Paryska przygoda - Cathy Williams - ebook
Opis

Milioner i playboy Gabriel Carbera zatrudnił idealną asystentkę. Alice Morgan jest pierwszą kobietą, która nie próbuje go uwieść po tygodniu pracy, a przy tym jest inteligentna i profesjonalna. Jej zalety jednak, o dziwo, zaczynają Gabrielowi przeszkadzać. Alice intryguje go tak bardzo, że trudno mu się skupić na pracy. Po raz pierwszy w życiu to on staje się zaborczy i zazdrosny. Postanawia, że ją zdobędzie. Cztery dni w Paryżu mogą być ku temu świetną okazją…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Cathy Williams

Paryska przygoda

Tłumaczenie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Alice Morgan raz po raz zerkała na zegarek. Była dziesiąta trzydzieści, a ona siedziała w biurze od półtorej godziny i nikt nie miał nawet zamiaru powiedzieć jej, czy spędzi tutaj godzinę, dwie, czy też może posiedzi do wieczora.

Możliwe, że w ogóle o niej zapomnieli. Jej przyszły szef przychodził do biura i wychodził z niego o dowolnych godzinach. Nie uznawał też żadnych autorytetów. Tego wszystkiego Alice dowiedziała się od drobnej blondyneczki w typie Barbie, gdy w końcu postanowiła zajrzeć do sekretariatu.

– Zajrzy pani w grafik? – zasugerowała Alice. – Może miał rano spotkanie i zapomniał, że mam przyjść o dziewiątej. Proszę sprawdzić, żebym wiedziała, jak długo mam jeszcze czekać.

Wszystko na nic. W życiu jej przyszłego szefa pojęcie grafiku nie występowało. Miał doskonałą pamięć. Blondyneczka wyszeptała to niemal z nabożeństwem. Pochwaliła się też, że kilka miesięcy temu zastępowała asystentkę przez parę dni i może przysiąc, że żadnego grafiku nie widziała.

Alice wróciła do siebie. Blondyneczka zajrzała do niej jeszcze dwa razy, uśmiechając się przepraszająco. Szefa nie było i nikt nie wiedział, kiedy będzie. W odpowiedzi Alice westchnęła i popatrzyła z ciekawością za szybę, która oddzielała jej nieduży pokoik od znacznie większego i luksusowo urządzonego gabinetu Gabriela Cabrery.

Kiedy dowiedziała się, dokąd tym razem skierowała ją agencja pracy tymczasowej, o mało nie podskoczyła z radości. Biura jej przyszłego pracodawcy znajdowały się w najbardziej ekskluzywnym budynku londyńskiego City. The Shard był uważany za klejnot współczesnej architektury. Turyści stali w kolejkach, żeby dostać się na taras widokowy efektownego wieżowca, który przypominał szklany sopel wbity w niebo. Do mieszczących się tam barów i restauracji trzeba było robić rezerwację z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. A teraz miało to być jej nowe miejsce pracy. Co prawda przez kilka tygodni, ale z szansą na stałe zatrudnienie. Musiała tylko zrobić dobre wrażenie.

Kobieta z agencji dodała, że na tym stanowisku ciągle kogoś zatrudniają i zwalniają. Alice nigdy jednak nie wątpiła w swoje możliwości. Jako asystentka była świetna. Kiedy tego ranka, punktualnie o godzinie ósmej czterdzieści pięć stanęła w przestronnym hallu biurowca, postanowiła, że zrobi wszystko, aby tu pozostać jak najdłużej.

Poprzednia praca była całkiem przyjemna i nieźle płatna, ale hermetyczne środowisko niezbyt jej odpowiadało. Na dodatek nie miała tam szansy na awans. Tutaj będzie się mogła rozwijać. Nie chciała całe życie nosić papierów za szefem i parzyć kawy gościom.

W tej chwili jednak ogarnęły ją czarne myśli. Jeśli nowy szef zaraz się nie pojawi, nie tylko nie awansuje, ale nawet nie rozpocznie dziś pracy i będzie musiała wrócić tu jeszcze raz, a za stracony dzień nikt jej nie zapłaci ani nawet nie powie przepraszam. Zastanawiała się, czy to całe zatrudnianie i zwalnianie asystentek nie miało przypadkiem związku z tym, że to one miały po krótkim czasie dość nowego, genialnego szefa, a nie odwrotnie.

Kątem oka dostrzegła swoje odbicie w lustrze, które zajmowało część ściany, i zmarszczyła czoło. Jej schludny, ale niczym niewyróżniający się wygląd zdecydowanie nie pasował do otoczenia. Gdy szła tutaj rano, poczuła się jak na planie serialu o prawnikach. Mężczyźni nosili drogie garnitury, a kobiety miały upięte włosy, kostiumy od znanych projektantów i wysokie obcasy. Młodzi, zamożni, ambitni, pomyślała, wsiadając do windy.

Tymczasem ona… przypominała trochę studentkę, a trochę miłą dziewczynę z sąsiedztwa. Brązowe oczy i długie, proste kasztanowe włosy, opadające za ramiona. Grzywka, delikatny makijaż i muśnięte błyszczykiem usta. Do tego biała bluzka, grafitowa spódnica i żakiet, w których wyglądała zaledwie poprawnie. Niezbyt długie paznokcie pociągnięte bezbarwnym lakierem. Jasne, prawie niewidoczne rajstopy i czarne pantofle na niskim obcasie. Była wysoką dziewczyną, a nie wiedząc nic o swoim przyszłym szefie, nie chciała znaleźć się w sytuacji, w której będzie zmuszona patrzeć niego z góry.

Nie wyglądała źle, ale nawet nie w połowie tak elegancko jak inne kobiety dyskretnie stukające obcasami po korytarzach The Shard.

Było już prawie południe, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się i w stanął w nich jej nowy szef Gabriel Cabrera. Dlaczego nikt jej nie uprzedził, że jest tak nieziemsko przystojny? Z góry spoglądały na nią ciemne oczy i przystojna, skupiona twarz. Na pewno był od niej wyższy, co przyjęła z ulgą.

Zmarszczył brwi, najwyraźniej zaskoczony widokiem nieznanej osoby.

– Kim pani jest?

Alice przywołała na twarz uśmiech i od razu przylepiła mu etykietkę aroganta. Podeszła bliżej, wyciągając na powitanie dłoń.

– Alice Morgan. Przysłała mnie agencja pracy tymczasowej.

Uścisnął podaną dłoń, taksując ją od góry do dołu.

Zaczerwieniła się.

– Przyniosłam CV – powiedziała, otwierając teczkę i wyjmując z niej plik dokumentów.

– Nie będzie potrzebne – odparł.

Jej nowy szef włożył dłonie do kieszeni spodni i obszedł ją dookoła, jakby była eksponatem w gablocie. To skandal, w taki sposób traktuje się tutaj kobiety, pomyślała wzburzona.

Mogła wyjść. Właściwie dawno już powinna to zrobić. To że kazał jej czekać tyle czasu, było wystarczającym dowodem lekceważenia. Było tylko jedno „ale”… Agencja zaproponowała jej dużą podwyżkę w porównaniu do poprzedniej pensji, natomiast zakres obowiązków był podobny. Gdyby przeszła okres próbny, mogłaby zarabiać jeszcze więcej. A może nawet awansować. Jej myśli poszybowały ku przyszłości, w której jako wybitna specjalistka kierowała dużym zespołem, realizowała projekty, zbierała pochwały, a po pracy wracała do pięknego apartamentu, a nie dziupli na przedmieściach, wynajmowanej razem z koleżanką.

Z niejakim żalem porzuciła więc kuszącą wizję wytknięcia Gabrielowi Cabrerze, co o nim myśli.

Tymczasem Cabrera, okrążywszy ją, stanął naprzeciwko i uśmiechnął się.

– Nowa asystentka. Teraz sobie przypominam. Byliśmy umówieni.

– Czekam od ósmej czterdzieści pięć – powiedziała z przekąsem.

– W takim razie miała pani dużo czasu, by zapoznać się ze wszystkimi moimi spółkami. – Popatrzył znacząco w stronę ciężkiego regału, na którym stały opasłe tomiska literatury prawniczej.

– Nikt mnie nie wprowadził w obowiązki. Zwykle robi to któryś z pracowników, ale… – Rozejrzała się niepewnie po gabinecie. Ale najwyraźniej moja poprzedniczka zwiała w popłochu, dodała w myślach.

– Niestety nie mam czasu na wykłady, będziesz musiała zorientować się na bieżąco, Alice. Dobrze zapamiętałem imię? – Nie czekając na potwierdzenie, kontynuował: – Mam nadzieję, że nie trzeba ci będzie wszystkiego pokazywać palcem.

Blade policzki zaróżowiły się. Uciekła wzrokiem w bok i wyprostowała się, unosząc dumnie głowę. Nie takiej reakcji się spodziewał, ale może przynajmniej tym razem agencja znalazła kogoś, kto nie będzie wyłącznie trzepotać rzęsami i posyłać mu uwodzicielskich uśmiechów. Rzucił okiem na papierową teczkę, którą trzymała w dłoni. Panna Alice Morgan. Dumna i ambitna. Na taką właśnie wyglądała.

– No dobrze, Alice – powiedział, zacierając dłonie. – Punkt pierwszy dzisiejszego programu to kawa. Wkrótce przekonasz się, że to jeden z ważniejszych obowiązków. Dla mnie mocna, czarna, z dwiema kostkami cukru – powiedział z namaszczeniem.

Alice była pewna, że stroi sobie z niej żarty.

– Jeśli rozluźnisz się nieco i obrócisz w lewo, o tak, właśnie w tę stronę – pochwalił ją – zobaczysz szklane drzwi. Za nimi znajduje się kuchenka. Jest tam wszystko, czego potrzeba do przyrządzenia wyśmienitej kawy.

‒ Oczywiście, proszę pana. – Alice bez protestu ruszyła w stronę szklanych drzwi, odkładając po drodze swoją teczkę i dokumenty na biurko.

– Potem włącz laptop i przyjdź z nim do mojego gabinetu. Muszę doprowadzić do końca kilka ważnych transakcji. Ach, byłbym zapomniał, możesz być spokojna. Nie jadam asystentek na śniadanie.

Dopiero kiedy zniknął za drzwiami swojego gabinetu, odzyskała pełnię władzy w nogach. Obowiązek numer jeden: poranna kawa. W poprzedniej pracy nie musiała robić kawy szefowi. Najwyraźniej równouprawnienie jeszcze nie zawitało w progi The Shard.

Alice nie należała do osób, które na siłę szukają konfrontacji. Mierziły ją jednak wszelkie zapędy dyktatorskie, a jej szef, zdaje się, był najzwyczajniej w świecie rozpuszczony przez bogactwo i władzę. Żeby przynajmniej nie był aż tak przystojny. Ale kiedy stanął tuż przed nią, w idealnie skrojonym garniturze, z nonszalancko odgarniętymi do tyłu włosami i twarzą o rysach supermodela, poczuła się bezbronna jak płotka w towarzystwie rekina.

– Usiądź – powiedział, gdy weszła do jego gabinetu, niosąc przed sobą laptop. Z filiżanki z kawą, którą podała mu dwie minuty temu, unosił się przyjemny aromat.

Gabinet robił wrażenie. Przeszklone ściany i wysokie okna z półotwartymi pionowymi żaluzjami wpuszczały do wnętrza mnóstwo światła. Nieco dalej w wydzielonej roślinnością wnęce znajdował się duży owalny stół i tablica.

– Na początek opowiedz, co umiesz.

Przypominała mu wróbelka. Tak właśnie. Schludnego, czujnego wróbelka. Nogi złączone, ustawione pod lekkim kątem. Na kolanach laptop, spojrzenie taktownie unikające jego wzroku i skupione na pracy. Może powinien poprosić agencję, żeby przysłała kogoś bardziej reprezentacyjnego. Lubił kobiety, na które przyjemnie było patrzeć. Inna sprawa, że takie zwykle niewiele umiały i w końcu i tak musiał je wyrzucić. Odkąd sześćdziesięcioletnia Gladys, która pracowała dla niego przez siedem lat, postanowiła wyjechać do Australii do córki, Gabriel zdążył zatrudnić już kilkanaście asystentek i żadna nie znalazła się w pobliżu poprzeczki, którą Gladys zawiesiła bardzo wysoko.

Mógł mieć wszystko, pomyślał gorzko. A jednak znalezienie idealnej asystentki okazywało się problemem nie do przebrnięcia. Każda inna agencja już dawno wykreśliłaby go z listy klientów, ale płacił tyle, że cierpliwie tolerowali jego fanaberie i comiesięczne prośby o znalezienie kolejnej chętnej.

Wróbelek tymczasem szczebiotał o swoich umiejętnościach i obowiązkach w poprzedniej pracy.

– W porównaniu do poprzedniej dziewczyny, wydajesz się kompetentna – przerwał jej.

Alice uśmiechnęła się grzecznie.

– Plik z transakcją Hammondsa znajdziesz na laptopie. Otwórz go i powiem ci, co z nim zrobić – wrócił do meritum.

Następne cztery godziny Alice spędziła, nie podnosząc nawet głowy znad komputera. Nie miała też przerwy na lunch, ponieważ jej szef raczył pojawić się w pracy właśnie wtedy, gdy większość pracowników wychodziła coś przekąsić. O wpół do czwartej podniosła się i rozprostowała dłonie. W szklanych drzwiach stał Gabriel Cabrera i przyglądał jej się.

– Dajesz sobie radę – rzucił z uznaniem. – A może to tylko efekt pierwszego dnia? Chcesz zrobić dobre wrażenie?

W ferworze pracy Alice zdążyła już zapomnieć o aroganckim zachowaniu, jakim ją przywitał. Teraz jednak wrażenie wróciło ze zdwojoną siłą. Najwyraźniej nie potrafił jej pochwalić bez równoczesnego wbicia szpili.

– Potrafię ciężko pracować – odpowiedziała krótko, ale on zdążył już rozsiąść się naprzeciwko jej biurka, wyciągnął nogi przed siebie, założył ramiona za głowę i przyglądał jej się uporczywie. Spuściła oczy i usiadła na brzeżku fotela, zastanawiając się co teraz. Gabriel Cabrera miał niewątpliwie bystry umysł prawnika. Umiał wyłuskać istotę problemu, przeanalizować różne warianty rozwiązań i wybrać najkorzystniejszy w danym momencie. Sprawiał wrażenie człowieka, który chciał, aby wszyscy grali tak, jak im zagra. I właśnie to ją irytowało.

– Doskonała odpowiedź – powiedział.

– Dziękuję. Może mógłby mi pan powiedzieć, o której dziś skończymy pracę? – zapytała, przypominając sobie, że przez niego siedziała tu bezczynnie cały poranek, a on nawet nie raczył wytłumaczyć się ze spóźnienia.

– Skończymy, kiedy uznam, że nie ma już nic więcej do zrobienia. Tutaj nie patrzymy ciągle na zegarek. Chyba że masz jakieś zobowiązania poza pracą? – Popatrzył na nią pytająco.

Drżącymi dłońmi Alice wyprostowała spódnicę. Miała przed sobą zabójczo przystojnego miliardera, który, jak już się zdążyła przekonać, nie był skłonny do negocjacji. Jeśli jednak teraz nie ustali pewnych granic, kiedy ma jeszcze jaką taką swobodę, bo przecież nie pracuje tu na stałe, taka okazja może się nigdy nie nadarzyć. Pomyślała o matce. Ani siedzenie do wieczora, ani praca w weekendy nie wchodziły w jej przypadku w grę. Poza nagłymi wypadkami.

– Oczywiście, mogę zostać dłużej, jeśli będzie trzeba, ale cenię swoje życie prywatne i chciałabym wiedzieć z góry, jak często takie sytuacje się zdarzają.

– W mojej firmie nie pracujemy w ten sposób – uciął, zanim zdążyła nabrać powietrza, by kontynuować. W jego firmie wszyscy musieli pracować pod jego dyktando. W przeciwnym razie należało się liczyć ze zwolnieniem. Sam zaczynał od niczego, a teraz miał wszystko. Czy zaszedłby tak daleko, gdyby pozwalał pracownikom robić, co im się podoba? Na pewno nie. Uśmiechnął się, tłumiąc kąśliwą uwagę.

– O ile dobrze pamiętam, zaoferowaliśmy stawkę dwukrotnie wyższą od standardowej dla podobnych stanowisk w innych firmach.

W innych firmach i z normalnym szefem, przeszło jej przez myśl.

– To prawda – przyznała.

– Chcesz powiedzieć, że to za dużo? Bo możemy ją obniżyć, stosownie do postawionych warunków – roześmiał się nieprzyjemnie. – Niewiarygodne! Jesteś tu od pięciu minut i już stawiasz warunki?

– W agencji powiedziano mi, że mogę liczyć na stałe zatrudnienie.

– I sądzisz, że po pierwszym dobrym dniu możesz usiąść do negocjacji? – Jeszcze raz pokręcił głową. Nie miał szczęścia do asystentek. – Czy nie za bardzo wybiegasz myślami w przyszłość? – zapytał rozbawiony.

– Nie – powiedziała ostrożnie.

Nawet po niezbyt przyjemnym początku, mogła zaliczyć ten dzień do bardzo udanych. Lubiła wyzwania i podczas analizy kontraktu Hammondsa znalazła kilka drobiazgów, które jej szef przeoczył. Tę skrupulatność chwalili wszyscy jej pracodawcy. Tylko czy gra była warta świeczki? Nie wiedziała przecież, czy Cabrera będzie ją chciał zatrudnić na stałe. Wiedziała tylko, że nie może sobie pozwolić na takie traktowanie.

Jej życie było wystarczająco skomplikowane bez Gabriela Cabrery. Spędzała z matką każdy weekend. A teraz jeszcze będzie musiała spędzać popołudnia i wieczory w pracy.

– Słucham? – Przyglądał jej się ze zdumieniem.

– Rzeczywiście jestem tu dopiero od pięciu minut – powtórzyła jego słowa z naciskiem – ale proszę pamiętać, że najpierw przez trzy godziny czekałam na pana. Mogłam w tym czasie wykonać mnóstwo pracy.

– Mam się wytłumaczyć, co robiłem rano? – Otworzył oczy jeszcze szerzej.

Gdyby to była inna firma, jej szanse na pracę spadłyby właśnie do zera. Przyszło mu jednak na myśl, że panna Alice Gordon jest zupełnie inna niż dziewczyny, które przewinęły się przez ten gabinet do tej pory, a to oznaczało, że nie zadurzy się w nim jak nastolatka. Jej sprzeciw, aczkolwiek absurdalny, mógł mu się przydać.

– Oczywiście, że nie! – żachnęła się. – To nie moja sprawa i wiem, że nie powinnam stawiać warunków…

– Ale i tak to robisz. – Trzymał swoją wściekłość na wodzy tylko dlatego, że Alice rzeczywiście dobrze się spisała i nie mógł jej, ot tak, wyrzucić z biura.

