Pilny na tropie. Skarb getta - Adam Michejda - ebook
Opis

Wojenna historia Dawida, chłopca z warszawskiego getta, niespodziewanie staje się początkiej największej przygody w życiu jego wnuka – Davida, ucznia 6. klasy szkoły podstawowej w nowojorskim Brooklynie. Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, Maxem i jego tatą Rafałem Pilnym, rozwiązują zagadkę “Skarbu Getta” - niezwykłej pamiątki po wychowankach Domu Sierot Janusza Korczaka.


Choć dzieci i ich ukochany Doktor nigdy nie wróciły z ostatniej drogi do obozu zagłady, coś po nich zostało. Piękne wspomnienia Dawida, jednego z uratowanych, ale nie tylko… Czy nasi bohaterowie potrafią odnaleźć ich skarb? Zanim się o tym przekonamy, rozwiążemy wraz z nimi detektywistyczną zagadkę, przeżyjemy poszukiwania, pościgi, zaskakujące zwroty akcji. Zobaczymy piękną, rozgrzaną wakacyjnym słońcem współczesną Warszawę i poznamy prawdziwą historię tego miasta i jego mieszkańców.

Książka Adama Michejdy stara się poruszyć temat Holocaustu tak, by nie wystraszyć współczesnego nastolatka i go nie zanudzić. Tak jak niegdyś seria przygód „Pana Samochodzika” Zbigniewa Nienackiego sprawić, by młody czytelnik chciał poznawać naszą historię.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 190

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki:

Monika Wojnarowska

Wykonanie graficzne:

Robert Trojanowski [editor.design]

Redakcja:

Jarosław Holden Gojtowski

Korekta:

Jadwiga Marculewicz-Olaś

Ilustracje:

Tomasz Woody Borawski [woodesign]

Opracowanie e-wydania:

ISBN EPUB 978-83-66242-19-7

ISBN MOBI 978-83-66242-20-3

© wydanie: Oficyna 4eM, Warszawa 2019

© tekst: Adam Michejda 2019

Oficyna 4eM Chlabicz SP.J.

03-307 Warszawa, ul. Gersona 39

www.4em.pl

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Rozdział pierwszy. Nietypowy spadek po dziadku. Co kryje tajemniczy pamiętnik jedenastolatka z czasów wojny? Dramatyczny początek historii skarbu getta.

Rozdział drugi. Jak CIA, paczka od babci, niewinne kłamstewko i znajoma dziennikarka pomogą zrealizować plan chłopców? Kim jest Wesley Stone i dlaczego to on jest kluczem do rozwiązania zagadki.

Rozdział trzeci. Dlaczego pan Kamieński mieszka w podziemiach razem ze szczurami i bardzo mu się to podoba? Gdzie dziadek ukrył skarb getta? Ekipa Pilnego rusza do Warszawy i pojawiają się pierwsze poważne problemy. Co jeszcze kryje pamiętnik dziadka Dawida?

Rozdział czwarty. W ekipie Pilnego pojawia się „Chłodna Natalia”. Dlaczego „Gorylowaty” nie okazał się romantycznym miłośnikiem przyrody?

Rozdział piąty. Wypadek pod mostem i pościg za „Gorylowatym”. Znany warszawski dziennikarz też szuka zegara i skarbu. Pilny przekonuje się, że warto dobrze żyć z piwoszami na warszawskiej Pradze. Niezwykłe ustalenia przyjaciela z CIA.

Rozdział szósty. Klatka z lwami okazuje się najbezpieczniejszym miejscem na świecie. Dlaczego Weronika mogłaby być młodszą siostrą księżnej Kate? Jak dziś wygląda miejsce, z którego Dawid wyniósł skarb getta? Czy dyrektor zoo pomoże wypełnić testament dziadka?

Rozdział siódmy. Czy nos jamnika pomoże w poszukiwaniach? Stare zegary mają dusze. Jak zakończy się bójka przed kamienicą? Kto zgarnął sprzed nosa Pilnego starą menażkę. Naiwność zgubiła pana Anatola.

Rozdział ósmy. Ekspert z Muzeum Powstania Warszawskiego to ostatnia nadzieja. Czy stara menażka warta jest aż tysiąc dolarów? Nowy trop i nowe wątpliwości. Jak Weronika i Natalia wyczuły pismo nosem.

Rozdział dziewiąty. Tajemnicze zapiski w skoroszytach pana Alfonsa. Co Czerniaków robił na Woli. Zegar odnaleziony na Chłodnej. Kto stoi za włamaniem na balkonie?

Rozdział dziesiąty. Czy powolna podróż wąskotorówką szybko zbliża do celu? Teczka pod zegarem może być kluczem do tajemnicy. Weterani z Metalowej Brochy uczą manier „Gorylowatego”.

Rozdział jedenasty. Ekipa zapomina o skarbie getta i odwiedza dawny Dom Sierot Korczaka. Telefon przerywa wakacyjną sielankę. Menażka trafia w ręce Maksa, ale na krótko. Szaleńczy pościg ulicami Warszawy. Czy tajemnicę pochłonęła ostatecznie Wisła?

Epilog

Od autora

Pamięci Janusza Korczaka, jego współpracowników i Sierot

Prolog

Wjazd rowerem na Williamsburg Bridge nie jest łatwy. Znajomy kolarz-amator, który codziennie przez most dojeżdża do pracy, mówi wprost, że to „premia górska”. Ścieżka rowerowa pnie się z poziomu ulicy ponad wiecznie unieruchomione w korkach auta, pełzające na czterech pasach w każdą stronę, ponad rytmicznie stukające pociągi metra linii J, Z i M, aż zrównuje się z dachami wieżowców. Nie dziwi zatem, że część rowerzystów po prostu zsiada ze swoich stalowych czy aluminiowych rumaków, prowadząc je pod górę i z zazdrością patrząc na sunącą z zawrotną prędkością w drugą stronę lawinę cyklistów zjeżdżających w dół. Widok z mostu wynagradza jednak wszystkie te trudy. Z jednej strony Manhattan Bridge, a tuż za nim najsłynniejszy z nowojorskich mostów – Brookliński, na ich końcu zaś jeden z najbardziej znanych widoków świata, czyli manhattańskie Downtown. Z drugiej strony Empire State Building, Chrysler i inne wieżowce Midtown, a za rzeką fabryka Domino’s Sugar i charakterystyczne dachy Brooklynu z okrągłymi zbiornikami na wodę. Słowem – kiczowata, ale jakże ujmująca pocztówka.

