Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? - Jeanette Winterson - ebook + książka

Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? ebook

Jeanette Winterson

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Jedna ze stu najlepszych książek XXI wieku według dziennika „The Guardian”

„Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?” – słyszy od matki Jeanette Winterson jesienią 1975 roku, kiedy oznajmia, że jest lesbijką. Nastolatka staje przed dylematem: zostać w domu przy 200 Water Street w robotniczym Accrington lub wyprowadzić się z szeregowca, zamieszkać w starym samochodzie i nadal spotykać się z ukochaną dziewczyną. Wybór jest prosty. Winterson nie chce być „normalna” – chce być szczęśliwa.

W swojej autobiografii brytyjska intelektualistka w poruszający, a zarazem humorystyczny sposób opowiada o dorastaniu i skomplikowanych relacjach z rodzicami, którzy ją adoptowali. O matce z niecierpliwością wyczekującej Sądu Ostatecznego, jej dwóch kompletach sztucznych zębów i rewolwerze w szafce na środki czystości. O ojcu, cichym robotniku, któremu żona nie pozwala kochać córki. O przemysłowym mieście w północnej Anglii, gdzie rytm życia wyznaczają fabryczne dzwonki i kościelne dzwony. O literaturze, która potrafi być najlepszym schronieniem. I przede wszystkim o nieustających poszukiwaniach – rodziny, miejsca na ziemi i samej siebie.

Książka ukazuje się w nowym tłumaczeniu po czternastu latach od pierwszego polskiego wydania.

„To zdecydowanie najbardziej poruszająca książka w dorobku Winterson. Podczas lektury nie mogłam powstrzymać łez [...]. Jednak najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, jak wielką empatię wzbudza autorka wobec swoich bohaterów.” Zoe Williams, „The Guardian”

„Historia, której nie da się zapomnieć. Nie czytałam niczego lepszego o kosztach, jakie ponosimy w trakcie dorastania.” Daisy Goodwin, „Sunday Times”

„Niezwykle przejmująca, a jednocześnie pełna charakterystycznego dla Winterson poczucia humoru.” „Elle”

„Wspomnienia z dzieciństwa naznaczonego surowym wychowaniem, oporem i walką o przetrwanie. Niepokojący portret matki Winterson zostaje zrównoważony błyskotliwym dowcipem autorki.” Juliet Nicolson, „The Week”

„Ta odważna i piękna autobiografia jest świadectwem niezwykłej inteligencji, serca i wyobraźni. Wspaniała książka.” „The Spectator”

„„Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?” to wyznanie miłości do literatury.” „Expressen”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 265

Data ważności licencji: 1/20/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego Why Be Happy When You Could Be Normal?

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Jean RIBIERE / Gamma-Legends / Getty Images

Copyright © by Jeanette Winterson, 2011

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2026

Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio, 2026

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Paulina Piądłowska

Korekta Przemysław Żbikowski / d2d.pl, Aleksandra Jastrzębska / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-312-9

Moim trzem matkom:

Constance Winterson

Ruth Rendell

Ann S.

1 Zła kołyska

Kiedy matka gniewała się na mnie, co zdarzało się dosyć często, mawiała: „Diabeł zaprowadził nas do złej kołyski”.

Wizja Szatana, który w 1960 roku robi sobie przerwę od zimnej wojny i makkartyzmu, by odwiedzić Manchester – cel wizyty: oszukać panią Winterson – ma w sobie pierwiastek teatralnej ekstrawagancji. Matka ekstrawagancko przeżywała depresję. Trzymała rewolwer w szufladzie na ściereczki do kurzu, a naboje – w puszce po paście do czyszczenia mebli. Zamiast spać, nocami piekła ciasta, byle tylko nie kłaść się do łóżka z moim ojcem. Zmagała się z wypadaniem narządów, chorobą tarczycy, powiększonym sercem i niewygojonym owrzodzeniem na nodze; miała też dwa komplety sztucznych zębów – matowe na co dzień i perłowe na „specjalne okazje”.

Nie wiem, dlaczego nie miała / nie mogła mieć dzieci. Wiem, że mnie adoptowała, bo pragnęła przyjaciółki (nie miała żadnej), a poza tym byłam dla niej niczym flara wypuszczona w świat – coś w rodzaju krzyżyka na mapie, który zaświadcza o jej obecności właśnie tutaj.

Nie mogła pogodzić się z tym, że była nikim, a ja jak wszystkie dzieci, adoptowane czy nie, musiałam przeżyć część jej niespełnionego życia. Robimy to dla rodziców – nie mamy tak naprawdę wyboru.

Jeszcze żyła, kiedy w 1985 roku ukazała się moja pierwsza powieść Nie tylko pomarańcze… To na poły autobiograficzna historia młodej dziewczyny adoptowanej przez małżeństwo zielonoświątkowców. Jej przeznaczeniem jest zostać misjonarką. Tymczasem ona zakochuje się w kobiecie. Katastrofa. Dziewczyna wyjeżdża, dostaje się na studia na Oksfordzie, a po powrocie do domu odkrywa, że matka skonstruowała nadajnik radiowy i za jego pośrednictwem głosi Dobrą Nowinę wśród pogan. Ma nawet pseudonim – nadaje jako Światło Opatrzności.

Powieść rozpoczyna się tak: „Podobnie jak większość ludzi, przez długi czas mieszkałam z matką i ojcem. Mój ojciec lubił oglądać zapasy, moja matka lubiła brać w nich udział”.

