Pod jednym dachem - Cathy Williams - ebook

Pod jednym dachem ebook

Cathy Williams

0,0
11,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Gdy Kaya wraca do domu na przedmieściach Vancouver, zastaje w nim nieznajomego. Jest nim Leo, któremu jej przybrana matka zapisała ten dom. Kaya nie wiedziała o jego istnieniu, a Leo, wychowany w sierocińcu, nigdy nie poznał matki. Pełen żalu, nie chce tego dziedzictwa i przyjechał tylko po to, by sprzedać posiadłość. Nie chce też słuchać Kayi, która tak lubiła jego matkę. Niestety z powodu śnieżycy niezręczna sytuacja mieszkania pod jednym dachem przedłuża się, a wzajemna niechęć nieoczekiwanie przeradza się w palące pożądanie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 147

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Cathy Williams

Pod jednym dachem

Tłumaczenie:

Przemysław Przychodniak

Tytuł oryginału: Bound by Her Baby Revelation

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2022

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2022 by Cathy Williams

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2026

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Bez ograniczania wyłącznych praw autora i wydawcy, jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI) jest wyraźnie zabronione. HarperCollins korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

[email protected]

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-291-2330-3

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Rozdział pierwszy

Zmarznięta i śmiertelnie zmęczona po cichu weszła do domu. Zimowy chłód z łatwością przenikał przez kolejne warstwy ubrań, szczypał w policzki i, pomimo ciepłych butów i rękawiczek, w dłonie i stopy. Kaya nie spała od dwudziestu czterech godzin i jedyne, czego pragnęła, to rzucić się na łóżko i przespać sto lat.

W holu świeciło się światło. Czyżby zapomniała je zgasić? Zanim dwa miesiące temu wyjechała z Kanady do Nowej Zelandii, zrobiła listę rzeczy, o których nie chciała zapomnieć. Mało prawdopodobne, by wpisała na nią zgaszenie światła. Może to jej sąsiadka, pani Simpson, która miała klucze do jej domu, przyszła sprawdzić, czy wszystko w porządku i zapomniała je wyłączyć?

Mało ją to obchodziło. Myślała jedynie o śnie. Rzuciła na ziemię walizkę, płaszcz i buty. Przeciągnęła się i ruszyła po schodach na górę. Dzięki uprzejmości i hojności Anne, Kaya mieszkała w tym domu od trzech lat i znała go jak własną kieszeń.

Jakoś udało jej się pogodzić studia z dorywczą pracą. Gdy bez oszczędności i pracy wróciła z dyplomem w dłoni do domu, wynajęcie mieszkania było poza jej zasięgiem. Byłoby dużo łatwiej, gdyby jej matka wciąż wynajmowała ich mieszkanie w centrum. Tyle że Katherine Hunter sześć lat temu ulotniła się ze świeżo poślubionym mężem do Nowej Zelandii. Proszenie jej o cokolwiek było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę.

Po latach wypełnionych rozczarowującymi związkami z bogaczami, którzy kompletnie się nią nie interesowali, matka w końcu znalazła swój ideał. Nie było mowy, by prosząc o przysługę, Kaya miała sprawdzić siłę jej związku. Poza tym matka nie miała swoich pieniędzy, a jej przemiły i ekstrawagancki mąż nie miał żadnych powodów, by pomagać pasierbicy, której prawie nie znał. Tak więc oferta darmowego wynajmu, którą otrzymała od Julie Anne, była jak manna z nieba.

Idąc na górę, przystanęła na chwilę i z trudem powstrzymała łzy. Jak to możliwe, że ta co prawda starsza już, ale wciąż w pełni zdrowia i w świetnej formie dobra kobieta, mogła tak po prostu umrzeć bez ostrzeżenia?

Była w pracy, gdy odebrała telefon z ośrodka, że Julie Anne została zabrana do szpitala. Nie do małej, lokalnej lecznicy, ale do oddalonego o ponad godzinę drogi Vancouver. Jak zawsze w piątki, gawędząc i śmiejąc się, robiła obchód z kierowniczką Louise, gdy nagle po prostu upadła.

Kaya pognała do szpitala, by w tych ostatnich chwilach potrzymać przyjaciółkę za rękę i powiedzieć jej, jak bardzo ją kocha. Krótko potem życie, które zainspirowało tak wielu, zostało odebrane przez tętniaka.