Dziś nie miałem jednak czasu ani na spacery, ani na podziwianie widoków. Było już piętnaście minut po piątej, a pół do szóstej umówiłem się przy Kent Avenue na Williamsburgu, naciskałem więc ile wlezie pedały mojej wysłużonej kolarzówki, pnąc się uparcie w stronę Brooklynu i wyprzedzając tak tych, którzy się poddali i prowadzili rowery, jak i tych, którzy z mozołem kręcili koło za kołem. Zadowolony ze swoich rowerowych osiągnięć, spocony, z lekkim uśmiechem wyższości ciąłem lewą stroną ścieżki, kiedy nagle tuż za sobą usłyszałem szorstkie: „At your left!”.

Szybkie szarpnięcie kierownicą w prawo i w wolne miejsce, które zrobiłem na ścieżce, natychmiast wjechał na swoim „ostrym kole” masywny, czarnowłosy kurier, przypuszczalnie Meksykanin. Mimo ciężkiej torby mijał mnie z taką prędkością, że moje poprzednie zadowolenie teraz przypominało radość zwycięzcy wyścigu żółwi, który właśnie ujrzał zająca. Kątem oka zobaczyłem tylko napinający się równomiernie łańcuch rowerowy wytatuowany wokół jego łydek.

Minutę przed umówionym czasem przypinałem swój rower do płotu eleganckiego starego apartamentowca przy Kent Avenue, a chwilę później naciskałem biały przycisk dzwonka z numerem dziesięć przy nazwisku Kantorovitz. Nie wiedząc nawet, że rozpoczynam jedną z najciekawszych przygód mojego życia.

Rozdział pierwszyNietypowy spadek po dziadku. Co kryje tajemniczy pamiętnik jedenastolatka z czasów wojny? Dramatyczny początek historii skarbu getta.

Ale zacznijmy od początku…

Ten jest wyjątkowo smutny. Historię otwiera bowiem śmierć ukochanego dziadka Davida Kantorovitza, pogodnego i ciekawskiego ucznia Szkoły Podstawowej nr 17 z Brooklynu.

Dziadek Kantorovitz, którego imię różniło się od imienia wnuka tylko jedną literką, używał bowiem wschodnioeuropejskiej formy pisowni Dawid, zmarł – jak to się zwykło pisać w gazetowych nekrologach – po ciężkiej, acz na szczęście niezbyt długiej chorobie, w swym brooklińskim domu.

Od pewnego czasu czuł już, że koniec jest blisko. Jedynemu wnukowi postanowił zatem zostawić nietypowy spadek. Chłopak dostał go od rodzinnego prawnika, niemal tuż po pogrzebie. Było to stare, mocno zakurzone pudełko z jeszcze starszym, zniszczonym zeszytem w środku. Zeszyt miał skórzane, niegdyś zapewne eleganckie okładki i przewiązany był mocno wyblakłą tasiemką w nieokreślonym kolorze. Do paczuszki dołączony był list. Napisany niedawno, na komputerze, wydrukowany i podpisany zamaszyście dziadkowym wiecznym piórem ze złotą stalówką firmy Pelikan. Innego nie używał.

„Kochany Davidzie,

niedługo będziemy się musieli pożegnać. Chciałbym pozostawić po sobie pamiątkę. Coś, co powstało, kiedy byłem niemal dokładnie w Twoim wieku. Tak, wiem. Trudno to sobie wyobrazić, ale też kiedyś miałem 11 lat. I taką śmieszną czuprynę ciemnych loków.

Właśnie wtedy napisałem mój pamiętnik. To ten zeszyt, na który patrzysz.

Wnuku,

pamiętnik opisuje moje życie w warszawskim sierocińcu Starego Doktora, Janusza Korczaka. Czasy były wtedy inne. Wojna, trudne życie w getcie. Trochę już Ci o tym opowiadałem.

Ale mieliśmy też wtedy swoje małe radości, chłopięce przygody. I nawet w wojnę chłopaki dokuczają dziewczynkom, czasem trochę się w nich podkochując.

Pamiętnik jest pamiątką po tych, których już niestety nie ma. Moich kolegach i koleżankach, którzy nie mieli tyle szczęścia co ja. Którzy wyjechali z getta, by już nigdy nie wrócić.

Zrobisz z nim, co zechcesz. Po wojnie włożyłem sporo wysiłku, by go odzyskać, nigdy nie miałem odwagi rozwiązać tasiemki i go otworzyć. Tak jak nie potrafiłem wrócić do miejsc, w których wtedy byłem. Których zresztą w większości już nie ma. Nie pokazałem go dotąd nikomu. Uwierzysz? Nawet Twojemu tacie. Teraz wiem jednak, że nie powinien zaginąć na dnie pudła ze starymi szpargałami, które pewnie – gdy mnie już nie będzie – trafi na śmietnik.

Dlatego zdecydowałem, że zapiski jedenastoletniego Dawida z roku 1942 trafią do Ciebie – 11-letniego Davida ponad 70 lat później. Ty zrozumiesz najlepiej chłopca, którym wtedy byłem. I najlepiej będziesz wiedział, co z tym zrobić”.

Twój oddany Ci dziadek Dawid

Ale David długo nie wiedział, co ma począć z takim spadkiem. I, podobnie jak dziadek, bał się pociągnąć za wypłowiałą tasiemkę. Na nic się zdawały zachęty taty, Josepha Kantorovitza, który wprost nie mógł się doczekać, by wreszcie zobaczyć zapiski swojego ojca. Zostały jednak powierzone wyłącznie juniorowi rodu, a ten postawił stare pudełko na najwyższej półce regału z książkami w swojej sypialni. I czekał…

Data otwarcia, którą wybrał, nie była przypadkowa. Koniec maja, odkąd pamiętał, kojarzył mu się z urodzinami dziadka. Przychodziła na nie cała rodzina. Punktem obowiązkowym imprezy był ulubiony przez pana Kantorovitza wielki tort makowy. Przepis pochodził jeszcze z Polski, gdzie oboje z babcią się urodzili. Gdy kilka lat temu babcia zmarła, urodzinowy tort zaczęła przygotowywać ciocia Laura, siostra taty.

Ale w tym roku nie było już także dziadka. Rodzina spotkała się na cmentarzu, a następnie w przygotowywanym do sprzedaży domu dziadków. Zrobiony przez ciocię tort makowy nie smakował już tak samo.

Wieczorem David wszedł na krzesło w swoim pokoju i ściągnął pudełko z regału. Tasiemka stawiała opór tylko na początku. Po chwili przewrócił skórzaną okładkę i na pożółkłej pierwszej stronie zobaczył wielkie, równe litery napisane prawdopodobnie niebieskim atramentem.