Przez lwią część życia walczyłam na gołe pięści. Wygrywa ten, kto uderza najmocniej. Jako dziecko byłam bita i wcześnie nauczyłam się, żeby nigdy nie płakać. Gdy zamykano przede mną drzwi i musiałam spędzić noc pod domem, siadałam na progu i czekałam, aż rano przyjedzie mleczarz, wypijałam całe mleko i na złość matce zostawiałam puste butelki, po czym szłam do szkoły.

Wszędzie chodziliśmy pieszo. Nie mieliśmy samochodu ani pieniędzy na autobus. Pokonywałam dziennie średnio osiem kilometrów: trzy w obie strony do szkoły i pięć w obie strony do kościoła.

W kościele byłam co wieczór oprócz czwartków.

Część z tych spraw opisałam w powieści Nie tylko pomarańcze…, a kiedy książka się ukazała, matka wysłała mi nieskazitelnie wykaligrafowany, pełen gniewnych wyrzutów list, w którym domagała się rozmowy telefonicznej.

Od naszego ostatniego spotkania minęło wówczas kilka lat. Po studiach wyjechałam z Oksfordu, próbowałam ułożyć sobie życie i pisałam Nie tylko pomarańcze… – w momencie publikacji powieści miałam dwadzieścia pięć lat.

Poszłam do budki telefonicznej – nie miałam telefonu. Ona poszła do budki telefonicznej – nie miała telefonu.

Wybrałam kierunkowy do Accrington, potem numer, który podała w liście, i już – na co komu Skype? Głos wystarczył, żebym ją zobaczyła; gdy mówiła, jej postać materializowała się przede mną.

Była masywna, dość wysoka, ważyła jakieś sto trzydzieści kilogramów. Pończochy uciskowe, sandały na płaskiej podeszwie, sukienka z krempliny i nylonowa chustka na głowie. Twarz przypudrowana (trzeba zadbać o wygląd), ale bez szminki na ustach (jak jakaś lafirynda).

Wypełniała sobą całą budkę. Nie mieściła się w skali, przesłaniała cały świat. Była jak postać z bajki, w której rozmiary są jedynie przybliżone i zmienne. Wyrastała ponad wszystko. Rozdymała się. Dopiero później, znacznie później, zbyt późno, zrozumiałam, jak mała wydawała się samej sobie. Dziecko, którego nikt nie brał na ręce. Nienoszone dziecko wciąż w niej.

Tamtego dnia uniosło ją jednak własne oburzenie.

– Pierwszy raz w życiu musiałam zamówić książkę pod fałszywym nazwiskiem – oznajmiła.

Próbowałam wyjaśnić, co miałam nadzieję osiągnąć. Jestem ambitną pisarką: nie widzę sensu w byciu kimś – kimkolwiek – jeśli nie ma się do tego ambicji. Rok 1985 nie był kartą z autobiografii, a poza tym ja jej nie pisałam. Starałam się uciec od powszechnie panującego przekonania, że kobiety zawsze piszą o „doświadczeniach”, poruszają się w granicach tego, co dobrze im znane, mężczyźni natomiast piszą z rozmachem i odważnie – ich domena to wielkoformatowe płótna, eksperymenty z formą. Henry James opacznie zinterpretował słowa Jane Austen o tym, że pisze na niewielkich kawałkach kości słoniowej – czyli o drobnych, wymagających spostrzegawczości szczegółach. Podobnie mówiono o Emily Dickinson i Virginii Woolf. Bardzo mnie to złościło. W każdym razie dlaczego doświadczenie nie miałoby współistnieć z eksperymentem? Dlaczego obserwacja nie może łączyć się z wyobrażeniem? Dlaczego kobietę ma cokolwiek lub ktokolwiek ograniczać? Dlaczego kobieta nie mogłaby mieć ambicji literackich? Ambicji względem samej siebie?

Pani Winterson nie przyjmowała tego do wiadomości. Już ona dobrze wiedziała, że pisarze to opętana seksem cyganeria, że nic, tylko łamią zasady i nie chodzą do pracy. W naszym domu książki były zakazane – później wyjaśnię dlaczego – więc to, że ja książkę napisałam, że ją wydałam i zdobyłam za nią nagrodę… i że teraz stoję w budce telefonicznej i daję wykład o literaturze, że wdaję się w polemikę na temat feminizmu…

Sygnał w słuchawce – wrzuć monetę, wrzuć monetę – jej głos to cichnie, to znów się pojawia, niczym szum morskich fal, a ja myślę: „Dlaczego nie jesteś ze mnie dumna?”.

Sygnał w słuchawce – wrzuć monetę, wrzuć monetę – i oto znowu siedzę na progu domu pod zamkniętymi na klucz drzwiami. Panuje straszny ziąb, pod tyłek podłożyłam sobie gazetę i kulę się w palcie.

Podchodzi do mnie jedna kobieta, poznaję ją. Daje mi frytki w torebce. Wie, jaka jest moja matka.

W naszym domu pali się światło. Tata ma nocną zmianę, więc matka może się położyć, ale nie będzie spała. Będzie czytać Biblię przez całą noc, a kiedy tata wróci do domu, wpuści mnie do środka i nic nie powie, ona też nic nie powie i będziemy zachowywać się tak, jakby to było normalne, że zostawia się dziecko do rana na dworze, normalne, że nie śpi się z własnym mężem. Normalne, że ma się dwa komplety sztucznych zębów i trzyma rewolwer w szufladzie na ścierki…

Wciąż rozmawiamy przez telefon, każda ze swojej budki. Matka mówi, że mój sukces to zasługa diabła, strażnika złej kołyski. Wytyka mi, że w książce użyłam własnego imienia – skoro to tylko taka historia, to dlaczego główna bohaterka ma na imię Jeanette?

