Pozwólcie nam krzyczeć - Stanisława Fleszarowa-Muskat - ebook + audiobook

Pozwólcie nam krzyczeć ebook

Fleszarowa-Muskat Stanisława

4,5
24,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Młoda kobieta Magdalena zostaje skierowana do przymusowej pracy na niemieckiej prowincji. Trafia do niewielkiej miejscowości, gdzie prócz Polaków pracują także Białorusini, Ukraińcy, Francuzi i Belgowie. Pozostają pod nadzorem bawarskich pracodawców. Wśród bohaterów z obu grup są dobrzy i źli, a wojenny świat nie jest czarno-biały. Ich losy przeplatają się ze sobą pokazując przyjazne i mroczne strony ludzkich relacji. Magdalena, chcąc przetrwać w zastanej rzeczywistości, będzie zmuszona podejmować niełatwe decyzje.

Dalsze losy bohaterki zostały przedstawione w powieściach: "Przerwa na życie" oraz "Wizyta".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 661

Oceny
4,5 (136 ocen)
95
25
12
3
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aleksandraa_M

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie napisana opowieść o trudnych losach. Z chęcią wróciłam do niej po wielu latach 🤍
20
Jolzer

Nie oderwiesz się od lektury

Książka świetna, natomiast lektorka tragiczna. Czyta wszystko tak znudzonym głosem, że usypia.
Fanka50

Dobrze spędzony czas

polecam
00
kolaola

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniały styl! Kto teraz tak pisze?
00
Imka60

Nie oderwiesz się od lektury

Inny, ale przejmując obraz wojny, głównie uczucia ludzi nie sama wojna
00



Stanisława Fleszarowa-Muskat

Pozwólcie nam krzyczeć

Saga

Pozwólcie nam krzyczećZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1957, 2019 Stanisława Fleszarowa-Muskat i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726288162

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Nikt z was nie ma prawdziwej twarzy z tamtej rzeczywistości.

Jesteście syntezą wspomnień o wielu ludziach. I rezygnacją z wielu z nich.

Przychodziliście do mnie w ciągu długich dni i upominaliście się o swoje prawa. Byliście pewni, że tylko pamięć może uratować świat przed nowym strasznym głupstwem.

Udało się wam przekonać mnie. Musicie teraz dokonać tego samego w stosunku do wszystkich, z którymi zetkną was losy książki.

Rozstajemy się.

Idźcie w świat i mówcie ludziom to, co przez tyle godzin było rozmową między nami. To są sprawy wielkie i ważne: miłośći walka, cierpienie, klęski i zwycięstwa; ludzie od początku świata nie zaznali mocniejszych uczuć. Doznawaliście ich rozrzutnie. Obmywaliście twarze we wszystkich strumieniach, które biją z łona ziemi. W tym ostatnim także. Nie potrafiłam was przed tym obronić. Każdy z nas umiera wcześniej od swoich pragnień.

Mieliście wielką władzę nade mną, o wiele większą niż ta, która się wam należała. Podejrzewałam nieraz, że to nie ja wam, ale wy mnie dyktujecie swoje losy. Usamodzielniliście się tak dalece, że niekiedy przyszło wam robić jakieś głupstwa wbrew mojej woli i mówić słowa, których ani ja, ani nikt inny zabronić wam nie był w stanie.

Ale może właśnie dlatego, nawet dla mnie staliście się tak bardzo żywymi ludźmi, że uważałam was bardziej za partnerów w pisaniu, niż za bohaterów mojej książki.

Rozstajemy się nie na długo.

Wiem, że będę musiała podjąć wkrótce na nowo trud zapisywania waszego życia. Nie będzie mi zaoszczędzona żadna wasza troska, ale też i radości nie będziecie skrywać przede mną.

Czekają nas razem trudne lata. Będziemy musieli przekazać je w okrutnej szczerości tym, którzy od nas zechcą się uczyć niepojętej sztuki życia, a których nie będziemy mogli obdarzyć niczym więcej poza gorzką prawdą o błądzeniu po grząskich i poplątanych drogach, zawsze pod wiatr, pod cały smutek naszej epoki. Albowiem nawet wtedy, gdy udawało nam się wygrywać nasze małe walki – czuliśmy, jak znikomy jest nasz udział w tej wielkiej, w tej niekończącej się, której głuche odgłosy przycichły tylko na chwilę, aby świat mógł usłyszeć skrzypienie piór przy podpisywaniu oszukujących historię paktów.

Rozstajemy się, gdy zżera nas uczucie daremności.

Gdy znów trzeba krzyczeć.

Pozwólcie nam krzyczeć

I

Profesor szedł szybko długim korytarzem szpitalnym, wyprzedzając nieco swoich dwóch umundurowanych towarzyszy. Posługaczka w białym kitlu opuszczała właśnie papierowe zaciemnienie na wysokie okna. Tylko dwa w końcu korytarza świeciły jeszcze nikłym blaskiem zmierzchu.

Na dworze padał deszcz, powolny deszcz wiosenny. Kobieta popatrzyła chwilę na krople spływające po szybie, potem rozluźniła sznur rolety. Zwój papieru opadł z chrzęstem. Otwór okienny zgasł, jakby go nagłym chluśnięciem zalała fala ciemnego deszczu.

Profesor szedł w uciekające przed nim światło, ale zanim czarna zasłona opadła na ostatnie jego źródło, jakieś drzwi otworzyły się bezszelestnie, a jeden z towarzyszących mu ludzi powiedział cicho:

– To tutaj.

Pierwsze spojrzenie wchodzącego lekarza pada zwykle na chorego, ale wzrok profesora zatrzymał się najpierw na wysokiej postaci człowieka, który na jego powitanie wstał z krzesła.

„Ojciec” – pomyślał.

Profesor nie znał się na wojskowych dystynkcjach; generała od kaprala odróżniał raczej po kroju cholew niż po wzorach wyszywanych sutaszem. Naramienniki munduru Niemca lśniły jednak złotem zbyt natarczywie, aby mógł nie zauważyć tego szczegółu. Krótkim spojrzeniem obrzucił także jego twarz, szarą, powleczoną znużeniem tak głębokim, że zgasła jej barwa wydawała się prawie malarskim efektem przy świetnym kolorycie munduru.

Niemiec zbliżył się szybko do profesora i uścisnął mu rękę.

– Jest pan nareszcie – powiedział z ulgą.

Profesor nie lubił mieć do czynienia z ludźmi okazującymi mu zbyt wiele zaufania.

– O co chodzi? – zapytał sucho.

Siedząca przy łóżku pielęgniarka podniosła abażur lampki na stoliku – światło padło na twarz chorego, ale nie drgnął w niej żaden muskuł.

Profesor zdjął płaszcz, nałożył podany mu kitel; starannie zapinał guziki.

Młody lekarz niemiecki, którego światło lampki wydobyło z mroku przy łóżku, zdenerwowanym głosem opisywał wypadek. O ojcu mówił „Herr General” i schylał się w ukłonie, o synu „Herr Sturmführer” i nie kłaniał się, ponieważ tamten był tylko pacjentem.

Można było nie znać się na łacińskich terminach, których – prawdopodobnie ze względu na osobę ojca – nadużywał młody lekarz, można było nie rozumieć żadnego ze słów, które wyrzucał z siebie z pośpiechem, jakby to on miał za chwilę umrzeć, dręczony strasznym uczuciem niedopowiedzenia wszystkiego do końca. W barwie jego głosu była wieść o śmierci i profesor, przenosząc wzrok z jego rozgorączkowanej twarzy na blade oblicze hitlerowskiego dygnitarza, pragnął, żeby tamten to zrozumiał, żeby sam się tego domyślił, żeby tego nie musiał od niego usłyszeć.

Generał nie słuchał, co mówił lekarz. Wpatrywał się intensywnie w profesora.

– Mój syn ma dwadzieścia jeden lat – powiedział bez związku.

Profesor uczuł nagłe zażenowanie. Od początku wojny żył w bezustannym lęku, aż śmiesznym dla otoczenia. Każdy dźwięk dzwonka u drzwi był dla niego zapowiedzią nieszczęścia. Trzeba było z czegoś żyć, musiał więc na nowo podjąć się leczenia, o pracy naukowej i tak nie było mowy, bez pomocy i laboratorium – ale przyjmował chorych tylko z polecenia znajomych, i to w dość ścisłej dyskrecji. Operował w klinice przyjaciela za miastem. Wieczorami czytał Londona, Conrada i książki z Dzikiego Zachodu, wyszperane w bibliotece syna. Mówił wtedy, że wyjeżdża za granicę. Na widok niemieckiego munduru dostawał dreszczy. Teraz jednak jego potężny rozmówca w mundurze generała SS wydał mu się tak żałosny, że uczuł do niego prawie ugruntowaną pretensję za nielicujące z jego godnością zachowanie.

Pielęgniarka opuściła głowę, niemiecki lekarz zbliżył się do łóżka i gorliwie pochylił się nad chorym.

– Dwadzieścia jeden lat – powtórzył generał, zaglądając profesorowi w oczy.

Profesor odsunął się.

– No, tak – powiedział szybko. – Zobaczymy.

Badanie potwierdziło poprzednie przypuszczenia. Stan był beznadziejny: postrzał wątroby, z dużym krwotokiem wewnętrznym, za późno dana transfuzja. Zgon mógł nastąpić lada chwila.

Trzymając palce na pulsie chorego profesor dziwił się, że czuje jeszcze pod nimi to słabe drganie życia, ten wciąż jeszcze powtarzany meldunek istnienia.

– Kiedy to się stało? – spytał, żeby coś powiedzieć.

– W nocy.

– Jak to? I do tej pory...?

– Wypadek zdarzył się w lesie podczas polowania. – Niemiec szukał słów, aby nie powiedzieć niczego więcej ponad wyjaśnienia niezbędne lekarzowi.

Profesor zapytał pośpiesznie:

– Czy przede mną byli wzywani inni lekarze?

– Tak.

– Jaka jest ich opinia?

Profesor wiedział, że nie powinien był stawiać tego pytania. Ale skoro padło, nie zniżając spojrzenia czekał na odpowiedź.

Generał milczał. Chory poruszył się niespokojnie, jęknął. Dłoń zwisająca z łóżka rozwarła się i zamknęła gwałtownie. – To nie byli lekarze! – wybuchnął ojciec. – To były te wypędki, ci tandeciarze, którzy tu ściągają z Reichu. Byle młodszy asystent z Berlina jest tutaj dyrektorem szpitala.

