Pasje i uspokojenia - Stanisława Fleszarowa-Muskat - ebook + audiobook

Pasje i uspokojenia ebook

Fleszarowa-Muskat Stanisława

4,2
24,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Anna, młoda warszawska aktorka staje przed trudnym wyborem między życiem rodzinnym a szansą na światową karierę. W domu czeka na nią czteroletni syn i kochający mąż. Z drugiej strony międzynarodowe propozycje ról mogą się już nie powtórzyć, a szansa na pracę u boku najlepszych reżyserów przepadnie bezpowrotnie. Czy możliwe jest pogodzenie życia prywatnego z zawodowym? Z czego Anna będzie zmuszona zrezygnować?

Opowieść o rozterkach artystki, żony i matki stającej u progu międzynarodowej kariery. Mimo upływu lat problematyka powieści wciąż pozostaje aktualna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 622

Oceny
4,2 (25 ocen)
12
9
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aquilla

Z braku laku…

NIerealne życie, nie da się tego słuchać! Nawet w tamtych latach tak nie wygladalo, chyba ze to sa niezrealizowane marzenia samotnej kobiety.
00
Anna-60

Dobrze spędzony czas

Czytałam ją przed wieloma latami. To był miły powrót, choć z z perspektywy czasu zupełnie inaczej ją odebrałam. Polecam szczególnie tym, ktorzy pamiętają tamte czasy .
00



Stanisława Fleszarowa-Muskat

Pasje i uspokojenia

Saga

Pasje i uspokojenia Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1987, 2019 Stanisława Fleszarowa-Muskat i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726288353

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I

Nie miała już pieniędzy, do pierwszego pozostało jeszcze kilka dni, a honorarium za film dawno się rozeszło, dzień był brudny jak ścierka od podłogi, Sebastian nie chciał jeść kaszki, jego wyprane wczoraj rajtuzy nie wyschły jeszcze i trzeba by je dosuszyć żelazkiem, życie trzymało się tylko na obowiązkach, pusta torba zawieszona na gwoździu, Anno – mówi do siebie – nie rozklejaj się, masz dom, męża, dziecko, powinnaś być szczęśliwa jak miliony kobiet zagonionych od świtu do nocy niczym zdyszane psy, szczęście wymaga od kobiety wysiłku, o tym powinnaś wiedzieć nie tylko z ról, które grałaś, z życia powinnaś o tym wiedzieć, z życia, wystarczy rozejrzeć się wokoło, żeby... żeby co? Żeby nic, dlaczego ten Paragraf tak długo siedzi w łazience, niechby przynajmniej podał jej przez drzwi te nie dosuszone rajtuzy Sebastiana, ale sam na to nie wpadnie, on nigdy sam na nic nie wpada, doskonałość, jaką wmówił w siebie, czyni go uodpornionym na drobiazgi życia, kiedy właściwie przestała go kochać, między dwudziestym a trzydziestym któregoś miesiąca, teraz wiele małżeństw przechodzi kryzys o tej kalendarzowej porze, dawniej otworzyłaby drzwi od łazienki i przytuliła twarz do jego mokrych pleców, ściągając równocześnie rajtuzy ze sznurka nad wanną, on powiedziałby: wariatka, i śmialiby się cicho i szczęśliwie; ale ona nie otworzy drzwi od łazienki i nie przytuli twarzy do jego pleców, ma za to ochotę trzepnąć w kark Sebastiana, który gmera łyżką w wystygłej kaszce, rozpryskując ją wokół talerza.

– Zabiję cię – mówi, a głos ten chowała w sobie od chwili, kiedy zamarzyło jej się, że zagra kiedyś Lady Makbet – zabiję cię, jeśli zaraz nie zjesz kaszki.

– Zabij! – śmieje się Sebastian, nareszcie czymś rozbawiony tego ponurego ranka. Ma trochę wdzięku to dziecko świetnie zapowiadającej się aktorki i równie świetnie, co beznadziejnie, jeśli chodzi o finansowe perspektywy, zapowiadającego się prawnika, ale Anna nie pozwala sobie na wzruszenie, na wzruszenie trzeba mieć czas, a te trzy godziny, które dzielą ją od chwili, kiedy zjawi się w teatrze z zawodowo rozpromienioną twarzą, te trzy godziny mają sto osiemdziesiąt wściekle przyspieszonych minut, rozkradzionych przez zakupy w najbliższych sklepach, najkonieczniejsze zajęcia domowe, jazdę tramwajem do przedszkola i jazdę autobusem do teatru, nie ma więc mowy o żadnych wzruszeniach, zamiast pocałować Sebastiana, Anna wali pięścią w drzwi łazienki.

– Śpisz tam?

Szymon (Paragrafem zaczęła go nazywać w myślach chyba także między dwudziestym a trzydziestym któregoś miesiąca) z ręcznikiem na szyi staje na progu.

– Przecież musiałem się ogolić!

– Mógłbyś chociaż raz odwieźć Sebastiana do przedszkola.

– Wiesz, jak chodzą tramwaje. Nie mogę spóźnić się do sądu.

A ja do teatru mogę? – chce krzyknąć Anna, ale powstrzymuje się. Tak, Paragraf do sądu spóźnić się nie może, zawaliłoby się coś i pękło, Paragraf mógłby się spóźnić do sądu tylko w wypadku końca świata... W Annie wzbiera wściekłość za lekceważenie jej zawodu, za lekceważenie tego wszystkiego, co dotąd uważała za najważniejsze, zanim pozwoliła sobie tak bardzo zakłócić życie. Ale nie powie nic, bo kłótnie co najwyżej zabierają czas, i niczego nie mogą zmienić, trzeba milczeć i przywoływać na pomoc pamięć tych dni, kiedy wysoki, młody człowiek (nie wiadomo dlaczego wydał jej się całkiem nadzwyczajny), kiedy ten wysoki, młody człowiek czekał na nią przed teatrem i milcząco wręczał jej mały bukiecik, żeby potem zaraz odejść, uciec, wtopić się w tłum... i to nie on, ale ona przemówiła pierwsza, więc właściwie sama ponosi odpowiedzialność za cały dalszy ciąg, za kilka kaw w zamykanych już o tej późnej porze kawiarenkach, za kilka pocałunków w windzie i za tę pierwszą noc, po której – jak myślała – miał zostać u niej i czekać na jej powrót po próbie w teatrze. Ale zerwał się od razu, kiedy mu to tylko zaproponowała.

– Od samego rana mam rozprawę.

– Co... masz? – wyjąkała.

– Rozprawę.

– Jak... mam to rozumieć?

– Zwyczajnie. Mam rozprawę w sądzie.

– Musisz przyznać – zaczęła ostrożnie – że wykazałam dużo taktu, nie pytając cię dotąd, kim jesteś.

– Jestem sędzią.

Przypatrywała mu się długo, jakby dopiero teraz nadarzyła jej się ku temu okazja.

– Nie... – roześmiała się.

– Co w tym śmiesznego?

– Właściwie nie wiem, przepraszam. Nigdy w życiu nie widziałam żywego sędziego. Mąż ciotki mojej matki był przed wojną sędzią sądu okręgowego w Czortkowie. Kłaniało mu się całe miasto.

– Ja jestem sędzią sądu wojewódzkiego, ale w tym mieście nikt mi się z tego powodu nie kłania.

– Dlaczego?

– Takie czasy.

Wiedziała więc, na co się decyduje, zostając drugą sędziną w rodzinie, co prawda rzeczywiście w zupełnie innych czasach. Początkowo ją to bawiło, a także dostarczało pewnej satysfakcji, że nie wyszła za któregoś z lekkoduchów czy taniutkich cwaniaczków, którzy wciąż kręcili się koło niej, ale że oceniła, że zdobyła się na ocenę tych wartości, które – tak nieefektownie, niestety – reprezentował Szymon. Później życie gromadziło refleksje... Och, do diabła, z refleksjami!

– Nie grzeszmy – powiedziała na głos.

– A grzeszymy? – Szymon wrzucił ręcznik do łazienki, nalał sobie herbaty, myślał już zapewne o stosach zakurzonych sądowych akt i nie uczestniczył pełnią uwagi w rozmowie.

– Powiedzmy, że ja – ucięła. Chwyciła siatkę i portmonetkę. – Przypilnuj, żeby Sebastian zjadł do końca kaszkę, skoczę do sklepu.

Zawsze, gdy pojawiała się na ulicy, doświadczała uczucia wywoływanej swoją osobą sensacji. Sprawiało jej to nawet trochę przyjemności, sława – choćby tylko nadwiślańska – dodaje nieco pewności siebie, mało jednak, niestety, z niej wynika. Kolejka w sklepie zaszemrała wprawdzie na jej widok, nikt jednak nie rzucił się ku niej, nie po autograf oczywiście, co by było żałośnie śmieszne w tych okolicznościach, ale żeby jej zaproponować swoje miejsce bliżej lady. Tylko jakiś chwiejny pijaczek zawołał na cały sklep:

– Przepuście panią artystkę! – A gdy nikt się nie ruszył w kolejce, a Anna nie wiedziała, gdzie podziać oczy – zapiał łzawo: – Po ręcach powinni panią całować, a nie pchać się przed panią ze swoimi tyłkami.

– Jeśli nikt się nie sprzeciwi – ekspedientka za ladą uniosła się na palcach – obsłużę panią poza kolejnością.

– Nie, nie! – zaprotestowała Anna. – Dziękuję. Mam dużo czasu.

– Co się stało? – spytał Szymon, gdy wróciła do domu. Stał już w płaszczu przy drzwiach, ale jednak dostrzegł wypieki na jej twarzy.

– Nic. Tylko jutro ty pójdziesz po zakupy. Nikt cię nie zna, co najwyżej spotkasz jakiegoś byłego klienta, który zwymyśla kolejkę, że nie chce cię przepuścić do przodu.

– Haniu... – zaczął Szymon nie wiadomo dlaczego przepraszająco. (Za co? Za siebie? Za świat, w którym żyli?)

– Spóźnisz się do sądu! – krzyknęła.

Wyszedł cicho i dopiero, gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi od windy, zrobiło się jej go żal.

– Zjadłem kaszkę! – obwieszcza triumfalnie Sebastian i Anna obdarza go mocnym całusem, nie zdając sobie sprawy, że przeznaczony jest on dla Szymona, któremu oto właśnie zepsuła dzień i który nigdy się nie dowie, że pod swoją nieobecność został za to przeproszony.

Ubieranie Sebastiana jest jedną z nielicznych okazji rozmowy z synem. Kiedy Anna przychodzi wieczorem z teatru, Sebastian już śpi, a popołudniowy powrót z przedszkola odbywa się zawsze w nerwowym pośpiechu – żeby zdążyć odstawić go do domu i na czas zjawić się przed przedstawieniem w garderobie. Sebastian bardzo sobie ceni te poranne chwile, niekiedy Anna odnosi wrażenie, jakby pragnął wyrazić jej za nie wdzięczność, i gdyby tylko miała czas na wzruszenia...

– Pomyliły ci się guziki – mówi jednak miękko, zamiast trzepnąć go po łapach niezdarnie zapinających bluzkę.

– Pani w przedszkolu sama zapina mi guziki! – Sebastian lubi chwalić się względami, jakimi darzą go w przedszkolu skokietowane przez niego panie. Anna zdaje sobie sprawę, że to nie jej, pożal się Boże, sława – ale urok Sebastiana sprawia, że wszystkie lgną do niego.

– Pani cię rozpieszcza – mówi prawie groźnie.

– Ty nie możesz? – pyta cichutko Sebastian.

– Czego ja nie mogę...?

– Rozpieszczać mnie! Sebastian unosi swoje długie rzęsy i patrzy na nią fiołkowym spojrzeniem Liz Taylor. Najbardziej zdumiewające jest to, że te oczy to po Paragrafie; trzeba dopiero wpatrzeć się w szkła okularów Szymona, żeby to stwierdzić.

– Nie mogę cię rozpieszczać – mówi Anna tym samym prawie groźnym tonem, choć znów walczy ze wzruszeniem, na które wciąż nie ma, naprawdę nie ma czasu – nie mogę cię rozpieszczać, bo ktoś wreszcie musi cię nauczyć zapinania guzików. Wiesz, co by się stało z ludźmi, gdyby się nawzajem rozpieszczali?

– Co? – pyta natychmiast Sebastian.

– No... niedobrze by było...

– Fajnie by było! – wykrzykuje Sebastian, usiłując wciągnąć prawy bucik na lewą nogę. – Bardzo fajnie by było!

– Nie wiem, czy tak fajnie. – Anna rezygnuje z dydaktyki, pośpiesznie kończy ubierać Sebastiana, szczotkuje mu włosy, kręci nim w koło, żeby obejrzeć go z każdej strony, a kiedy maszerują już oboje do tramwaju, wie, że z żadnym mężczyzną nie jest jej tak do twarzy, jak z tym właśnie, sięgającym jej do łokcia, bardzo poważnie kroczącym przy jej boku w granatowej dżokejce na złotych puklach, kraciastej kurtce i przykrótkich już nieco bryczesach.

– Gdzie ja znajdę dla ciebie spodnie? – mruczy.

– Spodnie się kupuje – poprawia Sebastian.

– No właśnie. Ale przedtem trzeba je znaleźć.

– Będziemy chodzić po sklepach?

– Tak, w poniedziałek.

– I pójdziemy na lody do Texu?

– Do Hortexu. Pójdziemy, jeśli będzie pogoda i nie będziesz miał chrypki.

– Na pewno nie będę miał chrypki – żarliwie przyrzeka Sebastian.

Uwielbia poniedziałki, kiedy Anna ma wolny dzień w teatrze, wcześniej odbiera go z przedszkola i chodzą razem po mieście. Czasem Szymon dopuszczony jest do tego rodzinnego święta i Anna doświadcza uczucia, tak podnoszącego na duchu wszystkie kobiety świata, że oto jest jak inne, ma męża i dziecko, zaraz wrócą do domu pod lampę nad okrągłym stołem, otworzy się telewizor, nastawi wodę na herbatę... Ale przecież tyle lat nauki włożyła w to, żeby właśnie nie być jak inne! Żeby się czymś wyróżniać, wybijać, wystawać ponad przeciętność. Czy teraz nie czekała na cud, który miał się przydarzyć tylko jej, a nie tym wszystkim paniom, które ciągnęły swoje pociechy do przedszkola? Bardzo trudno było pogodzić owe przeciwstawne pragnienia. Anna od dawna o tym wie i w bezustannej panice pozwala tym dwóm kobietom, z których się składa, okradać się wzajemnie.

Myśl o cudzie, na który czekała, przypomina jej o lekcji francuskiego zaraz po próbie u czarującej, ale mieszkającej daleko od teatru, przedszkola i domu, madame Valentine. Tę godzinę, z trudem wciśniętą w przepełniony program dnia, uskrzydla jednak tyle nadziei, że Anna z radością godzi się na wysiłek podróżowania komunikacją miejską w popołudniowej godzinie szczytu.

Teraz na szczęście, gdy we wszystkich fabrykach i biurach zaczęła się już praca, w tramwaju jest zupełnie luźno i Sebastian od razu znajduje miejsce siedzące dla siebie i dla niej.

– Kiedy będzie poniedziałek? – pyta.

– Już niedługo. Za trzy dni.

– Nie można w czymś pokręcić, żeby było prędzej?

– W czym pokręcić?

– W zegarku można nastawić jedną godzinę naprzód – przypomina się Sebastianowi zapowiadana w telewizji zmiana czasu na letni.

– Nie można w niczym pokręcić – uśmiecha się Anna – żeby prędzej był poniedziałek.

– Szkoda! – Sebastian smutnieje. Ale zaraz zajmuje go zawartość siatki kobiety w czerwonym berecie, siedzącej naprzeciwko. Wśród obfitej zieleni porów dostrzega pęczek rzodkiewek. Przytula się do matki i szepcze cichutko, żeby tamta pani nie słyszała:

– Kupisz mi?

– Kupię. Dostaniesz na kolację.

– Jakie urocze dziecko! – kobieta, która oczywiście wszystko słyszy, stara się tym komplementem zastąpić poczęstowanie Sebastiana rzodkiewką, na co w pierwszym odruchu może miała ochotę. – Urocze dziecko! – powtarza. – A pani przypomina mi Annę Turoń. Nikt pani tego nie mówił?

– Nie – zaprzecza Anna.

– Byłam na tym filmie... zaraz... jaki to tytuł...?

Anna milczy, patrząc przez okno na poranne ulice.

– Aha... „Zdobywanie świata”. Co to za tytuły teraz wymyślają. „Zdobywanie świata”! Człowiek zadowolony, jak zdobędzie kawałek mięsa albo kilo marchwi... Ale film mi się podobał. Ona taka śliczna i smutna, a on...

– Nie chodzę do kina.

– Nie? Powinna pani pójść. Spłakałam się jak bóbr, kiedy oni się rozstawali. Człowiek taki głupi, wie, że to na niby, a jednak płacze. Ale to przyjemnie popłakać sobie w kinie albo w teatrze.

– Nie chodzę do kina ani do teatru.

Anna chwyta Sebastiana za rękę i ciągnie go do wyjścia z tramwaju.

– Przecież ty chodzisz do teatru – woła Sebastian, który ma straszne przyzwyczajenie prostowania wszystkich kłamstewek starszych.

– Pracuję w teatrze, a więc dlatego nie chodzę do teatru – wyjaśnia Anna, choć wie, że Sebastian nie może tego zrozumieć.

Od przystanku do przedszkola jest już niedaleko. Niestety, po drodze jest kilka sklepów, o których Sebastian wie, że sprzedają w nich cukierki.

– Nie mamy już kartek? – pyta z nikłą intonacją nadziei.

– Wiesz dobrze, że nie.

– A kiedy będą nowe?

– Zaraz po poniedziałku. A może już w ogóle nie będzie kartek.

Sebastiana ogarnia przerażenie.

– To już nie będą dawać cukierków?

– Przeciwnie – śmieje się Anna. – Każdy będzie mógł sobie kupić, ile zechce.

Sebastian milknie; nie bardzo może sobie coś takiego wyobrazić. Od kiedy zaczął jeść cukierki, zawsze były na kartki.

– Może już w ogóle nie będzie kartek – powtarza Anna, a sklep z nabiałem, który mijają, załadowany masłem, serami, mlekiem i śmietaną, sklep bez żadnej kolejki – jest najprzyjemniejszym widokiem tego ranka. Może to się jakoś ułoży, myśli Anna, poprawi i naprawi, może ludzie zwrócą się ku sprawom możliwym do rozwiązania, może wreszcie zaczną ułatwiać sobie życie. We wszystkich zawiłościach świata jest jednak miejsce na dobrą wolę, szkoda, że nie istnieją komputery, które by mogły obliczać płynące z niej pożytki...

– Przyjdziesz po mnie punktualnie? – pyta Sebastian, gdy zbliżają się do drzwi przedszkola.

– Oczywiście. Może nawet trochę wcześniej.

– Trochę wcześniej? – powtarza Sebastian z zachwytem.

Wciąż trzyma ją za rękę, choć mógłby już pobiec ku wejściu, nawet młodsze dzieci wykazują tę cieszącą je samodzielność. Ale Sebastian kilka dni temu przeżył boleśnie prawie godzinne spóźnienie matki i odtąd co dnia odbiera od niej przyrzeczenie, że to się więcej nie powtórzy.

– Na pewno trochę wcześniej – powtarza Anna. Czeka jeszcze, aż za Sebastianem zamkną się drzwi, powinna wejść za nim do środka, ale panie przedszkolanki zwykły zatrzymywać ją rozmową, a nie ma na to czasu, pozwala sobie na ten luksus tylko w poniedziałek, teraz musi jej wystarczyć pewność, że Sebastian po drugiej stronie drzwi jest już bezpieczny i pod dobrą opieką. Aniołami wydają jej się kobiety, które na kilka godzin dziennie zdejmują z niej ten ciężar, i jak koszmar wspomina okres, kiedy Sebastian był jeszcze za mały, żeby go oddać do przedszkola; opiekowały się nim różne panie z ogłoszenia, co do których nigdy nie można było mieć pewności, czy im się ten obowiązek nagle nie sprzykrzy. Może powinna w tamtych latach wziąć trzyletni urlop wychowawczy, ale miała akurat dobre role w teatrze, wiele propozycji w telewizji, no i wreszcie zagrała w filmie, dzięki któremu czekała teraz na ów cud, jaki miał się zdarzyć właśnie tej wiosny.

Anna oddala od siebie poczucie winy wobec Sebastiana, przecież kiedyś mu to wszystko wynagrodzi, na pewno mu to wynagrodzi, nie należy trapić się tym akurat dziś, kiedy słońce zaczyna wreszcie pokazywać się zza chmur, a nieśmiała zieleń drzew nabiera soczystej barwy. Anna poprawia włosy, wydłuża krok, lekko wskakuje do autobusu i bez przykrości przyjmuje fakt, że wszyscy na nią patrzą. Jakiś szarmancki starszy pan ustępuje jej miejsca, dziękuje mu najpiękniejszym uśmiechem (będzie miał staruszek o czym opowiadać w Kole Emerytów). Wewnętrznie rozpogodzona wysiada na przystanku w pobliżu teatru, wpadając od razu w ramiona Marka Sarpowicza, który najwidoczniej tu na nią czekał.

W Annie zamiera serce. Marek był jej partnerem w „Zdobywaniu świata”. Kręcił właśnie następny film z tym samym reżyserem, cudownym i w ich przekonaniu najznakomitszym Wojtaszkiem Tarłą, który miał być głównym adresatem cudu, na jaki wraz z całą ekipą czekali. Jeśli więc Marek zjawił się teraz, żeby złapać ją przed próbą, to chyba miał już jakieś wiadomości...

Anna wpatruje się w jego twarz roziskrzonymi oczyma.

– Wiesz już coś?

Zdumiony Marek cofa się o krok.

– Co...? Co mam wiedzieć?

– A na co czekamy?

– Ach, o to ci chodzi – uśmiecha się Marek z zakłopotaniem. – Nic jeszcze nie wiem.

Anna czuje się nakłutym szpilką balonikiem, z którego uchodzi cała napełniająca go radość. Opanowuje się z trudem.

– Przecież Wojtaszek miał być w ministerstwie.

– I był. Ale niczego się nie dowiedział. Nie ma decyzji.

– Nie ma decyzji... – szepcze Anna i gotowa jest uderzyć Marka w ten kudłaty łeb, który tak podoba się paniom. – Dlaczego wobec tego... Dlaczego na mnie tu czekałeś?

Marek milczy skubiąc brodę; tyle razy kłuła Annę podczas pocałunków na planie, ale nie pozostawiło to w niej żadnych podniecających wspomnień.

– Dlaczego? – krzyczy.

– Elżbieta mnie przysłała, żebym złapał cię przed próbą.

– Elżbieta?

– Tak. Sądziła, że pamiętasz jeszcze, jak to było z Sebastianem. Mamy kłopoty z Magdusią. Od wczoraj rana... wiesz, ani razu... Czy półrocznym dzieciom się to zdarza...?

– Co... czy zdarza się półrocznym dzieciom...?

– Takie zahamowania. Od wczoraj rana... od wczoraj rana...

– ...nie zrobiła kupki, tak?

– Właśnie, o to chodzi.

– Mój biedaku! – Anna wsuwa dłoń pod ramię Marka i zabiera go z przystanku, gdzie już zaczynał się wokół nich gromadzić zaciekawiony tłumek. Strapiona twarz Marka nie powinna budzić w niej wesołości, ale jednak nie może powstrzymać się od śmiechu, wciąga Marka w najbliższą bramę i usiłuje go także rozbawić. – O czym my mówimy, Marek? Gdyby ci ludzie to słyszeli...

– Co w tym śmiesznego?

– Co najmniej pół Polski uważa nas za kochanków także i poza filmem. A ty czekasz na przystanku, żeby mi powiedzieć, że Magdusia od wczoraj nie zrobiła kupki.

– Elżbieta sądziła, że może coś poradzisz. Czy Sebastian...

– Sebastian oddawał się tej czynności z prawdziwym entuzjazmem! – Anna wciąż nie może pohamować wesołości, tarmosi Marka za poły wymiętej kurtki – i nagle robi jej się go żal. Skapcaniał jakoś w tym małżeństwie, gdzież to błyszczące dawniej oko, ta postawa zdobywcy? Nie przespane noce przytępiły jego twarz ociężałą sennością, upodobniając go do innych młodych ojców, snujących się półprzytomnie po kraju, który zawsze w trudnych latach fundował sobie wyż demograficzny, zadziwiający świat. – Słuchaj! – mówi cicho – czy nie masz wątpliwości...?

– O czym myślisz? – przytomnieje na chwilę Marek.

– O tym trudzie, który kobiety i mężczyźni w naszym wieku wkładają w utrzymywanie swoich rodzin. Dla jakiego świata spłodziliśmy nasze dzieci?

– Nie dążyłem świadomie do ojcostwa.

– Wypadek przy pracy, tak?

– Coś w tym rodzaju. – Marka nie rozśmiesza popularne powiedzenie. – Wojny zawsze groziły światu, a mimo to ludzie się rodzili.

– Masz na myśli te poczciwe wojny, o których uczyliśmy się podczas lekcji historii?

– Najpoczciwsza będzie ta, która wcale nie wybuchnie, nastraszona samą sobą.

– Daj Boże! – szepcze Anna z żarliwie zgodliwą chęcią uwierzenia w słowa Marka. – A Elżbiecie powiedz, żeby zaparzyła rumianku. Jeśli nie pomoże, niech się zgłosi z Magdusią w przychodni.

– A nie mogłabyś jednak wpaść po próbie?

– Mam akurat francuski z madame Valentine.

– Ty jednak jesteś wariatka! – mruczy Marek.

– Dlaczego? – Anna wyprowadza go z bramy i wyciąga rękę na pożegnanie.

– Naprawdę wierzysz, że coś takiego mogłoby się wydarzyć?

– Jestem tego pewna.

– Wariatka! – mruczy wciąż Marek.– Wariatka!

– Tylko podkręcaj Wojtaszka, żeby energiczniej chodził koło sprawy.

– Nie wszyscy artyści mają siłę przebicia.

– Niestety. I wciąż na takich trafiam.

Rozstawszy się z Markiem, Anna musi popracować nad sobą, nad wyrazem oczu i ust, żeby nikt w teatrze nie mógł domyśleć się rozczarowania, jakie spotkało ją przed chwilą. Wkracza do małej salki, gdzie odbywają się czytane próby, swobodna i promienna, sama radość i sukces; aktor musi grać także poza sceną.

Młody reżyser, pracujący gościnnie w teatrze, rozwodzi się nad rozlicznymi wartościami zagranicznej sztuki, którą przedstawia aktorom. Jak większość Polaków pokorny wobec obcych świetności, podchodzi do jej tekstu z żarliwie nabożną dobrą wolą. Ale nie udaje mu się zarazić nią słuchaczy, próba wlecze się sennie, ożywiana jedynie nie związanymi z nią szeptami, które młody reżyser karci kokietująco zgorszonym spojrzeniem. Bardzo pragnie pozyskać zespół, stać się „swoim chłopem” w tym gronie, ale równocześnie pragnie od początku kariery roztaczać wokół siebie aurę Leona Schillera, nie wie, jak pogodzić z sobą te dwa pragnienia; albo będą mnie lubić, albo podziwiać i szanować, myśli, czy istnieje trzecia możliwość w tym środowisku?

– Autor najwidoczniej nie znosi pań, nie napracował się nad damskimi rolami – mruczy siedząca obok Anny Ewa Zabiełło. Nie uwikłana tak jak Anna w obowiązki rodzinne, młoda i piekielnie zdrowa, a w dodatku nigdy nie syta demonstrowania swojej płci na scenie – pragnie grać, grać za wszelką cenę.

Niedobrze ze mną – myśli Anna – mnie się już nie chce, a przynajmniej nie tak jak dawniej. Starzeję się? Boże drogi! W dwudziestym ósmym roku życia? Trzeba mi czegoś, co by mnie wyrwało z otępiającego rytmu codzienności, ruszyło z miejsca, podbiło w górę, jeśliby nawet trzeba było potem spaść i połamać sobie gnaty. To podłe z mojej strony – myśli, wciąż nie mogąc skupić się nad analizowanym tekstem, bardzo podłe wobec Sebastiana i wobec Paragrafa także, powinna żyć dla nich i zapomnieć o głupstwach, które chodzą jej po głowie. Wojtaszek Tarło chyba naprawdę nie ma siły przebicia i nie potrafi sprzedać filmu, który rzeczywiście mu się udał, a tym samym ten cud, choć mógłby się wydarzyć, nie wydarzy się nigdy i można by już od dziś nie dręczyć się tym szlifowaniem francuskiego u madame Valentine, ale nadzieja jest jedynym miłym uczuciem, które ożywia serce Anny, i nie pozwoli jej sobie odebrać.

Aby ją umocnić, kupuje po wyjściu z teatru pięć bukiecików fiołków dla madame Valentine, po czym uformowawszy z nich w autobusie zgrabną wiązankę, wręcza ją już na progu starszej pani.

– Są jakieś wiadomości? – wykrzykuje madame; wciąga ją do pokoju i sadowi w fotelu, spodziewając się długiej i radosnej opowieści.

– Ach, nie – musi sprawić jej zawód Anna, ale stara się nadać mu jak najładniejszą formę – gdyby były jakieś wiadomości, dostałaby pani róże. A te fiołki to dlatego, że dzień niespodziewanie zrobił się taki piękny i że jestem w wyjątkowo dobrym nastroju.

– Zaraz wstawię je do wody – madame Valentine staje przed serwantką, gdzie trzyma swoją cenną porcelanę, i zastanawia się nad doborem odpowiedniego dla fiołków naczynia, po czym szurając nieco po podłodze futrzanymi bamboszkami na chudziutkich nóżkach udaje się do kuchni.

Ale powstrzymuje ją okrzyk Anny:

– Czikuś!

– Czikuś zamknięty jest w łazience – uspokaja ją madame.

– Dziękuję.

Jakoż z łazienki wzdłuż szpary między drzwiami a podłogą rozlega się posapywanie Czikusia, oburzonego metodami, jakie się wobec niego stosuje tylko dlatego, że panie drżą o swoje rajstopy. Czikuś jest pięknym przedstawicielem niemodnej już – jak wszystko wokół madame Valentine – rasy pekińczyków. Uwielbia swoją panią i nie znosi jej uczennic, choć – myśli Anna – powinien je lubić, choćby za to, że dla jakichś tam swoich nadziei uczą się języka, który przestał już obowiązywać w świecie.

– Co dziś czytamy? – pyta, gdy madame, postawiwszy naczyńko z fiołkami na stoliczku, sadowi się naprzeciwko niej w fotelu.

– Dzisiaj – madame Valentine poprawia białe loczki nad czołem – mam dla pani prawdziwy rarytas.

– Rarytas?

– Coś z branży filmowej. Pożyczyłam z empiku „Paris Match”. Są recenzje filmowe, a nawet mała wzmianka o przygotowaniach do tegorocznego festiwalu w Cannes...

– Mój Boże! – wzdycha cichutko Anna.

Madame przechyla się nad stolikiem i lekkim muśnięciem palców dotyka jej głowy. Milczą obie przez chwilę, a potem madame z wzmożoną energią dla pokrycia wzruszenia rozkłada francuski tygodnik.

– Od czego zaczniemy?

– Od przygotowań do festiwalu w Cannes oczywiście.

Po wyjściu od madame Valentine Anna już się nie śpieszy. Ma połowę dnia za sobą, a w tej drugiej połowie jest kilkadziesiąt minut dla niej samej, wchodzi więc do jakiegoś baru, zjada coś bardzo niesmacznego, żałując przy płaceniu rachunku, że nie zdecydowała się na zupę i pierogi w barze mlecznym; w różnicy cen zmieściłyby się co najmniej trzy pęczki rzodkiewek dla Sebastiana. Przypomniawszy sobie o rzodkiewkach, kupuje je w najbliższym kiosku warzywnym, i nie może się oprzeć pokusie, żeby jednej z nich – bez mycia – nie schrupać.

Krótka myśl o Szymonie, że chyba ostatnio zmizerniał, ale może i ona zmizerniała, a jemu nie przychodzi na myśl zwrócić na to uwagi... Jeśli tam pojadę, myśli Anna, a jest to myśl skierowana w te najwyższe rejony nad światem, gdzie zapadają wszystkie decyzje, myśl-modlitwa, myśl-przyrzeczenie, jeśli tam pojadę, może jakoś lepiej się to wszystko ułoży; wróci stamtąd przychylniejsza swemu życiu, bardziej z nim pogodzona. Może jednak jest coś warte, skoro nie zmarnowało jej do cna w swoim kieracie, skoro kura domowa nie zadziobała jeszcze aktorki...

Jest nią przez dwie godziny wieczorem w teatrze. Ale nie podnosi jej to na duchu tak, jak tego oczekiwała.

Przedstawienie straciło jakby tempo, słowa – swój pełny sens. Na nie wypełnionej publicznością sali puste krzesła w rzędach zieją czernią żałoby po dawnych stuprocentowych frekwencjach. „Gracie tak samo dla pięciu widzów, jak dla pełnej sali” – mawiał profesor w szkole, i Anna wierzyła w to zawsze. Ale tego wieczoru przestała wierzyć. Dzieje się ze mną coś niedobrego, myśli w popłochu między słowami wyuczonego tekstu sztuki. Niechże prędzej ogłoszą tę decyzję i niech już będzie wiadomo, czy cud się ziścił, czy nie, zwariuję, jeśli to dłużej potrwa. Och, spać! – myśli. Jak najprędzej znaleźć się w łóżku i spać!

– Weźmiemy taksówkę? – pyta Ewka Zabiełło w garderobie po przedstawieniu. Zmywają z twarzy sceniczny makijaż, spod którego zaczyna – kawałek po kawałku – wyzierać bladość ich twarzy, jakby nienaturalna i chorobliwa.

– Weźmiemy – godzi się Anna. Mieszkają niedaleko siebie, i jeśli tylko na Ewkę nikt nie czeka, razem wracają do domu.

– Kiedy zreperują waszego malucha?

– Nie wiem. Brakuje jakiejś ważnej części. Paragraf oddawał go do warsztatu, a on w życiowych sprawach...

Ewka odwraca się ku niej, lewe oko zdobi jeszcze sztuczna rzęsa i fioletowe cienie, prawe pozbawione tej oprawy wydaje się nagie i przeraźliwie smutne.

– Dlaczego mówisz wciąż o Szymonie – „Paragraf”?

Anna wzrusza ramionami.

– Sama nie wiem.

Prawe oko Ewki smutnieje jeszcze bardziej.

– Nie rób tego. Gdybym miała takiego męża, nie nazywałabym go Paragrafem.

Ale jak go tak nie nazywać, skoro – gdy tylko Anna zjawia się w drzwiach – nie pyta jej o przedstawienie czy o samopoczucie, ale od razu woła:

– Minister zarządził rewizję nadzwyczajną! Rewizję nadzwyczajną wyroku w procesie zabójców taksówkarza z Otwocka.

Anna zrzuca przy progu obuwie i w rajstopach wchodzi do pokoju, sprawdza, czy Sebastian śpi. Nic jej nie obchodzi to, o czym mówi Szymon, ale pyta:

– Mówili w dzienniku?

– Tak.

– Czym się przejmujesz? To nie twój wyrok.

– Mój, czy nie mój, to bez znaczenia. Sprawa dotyczy wszystkich sędziów. Kara śmierci...

Anna idzie do kuchni, nalewa sobie zimnej herbaty.

– Znam dokładnie twój pogląd na karę śmierci. Czy Sebastian wypił swój soczek?

– Tak... Oczywiście... – Szymon przytomnieje i jest przez chwilę wśród domowych spraw. – Pytasz, jakbym kiedykolwiek zapomniał mu go dać.

– Ale dziś jesteś taki zaaferowany...

– Bo jest czym. Rewizja została spowodowana protestem publiczności na sali po ogłoszeniu wyroku nie orzekającego kary śmierci.

– Sama bym protestowała, gdybym tam była. Dwóch bezwartościowych dla społeczeństwa oprychów morduje człowieka...

– Ale zachowanie publiczności na sali ani listy protestacyjne nie powinny podważać wyroku.

Anna tłumi ziewanie.

– Toteż Sąd Najwyższy rozpatrzy jeszcze raz sprawę. Wyszkoliłeś mnie już w tej procedurze sądowej. – Usiłuje się uśmiechnąć, ale nie bardzo jej się to udaje. Och, Boże! – myśli. Spać. Skończyć tę rozmowę, wskoczyć do łazienki, a potem pod kołdrę i spać, spać! Ale równocześnie przypomina jej się to, co powiedziała Ewka... „Gdybym miała takiego męża...”. Nie powiedziałaby tego, gdyby to z nią wiódł podobne rozmowy. Mógłby się zapytać, jak się udało przedstawienie, czy były długie oklaski, czy też publiczność od razu rzuciła się do szatni... Jego spektakle kończą się inaczej, nie oczekuje oklasków i nie przypuszcza, że komuś może na nich zależeć. – Odrywa ci się guzik od piżamy – mówi. – Jutro rano ci przyszyję. Teraz za bardzo chce mi się spać.

– Wyobrażam sobie, co się jutro będzie działo w sądzie – ciągnie nie zrażony Szymon. Upija herbaty z jej szklanki; zdjął okulary i wpatruje się z bliska w jej twarz fiołkowymi oczyma Sebastiana, czekając na jej uczestnictwo w tym wyobrażeniu.

Ale Anna wstaje, rozbiera się po drodze i zamyka za sobą drzwi łazienki. Czuje się znużona i wyprana z wszelkich emocji, myśl o tysiącu oprychów, których czeka kara śmierci, nie jest w stanie jej ożywić, wchodzi do wanny i osłoniwszy włosy nylonowym kapturkiem puszcza prysznic, unosząc twarz ku kojącym uderzeniom kropel.

Kiedy opuszcza łazienkę, Szymon już leży na swoim miejscu pod ścianą. W nadziei, że zasnął, ostrożnie układa się na samym brzegu tapczanu i doznaje niemiłego zdumienia, gdy Szymon przyciąga ją ku sobie.

Zwykle odbywa się to rano, kiedy Sebastian śpi jeszcze, a oni budzą się wcześniej, wypogodzeni snem i życzliwsi dla siebie niż u schyłku dnia. To, że Szymon zdecydował się naruszyć ten zwyczaj, przydając spontaniczności ich małżeńskim zbliżeniom, powinna przyjąć z entuzjazmem, zaleciłyby to zapewne wszystkie podręczniki seksuologiczne świata. Ale ona, zamiast przytulić się i oddawać pocałunki, mówi złym, ostrym szeptem:

– Nie wiedziałam, że podnieca cię myśl o karze śmierci.

Szymon nieruchomieje. Poczuła najpierw ciężar jego ręki na piersi, twardnienie ust na policzku, dopiero po długiej chwili odsunął się i jednym podrzuceniem ciała ułożył na wznak na przeciwległym brzegu tapczanu. Czekała, że krzyknie, że coś powie, że wreszcie usłyszy od niego, jaka jest niemożliwa i okropna, i jak trudno jest żyć z taką kobietą. Ale on milczał, i sama musiała powiedzieć sobie prawdę o tym niezrozumiałym stworzeniu, jakim była dla siebie, musiała na siebie nakrzyczeć i użyć epitetów, na które on zapewne nigdy by się nie odważył.

W tej bolesnej rozgrywce między nimi, wciąż milczący Szymon okazałby się niewątpliwym zwycięzcą, ale popełnił jeden błąd – zasnął. Jeszcze raz zdumiewając ją tej nocy, zaczyna wydawać cichutkie pomruki i posapywania, które najpierw wydają jej się złudzeniem, potem – tragicznym faktem. Śpi, kiedy ona nienawidzi siebie za wyrządzoną mu krzywdę, i w dodatku śni mu się zapewne minister sprawiedliwości albo co najmniej prezes Sądu Najwyższego, nie ona, ale minister albo prezes. I jest to wystarczającym powodem, żeby w tej małżeńskiej „story” skrzywdzeni i żałowani stali się krzywdzicielami, a prawdziwym krzywdzicielom została w zupełności odjęta ich wina.

II

Anna nie wierzy własnym uszom. Cud, na który czekała, spełnia się naprawdę! Przysiadła na brzegu krzesła, rajtuzy Sebastiana wypadają jej z rąk. To nie z telefonu od Wojtaszka Tarły, jak sobie wyobrażała, i nie ze zdyszanej radości Marka czekającego na nią przed teatrem, lecz z krótkiego komunikatu radiowego dowiadywała się, że na tegorocznym festiwalu w Cannes Polskę będzie reprezentować film „Zdobywanie świata” w reżyserii Wojciecha Tarły, z Anną Turoń i Markiem Sarpowiczem w rolach głównych.

– To niemożliwe – szepcze do siebie Anna. – To mi się śni. Albo zwariowałam! Tak długo wmawiałam to sobie, aż opętała mnie ta myśl: Na tegorocznym festiwalu w Cannes Polskę będzie reprezentować film „Zdobywanie świata”...

Sebastian niecierpliwie majta bosymi nogami.

– Mama! Prędzej!

Anna rzuca mu rajtuzy.

– Ubierz się sam!

– Nie chcę! Spóźnimy się do przedszkola.

– I tak przychodzisz później niż inne dzieci.

– Dlaczego? – pyta od razu Sebastian.

– Bo ja chodzę do teatru później niż inni ludzie do fabryk i biur.

– Dlaczego? – Sebastian jest niestrudzony w zadawaniu pytań.

– Daj mi spokój!

– Zawsze mówisz: daj mi spokój.

Anna chwyta Sebastiana i unosi wysoko.

– Ale dzisiaj mam do tego prawdziwy powód, nie dąsaj się na mamę. Ciesz się razem z nią. Spełniło się coś, na co czekała.

– Co to takiego? Kupisz mi coś?

– Oczywiście, że ci kupię. – Anna całuje syna, sadza go znów na fotelu, postanawia być czarująco miła i dobra dla wszystkich, sytuacja nie tylko na to zasługuje, ale wręcz tego wymaga.

Najpierw więc telefon do Szymona! Anna sadowi się w fotelu, bierze aparat na kolana, choć nie znosi, gdy robią to w filmach aktorzy całego świata. Telefon do Szymona! – Kochanie! – powie mu. – Przepraszam, że ostatnio byłam niezbyt miła. Ale to z nerwowego napięcia. Czekałam, aż ogłoszą wreszcie, który film pojedzie do Cannes. No i właśnie ogłosili. Słyszałam przed chwilą w radiu. Jedzie „Zdobywanie świata”. Pogratuluj mi!

Ale zamiast głosu Szymona odzywa się w słuchawce głos pani Wisi, prowadzącej sekretariat wydziału karnego, którą Szymon nazywa starszą panią ze względu na przedemerytalny wiek.

– Pan sędzia jest na rozprawie.

– O mój Boże!

– Czy stało się coś?

– Nie! To jest... tak! A nie można by męża poprosić na chwilę do telefonu?

– Cóż znowu! – oburza się pani Wisia, z trudem zachowując uprzejmość. – Mogę przekazać coś podczas przerwy.

– A więc proszę powiedzieć, że jadę do Cannes!

– Dokąd, proszę pani?

– Do Cannes! Na festiwal! Nie słyszała pani...?

– Ależ tak. Tylko... początkowo nie skojarzyłam sobie...

– Niech więc pani sobie skojarzy. Do Cannes na festiwal. Przekaże pani?

– Oczywiście – prawie oschle przyrzeka długoletnia pracownica sądowej kancelarii.

Kocha się w Szymonie – myśli Anna. – Wszystkie sekretarki kochają się w swoich szefach, więc dlaczego – mimo swego wieku – miałaby być wyjątkiem?

– Niech mu pani powie – woła bojąc się, że tamta jakby słysząc jej myśli, odwiesi słuchawkę – niech mu pani powie, żeby zadzwonił do teatru. Chociaż nie... Może nie być mnie w teatrze, pewnie zwolnię się z próby... Będę miała tyle spraw do załatwienia...

– Gdzie więc ma pan sędzia zadzwonić?

– Niech w ogóle nie dzwoni. Sama spróbuję jeszcze raz zadzwonić albo wpadnę do sądu, a jeśli nie, to zobaczymy się dopiero po południu... Zobaczymy się po południu w domu. A... może... mąż wstąpiłby po Sebastiana do przedszkola...? Nie wiem, czy zdążę go odebrać.

– Rozprawa może się przeciągnąć – zauważa z godnością pani Wisia.

– Dobrze – Anna miałaby ochotę ją trzepnąć, gdyby była w zasięgu jej ręki. – Postaram się odebrać go sama.

– Oczywiście, rozprawa jest najważniejsza – mruczy odłożywszy słuchawkę. Kontakt z sądem zepsuł jej humor, ale przed rozmową z Wojtaszkiem Tarłą wypogadza się znów promiennie – niestety, telefon w mieszkaniu najsłynniejszego tego dnia reżysera jest wciąż zajęty. Anna kilkakrotnie nakręca numer, ale bezskutecznie. Dzwoni więc do Marka Sarpowicza, ale i tym razem w słuchawce odzywa się sygnał zajętego numeru. Gratulacje! – myśli Anna i natychmiast odkłada słuchawkę na widełki, bo pewnie i do niej ktoś pragnie się dodzwonić niecierpliwiąc się, że ona wciąż rozmawia. Ciekawe, kto też pierwszy zadzwoni? – zastanawiała się, i trochę jej żal, że to nie Szymon, na pewno nie Szymon, odgrodzony od jej światowych spraw całą ponurością swego zawodu.

Telefon jednak milczy, jakby się zawziął. Anna zdejmuje go więc z kolan i odstawia na stolik. Teraz dopiero zauważa Sebastiana, kompletnie ubranego, w starannie pozapinanej kurteczce, bryczesach i granatowej dżokejce na gładko uczesanych włosach.

– Nie! – woła. – Mój syn się sam ubrał!

– Bądź zadowolona ze mnie – mówi Sebastian. – Chociaż raz!

– Co to znaczy? Skąd się nauczyłeś takich słów?

– Pani tak do nas mówi, jak coś dobrze zrobimy.

– No więc jestem z ciebie zadowolona! Ale „chociaż raz” opuszczę, bo przecież częściej mi się to zdarza.

– Idziemy? – pyta Sebastian.

Anna spogląda na telefon.

– Muszę się przebrać.

– Przecież jesteś ubrana.

– Włożę kostium. Dzień jest za piękny na kurtkę i spodnie.

– Dlaczego ja zawsze muszę nosić spodnie? – pyta Sebastian.

Anna nie odpowiada. Telefon wciąż milczy. Czyżby nikt nie słuchał rannych komunikatów? To dlaczego do Wojtaszka i Marka dodzwonić się nie można? Jeszcze raz nakręca numer reżysera, potem kolegi: obydwa są zajęte. Zajęty jest również numer na Puławskiej, zespół filmowy chyba także ogarnął szał. Na wszystkich piętrach starego i ciasnego budynku nie mówiono zapewne o niczym innym. Anna wyszarpuje z szafy kostium, szuka bluzki, potem nowych rajstop, do spodni nosi stare o spuszczonych oczkach...

Wreszcie jakby jakiś brzdęk w telefonie, nie dzwonek, ale właśnie brzdęk – Anna nasłuchuje przez długą chwilę, nie mając odwagi podnieść słuchawki, żeby nie przerwać połączenia. Ale po tym brzdęku następuje znów cisza. Chyba się nagle nie zepsuł, złośliwe bydlę! – myśli Anna o telefonie i podnosi wreszcie słuchawkę, w której brzmi długi, spokojny sygnał.

Ale kto właściwie miałby do niej zadzwonić? Matka była już w aptece, ojciec w swoim biurze, matka Szymona mieszkała w miejscowości, która nie miała automatycznego połączenia telefonicznego z Warszawą. Koleżanki i koledzy byli właśnie w drodze do teatru, a poza tym, czy to dla nich taka radość, że ona jedzie do Cannes...?

Sebastian przysiadł na brzegu fotela i nie spuszczając z niej oczu usiłuje porozpinać kurtkę.

– Kiedy wyjdziemy?

– Jak się ubiorę. I umaluję.

– Zawsze się tak nie malujesz. Tylko trochę.

– Bo dziś jest święto.

– To dlaczego ja idę do przedszkola?

– Bo to jest inne święto. Tylko moje i jeszcze paru osób. Wieczorem ci to wytłumaczę.

Wreszcie telefon! Anna jednym skokiem jest przy aparacie.

– Tu Anna Turoń! – woła.

Odpowiada jej chwila jakby zdyszanej ciszy, potem rozlega się zakłopotane chrząknięcie i wreszcie zachrypnięty głos:

– Tu Fjałkowski. Gospodarz domu... Dozorca.

– Tak, słucham pana – Anna nie umie ukryć rozczarowania, jej głos brzmi cierpko.

– Chciałem pani pogratulować. Właśnie słyszałem przez radio i mówimy z żoną, że to pewnie pani... Bo wszystko się zgadza, nazwisko i imię i to, że pani aktorka...

– Zgadza się, panie Fjałkowski – Annie staje coś w gardle, ledwie może wykrztusić tych kilka słów.

– Ż ona więc mówi – zadzwoń, powiedz, że się cieszymy. Zawsze to człowiekowi miło, jak się inni cieszą, kiedy go co dobrego spotyka.

– Dziękuję panu – szepcze Anna. – Oczywiście, że bardzo mi miło...

– Teraz to jakby cały nasz blok był więcej wart. Dziękuję pani!

– Pan mnie? Panie Fjałkowski! To ja panu dziękuję.

– Nie, nie – upiera się zachrypnięty głos w słuchawce.

– Ja pani!

Kiedy milknie, Anna długo stoi w bezruchu i dopiero po chwili sprawdza palcem, czy łzy, które nagle poczuła, nie zwilżyły jej rzęs dopiero co powleczonych tuszem.

– Idziemy? – dopytuje się Sebastian. Znowu się pozapinał, ta opanowana wreszcie czynność zaczyna mu sprawiać widoczną satysfakcję.

– Tak, idziemy.

Kiedy są już w drzwiach – Anna tego dnia bez żadnych toreb i siatek – jeszcze raz rozlega się telefon. Długo dzwoni, zanim Anna decyduje się zawrócić od progu. Przed telefonem Fjałkowskiego podbiegłaby do aparatu natychmiast, teraz zbliża się powoli prawie niezadowolona, że musiała cofnąć się od drzwi, co podobno wróży pecha w ciągu całego dnia.

– Anna – mówi bezbarwnie.

– Gratuluję! – woła Wojtaszek Tarło. – I całuję cię, czego – pamiętaj – nie omieszkam uczynić osobiście.

– Gratulacje należą się przede wszystkim tobie! Usiłowałam się do ciebie dodzwonić zaraz po komunikacie, ale telefon był wciąż zajęty.

– Miałem kilka rozmów.

– Czy także dowiedziałeś się dopiero z radia?

– Właściwie wiedziałem już wczoraj, ale bałem się, że wiadomość nie jest całkiem pewna. Wolałem poczekać.

– Dobrze zrobiłeś. Nie przeżyłabym rozczarowania.

– Wolałem poczekać. Mogły zajść różne okoliczności.

– Czy są już jakieś szczegóły dotyczące wyjazdu?

– Jeszcze nie. Ale szykuj suknię!

– O, Boże! Jeszcze wcale o tym nie myślałam.

– No to myśl! Masz mało czasu. Całuję cię, Hanka! Pamiętaj, że musisz wyglądać antykryzysowo.

– Łatwo ci to powiedzieć. Nic nie mam.

– Masz siebie. Tak wyposażonym zagranicznym dziewczynom to wystarcza. Pokazują siebie po kawałku...

– Nie poznaję cię, Wojtaszku! Tak mnie okrywałeś w swoim filmie...

– Bo film jest ascetyczny. Liczę na to, że to zaszokuje. Za biedni jesteśmy, żeby podrabiać lub naśladować. Możemy tylko zaskakiwać przeciwstawieniem.

– Tylko nie mów tego na konferencji prasowej.

– Dlaczego? Właśnie zamierzam coś podobnego powiedzieć – Wojtaszek urywa, milczy przez chwilę. – Prawdopodobnie zostaniemy przed wyjazdem poproszeni do ministerstwa, zawiadomię cię o tym. A w ogóle, jesteśmy w kontakcie. Do widzenia, Hanka!

– Do widzenia! Dziękuję za telefon.

Po odłożeniu słuchawki Anna nie od razu kieruje się ku drzwiom. Widzi siebie, Wojtaszka i Marka w międzynarodowym festiwalowym tłumie. Wojtaszek, niski i niepozorny, zginąłby zapewne nawet w foyer kina w Wołominie, kto przeczuje w nim tę czułą duszę słowiańską, kto dostrzeże na niej guzy, ponabijane w toczonych walkach? Boże! Żeby wziął chociaż smoking i odpowiedni do niego krawat! Nigdy nie widziała jeszcze Wojtaszka w krawacie, nosił zawsze jakieś trykotowe koszulki i nieprawdopodobne, za małe albo za duże na niego kurtki – to nie on jej, ale ona jemu powinna przypomnieć o odpowiedniej garderobie do Cannes, gdzie przed dwoma laty brylował ktoś taki jak Wajda. – Najmniej można się było obawiać o wygląd Marka. Wystarczy, że ponad tłum będzie wystawała jego kudłata głowa, reszta mogła być niewidoczna w ścisku. No, a ona... Skąd miała wziąć suknię, w której mogłaby, w której musiała pokazać się w Cannes? Sprawa z babskiej i błahej stawała się prawie patriotyczna, to nie ona miała tam stać w świetle fleszów i reflektorów, ale polska aktorka, którą jej kraj wysłał na festiwal...

– Idziemy? – Sebastian, pozostawiony przy progu, zdążył się już znowu porozpinać i zastanawia się nawet, czy nie ściągnąć kurtki.

– Teraz już naprawdę idziemy. – Anna wyciąga klucze, zamyka drzwi, i gdy słyszy, że telefon znowu zaczyna dzwonić, juz nie wraca do mieszkania.

W przedszkolu czeka ją niespodzianka. Wszystkie panie zebrały się przed wejściem, pani kierowniczka wręcza jej śliczną wiązankę stokrotek.

– Nasze najserdeczniejsze gratulacje! Cieszymy się razem z panią. Niech pani je wszystkie zakasuje, te zagraniczne piękności.

– To będzie trudne! – śmieje się Anna i pozwala obcałowywać się przedszkolankom, choć na ogół tego nie lubi, niczego się tak nie boi jak wirusów, aktorka nie ma prawa chorować, aktorka musi być co dnia na scenie.

– Czy mama ma imieniny? – pyta Sebastian, niemile dotknięty tym, że żadna z pań nie zwraca na niego uwagi.

– Więcej niż imieniny! – woła pani kierowniczka i obcałowuje teraz Sebastiana. – Mama jest sławna! Będzie jeszcze sławniejsza, bo jedzie do miasta, gdzie będą same najsławniejsze osoby!

Sebastian nic z tego nie rozumie, dość stanowczo wydostaje się z ramion pani kierowniczki i w przekrzywionej czapeczce patrzy pytająco na matkę.

Anna nie wie dlaczego, i jest to jedyny dysonans tego ranka, ale w tym spojrzeniu syna odczytuje przede wszystkim przyczajony strach. Zebrane wokół kobiety śmieją się hałaśliwie, a dziecko patrzy czujnie i z niepokojem. Tak, co będzie z Sebastianem? O tym jeszcze nie pomyślała. Z kim go zostawi? Kto go zaprowadzi i przyprowadzi z przedszkola, bo oczywiście Szymon będzie miał w tym czasie same trwające w nieskończoność rozprawy... Pan Feliks! – myśli w popłochu. Pan Feliks z czwartego piętra, u którego już nieraz zostawiała Sebastiana, gdy nie mogła się nim zająć.

– Nie martw się! – poprawia czapeczkę na głowie Sebastiana. – Mama wyjedzie na całkiem krótko.

– I zobaczysz, co ci przywiezie! – dodają panie, dla których myśl o zagranicznym wojażu nieodmiennie łączy się z atrakcyjniejszymi niż w kraju zakupami.

Ale Sebastian nie zdaje się być pocieszony.

W drodze do teatru Anna kupuje jeszcze kilka bukiecików konwalii i trzymając je oburącz przed sobą, wkracza na salę prób.

– Jaka ukwiecona! – wołają wszyscy. – Czyżby wielbiciele czekali przed teatrem?

– Trzeba było wyjrzeć, to byście widzieli. Głuptasy! – woła Anna. – Sama kupiłam sobie kwiaty w słusznym przeczuciu, że nie da mi ich nikt z was.

– Przeczucie niesłuszne! – do sali wkracza (z wiązanką storczyków!) dyrektor, wprawdzie administracyjny, bo artystyczny nie zwykł przychodzić punktualnie, jeśli sam nie miał prób, jest to jednak chwila wystarczająco uroczysta, żeby wszyscy skupili się wokół Anny.

– Ale skąd wiecie? – dopytuje się Anna. – Przecież radio dopiero co...

– Był telefon z ministerstwa – wyjaśnia dyrektor. – Musimy udzielić pani urlopu w związku z wyjazdem. Nasze najserdeczniejsze gratulacje! I niech pani wraca z nagrodą!

Wszyscy ją całują, wylewnie, z obfitą serdecznością i tylko – jak zawsze skwaszony Bobrowski zdobywa się na szczerość.

– Ja będę gratulował po przyjeździe. Jeśli będzie czego. Sam wyjazd jeszcze nic nie znaczy. Jakąś polską chałę musieli w końcu wysłać.

– Dziękuję, Romeczku! – mówi Anna.

– Przestań! – Ewka Zabiełło odpycha Bobrowskiego od Anny. – Z nagrodą czy bez nagrody, będzie mogła do końca życia wspominać, że była w Cannes.

– W ostateczności można to sobie wyobrazić.

– Zwłaszcza przy twoim bogatym życiu wewnętrznym – gasi Bobrowskiego Ewa.

Do Anny zbliża się reżyser.

– Droga pani Anno! – całuje ją w obie ręce. – Serdeczne gratulacje! Wprawdzie pani wyjazd skomplikuje nam niewątpliwie pracę...

– Właśnie... – Anna uważa, że chwila jest najbardziej stosowna – chciałam pana prosić o zwolnienie z próby. Mam tyle rzeczy do załatwienia...

– Ależ to oczywiste – młody reżyser wciąż zachowuje uprzejmość, choć nie bawi go perspektywa czytania roli Anny przez całą próbę – to oczywiste, że dni przed wyjazdem...

– Dziękuję, panie reżyserze.

Ewka odprowadza Annę do wyjścia.

– Wiesz już, w co się ubierzesz?

– Pojęcia nie mam.

– Właściwie suknię powinno ci zafundować ministerstwo albo zespół filmowy. Tarło nie powiedział ci nic na ten temat?

– Nie.

– Mogłaś zapytać.

– Nie przyszło mi to na myśl. Byłam tak zaszokowana...

– W największym szoku trzeba myśleć praktycznie.

– W ostateczności... mogą mi zwrócić koszty.

– Weź rachunek z Mody Polskiej.

– Myślisz, że powinnam pójść do Mody Polskiej?

– A dokąd? Muszą ci coś uszyć. Hanka! Masz w tej chwili pozycję, możesz pewnych rzeczy wymagać, nie zachowuj się teraz jak gęś! – Ewka mówi to z manifestowaną serdecznością, ale jest jasne, iż uważa, że Anna w ogóle nie nadaje się na festiwal i że gdyby to ona jechała do Cannes...

– Dobrze – mówi Anna prawie pokornie – pojadę zaraz do Mody Polskiej. Tylko...

– Tylko co?

– Będziesz mi mogła pożyczyć kilka tysięcy?

– No... – energia Ewy słabnie. – Konkretnie ile?

– Nie mam pojęcia, ile taka suknia może kosztować...

– Zbierze się skądś forsę, zanim będzie gotowa.

– Mogę więc liczyć na ciebie?

– Jasne.

Na ulicy Anna odzyskuje pewność siebie. Tupet Ewy, jeszcze za czasów szkoły teatralnej, sprawiał, że stawała się przy niej zupełnie bezradna. Oczywiście, że zwróci się do Mody Polskiej, oczywiście, że muszą coś dla niej specjalnie uszyć. I niech to kosztuje, co chce, zadłuży się, ale nie będzie wyglądała w Cannes jak uboga krewna z prowincji.

Choć nastawioną tak wojowniczo, najpierw pragnie zadzwonić do... sądu.

Ale telefon przyjmuje znów pani Wisia.

– Tu Anna Turoń. Może jest akurat przerwa w rozprawie?

– Nie, proszę pani. Właśnie się skończyła.

– Właśnie się skończyła... A przekazała pani mężowi...?

– Tak.

– I co powiedział?

– Nic nie powiedział, proszę pani.

– Powiedziała mu pani, że jadę do Cannes?

– Oczywiście.

– I nic nie powiedział?

– Nic.

– Przepraszam.

Właściwie dlaczego powiedziałam jej: przepraszam? – myśli Anna po odłożeniu słuchawki. Stoi w budce telefonicznej i rozważa tę kwestię, jakby to jedno słowo wyrażało całą nicość jej mało poważnych spraw wobec obwarowanej zakurzonymi aktami powagi sądownictwa. Na szczęście przed budką telefoniczną zatrzymuje się jakaś młodociana para, więc Anna wychodzi w pośpiechu; przymknąwszy na chwilę oczy unosi twarz ku słońcu i stara się powrócić do radosnego nastroju tego tak szczęśliwego dla niej poranka i do tupetu, którym starała się ją zarazić Ewa Zabiełło.

W Modzie Polskiej kieruje się od razu do biura dyrektora, i nie musi przedstawiać się sekretarce, bo ta wybiega ku niej zza biurka. Tu przynajmniej jest kawałek wielkiego świata, którego prawie nie można sobie wyobrazić w zbiedniałej ojczyźnie. Już za chwilę Anna siedzi przy filiżance kawy naprzeciw nader uprzejmego pana, który nie przerywając z nią rozmowy szkicuje coś w pośpiechu na arkuszach brystolu. Obok panienka rozpromieniona zaszczytem, który przypadł jej w udziale, rozrzuca na stoliku sterty wieczorowych materiałów.

– Myślę – mężczyzna odkłada ostatni arkusz brystolu i jeszcze przygląda mu się przez chwilę – że mógłbym pani zaproponować coś awangardowego, a równocześnie bardzo spokojnego w tonie. Przepraszam – zerka ku nogom Anny, okrytym dość długą spódnicą zeszłorocznego kostiumu – czy może pani pozwolić sobie na mini...?

– Sądzę, że... tak – szepcze Anna.

– A więc spodenki mini, ale szerokie i marszczone w pasie, z brązowego aksamitu. Do tego bluzeczka z beżowego atlasu – z przodu dekolt w kształcie łódki, z tyłu w kształcie trójkąta do pasa. Przepraszam, muszę jeszcze zapytać, czy może się pani obejść bez biustonosza?

– Sądzę, że tak – powtarza Anna.

– Na ten beż z brązem narzucimy przezroczysty płaszczyk z tego wzorzystego, przetykanego złotą nitką materiału, który pani tu widzi. Jego bursztynowa barwa nada właściwy ton całości. Przepraszam, czy utrzyma pani ten kolor włosów?

– Sądzę, że tak – po raz trzeci powtarza zupełnie oszołomiona Anna. – Kolor jest naturalny.

– Ja bym tę rudość pani włosów nieco podjaskrawił. Tego wymaga kompozycja całości, ale oczywiście decyzja należy do pani.

– Dziękuję – mówi Anna z zaskakującą ją wdzięcznością w głosie. Drugi raz tego ranka zdumiewają ją wypowiedziane przez nią słowa. Przepraszam – do pani Wisi, a teraz to – dziękuję, są chyba dowodem, że może rzeczywiście – jak myśli o niej Ewka – nie nadaje się na ten festiwal.

– Czy odpowiada pani moja propozycja? – pyta szef firmy.

– Sądzę, że... – po raz czwarty zaczyna Anna, ale w porę urywa i zdobywa się na entuzjazm, którego się tu po niej oczekuje. – Och, całość wydaje mi się cudowna!

– Podkreśla pani naturalne walory, to najważniejsze. Oczywiście niskie obcasy! – obwieszcza pan dotąd tak miły.

– O, nie! – Anna aż unosi się na fotelu, opadło z niej całe zaszokowanie sytuacją, o wysokie obcasy będzie walczyć jak lwica.

– Dlaczego nie? – pyta chłodno pan. – Tej kompozycji nie widzę z obuwiem na wysokim obcasie. A poza tym tego roku na całym świecie nosi się niskie.

– Ale ja się przyzwyczaiłam do wysokich, dobrze się na nich czuję i... dobrze wyglądam. Każda dziewczyna...

– Ale pani nie jest każdą dziewczyną. Panią pewne rzeczy o b o w i ą z u j ą.

– Pragnę jednak zachować wysokie obcasy – bardzo stanowczo obstaje przy swoim Anna.

– W takim razie ja musiałbym zrezygnować... – zaczyna dyrektor oschle.

– Och, nie! – Anna chwyta go za rękę. – Tego pan nie zrobi

– Nie mogę zepsuć kreacji, którą firmuję, tak ważnym uzupełnieniem jak obuwie.

– Dobrze – godzi się Anna, pocieszając się w myśli, że tak stanowczy pan nigdy się nie dowie, jakie obuwie ona w końcu założy w Cannes. – Dobrze, zrobię to tylko dla pana.

– Dziękuję. Najodpowiedniejsze byłyby brązowe lakierki. Może znajdzie pani coś odpowiedniego w komisach.

– Postaram się. – Człowieku! – myśli Anna – nie mam czasu ani pieniędzy na komisy. I tak muszę zapożyczyć się na kieckę.

– Pozostaje nam więc tylko wziąć miarę. Pani Zofio! – woła maestro w głąb baśniowych pokoi, a Anna nie wie, jak zapytać o cenę. – Na kiedy przewidziany jest wyjazd do Cannes? – To ostatnie słowo pan, dla którego zagraniczne wojaże nie są znów czymś aż tak nadzwyczajnym, wymawia jednak z nutką pewnej nobilitującej przyjemności.

Annę podnosi to na duchu. W końcu nie pieniądze są ważne, i nie to, że ich nie ma; nie zapyta wcale o cenę, niech się dzieje co chce, raz w życiu zachowa się tak, jakby była kimś, kim bardzo pragnęłaby być.

– Jeszcze nie wiem dokładnie, ale suknia powinna być gotowa jak najprędzej.

– Będzie gotowa na jutro wieczór. Tak, pani Zofio?

Pani Zofia przerywa na chwilę branie miary.

– Oczywiście. Przymiarka o siedemnastej.

– O osiemnastej muszę być już w teatrze.

– O szesnastej trzydzieści – dostosowuje się natychmiast pani Zofia.

Coś takiego przeżywam pierwszy i ostatni raz – myśli Anna opuszczając progi Mody Polskiej – chyba że ten cud, który dziś się zdarzył, miałby dalszy ciąg, ale o tym nie wolno myśleć, nie, nie, za taką bezczelność los daje często po łapach.

Na ulicy przypomina sobie, że musi natychmiast starać się o pieniądze. Ewka Zabiełło obiecała wprawdzie... ale ile ona może pożyczyć...? Cztery, pięć tysięcy, chyba że zwróciłaby się do tego swego malarza, o ile już z nim nie zerwała. Nie, Ewka nie będzie w stanie pożyczyć jej całej sumy... jakiej sumy...? Do tej pory bała się pomyśleć o jej wysokości. Dwadzieścia tysięcy! – odważa się wreszcie to ustalić i równocześnie myśli: ojciec!

Ale najpierw jedzie do apteki, w której pracuje matka. Na szczęście zastaje ją nie za ladą przy ekspedycji lekarstw, ale na zapleczu przy ich sporządzaniu. Matka od razu wyciąga do niej ramiona.

– Już wiesz? – zdumiewa się Anna.

– Oczywiście! – śmieje się całkiem jeszcze młoda pani magister. – Zaprzyjaźniona klientka naszej apteki wpadła z tą wiadomością zaraz po radiowym komunikacie.

– Moje drogie dziecko! Tak się cieszę! Aż się popłakałam ze wzruszenia.

– No, no – całuje matkę Anna, sama także bliska łez. – Tylko nie to...

– Bo przyznam ci się, że nie miałam nadziei.

– Nie miałaś nadziei?

– W przeciwieństwie do ciebie myślałam, że to chyba niemożliwe... Tyle szczęścia!

Anna zdejmuje żakiet, obciąga bluzkę, spogląda w lustro, które panie farmaceutki zawiesiły w swojej pracowni.

– A dlaczego nie miałoby mi się przydarzyć tyle szczęścia?

– Los nas nigdy nie rozpieszczał. Dochodziliśmy do wszystkiego ciężką pracą.

Gdyby to powiedział ktoś obcy, Anna na pewno by się obraziła, na matkę nie może – zwłaszcza że za chwilę ma ją poprosić o pieniądze. Pozwala więc sobie na leciutką wymówkę:

– A ja do mego Cannes nie doszłam ciężką pracą? Najpierw musiałam zdać do szkoły teatralnej, potem wkuwać nieraz po nocach, żeby ją ukończyć. W teatrze każda rola to także egzamin, to samo w telewizji, no i w końcu cztery filmy, ostatni u Wojtaszka Tarły, który jest bardzo wymagającym reżyserem.

– Ależ wiem, moje dziecko – mama czuje się nieco speszona i prawie z radością podnosi słuchawkę telefonu, który właśnie się odezwał. – Nie, alaxu nie ma – mówi do słuchawki. – Na razie się nie spodziewamy. Haneczko! – zwraca się znów do córki – wiem, że nie przyszło ci to łatwo...

– Koniec z tym, mamusiu. Na pewno tak ci się to tylko powiedziało. Nie wyobrażam sobie, żebyś myślała, jak wielu ludzi, że aktorki tylko się malują i przyjmują kwiaty. – Anna znowu całuje matkę i zaczerpnąwszy tchu obwieszcza: – Potrzebuję pieniędzy! Takie teraz czasy, że nawet radość kosztuje, i to drogo! Już mi w Modzie Polskiej szyją suknię.

– Za ile?

– Nie wiem.

– Jak to, nie wiesz?

– Nie zapytałam. – I kiedy matka milczy zdumiona, Anna wybucha: Nie mogłam! Nie rozumiesz tego? Nie mogłam! Skaczą wszyscy koło mnie, dyrektor sam projektuje dla mnie model, dziś przymiarka, a na jutro suknia ma być gotowa – i w takiej sytuacji ja pytam o cenę!

– Nie, alaxu nie ma – odpowiada znów pani magister jakiemuś głosowi, dramatycznie brzmiącemu w słuchawce telefonu. – Na razie się nie spodziewamy. – Zapewniam cię – odwraca twarz do córki – że Sofia Loren by zapytała.

– Co ma do tego Sofia Loren?

– Tylko tyle, że pytanie o cenę nikomu nie przynosi ujmy.

– No więc nie zapytałam! Niech ci się wydaje, że zachowałam się jak odurzona zaszczytem pensjonarka, trudno.

– Ile potrzebujesz? Nie, alaxu nie ma! – tym razem słuchawka gwałtownym ruchem zostaje odłożona na aparat. – Powiedz wreszcie, ile?

– Dwadzieścia tysięcy – bąka pod nosem Anna.

– Aż dwadzieścia?

– Nie mogę być przecież zaskoczona...

– Mam akurat przy sobie siedem, miałam zamiar pochodzić trochę po sklepach po zakończeniu dyżuru. Trzeba mieć zawsze pieniądze przy sobie, bo jak się coś trafi... Ale co się może trafić za siedem tysięcy złotych? Weź te pieniądze, a o resztę zwrócimy się do ojca. Trzyma na książeczce wszystkie swoje zaskórniaki, premie, nagrody...

– Nie ruszy ich!

– Jak się dowie, że córka jedzie prezentować swój film w Cannes? – matka Anny sama nakręca numer telefonu męża. Ale i w tym wypadku, tak samo jak w sądzie, odzywa się cerber w spódnicy.

– Pan dyrektor bardzo zajęty.

– Proszę powiedzieć, że mówi żona.

– No, nie wiem... – z wahaniem i odrazą podejmuje decyzję sekretarka. – Spróbuję... Pan dyrektor prosił, żeby nikogo nie łączyć.

– Ale są nagłe okoliczności...

– Tu Zakrzewski! – warczy w słuchawce głos ojca i Anna – choć stoi daleko od aparatu – już wie, że ojciec jest wściekły.

– Tu Barbara. Jest właśnie u mnie Hanka i dzwonimy do ciebie...

– Co mi głowę zawracacie? Mam korektę planu.

– Nic nie wiesz? Hanka jedzie na festiwal do Cannes!

– Nie mogłyście mi tego powiedzieć wieczorem?

– Józek! Na litość boską! Twoja córka jedzie do Cannes!

– Gratuluję! – ojciec dopiero teraz pojmuje, o co chodzi, stara się naprawić rodzinną gafę. – Ucałuj ją ode mnie!

– Już to robię. Ale ona... poza wszystkim innym potrzebuje... pieniędzy.

– Pieniędzy? Ile? Mów szybciej, bo naprawdę jestem bardzo zajęty.

– Trzynaście, no... powiedzmy, piętnaście tysięcy.

– Piętnaście tysięcy? Na co jej tyle pieniędzy?

– Na suknię. Już jej szyją w Modzie Polskiej. Na jutro ma być gotowa. Nie pojedzie przecież dziewczyna do Cannes jak dziadówka.

– Nie mam przy sobie piętnastu tysięcy. Musiałbym iść do PKO, stać w ogonku, a w ogóle nie wiem, o której wyjdę dziś z biura. I taki sam dzień mam jutro.

– Pożycz od kogoś.

– Nie mam teraz czasu na takie historie, wy gdzieś pożyczcie. Niech Hanka pójdzie do Alfreda, oddam mu te piętnaście tysięcy. Ale w ogóle zastanówcie się, tyle pieniędzy za jakiś łach!

– Są i inne wydatki...

– No już dobrze, dobrze – ale powtarzam: zastanówcie się.

– To samo, co z babcią! – mówi Anna, gdy matka odkłada słuchawkę.

– Z jaką babcią?

– Z naszą. Nie pamiętasz, że ile razy jej coś kupowałyśmy, trzeba było podawać o wiele niższą cenę, a ona i tak krzyczała na nas, że wszystko przepłacamy, że nie umiemy się targować. Tak samo wyszło teraz z ojcem.

Śmieją się obydwie, przysiadłszy na brzegu krzeseł, ale telefon znowu się odzywa i matka, nie czekając na pytanie od razu rzuca w słuchawkę:

– Alaxu... Przepraszam, wibramycyna jest, oczywiście. Proszę przyjść. Od rana – tłumaczy się Annie – same telefony o alax, jakby cała Warszawa cierpiała na zatwardzenie. – Śmieją się znowu, i w tym pogodnym nastroju matka wyprowadza Annę przed aptekę, przygląda jej się przez chwilę, jak wygląda w słońcu, obiecuje wystarać się o masło kakaowe dla niej, żeby się prędzej opaliła, i niespodziewanie mówi, pieszczotliwie dotykając jej ramienia: – Tylko proszę cię, nie zrób cienia wyrzutu Szymonowi, że ze swojej pensji nie może ci dać tych pieniędzy. Że inni mężowie...

– Przysięgam ci, że nigdy jeszcze nie użyłam zwrotu „inni mężowie”. Chyba że na scenie.

– Przepraszam... – szepcze matka już z dłonią na klamce, bo na zapleczu telefon na pewno znów dzwoni i rośnie stos recept, które trzeba zamienić w lekarstwa. – Przepraszam. Nie chciałabym, żeby było mu przykro.

– Nie bój się – mówi Anna odchodząc. Wie, że matka lubi bardzo swego zięcia i straciłaby do niej serce, gdyby zrobiła mu krzywdę. Och, nie ma zresztą na to najmniejszej ochoty. Różne sytuacje sceniczne nauczyły ją, jak łatwo można zepsuć najszczęśliwszy dzień, będzie się więc pilnować, żeby nie uczynić żadnej niezręczności, żeby tego szczęścia starczyło aż do wieczora. Aż do... nocy.

Najpierw musi iść do stryja Alfreda, do tego „stryjcia przystojniachy”, jak żartem mówiło się o nim w rodzinie, gdyż wciąż nie tracił męskiej urody, co trzymało w stanie bezustannego alarmu stryjenkę, wysyłaną w dodatku dość często z racji jej pracy w zagraniczne delegacje. Stryjcio był pisarzem, więc miała nadzieję zastać go w domu, o tej godzinie przedpołudniowej zwykł bowiem pisać, o ile nie załatwiał jakichś spraw albo nie był umówiony na mieście.

Jeśli rzeczywiście – myśli Anna – ten dzień jest dla mnie taki szczęśliwy, to on będzie w domu i nawet się nie skrzywi, tylko da mi te piętnaście tysięcy, nie mówiąc przy tym, że to za dużo, jak na jedną kieckę do Cannes, że powinna się zastanowić... nie, stryjcio na pewno tego nie powie, lubi być miły dla dziewczyn, podejdzie do biurka, wysunie szufladę i zapyta, czy nie potrzebuję więcej? Na szczęście ma chyba pieniądze, bo wydał ostatnio książkę (grubą! Anna wie, że honorarium liczy się od ilości stron) i robią mu coś w filmie, chyba jeszcze nie przepuścił tych pieniędzy...

Anna dzwoni już po raz drugi do drzwi mieszkania stryja, ale nie słychać za nimi żadnego poruszenia ani kroków zmierzających do przedpokoju, naciska więc dzwonek po raz trzeci i nie zdejmuje z niego palca, dopóki za drzwiami nie odezwie się zniecierpliwiony głos.

– Pali się, do jasnej cholery?

Ja się palę, żeby stryja ucałować, odpowiedziałaby Anna, gdyby nie to, że stryj stał w progu w nader niedbałym porannym dezabilu, z kilkudniowym zarostem na twarzy, w dodatku siwym, czego nikt chyba nie miał prawa się domyślać.

– Hanka! – szepnął prawie przerażony. – Przepraszam cię. Od kilku dni, korzystając z wyjazdu Zofii, pracuję jak wariat.

– To ja przepraszam – Anna z wahaniem wchodzi do przedpokoju. – Powinnam była zatelefonować.

– Ależ głupstwo! Wchodź, jak już jesteś. Rozgość się, a ja tymczasem się ogolę. – Stryj wpada do łazienki, gwałtownie zamyka drzwi za sobą, a Anna wchodzi do pokoju, w którym żywioł bałaganu pomieszał ze sobą sprzęty, męską garderobę wierzchnią i intymną, papiery w mniejszych i większych arkuszach, zapisane i zupełnie jeszcze czyste.

– Posprzątam tu tymczasem – woła w stronę drzwi do łazienki.

Uchylają się natychmiast i ukazuje się w nich jeszcze bardziej przerażona twarz z brodą okrytą już na szczęście obłokiem obfitej mydlanej piany.

– Broń Boże! Tylko nie to! Mam tam wszystko poukładane...

– Poukładane?!

– No przynajmniej wiem, gdzie co leży. Śnił mi się w nocy Goździkowski – stryj wraca do łazienki, ale nie zamyka drzwi. – Byłem pewny, że będę miał jakąś przykrość. Ale na szczęście – poprawia się od razu – sen się nie sprawdził. Twoja wizyta to miła niespodzianka.

Anna wie, że jak się stryjowi śni kolega szkolny Goździkowski, z którym od najniższych klas łączyła go, a raczej dzieliła, bezustanna rywalizacja – spotyka go zawsze coś paskudnego.

– Powiedz mi, co to jest – ciągnie stryj w łazience – tyle lat nie widziałem człowieka na oczy, a on jako chłopiec w krótkich spodniach, z poobgryzanymi paznokciami, zakodowany jest w mojej pamięci i mózg mój jego wybrał sobie za posłańca, żeby każdorazowo zawiadamiać mnie o czekającej przykrości. Tylko skąd mój mózg o tym wie? W jaki sposób uprzedza fakty? Żeby się było nie wiem jakim realistą, bez odrobiny metafizyki nie da się przeżyć jednego dnia.

– Stryjciu! – Anna zbliża się do drzwi łazienki. – Jadę do Cannes!

– Nie! – Stryj parska w pianę, którą już zgarnia z twarzy ostatnimi pociągnięciami żyletki. – Żartujesz!

– Naprawdę! – Anna puszcza mimo uszu obraźliwe bądź co bądź zdumienie stryja. – Radio podało w rannych wiadomościach.

– No to gratuluję! – Stryj pośpiesznie opłukuje wodą twarz, żeby jak najprędzej móc ucałować Annę. – Gratuluję! A więc zdecydowali się wysłać „Zdobywanie świata”!

– No i Cannes musiało się zdecydować na przyjęcie tego filmu do udziału w konkursie – z nie. pozbawionym dumy naciskiem uzupełnia Anna.

– Oczywiście, oczywiście – taka jest festiwalowa procedura. Ale głowę daję, że odbyło się to, jak zawsze, poza wszelkimi terminami, film pojawi się w Cannes bez żadnych dodatkowych materiałów, bez reklamy, na którą nie tylko nie mamy pieniędzy, ale do której także wszyscy nasi opiekunowie czują nieprzezwyciężony wstręt.

Anna przysiada na brzeżku zasypanego przeróżnymi rzeczami fotela.

– Nasz film nie potrzebuje reklamy – szepcze.

– Oto jest pogląd Polaka na sztukę! Że mimo nieudolności tych, którzy przejmują ją od twórcy, przebije się sama. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza jeśli chodzi o film. Bo książka może nagle zostać odkryta po latach – choć i to wątpliwe, nie powinniśmy się łudzić nieszczęściem i szczęściem Norwida, nie uznawanego za życia, hałaśliwie cenionego w wiele dziesiątków lat po nędzarskiej śmierci. Mnie na przykład by to nie urządzało. Zbyt jestem doraźny, żeby pocieszać się sławą u wnuków. A z filmem sprawa ma się jeszcze gorzej. Film w wyjątkowych wypadkach przeżywa swoich twórców i dlatego trzeba umieć go pokazać i sprzedać, kiedy wchodzi na ekrany. Amerykanie...

– Och, Amerykanie! – przerywa stryjowi Anna.

Ale on nie pozwala sobie przerwać.

– Amerykanie opracowując budżet filmu, od razu niemałą kwotę przeznaczają na reklamę w słusznym przewidywaniu, że i w tej dziedzinie spotkają się z potężną konkurencją dystrybutorów francuskich, włoskich, angielskich czy zachodnioniemieckich. Tylko film polski wierzy, że talentom artystów niepotrzebne jest żadne wsparcie.

– Zdaje się, że film polski dojadł stryjowi – odważa się zauważyć Anna.

– Skądże! Mam tam jak najlepsze stosunki. To, o czym mówię, możesz przeczytać w całej naszej filmowej prasie. Od lat się o tym pisze – i bez najmniejszego skutku. Pogarda dla reklamy dotyczy zresztą całej sztuki. Wyobrażasz sobie – stryj Anny, młodszy z braci Zakrzewskich, wciąż najwidoczniej niesyty sławy, w przeciwieństwie do swego brata zażywającego jej jedynie na resortowych konferencjach, gdy jego zakład wypracował jakiś nikły ułamek miliprocentu dochodu narodowego, ten młodszy brat, nie zastanawiając się nigdy nad mało efektownym trudem starszego, wiązał starannie krawat wydobyty spod sterty papieru – wyobrażasz sobie, co znaczy dla artysty dobry impresario?

– Och, jak by mi się teraz przydał! – wzdycha Anna.