Dlaczego?

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze przeciwstawiałam swoją wersję wydarzeń jej wersji. Od samego początku walczyłam tak o przetrwanie. Adoptowane dzieci wymyślają się same, bo tak właśnie muszą. Na samym początku naszego życia jest jakaś pustka, nieobecność, znak zapytania. Znika kluczowa część naszej historii, i to gwałtownie, jakby w łonie matki wybuchła bomba.

Dziecko zostaje wypchnięte w nieznany świat, który można poznać tylko poprzez jakąś opowieść – rzecz jasna, dotyczy to nas wszystkich, narracja spaja nasze życie, ale adopcja wrzuca nas w już rozpoczętą opowieść. To jak czytanie książki, z której wydarto pierwszych kilka stron. To jak przybycie na widownię po podniesieniu kurtyny. Uczucie, że czegoś brakuje, nigdy cię nie opuszcza – i nie może, i nie powinno, bo czegoś faktycznie brakuje.

Nie jest to zjawisko z natury negatywne. Brakująca część, brakująca przeszłość może stanowić otwarcie, a nie tylko pustkę. Może być zarówno wejściem, jak i wyjściem. To odcisk na skamielinie, ślad innego życia – i chociaż tego innego życia możesz nigdy nie zaznać, to palcami wodzisz po przestrzeni, w której mogło istnieć, palcami uczysz się swego rodzaju brajla.

Są tu znaki wypukłe jak obrzmiałe od uderzenia pręgi. Przeczytaj je. Przeczytaj ból. Przepisz je na nowo. Na nowo przepisz ból.

Dlatego jestem pisarką – nie mówię, że „zdecydowałam się” nią zostać ani że nią „zostałam”. Nie był to akt woli ani nawet świadomy wybór. By uniknąć ciasnej sieci opowieści pani Winterson, musiałam nauczyć się opowiadać własną historię. Życie to po części fakty, po części zmyślenie. I zawsze jest to przykrywka dla czegoś innego. Ja napisałam sobie drogę do wyjścia.

Powiedziała: „Ale to przecież nieprawda…”.

Prawda? Mówiła to kobieta, która w przemykających po kuchni myszach widziała ektoplazmę.

Był sobie raz szeregowy dom w Accrington w hrabstwie Lancashire – nazywaliśmy takie szeregowce „dwa na górze, dwa na dole”: dwa pokoje na parterze, dwa pokoje na piętrze. Nasza trójka mieszkała razem w tym domu przez szesnaście lat. Opowiedziałam swoją wersję – rzetelną i zmyśloną, zapamiętaną wiernie i błędnie, przetasowaną w czasie. Opowiedziałam samą siebie jako bohaterkę historii o katastrofie statku. To była katastrofa, a ja zostałam wyrzucona na brzeg ludzkości, gdzie kości, i owszem, odkryłam i gdzie mało co było prawdziwie ludzkie.

A gdy tak rozmyślam nad przykrywką dla własnego życia, bo tym właśnie są Nie tylko pomarańcze…, najsmutniejsze wydaje mi się to, że napisałam opowieść, z którą mogłam żyć. Ta druga była zbyt bolesna. Jej bym nie przeżyła.

Często spotykam się z pytaniami typu „tak/nie”, jak w jakimś formularzu, co w tamtej książce jest „prawdą”, a co „prawdą” nie jest. Czy pracowałam w domu pogrzebowym? Czy jeździłam furgonetką z lodami? Czy mieliśmy namiot modlitewny? Czy pani Winterson zbudowała własny nadajnik radiowy? Czy naprawdę strzelała do kotów z procy?

Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Mogę tylko wskazać, że w Nie tylko pomarańcze… występuje niejaka „Świadcząca Elsie”, która opiekuje się małą Jeanette i odgrywa rolę miękkiej ściany osłaniającej ją przed siłą rażenia (ranienia) matki.

Wpisałam ją w historię, ponieważ nie potrafiłam jej pominąć. Wpisałam ją, ponieważ naprawdę chciałam, żeby właśnie tak to wyglądało. Samotne dzieci wymyślają sobie przyjaciół.

Nie było żadnej Elsie. Nie było nikogo takiego jak Elsie. Było o wiele samotniej.

W szkole na przerwach przesiadywałam głównie na barierce przed bramą. Nie należałam do dzieci lubianych ani nawet dających się lubić; byłam zbyt agresywna, zbyt gniewna, zbyt porywcza, zbyt dziwna. Codzienne chodzenie do kościoła nie sprzyjało nawiązywaniu przyjaźni, a w szkole zawsze wytyka się palcem tych, którzy nie pasują do reszty. Ja rzucałam się w oczy za sprawą wyhaftowanego na torbie gimnastycznej napisu SKOŃCZYŁOSIĘLATO, AMYŚMYWCIĄŻ NIEZBAWIENI.

Ale nawet gdy udało mi się z kimś zaprzyjaźnić, robiłam wszystko, żeby nic z tego nie wyszło…

Jeśli któraś z koleżanek mnie polubiła, czekałam, aż straci czujność, a potem mówiłam jej, że nie chcę już być jej przyjaciółką. Patrzyłam na jej konsternację i smutek. Na łzy. Potem uciekałam, triumfalnie przejąwszy kontrolę, ale ten triumf i poczucie kontroli bardzo szybko się ulatniały, a ja płakałam bez końca, bo oto znów sama wyrzuciłam się za drzwi, znów siedziałam na progu, choć nie chciałam tam być.

