarza na co dzień, nie zaspokaja pragnień, nie nasyca głodu i nie ziszcza ludzkich marzeń.

Mario Vargas Llosa

Zanim państwo zabiorą się do lektury, chcę poprosić o dyskrecję: proszę nie zdradzać zakończenia książki przyjaciołom!

1Noc, kiedy się wszystko zaczęło

Musimy się przyzwyczaić do tego, że przed najważniejszymi skrzyżowaniami naszego życia nie ma żadnych znaków ostrzegawczych.

Ernest Hemingway

Grudzień 2006

Wieczór wigilijny, centrum Manhattanu…

Od rana sypie śnieg. Miasto, które nigdy nie śpi, zesztywniałe z zimna, wydaje się ospałe mimo szalonych iluminacji.

Jak na Wigilię — wskutek pokrywającej wszystko warstwy sypkiego śniegu i zasp — ruch jest zadziwiająco niewielki.

Tymczasem na rogu Madison Avenue i Trzydziestej Szóstej Ulicy jedna po drugiej podjeżdżają limuzyny, wysadzając pasażerów na podjazd pięknej budowli w stylu renesansowym, siedziby Morgan Library. Jedna z najbardziej prestiżowych nowojorskich fundacji kulturalnych obchodzi dziś setną rocznicę istnienia.

Na szerokich schodach kłębią się mężczyźni w smokingach i kobiety we wspaniałych sukniach wieczorowych. Tu i ówdzie pojawiają się ekskluzywne futra, połyskuje prawdziwa biżuteria. Wszyscy kierują się do pawilonu ze szkła i stali, którego harmonijny kształt wprowadza budynek w XXI wiek. Na ostatnim piętrze długi korytarz prowadzi do wielkiego pomieszczenia, gdzie w oszklonych witrynach wystawione są niektóre ze skarbów fundacji: Biblia Gutenberga, zdobne manuskrypty średniowieczne, rysunki Rembrandta, Leonarda da Vinci i van Gogha, listy Voltaire’a i Einsteina, a nawet kawałek papierowego obrusa, na którym Bob Dylan napisał słowa Blowin’in the Wind.

Stopniowo zapada cisza, spóźnialscy docierają do swoich miejsc. Tego wieczoru część biblioteki została specjalnie przemeblowana, aby umożliwić kilku uprzywilejowanym wysłuchanie sonat Mozarta i Brahmsa w wykonaniu skrzypaczki Nicole Hathaway.

Artystka wychodzi na scenę. Witają ją oklaski. Jest to młoda kobieta około trzydziestki, elegancka, spokojna. Włosy związane w koczek à la Grace Kelly upodobniają ją do filmowych bohaterek Hitchcocka. Jest skrzypaczką światowej sławy, występowała jako solistka z najsłynniejszymi orkiestrami i od chwili, gdy w wieku szesnastu lat nagrała pierwszą płytę, otrzymała niezliczone nagrody. Pięć lat wcześniej w jej życiu zdarzył się dramat, o którym szeroko rozpisywała się prasa i omawiała telewizja. Od tej chwili popularność jej wyszła daleko poza granice świata muzycznego.

Nicole wita się z publicznością skinieniem głowy i opiera skrzypce na ramieniu. Jej klasyczna uroda doskonale pasuje do eleganckiego patrycjuszowskiego wnętrza i skrzypaczka wygląda, jakby zeszła ze stron średniowiecznych sztychów i renesansowych rękopisów. Pierwsze zdecydowane pociągnięcie smyczkiem po strunach od razu wydobywa z instrumentu głęboki dźwięk. Jasne jest, że Nicole i jej instrument stanowią jedność, przynajmniej przez czas wykonania utworu.

Na dworze zapadła już zimna noc i bezustannie prószy śnieg.

Tutaj, w tym eleganckim wnętrzu, przeciwnie — jest ciepło i bardzo przyjemnie.

*

Tymczasem zaledwie pięćset metrów dalej, w pobliżu stacji metra Grand Central, powoli unosi się pokrywa wejścia do kanalizacji i w otworze pojawia się rozczochrana głowa mężczyzny. Kloszard o twarzy pokrytej bliznami pustym wzrokiem omiata przestrzeń…

Wypuściwszy z rąk czarnego labradora, którego trzymał w ramionach, mężczyzna z wysiłkiem wydobywa się na zaśnieżony trotuar. Przechodzi przez ulicę, przemykając z trudem między samochodami. O mało co nie wpada pod koła. Rozlega się koncert klaksonów.

Chudy, słaby włóczęga ma na sobie brudne, znoszone palto. Mijani przechodnie instynktownie przyspieszają kroku, aby jak najszybciej oddalić się od niego.

To normalne. Mężczyzna zdaje sobie sprawę z tego, że wzbudza strach, że śmierdzi brudem, moczem i potem.

Ma tylko trzydzieści pięć lat, lecz wygląda na pięćdziesiąt. Kiedyś pracował, miał żonę, dziecko i dom. To było dawno temu. Dziś jest tylko błądzącym cieniem, zakutanym w szmaty duchem, mamroczącym pod nosem niezrozumiałe dla nikogo słowa.

Ledwo trzyma się na nogach, właściwie nie tyle idzie, ile wlecze się niepewnym krokiem.

Jaki dziś dzień? Która godzina? Który miesiąc?

Nie wie. Wszystko mu się myli. Światła miasta zamazują mu się przed oczami. Lodowate płatki śniegu niesione wiatrem sieką skórę jego twarzy jak ostrze noża. Stopy ma zmrożone, brzuch obolały, czuje się, jakby za chwilę miały mu popękać kości.

Już dwa lata mijają, od kiedy porzucił społeczeństwo i ukrył się w podziemiach miasta. Jak wielu innych bezdomnych, zamieszkał w korytarzach metra, w kanałach i tunelach kolejowych. Uczciwi obywatele i turyści nie mają się czego obawiać: prowadzona przez władze miejskie polityka „zero tolerancji” przyniosła owoce. Manhattan został skutecznie wyczyszczony z bezdomnych. Przynajmniej na powierzchni. Tak, gdyż pod strzelającymi w niebo wieżowcami pulsuje życie innego miasta: to Nowy Jork pełen ludzkich wraków, wypełniający szeroką sieć tuneli, wnęk i dziur. Tysiące ludzi-kretów, przepędzonych do podziemi, wiedzie życie uciekinierów, chowa się przed policją w brudzie, pośród szczurów i ekskrementów.

Tak już jest.

Mężczyzna grzebie w kieszeni i wyciąga z niej butelczynę taniego alkoholu. Oczywiście, pije. W jego sytuacji trudno nie pić.

Jeden łyk, potem drugi.

Aby zapomnieć o zimnie, o strachu, o brudzie.

O swym poprzednim życiu.

*

Ostatnie pociągnięcie smyczkiem. Przez kilka sekund na sali panuje śmiertelna cisza. Ta słynna cisza, która zapada po ostatnich taktach Mozarta i w której jeszcze przez chwilę brzmi muzyka, ustępuje po paru sekundach rzęsistym oklaskom.

Skrzypaczka skłania głowę, dziękuje za bukiet kwiatów, po czym przechodzi przez salę, cały czas przyjmując gratulacje. Goście są entuzjastyczni, ale Nicole wie, że grała nie najlepiej. Technicznie doskonale, czysto, energicznie, lecz bez serca.

Z nieobecnym wzrokiem odruchowo ściska kilka dłoni, podnosi do ust kieliszek szampana. Chciałaby jak najszybciej wyjść.

— Kochanie, chcesz już wracać?

Nicole obraca się powoli w kierunku, z którego dobiegło do jej uszu tak miłe w tej chwili pytanie. Jej towarzysz, Eriq, staje przed nią z kieliszkiem martini w dłoni. Eriq jest adwokatem pracującym dla spółek biznesowych. Można powiedzieć, że od kilku miesięcy są parą. Eriq troszczy się o nią, zawsze jest w pobliżu, kiedy go potrzebuje.

— Tak. Trochę kręci mi się w głowie. Proszę, zabierz mnie do domu.

Jakby przewidując tę odpowiedź, Eriq szybko poszedł do szatni i teraz podawał jej szary flanelowy płaszcz. Nicole otuliła się nim, zapinając szczelnie kołnierz.

Żegnając się szybko z gospodarzami wieczoru, para zeszła po wielkich marmurowych schodach. Przyjęcie na piętrze dopiero się zaczynało.

— Zawołam ci taksówkę, a sam pójdę do biura po samochód i spotkamy się w domu — rzekł Eriq przy drzwiach wyjściowych.

— Pójdę z tobą, przecież to pięć minut stąd.

— Żartujesz chyba. Zobacz, jaki śnieg!

— Ale chciałabym się przejść, odetchnąć świeżym powietrzem.

— To nie jest zbyt bezpieczne.

— Od kiedy przejście pieszo trzystu metrów jest niebezpieczne? Przecież będę z tobą.

— Jak chcesz.

W milczeniu skierowali się ku Piątej Alei. Szli szybko. Zimno szczypało skórę. Ruch był wciąż niewielki. Miasto pokrywały spadające cicho ciężkie płatki śniegu.

Od samochodu zaparkowanego tuż za Bryant Park dzieliło ich niecałe sto metrów. W ładną pogodę to śliczne, porośnięte zielenią miejsce idealnie nadawało się do opalania, na piknik czy grę w szachy przy fontannie. Ale tego wieczoru było tu ponuro, ciemno i pusto.

— Dawaj forsę!

Nicole krzyknęła. Przed oczami ujrzała błysk stali.

— Dawaj forsę, słyszysz?! — zażądał facet, grożąc nożem.

Wyglądał na osobę bez wieku, był wielki, silny. Miał ciemny płaszcz i wygoloną czaszkę. W twarzy, przeciętej napuchniętą blizną, błyszczały szalonym światłem małe złe oczy.

— Szybciej!

— Okay, okay… — skapitulował Eriq, wyjmując z kieszeni portfel i wręczając napastnikowi oprócz portfela jeszcze zegarek marki Breitling i telefon komórkowy.

Mężczyzna chwycił łup i odwrócił się do Nicole, zamierzając wyrwać jej torebkę i skrzypce.

Nicole starała się nie okazać strachu, ale nie mogła spojrzeć napastnikowi w oczy. Spuściła powieki. Czując rękę, zrywającą jej naszyjnik z pereł, zaczęła w myślach recytować alfabet od końca. Bardzo prędko. Tak robiła w dzieciństwie, kiedy bardzo się czegoś bała.

Z Y X W U…

To pomagało jej skupić się na czymś innym, w oczekiwaniu, aż skończy się jakiś koszmar.

T S R P O…

Facet na pewno zaraz sobie pójdzie, przecież ma już to, czego chciał: pieniądze, komórkę, biżuterię…

N M L K J I H…

Zaraz sobie pójdzie. Co by mu dało, gdyby nas zabił?

G F E D C B A…

Ale kiedy Nicole otwiera oczy, ten człowiek wciąż tam stoi, grożąc jej nożem.

Eriq widzi to, ale jest skamieniały ze strachu. Nie robi najmniejszego gestu, żeby ją ochronić.

Dlaczego ona wcale się temu nie dziwi?

Tak czy inaczej, nie ma nawet czasu, żeby odskoczyć. Bezsilnie, jak zahipnotyzowana obserwuje ostrze, które za chwilę przetnie jej gardło.

A więc to już koniec? Tak dobrze się wszystko zaczęło. Świetlista droga, a potem zejście do piekieł. Ponury, jakże zaskakujący koniec. Co za niemiłe uczucie być bohaterką historii zakończonej tak okrutnie…

Dziwne. Czasem ludzie mówią, że w chwili śmierci najważniejsze momenty życia przesuwają się człowiekowi przed oczyma w przyspieszonym tempie. Nicole widzi tylko jedną scenę: ciągnącą się w nieskończoność wyludnioną plażę, na której stoją dwie sylwetki machające do niej wesoło dłońmi. Wyraźnie widzi ich twarze. Pierwsza to twarz jedynego mężczyzny, którego naprawdę kochała, a którego nie umiała zatrzymać. Druga to twarz córki, której nie umiała uratować.

*

Jestem martwa.

Nie. Jeszcze żyję. Jak to?

Ktoś nagle wyrósł jak spod ziemi.

Jakiś włóczęga.

Najpierw wydało się Nicole, że ten drugi też ją atakuje, ale potem zorientowała się, że nie, że stara się ją obronić. Faktycznie, cios nożem zranił jego, a nie ją, a mimo to mężczyzna szybko wstał i rzucił się na napastnika. Wyrwał mu z rąk nóż i skradzione przedmioty. Nicole widziała, jak mężczyźni zaczęli wymierzać sobie ciosy na oślep nagimi pięściami. Mimo że włóczęga był drobniejszy od napastnika, szybko wziął nad nim górę. Pomógł mu w walce pies, ciemny labrador. Napastnik uciekł.

Jednak zwycięstwo nie przyszło łatwo. Włóczęga u kresu sił zwalił się na śnieg, twarzą na pokryty lodem chodnik.

Nicole rzuciła się w jego kierunku, gubiąc po drodze lakierowany pantofel.

Uklękła na śniegu przy głowie mężczyzny, który uratował jej życie. Zobaczyła ślady krwi na śniegu. Dlaczego ten typ rzucił się jej na ratunek?

— Dajmy mu ze dwadzieścia dolarów w nagrodę…

Nie zabrzmiało to zbyt dobrze. Eriq schylił się, żeby podnieść portfel i telefon komórkowy.

Teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło, stał się znów eleganckim adwokatem.

Nicole popatrzyła na niego z pogardą.

— Czy nie widzisz, że on jest ranny?

— W takim razie zadzwonię po policję.

— Nie policję trzeba wezwać, tylko karetkę!

Z wysiłkiem odwróciła nieznajomego na plecy. Dotknęła krwawiącego mocno ramienia i spojrzała na zarośniętą twarz.

Dopiero gdy ujrzała jego gorączkowy, wbity w nią wzrok, poznała go.

Ale gdy to się stało, coś się w niej załamało. Oblała ją fala gorąca. Nie wiedziała, czy to cierpienie, czy ulga, czy otwiera się w niej boląca rana, czy, przeciwnie, pojawia się nadzieja.

Pochyliła się nad rannym mężczyzną, zbliżając twarz do jego twarzy, jakby chciała ochronić go przed padającym śniegiem.

— Co ty wyrabiasz? — zaniepokoił się Eriq.

— Nigdzie nie dzwoń, tylko idź po swój samochód — rozkazała mu, wstając.

— Dlaczego?

— Znam tego mężczyznę.

— Jak to, znasz go?

— Pomóż mi przewieźć go do mnie do domu — padła odpowiedź Nicole.

Eriq potrząsnął głową i westchnął.

— A któż to może, do cholery, być?

Nicole patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.

— To Mark, mój mąż — rzekła po chwili.

2Zaginiona

Najbardziej jesteśmy narażeni na cierpienie, gdy kochamy.

Sigmund Freud

Brooklyn. Drugi brzeg rzeki. Mały, luksusowy, zaciszny wiktoriański dom z wieżyczkami i ozdobnymi rynnami…

W kominku syczy ogień.

Mark Hathaway, wciąż nieprzytomny, leżał na kanapie w salonie, przykryty grubym pledem. Nad jego ramieniem pochylała się doktor Susan Kingston. Kończyła zszywanie rany.