– Bardzo przepraszam, ale obawiam się, że nie będę mogła pracować w weekendy, panie Cabrera.

– Przecież o to nie prosiłem.

– Słyszałam, jak rozmawiał pan przez telefon. Ta biedna dziewczyna z księgowości musiała zrezygnować z wesela najbliższej przyjaciółki, żeby przyjść do pracy w ten weekend.

– Claire Kirk jest jedną z najmłodszych kierowniczek działu w firmie. Od czasu do czasu trzeba się poświęcić dla wyższych celów – rzucił filozoficznie.

– Nie chciałam robić problemów. Traktuję pracę bardzo poważnie i jestem gotowa zostać od czasu do czasu po godzinach. Wolałabym jednak nie mieszkać w pracy ani nie pracować w domu, jeśli to nie jest absolutnie konieczne.

– Czy podobne zasady wprowadziła pani także w swojej poprzedniej pracy?

– Nie musiałam – odparła krótko.

– Nie musiałaś, ponieważ twój szef pracował od dziewiątej do piątej. Ja taki nie jestem i nie tego oczekuję od moich pracowników. Jeżeli chcesz dokądś zajść, Alice, musisz dać coś od siebie, tak jak Claire. Chyba że nie chcesz… – zawiesił głos.

– Ależ chcę! – Jej policzki zaróżowiły się nagle.

– Naprawdę? – udał zdumienie. – Nie zauważyłem, ale już zamieniam się w słuch.

Alice nerwowo przygryzła wargę i popatrzyła na niego. Kolejny grzeczny uśmiech zdradził mu, że nie chce lub nie może powiedzieć o sobie za wiele. A on nie lubił, gdy ktoś miał przed nim tajemnice.

– Dlatego musiałam zrezygnować z poprzedniej pracy. Podobało mi się, ale Tom, mój szef, zamierzał przekazać prowadzenie firmy synowi, a ten – westchnęła ciężko – uważał, że kobiety w ogóle nie nadają się do pracy, a już na pewno nie w branży motoryzacyjnej.

Gabriel przechylił głowę. Większość kobiet na jej miejscu zaczęłaby snuć fantazje na temat przyszłych sukcesów, tymczasem ona zaledwie wspomniała o karierze, i to w kontekście poprzedniej pracy. Wyglądała jak pensjonarka, ale broniła swojego prawa do prywatności jak lwica.

Przyglądał się jej szczupłej figurze, zgrabnym dłoniom, które czasami wykonywały drobne gesty dla podkreślenia słów. Długie włosy były przycięte równo i bez fantazji. Układanie ich musiało sprowadzać się do przeczesania szczotką i wysuszenia. Strój, aczkolwiek poprawny, nadawał się bardziej do urzędu niż do eleganckiego biura w City. Wszyscy jego pracownicy dostawali specjalne dodatki i mogli sobie pozwolić na drogą odzież. Niezależnie od stanowiska, każdy tutaj reprezentował Gabriela Cabrerę, a więc musiał dobrze wyglądać. W porównaniu do reszty załogi wróbelkowi brakowało stylu, ale to było do nadrobienia.

– Jakież to plany miałaś, zanim się okazało, że Tommy Junior zastąpi swojego tatuśka? – Gabriel nie miał szacunku dla nikogo, kto nie włożył żadnego wysiłku w swój sukces i nie zamierzał owijać tego w bawełnę. Sam przeszedł ciężką drogę, zanim dorobił się pierwszych pieniędzy, i podejrzliwie patrzył na wszystkie te rozpieszczone córeczki i synalków, którzy dostali firmę w prezencie na osiemnaste urodziny.

– Myślałam, że może dostanę dofinansowanie i będę mogła pójść na kurs księgowości. – Przypomniała sobie swoje marzenia, które ostatnimi czasy coraz rzadziej chciały się spełniać. – Nic z tego jednak nie wyszło. Wtedy postanowiłam, że spróbuję w większej, bardziej ambitnej firmie.

– Ale zanim w ogóle zaczęłaś pracę, postanowiłaś poinformować mnie, jak wyglądają twoje godziny pracy – Cabrera przerwał jej złośliwie.

– Mam zajęte weekendy. – Alice była już zmęczona tą rozmową. Żałowała, że w ogóle rozpoczęła temat, ale gdyby nie musiała na niego czekać pół dnia, pewnie nie byłoby rozmowy.

– Chłopak?

– Słucham?

– A może mąż? Chociaż nie widzę obrączki.

– Nie rozumiem.

– Zajęte weekendy i wieczory – rzucił swobodnie. – Zwykle oznacza to chłopaka, narzeczonego albo męża – dodał coraz bardziej zaintrygowany powodami, których nie chciała ujawnić.

– Nie w tym przypadku – odparła sztywno.

– Nie masz chłopaka?

Alice wpatrywała się w niego, jakby zobaczyła kosmitę.

– Wolałabym nie mówić o moich prywatnych sprawach.

– Dlaczego? Masz coś do ukrycia?

Jej oczy otworzyły się jeszcze szerzej. Gabriel spokojnie czekał na odpowiedź.

– Panie Cabrera. – Alice odzyskała głos. – Naprawdę wkładam mnóstwo serca w pracę. Mam nadzieję, że już dziś mógł się pan o tym przekonać. Traktuję obowiązki poważnie, jestem zaangażowana i można na mnie polegać…

Gabriel pozwalał jej brnąć w te nieudolne zapewnienia. Ciekawe, czy w wolnym czasie, do którego broniła dostępu, też angażowała się na sto dziesięć procent.

– Kurs księgowości będzie wymagał czasu w weekendy. Jak zamierzasz to pogodzić?

– Poradzę sobie. Będę się uczyć w każdej wolnej chwili.

– Dlaczego w takim razie, zamiast do pracy, nie poszłaś na uniwersytet? Daj mi to CV. Zerknę na nie; w końcu starasz się o stałą posadę.

Alice zawahała się. Władcze spojrzenie jej nowego szefa wbiło ją w fotel. W tym samym momencie rozdzwoniła się jego komórka. Spojrzał krótko na ekran i uśmiechnąwszy się, odrzucił połączenie.

– Zrobimy tak – powiedział, prostując się i opierając dłonie na jej biurku. Stał pochylony, a Alice cofnęła się odruchowo. Nagle uświadomiła sobie, że czuje na twarzy jego oddech i aromat wody toaletowej. Zrobiło jej się gorąco. Kiwnęła tylko głową. – Przeczytam CV i sprawdzę referencje. Jeżeli nie znajdę nic niepokojącego, zatrudnię cię od razu na pełny etat.

– Naprawdę? – Spodziewałaby się wszystkiego po tej rozmowie, ale nie oferty stałego zatrudnienia.

– Tak. Będziesz też mogła wybrać dla siebie kurs księgowości.

– Naprawdę? – powtórzyła, nie posiadając się z radości. Po tylu miesiącach złej passy w końcu uśmiechnęło się do niej szczęście.

– I nie będziesz musiała pracować w weekendy, chyba że nie będzie innego wyjścia. W zamian…

– Przekona się pan, że jestem gotowa wykonać każde zadanie – wtrąciła rozentuzjazmowana.

– Doskonale. – Wybrał numer na aparacie stojącym obok niej i podał jej słuchawkę. – Niestety czasami będziesz się musiała angażować także w moje prywatne sprawy. – W słuchawce nadal rozbrzmiewał sygnał. – Nie będę się kontaktował więcej z kobietą, która odbierze telefon, więc bądź tak miła i przekaż jej to ode mnie. Zobaczmy, jak sobie poradzisz z tym zadaniem.

Tytuł oryginału: To Sin with the Tycoon

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2015 by Cathy Williams

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2238-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.