Adopcja to coś, co odbywa się poza. Przyjmujesz rolę osoby, która nie przynależy. I w ramach odgrywania tej roli próbujesz zrobić innym to, co zrobiono tobie. Nie możesz uwierzyć, że ktokolwiek kocha cię za to, kim jesteś.

Nigdy nie wierzyłam, że rodzice mnie kochają. Starałam się ich kochać, ale bez skutku. Długo uczyłam się, jak kochać – zarówno dawać, jak i przyjmować miłość. Piszę o miłości obsesyjnie, klinicznie i wiem/wiedziałam, że to najwyższa wartość. Na początku oczywiście kochałam Boga, a Bóg kochał mnie. To już było coś. Kochałam też zwierzęta i całą przyrodę. I poezję. Problem stanowili ludzie. Jak kochać drugą osobę? Jak uwierzyć, że ktoś cię kocha?

Nie miałam pojęcia.

Myślałam, że miłość to strata.

Dlaczego miarą miłości jest jej utrata?

Tak zaczyna się moja powieść Zapisane na ciele (1992). Tropiłam miłość, osaczałam miłość, traciłam miłość, tęskniłam za miłością…

Prawda jest dla każdego czymś bardzo złożonym. Dla pisarki to, co pominięte, wyraża tyle samo co rzeczy uwzględnione. Co kryje się poza marginesem tekstu? Fotograf kadruje ujęcie, pisarze kadrują swój świat.

Pani Winterson oponowała przeciwko temu, co zawarłam w książce, ale wydawało mi się, że to, co pominęłam, było niemą bliźniaczką tej historii. Tak wielu rzeczy nie możemy wypowiedzieć, bo są zbyt bolesne. Mamy nadzieję, że ta część, którą zdołamy wyrazić, ukoi resztę albo jakoś ją udobrucha. Opowieściami kompensujemy sobie rzeczywistość. Świat jest nieuczciwy, niesprawiedliwy, niepoznawalny, poza naszą kontrolą.

Kiedy opowiadamy historię, sprawujemy nad nią kontrolę, ale w taki sposób, że pozostawiamy lukę, jakieś otwarcie. To pewna wersja, ale nigdy ostateczna. Być może mamy nadzieję, że przemilczenia usłyszy ktoś inny i że opowieść będzie trwała dalej, zostanie opowiedziana na nowo.

Pisanie pozwala nam przekazać nie tylko opowieść, ale także milczenie. Słowa są tą częścią milczenia, którą można wypowiedzieć.

Pani Winterson wolałaby, żebym milczała.

Pamiętasz historię zgwałconej Filomeli, której gwałciciel wyrwał język, żeby nie mogła o tym opowiedzieć?

Wierzę w fabułę i moc opowieści, ponieważ tym sposobem przemawiamy językami. Nikt nas nie skazuje na milczenie. Kiedy doświadczamy głębokiej traumy, zaczynamy się wahać, jąkać, robić długie przerwy w wypowiedziach. Coś nas blokuje. Odzyskujemy język poprzez mowę innych. Możemy zwrócić się ku poezji. Możemy otworzyć książkę. Ktoś był tam w naszym imieniu i zagłębił się w słowa.

Potrzebowałam słów, ponieważ w nieszczęśliwych rodzinach trwa zmowa milczenia. Osobie, która to milczenie przerwie, nigdy się nie wybacza. Taka osoba musi się nauczyć wybaczyć samej sobie.

Bóg jest przebaczeniem – tak przynajmniej głosi ta konkretna opowieść, ale w naszym domu rządził Bóg starotestamentowy i przebaczenie nie mogło nastąpić bez ogromnego poświęcenia. Pani Winterson była nieszczęśliwa, więc my musieliśmy być nieszczęśliwi wraz z nią. Czekała na apokalipsę.

Najbardziej lubiła pieśń Bóg wymazał, która z założenia miała traktować o grzechach, ale tak naprawdę dotyczyła każdego, kto kiedykolwiek panią Winterson zirytował, czyli wszystkich. Po prostu nie lubiła nikogo i po prostu nie lubiła życia. Życie było dla niej brzemieniem, które trzeba było dźwigać aż po grób, a potem zrzucić. Życie było padołem łez. Życie było doświadczeniem przedśmiertnym.

Pani Winterson modliła się dzień w dzień: „Panie, pozwól mi umrzeć”. Ja i tata bardzo to przeżywaliśmy.

Jej własna matka pochodziła z dobrej rodziny, ale poślubiła urokliwego łajdaka, oddała mu cały majątek i patrzyła, jak go trwoni na kobiety. Na pewien czas, mniej więcej od trzeciego do piątego roku mojego życia, musieliśmy zamieszkać z dziadkiem, żeby pani Winterson mogła się opiekować matką, która umierała na raka gardła.

Pani W. była wprawdzie niezwykle religijna, jednak wierzyła w duchy i bardzo ją złościła dziewczyna dziadka, nie dość, że podstarzała barmanka z tlenionymi włosami, to jeszcze medium, które organizowało seanse spirytystyczne w naszym salonie.

Po seansach matka narzekała, że w domu pełno jest mężczyzn w mundurach z czasów wojny. Kiedy szłam do kuchni po kanapki z wołowiną, nie pozwalała mi jeść, dopóki Zmarli nie odejdą. Mogło to trwać nawet kilka godzin, a trudno tyle wytrzymać, gdy ma się cztery lata.

Zaczęłam więc błąkać się po ulicy i prosić sąsiadów o coś do jedzenia. Pani Winterson znalazła mnie jednak i wtedy po raz pierwszy usłyszałam mroczną opowieść o diable i kołysce…

W kołysce obok mnie leżał chłopczyk o imieniu Paul. Był to mój brat widmo, ponieważ to na jego święty byt powoływano się zawsze wtedy, gdy byłam niegrzeczna. Paul nigdy by nie wrzucił nowej lalki do stawu (nikt nie roztrząsał surrealistycznej sytuacji, w której Paul otrzymałby lalkę). Paul nie wypchałby pluszowego pudla pomidorami, bo chciał przeprowadzić operację żołądka i potrzebował czegoś, co będzie tryskało jak krew. Paul nie schowałby maski przeciwgazowej dziadka (z jakiegoś powodu dziadek wciąż trzymał maskę z czasów wojny, a ja ją uwielbiałam). Paul nie przyszedłby na miłe przyjęcie urodzinowe bez zaproszenia, za to w masce przeciwgazowej dziadka.

Gdyby zamiast mnie wybrali Paula, wszystko potoczyłoby się inaczej, lepiej. Miałam być kumpelką… Tak jak pani Winterson była kumpelką swojej matki.

A potem jej matka zmarła, a ona zamknęła się w swoim smutku. Ja zaś zamknęłam się w spiżarni, bo nauczyłam się posługiwać kluczykiem do otwierania puszek z peklowaną wołowiną.

Mam pewne wspomnienie – prawdziwe czy nieprawdziwe?

Wspomnienie to okalają róże, co jest o tyle dziwne, że pełno w nim przemocy i smutku. Ale mój dziadek był zapalonym ogrodnikiem i właśnie za różami przepadał najbardziej. Lubiłam patrzeć, jak z podwiniętymi rękawami koszuli i w dzianinowej kamizelce zrasza kwiaty wodą ze spryskiwacza z błyszczącej miedzi. Lubił mnie nawet, na swój własny sposób, ale nie lubił mojej matki, a ona go nienawidziła – bez gniewu, ale z toksyczną, uległą odrazą.

Jestem ubrana w swój ulubiony strój – kowbojski kostium i kapelusz z frędzlami. U boków drobnego ciała mam pistolety na kapiszony.

Do ogrodu wchodzi jakaś kobieta, a dziadek każe mi iść do domu i poszukać matki, która jak zwykle przygotowuje stertę kanapek.

Wbiegam do środka – pani Winterson zdejmuje fartuch i otwiera drzwi.

Podglądam z korytarza. Między obiema kobietami wybucha kłótnia, straszna kłótnia, której nie rozumiem, czuć jakąś zaciekłość i trwogę, jakby zwierzęcy strach. Pani Winterson zatrzaskuje drzwi i opiera się o nie na chwilę. Gramolę się z kryjówki. Ona się odwraca. Stoję przed nią w kowbojskim stroju.

– Czy to była moja mama?

Pani Winterson mnie uderza, pod wpływem ciosu upadam na plecy. Potem biegnie na piętro.

Wychodzę do ogrodu. Dziadek spryskuje róże. Nie zwraca na mnie uwagi. Nikogo tam nie ma.

2 Moja rada dla wszystkich: urodźcie się

Urodziłam się w Manchesterze w 1959 roku. To było dobre miejsce na narodziny.

Manchester leży na południu północy Anglii.

Duch tego miasta kryje w sobie swoistą przekorę, ten splot południa i północy – jest ono zarazem nieokiełznane i niemetropolitalne oraz skomunikowane i światowe.

Manchester był pierwszym ośrodkiem przemysłu na świecie; tamtejsze warsztaty tkackie i przędzalnie odmieniły oblicze miasta i budowały brytyjskie fortuny. Manchester miał kanały, łatwy dostęp do wielkiego portu w Liverpoolu oraz linie kolejowe, które woziły ludzi myśli i czynu do stolicy i z powrotem. Jego wpływy rozciągały się na cały świat.

W Manchesterze wszystko się mieszało: radykalizm (Marks i Engels) oraz represje (masakra Peterloo i ustawy zbożowe). Manchester tkał bogactwa, o jakich nikomu nawet się nie śniło, a jednocześnie wplatał w ludzką materię rozpacz i upodlenie. Był utylitarny, ponieważ wszystko sprawdzano metodą „czy to działa?”. Był utopijny – tu funkcjonowały kwakryzm, feminizm, ruch przeciwko niewolnictwu, socjalizm, komunizm.

Nie da się rozdzielić manchesterskiej mieszaniny alchemii i topografii. Rozgraniczyć, czym to miasto jest, od tego, gdzie się znajduje… W 79 roku naszej ery Rzymianie zbudowali tu twierdzę, ale na długo przedtem celtycka ludność czciła boginię rzeki Medlock. Manchester nosił wtedy nazwę Mamceaster – a Mam to matka, pierś, siła życiowa… Energia.

Na południe od Manchesteru rozciąga się równina Cheshire. To w Cheshire powstawały najstarsze osady na Wyspach Brytyjskich. Znajdowały się tu wioski i dziwne, ale bezpośrednie drogi do miejsca, które stało się Liverpoolem, położonego nad rozległą i głęboką rzeką Mersey.

Na północny wschód od Manchesteru rozpościerają się Penniny – dzikie, nierówne pasmo niskich gór, które przebiega przez północną Anglię, gdzie pierwsze osady były nieliczne i rozproszone, a mężczyźni i kobiety wiedli samotne życie, często jako uciekinierzy. Tam gładka nizina Cheshire, cywilizowana i zasiedlona, tu surowe, porośnięte rozległymi połaciami trawy Penniny w Lancashire, miejsce posępnej zadumy, cel ucieczki.

Do czasu zmiany granic Manchester znajdował się po części w hrabstwie Lancashire, a po części w Cheshire, przez co był miastem o podwójnej tożsamości, zakorzenionym w nieokiełznanej energii i sprzecznościach.

Rozkwit włókiennictwa na początku XIX wieku wciągnął wszystkie okoliczne wioski i osady satelickie w jedną wielką machinę do zarabiania pieniędzy. Aż do wybuchu I wojny światowej to właśnie w Manchesterze przetwarzano sześćdziesiąt pięć procent światowej produkcji bawełny. Miasto zyskało przydomek Bawełnopolis.

Wyobraź sobie zasilane parą, oświetlone gazem ogromne fabryki i wciśnięte pomiędzy nie, przylegające plecami do siebie czynszówki. Brud, dym, smród barwników i amoniaku, siarki i węgla. Pieniądze, nieustanna aktywność dzień i noc, ogłuszający zgiełk krosien, pociągów, tramwajów, furmanek na bruku, tętniące życiem ulice, piekło Nibelheimu, triumfalne dzieło ciężkiej pracy i determinacji.

Manchester budził w odwiedzających jednocześnie zachwyt i grozę. Charles Dickens osadził tam akcję swojej powieści Ciężkie czasy – to właśnie tam widać było najlepsze czasy i najgorsze czasy: wszystko to, co dawało się osiągnąć za sprawą maszyn, oraz straszliwą cenę, jaką płacili za to ludzie.

Mężczyźni i kobiety, nędznie odziani, wyczerpani, pijani i chorzy, pracowali na dwunastogodzinnych zmianach sześć dni w tygodniu, tracili słuch, mieli zatkane płuca, nie oglądali światła dziennego, przyprowadzali do fabryki własne dzieci, a te wpełzały pod przeraźliwie łomoczące krosna, zbierały puch bawełniany, zamiatały, traciły ręce, nogi, małe dzieci, słabe dzieci, niewykształcone i często niechciane, bo kobiety pracowały równie ciężko jak mężczyźni, a dodatkowo dźwigały brzemię obowiązków domowych.

Moc nieczystości, odpadków i wszelkiego plugastwa leży wszędzie między kałużami stojącej wody, powietrze zatrute jest ich wyziewami oraz zaćmione i ciężkie od dymu dziesiątka kominów fabrycznych – wałęsa się tu mnóstwo obdartych dzieci i kobiet, równie brudnych jak świnie, które wylegują się na kupach popiołu i w kałużach 1.

Fryderyk Engels, Położenie klasy robotniczej w Anglii (1844)

To właśnie owa brutalność życia w Manchesterze, gdzie niczego nie dało się ukryć przed cudzym wzrokiem, gdzie na każdym kroku widziało się sukcesy i hańbę tej nowej, niepodlegającej kontroli rzeczywistości, nastroiła miasto do radykalizmu, który w dłuższej perspektywie stał się ważniejszy niż tamtejszy przemysł bawełniany.

Manchester był aktywny. Rodzina Pankhurstów miała dość czczej gadaniny i braku prawa głosu, więc w 1903 roku stworzyła Kobiecy Związek Społeczno-Polityczny i przystąpiła do boju.

Pierwsza konferencja związków zawodowych odbyła się w Manchesterze w 1868 roku. Za cel obrano zmianę, a nie rozmowy o zmianie.

Dwadzieścia lat wcześniej, w 1848 roku, Karol Marks ogłosił Manifest komunistyczny, w dużej mierze napisany w okresie, gdy wraz z przyjacielem Fryderykiem Engelsem mieszkał w Manchesterze. Pierwotnie teoretycy, obaj zaktywizowali się w trakcie pobytu w mieście, które nie miało czasu na myślenie, bo panowała w nim gorączka działania – a Marks chciał przekierować tę niepohamowaną energię czynu na coś dobrego…

Pobyt w Manchesterze, gdzie Engels pracował dla firmy ojca, otworzył mu oczy na brutalną rzeczywistość klasy robotniczej. Nadal warto sięgnąć po książkę, którą wówczas napisał: Położenie klasy robotniczej w Anglii – wstrząsający, poruszający do głębi opis wpływu rewolucji przemysłowej na zwykłego człowieka, opis tego, co się dzieje, gdy ludzie „uważają się wzajemnie jedynie za przedmioty użytkowe” 2.

To, gdzie się rodzisz – środowisko, miejsce, jego historia, sposób, w jaki łączy się ona z twoją własną – kształtuje to, kim jesteś, niezależnie, co mają do powiedzenia eksperci od globalizacji. Moja biologiczna matka pracowała jako operatorka maszyn w fabryce. Mój przybrany ojciec był robotnikiem drogowym, a następnie przerzucał węgiel w elektrowni na zmianach. Harował po dziesięć godzin bez przerwy, wyrabiał nadgodziny, kiedy tylko mógł, oszczędzał na autobusie, jeżdżąc rowerem po dziesięć kilometrów w jedną stronę, a i tak nie starczało mu pieniędzy na mięso częściej niż dwa razy w tygodniu ani na żaden bardziej egzotyczny wyjazd niż tydzień nad morzem raz w roku.

Nie powodziło mu się ani lepiej, ani gorzej niż wszystkim innym znanym nam ludziom. Należeliśmy do klasy robotniczej. Byliśmy masą spod fabrycznych bram.

Nie chciałam należeć do tej masy, tego mrowia klasy robotniczej. Chciałam pracować, ale nie tak jak on. Nie chciałam zniknąć. Nie chciałam żyć i umrzeć w tym samym miejscu, z przerwą od czasu do czasu na tydzień nad morzem. Marzyłam o ucieczce, ale w industrializacji straszne jest to, że ucieczka staje się koniecznością. W systemie, który wytwarza masy, indywidualizm jest jedyną drogą wyjścia. Tylko co wtedy dzieje się ze społecznością – ze społeczeństwem?

Jak wzorem swojego przyjaciela Ronalda Reagana stwierdziła premierka Margaret Thatcher, zachwalając lata osiemdziesiąte, dekadę egotyzmu: „Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo…”.

Mnie to jednak w najmniejszym stopniu nie obchodziło, gdy dorastałam – ani też wcale tego nie rozumiałam.

Chciałam się tylko stamtąd wyrwać.

Moja biologiczna matka, jak mi powiedziano, była drobną, rudowłosą dziewczyną z Lancashire i w wieku siedemnastu lat urodziła mnie bez żadnych komplikacji, jak kotka.

Pochodziła z wioski Blackley, gdzie królowa Wiktoria zamówiła suknię ślubną, ale zanim urodziła się moja matka, zanim ja się urodziłam, Blackley przestało już być wioską. Wieś siłą wcielona do miasta – oto historia industrializacji, a w niej rozpacz i fascynacja, brutalność i poezja, i wszystkie te rzeczy są we mnie.

Kiedy się urodziłam, po warsztatach tkackich nie pozostał już ślad, ale wciąż stały długie, niskie szeregowce, gdzieniegdzie z kamienia, gdzieniegdzie z cegły, nakryte lekko spadzistymi dachami z łupku. Dachówki łupkowe można kłaść na dachach o niewielkim spadku, nawet zaledwie trzydziestu trzech stopni, natomiast kamienne wymagają kąta czterdziestu pięciu, a nawet pięćdziesięciu czterech stopni. Wygląd miejsca zależał całkowicie od dostępnych materiałów. Dachówki kamienne, choć dachy z nich są bardziej strome, sprawiają, że woda spływa wolniej, ponieważ pokonuje po drodze nierówności i wgłębienia. Łupki natomiast są płaskie, deszczówka leje się więc szybciej, a jeśli dach jest zbyt stromy, to wręcz przeskakuje ponad rynną jak wodospad. Odpowiednie nachylenie spowalnia przepływ.

Ten typowy dla przemysłowej północy płaski, szary, mało urokliwy krajobraz dachów jest praktyczny i wydajny, podobnie jak przemysł, dla którego zbudowano te domy. Po prostu robisz swoje, ciężko pracujesz, nie szukasz piękna ani marzeń, nie budujesz dla widoku. Posadzki z cienkich płyt kamiennych, ciasne, podłe izdebki, przygnębiające podwórka.

A gdy wejdziesz na dach, zobaczysz tylko przysadziste, współdzielone kominy wyrzucające węglowy dym w mgłę, która gdzieś ukrywa niebo.

Ale…

Penniny w Lancashire to miejsce, gdzie można marzyć. Niskie, masywne, twarde grzbiety wzgórz są stale widoczne, niczym surowy strażnik, który kocha coś, czego nie może obronić, ale mimo to trwa na posterunku, pochylony nad szpetotą stworzoną przez ludzi. Trwa, pokryty bliznami i poobijany, ale trwa.

Jeśli jedziesz autostradą M62 z Manchesteru w kierunku Accrington, gdzie się wychowałam, zobaczysz pasmo Penninów, porażające nagłością i ciszą. To krajobraz małomówny, powściągliwy, niechętny. Nie jest to piękno łatwe.

Niemniej wciąż piękno.

Gdzieś między szóstym tygodniem a szóstym miesiącem życia zabrano mnie z Manchesteru i przewieziono do Accrington. Wszystko skończyło się dla mnie i dla kobiety, której dzieckiem byłam.

Jej już nie było. Mnie już nie było.

Zostałam adoptowana.

21 stycznia 1960 roku John William Winterson, robotnik, oraz Constance Winterson, urzędniczka, otrzymali dziecko, którego pragnęli, i zabrali je do domu przy Water Street 200 w Accrington w hrabstwie Lancashire.

Dom ten kupili w 1947 roku za dwieście funtów.

Zima roku 1947 była najmroźniejsza w dwudziestowiecznej historii Wielkiej Brytanii, śnieg zalegał tak wysoko, że sięgał górnej krawędzi pianina, kiedy wnosili je przez drzwi.

Rok 1947, wojna skończona, tata wyszedł z wojska i starał się jak mógł, żeby utrzymać rodzinę, a jego żona wyrzuciła obrączkę ślubną do rynsztoka i odmawiała mu wszelkich stosunków seksualnych.

Nie wiem i nigdy się nie dowiem, czy nie mogła mieć dzieci, czy po prostu nie zamierzała znosić niezbędnych do tego niedogodności.