Wydawało jej się, że nigdy nie przestanie płakać. Minęły tygodnie, zanim osuszyła łzy po stracie Julie Anne. Po przyjaciółce, której, jak niespodziewanie odkryła, nie znała nawet w połowie tak dobrze, jak jej się wydawało. Po jej śmierci wyszło na jaw wiele tajemnic, które mogła jedynie zaakceptować. Gdy się nad tym zastanowić, to czy kiedykolwiek mamy szansę naprawdę dobrze kogoś poznać? Porzuciła więc żal, że Julie Anne nie była otwartą księgą, za którą zawsze ją uważała i skupiła się na dobru, które ta wspaniała kobieta dla niej uczyniła.

Pomimo różnicy wieku Julie Anne była jej mentorką i najlepszą przyjaciółką. Poznały się, gdy matka Kayi dostała pracę i przeprowadziły się niedaleko Whistler, na północ od Vancouver. Miała wtedy zaledwie sześć lat, więc pamięta to jak przez mgłę. Wcześniej mieszkały na Alasce, skąd pochodził jej ojciec. Po jego śmierci wyemigrowały, a Julie Anne stała się częścią ich życia.

Opiekowała się Kayą i zastępowała jej matkę, gdy ta spędzała czas w towarzystwie kolejnego bogatego zalotnika. Katherine zawsze była dla Kayi bardziej kumpelą niż matką i nie zamierzała przedkładać opieki nad córką nad życie towarzyskie.

Po powrocie do Kanady, Katherine w ciągu kilku minut odświeżyła swoje dawne kontakty. Nie przeszkadzało jej, że wyjechała stąd ponad dziesięć lat temu. Szybko odkryła, że jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi, to samotna i zaangażowana w życie lokalnej społeczności Julie Anne, jest świetnym wyborem. Ich losy splotły się tak mocno, że dla Kayi stała się bliższa niż matka.

Kaya odsunęła od siebie wspomnienia. Szybko i cicho weszła do sypialni. Zrzuciła z siebie resztki odzieży, zostając jedynie w koszulce i szerokich spodniach od dresu. Jedynie one pozwalały na wygibasy, jakie musiała robić, by przy swoim ponadprzeciętnym wzroście przetrwać czternastogodzinny lot w samolocie, który zapewniał komfort porównywalny z bydlęcym wagonem.

Było cieplej, niż się spodziewała. Zamieć, która pokryła śniegiem wszystko od Alaski po Florydę, sprawiła, że podróż autobusem z Vancouver przeciągnęła się z półtorej do trzech godzin. Mało ją to jednak obchodziło.

Myśląc wyłącznie o łóżku, ziewając i rezygnując z prysznica, który mógł poczekać do jutra, Kaya otworzyła drzwi. Nie włączyła światła. Wszystko, czego chciała, to rzucić się na materac, owinąć kołdrą i zamknąć oczy.

Po chwili zdała sobie sprawę, że w ciemnej sypialni nie jest sama. Ktoś spał w jej łóżku i tym kimś był mężczyzna. Co, do cholery, robi w jej domu i w jej sypialni?

Leo nie słyszał dźwięku otwieranych drzwi, ale dotarły do niego zbliżające się po pokrytym wykładziną korytarzem kroki. Co, u licha?

Trzydzieści sześć godzin! Był w tej zapomnianej przez Boga i ludzi mieścinie od trzydziestu sześciu godzin i już żałował decyzji o przyjeździe tutaj. Mógł przecież załatwić całą papierkową robotę z luksusowego, ciepłego i wygodnego biura w Nowym Jorku. Zamiast tego wybrał przyjazd tutaj. Co nim kierowało? Chęć odkrycia radości życia w miasteczku w sercu Kolumbii Brytyjskiej? Nagła potrzeba zmiany otoczenia? Był mieszczuchem wychowanym w dżungli ulic i cieniu drapaczy chmur. Jego dom był tam, gdzie były wielkie pieniądze, a tempo podpisywanych kontraktów było zgodne z rytmem bicia jego serca.

Prawdziwym powodem była ciekawość. Kiedy tu dotarł napędzanym na cztery koła autem, do którego przesiadł się z prywatnego odrzutowca, nagle załamała się pogoda. Zdążył jeszcze wstąpić do kilku lokalnych sklepów, kupił coś do jedzenia i picia, i utknął tu na dobre. Bez internetu i z mnóstwem czasu, by pożałować, że uległ pokusie poznania przeszłości, którą mu odebrano.