„Pamiętnik Dawida Kantorowicza, Warszawa 1941–1942”

Jak się domyślił, słowa były zapisane po polsku. W języku, którego nie znał ani David, ani jego tata Joseph. Znał go jednak świetnie ktoś inny. Najlepszy szkolny kolega Davida z SP nr 17 przy Driggs Avenue – Max Pilny. Mój najstarszy syn.

W ten właśnie sposób ta niesamowita historia została nierozerwalnie związana z moją rodziną. Max stał się bowiem kimś więcej niż tylko tłumaczem. Wraz z Davidem został jednocześnie świadkiem wojennych losów dzieci z sierocińca w warszawskim getcie i powiernikiem chłopięcych sekretów jedenastolatka sprzed siedemdziesięciu lat.

Przez kilka wieczorów siedzieli razem, czytając, a czasem próbując odszyfrować zapiski dziadka Dawida. Było widać, że pamiętnik przez lata musiał sporo przejść. Część kartek była pozalewana, niektóre litery, słowa, a nawet całe zdania rozmazały się, tworząc nieregularne esy-floresy. Jeden z brzegów zeszytu był nadpalony, pod jego koniec osmalone były niemal całe stronice.

Ale to, co udało im się odczytać, zrobiło na nich ogromne wrażenie. Dziadek Dawid, z dziecięcą prostotą, ale i fantazją, opisał to, co widział i przeżył przez kilka miesięcy w Domu Sierot przy ulicy Siennej w Warszawie, prowadzonym przez „Starego Doktora” – Janusza Korczaka i „Panią Stefę” – Stefanię Wilczyńską. Pisał o rzeczach strasznych: o głodzie, dzieciach umierających na ulicach getta podczas hitlerowskiej okupacji. O niemieckich żołnierzach strzelających do chłopaków próbujących przemycić za mury na przykład kilka ziemniaków. O kopniakach i razach od polskich granatowych policjantów i Żydowskiej Służby Porządkowej, czyli Jüdischer Ordnungsdienst.

Pisał też o kolegach i koleżankach z sierocińca. O ich małych troskach i poważnych problemach. O figlach i radościach. I wreszcie o dobrym „Doktorze”, który zawsze miał dla nich czas i mimo koszmaru wojny troszczył się o nich. Dbał, by w miarę możliwości, niezwykle skromnych, mieli wszystko, czego potrzeba. I przy tym wszystkim, a może wbrew wszystkiemu wokół, traktował ich jak równych sobie, jak ludzi. Po ojcowsku kochał.

Przy okazji, grzebiąc również trochę w Internecie, dowiedzieli się, jak nietuzinkową postacią był doktor Janusz Korczak. W przedwojennej Polsce prawdziwy człowiek instytucja: naukowiec, pisarz, prowadzący popularne programy radiowe, osoba powszechnie znana, niemal jak współczesny celebryta. Ale przede wszystkim wychowawca i opiekun, a właściwie zastępczy ojciec dla setek podopiecznych swoich sierocińców.

Pamiętnik dziadka pokazywał ostatni, tragiczny okres życia „Starego Doktora” i zdecydowanej większości jego podopiecznych. A finał zapisków wstrząsnął chłopcami do głębi, inicjując reakcję łańcuchową późniejszych zdarzeń.

Pamiętnik Dawida Kantorowicza

6 sierpnia 1942 roku

Wczoraj nie pisałem. Musiałem się kryć i nie było na to czasu. Teraz jestem bezpieczny. Wzięła mnie do domu Pani Prezesowa. A wczoraj był zły dzień. Jeden z najgorszych w moim życiu. Najgorszy, odkąd umarła mama.

Rano było jak zawsze. Z panem Miszą i Antkiem od razu rano ruszyliśmy za bramę ghetta, do roboty. Przy okazji mieliśmy zorganizować trochę jedzenia na drugiej stronie. W stolarni nie było nawet ciężko [tutaj nieczytelna plama] ludzie dali nam jeszcze chleb i trochę ziemniaków. Cieszyłem się, bo na bramie prawie nie sprawdzali. Tylko Antek zarobił kopniaka, ale go nie bolało.

Za to jak wróciliśmy, w Domu nie było nikogo! Doktora, wychowawców, żadnych dzieci. Sąsiad, stary szewc ze Śliskiej, powiedział, że z rana wyszli wszyscy na Umschlagplatz*, do transportu. I że wcześniej byli Niemcy. Jeszcze Doktór mówił, że na wycieczkę jadą. I że dzieci ładnie się ubrały, naprawdę jakby na wycieczkę. Ale że ktoś mu powiedział, niby jakiś rabin, że z tych wagonów to już chyba nikt nie wraca. Że niby daleko na wschód na roboty wywożą. Może ciężko będą mieli, ale za to jedzenie będzie. Nie to co tutaj. Tak mówił.

Nawet na początku chcieliśmy lecieć z Antkiem za nimi. Ale pan Misza powiedział, że lepiej będzie się gdzieś schować. Żebyśmy szybko zabrali swoje rzeczy, jak coś zostało.

Ja wziąłem zeszyt i cieplejsze ubrania. Dom wyglądał, jakby strasznie szybko z niego wychodzili. Dużo było bałaganu. Pan Misza popakował jakieś papiery i rzeczy Doktora. A ja poszedłem jeszcze na strych. Bo chciałem zabrać… czy hitlerowcy nie wzięli, nie znaleźli…

Wziąłem to wszystko ze sobą i trochę płakałem. Bo jak to pojechali? I chłopaki, i Mania, pani Stefa i Doktór. Teraz, jak ich nie ma, to to jest mój skarb największy. Największy skarb Domu Sierot i całego ghetta. A jak już się spotkamy, jak skończy się ta wojna, to im wszystko oddam. I razem będziemy się ciesz…

[spalona kartka]

* Nieistniejąca już dziś rampa kolejowa przy ulicy Stawki w Warszawie. To stąd w latach 1942-43 wywożono Żydów z warszawskiego getta do obozu zagłady w Treblince.

To właśnie z tego powodu naciskałem teraz dzwonek do drzwi apartamentowca przy Kent. Przez pamiętnik, a właściwie związany z nim wielki plan Davida i Maksa.

Rozdział drugiJak CIA, paczka od babci, niewinne kłamstewko i znajoma dziennikarka pomogą zrealizować plan chłopców? Kim jest Wesley Stone i dlaczego to on jest kluczem do rozwiązania zagadki.

Otworzył mi uśmiechnięty od ucha do ucha tęgi i jowialny jegomość. Widziałem go już wcześniej na szkolnych meczach chłopców, ale dziś wydawał mi się jeszcze większy i bardziej radosny niż zwykle.

– Witaj, Ralph. Jak się masz? – Mocno uścisnął moją dłoń, jednocześnie poklepując mnie po plecach.