Profesor zerknął kątem oka na niemieckiego młodszego kolegę. Stał oparty o ścianę z twarzą bez wyrazu w spokojnym oczekiwaniu zakończenia sceny.

– To nie byli lekarze. Co oni mogli mu pomóc? Pojęcia nie mają o ratowaniu człowieka. Ale pan! Pan! Tyle o panu słyszałem: znakomity polski uczony!

„Jeśli powiemy że nie będę operował, a on umrze – ojciec będzie pewny, że mógłbym go uratować, gdybym podjął się operacji – myślał profesor w popłochu. – Jeśli zacznę go operować, a on umrze mi pod nożem, wtedy i dla mnie nie będzie ratunku”. Profesor czuł, że na czoło występują mu krople potu. „Muszę mu powiedzieć!” – myślał gorączkowo, podczas gdy Niemiec powtarzał pośpiesznie:

– Pan! Tylko pan może go uratować. Mówiono mi, że wyjął pan odłamek granatu, tkwiący o milimetr od serca. W trzydziestym dziewiątym roku. Czy to prawda? Niech pan powie, czy to prawda?...

– Tak, ale to była jedyna rana, bez upływu krwi i ogólny stan chorego był...

– Pan nie sądzi chyba?... – głos Niemca drgnął i profesor zrozumiał, że niczego mu nie wytłumaczy.

– Proszę przygotować wszystko do operacji – powiedział do niemieckiego lekarza nie patrząc mu w oczy.

Kurt Eckelmann, dwudziestojednoletni Sturmführer, syn generała Eckelmanna – dowódcy dywizji SS na okupowanych terenach – umarł na stole operacyjnym, zanim profesor Łuminiecki zdążył wydać polecenie narkozy.

Ojciec przyjął jego śmierć z opanowaniem.

Gdy profesor wszedł do pokoju, żeby zabrać swój płaszcz, zastał go przy oknie z dłońmi splecionymi na piersiach. Odniósł wrażenie, że dopiero teraz widzi jego prawdziwą twarz: nieprzeniknioną tajemnicę naskórka i mięśni, przyzwyczajonych do kontrolowanego przez mózg układu.

– Odwiozę pana – odezwał się nagle, gdy profesor pośpiesznie narzucał palto.

Łuminiecki zastygł nie zdążywszy wciągnąć drugiego rękawa.

– Dziękuję – wyjąkał – proszę się nie trudzić.

Ale generał stał już w drzwiach i zapraszał go gestem do wyjścia. Idąc korytarzem wyprzedzał nieco profesora jakby popędzany niecierpliwym pragnieniem jak najszybszego wydostania się ze szpitalnych ścian, woni i ciszy.

Profesor postępował za nim. Wysoka, bardzo wyprostowana sylwetka Niemca wydawała mu się drażniącym szczegółem w białym krajobrazie szpitala, do którego przywykł od lat. Myślał, jak małą, jak żadną prawie rolę odegra w tragedii, której był świadkiem. Nie miał powodu, aby się bać. Wszystko stało się poza nim, poza zasięgiem jego interwencji. Nie można go było winić nawet za to, że przybył za późno. Wsiadł do samochodu w dwie minuty po zjawieniu się SS-manów w jego domu. A jednak – bał się. Dałby wiele za to, żeby generał zrezygnował z kurtuazji, którą mu chciał okazać, i pozwolił mu odejść ciemnymi ulicami, zanurzyć się w deszczu i mroku. Ale generał milczał, a profesor nie miał odwagi po raz drugi prosić go, aby zaniechał powziętego zamiaru.

Przed samochodem czekał młody, umundurowany kierowca. Gdy otwierał drzwiczki, profesor spostrzegł jego pełne żalu i zmieszania spojrzenie, jakim starał się przekazać generałowi swoje współczucie. Generał nie zwrócił ku niemu głowy, Wskazał profesorowi miejsce w tyle wozu, a sam usiadł z przodu, obok kierowcy.

Profesor przymknął oczy. Wóz ruszył miękko po gładkim cemencie szpitalnego dziedzińca. Gdy wyjechali za bramę, z ulgą powitał skręt w prawo, który był pierwszą nadzieją pomyślnego powrotu do domu. Wciąż nie podnosząc powiek czekał, przyczajony wewnętrznie, na każdy nowy zakręt, a gdy następował, kiedy przestawał się już go spodziewać, profesor opadał na poduszki samochodu, wyczerpany oczekiwaniem i lękiem.

Na prostym odcinku drogi myśl jego, uspokojona na chwilę, wracała do siedzącego przed nim człowieka, którego milczące cierpienie przyjmował jako jeszcze jeden objaw pychy jego narodu. W miarę jednak zbliżania się do domu profesor byłby może nawet skłonny wyrazić mu swoje współczucie – gdy nagle przez wpółotwarte okno wpadł gwałtowny, wilgotny powiew, w którym poczuł znajomy zapach Wisły.

Zaczął teraz myśleć o domu, o swoich dzieciach, o Zygmuncie, którego niewiadomy los mógł być także śmiercią. Poszedł na Węgry, ale czy przeszedł? Może nigdy nie będzie tego wiedział... Pozostawał jeszcze strach najbliższy o Magdalenę. I ona także była zagrożona. Wszyscy byli zagrożeni, ani jeden człowiek w kraju nad tą rzeką nie miał spokojnego dnia ani nocy. Ale ona... – profesor uczuł bolesne ukłucie w sercu – ona nie była przygotowana nawet na szczęście, a cóż dopiero na cierpienie. Począł się niecierpliwić, że samochód jedzie zbyt wolno. Chciał być już w domu, zobaczyć ją, upewnić się, że jest, że nic się jej nie stało.

Jechali przez most. Profesor uniósł ostrożnie powieki i patrzył długo na połyskującą w dole rzekę.

– Idź już! – powiedziała Magdalena. – Musisz się spieszyć.

– Zdążę – Andrzej wsunął ręce między jej plecy a mokry pień drzewa, pod którym stali. Padał drobny wiosenny deszcz. – Widzisz – powiedział – gdybyś się nie upierała, nie byłoby tych głupich odprowadzań i strachu przed godziną policyjną. Dlaczego właściwie nie chcesz?

Magdalena podniosła kołnierz płaszcza. Nie miała ochoty rozpoczynać codziennej dyskusji, która zawsze kończyła ich spotkanie. Ale wszystko wskazywało na to, że i ten wieczór nie będzie wyjątkiem.

– Nie kochasz mnie – szepnął Andrzej. Poruszyła się ze zniecierpliwieniem.

– Wszystko, co robię lub czego nie robię, sprowadzasz zawsze do tej jednej sprawy. A tymczasem jest wojna.

– Do licha z wojną! Może potrwać kilka lat, a ludzie muszą jednak żyć dalej. Jeść, ubierać się, żenić i rodzić.

– Daj mi spokój.

– Mówię, jak jest. Zobacz, jak się zachowują inni.

– Nie mam ochoty na udawanie życia.

– A na co masz ochotę?

– Nie wiem. Och, nie wiem!

Deszcz padał coraz gęstszy.

– Dobrze – rzekł Andrzej cierpko. – Nie rozstrzygniemy tego problemu na pięć minut przed godziną policyjną.

Magdalena dotknęła dłonią jego policzka.

– Nie gniewaj się – powiedziała łagodnie. – Musisz mnie zrozumieć.

Wciąż stali wsparci o siebie, czując własne oddechy. Ciemne niebo zamykało się nad nimi nisko, jak parasol, którego nie mieli.

– Rozumiem cię – rzekł cicho. – Chodź, odprowadzę cię do domu.

– Nie, nie odprowadzaj mnie już dalej. Pójdę sama, do mnie już blisko, a ty mógłbyś nie zdążyć.

– I jutro będzie znów to samo – westchnął Andrzej.

Magdalena jeszcze raz pogładziła go po policzku.

– Jutro! – powiedziała z udaną wesołością. – Jakże wiele spodziewasz się od życia!

Pobiegła przed siebie. Dopóki słyszała oddalające się kroki Andrzeja, czuła się bezpieczna. Kiedy ucichły – tylko cień mijanych drzew dodawał jej odwagi. Poczęła je liczyć, zawsze je liczyła wracając do domu.

Zatrzymała się, rozpoznawszy przód bramą ciemny kształt samochodu i ojca stojącego z jakimś człowiekiem w mundurze. Krzyknęła i w jednej chwili była przy nim. Ojciec przygarnął ją do siebie. Poczuła, że drży.

Niemiec był już przy samochodzie, teraz jednak – zawrócił. Podchodził bardzo powoli, bardzo powoli przemierzał tę małą przestrzeń, która ich dzieliła. Być może, gdyby ją przebył normalnym krokiem, profesor nigdy by tego nie uczynił, ale w tym zbliżaniu się, pozbawionym jakiegokolwiek pośpiechu, objawił mu się zamiar tak okrutny, że krzyknął, oderwał Magdalenę od siebie i pchnął ją w ciemność.

Rzuciła się z powrotem w aleję, w rząd przyjaznych drzew, które znała od dziecka. Teraz jednak był to odsłonięty szlak, który mógł ją wydać pierwszemu błyskowi reflektora.

Skręciła w boczną ulicę, biegła pod domami, nie zatrzymując się i nie oglądając się za siebie. Wreszcie przystanęła, żeby nabrać tchu. Z przeciwległego kierunku zbliżał się odgłos twardych, równo odmierzanych kroków patrolu.

Pchnęła bramę, pod którą przystanęła. Była zamknięta. Zaczęła w nią walić pięściami, uderzać kolanem, ale nie ustępowała. Wtedy odwróciła się i zaczęła uciekać w stronę, z której nadbiegła. Ulica wydała się jej kamiennym wąwozem, w którym każdy krok zdradzał ją dudniącym echem. I wydawał pogoni.

II

Magdalena nie od razu mogła zdobyć się na ocenę sytuacji, w jakiej się znalazła. Wśród wszystkich uczuć, jakich doznawała, dominowało zaskoczenie. Nie rozumiała nic z tego, co się stało. Ostatni uścisk Andrzeja, krzyk ojca, ucieczka – i oto stuk kół wagonu, ciemność za oknami i bliskość oddechu ludzi, których twarzy nigdy nie widziała. Rozmawiali – usiłowali przewidzieć, jaka dostanie się im praca. Poruszyła ramionami, chciała obudzić się z tego złego snu, bo przecież to musiał być sen. Ale nie obudziła się, sen trwał – przerażający i duszny od stłoczonych ciał, płaczliwych głosów i przekleństw.

Gdy pociąg pędził przez noc, coraz bardziej odległą od nocy własnego domu i miasta, Magdalena czuła swoją klęskę tym dotkliwiej, że przyjmowała ją jako klęskę podwójną. Gdybyż to przynajmniej była kara! Gdyby można doznać choćby tej pociechy, że czegoś się dokonało, że to jest odwet, a nie przypadek.

Siedziała wciśnięta między jakieś dwa ciepłe istnienia ludzkie, zadowolona nieomal, że jest tak ciasno i gorąco, że wokół nie ma ani jednego centymetra na fizyczną samotność. Ludzie ukołysani rytmem pociągu, zmęczeni przeżyciami, milczeli.

Magdalena patrzyła na iskry, których lot czerwoną linią przekreślał ciemny prostokąt okna. Bolały ją szczęki, dopiero teraz uzmysłowiła sobie, jak bardzo miała je przez cały czas zaciśnięte. Przytuliła się do kogoś, kto siedział obok niej. Znów ucieszyła się, że jest tak ciasno.

Dzień i noc, dzień i noc toczył się pociąg po niemieckich szynach, przystawał na jakichś stacjach, odpoczywał na bocznych torach. Wtedy było najgorzej. Kilkugodzinne patrzenie na ten sam wykrój niemieckiego krajobrazu było nie do zniesienia. Zresztą krajobraz był wszędzie taki sam. Spoglądające z okien tego pociągu oczy nie dostrzegały gór, lasów ani rzek. Wszędzie głównym i jedynym motywem pejzażu były mundury. Gdy one zjawiały się w przestrzeni widzenia, znikało z niej wszystko, wszelka inna barwa i kształt. Pozostawała zieleń koloru feldgrau – jedyna uroda tego kraju.

Gdy pociąg ruszał, wszyscy oddychali z ulgą.

Po drodze ubywało pasażerów. Na większych stacjach zjawiali się przedstawiciele miejscowych Arbeitsamtów, otwierali drzwi wagonów i wygarniali część ludzi. Poddawali ich przy tym jakimś specyficznym, błyskawicznym oględzinom, które ograniczały się do jednego wprawnego spojrzenia. Jeśli miasto było duże i przemysłowe, ludzie kurczyli się na ławkach, usiłowali pomniejszyć swój wzrost, odebrać inteligencję rysom twarzy. Żeby tylko nie podobać się taksatorskim spojrzeniom, żeby pojechać dalej. Duże miasta odstraszały groźbą bombardowań i głodu.

Podczas tych scen kupieckich Magdalena zachowywała się obojętnie. Siedziała bez ruchu na swoim miejscu, nie wykazując zainteresowania ludźmi, którzy ją oglądali. Zresztą rezygnowano z niej skwapliwie. Najbardziej optymistyczny urzędnik nie mógł sobie wyobrazić, żeby mogła pomóc w czymkolwiek Trzeciej Rzeszy. Jechała więc – nie bez mściwego zadowolenia – dalej.

Z południowych okien wagonu widok wznosił się w pofalowaną linię wzgórz zieleniejących nieśmiało. Na stacjach zaczęli się pojawiać mężczyźni w śmiesznych kurtkach z rogowymi guzikami. Przez okna stacyjnych budynków wyglądały dziewczęta w śmiałych dekoltach białych bluzek o bufiastych rękawach. Na tych stacjach ludzie z transportu wysiadali z ochotą, zresztą było ich coraz mniej. Północne miasta o dymiących kominach miały pierwszeństwo w dostawie ludzkiego towaru.

Na którejś stacji, reprezentowanej przez piętrowy domek o zielonych okiennicach, wygarnięto pociąg do czysta.

W pochodzie przez miasto w drodze do Arbeitsamtu kroczyła również i Magdalena. Nie miała żadnych bagaży, szła z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie płaszcza, wciąż mimo czterodniowej podróży – śmiesznie za elegancka, jak na to bawarskie miasteczko. Spoglądała na mijane ulice obojętnym wzrokiem znudzonego turysty. Wysokie obcasy jej pantofelków chwiały się na nierównym bruku.

W gospodzie „Grüne Wiese”, mieszczącej się obok okazałego budynku Arbeitsamtu, siedzieli niecierpliwiący się bauerzy. Czekali tu od rana, wypili już niezliczoną ilość piw, które w ogólnym rozrachunku obciążały koszty handlowe nabycia nowej siły roboczej. Urzędnikom Arbeitsamtu też szybko wysychało w gardle, a Trzecia Rzesza nie przewidywała funduszów reprezentacyjnych, przynajmniej w takich okolicznościach.

Niewielka salka gospody pustoszała szybko. Bauerzy chwyciwszy zdobycz wynosili się pośpiesznie. W końcu Magdalena została prawie sam na sam – nie licząc zaspanej bufetowej – z kierownikiem Arbeitsamtu.

Herr Piersch spoglądał na nią spode łba. Stu dwudziestu robotników rozdał okolicznym chłopom w ciągu krótkiego popołudnia, z nią jedną siedział do późnego wieczora, zachwalając ją każdemu, kto nieopatrznie pokazał się w drzwiach. Na próżno!

Magdalena zaczęła odczuwać coś w rodzaju złośliwej satysfakcji. Przybrała pozę wyszukanie niedbałą. Na ulicy przed oknem gospody zebrała się pokaźna grupka osób. Polacy wciąż jeszcze budzili sensację. Piersch wstał i rozpędził zbiegowisko, klnąc głośno i z upodobaniem. Kulał na lewą nogę. Stracił ją pod Kutnem w polskim Feldzugu. Skrzypiąca proteza przypominała mu przy każdym kroku, że Polacy są nie tylko wrogami jego narodu, ale także jego prywatnymi wrogami, a to znaczyło o wiele więcej.

Sam gospodarz „Grüne Wiese” postawił przed nim kufel piwa. Magdalena liczyła skrupulatnie, był to już siódmy, za który po odejściu chłopów musiał płacić sam. Poza skrzypieniem protezy był to bez wątpienia drugi powód niechęci do niej.

Pod oknem znów zatrzymało się kilku ludzi. Piersch pogroził im pięścią, ale ci nie rozeszli się tak prędko. Byli to jeńcy francuscy pod eskortą obłaskawionego sardynkami strażnika. Nie bali się Niemców, a lubili Polki.

Tymczasem w drzwiach gospody stanął gość, ku któremu Piersch rzucił się z wyciągniętymi rękoma. „Ten mnie zabierze” – pomyślała Magdalena. Miał na sobie zieloną kurtkę i miejskie, nieokreślonego koloru spodnie. Był wysoki i chudy. Trochę rudawy. Wygląd Polki zastanowił go, ale nie odstraszył. Po kilku słowach wyszedł na jaw powód tego optymizmu. Thalhammer – tak się nazywał – nie brał Magdaleny dla siebie, lecz dla swego krewnego, Wimmera, który nie mógł sam przyjechać do miasta i prosił jego o tę przysługę.

Piersch w obawie, aby klient nie rozmyślił się, wycofał się czym prędzej. Nie zapomniał jednak pobrać od Thalhammera osiemnastu marek, co stanowiło w jakiś dziwny sposób obliczoną wartość Magdaleny. Patrząc jak Thalhammer odlicza zmięte papierki pomyślała, że wobec tego, co się dzieje na świecie, śmieszne byłoby nawet oburzać się na sam fakt sprzedaży. To cena! Cena była wręcz obrażająca.

Thalhammer miał talent towarzyski, ale Magdalena nie czuła się na siłach, aby należycie go ocenić. Ponieważ do odejścia pociągu zostało jeszcze nieco czasu, postawił jej piwo i sam pociągając z olbrzymiego kufla z pokrywką dziwił się, że nie pije. Była piekielnie głodna i powiedziała mu o tym. Niestety, Thalhammer jako tak zwany Selbstversorger nie posiadał kartek, a bez nich nie można było się pożywić na całym obszarze zwycięskiej Rzeszy.

Gdy opuścili wreszcie gospodę, cmokania i psykania Francuzów odprowadzały ich aż do zakrętu ulicy. Francuzi siedzieli na werandzie pod dachem budynku. Któryś z nich rzucił Magdalenie pudełko papierosów. Nie schyliła się po nie. Thalhammer zatrzymał się na chwilę, ale wnet ruszył za nią.

– Ładnej dziewczynie łatwiej przeżyć wojnę niż nam mężczyznom – powiedział.

Magdalena nie wiedziała, do czego zmierza. Wyczuła raczej, niż zrozumiała, jego grube intencje.

Milczała przez cały czas podróży – zresztą krótkiej. Waldgrube leżało o dwie stacje od miasta. Murowany dworzec wyglądał przyzwoicie. Pobliskie Monachium wywierało dodatni wpływ na ukwiecenie trawników, blask posadzki poczekalni i czystość tiulowych firanek w oknach mieszkania zawiadowcy. Kilka kroków za dworcem płynęła płytka, ale wartka rzeczka. Woda śmiała się srebrzyście na białych kamieniach dna. Po obydwu brzegach jeżyły się kładki. Kobiety w podkasanych spódnicach prały na nich bieliznę. Magdalena mimo woli podniosła kołnierz płaszcza. Padał deszcz ze śniegiem. Przeszli przez most i skręcili w stronę kościoła, osłoniętego aż po nasadę gotyckiej wieży nagimi jeszcze konarami drzew starego cmentarza. Po drugiej stronie drogi stał długi, biały dom, zamykający czworobok dużego gospodarstwa.

– To tutaj! – wskazał Thalhammer nie bez dumy. – Wimmer to najbogatszy gospodarz we wsi!

Magdalena nie miała ambicji tego rodzaju i Thalhammer nie doczekał się błysku podziwu w jej oczach.

Weszli do kamiennej, długiej sieni, a stamtąd do izby umeblowanej najdziwniej pod słońcem. Obok prostych, zaledwie oheblowanych ław i stołów stało w kącie pianino, połyskujące powierzchnią orzechowego forniru. Obok solidne biurko, a na nim wspaniały aparat radiowy. Między biurkiem a pianinem mieścił się okazały kosz, przykryty płótnem, spod którego żółte gąsięta przyglądały się przybyłym, ciekawie przekrzywiwszy łebki. Lewy kąt pokoju ozdobiony był starym kredensem pozbawionym górnych drzwiczek, wskutek czego obfita zawartość półek – składająca się ze starych gazet, szmat, czapek, resztek kożuchów – sypała się na ziemię w malowniczych zwisach.

W izbie, oprócz gąsiąt, nie było nikogo. Thalhammer zakaszlał, ale bez skutku. Gąsięta odpowiedziały uprzejmie nieokreślonym jakimś dźwiękiem. Zajrzał do sąsiednich izb – były puste. Dopiero gdy stanąwszy w sieni krzyknął, nie wiadomo komu posyłając jakieś słowa, na górze rozległy się człapiące kroki, a na podwórzu zapiał szeroko chłopięcy głos:

– Hermann! Hermann!

Postać, która zeszła z góry, była panią Wimmerową. Jakaś bezlitosna choroba zgięła ją wpół, tak że głowa jej znajdowała się na wysokości piersi Magdaleny. Z wysiłkiem prostując się obserwowała ją z dołu, obrzucając jej twarz nieufnym spojrzeniem ludzi upośledzonych. Thalhammer mówił coś do niej, ale Magdalena, choć nieźle znała niemiecki, nie mogła zrozumieć dialektu, którym na wsi zaczął się posługiwać. Frau Wimmer milczała.

Nagle w sieni rozległ się męski głos i jakby trzask rzucanego drzewa. Otworzyły się drzwi i stanął w nich, na tle malowniczej grupy cisnących się do izby ciekawskich, wysoki mężczyzna. Na nogach miał tylko grube skarpety, widoczne spod niezapiętych na sprzączki sportowych spodni. Drewniaki pozostawił w sieni.

– Hermann! – wyciągnął do niego rękę Thalhammer – zobacz, kogo ci przywiozłem.

Młody Wimmer, tak jak i jego matka, milcząco wyrażał niezbyt ugruntowany zachwyt nad osobą Polki. Przede wszystkim zawrócił do drzwi i zamknął je przed nosem ciekawych. Ci zresztą natychmiast przenieśli się pod nie domknięte okno.

Stali we czworo nieruchomo na środku izby. Nikt nie przemówił ani słowa. Gąsięta tylko od czasu do czasu odzywały się nieśmiało.

– Nie chcę u was zostać! – wybuchnęła Magdalena. – Nigdy tu nie zostanę! Puśćcie mnie! Puśćcie mnie do mego domu! – Czuła, że za chwilę się rozpłacze. Apatia, która nią zawładnęła od momentu znalezienia się w pociągu, opadła nagle, ustępując panicznej potrzebie działania. Wydało się, że dlatego rozporządzają nią jak przedmiotem, bo na to pozwala, bo się nie broni.

– Nigdy tu nie zostanę! – krzyknęła. – Nigdy! – Znów nikt nie odpowiedział. Wimmer pochylił się ku Thalhammerowi i mówił coś do niego. Głowy ciekawych wypełniły szczelniej okno. Gąsięta usypiały w swoim koszu. Wreszcie Wimmer, machnąwszy ręką, podszedł do biurka i wyjął z szuflady pieniądze. Osiemnaście marek. Gdy Thalhammer przeliczywszy starannie schował je do kieszeni, sprawa stała się jasna: Magdalena była własnością Hermanna Wimmera we wsi bawarskiej Waldgrube.

Na dworze zaczął padać deszcz. Ciekawi rozeszli się spod okna. Ruszył także Thalhammer. Mieszkał w sąsiedniej wsi, miał jeszcze przed sobą cztery kilometry drogi. Po jego wyjściu Magdalena próbowała znów protestować. Wygłosiła dłuższy monolog, w którym streściła swoje życie aż po spotkanie przed domem, nie szczędząc informacji o umiejętnościach, które nabyła na uniwersytecie, a które chyba u państwa Wimmerów nie znajdą zastosowania. Matka i syn słuchali w skupieniu.

Na Boga, musieli chyba rozumieć każde jej słowo. Mówiła przecież wyraźnie, tak okrągło układając zdania, jak sobie tego życzyła w gimnazjum jej ostatnia nauczycielka języka niemieckiego. Milczeli jednak uparcie, matka z opuszczoną głową, a Hermann z utkwionym w Polkę spojrzeniem. Gdy wciąż mówiła, przeplatając zdania groźbą i błaganiem, odwrócił się i począł wolno odchodzić w stronę drzwi. Przystanął i spojrzał na nią przez ramię. Potem wyszedł nakładając z trzaskiem drewniaki. Wimmerowa wyszła również, ale po chwili wróciła z kubkiem mleka i kawałkiem chleba. Bez słowa postawiła jedzenie na stole.

Magdalena czuła dotkliwy głód, ale wiedziała, że przełknięcie choćby kęsa będzie oznaczało kapitulację. Stała wciąż pośrodku izby, a Wimmerowa nie zamierzała zapraszać jej do jedzenia. Patrzyła na nią przez chwilę, potem poprawiła coś w koszyku z gąsiętami i wyszła z izby. Magdalena – po raz pierwszy sama od kilku dni – poczuła w sobie jakby rozluźnienie jakiejś wielkiej sprężyny. Teraz, gdy wiedziała, że nikt na nią nie patrzy, osunęła się na ławkę, ukryła twarz w dłoniach. Nagle od strony okna dobiegł ją szmer. Podniosła głowę. Na niskim parapecie siedział może dwunastoletni wyrostek, bawiąc się pomarańczą.

– Ja jestem Franzl – powiedział spotkawszy jej spojrzenie. – Służę u Hermanna, starszych parobków zabrali do wojska. Mego brata także, jest we Włoszech. Wiesz, gdzie to jest?

A gdy Magdalena nie odpowiadała, dodał:

– Przysyła mi pomarańcze. Jadłaś już kiedy pomarańcze? Spróbuj!

Złota kula, rzucona ręką chłopca, zatoczyła łuk w powietrzu i spadła na kolana dziewczyny. Ujęła ją w palce i poczuwszy jej zapach wybuchnęła nagle gwałtownym płaczem.

III

O niedzieli marzyła Magdalena przez cały tydzień, przez wszystkie jego twarde dni. Tydzień był jednak potwornie długi, a niedziela przechodziła jak krótkie mgnienie. Ten brak proporcji między marzeniem a rzeczywistością wydawał się Magdalenie jeszcze jedną krzywdą. Niedziela była bowiem jedyną tęsknotą, na jaką sobie pozwalała bez obawy przed rozprzężeniem wewnętrznego regulaminu. Tęsknić za domem, rodzicami i Andrzejem – to było zbyt niebezpieczne.

Pierwsze dni przeszły szybciej, niż mogła się spodziewać. Wracała wieczorem do swojej izby nad spichlerzem i zasypiała natychmiast po zwaleniu się na łóżko. Zmęczenie fizyczne zabijało wszelkie inne uczucia i ono uratowało Magdalenę od rozpaczy. Potem przyzwyczaiła się. Bez rezygnacji jeszcze, bo przecież co tydzień jeździła uparcie do lekarza Arbeitsamtu, domagając się zwolnienia, ale wewnętrznie godziła się już ze swym losem i próbowała tak zorganizować sobie pracę, aby jakoś oszczędzać siły. U Frau Wimmer uzyskała zezwolenie na przysyłanie paczek pod jej adresem. Miała więc odzież i żywność, żywność nawet w nadmiarze. Widocznie matka i Andrzej sądzili, że głoduje. Listy z domu rozstrajały ją, zanim nauczyła się czytać je z pobłażliwością. Wszystkie akcenty tragiczne łagodziła niezawodnie aplikowaną formułką, że „przecież mogłam trafić gdzie indziej”. Wtedy nawet Frau Wimmer stawała się uroczą kobietą, a płukanie bielizny na kładce – nieomal rozrywką towarzyską, zważywszy, że niemieckie kobiety były wciąż ciekawe Magdaleny.

Nauczyła się obserwować. Teraz dopiero zrozumiała, jak niewiele wiedziała o życiu. Później może zacznie kochać lub nienawidzić, teraz odbierała wrażenia z zimną dokładnością rejestratora. Zdumiewał ją mechanizm świata. Usiłowała znaleźć w nim jakieś tymczasowe miejsce dla siebie.

Sześć dni tygodnia oddawała Wimmerom, siódmy pragnęła zachować dla siebie. Nie było to zbyt łatwe. Niedziela zaczynała się pozornie tak, jak wszystkie inne dni tygodnia. Wrzask Hermanna na podwórzu, a krótko po nim tupot bosych stóp chłopców zbiegających po schodach. To był poranek.

Chłopcy, a żaden z nich nie miał więcej niż szesnaście lat, zdumiewająco mało czasu poświęcali na toaletę. Jedyną ich czynnością po zerwaniu się z łóżka było śpieszne naciąganie spodni. Przez zwykłą, zaostrzoną nieco egzotyką warunków ciekawość, śledziła Magdalena, czy myją się kiedykolwiek. Owszem, oddawali się niekiedy tej ryzykownej czynności, ale tylko w niedzielę przy użyciu mydła; w dni powszednie wystarczało opłukanie rąk w pełnym roztargnienia biegu od gnoju do śniadania. Horst, najstarszy parobek, sprawujący przy stole dla służby specjalną godność, coś w rodzaju „pater familias”, kroił potem tymi rękami chleb dla wszystkich, wrzucając duże kawały do wspólnej miski z zupą, z której wszyscy sprawiedliwie czerpali. Magdalena naraziła mu się już pierwszego dnia, gdy powiedziała, że zupy ze wspólnej miski jeść nie będzie. Frau Wimmer pozwoliła jej pić mleko. Mleka zresztą było tu pod dostatkiem.

Co dnia odciągała Magdalena kilka litrów śmietanki, z której następnie robiła masło, niekonsumowane prawie nigdy w stanie świeżym. Gospodyni topiła je natychmiast, aby powiększyć zapas tłuszczu, zalegający w konwiach i garach wszystkie kąty spiżarni. Zważywszy, że Frau Wimmer nie szafowała tłuszczem we własnym gospodarstwie, a jeszcze oszczędniej zaopatrywała weń swoją miejską rodzinę, można było mieć nadzieję, że wysiłki trzydziestu sześciu dojnych krów Wimmerów pozwolą im na beztroskie przeżycie wojny. Na odcinku masła oczywiście.

Krowy były powodem najstraszliwszych w ciągu dnia przeżyć Magdaleny. W zasadzie opiekowała się nimi Szwajcarka Adela – krzepka, czerwona na twarzy i nogach, wyposażona przez los w ogromne łagodne oczy, a przez nikomu nieznanego osobnika w czteroletniego synka. Wśród codziennych czynności przy krowach znalazło się jednak zajęcie również i dla Magdaleny.

Po porannym udoju Adela wypędzała bydło na łąkę za kościołem. Krowy uwolnione z łańcuchów wydostawały się na podwórze i w wesołych podskokach gnały wprost na kwietne rabatki, kryjące wokół kościoła śmiertelne szczątki pomarłych obywateli Waldgrube.

Aby temu zapobiec, wystarczałoby najprostsze zamknięcie bramy, ale Frau Wimmer była innego zdania. Uważała, że przez codzienne poruszanie bramy (w rzeczywistości nie zamykało się jej nigdy) może ona ulec szybkiemu zepsuciu. Dlatego też wymyślono środek zastępczy. A była nim Magdalena, stojąca pośrodku przejazdu z ogromnym drągiem w ręku. Miała w ten sposób bronić bramy, ale z równym skutkiem mogłaby powstrzymać atak dywizji zmotoryzowanej. Nie mogła sobie wyobrazić, aby jej postawa była wystarczająco groźna. To samo myślały chyba krowy, bo lekceważyły ją wyraźnie. Była dla nich przeszkodą tak znikomą, że chyba w ogóle jej nie zauważały. Próbowała mężnie stawić im czoło, opierała się z większym lub mniejszym powodzeniem, gdy nacierały pojedynczo. Z chwilą jednak gdy krowy z zadartymi wysoko ogonami pędziły całym stadem, Magdalena załamywała się psychicznie i równie pełna wstydu, jak przerażenia szukała ratunku na płocie. Tymczasem krowy spacerowały już po cmentarzu kościelnym, zaspokajając pośpiesznie ranne apetyty.

Z reguły wybuchała awantura – mniejsza lub większa, zależnie od tego, czyj grób obżarły z kwiatów. Największy popłoch wywołało objedzenie wiosennych bratków na grobie niedawno zgasłej Frau Bürgermeister. Cała wieś trzęsła się z oburzenia.

I niedziela nie była wolna od zwykłego rytuału wypędzania krów na pastwisko. W niedzielę jednak zagrożonej pozycji bronił Franzl, niepracujący w tym dniu na polu.

Po pośpiesznym obraniu ziemniaków na odświętną Kartoffelsalat i przygotowaniu twardych knedli z chleba Magdalena udawała się do kościoła na uroczystą sumę. Był to dla niej jakiś specjalny rodzaj niedzielnej rozrywki – do kościoła przychodziła cała wieś.

Siedząc w wysokiej ławce pod boczną ścianą obserwowała modlących się, czując równocześnie na sobie ich natrętne spojrzenia.

O co mogła się modlić Frau Wimmer? Magdalena patrzyła na jej zgięte plecy, na wzniesione ku świętym w ołtarzu oczy, których spojrzenie i tu – ze względu na jej kalectwo – robiło wciąż wrażenie spojrzenia spode łba. Pewnie prosiła, żeby Pan nadal nie powoływał do wojska ani jednego z jej trzech synów. Przecież uprawiali bawarską ziemię tylko po to, aby żołnierze na froncie mieli chleb, a może nawet i Zwieback. Frau Wimmer osobiście wysyłała co miesiąc Feldpostpäckchen czterem swoim parobkom i nigdy nie zapominała o Zwiebacku. A kto by doglądał gospodarstwa, gdyby Hermanna powołano do wojska? Hermanna z Waldgrube, Hansa z Asenham i Franza z Kirchdorfu? Tam pożenili się i tam mieli swoje gospodarstwa, ale Frau Wimmer zanosiła modły na ich intencję do starych znajomych świętych w głównym ołtarzu kościoła w Waldgrube, z uczuciem gwarancji tak pewnej, jak po wizycie u żony znajomego dygnitarza w Monachium, której zobowiązała się dostarczać pięć kilogramów masła miesięcznie.

Obok Frau Wimmer klęczała Westnerowa. Ona chyba nie modliła się o nic, najwyżej wzdychała dziękczynnie do Matki Boskiej, gdyż nigdy nie działo się jej tak dobrze jak teraz. Owdowiała na pięć lat przed wojną, a mąż – robotnik w pobliskim tartaku – nie zostawił jej żadnych zapasów. Chodziła, szukając roboty, od gospodarstwa do gospodarstwa, ale nie zawsze udało się coś znaleźć. Ludzi do pracy było wiele, młodych i silnych, a Westnerowej przeskoczyła już pięćdziesiątka. Klepała wdowią biedę bez nadziei na poprawę losu, gdy nagle, jak wybawienie, wybuchła wojna. Posypały się powołania dla mężczyzn. Kobiety musiały ich zastąpić. Młode dziewczęta zabrano do przemysłu i stara Westnerowa stała się osobą najbardziej pożądaną we wsi. Najbogatsze gospodynie zabiegały o jej pomoc. Siedziała więc teraz w pierwszej ławce przed ołtarzem, syta; zadowolona i spokojna. Na froncie nie miała nikogo, nie wypłakiwała więc oczu po nocach jak Lotte Meinz, której zachciało się wyjść za swego Berta, zanim zdążył wsiąść w pociąg i pojechać gdzieś do Norwegii.

Lotte klęczała przy balustradzie otaczającej ołtarz z twarzą ukrytą w dłoniach. Może płakała? Magdalena zastanawiała się, czy mieli chociaż noc poślubną, zanim Bert wsiadł do tego pociągu. Wygląd figury Lotte dostarczał natychmiastowej i niezbitej odpowiedzi na to pytanie. Modliła się chyba o tę – nie zawsze udzielaną wojennym matkom – łaskę, aby ojciec mógł ujrzeć swoje dziecko.

Starzy Bramsowie siedzieli w ławce, przytuleni do siebie jak para siwych gołąbków. Zawsze tak trzymali się razem, spłoszonymi oczyma wodząc po świecie. Oni także nie mieli o co się modlić – może tylko o rychłą śmierć. Tam „po drugiej stronie”, jak mówił dziadek Brams, mieli tylu swoich. Tu – nikt już nie został. Nawet Willi tam był, jedyny wnuk po zmarłej córce. Padł pod Rommlem w Afryce na drugi dzień po wylądowaniu. W szafie został jego nowy garnitur, który kupił sobie za pierwszą pensję w biurze kreślarskim w Passau.

Modlitwy Bramsów nie miały nic wspólnego z wojną, ale Herr Bürgermeister, stojący pod lewym filarem – o, ten miał zdecydowanie urzędową rozmowę z Panem Bogiem. Od kiedy Frau Bürgermeister przeniosła się do wieczności, stracił ostatnią więź, jaka łączyła go z Waldgrube i wreszcie mógł myśleć, aby – jak inni – robić karierę. Do licha, nie zamierzał przecież wiecznie siedzieć w tej dziurze! Ileż to pięknych miast w Czechach lub Polsce czekało na jego inwencję. A Francja? Dlaczegoż by nie Francja? Herr Bürgermeister lubił wino, a jako wdowiec miał prawo myśleć i o innych przyjemnościach. Małe wyobrażenie francuskich rozkoszy dawał ozdobny wygląd Frau Pinkel, której mąż – jak mówiła – okupował Paryż. Frau Pinkel przystrojona była w jedwabie od nóg, których zdrowa czerwień przebijała przez cienką przędzę pończoch, po czubek głowy, na której powiewała barwna francuska chustka.

Becherowie klęczeli daleko od siebie. Cała wieś wiedziała, że są poróżnieni. Papa Becher, z Hakenkreuzem w klapie, patrzył Panu Bogu prosto w oczy. O nic się nie modlił, o nic nie prosił. Piersi rozsadzała mu pycha. To on był tym, który dał wszystko, wszystko ofiarował. Nikt mu nie może powiedzieć: „Herr Becher, pan pożałował synów swojej niemieckiej ojczyźnie”. Führer może być z niego dumny. Ale Frau Becher płakała. Magdalena widziała wyraźnie, jak ciemną, spaloną słońcem dłonią ociera łzy, które nie przestawały płynąć. Odwracała wtedy głowę w bok, aby mąż stojący opodal nie dostrzegł tych zakazanych łez. Bo Frau Becher nie dorosła do ideału kobiety niemieckiej, nie potrafiła cieszyć się z tego, że jej synowie sami zgłosili się na wojnę. Jej głupie, ludzkie serce wciąż zamiast dumy czuło tylko strach i żal, i tęsknotę.

Magdalena przymknęła na chwilę oczy. Nie, nie chciała się modlić. Jej myśli wciąż czepiały się cudzych spraw, żeby nie myśleć o własnych. Wszystko pozbawione było sensu. Pragnienia modlących się w Waldgrube nie zgadzały się z pragnieniami modlących się w Polsce. A przecież i jedni, i drudzy mieli jakieś swoje sprawiedliwe racje i dobry Pan Bóg będzie musiał sobie porządnie nałamać głowy, komu przydzielić radość, a komu smutek.

Przynajmniej te wątpliwości nie nękały księdza Manholda, miejscowego proboszcza, wznoszącego właśnie przy ołtarzu do góry dłonie. Kiedy ten człowiek kłamie – zastanawiała się Magdalena – czy teraz, kiedy oficjalnie modli się o zwycięstwo, czy też kiedy wieczorem, wysłuchawszy Watykanu, mówi jej, że już niedługo, że trzeba wytrwać?

Księdza Manholda poznała Magdalena wkrótce po przyjeździe do Waldgrube. Bliskie sąsiedztwo zwróciło dość wcześnie uwagę księdza na niezwykłego we wsi przybysza. Któregoś dnia Magdalena kopała grządki tuż przy drodze, gdy ksiądz przechodząc zagadnął nieśmiało:

– Grüss Gott! Fraulein!

Odpowiedziała przestając kopać, oparłszy się na łopacie znużonym ruchem kobiet pracujących w polu. Ksiądz był rumiany i okrągły. Spokój ducha wpływał zapewne dodatnio na jego apetyt.

– Chcieliśmy panią prosić – zaczął ksiądz, patrząc na wilgotną od wiosennej ziemi łopatę – to znaczy, moja siostra i ja, chcieliśmy prosić, żeby nas pani odwiedziła. Jesteśmy obydwoje starzy, zapewne mało atrakcyjni, ale pani czuje się chyba bardzo sama.

Przytaknęła głową.

Gdy przyszła po raz pierwszy, ksiądz i jego siostra z trudem hamowali ciekawość, zrozumiałą w zetknięciu się z cudzoziemką. Chcieli zapewne wiedzieć, w jaki sposób dostała się do Waldgrube, skąd pochodzi i jak wygląda teraz jej kraj. Nie zapytali jednak o to wprost, a ona bawiła się z nimi, opowiadając o wszystkim, tylko nie o tym, czego byli najciekawsi.

Ale nadszedł wieczór po dniu dotkliwszym niż inne i Magdalena sama zapragnęła zwierzeń. Ksiądz i jego siostra słuchali w zdumieniu. Prawda, której pragnęli, przeraziła ich. Lepiej, wygodniej było jej nie znać. Ksiądz Manhold uczuł zakłopotanie. Modlił się przecież za tych, którzy tak niesławnie poczynali sobie w krajach okupowanych. Czy mógł dalej twierdzić, że cały naród niemiecki nie bierze udziału w wojnie? Siostra księdza postawiła przed Magdaleną talerzyk konfitur, a ksiądz uciekł się do pociechy właściwej jego stanowi:

– Opatrzność, moje dziecko, czuwa nad światem. Staraj się zawsze o niej pamiętać i miej ufność.

Ale Magdalena była spragniona doraźnej nadziei, słowa o odległej sprawiedliwości zasmuciły ją. Oznaczały, że nic szybkiego, nic nagłego nie skróci cierpienia. Dlatego też słuchając monotonnego głosu księdza Manholda, krzątającego się przy ołtarzu, myślała o konfiturach jego siostry, o tym, że wieczorem znowu tam pójdzie nie wstydząc się łakomstwa, które było nie tylko ucieczką od knedli Frau Wimmer, ale i powrotem w dzieciństwo.

Gdy nabożeństwo dobiegało końca, Magdalena zauważyła w cieniu filara wysoką postać młodego człowieka, którego wygląd nie pozwalał zaliczyć go do obywateli Waldgrube. Nie umiała określić, na czym polegało to wrażenie. Może – niedbałość stroju? Niemcy przychodzili do kościoła godnie pozapinani na wszystkie guziki odświętnych ubrań, a młody człowiek miał na sobie sfatygowane nieco, ale starannie odprasowane spodnie i jasną koszulę z odpiętym kołnierzykiem. Może – sposób strzyżenia włosów? Wysoko podgolone czaszki tubylców świeciły jasną skórą nad uszami, a kark człowieka pod filarem był zarośnięty dawno niestrzyżonymi włosami. Ale nie, to nie była sprawa wyglądu. Magdalena wycofała się z wszelkich badawczych obserwacji, gdy tylko raz – tylko raz – spotkały się ich oczy.

„Polak!” – pomyślała z radością. Coś ponad wszelki wyraz bliskiego i znajomego było w tych ciemnych, skupionych oczach, które na nią patrzyły.

„Czy on się domyśla?” – niepokoiła się. Niepotrzebnie, bo nabożeństwo właśnie się skończyło, a młody człowiek czekał na nią przy wyjściu. Zbliżył się do niej bez uśmiechu, zatrzymał spojrzeniem na miejscu.

– Dzień dobry! – powiedział po prostu, wyciągając rękę.

Magdalena podała mu swoją, nie mogąc opanować zmieszania. Szli obok siebie w stronę mostu na rzece, choć Magdalena powinna była już dawno skręcić ku zagrodzie Wimmerów.

– Dawno tu jesteś?

– Od sześciu tygodni.

Nie zdziwiła się, że mówi jej „ty”. To było naturalne. Zdziwiłoby ją raczej, gdyby w tych okolicznościach mówił jej „pani”. Zapytała, po raz pierwszy podnosząc oczy:

– A ty?

– Ja? – zastanowił się – ja jestem tu już prawie pół roku.

– W Waldgrube?

– Nie, w Asenham – bardzo blisko stąd.

– Powiedział ci ktoś, że tu jestem?

– Tak. Przyszedłem, żeby cię zobaczyć.

– Po co?

Pytanie padło samo. Magdalena usłyszawszy je wypowiedziane przez siebie aż przystanęła na drodze.

– Jak to po co? – roześmiał się. – Żeby z tobą rozmawiać, rozmawiać po polsku. Żeby nie bać się każdego słowa. Żeby wspominać kraj, dom. Żeby wreszcie nie nudzić się, gdy się ma wolną chwilę. Przecież tu Polacy chodzą kilometrami, aby się spotkać.

Magdalena ruszyła znów przed siebie. Chwała Bogu, on nie czuł tego dręczącego niepokoju, który odnajdowała w sobie.

Na imię miał Piotr. Nazwiska nie powiedział, nie zależało jej zresztą na jego brzmieniu. Mógł nazywać się Radziwiłł albo Kiliński; to nie miało żadnego znaczenia. Rozmawiali ze sobą tak jak ludzie, którzy od dawna się nie widzieli, a mają sobie wiele, wiele do powiedzenia. Tak wiele, że słowami dotykają zaledwie tematów, które obszernie rozwija i zamyka jeden zachwycony okrzyk albo zgoła tylko spojrzenie.

Piotr pochodził także z Warszawy. Mieli więc jakby jeszcze jedną wspólną ojczyznę. Wspomnienie ulic, placów, parków, ranków i wieczorów, zapachu Wisły, koloru tramwajów, dźwięku dzwonów – wszystko to tłoczyło się w pośpiesznych zdaniach, intymnych jak wyznanie.

Stali na moście, wsparci o jego drewnianą barierę. Dołem biegła po kamieniach zdyszana rzeczka.

– Kiedy znowu przyjdziesz do mnie? – spytała Magdalena.

Odpowiedział nie od razu.

– Gdy tylko będę mógł. Ale czekaj na mnie każdego wieczora.

Gdy odszedł, Magdalena stała jeszcze przez chwilę na drodze i patrzyła na jego ciemno zarośnięty kark nad białym kołnierzem koszuli. Szedł długimi krokami z rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Trochę pochylony. Gdy był już dość daleko, odwrócił głowę i uśmiechnął się. Tak przynajmniej Magdalenie się zdawało.

IV

Co piątek odbywała Magdalena tolerowaną przez Wimmerów wycieczkę do miasta. Celem jej była wizyta u urzędowego lekarza Arbeitsamtu, którego usiłowała przekonać, wciąż bezskutecznie, o swej niezdolności do pracy. Frau Wimmer godziła się na to nie bez własnej korzyści – w mieście mieszkała jej zamężna córka, której Magdalena zawoziła przy tej okazji nieco prowiantu. Magdalena z własnych pieniędzy pokrywała koszty przejazdu, co już było w stanie skłonić Frau Wimmer do wszelkich ustępstw. Płaciła Magdalenie pięć marek tygodniowo – zawsze z uczuciem nieusprawiedliwionego trwonienia pieniędzy – rada więc była choć w części niejako je odzyskać.

Córka Wimmerowej z pobłażliwością traktowała te dowody pamięci ze strony matki. Wiedziała, że pełna spiżarnia jest jej jedyną radością. Przyjmując od Magdaleny na progu mieszkania: trzy jajka, niepełną ćwierćlitrową buteleczkę śmietanki i kawałek chleba – uśmiechała się cierpko. Po wyjściu Magdaleny podchodziła natychmiast do telefonu. Jej mąż pracował w Arbeitsamcie. Zgłaszając się do lekarza nie wiedziała Magdalena, że jej wizyta została już zapowiedziana. Koło zamykało się, interesy Wimmerów były dobrze strzeżone.

Herr Amtsarzt Senker był młodym jeszcze człowiekiem. Nosił tyrolski strój; przy każdym ruchu spod białego fartucha ukazywały się jego gołe opalone kolana. Usposobienie miał pogodne i żartobliwe. Powitał Magdalenę uśmiechem już od progu:

– Wygląda pani coraz lepiej!

– Pan żartuje, panie doktorze.

– Skądże znowu. Stwierdzam, że zmiana klimatu najwidoczniej pani służy. Rumieńce!

Magdalena pokazała mu swoje ręce. Cotygodniowe pranie zostawiało na nich nigdy nie zasychające rany.

– Do wesela się zagoi – powiedział, zapalając papierosa.

– Ależ ja tego nie wytrzymam – zawołała Magdalena, z trudem hamując płacz. – Oni wszystko piorą, ci Wimmerowie: ubrania Hermanna, chodniki. Gdyby można było zdjąć dach z domu, kazaliby mi go też wypłukać u kładki na rzece.

Doktor Senker patrzył na nią nie bez upodobania.

– Sie sind zart, aber gesund – powtarzał.

– Kłuje mnie coś w płucach – jęknęła nagle.

– Zaraz zobaczymy. Zaraz zobaczymy, co tam kłuje.

Doktor Senker miał szczególny sposób badania. Magdalena czuła na nagich plecach i ramionach jego gorące dłonie przesuwające się wolno po jej skórze. Gdy unosił jej głowę, aby zajrzeć w gardło, palce jego wplątywały się we włosy nad karkiem i pozostawały tam dłużej niż wymagało tego badanie. Wstydziła się nadziei, która budziła się w jej sercu.

– Nie zwolni mnie pan?

– Nie mogę!

– Od pana tylko zależy mój powrót do domu.

– A od kogo zależy powrót milionów naszych żołnierzy?

Pytanie postawione zostało z bliska. Magdalena czuła nieomal oddech doktora Senkera, gdy to mówił.

– Co to ma wspólnego ze mną? – spytała ubierając się pośpiesznie. – Jest wojna, a oni są żołnierzami.

– Niemieckie kobiety wykonują w kraju pracę mężczyzn. Musi im ktoś pomóc!

– Od Wimmerów nikt nie został powołany.

– To są pojedyncze wypadki, które nie mają znaczenia w masie. Musimy być konsekwentni – uśmiechnął się – i nie pozwolić sobie na żadne sentymenty. Na, nicht weinen! Nicht weinen!

Magdalena płakała teraz łatwo i obficie, przy okazji każdej przykrości, jaka ją spotykała. Stan jej nerwów nie pozwalał na opanowanie. Obserwując siebie stwierdziła z niezadowoleniem, że zaczynają jej wracać te same skłonności, które doprowadzały do pasji jej starszego brata. Było to wiele lat temu, gdy chłopcy z sąsiedztwa obdarzali Magdalenę nieodmiennie rolą białego niewolnika, przywiązanego do drzewa. Zabawa w Indian traciła przez to dla niej cały urok. Kopała nogami nieczułe drzewo i zalewając się łzami wrzeszczała, ile sił w płucach. Teosiowa była przygłucha, zajęta w kuchni nie słyszała, co się dzieje w ogrodzie. Ojciec rzadko bywał w domu, a jeśli i matce zdarzało się wyjść, ratunek nie nadchodził zbyt szybko. Wtedy to do zmęczonej, poczerwieniałej od płaczu Magdaleny podchodził Zygmunt i mówił z niesmakiem:

– Nie becz, bądź mężczyzną!

Teraz ten sam ton podchwyciła Magdalena w głosie doktora Senkera: – Nicht weinen, Fräulein, nicht weinen! Idąc tu nie miała przecież zbyt wielkiej nadziei na zwolnienie, a mimo to odmowa wydała się jej klęską. Płakała nawet po wyjściu na ulicę, ściągając współczujące spojrzenia przechodniów. Nie nosiła jeszcze „P” i Niemcom było wolno litować się nad nią.

Do odejścia pociągu pozostały jeszcze dwie godziny. Magdalena szła wolno ulicami, czasem przystanęła przed jakąś wystawą. Miasteczko było ładne i czyste, położone wśród łagodnych wzniesień pokrytych zielonymi lasami. Wiosna dojrzewała do pełnych kształtów każdego liścia i kwiatu. Magdalena pomyślała o ogrodzie, który otaczał dom jej rodziców, i poczuła prawie zapach jaśminów kwitnących pod oknami jadalni. Nie można było o nic zaczepić myśli. Zawsze trafiało się na jakiś smutek. Pomyślała, że najbezpieczniej byłoby zanurzyć się w lekturze; przeliczyła pieniądze i odłożywszy odpowiednią kwotę na powrót do Waldgrube, zapytała jakiegoś przechodnia o księgarnię. Wskazał jej okazały sklep w rynku. Jedno z dwóch dużych okien wystawowych wypełniały różne wydania Mein Kampf. Egzemplarze prawie że kieszonkowe, wydania popularne na tanim papierze i ozdobne tomy oprawne w skórę, przeznaczone na prezenty i nagrody – biły w oczy z daleka złotymi czcionkami dobitnego tytułu. Magdalena oglądała je z podwójnym uczuciem: lęku i rozbawienia.

„Kupię” – pomyślała, widząc już minę Frau Wimmer, gdy wróci do domu z Mein Kampf pod pachą. Och, ona na pewno tego nie czytała. Wystarczyła jej chyba ogólna pewność, że jej trzydzieści sześć krów mieści się jakoś w ramach postanowień tej książki.

W księgarni nie było żadnego klienta.

Na widok Magdaleny podniósł się z niskiego krzesełka za kontuarem staruszek o twarzy tak ascetycznej, że Magdalena mimo woli pomyślała o zamiłowaniach narodu, do którego należał. Żył ze sprzedaży książek, a jego ziomkowie woleli teraz koszary od bibliotek. Zawsze jakoś te dwa lokale wypierały się wzajemnie w każdym kraju.

Ascetyczny staruszek pochylił się uprzejmie, aby usłyszeć życzenie Magdaleny, ale wtedy właśnie zaniechała swego zamiaru. Stała przed ladą niezdecydowana. Trudno było znaleźć coś odpowiedniego wśród czerwono-czarnych okładek.

– Może mi pan doradzi – szepnęła nieśmiało.

Staruszek rozejrzał się po półkach równie bezradnie.

– Gdyby zechciała pani wymienić jakiegoś autora.

Magdalena zarumieniła się. Ani jedno nazwisko nie przychodziło jej na myśl. Staruszek przyglądał się jej w milczeniu. Znał wszystkich w mieście, każda obca twarz pobudzała jego wyobraźnię.

Magdalena odetchnęła, przypomniała sobie! Na półce w bibliotece ojca stała niewielka książeczka oprawiona w niebieskie płótno – Minna von Barnhelm.

– Lessing! – powiedziała z ulgą.

Staruszek drgnął i pochylił się nad kontuarem. Jego ręce wsparły się o leżące na nim książki.

– Lessing! – powtórzyła Magdalena. – Nie ma pan Lessinga?

– Pani jest cudzoziemką – stwierdził raczej niż spytał księgarz.

– Cudzoziemką? – Magdalena po raz pierwszy usłyszała tak uprzejme określenie swego stosunku do narodu niemieckiego. – Jestem Polką – wyjaśniła, nie będąc pewna jak sprzedawca to przyjmie.

Staruszek istotnie wydawał się zaskoczony. Wprawdzie nie poddał się jeszcze poglądowi, że Polacy są narodem pasterzy trzody chlewnej, zapóźnionym w rozwoju plemieniem, zdolnym tylko do wykonywania posług niższego rzędu, niemniej jednak obca dziewczyna wydała mu się zjawiskiem niecodziennym.

– Lessing – powiedział w zadumie. – No tak, pani nie może o tym wiedzieć.

– O czym?

– O tym, że nie można już u mnie kupić Lessinga. I nie tylko u mnie...

Staruszek patrzył przy tym tak, że Magdalena zrozumiała. Stała przy ladzie, nie wiedząc, jak wycofać się ze sklepu. Jaskrawe, południowe słońce rozjarzyło czerwień książek na półkach w szeroki płonący pożar. Twarz starego księgarza wyglądała na tym tle jak spopielały obraz – wizerunek człowieka ginącej epoki.

– A może ma pan coś innego – powiedziała, żeby przerwać milczenie. – Jakiś romans?

– Romans? – rozpogodził się natychmiast. – O, to będzie coś dla pani – schylił się i wyjął spod kontuaru książkę, z której okładki spojrzała na Magdalenę zalotnie dziewczęca twarz, prezentująca uśmiech nadający się idealnie na reklamę pasty do zębów. Daniela sucht das Glück.

Magdalena dyskretnie zerknęła na cenę – przewyższała jej możliwości.

– Może coś tańszego – powiedziała, czując, że się rumieni.

Ale staruszek już zawijał książkę w biały papier i przewiązywał kolorowym sznurkiem.

– Macht nicht’s – powiedział. – Jeszcze nigdy w życiu nie sprzedałem książki cudzoziemce, Polce – poprawił się z krótkim uśmiechem.

Zanim nadjechał przepełniony pociąg Monachium–Passau, Magdalena odwinęła książkę. Przy wsiadaniu Daniela sucht das Glück okazała się niejako legitymacją uprawniającą do wciśnięcia się w społeczność niemiecką, stłoczoną w przedziale. Jakiś młody człowiek ustąpił jej nawet miejsca, co miało tę złą stronę, że dało natychmiastowy pretekst do rozpoczęcia rozmowy. Wiedziała, że jej akcent i bardzo szkolny układ słów w zdaniach zdradza jej pochodzenie, a nie wszyscy obywatele Trzeciej Rzeszy wydawali się marzyć o podróżowaniu z Polakami. Dlatego też wymianę zdań ograniczyła do stwierdzenia stanu pogody, odpowiadając monosylabami na indagację agresywnego towarzysza podróży. Przyglądała się przy tym z gorliwym zainteresowaniem mijanym polom. Po zakurzonej szybie spacerowała osa.

– O, pszczoła! – powiedział młody człowiek.

– Pszczoła – zgodziła się Magdalena uprzejmie.

– Trzeba ją wypuścić na powietrze. – Młody człowiek miał dobre serce. Opuszczając szybę zerkał ku Magdalenie, niezupełnie pewny, czy go należycie ocenia.

Uśmiechnęła się samymi wargami. Nie tęskniła zapewne nigdy w życiu do żadnej miejscowości równie silnie, jak w tej chwili do Waldgrube. Młody człowiek zwinął gazetę i usiłował przy jej pomocy wygarnąć osę za okno. Osa nie domyślała się jednak jego szlachetnych intencji, poderwała się z szyby, zatoczyła koło nad jego głową i z protestującym brzęczeniem ucięła w policzek Magdalenę.

Stało się to tak nagle, że przez sekundę, mimo bólu, spoglądała na młodego człowieka nic nierozumiejącymi oczyma. Potem zaczęła płakać, nie panując nad sobą. Nie chodziło przecież tylko o uczucie bólu; nie do zniesienia był bezsilny żal do losu, że wśród tylu Niemców akurat ją, właśnie ją, musiało to spotkać.

Tymczasem w wagonie wszczął się ruch. Wszyscy ubolewali nad nią głośno, każdy usiłował ulżyć jej w cierpieniu. Jakaś sędziwa dama zwilżyła chustkę wodą sodową i przyłożyła do policzka Magdaleny. Ktoś podał jej zimny nóż nalegając, aby go trzymała w miejscu użądlenia. Jeszcze ktoś ofiarował się wyciągnąć żądło. Młody człowiek czuł się winnym, pocieszał ją gładząc po ręce. Magdalena wiedziała, że gdyby z ust jej wydarł się bodaj jeden jęk w jej rodzinnym języku, współczucie wygasłoby w jednej chwili. Człowieczeństwo nie było wartością stałą i niezależną. Aby do niego dojść, trzeba było całych er i epok; aby je utracić, wystarczała jedna przegrana bitwa.

Wimmerowa powitała ją nie bez złośliwej satysfakcji. – Przeczuwałam, że tak się skończy to jeżdżenie do lekarza!

Magdalena domyśliła się, co sobie wyobrażała gospodyni. Rozczarowała ją opowiadając o zdarzeniu w pociągu. Frau Wimmer przyglądała się jej podejrzliwie.

Wieczorem przyszedł Piotr. Zjawiał się zawsze w dniu, w którym Magdalena jeździła do miasta. Nie pochwalał tych wizyt. Miał swoje racje, aby twierdzić, że ten rodzaj przetrwania wojny nie był najgorszy że wszystkich możliwych. Magdalena nie podzielała jego zdania, kłócili się więc zawzięcie, nie rozumiejąc się nawzajem. To była zresztą stała atmosfera ich rozmów.

– Interesują mnie ludzie odmienni – mówił Piotr. – Z takimi samymi jak ja nie miałbym o czym mówić.

– Czy ja jestem odmienna? – pytała Magdalena klęcząc na trawie. Była to jej ulubiona poza podczas ich rozmów na brzegu rzeki.

Piotr śmiał się. Odsłaniał duże, mocne zęby. – Zbyt długo musiałbym ci to wyjaśniać.

– Ale jednak.

– Sama się o tym przekonasz.

– Czy to obietnica, czy groźba?

– Brawo, Magdaleno. Zaczynasz być interesująca.

– Odpowiadaj!

– Myślę, że groźba.

– Co to znaczy?

– Na razie nic.

– Co rozumiesz przez „na razie”, Piotrze?

– Rozumiem tę łąkę i tę rzekę – naszą obecność w Waldgrube, Europę pogrążoną w wojnie, ciebie przyjmującą z determinacją wszelkie zjawiska, ze mną włącznie, mnie wreszcie, niezdolnego nawet do zdefiniowania siebie.

Tego wieczora jednak Piotr był nastrojony mniej zaczepnie. Prawdopodobnym powodem tej zmiany nastroju był opuchnięty jeszcze policzek Magdaleny. Wyglądała śmiesznie i żałośnie. Piotr, gdy patrzył na nią, czuł jakieś ciepło wokół serca. Opowiadała o przebiegu wizyty u lekarza i o zdarzeniu w pociągu. Jej dolna warga drżała przy tej relacji. Piotr spoglądał na nią z dołu, ze swej leżącej pozycji. Pochylała się nad nim, śledząc na jego twarzy wrażenie swoich słów. Wystarczyłoby wyciągnąć ramię, aby przyciągnąć ją do siebie.

Po niedalekich torach przebiegł pociąg zdążający do Passau. Piotr przymknął oczy.

– Musimy znaleźć sobie jakieś inne miejsce.

– Die Räder rollen für den Sieg! – powiedziała Magdalena półgłosem.

Piotr wciąż leżał z zamkniętymi oczyma. Obydwie dłonie podniósł do uszu. Rękaw koszuli na lewej ręce zsunął mu się poza łokieć i Magdalena zobaczyła na przedramieniu podłużną, czerwoną i opuchniętą bliznę.

– Byłeś ranny? – szepnęła, dotykając ostrożnie palcami tego miejsca.

Piotr usiadł, podrywając się gwałtownie, i szybko spuścił rękaw koszuli.

– To błaha sprawa – powiedział niechętnie. – A więc nie zwolnią cię? Byłem tego pewny. Powinnaś raczej myśleć, żeby urządzić się tutaj możliwie najwygodniej.

– Jak to – najwygodniej?

– Oszczędzać siły, nie dać się tak wykorzystywać. Przestań wreszcie uważać Wimmerową za rektora uniwersytetu. Respekt i posłuszeństwo zostaw sobie na inne czasy i okoliczności.

– Już prawie nie mam nadziei, że nadejdą kiedykolwiek.

– Magdaleno!

– Wiem, wiem, że nie wolno tak myśleć. Ale przecież zwyciężają. Idą naprzód jak wściekli. Każde nowe zwycięstwo...

– Każde nowe zwycięstwo może być przyczyną ostatecznej klęski.

– Och, nie potrafię tak rozumować. Chwilami przypominasz mi księdza.

– Jakiego znów księdza?

– Księdza z Waldgrube. On też jest zwolennikiem cierpliwości i wytrwania. To nawet wygodne. I bezpieczne. Siedzimy tu jak osły i pracujemy dla Niemców. Przynajmniej w kraju są ludzie, którzy...

Piotr chwycił dłoń Magdaleny i zgniótł gwałtownie. – Nie masz prawa tak mówić do mnie, słyszysz? – krzyknął. – Nie masz prawa!

Magdalena wyrwała dłoń i podniosła się z trawy. Patrzyła w zdumieniu na poczerwieniałą twarz Piotra i jego pociemniałe z gniewu oczy.

– Muszę już iść – szepnęła.

– Przepraszam! Nie odchodź.

– Boję się, że Frau Wimmer releguje mnie z uniwersytetu.

– Na pewno już śpi.

– Ale czuwa nade mną nawet przez sen. Dlaczego właściwie tak się na mnie rozgniewałeś?

Piotr odwrócił głowę. Magdalena widziała teraz jego zarośnięty kark i małe uszy płasko przylegające do głowy. Wciąż nie odpowiadał.

– Nie możesz mi powiedzieć?

Milczał.

Nie nalegała. Ludzie, którzy chcą dla siebie zachować swoje tajemnice, powiększają uczucie samotności. Magdalena usłyszała nagle dzwoniącą ciszę wokół siebie. Na trawę opadła już wieczorna rosa. Zaczęła iść wolno w stronę mostu.

Piotr ruszył za nią. Czuł gniotący ciężar milczenia, ale nie przyśpieszył kroku, nie dotknął jej ręki. „Drugi człowiek jest zawsze niebezpieczeństwem!” – pomyślał. Przypomniał sobie bezradne oczy Zośki przy konfrontacji podczas śledztwa, zlepiony krwią jasny kosmyk włosów nad jej czołem. Jedna drzazga pod paznokieć – i zasypała ich wszystkich. I tak ją potem zastrzelili. Wiedziała, że zginie, a mimo to nie była w stanie przetrzymać doraźnego cierpienia. Die Räder rollen für den Sieg! – powiedziała tamta. Dlaczego „tamta”? Dlaczego nazwał tak tę dziewczynę, postępującą przed nim wiejską, niemiecką drogą? Podniósł dłonie do uszu. Znów toczyły mu się przez czaszkę wszystkie pociągi, których przeznaczenie spoczęło w jego rękach To strach, bezustanny strach nie pozwalał mu o nich zapomnieć. Nawet noce za drutami nie przyniosły spokoju, jaki następuje zwykle po staniu się rzeczy najgorszej. Teraz każde nieostrożne słowo było odsłoniętą lufą skierowaną przeciwko niemu. „Drugi człowiek jest niebezpieczeństwem” – powtórzył w myślach.

Magdalena zatrzymała się przy domostwie Wimmerów. Czekała na niego.

– Nie chcę nic wiedzieć – powiedziała cicho. – Nie chcę nic wiedzieć. Przyjdziesz w niedzielę?

– Przyjdę – odpowiedział wbrew postanowieniu.

V

O istnieniu Kreisleitera Sonntaga dowiedziała się Magdalena od siostry księdza. Był w powiecie wszechwładną osobistością, cóż by znaczyło więc dla niego powiedzieć jedno słowo, jedno dobre słowo w jej sprawie? Tak rozumowała Fräulein Manhold, a Magdalena wpatrywała się w nią zachwycona. Powtarzała za nią to cudowne zdanie: „Cóż by znaczyło dla niego powiedzieć jedno słowo”. Była nieomal pewna, że wszystko stanie się tak, jak to sobie księżowska siostra w swojej dobroduszności wyobraża.

Ksiądz miał jednak pewne wątpliwości i gdyby Magdalena mniej była upojona myślą o swojej wizycie u Kreisleitera, który mieszkał w pobliskim Schwarzbach, spostrzegłaby cień niepokoju na jego twarzy. Nie chciał psuć jej radości, jaką dawała nadzieja. Powiedział tylko z uśmiechem, że jego siostra żyje w kręgu konfitur i kwiatów na grządkach. I że to raczej utrudnia rozumienie świata.

Magdalena prawie nie słyszała tego, co mówi. Oglądała ogromny parasol, który Fraulein Manhold zamierzała jej pożyczyć na wędrówkę do Schwarzbach. Przez cały dzień padał uporczywy deszcz i trzeba było przygotować się na to, że i nazajutrz nie przestanie.

Magdalena miała o świcie wybrać się do miasteczka odległego o sześć kilometrów, żeby móc wrócić jak najwcześniej do domu. Wolała nie informować Frau Wimmer o swoim zamierzeniu. Wymyśliła bajeczkę o chorej Polce, której miała zanieść lekarstwo.

– Ksiądz mnie rozgrzeszy z tego kłamstwa, prawda? – mówiła trzymając oburącz rączkę parasola. – Musi być przecież jakiś wyjątek w tej regule. Okłamywanie Frau Wimmer nie jest chyba grzechem.

Ale ksiądz nie był w równie dobrym humorze. Biorąc ze stołu brewiarz poprosił Magdalenę, aby wracając ze Schwarzbach wstąpiła na plebanię. Ciekaw był wyników tej wizyty.

Tej nocy Magdalena spała niespokojnie. Obudziła się, gdy gołębie pod oknami nie rozpoczęły jeszcze swego porannego gruchania. Niebo stało nisko nad ziemią. Szumiał jednostajny, letni deszcz. Ubrała się szybko i gryząc kromkę chleba, schowaną od kolacji, wyszła na drogę. Mimo deszczu było bardzo ciepło. Od łąk zawiewał zapach mokrego siana. Magdalena szła z rosnącą nadzieją w sercu. Wierzyła, że człowiek, od którego zależy los drugiego człowieka, potrafi być wspaniałomyślny. Do tego nazywał się tak pogodnie – Sonntag.

Do Schwarzbach był jednak spory kawałek drogi. Nigdy nie była zbyt dzielnym piechurem, ale teraz myśl, że za chwilę może wracać tą samą drogą wolna, dodawała jej sił.

Doszedłszy do pierwszych domów miasteczka, rozpytała się o Kreisleitera. Wszyscy go tu znali. Prócz wysokiej godności w partii posiadał jeszcze browar i okazałą willę. Magdalena odnalazła ją bez trudu. Białe ściany przebijały przez zieleń drzew. W ogrodzie na trawie leżał nieduży żółty pies. Magdalena stanęła przed furtką niezdecydowana. Żółty pies udawał, że jej nie widzi. Kiedy jednak uchylała tylko furtkę, odwracał ku niej głowę i odsłaniał bezgłośnie zęby. Gdyby zaszczekał, może ktoś z domowników odwołałby go zauważywszy dziewczynę przed wejściem. Ale pies szczerzył zęby w złośliwym milczeniu, nie ruszając się z miejsca. Magdalena zebrała w sobie całą odwagę i posunęła się krok po ścieżce. Pies poderwał się na nogi. Cofnęła się, zatrzaskując furtkę za sobą. Serce biło jej gwałtownie. Czyżby taka przeszkoda miała zadecydować o jej losie?

Ściągnęła z determinacją parasol i, osłaniając się nim jak piką, ruszyła do willi. Pies obskakiwał ją wokół, warcząc złowrogo. Nie zaszczekał ani razu. Dobiegła wreszcie do drzwi, zadzwoniła. Z wnętrza mieszkania dochodził odgłos radioodbiornika nastawionego na cały regulator. Trąby i puzony wojskowej orkiestry obwieszczały jakimś triumfalnym marszem dobre wieści z Führerhauptquartier. Nikt nie otwierał drzwi.

Magdalena zadzwoniła ponownie. Właśnie marsz ucichł na chwilę i z głośnika popłynął podniecony, nabrzmiały radością głos spikera. Magdalena nie słyszała tego, co mówił. Z urywków zdań, z nie dosłyszanych słów bała się wywnioskować druzgocącą prawdę.