Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Gdyni
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 352
Rok wydania: 1976
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
(...)„Pasje błędomierskie” sprawiają wrażenie czegoś niesłychanie bliskiego, znanego, konkretnego i dotykalnego zarazem. Siła sugestii pisarskiej jest tak wielka, że sprawy powieści zaczynają się w przedziwny sposób kojarzyć z naszym codziennym życiem, wytwarzając potrzebę konfrontacji zdarzeń, sprawdzenia szczegółów i zidentyfikowania ludzi, o których wiemy, że są wymysłem, a w wymysł ten żadną miarą nie chcemy uwierzyć.
A może nie są wymysłem? Może żyje wśród nas Tadeusz Zamoyłło, wspaniały starzec, wielki pisarz, laureat Nobla, uosobienie polskiej kultury i mądrości, dający swoim życiem świadectwo, że trud artysty jest świętym i tragicznym powołaniem. A jeżeli nie ma go wśród nas, to na pewno żyć będzie w wyobraźni tych, których Iwaszkiewicz wprowadził w krąg swoich pisarskich urojeń.
Kategorie życia i idei, w jakich rozwija się akcja „Pasji błędomierskich”, posiadają szczególny aspekt wieczności. Z dnia dzisiejszego wybiera pisarz tylko elementy istotne, ukazuje je w stanie oczyszczonym, przeciwstawia je wartościom trwałym i nieprzemijającym.
Emil Breiter
„Wiadomości Literackie” 1938 nr 18
IWASZKIEWICZ
PASJE BŁĘDOMIERSKIE
JAROSŁAW IWASZKIEWICZ
DZIEŁA
POWIEŚCIWIERSZEPROZA POETYCKAOPOWIADANIADRAMATYPODRÓŻEPISMA MUZYCZNEROZMOWY O KSIĄŻKACHVARIA
Czytelnik • Warszawa
JAROSŁAW IWASZKIEWICZ
PASJEBŁĘDOMIERSKIE
1976
Czytelnik • Warszawa
Opracowanie graficzne Andrzej Heidrich
Żaden z moich utworów nie uległ takim zniekształceniom pomiędzy pierwotnym pomysłem a ostateczną realizacją książkową, jak powieść nosząca obecnie nazwę „Pasje błędomierskie”.
Zniekształcenia te powstały z dwóch powodów: po pierwsze przyczyniły się do nich powody wewnętrzne, pochodzące z winy samego autora, po drugie nacisk zewnętrzny owoczesnej sytuacji politycznej.
Winą autora była jego niedojrzałość. Był to powód, że „Pasje błędomierskie”, pomimo ośmioletniej pracy nad powieścią, czynią wrażenie utworu nie donoszonego, nie domyślanego do końca.
Nacisk sytuacji politycznej wyraził się przede wszystkim w zmianie tytułu. Sam pomysł powieści narodził się z dziwacznego napisu, jaki ujrzałem w Oberammergau, kiedy byłem tam na przedstawieniu pasyjnym, latem 1930 roku. Na jednej z olbrzymich zajezdni samochodowych wyczytałem wielkimi literami: „Passionsgarage”. To dziwaczne słowo było tym ziarnkiem piasku, z którego urodziła się cała powieść, której ambitnym zamiarem było ukazanie jaskrawych sprzeczności owych czasów. Zapowiedziana ona była więc pod tytułem „Garaż Męki Pańskiej” — i tak też była nazywana we fragmentach, które jeszcze przed ukończeniem całości ukazały się tu i ówdzie w druku. Tytuł ten jednak wzbudził taki niepokój sfer zachowawczych, iż poproszono mnie o jego zmianę, już gdy rękopis był w drukarni.
Drugim żądaniem — i to daleko ważniejszym — był nacisk, aby zmienić sytuację Róży. Ta moja pozytywna bohaterka — była w pierwotnym rękopisie komunistką. Zaczynało się to od pożegnania Róży z domem, potem następowało jej aresztowanie na dworcu po przyjeździe do Warszawy, czego świadkiem był Kanicki, potem była wizyta Kanickiego u prokuratora — nie kuratora itd., itd. Drobny ślad początkowej koncepcji zachował się w pierwodruku na str. 86, gdzie Róża nazwana jest „towarzyszką Zamajła”. Oczywiście, gdybym się był nie ugiął przed tym żądaniem, całość powieści i wówczas, i dzisiaj miałaby całkowicie inną wymowę. Wina jest po stronie tego, który wyskoczył przez okno.
Oczywiście nie było mowy o tym, aby przy wznowieniu „Pasji błędomierskich” powracać do pierwszej wersji. Trzeba by było w takim razie napisać całą rzecz na nowo — z którym to zamiarem zresztą nosiłem się przez długie lata. Pozostawiam więc tekst powieści w jego dawnym kształcie.
Powieść ta w roku 1938 wydana nie mogła się podobać. Toteż przeszła prawie bez echa, zimno przyjęta przez krytyków i czytelników. Jeden Piwiński poświęcił jej nieco więcej życzliwej uwagi.
A więc dzieło nieudane, zniekształcone, nie mające wiele powabów. Po cóż więc je przedrukowywać? Myślę, że mimo wszystkie swoje braki — daje ono jednak obraz owych lat groźnych i ludzi lekkomyślnych lub ślepych, którzy przeczuwając katastrofę, nie umieli odnaleźć drogi ocalenia. Typowym przykładem tego jest Ansgar Zamoyłło — który swój niepokój pragnie leczyć... służbą w marynarce handlowej. Czasy były groźne, dziwaczne i okrutne — „Pasje” są do peiunego stopnia wiernym ich odbiciem.
Po drugie, jest to książka napisana z głuchą namiętnością, właśnie jest w niej „pasja” — co wyróżnia ją dodatnio od wielu innych moich książek. Myślę, że namiętność ta — chwilami zaślepiająca lub prowadząca do karykatury — jest dość dużą wartością, aby podać „Pasje błędomierskie” po raz drugi do rąk polskiego czytelnika. Niektóre jej rozdziały ukazały się dziś w innym świetle niż w roku 1938.
JAROSŁAW IWASZKIEWICZ
Gdy Kanicki zajechał przed dwór w Błędomierzu, było już prawie zupełnie ciemno. Park łączący się z lasem i z lasu powstały stał się zupełnie niebieski. W rytmicznych interwałach gołych drzew leżały gęsto płaty śniegu, szafirowe i nierzeczywiste. Ścieżki i czarne linie rozmokłego gruntu przerywały śnieg lekką siecią odpowiadającą rysunkiem deseniowi nagich gałęzi. Konie zajechały cicho i Kanicki miał czas spojrzeć dokładnie na obie strony podjazdu: nikt nie wychodził na jego spotkanie. Niebieska pomroka rozszerzała się, w alei głównej stawała się srebrna i cicha. Po mieście, po podróży hałaśliwą koleją to miejsce wydało mu się przepełnione błogosławionym spokojem.
Służący otworzył drzwi przedpokoju, skąd od razu buchnęło światło i złoto. Powiedziano mu, że pan hrabia czeka i że za chwilę go poprosi, rozebrano go z nędznego palta i wprowadzono do salonu, który był równie brzydki i złoty jak i przedpokój, tylko o wiele większy i chłodniejszy. Kanicki usiadł na kanapie i patrzał na szczapy na kominku i na sinawe płomienie, które po nich biegały. Niestety i tym razem nie potrafił opanować uczucia nieprzyjemnego onieśmielenia, które go ogarniało zawsze, ilekroć spotykał starego hrabiego. Oczywiście był to taki lęk, jaki wzbudzała w młodym poecie postać wielkiego pisarza. Ale gdyby ten pisarz nie mieszkał w złoconych salonach, gdyby w przedpokoju nie mówiono o nim „pan hrabia”, a w Klubie Myśliwskim „pan Tadeusz”, to może by owo onieśmielenie było łatwiejsze do opanowania; a niechęć, z jakiej Kanicki zdawał sobie bardzo dobrze sprawę, można byłoby stłumić w zarodku.
Z trzeciego salonu czy gabinetu, zza szeregu drzwi przykrytych portierami, dolatywały dźwięki fortepianu. Kanicki poznał Bacha. Nie mógł sobie tylko przypomnieć, jaki utwór grano. Nucił pod nosem melodię, którą słyszał, kiedy go poproszono do gabinetu hrabiego.
„Widocznie któraś z córek jest w domu i gra.”
Gabinet był bardzo obszerny, bardzo wysoki i bardzo goły. Podłoga z surowych desek, na olbrzymich oknach nie było zasłon, a ponieważ tylko jedna niebieska słaba lampa stała na biurku, noc zaczynała się prawie w pokoju. Widać było nawet deseń pobliskich drzew i szafirową mgłę w alei.
Stary wstał od biurka, zrzucił z kolan migdałowy ciepły pled, spod pledu żółtego kota i potrząsając zmęczoną od pisania dłonią zbliżył się o parę kroków do Kanickiego. Był bardzo wysoki, chudy; zmęczone, uśmiechnięte, małe oczy mrużył pod okularami; niezgrabny. Kanicki nieśmiało podał rękę i wreszcie usiedli koło biurka.
Młodym pisarzem miotały najrozmaitsze uczucia, gdy tak patrzał na starego poprzez zielone sukno olbrzymiego stołu, zawalonego papierami. Widział tylko dół twarzy, siwiejącą brodę i zagłębione w niej wąskie, wyrafinowane usta, przyzwyczajone do wymawiania cudzoziemskich wyrazów. Włosy brody w świetle niebieskiej lampy były przesadnie materialne, grube i kłębiące się we wzory, jakby już wykute w kamieniu, a piaskowy ich kolor miał sztywny połysk drutów.
„Znowu więc pisze” — pomyślał sobie Kanicki, podczas kiedy wymieniali początkowe, jakieś nic nie znaczące zdania.
„Ciekawy jestem, co tam znowu wysmaży — dodał sobie w myśli — i gdzie to wyda. Czy od razu w czterech językach jak poprzednią powieść, czy też pierwej po niemiecku jak Trubadurów, a potem dopiero po polsku. I po co stary się męczy? Nobla już ma, majątku nigdy nie potrzebował. Czy to nie lepiej wypocząć? Pojechałby sobie do jakiegoś Cannes czy Montreux i siedziałby tam. A tu sam w tej dziurze, dzieci po święcie...”— Kanicki nigdy nie mógłby mieszkać na wsi czy w małym miasteczku. Tak myślał, a tymczasem mówił jakieś banalne rzeczy. Opowiadał o ostatnim zjeździe literatów, na którym wszyscy żałowali, że naszego największego nie było, że to i tamto, i owo...
— Jak to, mówili panowie o mnie? — nagle powrócił do przerwanego tematu pan Tadeusz.
„Mam cię — pomyślał Kanicki — mam cię, «wielki człowieku». Obchodzi cię, co mówiły o tobie byle jakie pismaki, co się kręcą po zjazdach.”
— A co pan... hrabia — Kanicki ledwie wykrztusił z siebie ten utrapiony tytuł — a co pan hrabia teraz pisze?
— Pracuję nad jedną powieścią — z francuska odpowiedział stary. — Tak, taki dosyć nawet dziwny temat... zupełnie nieaktualny, a nawet może bardzo aktualny... Piszę o upadku Rzymu.
Kanicki się zdziwił: „Też się wybrał!” — pomyślał sobie. Ale stary nie zwracał uwagi na jego sceptyczny uśmiech i oddany swej myśli zapalał się i zarumienił. Widocznie nikomu jeszcze nie miał sposobności opowiedzieć o swojej nowej pracy. Nikt go tutaj przecie nie odwiedzał, nikt zawczasu się tym nie interesował.
Był już tak wielkim pisarzem, że wszyscy się go bali, a produkcją jego interesowali się tylko wydawcy.
Wstał teraz z krzesła i spacerując po sali (salą, albowiem było olbrzymie gabinecisko), zaczął opowiadać z ożywieniem. Kanicki trochę się przestraszył zapędu, z jakim stary pisarz rozpoczął swe zwierzenia, i mimo woli spojrzał na ogromny zegar wiszący na prostej białej ścianie. Pociąg powrotny odchodzi prędko, musi zdążyć na czas, a tu nawet jeszcze nie zdążył zahaczyć sprawy, w której tu przyjechał.
Ale stary, od dzieciństwa przywykły do uważania na gości, pochwycił to spojrzenie. Przerwał opowiadanie o treści nowego utworu i powiedział jak gdyby zresztą z pewnym przymusem:
— Ale pan nie pojedzie. Niemożliwe, przed chwilą przybył pan z Warszawy, a to przecież znowu trzy godziny jazdy. Byłby pan w mieście po północy. Zostanie pan do jutra i pojedzie pan rannym pociągiem.
Kanicki tylko się skłonił, nie na rękę było mu pozostawanie na noc w Błędomierzu, miał jutro pilne sprawy. Z drugiej strony przyjemnie mu było przenocować w tym historycznym pałacu, będzie miał co opowiadać. Dodał tylko:
— Przyjechałem bez rzeczy!
— No, damy sobie jakoś z tym radę.
I stary Zamoyłło zaczął znowu opowiadać o pierwszych rozdziałach swojej powieści. Córka Teodoryka dzierżyła wówczas władzę w Rzymie, nie umiała podobno czytać.
Kanicki przyjechał tutaj w małej, drobnej, dla niego tylko ważnej sprawie. Chodziło mu o aforyzm Zamoyłły dla wielkiej reklamy, jaką teraz robił dla nowego gatunku papierosów „Summa”. Każdy sławny w Polsce człowiek stwierdzał, że papierosy „Summa” są najlepsze. Brakowało mu jeszcze podpisu Zamoyłły. Biedził się jeszcze nad tym, jak zacznie rozmowę na ten temat, i nagle z przerażeniem zauważył, że Zamoyłło nie częstował go papierosami i sam nie palił.
— Pan hrabia nie pali? — zapytał się ni w pięć, ni w dziewięć w momencie, kiedy Zamoyłło opowiadał mu o pięknej scenie dziejącej się koło rotundy Galii Placydii w Ravennie.
Zamoyłło stanął pośrodku pokoju i popatrzył na Kanickiego małymi swymi oczkami nieżyczliwie i nieprzytomnie. Przerwał opowiadanie.
— Paliłem, ale za dużo. Teraz mi nie wolno.
Twarz Kanickiego i jego grube wargi rozjaśniły się uśmiechem pełnym radości. Stary udobruchał się na widok jego szczęścia. Żartował coś na temat palenia, a tym samym ułatwił Kanickiemu poruszenie kwestii, z jaką przyjechał. Zamoyłło bardzo nie lubił takich rzeczy. Kanicki to wiedział, niejeden już odszedł od niego z kwitkiem. Ale tym razem zaśmiał się tylko. Kanickiemu chodziło o zaspokojenie ambicji, więcej, nawet o sam byt. Obiecał dyrektorowi, że będzie miał aforyzm Zamoyłły. Aforyzm najgłupszy w świecie, sam coś spitrasił, trzeba było tylko podpisu pisarza. Wiedział, jakie to było trudne, a tymczasem stary obiecał od razu. Nawet się nie zawahał. Kanicki, już, aby prędzej, wydobywał papier z pularesu, idiotyczny frazes nastukany na maszynie. Ale stary odsunął papier i powiedział:
— Nie, tak z rozpędu sam panu coś napiszę! — i wziąwszy kartkę papieru ze stosu przygotowanego na dalszy ciąg powieści o upadku Rzymu, równym, drobnym pismem wypisanej ręki nakreślił:
— Gdybym mógł palić, zapaliłbym natychmiast papierosa „Summa”. Nie ma lepszych papierosów nad polskie papierosy „Summa”!
Zaśmiał się jak z najlepszego żartu z tych płaskich dwóch zdań i osuszywszy czerwoną bibułą atrament podał kartkę Kanickiemu. Ten był uszczęśliwiony.
— No, a teraz zostawię pana przez chwilę samego i pójdę uprzedzić moje panie, że pan zostaje u nas na obiedzie. — I wyszedł wysoki, zgarbiony, skrzypiąc butami i ciągnąc swój pled za sobą.
Kanicki zauważył, że stary powiedział „moje panie” z dumą i radością. Ale się nie domyślał, że zawdzięczał swój aforyzm dobremu humorowi hrabiego, którego ucieszył przyjazd „tych pań”. Stanął w oknie i patrzył na park. Sine plamy znikały w nadchodzącej ciemności. W redakcji nie potrzebował dziś być, premiery żadnej nie było, w domu nikt nie czekał (dom! trzy lodowate, zimne ciupki w nowoczesnej kamienicy, gdzie nie można było ruszyć ani jednego mebla z miejsca, aby nie naruszyć symetrii czy wymyślnej asymetrii całości — mieszkanie było najnowocześniejsze, „funkis”, jak mówią w Skandynawii) — mógł chwilę pomieszkać w tej starej ruderze i posłuchać, co opowie pisarz tak wielki, że nikt go już nie czyta. Nie czytają go, to prawda, ale jakoś nakłady się rozchodzą i to w olbrzymich ilościach. Kto to zrozumie?
Tymczasem stary Zamoyłło wchodził w głąb domu. Ogromny szeroki korytarz stanowił przejście z proscenium jego życia za kulisy. Stały tam wielkie szafy zasłonięte od wewnątrz firankami z kretonu, a na ścianach wisiały angielskie sztychy, przedstawiające konie w złoconych, poczerwieniałych ramach o zaokrąglonych rogach. Korytarzem tym udał się do ostatniego salonu; w spowiciach portier i dywanów stał tam fortepian, słabo oświetlony lampą z góry. To tu Róża grała Bacha. Dopiero z bliska słychać było, iż była to gra raczej nieudolna. Stary poklepał córkę po ramieniu.
— Tak mi przykro, Różo — powiedział — ale musiałem zatrzymać Kanickiego na obiad. — Róża zmarszczyła się i przestała grać. Odwróciła się do ojca:
— Czy to ten Kanicki od Melancholii?
— Tak, tak. Bardzo zdolny młody pisarz. Musiałem go zatrzymać.
— Och, to niedobrze — powiedziała Róża i zamyśliła się. Potem dodała:
— Ja jutro wyjeżdżam, proszę tatki. Przyjechałam tylko na jeden wieczór...
— Ojojoj!... — przeciągnął stary. — Już musisz wyjechać?
— Aha — powiedziała Róża i zaczęła dłubać palcem w klawiaturze — i to na trochę dłużej zapewne.
— Na dłużej? — rzekł Zamoyłło i serce mu zastukało — nie rozumiem.
— Rozumiesz, rozumiesz — szepnęła Róża cichutko.
— Dostałaś posadę?
— Na razie zastępstwo.
— I gdzie?
— Na Polesiu. Daleko.
— Fiuuu — przeciągnął Zamoyłło. — Przyjechałaś się pożegnać?
— Tak. No niby. Prawda, co za sentymentalizm?
— Więcej sentymentalizmu widzę w całej sprawie niż w tym, że przyjechałaś się pożegnać...
Ale Róża zaczęła mówić o czym innym.
— Wiesz, tatku — powiedziała — wyszłam zupełnie z wprawy. Zapomniałam już ruszać palcami. Ale teraz i tak na niewiele mi się to przyda.
I znowu zaczęła grać. Było to preludium Cis-dur.
Stary pochylił się nad nią i pocałował ją w głowę. Poczuł na ustach jedwabny puch włosów swojej najmłodszej córki; była ona bardzo ładna, pełna wdzięku. Jedyna prawdziwie zdolna z jego dzieci. Cóż, kiedy miała jakieś swoje idee: pracować, cierpieć. Ot, i teraz chciała koniecznie zostać nauczycielką ludową i w ten sposób zarabiać na życie. Dostała na razie zastępstwo chorej nauczycielki w jakiejś odludnej szkole powszechnej na Polesiu. Bardzo ją kochał, bardziej w tej chwili niż kiedy indziej. Rozumiał te jej zachcianki, jak też i całą bezskuteczność tego wyrywania ze swego środowiska i wymijania własnego życia. Ale Róża zajęta była w tej chwili swoim preludium. Skończyła i zaczęła od początku, jak gdyby ćwiczyła, a stary podreptał dalej. W „niebieskim” pokoju siedziała żona z Krystyną. Robiły jakieś robótki. Krystyna była wielka, chuda. Podobna była do ojca, tylko miała duże oczy. Obojętnie przyjęła wiadomość, że Kanicki zostanie na obiedzie.
— To dobrze — powiedziała — nie trzeba się będzie przebierać.
— My się teraz nie przebieramy wieczorem, Kryniu — powiedziała słodko pani Zamoyłło — ojciec sobie nie życzył.
— I pewnie. Teraz się nigdzie tego nie robi.
Krystyna nazywała się księżna Trocka i pomimo młodego wieku już była wdową. Męża jej, znanego raczej jako „porucznik Trocki”, zabił przed rokiem sąsiad na polowaniu pakując mu w szyję cały nabój zajęczego śrutu. Siedziała teraz na wsi zagrzebana w gospodarstwie, miała dwoje drobnych dzieci, przeżywała ciężkie czasy. Przyjechała na parę dni do rodziców. Nie wymawiała „r”, miała rubaszne ruchy, chodziła ubrana prawie po męsku, zaniedbana i z ogromnymi dwoma brylantami w uszach. Była faworytką matki, dla której ucieleśniała arystokratyzm.
Sama pani Zamoyłło bowiem była „niskiego” pochodzenia, Zamoyłło ożenił się w swoim czasie po prostu z córką lekarza z Błędomierza, miłą i ładną panną Dowgird, która do starości, do dnia dzisiejszego pozostała ładną osobą. Miała w głosie i ruchach, w postępowaniu całym specjalną słodycz, która do pasji doprowadzała męża i dzieci, zwłaszcza Różę. Zamoyłło pozostał zawsze dla niej najpiękniejszym mężczyzną na świecie, ale także zawsze tym panem z pałacu, który ją ,,podniósł”, który nadał jej „nazwisko”, dał jej „stanowisko”. Zresztą nie wyrażała własnych sądów, zawsze pozostawała w cieniu jego postaci, choć trzymała w ręku całe jego życie.
— Czyżby się już nigdzie nie przebierano do obiadu? — zapytała łagodnie.
— Może w Anglii — powiedziała swoim basowym, obojętnym głosem Krystyna.
Ojciec pokręcił się po niebieskim pokoju.
— Dlaczego nie siedzicie w buduarku? — zapytał, ale nie otrzymał odpowiedzi. Powrócił więc do swojego gościa.
— Za chwilę nam podadzą — powiedział — jadamy zawsze o pół do ósmej.
Kanicki odwrócił się od okna. Pomyślał z pewną niecierpliwością o punktualnym podawaniu do stołu i o całym tym nieznośnym pałacowym życiu. Zdjął był szkła i Zamoyłło obaczył przed sobą nagle jego zmęczone, niczym nie przykryte oczy. W mięsistej i ordynarnej twarzy poety wydawały mu się jak zagubione jeziora. Miały wyraz prawie szalony, nieprzytomne, niewidzące i piękne. W tej chwili dźwigały one w sobie część tej mgły zielonej, jaka rozwieszała się w parku pomiędzy drzewami, nad śniegiem. Zamoyłło z życzliwością pomyślał w tej chwili o twórczości Kanickiego, której zresztą nie znał zupełnie.
Kanicki nic nie odpowiedział na słowa pana Zamoyłły. Stary zaś zażenował się, jak gdyby zastał go na jakimś gorącym uczynku. Zapytał go jednak równym, dobrze wychowanym głosem:
— A cóż to my o panu nic nie mówimy? Cóż pan teraz pisze?
Kanicki machnął ręką. Nie bardzo ma czas, robota fachowa, dzienniki.
— Dużo pan pracuje? A ta Melancholia to bardzo dobry zbiór nowel. Zwłaszcza ta pierwsza, jak ona się nazywa? — Zamoyłło miał bardzo dobrą pamięć i zauważył kiedyś jakąś recenzję z tej książki, gdzie mówiono zwłaszcza o pierwszym z opowiadań Kanickiego.
— Jesienna noc — powiedział Kanicki nie chcąc słyszeć fachowego znudzenia w głosie Zamoyłły. Tyle się już tych rzeczy nagadało, a ludzie wciąż piszą i piszą.
W ciszy wiejskiego domu zabrzmiał gong. Ładny i niski ton rozległ się trzy razy po wszystkich pokojach.
— Proszę pana — powiedział Zamoyłło — już podano, chodźmy do stołowego.
Otworzył drzwi, przez które przesmyrgnął jak wiewiórka rudy kot, i ceremonialnie przepuścił naprzód Kanickiego.
— Prawdziwy to szlachecki dwór ten Błędomierz — powiedział Kanicki.
Zebrano się w czerwonym gabinecie. Panie już czekały na panów przy kominku. Lokaj rozniósł starkę w srebrnych czarkach. Piła tylko Krystyna i Kanicki. Otworzono drzwi do bardzo jasno oświetlonej jadalni. Tam czekał na resztę osób jeszcze pan administrator, pan Wiesław Krobowski, jak powiedziano Kanickiemu. Zupa przeszła w milczeniu. Najsztywniejsza była hrabina.
„Po tej to nie widać jej doktorskiego pochodzenia” — pomyślał Kanicki.
Milczenie przerwał Krobowski zwracając się do Kanickiego, który był jego sąsiadem przy stole.
— Pan pierwszy raz w Błędomierzu?
— Nie. Byłem już raz kiedyś w Błędomierzu-mieście. Tutaj także nie jestem po raz pierwszy — zerknął z nieśmiałym uśmiechem ku Zamoylle.
— Miasteczko jest bardzo brzydkie — powiedziała basem Krystyna.
Róża uśmiechnęła się spokojnie jedząc następne danie. Kanicki rzucał na nią poruszone spojrzenia. Siedziała układnie, choć czarne ciepłe włosy zdawały się falować na jej głowie. Nie mówiła ani słowa, patrzała tylko od czasu do czasu na nieskrępowanie milczącego ojca. Podziwiała jego opanowanie. Siedział spokojnie naprzeciw żony nie zdradzając żadnych uczuć i nie krępując się przeciągającym się milczeniem.
„Tyle lat już tak siedzi” — pomyślała Róża.
Tymczasem inżynier Krobowski stanowczo bronił miasteczka, a zwłaszcza fary.
— Oczywiście, oczywiście, fara (wymawiała to: faha) — jest sławna — mówiła Krystyna — ale reszta! — i mrużąc oczy patrzyła na lampę.
— Wiesz, Teresa w tych dniach przyjeżdża — powiedziała nagle pani Zamoyłło nie zwracając się do żadnej z córek w szczególności.
— Tak? — obojętnie zapytała Róża.
— To nasza córka — uprzejmie objaśnił Kanickiego Zamoyłło — która mieszka na Litwie. Administruje tam naszymi dobrami, resztkami naszych dóbr, ściśle biorąc. Przyjeżdża tylko raz na kilka lat.
Kanicki nie zdziwił się. Wiedział, że Zamoyłłowie mają mnóstwo dzieci, nadradca ambasady w Paryżu — to także ich syn, znany oficer ułanów — także. Jednym słowem, wszędzie ich pełno.
Tymczasem Krobowski opowiadając o wartościach artystycznych i zabytkowych fary, którą jeszcze podobno ufundował książę Henryk sandomierski, zapytał Kanickiego:
— A Mękę Pańską pan widział?
— Jaką Mękę Pańską?
— Ach, to pan nie wie? — zdziwił się stary Zamoyłło — to taki zabytek tutaj. Mieszkańcy naszego miasta raz do roku odgrywają przedstawienie na schodach fary. Był to pomysł i ślubowanie jednej z moich prababek, która wniosła w nasz dom Błędomierz. Ona nawet napisała sama naiwny, ale ładny tekst. Jak to idzie?
Tu go nie masz, tu go nie,
Tylko jego odzienie...
Czy tak?
— Jednym słowem, polskie Oberammergau!
— Tak — powiedział Krobowski — tylko że nikomu nie znane. Innych widzów poza Żydkami błędomierskimi i okolicznymi chłopami widowisko to nie ściąga.
— O, ja, jeżeli mogę, to zawsze tam chodzę — powiedziała Krystyna — to takie pobożne.
Róża uśmiechała się z wyrazem wyższości.
— Warto by to skapitalizować.
Kanicki wziął to powiedzenie za dobrą monetę.
— Oczywiście, że warto — powiedział. — Dziś jeszcze gotów jestem się do tego wziąć.
Krobowski mu potakiwał z miną gospodarza, który może zrobić dobry interes. Wstali od stołu i przeszli do gabinetu. Krobowski wyłuszczał Kanickiemu, na czym przedstawienie polega.
— Ależ rzeczywiście, to zupełnie jak Oberammergau — powtarzał Kanicki, który nigdy zresztą nie był w Bawarii.
— Wie pan co — powiedział wreszcie Krobowski — ja dam panu adres mego brata. Krobowski się nazywa, Leszek Krobowski. On założył świeżo biuro podróży, nowy rodzaj interesu, turystyczny, na Nowym Świecie — niech pan z nim pomówi. To by się może dało wyeksploatować. Biuro nazywa się „Leszkrob”.
Kanicki uśmiechnął się na tę nazwę, ale zapisał.
Krystyna się oburzała:
— Zepsujecie, panowie, całą wartość tego widowiska.
— Ależ nigdy! W tym roku przyjedziemy je obejrzeć, a na przyszły rok, czy nawet już na jesieni, damy je zreformowane! Cały świat się zjedzie do Błędomierza.
— Nareszcie Błędomierz stanie się sławny — z goryczą powiedział Zamoyłło.
Wkrótce się wszyscy rozeszli. Kanicki był w znakomitym nastroju i zapomniał o swoich miejskich nerwach i o wszystkim, co mu w ostatnich czasach, a i zawsze, spać nie dawało. Miał w kieszeni aforyzm papierosowy Zamoyłły, a w głowie pomysł polskiego Oberammergau, który się da na pewno świetnie wyeksploatować. Nie mógł się zdecydować na położenie się do łóżka i spacerował po swojej sypialni, która była równie wielka jak i gabinet starego, równie goła i zimna. „Cóż to za pokoiska tutaj pobudowali” — pomyślał niechętnie i wspominał swoje „funkis” mieszkanie. „Małe, bo małe — ale zimne też, psiakrew!”
Tymczasem stary Zamoyłło bardzo przygnębiony siedział w buduarku i bezmyślnie spoglądał przed siebie. Róża chodziła drobnym krokiem po pokoju: była kształtna, choć niewielka, i miała taneczny chód.
— Byłaś zawsze najpodobniejsza do mnie — powiedział pan Tadeusz.
— Ach, tatusiu — zaśmiała się Róża — to nie jest dla mnie żaden komplement.
— Jak to — zapytał stary — nie chciałabyś być do mnie podobna?
— Pewnie, że nie! Byłeś zawsze takim oportunistą.
— Ja oportunistą?
— Szedłeś zawsze po linii najmniejszego oporu...
— Po linii najmniejszego oporu? Co ty tam wiesz — zaśmiał się gorzko. — Nie masz pojęcia, co to znaczy twórczość. Napisać Trubadurów i potem narzucić ich publiczności. To nie jest po linii najmniejszego oporu. Ja odpowiadam tylko za moje dzieła.
— Byłeś szambelanem dworu!
— To wszystko jest bez znaczenia. Mój ojciec był rosyjskim generałem, moi rodzice przedstawili mnie u dworu, no i tak poszło.
— Pierwsze twoje powieści wychodziły po niemiecku.
— Ale jakie były te powieści. Pierwsze moje powieści to były ciężkie sprawy. Nie rozumiesz tego, Róziu, bo nie znasz atmosfery mojej młodości. Hrabicz piszący!... Moja droga, w owych czasach... Ty tego nie rozumiesz, chociaż podobna jesteś do mnie.
Róża śmiała się i chodząc po pokoju zapaliła papierosa.
— To właśnie jest to samo — powiedziała — ty wtedy pisałeś, a ja teraz jestem nauczycielką. I nikt nawet nie podejrzewa, że ja jestem twoją córką. Panna Zamoyłła? Czasami nawet podejrzewają, że jestem Żydówką. No nic, ale na razie zastępstwo. Potem posada pewna. Na kresach. Nie uwierzysz, tatusiu, jakie to jest zajmujące.