Jego żona, bardzo ładna kobieta, na oko tuż po trzydziestce, wyraźnie kontrastowała z mężem. Była szczupła i poważna. Uśmiechnęła się tylko na chwilę, witając mnie zza wyspy kuchennej. Wychodziła zza niej tylko od czasu do czasu, by postawić na stole owoce, kawę czy ciasto. I prawie się nie odzywała, rzucała tylko co chwila świdrujące, badawcze spojrzenia spod bujnych rudych loków.

– Ralph, zaprosiliśmy cię z Laurą, żeby pogadać o twojej propozycji. Powiem ci, chłopie, szczerze, że się trochę boimy – zaczął mówić Joseph, a spod loków zaświeciły czarne węgielki oczu Laury.

Tak, plan mógł wydawać się dość śmiały. Rozgrzana do granic możliwości wyobraźnia chłopców nie dawała im spokoju. Przez ostatnie dni byli w stanie mówić tylko o pamiętniku dziadka Dawida i największym skarbie warszawskiego getta.

Jednak z samej opowieści nic nie wynikało. Przecież nie wiedzieliśmy nawet, o jaki skarb chodzi. Nie mówiąc o tym, gdzie mógł zostać ukryty. Jeśli w ogóle miał szansę dotrwać do naszych czasów. Ciężko wyobrazić sobie zagadkę trudniejszą do rozwiązania.

Ale czy życiem nie rządzą przypadki?

Pierwszy to poranny jogging wokół Forest Park na nowojorskim Queensie. Często umawiałem się tam z moim starym znajomym, Randym.

Patrząc na tego dobrotliwie wyglądającego, szczupłego i łysiejącego pana, nikt nie spodziewałby się, że sympatyczny safanduła może być wysokim oficerem służb specjalnych USA. Pasował raczej do wyobrażeń o nauczycielu historii lub pastorze, ale nie o agencie. Jemu z pewnością ten wizerunek bardzo odpowiadał.

Poznaliśmy się w Quantico, osnutej legendami bazie FBI w Wirginii. On był tam konsultantem do spraw specjalnych szkoleń. Ja takie szkolenie przechodziłem, w trybie dość wyjątkowym. Nie jestem bowiem ani nie byłem żadnym agentem, a nawet kandydatem na takowego. Ba, nie jestem nawet obywatelem amerykańskim. Szkolenie było formą podziękowania za przysługę, którą wyświadczyłem FBI w ramach moich obowiązków dziennikarskich.

Jako reporter śledczy rozpracowałem międzynarodowego oszusta, udaremniłem przekręt na – bagatela – dwieście pięćdziesiąt milionów dolarów i pomogłem kolegom Randy’ego zamknąć tak śledztwo, jak i gagatka, który w rezultacie został skazany na sto czterdzieści lat więzienia.

Ale to były stare dzieje. Randy nie pracuje już w Quantico. Ma teraz, jak mówi, „pracę za biurkiem” w Nowym Jorku. Nie chce jednak zdradzić, na czym ona polega. Pewnie nie może. Dlatego nie pytam go nawet o to, czy odgrodzony betonowymi zaporami zjazd z łączącej dzielnice miasta Jackie Robinson Parkway, przy której zwykle biegamy, ma coś wspólnego z tą pracą. I co to za dziwny bunkier stoi kawałek dalej, za zakazami wejścia wymalowanymi na żółtych tablicach. No i dlaczego zawsze, gdy tamtędy przejeżdżam, wariuje radio w moim samochodzie. I tak nie powie, zatem po co pytać.

Zwykle to ja nadaję ton rozmowie. Dyskutujemy o kolejnych tematach, nad którymi pracuję, czy denerwujących mnie aspektach życia w Ameryce, które porównuję z moją rodzinną Polską.

Tym razem opowiedziałem mu o czymś innym, wyjątkowym. O chłopcach, dziadku Dawidzie Kantorovitzu i jego pamiętniku. A on, jak zwykle, słuchał i niezbyt komentował.

Nie wierzę jakoś w zbiegi okoliczności, a tu dwa dni później kolejny przypadek. Odbierałem właśnie paczkę z Polski. Kochana mama znów przesyłała nam pudło z łakociami dla Maksa i mojego młodszego syna – Timmy’ego. „Bo przecież w Ameryce takich nie ma”. I nieważne, że takie same słodkości można było kupić bez problemu w dowolnym polskim sklepie na Brooklynie. Podobnie niezbyt interesowało ją to, że Max generalnie nie lubi słodyczy.

„Za to Tymek się nimi zajada. Chcę, to przysyłam, niech dzieci sobie pojedzą dobrego”.

Z przesyłek korzystał więc głównie Timmy. A Max zadowalał się dołączonymi do paczki, zwykle miętowymi landrynkami.

Paczkę odbierałem w agencji niejakiego Stana Niemyjskiego przy McGuinness Boulevard na Greenpoincie – w tradycyjnie „polskiej” dzielnicy Nowego Jorku. Niemyjski to typ niezbyt miły, ale ma naprawdę niezłe ceny za wysyłkę, więc korzystamy z jego usług od paru lat.

I właśnie w zapuszczonej agencji Niemyjskiego – całkowicie przypadkiem – usłyszałem rozmowę:

– Słyszałeś? Znowu jakąś nagrodę dostał od tych…. – Brzuchaty facet w skórzanej kamizelce wykonywał charakterystyczny gest, kręcąc palcem koło ucha i patrząc wymownie w stronę Niemyjskiego. – Widziałem w „Super Expressie” tytuł: „Nagroda Sprawiedliwego dla Wesleya Stone’a, naszego rodaka z Manhattanu”.

– A jaki on tam z Manhattanu – wtrącił Niemyjski. – Jak był motorniczym na linii G, to tu mieszkał, przy Humboldt. Już wtedy z Żydami coś tam dealował. Ciągle go gdzieś zapraszali. Latał w mycce do tych ich synagog.

– Latał, latał i wylatał. Jak na Manhattanie mieszka, to musiał dużo kasy od nich dostać. A oni to mają… Moja Jadźka piętnaście lat do nich do pracy chodziła, to się naoglądała tego złota i dolarów. – Brzuchaty aż zamlaskał. – I co z tego ma? Dzieciorów tyle wybawiła, że teraz ją aby lumbago łamie. A emerytura marna jak w Polsce…

Dalej już były mniej ciekawe utyskiwania na to, jak źle się dzieje w kraju. Którym? Polsce? Stanach? Zapewne i w jednym, i drugim. Ale to mnie już nie zainteresowało.