— Zranienie jest powierzchowne — wyjaśniła stojącej obok Nicole, zdejmując lateksowe rękawiczki. — Niepokoi mnie raczej ogólny stan zdrowia Marka: jest bardzo wyziębiony no i poza tym te siniaki i odmrożenia na całym ciele…

Wcześniej tego wieczoru, gdy Susan w gronie rodzinnym jadła tradycyjny bożonarodzeniowy pudding, zadzwoniła do niej sąsiadka, Nicole Hathaway, błagając, aby przyszła opatrzyć jej rannego męża.

Mimo że ta prośba ją zaskoczyła, nie wahała się ani chwili. Wraz z mężem doskonale znali Marka i Nicole. Przed tragicznymi wydarzeniami sprzed pięciu lat bardzo się przyjaźnili. Spędzali razem wieczory, sprawdzając menu we włoskich restauracjach w Park Slope, odwiedzając antykwariaty w Brooklyn Height i uprawiając jogging w weekendy na ogromnych trawnikach Prospect Park.

Dziś czasy te wydawały się bardzo odległe, prawie nierzeczywiste.

Susan wpatrywała się w Marka i bardzo mu współczuła.

— Wiedziałaś, że Mark stał się bezdomnym włóczęgą? — spytała.

Nicole pokręciła głową przecząco. Nie była w stanie nic powiedzieć.

Dwa lata wcześniej mąż oznajmił, że odchodzi, że nie może już tak dłużej żyć, że nie ma na to sił. Ona uczyniła wszystko, aby go powstrzymać przed tą decyzją, ale czasem „wszystko” to za mało. Od tej pory nie wiedziała, co się z nim dzieje.

— Dałam mu środek uspokajający i antybiotyki — rzekła Susan, zbierając swoje rzeczy.

Nicole odprowadziła ją do drzwi.

— Wpadnę tu jutro — obiecała Susan. — Ale…

Przerwała, odczuwając jednocześnie skrępowanie i strach przed tym, co zamierzała powiedzieć.

— Ale nie pozwól mu odejść. W tym stanie po prostu umrze.

*

— A więc?

— A więc co?

— A więc co z nim zrobimy? — spytał Eriq. — Co zrobimy z twoim mężem?

Adwokat trzymał w dłoni szklaneczkę whisky i chodził tam i z powrotem po kuchni.

Nicole patrzyła na niego niechętnym, zmęczonym wzrokiem. Co robiła z tym facetem od prawie roku? Jak mogła dzielić z nim życie? Dlaczego się do niego tak przywiązała?

— Proszę cię, idź już sobie — wyszeptała.

Eriq potrząsnął głową.

— Nie ma mowy, żebym zostawił cię samą w takiej sytuacji — rzekł.

— Kiedy facet przykładał mi nóż do szyi, nie spieszyłeś się specjalnie, żeby mnie ratować!

Eriq zamarł. Minęło kilka sekund, zanim zaczął szukać usprawiedliwienia.

— Przecież nawet bym nie zdążył… — zaczął i ucichł.

— Proszę cię, idź sobie — powtórzyła po prostu Nicole.

— Jeśli naprawdę tego chcesz… — rzekł. — Jutro do ciebie zadzwonię! — dodał, wychodząc.

Nicole poczuła ulgę, gdy znikł za drzwiami. Wróciła do salonu. Zgasiła wszystkie lampy i po cichu przysunęła fotel do kanapy, żeby znaleźć się jak najbliżej Marka.

Jedynym źródłem światła w pokoju był teraz pomarańczowy błysk spalających się w kominku bierwion. Wokół panował spokój.

Wyczerpana, zdezorientowana Nicole położyła swoją dłoń na dłoni męża i zamknęła oczy. Byli tutaj tak szczęśliwi! Gdy wreszcie znaleźli ten dom, prawie oszaleli z radości. Był to tak zwany brownstone, powstały pod koniec XIX wieku. Budowla miała fasadę z brązowego kamienia i ładny ogród. Kupili ją dziesięć lat wcześniej, tuż przed narodzinami dziecka, które zamierzali wychowywać z dala od zgiełku panującego na Manhattanie.

Kilka oprawionych fotografii na półkach biblioteki przypominało o tych szczęśliwych dniach. Na pierwszej mężczyzna i kobieta trzymali się za ręce. Ich spojrzenia wyrażały głębokie porozumienie i wzajemną czułość. Romantyczne wakacje na Hawajach i pełna przygód przeprawa na motorach przez Wielki Kanion. Potem zdjęcie USG i następna fotografia, zrobiona najwidoczniej kilka miesięcy później: bobas o okrągłej buzi, świętujący swoje pierwsze Boże Narodzenie. Na ostatnich zdjęciach dziecko przemieniło się już w małą dziewczynkę tracącą mleczne zęby. Dziewczynka pozowała dumnie przed klatką z żyrafami w zoo w Bronksie, poprawiała czapkę pod prószącym śniegiem Montany, wreszcie podsuwała przed obiektyw swoje dwie rybki błazenki, Ernesta i Cappuccino.

