Piekło - Dante Alighieri - ebook

Piekło ebook

Dante Alighieri

5,0

Opis

Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.

Dante Alighieri
Piekło
tłum. Julian Korsak
Epoka: Średniowiecze Rodzaj: Liryka Gatunek: Poemat alegoryczny

Piekło to lektura szkolna.
Ebook Piekło zawiera przypisy opracowane specjalnie dla uczennic i uczniów liceum i technikum.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 256

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Dante Alighieri

Piekło

tłum. Julian Korsak

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Nowoczesna Polska.

Piekło

Książka, którą czytasz, pochodzi z Wolnych Lektur. Naszą misją jest wspieranie dzieciaków w dostępie do lektur szkolnych oraz zachęcanie ich do czytania. Miło Cię poznać!

Pieśń I

(Wstęp: Las. Zwierzęta. Wirgiliusz.)

Z prostego toru w naszych dni połowie1
Wszedłem w las ciemny2; jaka gęstwa dzika, 
Jakie w tym lesie okropne pustkowie, 
Żyjący język tego nie wypowie; 
Wspomnienie gorzkie i zgrozą przenika, 
Śmierć odeń gorzką nie więcej być może. 
Lecz o pomocach mówiąc dobroczynnych, 
Jakie spotkałem, zszedłszy w to rozdroże, 
Powiem, com widział, wiele rzeczy innych. 
Jak w ten las wszedłem, przypomnieć nie mogę. 
Senny, prawdziwą opuściłem drogę. 
Ledwo mnie dzika przywiodła drożyna 
Pod górę, gdzie się kończyła dolina, 
W której mi serce zakrzepło od trwogi. 
Podniosłem oczy, wierzch góry wschodzące 
W promienie złote ubierało słońce3: 
Pewny przewodnik nasz na wszystkie drogi. 
Wtenczas uciszył strach mój, choć niesporo, 
Wzburzone serca mojego jezioro, 
Gdy w tę noc straszną ziębiły mnie dreszcze. 
I jak tonący, gdy z morza wyskoczy, 
Dysząc piersiami rozbit4 nieszczęśliwy, 
Ku niebezpiecznym wodom zwraca oczy, 
Podobnie duch mój w ten spacer złowrogi, 
Skąd nigdy człowiek nie wychodzi żywy5, 
Spojrzał za siebie, choć uciekał jeszcze. 
Wytchnąwszy trochę zmordowanym ciałem, 
Ruszyłem kroku, ale jeszcze stałem 
Silnie tą stopą, co była najniżej6. 
I oto w chwili, gdym postąpił wyżej, 
Pantera z góry, pochyłą jej ścianą, 
Biegła okryta skórą cętkowaną7; 
Zwinna i rącza, ile pomnieć mogę, 
Tak mi stanowczo zastąpiła drogę, 
Że nieraz cofać wstecz8 musiałem nogę. 
Był ranek, słońce wschodziło na niebie, 
Mając też same gwiazdy wkoło siebie, 
Gdy boża miłość te tak piękne twory 
Nowymi pchnęła po raz pierwszy tory. 
Poranek, wiosna rzeźwiąca naturę, 
Budziły we mnie nadzieję różową, 
Że świetną zwierza upoluję skórę, 
Choć nie bez trwogi. Gdy przeszła pantera, 
Lew szedł naprzeciw i z zadartą głową 
Głodowym rykiem grzmiał na paszczę całą, 
Zda się powietrze od przestrachu drżało. 
W ślad szła wilczyca z wpadłymi bokami9, 
Jakby żądz wszystkich wyschła suchotami, 
Dla której nędzą część świata przymiera. 
Przez strach, co na mnie spoglądał z jej oczu, 
Czułem się w jakimś bezwładnym omroczu, 
Wstąpić na górę straciłem nadzieję. 
Jak ten, co w zysku z nałogu podoba10, 
Gdy przyjdzie strata, los i siebie wini, 
Płacze, wszystkimi myślami boleje, 
W takiej wilczyca stawiła mnie doli; 
Pchnąc11 mnie przed sobą, powoli, powoli, 
W końcu zepchnęła tam, gdzie milczy słońce. 
Kiedym w dolinę cofał kroki drżące, 
Patrzę, aż jakaś przede mną osoba 
Długim milczeniem ochrypiała12 stoi13. 
Ledwiem ją zoczył14 na wielkiej pustyni, 
Krzyknąłem: «Błagam, bądź mi litościwym, 
Kto jesteś, marą, czy człowiekiem żywym?» 
Głos rzekł: «człowiekiem nie jestem, lecz byłem, 
Mantuańczycy są rodzice moi, 
Pod Julijuszem15 wszedłem na próg świata, 
Późno, ostatnie gdy doliczał lata. 
W Rzymie wesoło pod Augustem żyłem, 
Gdy bogom fałszu stawiano ołtarze. 
Byłem poetą i śpiewałem męża 
Z krwi Anchizesa, który przybył z Troi, 
Gród Ilijonu16, gdy dymił w pożarze. 
Lecz ty, czy dawna troska cię zwycięża, 
Czemu dojść nie chcesz tej pięknej wyżyny, 
Pełnego szczęścia źródła i przyczyny?» 
Odrzekłem, wstydem czerwieniąc me czoło: 
«Tyżeś Wirgili? Zdroju, co daleko 
Tryskasz szeroką poezyi rzeką, 
Zaszczycie, światło spółpoetów17 tylu, 
Jam pieśń twą zbadał jak nikt może drugi, 
Z wielką miłością i długim mozołem, 
Policz to teraz na karb mej zasługi! 
Mistrzu! Od ciebie wziąłem piękno stylu, 
Co mnie tak wielkim honorem zaszczyca. 
Patrz, oto za mną w ślad pędzi wilczyca, 
Broń mnie! Patrz, chudą jak wyciąga szyję, 
Drżą we mnie żyły, krew pulsami bije». 
Widząc mnie we łzach mędrzec tak powiada: 
«Inną idź drogą, taka moja rada, 
Jeśli chcesz umknąć z tej dzikiej ustroni; 
Zwierzę to często podróżnych napada, 
Zachodzi w drogę, pożre, gdy dogoni. 
Zwierzę to niczym chuci nie ostudza18, 
W nim nowy pokarm nowy głód rozbudza. 
Wiele jest zwierząt, z którymi się para, 
I więcej będzie; lecz wilczyca stara 
W paszczę brytana19 gdy przyjdzie, zachrzęści. 
Na koniec skona w mękach i boleści. 
Ziemia i kruszec głodu w nim nie wzmaga, 
Żywi go miłość, mądrość i odwaga; 
On między Feltro a Feltrem się zjawi20, 
Upokorzoną Italiję21 zbawi, 
Dla której prócz tych, co rym nie wylicza, 
Umarli Turnus, Kamilla dziewicza22. 
Podłą wilczycę, jej plemię wszeteczne, 
Przepędzi z grodów jego ręka chrobra23, 
W końcu w triumfie strąci ją do piekła, 
Skąd pierwsza zazdrość na świat ją wywlekła. 
Teraz ci radzę dla twojego dobra, 
Idź za mną, będę twoim przewodnikiem24
I przeprowadzę przez królestwo wieczne. 
Tam płacz posłyszysz z rozpaczy wykrzykiem, 
Tam starożytne ujrzysz potępieńce, 
Co o śmierć drugą wołają w swej męce25, 
I tych, co radzi w płomieniu goreją 
Z cichym wytrwaniem, bo żyją nadzieją 
Spółobcowania z błogosławionymi; 
Chcesz dojść aż do nich i pogościć z nimi; 
Tam duch godniejszy wprowadzi już ciebie26. 
Bo królujący na wysokim niebie 
Nie chce, by tacy, co ufają we mnie, 
W królestwo Jego wchodzili przeze mnie, 
Nieposłusznego Jego wierze świętej. 
On świat ma u stóp swojej wielmożności, 
Tron Jego twierdzą tam na wysokości, 
Błogi, kto w poczet Jego sług przyjęty». 
«Poeto!» rzekłem, «wzywam cię na Boga, 
Któregoś nie znał, jeśli chcesz, bym zdrowo 
Miejsc tych uniknął według twojej rady, 
Albo, co gorsze, wilczycy paszczęki: 
Prowadź, gdzieś mówił! Moją twoja droga, 
Abym oglądać mógł bramę Piotrową 
I tych, co cierpią wiekuiste męki». 
Duch ruszył naprzód, jam szedł w jego ślady. 

Pieśń II

(Dalszy ciąg wstępu: Beatrycze. Łucja.)

Dzień gasnął27, wszystko, co żyje na ziemi, 
Ukołysane trudy i niewczasy28
W czarniawe nocy topiło wezgłowie; 
Jam się uzbrajał jeden iść w zapasy 
Z drogą, z rzeczami litości godnymi, 
Co pamięć moja bez błędu opowie. 
O genijuszu29, bądź po mojej chęci! 
Ty, co pisałeś, com widział, pamięci! 
Tu się pokaże twoje uszlachcenie. 
«Poeto!» rzekłem, «wprzód osądź, czy mogę 
O własnej sile iść w tak wielką drogę? 
Ty opowiadasz, jak pomiędzy cienie 
Z ciałem, co czułe, mdłe i skazitelne, 
Zstąpił Eneasz w państwo nieśmiertelne30. 
Jeśli wróg złego był nań tak łaskawy, 
Myśląc o wielkich skutkach, jakiej sławy 
Krew jego będzie w bohatery płodna; 
Rzecz ta uwagi wszystkich mędrców godna, 
Bo był wybrany w empirejskim niebie 
Na ojca Romy i państwa dla siebie. 
Wprawdzie zrąb jednej i drugiej budowy 
Miastu świętemu za fundament służy31, 
Gdzie w kolej siedzi następca Piotrowy. 
W sławnej przez ciebie tej jego podróży 
Już przepowiednie wróżyły prorocze, 
Że on zwycięży i płaszcz papieżowy. 
Na koniec Paweł, ta urna wyboru, 
Był w zachwyceniu ducha wniebowzięty, 
Gdzie duch swój ogniem wiary zapłomienia, 
Która zasadą jest drogi zbawienia. 
Lecz ja dlaczego i po co tu kroczę? 
Jam nie Eneasz, jam nie Paweł święty, 
Nie jestem godzien takiego honoru, 
Straszy mnie zamiar nieroztropnej drogi. 
Ty jako mędrzec przyczynę mej trwogi 
Lepiej pojmujesz, niż się ja wysłowię». 
Jak ten, co w niechęć odpada ze chcenia, 
Dla nowej myśli nagle zdanie zmienia 
I rzuca zamysł dojrzały w połowie, 
Ważąc się w myślach, nagle ostudzałem 
Zamiar poczęty z tak wielkim zapałem. 
A cień szlachetny: «Zgaduję z twej mowy, 
Że ciebie przestrach opanował32 nowy. 
Często gdy trwoga ogarnie człowieka, 
Człowiek od czynu wielkiego ucieka. 
Jak zwierzę cofa cień widma kłamany. 
Aby ci koniec położyć tej trwodze, 
Powiem, com słyszał, dlaczego przychodzę, 
Co moją litość wzbudziło dla ciebie. 
Wśród tych, co nie są ni w piekle, ni w niebie, 
Byłem rozkazem niewiasty wezwany, 
A ona była tak piękna i święta, 
Że ją sam o jej prosiłem rozkazy. 
Więcej jak gwiazdy błyszczały jej oczy, 
Z ust jej szły pełne słodyczy wyrazy, 
Głos jej anielski, dźwięk mowy uroczy: 
»Duszo na chlubę Mantui poczęta, 
O! której sława przez tak długie lata 
Trwa i trwać będzie aż do końca świata! 
Wiedz, mój przyjaciel zabłąkał się nocą, 
W strachu z pół drogi cofa kroki swoje; 
Z wieści powziętych w niebie, ja się boję, 
By za daleko nie zbłądził w pustkowie, 
Abym za późno nie przyszła z pomocą. 
Idź, śpiesz i twojej wymowy ozdobą, 
Czym tylko możesz zbawić, całym sobą, 
Dopomóż jemu, uspokój mnie w trwodze; 
Jam Beatrycze, która, byś szedł, mówię. 
Z miejsca, gdzie żądam powrócić, przychodzę, 
Miłość aż tutaj przywiodła mnie rada, 
Miłość te słowa w moje usta wkłada. 
Przed moim Panem gdy stanę na niebie, 
Nieraz mi przyjdzie chwalić za to ciebie«. 
Ona umilkła, jam począł na nowo: 
»Przez ciebie, pani i wszech cnót królowo33, 
Wyżej w godności człowieczeństwo sięga 
Od wszystkich istot w kole niebokręga; 
Twój rozkaz taką ma moc, że w tej chwili 
Słuchać i spełnić będzie mi najmilej, 
Więcej twej chęci otwierać nie trzeba. 
Lecz powiedz, czemu schodzisz nieostrożnie, 
Bez żadnej trwogi na dno tego środka, 
Aż z wysokości bezmiernego nieba, 
Gdzie wrócić sercem tęsknisz tak pobożnie«. 
»Gdy chcesz do tyla wiedzieć, przyjacielu,« 
Rzekła, »opowiem ci w słowach niewielu. 
Schodzę tu śmiało, bo mnie zło nie spotka, 
Lękać się rzeczy, która drugim szkodzi, 
Słuszna, lecz innych lękać się nie godzi. 
Ja tak stworzona jestem z łaski Boga, 
Mnie nie doścignie waszej nędzy trwoga, 
Waszej otchłani płomień i pożoga. 
Jest w niebie pełna miłosierdzia Pani34
Ona boleje tak nad przeszkodami, 
Które usunąć dziś twój trud i praca, 
Że niebo łamie sprawiedliwość dla niej. 
Ona do Łucji35 z prośbą się obraca 
I mówi do niej: — Twój wierny cię wzywa, 
Ratuj, polecam jego twej opiece! 
Łucyja36 czuła na ten głos, ze łzami 
Przychodzi do mnie, gdzie duchem szczęśliwa 
Przy starożytnej siedziałam Racheli37, 
I mówi: — Boga pochwało prawdziwa! 
Idź, ratuj tego, który cię tak kochał, 
Wzniósł się przez ciebie, po tobie tak szlochał: 
Czy cię nie wzrusza jego skarga tkliwa? 
Nie widzisz śmierci, z jaką on na rzece 
Walczy burzliwszej od morskiej topieli? 
O! Nie tak szybko pędzi myśl człowieka 
Za swoim zyskiem lub od strat ucieka, 
Jak ja, gdy ścichła ta strzelista mowa, 
Schodzę tu z mego błogiego siedzenia, 
Pełna ufności w mądrość twego słowa, 
Które zaszczyca ciebie, a słuchacza 
Odbitym blaskiem zaszczytu otacza«. 
Gdy mówić do mnie w te słowa kończyła, 
Błyszczące łzami oczy obróciła, 
Przez co chęć skorszą38 poczułem do drogi. 
Oto przychodzę do ciebie z jej woli. 
Jam cię zachował od wilczycy srogiej, 
Co z pięknej góry cofnęła twe nogi. 
Co ci jest? Ochłoń z przestrachu powoli! 
Gdzie twoja śmiałość, twoja wola chrobra39? 
Kiedy w niebiosach twym losem zajęte 
Troszczą się tobą trzy niewiasty święte, 
Gdy ja ci tyle obiecuję dobra40?» 
Jak chłodem nocy kwiatki pochylone, 
Gdy ranek słońcem zaświta wesołym, 
Ze słońcem swoją podnoszą koronę, 
Tak i odwaga do mojego łona 
Wstąpiła rzeźwo z strachu otrzeźwiona. 
Aż odważony w sobie wykrzyknąłem: 
«O litościwa, troszcząca się o mnie! 
O dobroczynna dusza twa bez skazy, 
Co spełnia świętej tak szybko rozkazy. 
Czuję, jak we mnie od słów twoich żaru 
Iskrzy się zapał pierwszego zamiaru. 
Wspólna chęć nasza, w niej dotrwam niezłomnie. 
Pójdę za tobą z sercem niezachwianem, 
Tyś moim wodzem i mistrzem, i panem!» 
To rzekłszy, w ślady szedłem przewodnika, 
A ścieżka była głęboka i dzika. 

Pieśń III

(Brama piekielna. Przedpiekle. Tchórze. Celestyn V. Charon.)