Chyba tego samego wieczora zadzwonił do mnie Randy:

– Wiesz, sprawdziłem tego waszego dziadka Dawida. Mamy jego papiery imigracyjne. Ze Statuą Wolności witał się w 1948 roku, chyba w listopadzie. Jego statek przypłynął na Ellis Island. Tam też są jego zeznania. Ale niewiele z nich wynika. Normalne opowieści pochodzących z Polski Żydów: wojna, getto, ukrywanie się u ludzi na wsi, potem powrót do Warszawy. I w końcu decyzja o wyjeździe do lepszego dla niego świata. Wiesz… bez zniszczeń, koszmarnych wspomnień i komunistów u władzy. Przyjechał tu z jakimś chłopakiem, Polakiem, u którego ojca ukrywał się w czasie okupacji, Wiesławem Kamieńskim. Tyle. Cześć! – skończył.

A mi jak echo obijały się w głowie jego ostatnie słowa.

„Wiesławem Kamieńskim”,

„Kamieńskim”,

„Kamień…”

– … Stone. Tak, jego nazwisko to Stone, ale kiedyś nazywał się Kamieński. Imię też zmienił z Wieśka na Wesleya, jak przyjmował obywatelstwo.

Stan Niemyjski był mocno zdumiony, że tak bardzo zainteresowała mnie jego wczorajsza pogawędka ze znajomym. Tak bardzo, że z samego rana przyleciałem do jego agencji.

– A co się stało, panie Rafale. Czemu on taki ważny? – dopytywał. Jego wodniste oczy zabłysły jak u hieny, która zwęszyła padlinę. Nie wiem, dlaczego miałem takie skojarzenie. Może przez jego charakterystyczną siwą grzywkę? A może to ten przedziwny wyraz twarzy? W każdym razie skojarzenie było wyraźne.

– A nic. Znajoma dziennikarka z „Super Expressu” pytała mnie wczoraj, czy nie mam może namiaru na takiego człowieka, bo nagrodę dostał. I skojarzyła mi się wasza wczorajsza rozmowa – zełgałem na poczekaniu.

Za nic na świecie nie zdradziłbym temu typowi prawdziwego powodu zainteresowania Kamieńskim-Stone’em.

– Ma pan może jakiś jego adres czy telefon? – dopytałem.

– Nie mam, panie Rafale kochany. Jakbym miał, to sam chętnie bym go odwiedził, starego byka. Z Żydami teraz trzyma, ale zawsze fajne kawały opowiadał.

Uświadomiłem sobie, że niewinne kłamstwo o dziennikarce jest dobrym tropem dla mnie. Gdy tylko wyszedłem z agencji Niemyjskiego i zniknąłem mu z oczu za rogiem McGuinness i Nassau Avenue, wybrałem w telefonie kontakt „Hania M.”.

Nie wiem, jak to się dzieje, ale niemal wszystkie znajome panie nie odbierają telefonu za pierwszym razem. Hania odebrała za trzecim.

– Tak, widziałam go kilka dni temu, jak odbierał tę nagrodę. Zaprosiły nas ambasada Izraela i polski konsulat. Na uroczystości wzięłam nawet jego numer telefonu, żeby z nim jeszcze pogadać do wydania weekendowego. Mamy rubrykę o interesujących Polakach mieszkających w metropolii. A on jest ciekawy jak cholera. Chociaż mruk i samotnik. Wiesz, że przez trzydzieści lat prowadził metro linii G? Codziennie z Queensu na koniec Brooklynu i znów na Queens. Od zarządu transportu miejskiego dostał nawet nagrodę. – Zachrypnięty głos koleżanki przekazywał informacje z prędkością karabinu. Jakby nie musiała brać oddechu. – Masz coś do pisania? Dyktuję ci jego numer: 917… – Jak zawsze była do bólu konkretna. Aż dziw, że dotąd nie znalazła sobie męża.

I tak ciąg przypadków doprowadził mnie do Wesleya Stone’a, czyli pana Wiesława Kamieńskiego. Przyjaciela dziadka Dawida z bardzo wczesnej młodości. Człowieka, który był naszą jedyną nadzieją na jakikolwiek trop w sprawie skarbu getta.

Trochę bałem się rozmowy z nim. W końcu Wesley ma dziś grubo ponad osiemdziesiąt lat i – po pierwsze – jego pamięć może nie być już najlepsza, a po drugie – wcale nie musi mieć ochoty wspominać swoich wojennych losów. Już pierwsza wymiana zdań ze starszym panem upewniła mnie jednak, że przypadek – a może i trochę „reporterski nos” – zaprowadził mnie pod właściwy adres.

Choć w tym przypadku „właściwy” nie jest może najlepszym słowem.

Rozdział trzeciDlaczego pan Kamieński mieszka w podziemiach razem ze szczurami i bardzo mu się to podoba? Gdzie dziadek ukrył skarb getta? Ekipa Pilnego rusza do Warszawy i pojawiają się pierwsze poważne problemy. Co jeszcze kryje pamiętnik dziadka Dawida?

Manhattan, 85 Essex Street. Długo zastanawiałem się, czy na pewno dobrze podał numer. Ta część ulicy Essex na Manhattanie należy już właściwie do dzielnicy nazywanej Chinatown, tuż przy ruchliwej, prowadzącej na most Delancey Street.

Wielki ceglany budynek ciągnie się pewnie ze sto metrów – zaczyna restauracją, a następnie przechodzi płynnie w bliżej nieokreślone magazyny. Pomiędzy nimi, tuż obok zejścia na stację metra, znajdziemy wyłożone białymi kafelkami wejście, z dużą czarną tablicą „No Entry” („Nie wchodzić”) i czerwonym znakiem zakazu ruchu. I to był właśnie numer osiemdziesiąt pięć.

Nie lubię łamać przepisów. Stoję nawet uparcie na czerwonym świetle, choć nowojorczycy patrzą na mnie jak na wariata. A ci bardziej zapalczywi próbują mnie przeganiać. Dlatego chwilę się wahałem, zanim wszedłem do środka.

W środku „No Entry” było powtórzone kolejny raz. Jasno oświetlony korytarz prowadził zaś w lewo. Po kilku metrach trafiłem na masywne stalowe drzwi, znów z zakazem, a za nimi schody w dół.

Po zejściu dwóch pięter zauważyłem, że robi się coraz duszniej i goręcej. A nozdrza zaatakował smród dobrze znany wszystkim mieszkańcom metropolii – odór metra w lecie, z którego wprawny nos mógł wyodrębnić zapach smarów, rozkładających się śmieci, a nawet delikatną nutę trutki na szczury.

Kolejne dwa piętra i kolejne drzwi. Wszedłem do czegoś, co wygląda jak pomieszczenie techniczne dla pracowników metra. Tylko takie, które nie było używane od dwudziestu lat. Oświetlane migającą i pobrzękującą jarzeniówką sprawiało mocno upiorne wrażenie. Z papierów porozrzucanych na podłodze tuż przed moją stopą wyskoczył z piskiem tłusty szczur. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że na przeciwległej ścianie znajdują się jeszcze jedne drzwi. Pomalowane na czarno. Nacisnąłem klamkę.

– Pan Rafał? Witam, witam serdecznie, proszę wchodzić. Już myślałem, że się pan przestraszył. – Wesley Stone wyglądał dużo młodziej, niż się spodziewałem. Wprowadził mnie do dość ciemnego, ale czystego pokoju, w którym od razu poczułem się tak jakoś swojsko. Haftowany obrus na stole, wazon z kwiatami, obraz z widoczkiem warszawskiej Syrenki. Tak, pomieszczenie wyglądało jak przeciętny polski pokój w przeciętnym polskim domu przed trzydziestu laty. Nawet pożółkłe firanki były takie same. Firanki pod ziemią?

– Wyjrzyj, chłopcze. Ładny widok, prawda? No? Kto ma taki? – zapytał.

A mnie w mroku za szybą zamajaczyły tunel metra i tory, a za ażurowymi filarami nieco dalej stacja. Skojarzyłem od razu: Essex! Ileż to razy zastanawiałem się, patrząc z wagonu metra, co to za dziwne światła widać za filarami? Co za pomieszczenia kryje ta część podziemi?

Teraz już wiedziałem. To mieszkanie pana Wiesława.

– To takie półlegalne mieszkanie. – Gospodarz jakby czytał w moich myślach. – Dla mnie wymarzone. Po tych wszystkich latach jeśli nie słyszę stukotu wagonów, to nie mogę zasnąć. Na emeryturze nie stać mnie już było na rent na Brooklynie. Koledzy więc powiedzieli, że mogę parę dni w służbówce pospać, i tak zostało. Będzie osiem lat z okładem. Ludzie mówią, że śmierdzi. A dla mnie te tunele to jak, no nie wiem, jak łąka. Co mam zrobić, to już takie zboczenie zawodowe. – Starszy pan się zamyślił.

– Ciepło w zimie, trochę duszno w lecie. Ale mam fena, to sobie włączę i jest lepiej. I bezpiecznie. Od razu wiedziałem, że idziesz, Rafałku. Mogę tak mówić?

Przytaknąłem bez słowa.

– Szczury mnie ostrzegają, gdy ktoś tu wchodzi. Choć właściwie to nikt tu nie dociera. – Wesley zawiesił głos, zasłuchany w przejeżdżające metro. – Linia Z, jeszcze stare wagony. Posłuchaj, jak będą piszczeć na zakręcie.

Rzeczywiście, pisk był przeraźliwy, jakby sam Belzebub zgrzytał zębami w tej piekielnej czeluści. Gdy tylko przestały, gospodarz zaproponował herbatę. Po staremu, po polsku, w szklance. Siedliśmy przy niedużym stoliku z haftowanym obrusem i, parząc sobie palce przy podnoszeniu szklanki, przeszliśmy do rzeczy.

Opowieść o dziwnym testamencie jego starego kolegi oraz jego wnuku Davidzie poruszyła go wyraźnie i do głębi.

– Widzisz, Rafałku, pan Bóg sięga teraz po moją paczkę, z mojej półki. Poszedł Dawid, teraz pewnie i na mnie przyjdzie czas. Osiem krzyżyków już dawno na karku. A pomyśleć, że jak do nas trafił, to ledwie po jedenaście–dwanaście lat mieliśmy.

Inaczej wtedy było. Dawid tyle w tym getcie przeszedł, że na kilku dorosłych by starczyło. Jak przyjechał do nas na wieś pod Ostrowiec, od razu się skumaliśmy. Mój tatko z jego rodziną jeszcze przed wojną się poznał. Żydzi niby, ale z tych, co to więcej jak Polacy. Zresztą sporo Żydów się tam u nas wtedy ukrywało, ale to już zupełnie inna historia.

A Dawid był mój kumpel na śmierć i życie. Nie dziwota, że i po wojnie trzymaliśmy się razem. Najpierw przez pierwsze lata w Warszawie przy gruzach tyraliśmy. Ale on nie dawał rady, psychicznie. Mówię ci, Rafałku, za dużo tam przeszedł. No i wtedy razem tę Amerykę wymyśliliśmy. – Opowieść przerwał przetaczający się skład metra linii M.

Gdy przestał piszczeć i sypać iskrami, Wesley wziął spory haust herbaty, przepłukał usta i kontynuował:

– Na jednym statku tu przypłynęliśmy. W czterdziestym ósmym, zaraz przed zimą. Pamiętam, że jak wysiadaliśmy na Ellis Island, to od strony Statui Wolności strasznie wiało. Zamieszkaliśmy na Brooklynie. Mnie Polacy dali jakiś kąt na Greenpoincie. A on u swoich, na żydowskim Williamsburgu, niedaleko. Szybko obywatelstwo dostał. No i ślub potem, z Jadzią.

Powiem ci, Rafałku, że to wtedy nam się drogi rozeszły. Bo i mnie ta Jadźka strasznie się podobała. Na statku ją jeszcze poznaliśmy. Ale ona od razu Dawida wolała. A ja przeżyć tego nie mogłem. Oj, długo nie mogłem. – Przez tunel przetoczyły się kolejno: jotka w stronę Brooklynu i zetka na Downtown.

– Zeszliśmy się znów dopiero gdzieś w latach 80. Ja już wtedy wiele lat na G jeździłem. Rodziny nigdy nie założyłem. Miałem paru kumpli na Greenpoincie. I tyle. Dawid nigdy właściwie nie opowiadał, co działo się w getcie. Dopiero parę lat temu zaczął mówić, że chciałby tam wrócić. I czy bym z nim nie pojechał. Nawet zaczęliśmy planować tę wyprawę.

Za drzwiami coś zaszurało i pisnęło.

– O, szczury. Ciekawe, co je znów poruszyło. – Wesley podszedł do drzwi. Za nimi jednak było pusto.

– Zobacz, Rafałku. Jeszcze całkiem niedawno mi list o tej wyprawie napisał. – I z szafy na bieliznę wyciągnął niebieską kopertę. List był napisany po polsku, na komputerze. Po krótkim opisie z cyklu „co tam u rodziny” było kilka pomysłów, gdzie zatrzymają się razem w Warszawie, i fragment, na który tak czekałem:

„Razem znajdziemy, Wiesiu, miejsce, gdzie ukryłem mój skarb. Miejsce pod zegarem, którego nie zatrzymał Hitler i jego pożoga”.