Wiem, że oboje pili trochę i palili, zanim znaleźli Jezusa. Nie sądzę też, żeby matka cierpiała wtedy na depresję. Po namiotowej krucjacie, kiedy to zostali zielonoświątkowcami, oboje wyrzekli się alkoholu – z wyjątkiem wiśniówki w Nowy Rok – a ojciec zamienił papierosy marki Woodbine na miętówki Polo. Matka nadal paliła, twierdziła bowiem, że dzięki temu nie tyje. Musiała jednak kryć się z nałogiem i nosiła w torebce odświeżacz powietrza, choć uparcie twierdziła, że to spray na muchy.

Z jakiegoś powodu nikogo nie dziwiło, że trzymała ten środek akurat w torebce.

Była przekonana, że Bóg da jej dziecko, a także, jak przypuszczam, że skoro dziecko będzie darem Boga, to seks można wykreślić z listy. Nie wiem, co na ten temat sądził tata. Pani Winterson zawsze powtarzała: „On nie jest taki jak inni mężczyźni…”.

Co piątek oddawał jej wypłatę, a ona wydzielała mu drobne na trzy paczki miętówek Polo.

Mówiła: „To jego jedyna przyjemność…”.

Biedny tata.

W wieku siedemdziesięciu dwóch lat ponownie się ożenił, a jego nowa żona Lillian, o dziesięć lat młodsza i bardzo wesoła, powiedziała mi, że to było jak spanie z rozgrzanym do czerwoności pogrzebaczem.

Do drugiego roku życia wrzeszczałam. Był to oczywisty dowód, że opętał mnie diabeł. Psychologia dziecięca nie dotarła jeszcze do Accrington i pomimo ważnych prac Winnicotta, Bowlby’ego i Balinta na temat przywiązania oraz traumy z powodu wczesnej separacji od obiektu miłości, jakim jest matka, wrzask dziecka świadczył nie o złamanym sercu, tylko o tym, że to szatański pomiot.

Wrzaskom zawdzięczałam osobliwą moc, ale także wszelkie czułe punkty. Moi nowi rodzice chyba się mnie bali.

Niemowlęta budzą strach – to bezwzględni tyrani, których jedynym królestwem jest ich własne ciało. Moja nowa matka miała wiele problemów z ciałem – własnym, taty, ich ciałami razem oraz moim. Ukrywała swoje ciało pod warstwą tłuszczu i ubrań, tłumiła jego apetyty straszliwą mieszanką nikotyny i Jezusa, faszerowała je środkami przeczyszczającymi, po których wymiotowała, oddawała je w ręce lekarzy, którzy ordynowali lewatywy i pessarium, tłamsiła jego pragnienia zwykłego dotyku i komfortu, a nagle nie z własnego ciała, bez żadnego przygotowania otrzymała coś, co całkowicie składało się z ciała.

Bekający, bryzgający cieczami, rozlewający się fekalny twór, który rozsadzał dom ordynarnym życiem.

Kiedy się pojawiłam, miała trzydzieści siedem lat, a mój tata – czterdzieści. Dzisiaj to całkiem normalne, ale w latach sześćdziesiątych, kiedy ludzie wcześnie się pobierali i zakładali rodziny po dwudziestce, wcale normalne nie było. Ona i mój ojciec byli już małżeństwem od piętnastu lat.

Tworzyli związek w starym stylu: ojciec nigdy nie gotował, a gdy się pojawiłam, matka zrezygnowała z pracy zawodowej. Bardzo źle to na nią wpłynęło i sprawiło, że jej introwertyczna natura przerodziła się w głęboką jak studnia depresję. Toczyłyśmy ze sobą wiele kłótni na przeróżne tematy, ale tak naprawdę w tym sporze między nami chodziło o walkę między szczęśliwością a nieszczęściem.

Często przepełniały mnie gniew i rozpacz. Wiecznie czułam się samotna. Mimo wszystko kochałam życie i nadal je kocham. Kiedy ogarniał mnie smutek, wyruszałam na wędrówkę po Penninach. Za całodniowy prowiant służyła mi kanapka z dżemem i butelka mleka. Gdy wyrzucano mnie na dwór lub – to kolejna ulubiona kara – zamykano w komórce na węgiel, wymyślałam różne historie i zapominałam o tym, że jest zimno i ciemno. Wiem, że to po prostu taki sposób na przetrwanie, ale być może odmowa, kategoryczna niezgoda na to, żeby mnie złamano, wpuszczała wystarczająco dużo światła i powietrza, bym mogła nadal wierzyć w świat – i marzyć o ucieczce.

Niedawno znalazłam swoje stare zapiski, zawierające typowe dla nastolatków poetyckie bzdury, ale także zdanie, które podświadomie wykorzystałam później w Nie tylko pomarańcze…: „To, czego chcę, naprawdę istnieje, jeśli będę miała dość odwagi, by tego poszukać…”.

Owszem, młodzieńczy melodramat, ale takie nastawienie najwyraźniej pełniło funkcję ochronną.

Najbardziej podobały mi się opowieści o zakopanych skarbach, zaginionych dzieciach i uwięzionych księżniczkach. Odnalezienie skarbów, powrót dzieci i uwolnienie księżniczek budziły we mnie nadzieję.

A Biblia mówiła mi, że nawet jeśli nikt na ziemi mnie nie kocha, to w niebie jest Bóg, który kocha mnie tak, jakbym była jedyną osobą, która kiedykolwiek miała znaczenie.

Wierzyłam w to. To mi pomagało.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy

1 F. Engels, Położenie klasy robotniczej w Anglii, przeł. A. Długosz [w:] K. Marks, F. Engels, Dzieła, t. 2, Warszawa: Książka i Wiedza, 1961, s. 341.

2 Tamże, s. 300.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

Al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I