«Przeze mnie droga w gród łez niezliczonych. 
Przeze mnie droga w boleść wiekuistą, 
Przeze mnie droga w naród zatraconych. 
Mój budowniczy był wzniosłym artystą, 
Sprawiedliwości dna grunt mój dosięga. 
Mnie zbudowała wszechmocna potęga, 
Mądrość najwyższa, miłość samodzielna. 
Przede mną rzeczy nie było stworzonych 
Prócz nieśmiertelnych — i jam nieśmiertelna! 
Wchodzący we mnie, zostawcie nadzieję41!» 
W tych słowach napis na bramie czernieje. 
«Dla mnie, o mistrzu, straszna treść jej godła». 
Mistrz mówił, jakby świadomy tej strony: 
«Tutaj lękliwość wszelka, słabość podła, 
Niech zamrą w tobie, tu zbyć je przystoi. 
Przyszliśmy w miejsce, gdzie oglądać mamy 
Lud nędzny, światła prawdy pozbawiony42». 
Rzekł i z wesołą twarzą w dłoni mojej 
Dłoń swoją złożył, czym ja pocieszony, 
Wstąpiłem w progi tajemniczej bramy. 
Stamtąd wzdychania, żale i okrzyki 
Brzmiały pod niebem bez gwiazd osamiałem43; 
Słysząc jęk ludzki, zrazu zapłakałem. 
Okropne mowy, zmieszane języki 
Bólu i gniewu, klask dłoń w dłonie dziki, 
Głosy na przemian ostre, to chrypiące 
Tworzyły hałas starciem się wzajemnym, 
Który złamany na wrzasków tysiące 
Wił się w powietrzu nieśmiertelnie ciemnym, 
Jak tuman piasku, gdy nim wicher dysze. 
Ja, mając zgrozą opasaną głowę, 
Mówiłem: «Mistrzu, ach, co ja tu słyszę? 
Co za lud cierpi męki tak surowe?» 
A Mistrz: «Los nędzny widzisz tych, co cały 
Żywot przeżyli bez hańby i chwały44. 
Ni źli, ni dobrzy, zmieszani wespoły, 
Z obojętnymi wśród buntu anioły, 
Gdy Bóg zuchwałych strącił w przepaść zguby; 
Ni wierni, zdrajcy, tylko samoluby. 
Żeby mniej pięknym nie być, tych nędzników 
Jako zakały niebo się wyrzekło; 
Ich i głębokie nie przyjmuje piekło, 
By przez nich dumy nie podnieść grzeszników». 
A ja: «Mój mistrzu, powiedz, niech się dowiem, 
Jakiej boleści robak ich tak wierci?» 
Mistrz mówił: «Krótko na to ci odpowiem: 
Dla nich nadziei nie ma drugiej śmierci, 
Życie ich ślepe z treści jest tak gminnej, 
Że tu zazdroszczą każdej doli innej. 
Świat ich zapomniał, gdy zeszli ze świata, 
Prawo i łaska takimi pomiata; 
Słów o nich szkoda, idź, patrz mimochodem». 
Patrzę: chorągiew wciąż kręci się młynkiem, 
Snadź, że niegodna odetchnąć spoczynkiem; 
Lud za nią długim ciągnie korowodem, 
Iżby śmierć mogła, nigdy bym nie sądził, 
Zebrać zarazem tylu nieboszczyków: 
Poznałem wielu i ów cień, co zbłądził 
Wielkim ustępstwem45. Pojąłem w tej chwili 
Obrzydłych niebu i piekłu grzeszników. 
Ci nieszczęśliwi, co żyjąc, nie żyli, 
Szli nadzy, szpetnie obnażone ciało 
Bez przerwy mnóstwo much i os kąsało46. 
Krew z ich policzków tryskała kroplami; 
Krew spadającą, zmieszaną ze łzami, 
U stóp ich głodne robactwo chwytało. 
Patrzałem dalej: przybyły lud świeży, 
Nad wielką rzeką snuł się wzdłuż wybrzeży. 
Więc rzekłem: «Mistrzu, zapytać cię muszę, 
Racz mnie oświecić, jakie to są dusze? 
I jakie prawo, ile dojrzeć mogę, 
Nagli je w dalszą przez tę rzekę drogę? 
Po co tak śpieszą, gdzie ich cel podróży?» 
A on: «Rzecz cała jasno się wyłoży 
Nie wprzód, aż przyjdziem nad brzeg Acheronu47». 
Odgadłszy z mistrza surowego tonu 
Snadź niewczesnego pytania przyganę, 
Szedłem, spuściwszy oczy zasromane48, 
Z silną milczenia wolą aż do brzegu. 
Wtem starzec biały w pełnym łódki biegu 
Przypłynął do nas i z łodzi wysiada, 
I krzyczy: «Biada wam, nędzniki, biada! 
Drzwi nieba dla was zamknięte na wieki. 
Przybywam, aby na drugi brzeg rzeki 
Przewieźć was, duchy, w kraj ognia i mrozu. 
A ty, żyjący, co tu zrobisz z nimi? 
Tobie nie płynąć między umarłymi». 
Widząc, że stoję, rzekł słowy groźnymi: 
«W innej przystani idź szukać przewozu, 
Do której wcale nie dojdziesz tą drogą. 
Aby cię przewieźć, trzeba lżejszej łodzi49». 
Przewodnik mój rzekł: «Hamuj gniew, Charonie, 
Bo tam chcą tego, gdzie, czego chcą, mogą; 
Nie pytaj więcej». Na te krótkie słowa, 
Gęsto zarosła włosem i surowa 
Twarz przewoźnika wnet się wypogadza, 
Tylko oczyma wybuch gniewu zdradza, 
Które płomienną obrączką obwodzi. 
Lecz duchy nagie, stojące na stronie, 
Tak okropnymi wylękłe słowami, 
Zbladły i dziko zgrzytały zębami; 
Bluźniły Bogu i klęły poczęty 
Swój żywot, miejsce i czas urodzenia, 
Klęły nasienie swojego nasienia; 
Potem szlochając, szły na brzeg przeklęty, 
Który każdego w progu swej ostoi 
Czeka, kto tylko Boga się nie boi! 
Charon jak żarem zaognił powieki, 
Znak daje, duchów tłoczy się gromada, 
Leniwych wiosłem zapędza do rzeki. 
Kiedy jesienny wiatr powietrze chłodzi, 
Z drzewa pożółkły liść za liściem spada, 
Aż nim ostatni liść spadnie na ziemię: 
Tak adamowe znikczemniałe plemię, 
Jeden za drugim, na znak przewoźnika, 
Z stromego brzegu rzuca się do łodzi, 
Jak ptak znęcony wołaniem ptasznika. 
Po mętnych falach idzie łódź leniwa, 
A już, nim jeszcze dojdzie ku brzegowi, 
Czekają na nią współwędrowcy nowi. 
«Synu mój!» — mistrz się łagodnie odzywa: 
«Co w gniewie bożym skończyli swe lata, 
Wszyscy tu biegną z wszystkich krańców świata50. 
Pilno im przebyć Acheronu wody 
I tak ich silnie bodzie głos sumienia, 
Że tu ich trwoga w żądzę się zamienia. 
Duch czysty nigdy nie przechodził tędy; 
Jeśliś Charona doznał cierpkiej zrzędy51, 
Teraz wiesz, jakie miał do niej powody». 
Zamilkł, a ciemna błoń drżała wokoło, 
Gdy wspomnę, zimny zlewa mi pot czoło. 
Wstał wiatr, jaskrawe burzy błyskawice 
Wskroś oświeciły tę łez okolicę. 
Tracąc przytomność bolałem i bladłem, 
I jak zmorzony człowiek snem upadłem52. 
Podoba Ci się to, co robimy? Jesteśmy organizacją pożytku publicznego. Wesprzyj Wolne Lektury drobną wpłatą: wolnelektury.pl/towarzystwo/

Pieśń IV

(Krąg I. Niechrzczeni. Bohaterowie, poeci, filozofowie pogańscy.)

Huk tak potężny sen mi spłoszył z powiek, 
Chwiałem się cały z wrażeniem niemiłem, 
Jak nagle ze snu przebudzony człowiek. 
Wstałem i we śnie wypoczętym okiem 
Wodziłem wkoło, badając, gdzie byłem. 
Byłem nad brzegiem otchłani boleści, 
Z której bez końca zgiełk zmieszanej treści 
Huczał jękami, westchnieniem głębokiem, 
Jako huk grzmotów daleki i długi. 
Spojrzałem w otchłań: mglista i głęboka, 
Straszliwie ciemna jak ślepota oka. 
«Wstąpmy w świat ciemny», przewodnik mój blady 
Rzekł do mnie: «Wstąpmy, ja pierwszy, ty drugi». 
A ja spostrzegłszy jego twarz zmienioną, 
Mówiłem: «Mistrzu! Głowo do porady, 
Pocieszycielu, ty, moja obrono, 
Gdy ty się boisz, kto się iść odważy?». 
A on: «Otchłani męczarnie i bole, 
Jęk nieszczęśliwych, co tam jęczą w dole, 
Litością w mojej malują się twarzy, 
A którą w błędzie ty bierzesz za trwogę; 
Idźmy, bo mamy jeszcze długą drogę». 
I mnie wprowadził, a sam naprzód kroczył, 
W krąg pierwszy, który tę otchłań otoczył53. 
Tam, ilem słyszał, ile pomnieć mogę, 
Nie były skargi, lecz tylko westchnienia, 
Od których wieczne powietrze wciąż drżało: 
Był to głos jakiś smutku bez cierpienia, 
Głos mnóstwa mężów i niewiast, i dzieci. 
Mistrz dobry mówił: «Czemu mnie nie pytasz, 
Co są za duchy, które okiem witasz? 
Chcę, żebyś wiedział, nim pójdziemy dalej. 
Grzech i występek tych duchów nie szpeci, 
Ale na cnotach choć im nie zbywało, 
Chrzest cnót nie święcił, ta brama twej wiary! 
A chociaż przyszli na ziemię przed chrzestem54. 
Oni, jak trzeba, Boga nie kochali. 
Z liczby tych duchów oto ja sam jestem! 
Za to nieszczęście, nie za grzech, z kolei 
Spadła kaźń na nas, a treścią tej kary, 
Że pożądamy wiecznie bez nadziei». 
Słysząc to, boleść uczułem tajemną, 
Bom poznał wielu obecnych przede mną, 
Co byli ludźmi wznioślejszego rzędu, 
Dziś w sieni piekieł jakby w zawieszeniu. 
«Mów», zawołałem: «Mistrzu mój i panie! 
Abyś mnie w moim umocnił wierzeniu, 
Które zwycięża moc wszelkiego błędu: 
Czy nikt z tych duchów o własnej zasłudze 
Lub za przyczyną przez zasługi cudze 
Nie wstąpił kiedy w niebios pomieszkanie?» 
On, który pojął skrytą myśl tej mowy, 
Tak odpowiedział: «Byłem tu gość nowy, 
Kiedy widziałem, jak wszedł Pan nad pany, 
Znakiem zwycięstwa ukoronowany! 
On stąd cień wyrwał naszego praojca 
I Abla, jego syna, i Noego, 
Mojżesza, sługę zakonu bożego; 
Abraham, Dawid, Izrael, Rachela 
Z potomstwem swoim, w triumfie wesela 
Wstąpili za nim do chwały ogrojca55! 
Wiedz, że przed nimi w tę otchłań z wtrąconych 
Zgoła dusz ludzkich nie było zbawionych». 
Tak idąc, rzucał mi słowo po słowie, 
A szliśmy lasem, lasem duchów, mówię. 
Jeszcze byliśmy przy otchłani blisko, 
Gdy zmrok tłumiące ujrzałem ognisko, 
A idąc dalej, przy blasku płomienia 
Spostrzegłem duchy szlachetne z wejrzenia. 
«O ty, wszech nauk i sztuki zaszczycie! 
Mów, kto są oni i jaka to chwała 
Od drugich miejsce osobne im dała?» 
A on mi na to: «Gdzie ty pędzisz życie, 
Tam o nich dobra sława pozostała; 
Przez wzgląd na blask jej, jakim ich otacza, 
Łaska ich nieba od drugich odznacza». 
Wtem: «Oto jego cień!» głos mnie doleci, 
«Wraca, uczcijcie poetę, poeci!» 
Na ten głos zamilkł, a od światła strony, 
Wprost do nas cztery szły cienie olbrzymie, 
Twarz ich ni smutna była, ni wesoła; 
«Patrz no na tego», mistrz na mnie zawoła, 
«Co z mieczem w ręku idący na przedzie, 
Drugich za sobą niby król ich wiedzie. 
To Homer, wieszczów książę urodzony! 
Za nim Horacy, Owidyjusz56 trzeci, 
Ostatni Lukan; każdy z nich na imię 
Jak ja zasłużył, które niegdyś brzmiało. 
Patrz, cześć mi niosą: to i dla nich chwałą». 
I tak się zeszła księcia piękna szkoła57, 
Który nad nimi lot pieśni wysokiej 
Jeden jak orzeł wznosił pod obłoki. 
Zwróciwszy twarze po chwili rozmowy, 
Mnie pozdrowili pochyleniem głowy; 
Mistrz się uśmiechnął na mój zaszczyt nowy. 
Jeszcze doznałem większego honoru, 
Bo mnie przyjęli do swojego koła 
I byłem szósty z genijuszów58 chóru. 
Tak do ogniska szliśmy gronem całem. 
Mówiąc o rzeczach niejednych z zapałem, 
O których milczeć tak pięknie w tej chwili, 
Jak było pięknie mówić, gdzieśmy byli. 
Stał świetny zamek z darniowym tarasem, 
Mur siedmiorakim otoczył go pasem59, 
Strumień okrążał falami bystremi, 
Przeszliśmy po nim jak po twardej ziemi: 
I przez bram siedem, i z siedmiu mędrcami 
Wszedłem na łąkę usłaną kwiatami. 
Tam inne cienie snuły się przed nami, 
Poważne, z wzrokiem stałym i pogodnym, 
Twarze myślące, spokojne ich ruchy, 
Mówiły rzadko i głosem łagodnym. 
I na tej łące zeszliśmy na stronę, 
W miejsce otwarte, trochę podniesione, 
Skąd mogłem widzieć wszystkie piękne duchy. 
Na trawach świeżej i wonnej zieleni 
Stoją i siedzą mężowie wsławieni; 
Drżałem z radości, dumny ich widzeniem! 
Wkoło Elektry60 mnóstwo mężów stoi: 
Hektor, Eneasz, bohatery Troi, 
I Cezar zbrojny sokolim spojrzeniem. 
Widziałem z drugiej strony od pagórka, 
Pentezyleę i króla Latyna, 
Przy nim Lawinia siedzi, jego córka. 
Widziałem Bruta, pogromcę Tarkwina, 
Lukrecję, Julię61, chlubę płci niewieściej; 
Jeden Saladyn siedział na uboczy. 
Potem widziałem, podniósłszy me oczy, 
Mistrza uczonych62 z powagą na czole. 
Siedział w rodzinnym filozofów kole, 
Powszechnej hołdem otoczony cześci63. 
Sokrates, Platon, poważni z wejrzenia, 
Najbliższe przy nim zajęli siedzenia. 
To liczne grono Demokryt pomnożył, 
Podług którego świat przypadek stworzył. 
Tales, Empedokl, Heraklit z Zenonem, 
Siedzieli głębiej w tym kole uczonem: 
Tam był Orfeusz i Dijoskoryda64, 
Cyceron, Liwiusz, badacze człowieka, 
I moralista znajomy, Seneka. 
Tam geometrę widziałem Euklida, 
Ptolomeusza i Awicenesa, 
I Hipokrata, i Aweroesa, 
Który napisał komentarz nie lada65. 
Wszystkich nie zliczę, bo wielkość przedmiotu 
Od nich myśl moją porywa do lotu, 
A słowa zdążyć za myślą nie mogą. 
Wkrótce o dwóch nas zmniejszyła gromada: 
Inną mnie powiódł mój przewodnik drogą 
Z ciszy powietrza w kraj burz i zamieci 
I idziem66, idziem, kędy nic nie świeci. 

Pieśń V

(Krąg II. Minos. Grzesznicy z miłości. Franczeska z Rimini.)

Wszedłem w krąg drugi, ciaśniejszy, gdzie krzyki 
I jęki boleść zaostrza w ton dziki. 
Tam straszny Minos z czołem nasrożonym67
Patrząc ponuro i zgrzytając wściekle, 
Bada i sądzi wchodzące grzeszniki, 
Wyroków swoich znak dając ogonem. 
Dusza, na której cięży grzechu plama, 
Gdy przed nim staje, spowiada się sama. 
A on, głęboki znawca wagi grzechów, 
Widząc, gdzie miejsce zasłużyła w piekle, 
Ile się razy ogonem obwinie, 
O tyle szczebli wśród szatańskich śmiechów 
Dusza w dół spada w piekielne głębinie68. 
Wciąż przed nim stoi wielka dusz gromada, 
Jedna po drugiej na wyrok pośpiesza, 
Mówi i słucha — i wnet w głąb zapada. 
Minos, postrzegłszy, że z mym mistrzem wchodzę, 
Na chwilę straszne swe sądy zawiesza 
I krzyknie ku mnie: «Zuchwały, nim wejdziesz, 
Obacz, gdzie wchodzisz, zważ, na kogo liczysz, 
Wchód tu szeroki, lecz wstecz nie odejdziesz». 
A mistrz ofuknął wzajem: «Co tak krzyczysz? 
Nie tobie naszej sprzeciwić się drodze; 
Ten mu ją wskazał, który wszystko może, 
Co chce. — Dość na tym! Nie wstrzymuj nas dłużej». 
Wtem usłyszałem łkania i jęczenia 
I wszedłem w miejsce, gdzie mrok nieprzejrzany, 
Noc bez żadnego światła i promienia, 
A w głębi jego ryczy jakby morze, 
Kiedy nim wiatry przeciwne śród burzy 
Szamocą, tłuką, aż do białej piany. 
Wicher piekielny ciągle się tam sroży, 
Porywa duchy, unosi i ciska 
O potrzaskanej skały rumowiska, 
Gdzie jęcząc, płacząc, bluźnią mocy bożej. 
Grzesznicy owi te cierpią katusze69, 
Co swe zmysłami ścieleśnili dusze. 
A jako w jesień, w czas odlotu ptaków, 
Gęstymi pułki70 lecą stada szpaków, 
Tak owe duchy wiatr prądem zawiei 
Gnał tu i owdzie: i znać z ich wejrzenia, 
Że już na wieki pozbyły nadziei 
Nie tylko kresu, lecz ulgi cierpienia. 
I jak żurawie w powietrznej przestrzeni 
Lecą i nucą żałośnie: tak ku mnie, 
Jęcząc, gromady nieszczęśliwych cieni 
Pędzone wiatrem zbliżały się tłumnie. 
«O! Mistrzu!» rzekłem, «I któż są te dusze, 
Tak udręczone w ciągłej zawierusze?» 
A mistrz: — «Ta pierwsza, co widzisz, po przedzie 
Rej chóru duchów na powietrzu wiedzie, 
Przed wieki była wielu ziem królową 
I wielu ludów różnych krwią i mową, 
Lecz oszalała krewkością namiętną, 
Prawem zatarła kazirodztwa piętno, 
By hańbą w dziejach nie ciężyło na niej. 
To Semiramis71, dziedziczka i pani 
Krajów azyjskich72, gdzie dziś Turczyn broi. 
Ta druga 73 z sercem miłością zranionem, 
Dni swe przecięła dobrowolnym zgonem, 
Łamiąc przysięgę cieniom Sycheusza. 
To Kleopatra na chuć rozpasana. 
Helena, Parys, sprawcy nieszczęść Troi; 
Achilles, można, ale krewka dusza, 
Obok błędnego rycerza Tristana74». 
I tłum dusz innych wskazał mi Wirgili, 
Co żądz gorączką życie przetrawili; 
A ja, gdym słyszał zwane po imieniu 
Starego świata niewiasty i męże, 
Litość, myślałem, zmysły mi rozprzęże, 
I jak wpół martwy stałem w osłupieniu. 
I mówię: «Mistrzu! kto są te dwa duchy, 
Które wiatr lekko unosi jak puchy? 
Chcę mówić z nimi». — «Czekaj», mistrz powiada 
«Aż je tu ku nam wiatr przywieje bliżej 
Zaklnij na miłość, która nimi włada, 
A zlecą ku nam». — Gdy lecieli niżej, 
Rzekłem — «Pomówcie z nami, nieszczęśliwi! 
Przez miłość, którą pałaliście żywi». 
A jak gołębi para szybko leci 
Z rozpiętym skrzydłem do gniazda swych dzieci 
Tak one spośród orszaku Dydony, 
Przez prąd wichrowy, w powietrznym zamęcie 
Ku nam zwróciły swój lot przyśpieszony: 
Taką moc miało miłosne zaklęcie. 
«O! czuła», rzekły, «i szlachetna duszo! 
Co nas odwiedzić szedłeś w te otchłanie 
I masz snadź75 litość nad naszą katuszą! 
Gdybyśmy śmieli wznieść nasze wołanie 
Ku Panu świata i gdyby On w niebie 
Przyjąć je raczył, wnet byśmy oboje 
Prosili Jego o pokój dla ciebie, 
Tak nam jest miłe to współczucie twoje. 
Pytać lub o czym chcesz rozmawiać z nami? 
Mów, będziem słuchać albo odpowiemy, 
Póki wiatr będzie, jak w tej chwili, niemy». 
«Kto wy?» im rzekłem, «powiedźcie to sami». 
Jeden z nich na to: «Ziemia ma rodzima76
Leży nad morzem, gdzie doń swoje wody 
Rzeka powiedzie z towarzyszki swymi77. 
Miłość, co łatwo tkliwe serca ima78, 
Ujęła jego wdziękiem mej urody, 
Którą, niestety! słynęłam na ziemi, 
Nim śmierć ją nagle zniszczyła sposobem, 
Co mnie przeraża nawet poza grobem. 
Miłość, co prawem tajemniczym skłania 
Serca kochanych wzajem do kochania, 
Tak mnie ku niemu nakłania nawzajem, 
Że się, jak widzisz, nigdy nie rozstajem. 
Miłość nas o śmierć przyprawiła wspólną, 
Kaina79 czeka naszego mordercę». 
Gdy duch to mówił, głos jego za serce 
Tak mnie ujmował, że z łzą mimowolną 
Schyliwszy czoło, stałem, aż po chwili: 
«O czym tak myślisz?» spytał mnie Wirgili. 
«O mistrzu!» rzekłem, «ileż słodkich myśli, 
Ile żądz wrzało w ich sercu i głowie, 
Nim do upadku i do zguby przyszli!» 
Potem się do nich zwróciłem i mówię: 
«Franczesko! widzisz, że mi słowa twoje 
Łzy wyciskają; ale pozwól spytać, 
Jak was snadź80 miłość przywiodła oboje 
Tajoną wzajem głąb serc waszych czytać?» 
A ona na to: «Ach, nic tak nie boli, 
Jak chwile szczęścia wspominać w niedoli81! 
Lecz gdy ty, gościu, chcesz wiedzieć początek 
Miłości naszej, na mój ból nie baczę; 
Powiem, jak pierwszy zawiązał się wątek, 
Podobna temu, co mówi i płacze. 
Raz dla zabawy wzięła nas ochota 
Czytać w głos dzieje przygód Lancelota, 82
Jako go miłość przemogła swą siłą. 
Byliśmy sami, bez żadnej złej myśli. 
Oko się nasze nieraz łzą zaćmiło, 
Nieraz twarz zbladła, aż w końcuśmy przyszli 
Do tego miejsca, co nas zwyciężyło: 
Gdyśmy czytali, ile jest uroku, 
Ile rozkoszy w pocałunku lubej —  
Oczy się nasze nawzajem spotkały. 
Ten, co już odtąd wiecznie przy mym boku, 
Powstał niepomny na me cudze śluby 
I pocałował mnie w usta drżąc cały. 
Pisarz tej księgi był nam Galeotą83
Już żeśmy więcej w tym dniu nie czytali». 
Gdy jeden mówił, duch drugi zgryzotą 
Zdjęty, tak płakał, żem zwątpił, azali84
Zniosę tę boleść, i czułem, że bladłem. 
Straciłem siły i jak martwy padłem. 

Pieśń VI

(Krąg III. Żarłocy. Cerber. Ciacco.)

Kiedym odzyskał zabłąkane zmysły, 
Co się nad losem dwojga moich krewnych 
W żalu, w litości i smutku rozprysły, 
Nowy się obraz przede mną rozrzucił: 
Gdziem tylko spojrzał, kędym się obrócił, 
Widziałem inne męki i męczonych. 
Był to krąg trzeci85, krąg deszczów ulewnych, 
Deszcz jak z upustów spadał otworzonych 
Ciężki i chłodny; śnieg zmieszany z gradem 
W ciemnym powietrzu szumiał wodospadem, 
Ziemia deszcz chłonąc, oddychała czadem. 
Cerber tam szczekał swą paszczą troistą 
Na duchy, które w ziemię ugrzęzły bagnistą, 
A oczy jego świeciły czerwono; 
Wełna nań czarna, sam szerokobrzuchy, 
Łapy niejedną uzbrojone szponą, 
Nimi darł w pasy potępione duchy. 
Jak psy pod deszczem potępieńcy wyją, 
Zmokłą za siebie obracając szyją, 
Kręcą się ciągle w tę i ową stronę, 
Tworząc nawzajem z swych boków zasłonę. 
Cerber, ów robak wielki86, gdy nas zoczył87, 
Troista jego paszcza się rozwarła, 
A gniew członkami konwulsyjnie miota; 
Wirgili dłońmi po ziemi zatoczył 
I w nie nabrawszy, co tylko mógł, błota, 
Cisnął oburącz w łakome trzy gardła. 
Jak pies drży cały, kiedy oszczekuje, 
Lecz gdy mu spadnie kawał chleba z ręki, 
Przylega cichy i chleb, milcząc, żuje; 
Tak szatan Cerber plugawe paszczęki 
Zamknął, którymi tak zagłuszał duchy, 
Że każdy raczej wolałby być głuchy! 
Szliśmy płaszczyzną bagna ruchomego. 
Gdy stopa nasza po cieniach deptała, 
Zdało się, żeśmy deptali ich ciała. 
Cienie leżały w bagnie prócz jednego, 
Który wstał szybko i siadł, właśnie w chwili, 
Około niego gdyśmy przechodzili. 
«O! Kto bądź ciebie w te piekła prowadzi, 
Poznaj mnie», mówił, «wprzód nim się rozstałem 
Z mą klatką, jeszcze byłeś obleczony ciałem». 
Ja na to: «Zda się, że ciebie widziałem, 
Ale mi za to ma pamięć nie ręczy, 
Może to boleść, co ciebie tak męczy, 
W niej tak dalece rysy twoje gładzi. 
Kto taki jesteś, zaspokój pielgrzyma, 
Wtrącony tutaj i na karę taką? 
Jeśli jest większa, równie przykrej nie ma». 
A on: «W twym mieście, gdzie zawiść tak płuży88, 
Wesół przeżyłem czas ziemskiej podróży, 
Przez ziomków twoich przezwany Ciakko89. 
Za chuć obżarstwa niską i nikczemną, 
Jak widzisz, leje wieczny deszcz nade mną. 
Tu ja niejeden, wszystkie cierpią dusze 
Za grzech ten samy też same katusze». 
I zamilkł, snadź90 się nagadał do woli. 
— «Ciakko», rzekłem «twa kara mnie boli, 
Lecz powiedz, proszę, do jak smutnej doli 
Dojść może naszych byt obywateli, 
Gdy ich do tyla duch stronnictwa dzieli? 
Czy sprawiedliwy jest mąż między nimi? 
Skąd się tam pożar zapalił niezgody?» 
A on: «Znużeni sporami długimi, 
Krwią chyba zgaszą te żagwie pożarne. 
Stronnictwo Białe przecz wypędzi Czarne91. 
O, któż obliczy ich klęski i szkody! 
Nim słońce trzeci swój obrót dokona, 
Upadną Biali; strona zwyciężona