Ostatniej rzeczy, jakiej pragnął o tak wczesnej porze, była konieczność pozbycia się uciekającego przed zamiecią włamywacza. Czekał na rozwój wydarzeń. Spodziewał się kręcących się po okolicy nastolatków i robiących wszystko to, czego nie powinni robić w tak małym mieście, gdzie wszyscy się znają. Nagle zdał sobie sprawę, że gdyby nie znaleźli schronienia, to z dużym prawdopodobieństwem zmarliby z wyziębienia. Pewnie wiedzieli, że dom stoi pusty i, niewiele myśląc, postanowili się włamać.

Bez trudu poradzi sobie z grupą pijanych wyrostków. Szczerze mówiąc, to poradziłby sobie z każdym. W surowych warunkach rodziny zastępczej musiał być gotowy właściwie na wszystko. W minutę nauczył się dbać o siebie. Niczego się nie bał. Przerażała go jedynie świadomość, że jako dziecko został porzucony i nikt nigdy nie przyjdzie, by go uratować. Gdy zmierzył się z tym faktem, coś twardego niczym granit wypełniło jego duszę. Odtąd nic, choćby najstraszniejszego, nie mogło się z tym mierzyć.

Każdy mięsień jego ciała gotowy był do ataku. Wyostrzone niczym u drapieżnika zmysły czekały na pierwszy ruch ofiary. Kiedy drzwi się otworzyły, pomimo mroku natychmiast się zorientował, że intruzem jest kobieta.

– Kim, do cholery, jesteś i co tu robisz?

Pytanie padło tak szybko, że Leo nie zdążył zareagować, choć chciał zapytać dokładnie o to samo.

Rozbłysło światło. Na widok wpatrującego się w niego rozwścieczonego anioła, na kilka sekund odjęło mu mowę. Była szczupła i wysoka, miała około metra osiemdziesięciu wzrostu. Spod wełnianej czapki wystawy długie ciemne włosy. Oliwkowa cera sprawiała, że była piękna i egzotyczna.

– Więc? – żądała odpowiedzi. Stała z założonymi rękami, upewniając się, że w każdej chwili może się cofnąć i zamknąć drzwi, gdyby chciał się do niej zbliżyć.

Leo pomyślał, że jest sprytna. Instynktownie chciał zrzucić z siebie kołdrę i wstać, ale nie zrobił tego, by jej nie przestraszyć.

– Mógłbym zapytać o to samo – rzucił.

– Jak się tu dostałeś?

– W legalny sposób.

– Kłamiesz! Nie wiem, kim jesteś ani co tu robisz i chcę, żebyś się stąd wyniósł!

Sytuacja była coraz bardziej kuriozalna. Z jednej strony trudno mu było oderwał od niej wzrok, a z drugiej czuł się okropnie, złapany na gorącym uczynku.

– Wyrzuciłabyś biedaka w taką zamieć? – zapytał, otwarcie lekceważąc jej wściekłość.

– Bez chwili namysłu.

– Uważam, że powinniśmy pogadać.

Odchylił kołdrę i zsunął się z łóżka.

– Ani kroku dalej!

– Bo co?

– Bo…

Wpatrywali się w siebie. Serce Kayi waliło z taką siłą, że ledwo łapała oddech. W jej łóżku był mężczyzna i to nie byle jaki. W życiu nie widziała kogoś równie pięknego. Skóra w kolorze złota, ciemne włosy i idealne proporcje sprawiały, że przypominał wyrzeźbiony z niezwykłą starannością posąg.

Gdy się zorientowała, że mężczyzna jest półnagi, a może zupełnie nagi, zaschło jej w gardle. Nie wiedziała przecież, co kryje się pod kołdrą. Rzuciła okiem na rozrzucone na podłodze ubrania i natychmiast zorientowała się, że nie były to tanie ciuchy.

– Nie kłóćmy się – zaczął Leo. – Nie mam pojęcia, co tu się dzieje, ale chyba warto o tym pogadać. Nie tylko dlatego, że nie mam zamiaru wychodzić na śnieżycę tylko dlatego, że ty tak chcesz.

Wyskoczył spod kołdry i stanął przed nią ubrany jedynie w czarną bielizną. Był wysoki i dobrze zbudowany. Płaski, z wyraźnie zrysowanymi mięśniami brzuch, pokryty był ścieżką czarnych włosów, która prowadziła wprost w dół bokserek. Zwilżyła językiem wargi i szybko odwróciła głowę, próbując ukryć ekscytację.