— Co mama na to powie!...
— Aha, myślałam właśnie. To zabawne, że ty mnie jednak w tym wypadku lepiej rozumiesz.
— Moja droga — ze smutkiem powiedział ojciec — ja ciebie rozumiem. Tylko ty mnie nie rozumiesz. W tym rzecz. Ja wiem, to może jest dobre rozumowanie... tylko tutaj czegoś brakuje... Gdzieś jest jakiś fałsz.
— Pozwól mi odkryć ten fałsz samej. Dobrze?
— Coś w tym jest złego.
— No, jeżeli nawet. Czyż nie lepiej pójść, potrudzić się, popróbować? Mieć jakąś prawdziwą walkę?... nie tę waszą błędomierską walkę z wiatrakami. Czyż mam rzeczywiście siedzieć tutaj z założonymi rękami i czytać twoich Trubadurów, chociażby to nawet było arcydzieło?
— Uważaj, urażasz mnie — powiedział spokojnie pan Tadeusz.
—A wy mnie tutaj nie urażacie?
— Jesteś młoda.
— A tak. Jestem młoda i mam prawo do innego życia. Takiego, jakie sobie chcę stworzyć... Mam prawo do myślenia.
— Tak. Ale ja bym chciał, abyś ty domyślała do końca.
— Domyślę, jak będę miała sześćdziesiąt siedem lat, jak. ty.
Wstał, ucałował ją w głowę, w te dobrze znane od dzieciństwa puszyste włosy.
— Dobranoc, Różyczko — powiedział.
Poczłapał do siebie. Pani Zamoyllina rozmawiała w hallu z Krobowskim.
— Wiesz, pieniądze jeszcze nie przyszły — zwróciła się z nagłą rozpaczą do męża. — Teresa pisała, że wysłała do Królewca przed dwoma tygodniami. Piętnaście tysięcy. Po tej redukcji kontyngentów ceny na bekony poszły znów w górę. Litwa ma lepsze warunki od nas. Pan Krobowski mówi...
Powiedział dobranoc Krobowskiemu i z wolna, zafrasowany, poszedł do ubieralni. Wojciech czekał grzejąc szlafrok przy piecu, na stoliku stała woda z cytryną i urotropina. Wypił lekarstwo, żona weszła za nim.
— Nie wiem, co to będzie, że te pieniądze nie nadeszły. Krystyna potrzebuje po prostu na życie.
Zamoyłło nie odpowiadał. Wojciech zdejmował mu trzewiki i skarpetki, stary nie mógł się już schylać. Potem nacierał mu stopy octem toaletowym. Cierpki zapach tego kosmetyku rozszedł się po pokojach.
Pani Zofia nie opuszczała swojej sprawy.
— Dałem ci wczoraj te pięć tysięcy, które przysłał Rohwolt-Verlag — powiedział spokojnie Zamoyłło — mówiłaś, że to dla dzieci.
— Tak, ale obiecałam to Ankowi. Ma jakieś długi.
— Długi? takie wielkie długi w tym wieku? Może mogą poczekać?
— Co ty tam wiesz... kiedy Anek się uprze, żeby mieć te pieniądze...
— Raz mu nie daj. Nieznośne takie chłopczysko, świata poza tym tenisem nie widzi.
— Widać widzi, skoro mu tyle pieniędzy potrzeba.
— Wiem już na co. Chce tego małego Pesia wysłać na Rivierę dla treningu, bo w Warszawie nie ma tych tam, jak to się nazywa? tych bud... krytych kortów, czy co? Mówił mi o tym, kiedy był ostatni raz w Błędomierzu, na pewno to.
— Ja tam się nie łudzę co do moich dzieci!
— Ty się nie łudzisz? Moja Zosiu... — powiedział ze zgorszeniem. — No, ja chyba jeszcze mniej... co do twoich dzieci. Anek jest bęcwał.
— Głupstwa pleciesz.
— Nie bęcwał może? Ładny, ale głupi. Twój faworyt, to prawda.
Pani Zofia oburzona wyszła w milczeniu do sypialni nie domykając drzwi. Stary podniósł głos.
— Nie jest twoim faworytem? Przepadasz za nim. A mnie się nie dasz do niego zbliżyć. Zrobiłaś z niego zupełnie obcego człowieka. Sama go tylko rozpieszczasz.
Pani Zofia dobitnym gestem domknęła drzwi pomiędzy sypialnią a ubieralnią.
— I Ansgarem go sama nazwałaś! — krzyknął Zamoyłło donośnie, aby go przez zamknięte drzwi dosłyszała.
Kanicki wstał w znakomitym humorze. Pociąg odchodził zaraz po jedenastej, więc miał jeszcze wiele, bardzo wiele czasu. Do dworca w Błędomierzu-mieście jechać trzeba było kawał porządny. Istniał wprawdzie dawniej przystanek kolejowy bliższy, tak zwany Błędomierz-pałac, stworzony przez władze rosyjskie dla ojca pana Tadeusza, pana Teodora Zamoyłły, który piastował godność generała, a zatrzymany potem dla szambelana. Ale władze polskie skasowały przystanek i trzeba było jeździć do Błędomierza-miasta na stację aż za Wierzchlicę przez wątły i dość wiotki most. Róża wracała tym samym pociągiem do Warszawy. Kanicki ucieszył się bardzo na tę wiadomość.
Konie ruszyły sprzed ganku, stary Zamoyłło z wielkim, ale z opanowanym wzruszeniem żegnał Różę. Nie obiecywała prędko przyjechać. Minęli szybko czarny i ogołocony park. Tylko gdzieniegdzie na dębach tkwiły jeszcze liście piaskowego koloru. Kanicki bardzo lubił tę mieszaninę kolorów białego, czarnego i beige, w jakim zawsze tkwią pejzaże z dębami w czasie zimy. Mają one w sobie coś zdrowego, trzeźwego i prostego — wszystko, czego tak bardzo brakowało Kanickiemu. Niebo błyszczało zimowe i niebieskie. Zaraz za murowanym ogrodzeniem parku zaczynały się domki miasteczka. Z prawej strony widniała kolonia tak zwana Błędomierz-wille, która łączyła się prawie bezpośrednio z parkiem Błędomierza-pałacu. Błędomierz-miasto rozciągało się na wprost i schodziło ku rzece.
W miejscu gdzie park przechodził w miasteczko, od strony ulicy stała maleńka fabryczka. Nieduży budynek, o podłużnych, sięgających prawie ziemi i zakończonych w górze półokrągło oknach, wyglądał jak latarnia. Pośrodku wznosiła się mała jednookienna facjata, a w niej olbrzymi modrzewiowy bal z hakiem, służący zapewne dawniej do zakładania bloku przy ładowaniu towarów. W szczytowej ścianie fabryczki widniał zegar w otoczeniu żelaznych wbitych w mur spojeń, mających kształt burbońskich lilij. A nad zegarem niedużymi romantycznymi literami czerniła się data „1846”.
— Tutaj — powiedziała nagle Róża pokazując fabryczkę — mój dziadek Rzewuski dokonywał swoich wiekopomnych doświadczeń z rafinacją cukru. Podobno podług przepisów Balzaka!
— Ta fabryczka rzeczywiście przypomina Balzaka — niedbale powiedział Kanicki i odwrócił się w inną stronę.
Róża zakochanym wzrokiem powiodła za fabryczką. Budynek w gęstej sieci okien stał niby jakaś świątyńka. Za nim zaczynała się splątana gąszcz parku.
— Mój ojciec przepada za tym budynkiem — powiedziała Róża. — Mówi, że to najładniejszy gmach w Błędomierzu.
Kanicki uśmiechnął się. Po chwili wjechali na rynek i wynurzyła się fara. Stała ona spokojnie, jednowieżowa, niska, oddzielona od pospólstwa rynkowego niewysokim murem i wrotami z cegły. Cegła była otynkowana i bielona. Wrota z dwóch stron ozdobione symetrycznymi furtkami miały nad sobą ornament prosty, z przekładanej cegły, ażurem wykonany i dźwigający mały żelazny krzyżyk. Od placu rynkowego do wrót prowadziły niskie i szerokie schody i jak gdyby długi taras, na którym teraz widniała zgniła trawa, gdzieniegdzie przerwana bielą śniegowej plamy. Tutaj odbywały się przedstawienia Męki Pańskiej.
Kanicki z ciekawością patrzył na to miejsce, wydawało mu się ono zupełnie odpowiednie na stworzenie wielkiego widowiska. Plac rynku był ogromny i prawie pusty. Pośrodku stał malutki ratusik zbudowany w stylu podobnym do stylu fabryczki, pewnie przez tego samego architekta; niby miniaturowa wieża dawnego Wiedeńskiego Dworca w Warszawie, niby zabawka wystrugana z migdałowego kartonu, z półkolistymi oknami na górnym piętrze, z prostą sztabą na wierzchu, nad zegarem.
Potem minęli most, przejechali inną uboższą część miasteczka, tak zwane Zarzecze, i stanęli przed dworcem. Róża nie odzywała się ani słowem.
— Czy pojedziemy trzecią klasą? — zapytała Kanickiego, gdy weszli do budynku.
— Jak pani każę — odpowiedział.
— Ja jeżdżę zawsze trzecią.
Podszedł do kasy i kupił dwa bilety trzeciej klasy. Jak zwykle było bardzo dużo ludzi w poczekalni i nie tylko podróżnych. Załatwiano interesa, spotkania, jacyś kupcy pili przy bufecie, baby z dziećmi rozsiadły się powszędy. Żydzi dźwigali liczne paki. Przysiedli na jakiejś ławce pod oknem, nic nie mówiąc w tłoku. Kanicki tylko odczuwał wielką przyjemność z tego powodu, że nie był sam, że siedział obok ładnej, małej osoby, co prawda niezwykle skromnie ubranej, ale bardzo miłej. A przy tym była to bądź co bądź córka Tadeusza Zamoyłły. Więcej nie potrzebował. Nawet nie patrzał na nią, zresztą unikała jego wzroku, który był przepełniony bezwiednym zachwytem. Nie zdawał sobie sprawy, jak męczył kobiety swoim zachłannym, bladym i trochę obleśnym wzrokiem.
— Czy pan uważa mojego ojca za wielkiego pisarza? — zapytała nagle Róża surowo.
Było to prawie przed samym zajechaniem pociągu. Nim zebrał się z odpowiedzią, trzeba było iść na peron. Pociąg przyszedł. Znaleźli dobre miejsca przy oknie. Inni ludzie nie przeszkadzali im. Mogli rozmawiać swobodnie. Kanicki jednak nie kwapił się z odpowiedzią na pytanie. Musiała mu je powtórzyć.
— Czy pan uważa Zamoyłłę za dobrego pisarza?
Kanicki sam tego nie wiedział. Żeby zyskać na czasie, powiedział:
— I tak, i nie.
— I nie? — zdziwiła się Róża. — Więc ma pan aż tak duże zastrzeżenia?
— Nie, nie — pokwapił się Kanicki przypominając sobie, że rozmawia z córką wielkiego autora.
— No, bo ja myślę w gruncie rzeczy, że to jest taki wielki bluff — rzuciła Róża.
Kanicki myślał prawie to samo, ale nie śmiał wyrazić tego tak dobitnie.
— Nie, nie, proszę pani, tak skrajnie nie można sądzić. Są w jego dziele przepyszne strony. Oczywiście najlepsze w Ziemianach. To rzeczywiście jest piękne.
— Te nigdy nie kończące się opisy przyrody, czy to nie jest trochę nudne?
— Nie, nie. Ja bym co innego zarzucił. Zwłaszcza w Trubadurach. Tam jest zupełne oderwanie się od rzeczywistości. Zamoyłło przebywa w jakimś surowym, rzetelnym, bardzo uczciwym artystycznie, ale bardzo oderwanym świecie.
— Bez akcentu społecznego...
— Tak, oczywiście.
— Teraz poszedł znowu do gabinetu pisać swoją powieść o upadku Rzymu. Obawiam się, że to będzie bardzo słabe. Ale trudno. Tatko już musi to napisać. Otrzymał zadatek z Rohwolt-Verlagu i w miarę jak pisze, to mu to przekładają na niemiecki. Pieniędzy w domu tak potrzeba. Mama ma tyle kłopotów z majątkami — zaśmiała się — bo to mama się tym wszystkim zajmuje. Tatko miał już tyle pomysłów pozbycia się tych kłopotów. Chciał rozdać wszystko chłopom, chciał stworzyć wzorowe gospodarstwo kooperatywne... takie różne filantropijne, „humanitarne” zachcianki. Mama nie dała, ciągle mówi, to nie nasze, to dzieci... Pewnie, że to nie jej. Teraz w czasach kryzysu... Ojciec chciał w tej fabryczce Rzewuskiego, cośmy ją widzieli, zrobić kuchnię dla bezrobotnych. Ale pan Krobowski wytłumaczył, ile na to potrzeba pieniędzy. Nagrodę Nobla wsadził ojciec w ten fundusz kultury wsi czy w coś podobnego, jeszcze bardziej bezpłodnego... — śmiała się wesoło.
Teraz, kiedy siedzieli naprzeciwko siebie, Kanicki patrzał na nią swobodnie. Patrzał i uśmiechał się do jej uśmiechu, nie mając pojęcia właściwie, o czym ona mówi i jaki jest przedmiot tego śmiechu. Patrzał na jej usta, na białe zęby, wyraźne, choć małe dołeczki na obu policzkach i na włosy poskręcane i jak gdyby swoim własnym życiem żyjące, które wymykały się spod małej czapeczki koloru tylko co widzianych liści dębowych. Panna Róża bardzo mu się podobała.
„Co ona właściwie robi?” — pomyślał sobie i przypomniał, że wczoraj wieczorem grała Bacha.
— Czy pani jest w Konserwatorium? — zapytał bez związku z tym, co mu mówiła.
— O, przeciwnie! — powiedziała Róża i znowu się zaśmiała. Stanowczo była w zbyt dobrym humorze i w śmiechu przebiła nagle nutka zdenerwowania. — Jestem nauczycielką — powiedziała już spokojniej.
— Nauczycielką? — zdziwił się Kanicki.
— Tak, właśnie teraz dostałam posadę na kresach. Na razie zastępstwo. Wyjeżdżam tam dziś wieczorem.
Za oknami przemykał okropny podwarszawski pejzaż. Lasy okolic Błędomierza znikły szybko i mknęły teraz rozorane drogi, rozmokłe pola, śniegi stopniałe i czarniawe. Jedyną ozdobą były czarne gawrony, które tam i ówdzie siedziały na skibach, psy puszczające się w lot za pociągiem, ceglane domki wybudowane w szczerym polu, zarośla i przydrożne jeziorka zakryte żółtą trzciną. Białe obłoki dymu z lokomotywy, podobne do białego już nieba, przelatywały ukośnie nad polami, czepiając się prawie wysokich grud orzeliny. Ot, zwyczajna polska zima.
Ale Kanicki nie widział tego. Przez cały czas, co jechał z panną Różą do Warszawy, widział tylko ją. Oczy mu się mgliły coraz bardziej i stawały się coraz bielsze i nieprzytomniejsze w wielkiej mięsistej twarzy. Róża patrzyła jakby trochę zdziwiona na Kanickiego, ale nie zdawała się być zdetonowana jego widocznym zachwytem.
Gdy pociąg stanął na stacji, byli już na stopie prawie przyjaznej. Powiedziała mu, jak się jedzie do tej zapadłej dziury gdzieś pod Kowlem, jak trzeba wynająć furmankę, i dodała też, że sprawiłoby jej dużą przyjemność, gdyby do niej przyjechał. To zaskoczyło Kanickiego i nie wiedział, gdzie się kończy uprzejmość, a gdzie zaczyna zainteresowanie. Nie dała pomóc sobie przy wynoszeniu walizki i znikła nagle w tłumie, zaraz, gdy tylko wysiedli na peron. Kanicki nawet nie zdążył zapytać, jakim pociągiem jedzie i czy może ją spotkać na dworcu. Zapomniał zapytać, czy może do niej napisać słów parę, ale skoro mu powiedziała, że może do niej przyjechać?
Cały czas, co zdążał na Mokotów do swojego „funkis” mieszkania, myślał o Róży. I nawet o pytaniach, jakie mu zadawała. Szczególnie o pytaniu, czy uważa Zamoyłłę za wielkiego pisarza. Tak, to zresztą nie ulegało wątpliwości, Zamoyłło był okropnym pisarzem, ale już tak wielkim, że nikt nie stawiał tego pytania.
W mieszkaniu zastał zimno, jak w psiarni. Na szczęście stróżka przygotowała na czarnym kominku ze sztucznego granitu trochę szczap drzewnych, złożonych w kształcie piramidy i podwatowanych papierem. Zapalił ogień pod drwami, nalał wody do czajnika i postawił na gazie, który wybuchał niebieskim płomieniem na tymże samym granitowym kominku. Potem wlazł po bardzo niewygodnych schodkach na rodzaj balkoniku, gdzie się mieściła jego biblioteka, i zapaliwszy światło dyskretnie ukryte za matowym szkłem pomiędzy półkami („co to kosztowało to paskudztwo!” przemknęło mu przez głowę) wyrwał z gęsto zaludnionej półki pękaty tom Trubadurów. Otworzył na chybił trafił i rozpoczął czytanie:
„Oczom ich przedstawił się widok rozłożysty i jak gdyby szerszy niźli normalnym oczom ludzkim dane jest ogarnąć. Pas wzgórz, potem pas ogrodów, potem pas ziemi czerwonawej i jak gdyby z jakichś pokruszonych metali zrobionej, przedzielał ten obraz niepokalanego intensywnego szafiru morza, które wznosiło się ku górze, soczyste i pełne jak doskonały akord olbrzymiej orkiestry. Nad morzem tym wznosiły się proste świątynie. Przedzielone rytmiczną przestrzenią, niby przez jakieś genialne pszczoły (Kanicki się skrzywił: genialne pszczoły!) ulepione z wosku i miodu, podobne do samotnych drzew owocowych, stały najpiękniejsze świątynie pogańskich bóstw, osnute w fiołkowe cienie, zagłębia, niby akt cudownej kobiety wyrzeźbiony przez dojrzałego rzeźbiarza. A w głębi nad tymi świątyniami polatywały prawie w powietrzu — na wysokim morzu — roje białych skrzydeł. To żagle łodzi rybackich rozsypywały się miriadami po zielonoszafirowej toni, gromadziły się w grupy i korowody, tańczyły, jak gdyby owady białoskrzydłe ponad zwałami, kolumnami i zwiotczałymi architrawami. Uklękli na murawie pełnej amarantowych koniczyn, pachnących polskim latem, i wyciągnęli ręce do tych zarysów świątyń, do snu podobnych, do tej ziemi, z której one wyrastały, do morza i do żagli śnieżnych po morzu potężnym i pachnącym rozsypanych”.
— No, no — i proza! — powiedział sobie Kanicki nie zdając sobie sprawy z tego, czy jest to aprobata, czy nagana. — Same przymiotniki! — dodał z wyraźną już niechęcią.
Czajnik syczał, ale Kanicki nie zwracał na to uwagi. Wreszcie zlazł ze swojej drabiny z innym tomem pod pachą. Byli to Ziemianie. Zestawił czajnik z gazu i siadł w zimnym chromowanym krześle, które się ugięło pod nim jak sprężyna — jak zła sprężyna. Otworzył teraz Ziemian. Zaraz po kilku kartkach trafił na ten ustęp:
„No, więc nastała jesień. Ach, jakiż to parasol kolorowy rozsnuł się teraz nad Dobrzyńskim parkiem, gdzie Alfred spacerował codziennie wspierając się na czarnej lasce (dlaczego akurat czarnej? i to hrabiowskie „spacerował”!). Bo w jesieni przychodzą dnie, kiedy już ona niczego nie żałuje, minione smutki i troski, radości i wesela odeszły, zostaje wyzywająca, czerwona, postrzępiona szata — przetykana rudymi kędziorami — i rozpoczyna się przedśmiertna orgia”.
— To znacznie słabsze — powiedział Kanicki, nalał sobie herbaty i mieszał bezmyślnie łyżką w szklance. Jego niebieskie oczy rozbiegły się nagle w dwie strony — jedno pobiegło w dal zmęczone i coś widzące, drugie odwróciło się „na stronę”, jak gdyby nie chciało patrzeć w tę nieskończoność, jaką oglądał jego sąsiad.
I dalej:
„Na skraju parku stała mała fabryczka. Okna jej sięgające prawie do samego dołu można by było nazwać oknami gotyckiej kaplicy, gdyby w górze nie były uwieńczone pełnymi półkolami; jednak, pomimo że zbudowana w stylu Mikołaja I, dyszała ona niewytłumaczonym romantyzmem. Wołyńskie podania powiadały, że Balzac dokonywał w niej swoich alchemicznych doświadczeń podług przepisów, których mu dostarczał pewien berdyczowski Żyd. Mury tej fabryki, kremowe i gęste, odbijały od zieleni otaczających ją drzew, jak mury doryckiej świątyni (ausgerechnet doryckiej!). Czarna cyfra na kremowej szczytowej ścianie, podobnej do obłoku pomiędzy żółtymi liśćmi, znaczyła datę niezbyt odległą, ale już pełną innej melodii. Jak gdyby barwa tamtych lat, które przecież jeszcze pamiętał, miała w sobie coś z owej obłocznej lekkości, jaką posiadała mnogookienna fabryczka-świątynia”.
— No, doskonale — powiedział nawet głośno Kanicki — jak to można przemalować słowami zwyczajne stare pudło. Widziałem to przecie dzisiaj na własne oczy!
W tej chwili zadzwonił telefon. Rozmówił się szybko z dyrekcją fabryki papierosów i zapowiedział reklamę z podpisem Zamoyłły. Kazano mu natychmiast udać się do drukarni i dać kartkę do zrobienia kliszy facsimilowej. Odrzucił Ziemian, zgasił gaz i poszedł na miasto.
Śnieg topniał, trotuary były mokre i śliskie, całe w naroślach sczerniałego lodu. Ogromne wozy ciężarowe, wznoszące się jak londyńskie mosty, zsypywały zwały czystego śniegu do okrągłych otworów rynsztokowych. Na ulicach panował ruch i wesołe warszawskie ożywienie. Ludzie uśmiechali się do siebie lub kłócili pokazując zęby, zawsze sczepieni jakimś afektem. Kanicki zaszedł do drukarni (olbrzymi zakład mieścił się w podwórzu w małych i niskich, zduszonych pokoikach), gdzie błota było więcej niż drukarskiej farby, oddał aforyzm Zamoyłły, jak gdyby to była Biblia Szaroszpatacka, w ręce bardzo eleganckiego i wylizanego niedogryzka fakultetu architektury, który to fakultet jest rozsadnikiem elegancji w najrozmaitszych zawodach, i poleciał czym prędzej pod wskazany przez Krobowskiego adres na Nowy Świat, gdzie mieściło się świeżo otwarte biuro podróży.
— Jak to się nazywa? — przypominał sobie Kanicki. Zobaczył chromowany zegar ze ślepymi cyframi i pod tym prosty, ale olbrzymi napis „Leszkrob”. — To tutaj!
Wszedł przez małe wrzecionowate drzwiczki i stanął przed ladą ze sztucznego niebieskiego marmuru. Ruda i bardzo ładna panna siedziała w rodzaju szklanej klatki. Miała wypukłe niebieskie oczy i zdawała się wielką rybą-kobietą, zamkniętą do srebrnego akwarium. W sklepie było nie tylko gorąco, po prostu parno. Panna zwróciła ku wchodzącemu leniwym ruchem białą szyję i białą rękę.
— Czy zastałem pana Krobowskiego?
Wskazała bez słowa na drzwi przykryte grubą żółtą derką, jaką się dawniej w dobrych domach przykrywało konie. Zapach podłogi wyłożonej żółtą żyłkowaną gumą przyprawiał Kanickiego o mdłości. Za drzwiami, ukryty za derką, stał mały boy w zielonej czapeczce, na której złotymi literami było napisane: „Leszkrob”. Zabawne słowo! Kanicki w milczeniu odsunął boya i wkroczył do małego półokrągłego gabinetu z wielkim matowym oknem pośrodku. Kolor gabinetu był tak niebieski, że rozpływały się w nim kontury ścian i okrągłość sufitu. Pan Krobowski Leszek siedział pośrodku tego gabinetu za małym czarnym biurkiem niby mały czarny aniołek w bardzo niebieskim niebie. Powstał na powitanie Kanickiego i ostentacyjnie podał mu rękę.
Kanickiego przez cały czas rozmowy z Krobowskim nie opuszczało przykre uczucie: wiedział, że gdzieś spotykał już tego pana, ale nie przypominał sobie, gdzie. Pamiętał tylko, że pośród jakichś bardzo przygnębiających okoliczności. Zresztą widział, że Krobowski też go poznaje z innych źródeł niż ilustrowane pisma literackie, gdzie dość rzadko zresztą ukazywała się jego podobizna. Pomimo to Leszek zapewniał go, że zna go ze słyszenia i z czytania.
„Bodaj tak” — zaklął w duchu Kanicki.
Zresztą rozmowa nie przedstawiała żadnych większych trudności. Leszek doskonale znał cały Błędomierz. Nie tylko bywał tam u brata, ale przede wszystkim rodzina jego żony pochodziła stamtąd. Spod samego Błędomierza — z miejscowości zwanej Błędomierz-wille. Słyszał pan o miejscowości Błędomierz-wille? To bardzo interesujące miejsce. Wielka fabryka sztucznego jedwabiu. Teść Leszka Krobowskiego był głównym właścicielem tej fabryki, prócz tego jest tam jeszcze dużo rodziny.
— No, widzi pan — powiedział na to wszystko Kanicki zasadzając się w fotelu i prostując swoje dość krótkie nóżki — mamy więc wszyscy interes w tym, aby ściągnąć do Błędomierza turystów. — I dotykając co chwila okularów wyłożył Leszkowi cały swój pomysł. Że wraca od Zamoyłły, że mówił o tym z panem Tadeuszem, że ten zainteresował się sprawą, że pan inżynier Krobowski (Wiesław) też rad by coś zrobić z tego. Że jednym słowem, polskie Oberammergau, że przetworzenie Błędomierza w cele pielgrzymek, zbudowanie hotelu, połączenia z Warszawą znakomite, no, zbadanie tekstu, zaproszenie jakiegoś wielkiego reżysera, ktoś z młodszych napisze muzykę, to teraz modne. Jednym słowem, wielki interes, Salzburg czy coś podobnego w sercu Polski.
Mały czarny Leszek Krobowski siedział w niebieskim obłoku jak sfinks. Słuchał uważnie tego, co mówił Kanicki, patrząc na niebieską bibułę, jaką było wyłożone czarne biurko. Pięknym białym nożykiem, prostym jak dzieło sztuki, kreślił po stole wzory, żywo poruszając dłonią. Natomiast rysy jego krągłej, pucołowatej i dość bezczelnej twarzy nie zdradzały żadnej myśli, a oczy trzymał chytrze zakryte. Gdy Kanicki skończył, powiedział parę nic nie mówiących słów:
Że się zobaczy, że rzeczywiście MSZ musi wypowiedzieć swoją opinię... że Fundusz Kultury Narodowej... trzeba stworzyć odpowiednie towarzystwo akcyjne... poparcie Ministerstwa Komunikacji... Zresztą tę sprawę on mógłby załatwić, gdyż głównie stosunki w Ministerstwie Komunikacji ułatwiły mu pracę przy założeniu biura podróży... Start! — uśmiechnął się i popatrzył przez chwilę na Kanickiego. Kanicki zobaczył małe czarne oczki, bardzo przebiegłe i ruchliwe, i trochę się zasępił. Patrzyły na niego z odrobiną ironii i jak gdyby pogardy. Z góry odsuwały go od wszelkiego udziału w tej sprawie.
„Nie dam się” — pomyślał Kanicki i powiedział:
— Ja znowuż mógłbym pójść do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zresztą przez pana Tadeusza, którego syn jest nadradcą ambasady...
Krobowski uśmiechnął się i zatemperował maszynką długi zielony ołówek, strzepnął strużki i zawołał:
— Pozwoli pan, że pomyślę nad tą sprawą, poradzę się teścia. Właśnie w tych dniach przyjechał do Warszawy, a on zna doskonale błędomierskie stosunki i koniunktury. Zwłaszcza od dołu, że tak powiem, od strony proletariatu — zaśmiał się, choć Kanicki siedział nieporuszony i zmartwiały. Boy przyniósł popołudniową gazetę, Krobowski rzucił na nią obojętnym okiem i odłożył w stronę Kanickiego.
Widząc widoczny chłód Kanickiego Krobowski postarał się nadać więcej ciepła swojemu głosowi, jak również treści tego, co mówił.
— Uważam, że doskonały pomysł, i mam nadzieję, że pan zechciałby opracować tekst widowiska. Mając do rozporządzenia takie pióro, no i taką inicjatywę — dodał nieszczerze Krobowski — pana energię itd., itd.
Kanicki nie bardzo słuchał tych komplementów, chociaż je bardzo lubił, a niezmiernie rzadko je słyszał. Patrzał na dół pierwszej strony gazety, gdzie petitem stało wydrukowane: „Hrabianka nauczycielką”.
Tekst wzmianki był następujący: „Jak się dowiadujemy, córka hrabiego Teodora Zamoyłły (oczywiście nasze gazety nawet nie wiedzą, jak ma na imię nasz największy pisarz) została mianowana nauczycielką szkoły powszechnej w Kamieniu Żelaznym woj. poleskiego. Oryginalna hrabianka zerwała stosunki z domem ojcowskim i postanowiła samodzielnie zarabiać na życie”.
Podniósł oczy na Krobowskiego. Ten siedział wyprostowany w fotelu i uśmiechał się. Kanicki myślał wciąż o Róży i o tym, że dzisiaj wyjeżdża na swoje Polesie, i zapomniał, z czym tu przyszedł. Burknął tylko: — W takim razie czekam na telefon! — i wyszedł pośpiesznie na ulicę skłoniwszy się pannie, co siedziała w srebrnym akwarium.
Tymczasem ściemniło się. Niebieski brzydki mrok rozdzierały czerwone lampy, mgła opadała nisko i wszystkie trotuary błyszczały ślizgawicą. W sąsiednim sklepie stały wielkie pudła cukierków na malinowym aksamicie. Wystawa, jak się mówi w Warszawie, była „fajna”, przeciwstawiała wyrafinowanie wykwintnej sztuki — nędzy jakiegoś biedaka, który sprzedawał przy tym oknie gazety. Kanicki kupił od niego jeszcze raz tę wiadomość, którą czytał u Krobowskiego, aby tylko przeczytać raz jeszcze to nazwisko: Róża Zamoyłło. Kanicki uśmiechnął się znalazłszy je u dołu szpalty. Widać brakowało materiału i wsadzili tutaj byle co — wiadomość o mianowaniu Róży nauczycielką nie była przecie tak ważna.
Wolnym krokiem skierował się do swojej redakcji, aby zobaczyć, czy nie ma czego w jego skrzynce na listy. Kiedy wchodził na odrapane schody, bo winda jak zwykle zepsuła się i nie działała, nagle przypomniało mu się, kiedy widział twarz Leszka Krobowskiego po raz pierwszy. Ale tak, to było na pogrzebie stryja, oczywiście! Pogrzebem zajmowała się firma „Krobowski i Syn”. I Leszek przyszedł jako jej przedstawiciel omawiać szczegóły. Cóż za odmiana! Naturalnie to jest Krobowski i Syn!
Gdy stał i grzebał w swojej skrytce, skąd wydobył parę wątłych kopert niebieskich i zielonych z nieodzownymi drukami, przeleciał przez przedpokój sekretarz redakcji.
— Świetnie, że pana widzę, myślę, że pan nie ma za dużo korespondencji?
— Nie rozumiem.
— Listy? Listy? Dużo panu przysyłają do redakcji?
— Tak bardzo znowuż to nie.
— Bo my mamy nowego sprawozdawcę sportowego. I nie ma dla niego skrzynki. Może by się panowie podzielili?
— Sportowy? To będzie masa listów do niego.