Szczęśliwe dni, które odeszły na zawsze…

Mark zakaszlał przez sen. Nicole przebiegł dreszcz. Mężczyzna śpiący na kanapie nie miał wiele wspólnego z tym, którego kiedyś poślubiła. Jedynie oprawione w ramki dyplomy i nagrody, wiszące niczym trofea na ścianach pokoju, świadczyły o tym, że Mark był kiedyś renomowanym psychologiem. FAA i FBI odwoływały się do jego kompetencji jako specjalisty od leczenia urazów związanych z porwaniem lub katastrofą samolotu. Po jedenastym września był członkiem specjalnej grupy psychologów założonej w celu pomocy rodzinom ofiar oraz tym pracownikom World Trade Center, którzy ocaleli z katastrofy. Ponieważ nikt nigdy nie wychodzi bez traumy z takiego dramatu. Część nas wciąż słyszy krzyki, widzi szalejące płomienie i krew. Może nie umarliście, ale czujecie się zbrukani, męczy was poczucie winy, zżera głucha trwoga, wciąż zadajecie sobie to samo pytanie, na które nigdy nie znajdziecie odpowiedzi: dlaczego ja przeżyłem, a inni zginęli? Ja przeżyłem, a zginęło moje dziecko, moja żona, moi rodzice…

Pracując jako psycholog, Mark powierzał wnioski ze swych doświadczeń prasie popularnonaukowej. W swoich artykułach rozpowszechniał wiedzę na temat nowych terapii — hipnozy, psychodramy — nad którymi pracował jako prekursor wraz ze swym kolegą z zespołu i przyjacielem z dzieciństwa, Connorem McCoyem. Stopniowo stał się modnym psychologiem, którego często widywano w telewizji, i ta nagła sława spowodowała, że wraz z Nicole stali się nagle celebrytami. Słynny „Vanity Fair” w numerze poświęconym najgłośniejszym parom Nowego Jorku zamieścił czterostronicowy artykuł ilustrowany atrakcyjnymi zdjęciami, na których można ich było podziwiać w całej krasie. To było jak namaszczenie.

Jednak bajka z kolorowych stron żurnali prysła jak bańka mydlana. Pewnego marcowego popołudnia ich pięcioletnia córeczka Layla zaginęła w centrum handlowym w Orange County, znajdującym się na południu Los Angeles. Gdy widziano ją ostatni raz, oglądała zabawki na wystawie sklepu Disneya. Jej opiekunka, młoda Australijka, zostawiła ją samą na kilka minut, aby zmierzyć przecenione dżinsy firmy Diesel w butiku obok…

Ile czasu minęło, zanim zauważyła nieobecność dziewczynki? „Nie dłużej niż pięć minut!” — zapewniła policjantów prowadzących śledztwo. W tym wypadku równało się to wieczności. Przez pięć minut może się wydarzyć wszystko.

Wiadomo, że pierwsze godziny po zniknięciu dziecka są najważniejsze. To okres, w którym są największe szanse na to, żeby znaleźć je żywe. Po czterdziestu ośmiu godzinach szanse na to szczęśliwe rozwiązanie dramatycznie spadają.

Tamtego dnia, a był to 23 marca, lało. Mimo że dziecko znikło w biały dzień i w zatłoczonym centrum handlowym, policja miała trudności ze znalezieniem świadków wydarzenia. Przejrzenie taśm z kamer przemysłowych, które monitorowały to miejsce, nie przyniosło rezultatów, tak samo jak bezowocne okazało się przesłuchanie opiekunki, winnej co prawda pozostawienia dziecka bez opieki, ale przecież nie porwania.

Minęło wiele dni.

Przez kilka tygodni ponad stu policjantów z psami gończymi i wspomaganych z powietrza przez helikoptery przeczesało każdy metr kwadratowy całego hrabstwa. Ale mimo wysiłków FBI nie znaleziono żadnego śladu po dziewczynce.

Minęło wiele miesięcy.

Policja była zbita z tropu brakiem jakichkolwiek wskazówek. Nikt nie zażądał okupu. Nie było żadnych poszlak. Niczego.

Minęły lata.

Od pięciu lat zdjęcie Layli wisiało na każdym dworcu, lotnisku, na każdym budynku pocztowym obok zdjęć innych zaginionych dzieci.

Layla znikła. Wyparowała.

*

Tamtego dnia, 23 marca 2002 roku, życie Marka się zatrzymało.

Zniknięcie córki pogrążyło go w kompletnej rozpaczy. Ból i poczucie winy niczym wybuch wewnętrznego wulkanu odcięły go od jego zawodu, od żony, od przyjaciela.

W ciągu pierwszych miesięcy zaangażował najlepszych detektywów, którzy zabrali się do drobiazgowego śledztwa. Bez rezultatu. Wówczas sam zaczął szukać dziecka.

Te poszukiwania, z góry skazane na niepowodzenie, trwały trzy lata, po czym Mark również znikł. Nie pozostawił żadnej wiadomości ani żonie, ani Connorowi.

Nicole przeżyła tę rodzinną tragedię zupełnie inaczej. Początkowo rozpaczy towarzyszyło poczucie konkretnej winy: to ona naciskała, aby Layla pojechała z nią do Los Angeles, gdzie skrzypaczka została zaproszona na serię recitali. To ona znalazła opiekunkę, przez którą zdarzył się dramat. Aby stawić czoło najgorszemu, znalazła jedno wyjście: pracę. Zaczęła dawać jeden koncert za drugim, nagrywać płyty, zgodziła się nawet na wywiady na temat porwanej córki w gazetach i w telewizji, stając się z własnej woli ofiarą niezdrowego zainteresowania publiczności.

Mimo to były dni, gdy ból stawał się nie do zniesienia. Kiedy nie umiała już zwalczyć ponurych myśli, wynajmowała pokój w hotelu, kładła się do łóżka i chowała pod kołdrę, odcinając się w ten sposób od świata jak niedźwiedź zapadający w zimowy sen.

Każdy walczy z cierpieniem po swojemu…

*

Nagle w kominku strzeliło płonące polano. Mark drgnął i otworzył oczy. Podniósł się gwałtownym ruchem i przez kilka sekund nie mógł się zorientować, gdzie jest i co się z nim dzieje.

Wszystko powoli do niego wróciło, gdy zobaczył twarz Nicole.

— Czy jesteś ranna? — spytał żony.

— Dzięki tobie, nie — odpowiedziała.

Przez chwilę zdawało się, że znów zapadnie w odrętwienie, lecz nagle zerwał się z łóżka.

— Błagam cię, nie wstawaj! Musisz odpocząć.

Jakby jej nie słysząc, poszedł w kierunku wielkiego okna. Za grubą szybą widać było zaśnieżoną cichą ulicę.

— Gdzie moje ubranie?

— Wyrzuciłam je, Mark. Było brudne.

— A mój pies?

— Wzięłam go ze sobą, był tutaj, ale uciekł.

— Muszę iść! — wykrzyknął Mark, niepewnie idąc w stronę drzwi.

Nicole stanęła przed nim, tarasując mu drogę.

— Posłuchaj, jest noc, jesteś ranny, wyczerpany… Nie widzieliśmy się od dwóch lat. Musimy porozmawiać.

Wyciągnęła do niego ręce, lecz on ją odepchnął. Chwyciła go mocno za ramiona, ale zaczął się wyrywać, uderzając niechcący o półki. Jedno ze zdjęć spadło na podłogę. Rozległ się hałas tłuczonego szkła.

Mark pochylił się, podniósł zdjęcie i odstawił na miejsce. Wzrok jego padł na fotografię córki. Dziewczynka miała zielone wesołe oczy, uśmiechała się, emanowało z niej szczęście i radość życia.

Wówczas coś się w Marku załamało. Szlochając, osunął się na podłogę. Nicole przytuliła się do niego i siedzieli tak długo, obejmując się, dzieląc ten sam ból. Jej gładka skóra przylegała do jego zmęczonego ciała, delikatny zapach perfum Guerlaina mieszał się z przykrą wonią człowieka żyjącego na ulicy.

*

Trzymając męża za rękę, Nicole poprowadziła go do łazienki. Odkręciła prysznic i się wycofała. Odurzony intensywnym zapachem szamponu Mark stał prawie pół godziny pod gorącym, odświeżającym strumieniem wody, lejącym się z sufitu niczym ulewa. Ociekający wodą owinął się szczelnie wielkim ręcznikiem i wyszedł na korytarz, zostawiając na wypastowanym parkiecie kałuże wody. Otworzył szafę, która kiedyś była jego, i zobaczył, że wciąż wiszą tam ubrania. Obojętnie spojrzał na garnitury — Armani, Boss, Zegna — ślady po życiu, które nie było już jego życiem, i zadowolił się dżinsami, bluzą z długimi rękawami i grubym swetrem.

Zszedł na dół do Nicole krzątającej się w kuchni.

W kuchni, całej zaaranżowanej w drewnie, szkle i metalu, było dużo przestrzeni. Wzdłuż ściany biegł długi stół, pośrodku zaś stała wyspa z doskonale wyposażoną kuchenką zapraszającą do gotowania. Kiedyś miejsce to było przystanią wesołych rodzinnych śniadań, podwieczorków i romantycznych kolacji. Ale już bardzo dawno nikt nic tu nie ugotował.

— Przygotowałam ci omlet i grzanki — oznajmiła Nicole, wlewając do kubka gorącą kawę.

Mark usiadł przy stole, ale prawie natychmiast zerwał się z miejsca. Ręce mu się trzęsły. Przed jedzeniem musiał się napić alkoholu.

Pod zdumionym spojrzeniem Nicole gorączkowym gestem odkorkował pierwszą butelkę wina, która wpadła mu w ręce, i zachłannie wypił od razu połowę. To go uspokoiło. Zaczął jeść w ciszy.

— Gdzie byłeś, Mark? — ośmieliła się przerwać milczenie Nicole.

— W łazience.

— Pytam, gdzie byłeś przez te dwa lata.

— Pod ziemią.

— Pod ziemią?

— W tunelach metra, w kanałach, w podziemiach, tam gdzie mieszkają bezdomni.

Jego żona ze łzami w oczach potrząsnęła głową, nie rozumiejąc.

— Ale dlaczego? — spytała.

— Wiesz dobrze dlaczego! — odrzekł Mark podniesionym głosem.

Nicole podeszła do niego i wzięła go za rękę.

— Ale przecież masz żonę, pracę, przyjaciół…

Mark wyszarpnął rękę z jej uścisku i wstał od stołu.

— Daj mi spokój!

— Wyjaśnij mi jedno! — krzyknęła zdesperowana Nicole. — Co ci to wszystko dało, to życie kloszarda?!

Mark wbił w nią oczy.

— Żyję tak, bo nie umiem inaczej. Ty potrafisz. Ja nie potrafię.

— Nie zrzucaj na mnie winy, Mark.

— Nie zrzucam na ciebie winy. Zbuduj sobie nowe życie, jeśli ci to odpowiada. Ja nie mogę. Ból, który odczuwam, jest nie do przezwyciężenia.

— Mark, przecież jesteś psychologiem. Pomagałeś ludziom wyjść z gorszych nieszczęść.

— Ale ja nie chcę przezwyciężyć tego bólu. Tylko on mnie trzyma przy życiu. To jedyne, co mi po niej zostało, rozumiesz? Nie mija minuta, żebym o niej nie pomyślał. Żebym się nie zastanawiał, co mógł jej zrobić ten, który ją porwał. Żebym się nie zastanawiał, co się z nią stało.

— Mark, ona nie żyje! — krzyknęła w rozpaczy Nicole.

Tego już Mark nie wytrzymał. Wyciągnął rękę i chwycił żonę za gardło, jakby miał zamiar ją udusić.

— Jak możesz w ogóle myśleć coś podobnego?!

— Minęło już pięć lat, Mark! — krzyknęła Nicole, wyrywając mu się. — Pięć lat i nic, żadnego śladu! Nikt nawet nie zażądał okupu!

— Zawsze jest szansa…

— Nie, Mark, nie. To już koniec. Jeśli pomyślisz o tym logicznie, nie ma żadnej nadziei. Ona nie wróci. Takie rzeczy nigdy się nie zdarzają, rozumiesz, nigdy!

— Milcz!

— Najwyżej znajdą jej ciało…

— Nie!

— Tak! I niech ci się nie wydaje, że tylko ty cierpisz. A ja?! Oprócz córki straciłam również męża!

Mark bez słowa wyszedł z kuchni. Nicole wybiegła za nim. Nie daruje mu, co to, to nie!

— Nigdy nie pomyślałeś, że moglibyśmy mieć jeszcze dzieci? Że z czasem mogłoby w tym domu zacząć się nowe życie?

— Zanim będę miał inne dzieci, muszę odnaleźć moją córkę.

— Pozwól mi zadzwonić do Connora. Od dwóch lat szuka ciebie wszędzie. Pomoże ci z tego wyjść.

— Ale ja nie chcę. Moja córka cierpi i ja chcę cierpieć wraz z nią.

— Jeśli będziesz się upierał przy życiu na ulicy, umrzesz. Tego chcesz? Lepiej od razu strzel sobie w łeb.

— Nie chcę umrzeć, chcę być przy niej w dniu, kiedy się znajdzie.

Nicole się załamała. Wzięła komórkę i wykręciła numer Connora.

Odbierz, Connor, proszę cię, odbierz! — zaczęła go błagać w myślach.

Gdzieś w nocy telefon zadzwonił w pustkę. Nicole zrozumiała, że Connor nie odbierze i że przegrała. Sama nie poradzi sobie i nie będzie umiała zatrzymać męża.

Tymczasem Mark wrócił na kanapę w salonie i zasnął jeszcze na kilka godzin.

Wstał o świcie, wyjął z szafy sportową torbę, wsunął do niej koc, płaszcz ortalionowy, kilka paczek herbatników i butelki z alkoholem.

Nicole dała mu telefon komórkowy, baterię i ładowarkę.

— Gdybyś zdecydował się zadzwonić do Connora albo gdybym ja chciała się z tobą porozumieć…

Kiedy Mark pchnął drzwi wyjściowe, śnieg już nie padał i nad miastem wstawał błękitny świt. Jak tylko stąpnął na obsypanym śniegiem chodniku, w magiczny sposób, zza pojemników na śmieci wyłonił się czarny labrador. Szczeknął cicho. Mark z wdzięcznością podrapał go po łbie. Pochuchał w dłonie, żeby je rozgrzać, zarzucił torbę na ramię i skierował się ku Mostowi Brooklińskiemu.

Nicole, stojąc na progu, patrzyła na mężczyznę swego życia, który zanurzał się w porannej mgle. Wybiegła na środek ulicy.

— Nie umiem bez ciebie żyć! — krzyknęła.

Mark był jakieś dziesięć metrów od niej. Słysząc Nicole, niczym ogłuszony bokser zatrzymał się i odwrócił do niej. Bezradnie rozłożył ręce i znikł za rogiem.

3Ktoś podobny do mnie

Życie jest kolią z pereł.

Björk

Dziewczyna, która igrała z ogniem.

Tytuł powieści Stiega Larssona

Doktor Connor McCoy miał gabinet w jednym ze szklanych wieżowców prestiżowego Time Warner Center, z zachodniej strony Central Parku.

Był z niego bardzo dumny. Urządził go w taki sposób, żeby pacjenci czuli się w nim dobrze i mieli wrażenie, iż są u najlepszego specjalisty. Dzięki poczcie pantoflowej jego renoma była coraz większa i nie zaszkodziła jej nawet krytyka praktykowanych przez niego nietypowych metod leczenia, które nie wszyscy jego koledzy po fachu popierali.

W ten wigilijny wieczór Connor wciąż jeszcze siedział w gabinecie, studiując historię choroby jednego z pacjentów. Ziewnął i rzucił okiem na zegarek.

Wpół do pierwszej w nocy.

Ale przecież i tak nie miał do kogo wracać. Connor żył tylko dla swojej pracy. Nie miał ani żony, ani rodziny. Swój pierwszy gabinet założył do spółki z Markiem Hathawayem, przyjacielem z dzieciństwa, z którym dzielili zamiłowanie do psychologii. Obydwaj wychowali się w biednej dzielnicy Chicago. Zetknęli się wówczas z bliska z cierpieniem i postanowili poświęcić kariery i energię na wynalezienie nowych metod terapii. Błyskawicznie osiągnęli sukces, któremu kres położyła jednak tragedia w rodzinie Marka. Connor pomagał mu, jak mógł, i wraz z nim zaczął szukać córki, gdy policja zrezygnowała z dalszego śledztwa. Ale to nie wystarczyło, Mark pogrążony w smutku znikł. Ucieczka wspólnika załamała Connora. Nie tylko stracił najlepszego przyjaciela, ale równocześnie poniósł największą zawodową porażkę.

Aby odegnać te smutne wspomnienia, Connor wstał z fotela i nalał sobie trochę whisky.

— Wesołych świąt! — rzucił, unosząc szklaneczkę w kierunku swego odbicia w lustrze.

Pokój zalewało nierealne światło wpadające przez szklane ściany. Widok na park przyprawiał o zawrót głowy. Pomieszczenie było pozbawione zbędnych ozdób, wystrój miało prosty. Stojące na metalowej półce dwie rzeźby Giacomettiego wydawały się unosić w powietrzu, a jednobarwny obraz Roberta Rymana na ścianie był zagadką dla tych, którzy postrzegali w nim jedynie biały kwadrat. Connora od zawsze fascynowała delikatna gra świateł na białym płótnie.

Dostrzec niewidzialne, przejrzeć na wylot pozory…

W tym leżało sedno jego zawodu.

Ze szklanką whisky w dłoni lekarz przyjrzał się dokładnie kilku zdjęciom widocznym na ekranie laptopa. Były to wyniki tomografii komputerowej mózgu jednego z pacjentów. Oglądanie skanów mózgu zawsze go fascynowało.

Cierpieć, kochać, być nieszczęśliwym: wszystkie te uczucia rodziły się tam, w zwojach naszego mózgu, pośród miliardów neuronów. Pożądanie, pamięć, strach, agresja, myślenie logiczne, sen, wszystkie te stany zależały częściowo od różnych substancji chemicznych wydzielanych przez organizm, od neuroprzekaźników, które podają informacje od jednego neuronu do drugiego. Pasją Connora były ostatnie odkrycia z dziedziny neurologii, w ten sposób stał się jednym z pionierów analizy biologicznych przyczyn depresji. Prace, w których brał udział, wykazały na przykład, że osobnik mający krótszą formę białka przekaźnikowego predysponowany jest do depresji czy samobójstwa. Tak więc okazuje się, że ludzie nie rodzą się jednakowo odporni na przeciwności losu.

Ale Connor nie umiał zaakceptować tego genetycznego determinizmu. Był przekonany, że psychika i biologia są nierozłącznie związane, i dlatego zawsze bardzo zależało mu na kształceniu się w obydwu domenach, psychologii i neurologii. To oczywiste, że nie możemy się pozbyć naszego dziedzictwa genetycznego, ale w ciągu życia, reagując inaczej na bodźce emocjonalne, możemy zmienić reakcje naszego mózgu. Takie było credo Connora: nic nie jest do końca zdefiniowane.

Wychylił szklaneczkę whisky, włożył płaszcz i wyszedł z gabinetu.

W budynku był pięciogwiazdkowy hotel, a także kilka restauracji i klub jazzowy. Ze wszystkich pięter dochodziły do niego odgłosy bawiących się ludzi, jeszcze bardziej podkreślając jego samotność.

Wszedł do windy i zajrzał do teczki, żeby sprawdzić, czy nie zapomniał jakiegoś ważnego dokumentu. Następnego dnia zamierzał pracować w domu. Za dwa dni miał zorganizować sesję grupowej psychoanalizy, a ten rodzaj terapii wymagał doskonałego przygotowania.

Winda zjechała na parking, do którego wejście chronione było za pomocą systemu skanującego siatkówkę oka. Connor wykonał żądane czynności i ruszył w kierunku swego sportowego samochodu, srebrnego błyszczącego astona martina. Nacisnął na kluczyk i auto otworzyło się automatycznie. Connor poczuł przyjemny zapach skórzanej tapicerki. Rzucił teczkę na miejsce dla pasażera i wyjechał z garażu na Colombus Circle. Śnieg wciąż padał grubymi płatkami i było ślisko. Connor wjechał na Avenue of the Americas w kierunku Tribeki.