Pod tekstem zamaszysty podpis. Prawdopodobnie piórem.

– I tyle, Rafałku. To ostatni list od niego. Potem słyszałem już, że jest chory.

Całą tę historię ze szczegółami opowiedziałem w domu przy Kent. I im dłużej opowiadałem, tym mniej uśmiechnięty był Joseph i tym częściej świdrowała mnie swoimi spojrzeniami Laura. W końcu w ogóle przestała krzątać się po kuchni i cały czas patrzyła na mnie, dokładnie analizując moją opowieść. I to ona pierwsza odezwała się, gdy skończyłem.

– Ralph, jesteś miłym facetem. Ale to wszystko brzmi jak tania powieść detektywistyczna dla nastolatków. Naprawdę wierzysz, że coś możecie znaleźć?! – Jej głos nie pozostawiał nawet krzty wątpliwości, że ona nie wierzy w to wcale.

– I chcesz zabrać chłopców do Warszawy? – wtrącił, nie czekając na moją odpowiedź, Joseph. – To długa wyprawa, na drugi koniec świata. Wiesz, co robisz?

Teraz miał przyjść najtrudniejszy moment. Zaczerpnąłem więcej powietrza i zacząłem:

– Laura, Joseph, wiem dobrze. Rozpoczynają się wakacje. Moja żona postanowiła w tym roku odwiedzić przyjaciółkę na Florydzie i zabiera ze sobą Timmy’ego. A ja od dawna obiecywałem Maksowi, że odwiedzimy babcię w Warszawie. Jeśli dodatkowo pojedzie z nim najlepszy kumpel z klasy, to czy można wyobrazić sobie większe szczęście w jego wieku?

Część marsowych zmarszczek na czole Laury nabrała nieco łagodniejszych kształtów.

– Czy wierzę, że coś znajdziemy? A czy to aż takie ważne? Najważniejsze, że będziemy szukać. Pójdziemy warszawskimi śladami dziadka Dawida. Dowiemy się, jak mogło wyglądać wtedy jego życie. Jak wiele z tamtego świata jeszcze zostało. Czy znacie lepszą lekcję historii? I to nie tej odległej, ale najbliższej nam historii własnej rodziny. Lekcję, która zostanie w głowach i sercach chłopców na zawsze.

Tym razem ze zrozumieniem pokiwał głową Joseph.

– Gwarantuję opiekę, bezpieczeństwo, najlepsze pod słońcem jedzenie u mojej mamy i wakacyjną przygodę, jakiej David nie znajdzie na żadnym z obozów skautowych. A dla mnie, za waszą zgodą, będą to wakacje, o jakich marzyłem w dzieciństwie, czytając kolejne przygody „Pana Samochodzika”, muzealnika-detektywa z supersamochodem, o którym pewnie nigdy nie słyszeliście, a który rozpalał moją chłopięcą wyobraźnię do czerwoności.

– A więc dobrze, Ralphie Pilny. – Laura była bardzo poważna. – Powierzę ci mojego chłopaka. Obiecaj mi tylko dwie rzeczy: że zwrócisz go w jednym kawałku i że nie dasz mu przejadać się słodyczami, bo sam nie zna żadnego umiaru. – Uśmiechnęła się w końcu łagodnie.

Pozostały jeszcze: rozmowa z żoną, telefon do mojej mamy i wreszcie rezerwacja biletów.

Zgodnie z przewidywaniami moja Kasia nie miała nic przeciwko. Wie, że ani ja, ani Max nie lubimy leżenia plackiem na plaży. Tymek był z kolei jeszcze zbyt mały na nasze poszukiwania. Jeśli zaś chodzi o moją mamę, to nic nie mogło zrobić większej przyjemności babci Maksa niż wiadomość o jego przyjeździe. Już w drugim zdaniu zaczęła snuć plany, co mu przygotuje do jedzenia, gdzie zawiezie i którym ciotkom oraz kuzynkom go pokaże.

Po bilety znów wybrałem się na McGuinness Boulevard, do Niemyjskiego, który zawsze zachwalał, że takich połączeń jak u niego za takie pieniądze nie znajdę.

– To gdzie tym razem lecimy, panie Rafale? – zapytał już w progu, jakby doskonale wiedział, z czym do niego przychodzę.

– A skąd pan taki pewny, że to o wyjazd chodzi? A może chcę nadać paczkę? – odparłem ze śmiechem.

– To chyba by musiała być bardzo mała, taka, co się w kieszeni zmieści. – Zaśmiał się nerwowo.

– Potrzebuję biletów do Warszawy. Z najlepszą możliwą przesiadką i w niewakacyjnej cenie. – Starałem się podtrzymywać lekko żartobliwy ton.

– W niewakacyjnej na początek lipca? A czy ja wyglądam na cudotwórcę? – żachnął się i teatralnie skierował wzrok na sufit.

– Panie Staszku, przecież wszyscy wiedzą, że pan nim jest – kadziłem mu bezczelnie. A on pokraśniał zadowolony.

– No dobra, siiie zobaczy. – Charakterystyczne zaciąganie zdradzało, że pochodzi raczej ze wschodu Polski. Gdy już spisał wszystkie dane, jego stary komputer zazgrzytał, dwa razy zapikał i raz wydał odgłos podobny do westchnięcia, a na ekranie pojawiły się wyniki. Rzeczywiście, musiał mieć niezły deal z liniami. Po chwili drukował już bilet linii KLM z przesiadką na polski LOT w Amsterdamie.

– A gdzie się zatrzymujecie? – zapytał niby od niechcenia. – Bo może wam też nocleg w dobrej cenie załatwię. W samej Warszawie? Czy może gdzieś jeszcze? – dopytywał, a mnie zapaliła się w głowie mała lampka…

Był w Quantico stary profesor psychologii Kurt Vegil. Kadeci śmiali się, że już w czasach, gdy szkolił chłopaków wyjeżdżających do Wietnamu, miał ze sto lat. I rzeczywiście wyglądał jak biblijny Matuzalem świętujący swoje dziewięćset trzydzieste ósme urodziny.

Ale jego wykłady zapadały w pamięć. Tak jak ten:

„U każdego, kto próbuje was okłamać, niezależnie, jak dobrze by mu szło i jak świetnie byłby w tym wyćwiczony, przez moment, małą chwilkę, pojawia się odruch prawdy. Dopiero po nim świadomość dokonuje zmiany w wyrazie twarzy. A wy musicie się nauczyć ten moment rozpoznawać”.

Ja się nauczyłem. I wiem, że to był dokładnie ten moment. Niemyjski coś kombinował. A znając opinię o tym cwaniaku, który by własną matkę sprzedał za odpowiedni ekwiwalent w dolarach, złotych czy dowolnej innej walucie, postanowiłem zakończyć czym prędzej wizytę w agencji.

– Poradzę sobie, panie Stasiu kochany. Przecież to Polska, mój dom rodzinny – rzuciłem na odchodne.

2 lipca po południu zameldowaliśmy się przy stanowisku z napisem „KLM Royal Dutch Airlines” w terminalu czwartym lotniska J.F.K. na nowojorskim Queensie.

Krótkie pożegnanie z rodzicami Davida i równo o godzinie piątej czterdzieści pięć p.m. nasz boeing 747 zaczął kołowanie po płycie. Obowiązkowa chwila w kolejce samolotów, potem charakterystyczny ryk wszystkich silników maszyny i potężny jumbo jet wzbija się w powietrze.

Podekscytowani chłopcy przez kilkanaście następnych minut pokazywali sobie to wieżowce Manhattanu, to doskonale widoczną z góry sieć autostrad Long Island z LIE, Northern i Southern Parkway, to wreszcie kolejne miejscowości nad oceanem: Long Beach, Jones Beach, Fire Island.

A ja tymczasem odsznurowałem stary zeszyt. Ten, przez który siedzieliśmy z chłopcami na pokładzie stalowego ptaka.

Pamiętnik Dawida Kantorowicza

Warszawa, 15 maja 1941

Zaczynam pisać. Doktór Korczak powiedział, że wtedy mi przejdzie złość i żal. Nie wszystek, ale chociaż trochę i łatwiej będzie. Dał mi też kajet, no to piszę.

A złość mam taką, że mógłbym gołymi rękami pozabijać tych bandziorów. Jeszcze widzę ich roześmiane szwabskie gęby, jak ta dziewczynka odbija się od ich ciężarówki, leci kilka metrów i ląduje bez przytomności przy krawężniku.

A przecież ona niewinna. Stała tylko przy Chłodnej, naprzeciw naszego domu. Na coś czekała może? A te bydlaki chcieli sobie na jakiegoś miglanca zapolować, jak przez ghetto gnali. Bo nudziło się albo humor mieli… A może wcale nie mieli. Im to za jedno. Zawsze przecież można żydowskiego dzieciaka kopnąć, sponiewierać, zastrzelić albo i przejechać. Aj, co to śmiechu będzie pełno. No i było. Wyglądało, jakby na nią polowali. Ona próbowała odskoczyć, uciec przed maszyną. Bydlaki jednak szybsze. Refleks ćwiczony na wojnie widać. I ten rechot na szwabskich gębach.

Ranioną z kilkoma chłopakami wzięliśmy na nosze, co to w przedsionku stoją, i ponieśliśmy na Leszno do szpitala. Dobrze, że niedaleko, a ona lekka jako te piórko. Na izbie szybko ją siostry wzięły. Jutro może zapytamy, czy przeżyje. No i jak ma na imię może i co na tej Chłodnej robiła.

Pytań pełno, a serce ciągle nie może się uspokoić, tylko bije jak oszalałe. Też bym bił jak oszalały, jakbym tych bydlaków w ręce dostał.

16 maja

Już wiem. Ma na imię Zosia.

Byliśmy w szpitalu. Ciągle jest nieprzytomna, ale siostra powiedziała nam, że będzie żyła. Ma strasznie opuchnięte oko i nie wiadomo, czy będzie widzieć. Noga też w opłakanym stanie. Mówią, że strasznie strzaskana. Postanowiłem odwiedzać ją codziennie, aż nie wyjdzie

[zalany czymś tekst zamazuje się do końca strony, dalej wyrwane kartki]

21 maja

Aleśmy się dziś uśmiali. No po pachy normalnie. Moniuś przyniósł z miasta historię, o której w całym ghetcie mówią. I nawet w gazetach napisali. Nawet do Krakowa czy Litzmannstadt o tym musowo trafiło. A to się musieli wstydu najeść.

Mieszka w punkcie przesiedleńców pewien szewc z żoną i małym dzieciątkiem, Kałman mu chyba na imię. Bidok straszny. Traf chciał, że do tego punktu na Smoczej trafiła ostatnio przesiedlona kobieta, Małka z córką. Tego samego dnia, co tam trafiła, doszło do awantury. Bo ta Małka to była żona tego Kałmana. Ona już dawno, chyba od początku wojny, nie wiedziała, co z mężem. Myślała, że może nie żyje. Albo coś. A on z inną, i z dzieckiem. No to niedziwne, że było za włosy szarpanie i krzyki karczemne. Że aż kierownik punktu musiał ich rozdzielać. A i jemu się trochę dostało.

W końcu naprawił wszystko rebe z okręgu. Dał rozwód Kałmanowi z Małką. Ale ma płacić na córkę, co to ją z Małką ma. A nowa żona, co to Guta ma na imię, jest teraz jedyną prawowitą.

Janeczka mówi, że nie powinniśmy się śmiać, bo czasy teraz takie, że ludzie nie wiedzą, kto jeszcze żyje albo gdzie żyje. To i rodziny zakładać mogą nowe. Bo w rodzinie lepiej. My też w kupie, w rodzinie mamy lepiej, z Doktorem.

Ale jak sobie wyobraziłem, jak się za te łby wzięły i o biednego Kałmana dwie baby się biły, to jak tu się nie śmiać.

A Zosia już przytomna i podobno wyszła do domu. Jej siostra strasznie przejęta, ktoś rozmawiał z nią na Chłodnej. Mówiła, że to cud, że Zosia tak szybko zdrowieje. Ciągle się za nią tu modlimy. Wiem, to dziwne. Przecież niedaleko od naszego domu inne dzieci umierają na ulicy. Takie wychudzone i biedne. Ale jakoś strasznie mnie przejął los tej koleżanki. Wydała mi się taka bezbronna…

Amsterdam przywitał nas niemiłą niespodzianką. Przejście lotniska i procedury z tym związane nie dały nam właściwie żadnych szans na przesiadkę.

– Możecie mieć pretensje do swojego agenta – rzucił nam krótko jasnowłosy młodzieniec w punkcie obsługi naszych linii. – Kto przy zdrowych zmysłach daje przesiadki z półgodzinną zakładką czasową?! Na waszym miejscu zadzwoniłbym do niego. Niech on się pomartwi waszym połączeniem – poradził, a ja przypomniałem sobie, że na wszelki wypadek zanotowałem numer komórki do Niemyjskiego. Zadzwonię, co z tego, że u niego noc?!