Nie wiedziała co robić. Miał rację. Nie mogła go wyrzucić na taki śnieg. Taksówka, którą przyjechała, była wyposażona we wszystko, co mogło pomóc prowadzić w taką pogodę, a i tak kierowca z trudnością stawiał czoło zamieci. Nie widziała po drodze innych samochodów, więc co niby miałby zrobić? Przedzierać się przez zaspy aż do utraty tchu?

– Jest późno i jestem zmęczona – powiedziała krótko. – Jedyne, czego chcę, to żebyś opuścił moją sypialnię.

– Twoją sypialnię?

– Nie zdołam cię stąd wyrzucić, bo jesteś ode mnie silniejszy. Nie myśl jednak, że się ciebie boję.

– Myślisz, że mógłbym… Nie wierzę, że to mówisz. Co masz na myśli, mówiąc, że to twoja sypialnia?

– Chcę się po prostu położyć.

W jej oczach pojawiły się wywołane frustracją, niedowierzaniem i zwykłą złością łzy.

Leo pokręcił głową i przeczesał włosy dłonią.

– Okej – odparł, dając za wygraną. – Zwolnię pokój, choć biorąc pod uwagę, że włamałaś się do tego domu, nie wiem, dlaczego to robię. Załóżmy, że jestem frajerem ustępującym niewieście w potrzebie.

– Włamałam się? – Kaya ze zdumienia otworzyła usta.

– Wróćmy do tego rano – rzucił i zaczął zbierać z podłogi ubrania. Sięgnął po komputer. W końcu raporty może napisać i bez dostępu do internetu. Wyśle je później.

– Rano?

– Wydawało mi się, że chcesz się położyć – rzucił i zniknął w przylegającej do sypialni łazience. Wiedział, że cisza jest najlepszym przyjacielem mężczyzny. Szczególnie jeśli chce się kogoś zmusisz do mówienia, a ta sytuacja wymagała wyjaśnień.

Chwycił ręcznik, a gdy wrócił do pokoju zastał ją stojącą w drzwiach z kobiecą furią w oczach.

– To mój dom i chcę wiedzieć, skąd się tu wziąłeś! – wrzasnęła Kaya. Zadrżała, gdy spojrzał na nią swymi ciemnymi oczami.

Wyjechała do Nowej Zelandii, by zobaczyć się z matką i ojczymem. Chciała uciec od smutku po stracie Julie Anne. Oczywiście pracowała stamtąd zdalnie, prowadząc księgowość dla kilku firm, ale poza tym miała czas dla siebie. Przez całą młodość to ona opiekowała się matką, gdy po kolejnych nieudanych związkach wypłakiwała się jej na ramieniu. Po raz pierwszy to ona pojechała po wsparcie. Chciała choć na chwilę zapomnieć o sekretach Julie Anne i wszystkim, co zostawiła w Kanadzie.

– Gdzie więc byłaś? – zapytał Leo, krążąc wokół niej powoli niczym polujący na ofiarę lampart. – Nie, chyba najpierw powinienem zapytać, jak masz na imię.

– Kaya.

– Jestem Leo. Z chęcią dokończę tę rozmowę rano, bo z każdą chwilą jestem bardziej przekonany, że mamy o czym pogadać.

– Wspomniałeś, że dostałeś się tu legalnie.

– Proszę bardzo. – Sięgnął do kieszeni spodni i wyjął klucz, na zawieszce którego widniał napis „Klucz do królestwa”.

– Muszę usiąść.

– Może zejdziemy do kuchni i się czegoś napijesz? – Uniósł ręce w geście kapitulacji. – Gwarantuję, że nie musisz się mnie bać. Nie tylko ty jesteś zaskoczona. Możemy chwilę pogadać, a później tu wrócisz, zamkniesz drzwi na klucz i pójdziesz spać. – Skołowana Kaya kiwnęła głową.

Minęła go i próbując powstrzymać drżenie, wyszła z sypialni. Ruszyła schodami w dół. Czuła się jak eskortowany do więzienia skazaniec. W przedpokoju było chłodno. Chwyciła powieszony wcześniej kardigan, otuliła się nim, starając się nie spoglądać na idącego za nią mężczyznę.

Oczywiście wiedziała, kim jest. Nie był przypadkowym gościem, który postanowił przespać się w jej łóżku. To, że nie był podobny do Julie Anne, nie znaczyło, że nie jest z nią spokrewniony. Tyle że prawnicy zapewniali ją, że nieszybko się tu pojawi. Twierdzili, że oficjalne uznanie testamentu może potrwać nawet rok, więc będzie mieć sporo czasu na znalezienie innego lokum.

Gdy zaproszono ją do eleganckiego biura w centrum Vancouver, dowiedziała się, że miejsce, w którym mieszka i które nazywa swoim domem, zmieni właściciela. Julie Anne zostawiła testament, w którym cały majątek zapisała synowi.

– Julie Anne nie ma syna – zapewniła Kaya prawników bez mrugnięcia okiem.

Nie miała pojęcia, co przyjaciółka chciała zrobić z domem, nie wspominając o ośrodku w centrum miasta. Zakładała, że dom może zostać sprzedany, a pieniądze przekazane organizacji charytatywnej, którą Julie Anne założyła wiele lat temu.

Ale syn? Prawnicy w możliwie delikatny sposób wyjaśnili jej, że ma on pełne prawo do spadku. Przy kolejnej już herbacie zapewniali, że zanim zakończą się prawne procedury może spokojnie tu mieszkać. Mówili też, że zostanie wcześniej powiadomiona o konieczności wyprowadzki.

Jakby mało jej było śmierci przyjaciółki, ta wiadomość zupełnie ją zszokowała. Zdała sobie sprawę, że można kogoś znać i nic o nim nie wiedzieć.

W każdym razie, gdy wróciła do Kanady gotowa, by zacząć wszystko od nowa, była przekonana, że minie jeszcze sporo czasu, zanim ktoś upomni się o ten dom. Najwyraźniej los miał dla niej inne plany. Nie była gotowa, by stawić im czoło.

Nie chciała go poznawać. Kim był i co robił przez te wszystkie lata? Może był bez grosza przy duszy nędzarzem, który nagle odkrył, że jest spadkobiercą fortuny? Czy aby na pewno nie próbowali skontaktować się z nią prawnicy, by poinformować, że jest w drodze, by upomnieć się o swoje?

Gdy Leo otwierał drzwi kuchni, dojrzał w jej oczach nieufność i coś, czego nie potrafił odczytać.

– Skoro już tu jesteśmy – zaczął obcesowo – i z każdą chwilą śnieg sypie coraz mocniej, to myślę, że powinniśmy sobie zaufać. Pewnie będziemy tu uwięzieni przez kilka najbliższych godzin, a może i dni. Nie sądzę, by któremuś z nas udało się dotrzeć do miasta czy choćby do sąsiada. Tym bardziej, że nie widziałem po drodze zbyt wielu domów.

Kaya skinęła głową. Jaki miał plan? Czy na pewno był tym, za kogo go uważała? Czuła na sobie jego ciemne, nachalne, oceniające spojrzenie.

Miał rację w tym, że skoro utknęli tu razem, to czy tego chcieli, czy nie, muszą się jakoś dogadać. Postanowiła dać sobie czas, by sprawdzić, z kim ma do czynienia.

Nie wyglądał na uszczęśliwionego odmianą życia kloszarda. Wydawał się inteligentny i dobrze wychowany, ale nie zamierzała być idiotką ufającą pierwszemu wrażeniu. Wystarczy, że jej matka robiła to zdecydowanie zbyt często.

– Porozmawiajmy – naciskał Leo. – Jesteś zmęczona i skołowana, ale z pewnością nie powinnaś się mnie bać. Gdzie byłaś? Na wakacjach, w pracy, u rodziny, narzeczonego?

Kaya rozejrzała się po dużej kuchni, która nie należała już do niej. Obserwowała, jak Leo pewnie się po niej porusza. Otworzył szafkę, wyjął dwie szklanki z grubego szkła i napełnił je przezroczystym płynem w kolorze bursztynu.

– Byłam w Nowej Zelandii w odwiedzinach u matki – powiedziała, cofając się, gdy Leo usiadł przy stole na jednym z krzeseł. Mówiła spokojnie, uważnie go obserwując. – Przeprowadziła się tam kilka lat temu, gdy ponownie wyszła za mąż. Potrzebowałam wyjechać po nagłej śmierci Julie Anne.

– Julie Anne… – wyszeptał, kryjąc się za ciemnym spojrzeniem. – I wróciłaś tutaj, ponieważ…?

– Ponieważ tak się składa, że mieszkam tu od trzech i pół roku.

– Mieszkasz tutaj?

– Zgadza się.

Leo się tego nie spodziewał, ale z drugiej strony sytuacja wydawała się całkiem prosta.

Nadchodzący, nie wiadomo skąd, list wstrząsnął jego uporządkowanym życiem. Pogrzebana przeszłość zmartwychwstała w postaci spadku po kobiecie, która oddała go rodzinie zastępczej. Gdy czytał list, czuł taką gorycz, że miał ochotę go podrzeć i wyrzucić do kosza. Siedział w swym luksusowym nowojorskim penthousie, jednym z wielu apartamentów, które posiadał w kilku miastach, gdzie siedzibę miała jego firma. Wszystko to zbudował sam, bez pomocy kogoś, kto pozbył się go, gdy był dzieckiem.

Wróciły wspomnienia. W bidulu był jednym z wielu niechcianych numerów. Długo miał nadzieję, że spełni się sen, a mama lub tata uratują go z tego miejsca. Nadzieja bladła z każdym rokiem, aż w końcu zamieniła się w stal. Wypełniła jego duszę, by móc zaakceptować nieuchronność losu. Pragnął się stamtąd wyrwać, rządzić światem, być niezniszczalny.

Tak też się stało. Pracował ciężej, dłużej i z większą determinacją niż ktokolwiek inny. Rok przed rówieśnikami dostał się na Harvard. Jak burza przeszedł przez pierwszy rok prawa, zdobył dyplom MBA i rzucił świat do swych stóp.

Dołączył do podupadającej firmy z potencjałem. Wynegocjował, by płacono mu aukcjami, a gdy pomógł jej wejść na giełdę, zarobił na tym fortunę.

Pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę. Miał trzydzieści jeden lat, gdy kilkukrotnie pomnożył swoje bogactwo. Udało mu się dotrzeć tam, gdzie zawsze planował dotrzeć. Na szczyt świata, gdzie był nietykalny.

Nagle cały ten sukces został przyćmiony przez niespodziewany list. Jego matka zmarła, a on został spadkobiercą majątku kobiety, która go porzuciła. Zupełnie jakby zza grobu próbowała zadośćuczynić temu, co zrobiła. Zdecydowanie za późno na wyrzuty sumienia.

– Tak więc… – mówił powoli, próbując otrząsnąć się z nieprzyjemnej podróży w przeszłość – …mieszkałaś tutaj z Julie Anne.

– Tak.

Kaya zareagowała nerwowo, gdy usłyszała cynizm w jego głosie. Pomimo skrywanych tajemnic, jej przyjaciółka niewątpliwe była ciepłą i wielkoduszną osobą.

– Jak to się stało?

Kaya wzruszyła ramionami.

– Wróciłam po studiach i nie miałam gdzie mieszkać, bo nie było mnie stać na wynajem. Przynajmniej na początku. Bliskość Whistler sprawia, że jest tu dosyć drogo.

– Więc ta kobieta bez zadawania pytań postanowiła ci pomóc?

– Znałam ją od dziecka i tak, nie było żadnych pytań. Nie stawiała żadnych warunków. Nie musiałam wstawać o piątej i do upadłego zamiatać podłogę.

– Jak wspaniałomyślnie.

– Była wspaniałomyślna – powiedziała cicho Kaya. – Ciepła i empatyczna.

Leo patrzył na nią w milczeniu tak długo, że musiała walczyć z pokusą, by nie uciec.

Była ciekawa, jakie Leo ma plany w związku z odziedziczonym majątkiem. Julie Anne pół życia spędziła, tworząc ośrodek dla kobiet, które nie miały się gdzie podziać. Czy chciał zniszczyć jej spuściznę?

Prawnicy napomknęli, że oddano go do adopcji. Samo w sobie było to szokujące, ale musiał być jakiś powód. Kaya go nie znała i była pewna, że tak zostanie. Czyny więcej mówią o człowieku niż słowa, a działania Julie Anne niezaprzeczalnie były wyjątkowe.

Poczuła niepokój, ponieważ ten facet był twardy jak skała. Zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać.

– Zadajesz mnóstwo pytań – odparła chłodno. Z trudem wytrzymywała jego spojrzenie.

– Mam prawo. Pytałaś, jak się dostałem do tego domu.

– Już wiem. – Leo lekko uniósł brwi, a Kaya przechyliła głowę, spoglądając na niego walecznie. – To ty jesteś tym synem, który przyjechał, by się tego wszystkiego pozbyć.

Rozdział drugi

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji