Pierwsza osoba liczby pojedynczej - Haruki Murakami - ebook

Pierwsza osoba liczby pojedynczej ebook

Haruki Murakami

3,9

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowy zbiór opowiadań Harukiego Murakamiego.

Tajemnicza płyta Charliego Parkera, małpa mówiąca ludzkim głosem i liczne wspomnienia dawnych kochanek. W nowym zbiorze opowiadań Harukiego Murakamiego czytelnicy znajdą znane i lubiane motywy jego twórczości: tęsknotę za tym, co minęło, rozważania o muzyce, miłości oraz sensie życia. Autor wspomina lata studenckie, dawne dziewczyny, fascynacje i niezwykłe przeżycia, do których ciągle powraca myślami.

Niezmiennie ważnym elementem w mikrokosmosie Murakamiego pozostaje muzyka. W tym zbiorze staje się ona główną bohaterką kilku opowieści. W jednej z nich narrator rozważa, co by było, gdyby saksofonista Charlie Parker dożył czasów bossa novy i nagrał płytę w tym stylu. W innej jest mowa o "Karnawale" Schumanna, który był ulubionym utworem narratora i pewnej tajemniczej kobiety. Muzyka ta jest punktem wyjścia do rozważań na temat masek, które nosimy, i naszych prawdziwych twarzy, kryjących się pod nimi.

Nowym elementem w jego twórczości jest poezja, którą znajdujemy w dwóch z ośmiu opowiadań. Jedno jest historią spotkania z kobietą piszącą wiersze o miłości w stylu klasycznej poezji japońskiej. W innym pisarz umieścił swoje żartobliwe białe wiersze na temat meczów baseballowych, opiewa w nich między innymi piękno umięśnionych pośladków jednego z graczy.

Jak zawsze u Murakamiego humor miesza się ze smutkiem, realność z nierealnością, a życie zaskakuje narratora ciągle nowymi zagadkami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 165

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (172 oceny)
58
61
37
14
2

Popularność




Tytuł oryginału: Ichininshō tansū

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Ula Pągowska

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© ICHININSHO TANSU (First Person Singular)

Copyright © 2020 Haruki Murakami

Originally published by Bungeishunju Ltd., Tokyo.

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-1527-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2020

fragment

Do kamiennej poduszkiIshi no makura ni

Chcę tu opowiedzieć o pewnej kobiecie. Chociaż na dobrą sprawę zupełnie nic o niej nie wiem. Nie mogę sobie przypomnieć jej imienia ani twarzy. Ona też pewnie nie pamięta, jak ja się nazywałem i wyglądałem.

Kiedy ją poznałem, byłem na drugim roku studiów, nie miałem jeszcze dwudziestu lat. Ona pewnie miała ze dwadzieścia pięć. Dorabialiśmy sobie, pracując w tej samej restauracji. I przypadkiem tak się złożyło, że spędziliśmy razem noc. Nigdy więcej się nie widzieliśmy.

Mając dziewiętnaście lat, nie wiedziałem prawie nic o tym, co dzieje się w moim sercu, naturalnie nie miałem więc też pojęcia, co dzieje się w sercach innych. Mimo to myślałem, że mniej więcej potrafię rozpoznać radość i smutek. Tylko nie bardzo umiałem odróżnić liczne zjawiska występujące pomiędzy radością a smutkiem i zrozumieć ich wzajemną konfigurację. To często budziło we mnie niepokój i uczucie bezsilności.

Mimo to chciałbym jednak opowiedzieć o tej kobiecie.

Wiem, że pisała wiersze w formie tanka[1] i wydała jeden zbiór. Napisałem „zbiór”, ale były to po prostu zszyte sznurkiem kartki, na których wydrukowano wiersze, i do tego zwykła okładka. Całość przypominała jakąś broszurę czy skrypt. Nie dało się tego nawet nazwać „książką wydaną nakładem autorki”. Jednak kilka zawartych tam wierszy niezwykle silnie do mnie przemówiło. Większość jej poezji dotyczyła miłości między kobietą a mężczyzną albo śmierci. Jakby chciała pokazać, że miłość i śmierć zdecydowanie nie pozwalają się od siebie oddzielić, nie pozwalają się też kategoryzować.

Żyjemy teraz

tak daleko od siebie.

Czy też się mylę?

Jeśli dobrze pamiętam,

przesiadka na Jowiszu?

Przykładam ucho

do kamiennej poduszki

i słyszę wtedy

ciszę, tę wielką ciszę

płynącej, rozlanej krwi.

– Wiesz, jak będę dochodziła, możliwe, że wykrzyknę imię innego mężczyzny. Nie zdenerwuje cię to? – zapytała. Leżeliśmy nadzy na materacu.

– Nie – odparłem, ale nie byłem pewien. Coś takiego raczej nie powinno mnie zdenerwować. W końcu to tylko imię. Niczego nie zmieni.

– Możliwe, że krzyknę głośno.

– Z tym może być pewien problem – powiedziałem pospiesznie. Budynek był drewniany, miał ściany cienkie i kruche jak wafelki, które kiedyś lubiłem. Zrobiło się już bardzo późno, więc jeżeli głośno krzyknie, sąsiedzi na pewno to usłyszą.

– W takim razie zatkam sobie usta ręcznikiem – oznajmiła.

Poszedłem do łazienki, wybrałem najczystszy i najporządniejszy ręcznik, jaki miałem, i położyłem obok materaca.

– Może być taki? – zapytałem.

Kilka razy zacisnęła zęby na ręczniku, zupełnie jak koń wypróbowujący nowe wędzidło. Potem skinęła głową na znak, że może być.

Do tego, że znaleźliśmy się razem w łóżku, doszło w zasadzie siłą rozpędu. Ani ja jej specjalnie nie pragnąłem, ani ona specjalnie nie pragnęła mnie (tak sądzę).

Tamtej zimy zmywałem naczynia albo pomagałem w kuchni w taniej włoskiej restauracji niedaleko dworca Yotsuya, a ona była tam kelnerką. Przez dwa tygodnie byliśmy zatrudnieni w tym samym miejscu, ale ponieważ każde z nas pracowało w innej części restauracji, nie mieliśmy nigdy okazji dłużej porozmawiać. Wszyscy zatrudnieni na godziny, oprócz niej, byli studentami. Pewnie z tego powodu trzymała się od nas na dystans.

W połowie grudnia zrezygnowała z pracy, więc ostatniego dnia poszła z kilkoma osobami do pobliskiej piwiarni. Mnie też zaprosili. To nie była impreza pożegnalna z prawdziwego zdarzenia. Przez godzinę piliśmy piwo, jedliśmy jakieś niewymyślne zakąski i gadaliśmy na luźne tematy – to wszystko. Wtedy dowiedziałem się, że wcześniej pracowała w agencji nieruchomości i w księgarni. Powiedziała, że w obu miejscach nie mogła dogadać się z szefem czy właścicielem. W restauracji nie miała żadnych nieprzyjemności, ale za mało jej płacili i nie bardzo wystarczało jej na życie, więc choć niechętnie, musiała odejść i szukała nowego zajęcia.

– A gdzie chciałabyś pracować? – zapytał ktoś.

– Wszystko mi jedno – odparła, pocierając palcem policzek koło nosa (miała tam dwa małe pieprzyki, które przypominały niewielki gwiazdozbiór). – Pewnie i tak nie znajdę nic ciekawego.

Mieszkałem wtedy w Asagai, ona w Koganei. Dlatego razem wsiedliśmy w Yotsui w przyspieszony pociąg linii Chūō. Usiedliśmy obok siebie. Minęła już jedenasta. Wiał silny wiatr i było przenikliwie zimno. Nagle człowiek sobie uświadamiał, że nadeszła pora rękawiczek i szalików. Gdy pociąg dojeżdżał do Asagai, wstałem, zamierzając wysiąść, lecz ona podniosła głowę i spojrzała na mnie.

– Słuchaj, czy mogłabym się dzisiaj u ciebie zatrzymać? – zapytała cicho.

– Mogłabyś, ale dlaczego?

– Bo do Koganei jest daleko.

– Mam małe mieszkanie i bałagan – ostrzegłem ją.

– Takie rzeczy nie mają znaczenia – powiedziała. Chwyciła mnie za rękaw płaszcza.

Przyszliśmy do mojego ciasnego nędznego mieszkania i napiliśmy się piwa z puszek. Piliśmy powoli. Potem, jakby to było oczywiste, wstała, rozebrała się na moich oczach – w jednej chwili była naga – i położyła się na materacu. Ja też zdjąłem ubranie i położyłem się obok. Zgasiłem światło, ale pokój oświetlał gazowy piecyk.

Pod kołdrą niezdarnie staraliśmy się nawzajem ogrzać. Przez pewien czas żadne z nas się nie odzywało. To, że le­żeliśmy teraz razem nadzy, było zupełnie niespodziewane, więc nie wiedzieliśmy, o czym mamy rozmawiać, jednak oboje dosłownie czuliśmy przez skórę, że nasze ciała powoli się rozgrzewają i rozluźniają. Było to niezwykle intymne doznanie.

Wtedy właśnie powiedziała:

– Wiesz, jak będę dochodziła, możliwe, że wykrzyknę imię innego mężczyzny. Nie zdenerwuje cię to?

– Kochasz go? – zapytałem po przyniesieniu ręcznika.

– Uhm. Bardzo – odparła. – Strasznie, strasznie go kocham. Nie mogę przestać o nim myśleć. Ale on mnie za bardzo nie kocha. A raczej ma inną oficjalną dziewczynę.

– Spotykasz się z nim mimo to?

– Uhm. Kiedy pragnie mojego ciała, dzwoni po mnie – dodała. – Jakby zamawiał przez telefon jedzenie z restauracji.

Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc milczałem. Przez chwilę rysowała mi palcem jakieś wzory na plecach. A może pisała jakieś litery.

– Mówi mi: „Jesteś brzydka, ale masz świetne ciało”.

Nie uważałem, że jest brzydka, choć rzeczywiście nie dałoby się jej nazwać pięknością. Inna sprawa, że teraz w ogóle nie pamiętam już, jak wyglądała, i nie potrafię jej dokładnie opisać.

– Ale kiedy dzwoni, idziesz do niego?

– Przecież go kocham, nie mam wyboru – stwierdziła, jakby to było oczywiste. – Niech ludzie sobie mówią, co chcą, ale czasem mam po prostu ochotę iść z jakimś facetem do łóżka.

Zastanowiłem się nad tym przez chwilę, lecz wtedy nie potrafiłem sobie wyobrazić, co konkretnie czuje kobieta, kiedy mówi: „Czasem mam po prostu ochotę iść z jakimś facetem do łóżka” (właściwie nawet teraz wydaje mi się, że nie całkiem to rozumiem).

– Zakochanie się w kimś przypomina chorobę psychiczną, której nie pokrywa ubezpieczenie – oznajmiła. Mówiła obojętnym głosem, jakby czytała jakiś napis na ścianie.

– Co ty powiesz – odrzekłem z podziwem.

– Dlatego ty też możesz sobie wyobrażać, że jesteś z jakąś inną dziewczyną. Pewnie jakąś kochasz?

– Kocham.

– No to ty też możesz krzyknąć jej imię, kiedy będziesz dochodził. Mnie takie rzeczy nie robią różnicy.

Jednak nie wykrzyknąłem imienia tej kobiety – kochałem wtedy jedną, ale z powodu pewnych okoliczności nasza znajomość nie mogła się rozwinąć. Zamierzałem krzyknąć, lecz w końcu poczułem się głupio, więc tylko w milczeniu doszedłem w ciele tej dziewczyny. Ona rzeczywiście planowała chyba głośno krzyknąć imię jakiegoś faceta, więc musiałem w pośpiechu zatkać jej usta ręcznikiem. Miała bardzo zdrowe zęby. Dentysta na pewno byłby zadowolony. Nie pamiętam też, jakie to było imię. Pamiętam tylko, że wydawało mi się jakieś zwykłe, mało charakterystyczne. Zdumiało mnie, że takie zwyczajne imię ma dla niej takie wielkie znaczenie. Imię, samo imię, może w pewnych okolicznościach wstrząsnąć nami bardzo gwałtownie.

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Tanka – „krótka pieśń”, jedna z najstarszych form poezji japońskiej po­wstała w VI wieku i uprawiana do dziś. Składa się z 31 sylab, 5+7+5 w pierwszej (górnej) strofie i 7+7 w drugiej (dolnej). Wszystkie przypisy w opowiadaniach (jeśli nie zaznaczono inaczej) pochodzą od tłumaczki.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz