Pani Shaladoru. Czarne Kamienie - Anne Bishop - ebook
Opis

Przed wiekami Shaladorczycy, uchodźcy ze zniszczonego terytorium, znaleźli schronienie w Dena Nehele. Nim jednak zdążyli zadomowić się w nowym miejscu, władzę przejęły tam okrutne królowe. Zabraniały uchodźcom kultywowania rodzimych tradycji, a tych, którzy ośmielali się stawiać opór, bezwzględnie karały. Shaladorczycy – skazani na życie w rezerwatach – nigdy nie nazwali tej krainy domem. Po oczyszczeniu Terreille ze skazy Dorothei SaDiablo władzę w Dena Nehele obejmuje Cassidy – Królowa nosząca Różowy Kamień. Stawiając czoła wielu przeciwnościom, stara się odbudować terytorium i udowodnić, że potrafi godnie władać zarówno nim, jak i jego ludem. Choć wie, jak trudne to wyzwanie, nie zdaje sobie sprawy, że będzie zmuszona wezwać moce, które omal nie pozbawią jej życia. Oddany Cassidy Gray pomoże jej wyjść z tej próby obronną ręką, jednak już niebawem będą na nią czyhać kolejne niebezpieczeństwa. Czarne Wdowy dostrzegają w splątanych sieciach niepokojącą wizję – nadchodzi coś, co na zawsze zmieni i Dena Nehele, i jego Królową.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 645

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anne Bishop

Pani Shaladoru

Czarne Kamienie – KSIĘGA VIII

Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska

Kraków 2010

Nadine, Merri Lee i Annemarie oraz Neeli

Tytuł oryginału: Shalador's Lady

Copyright © 2010, Anne Bishop

All rights reserved

www.annebishop.com

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM

Cover illustration by Larry Rostant

Represented by Artist Partners Ltd

Tłumaczenie z języka angielskiego: Monika Wyrwas-Wiśniewska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Anna Płaskoń-Sokołowska, Katarzyna Wróbel

Ilustracja na okładce: Larry Rostant

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

Zamówienia hurtowe:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

tel. (22) 721 70 07 lub 09

e-mail:[email protected]

Ogólnopolski System Dystrybucji Wydawnictw Azymut Sp. z o.o.

tel. (42) 680 44 12 do 22

e-mail:[email protected]

Platon Sp. z o.o.

tel. (22) 329 50 00, (22) 631 08 15

e-mail:[email protected]

Wydanie I

ISBN 978-83-62577-28-6

Podziękowania

Bardzo dziękuję Blairowi Boone’owi za to, że nadal jest moim pierwszym czytelnikiem, Debrze Dixon za to, że jest moim drugim czytelnikiem, Dorannie Durgin za opiekę nad moją stroną internetową, Rickowi Kohlerowi za przygotowanie mapy, Pat Feidner − tak po prostu − oraz wszystkim Przyjaciołom i Czytelnikom, którzy odbywają ze mną tę podróż. Specjalne pozdrowienia dla Nikki i Sloan, humanitarnych księżniczek wampirów, które poznałam podczas rejsu na Alaskę.

Hierarchia Krwawych

Mężczyźni:

Plebejusze – przedstawiciele wszystkich ras, którzy nie są Krwawymi

Krwawy – ogólny termin oznaczający wszystkich mężczyzn Krwawych; odnosi się także do wszystkich mężczyzn Krwawych nienoszących Kamieni

Wojownik – mężczyzna noszący Kamień, równy statusem czarownicy

Książę – mężczyzna noszący Kamień, równy statusem Kapłance lub Uzdrowicielce

Książę Wojowników – niebezpieczny, niezwykle agresywny mężczyzna noszący Kamień; ma status nieco niższy niż Królowa

Kobiety:

Plebejuszki – przedstawicielki wszystkich ras, które nie należą do Krwawych

Krwawa – ogólny termin oznaczający wszystkie kobiety Krwawych; najczęściej odnosi się do kobiet Krwawych nienoszących Kamieni

Czarownica – kobieta Krwawych, która nosi Kamienie, ale nie jest przedstawicielką żadnego z pozostałych szczebli hierarchii; oznacza także każdą kobietę noszącą Kamień

Uzdrowicielka – czarownica, która leczy rany i choroby, równa statusem Kapłance i Księciu

Kapłanka – czarownica, która opiekuje się ołtarzami, sanktuariami i Ciemnymi Ołtarzami, prowadzi ceremonie składania ofiar, równa statusem Uzdrowicielce i Księciu

Czarna Wdowa – czarownica, która leczy umysł, tka splątane sieci snów i wizji, jest wyszkolona w dziedzinie iluzji i trucizn

Królowa – czarownica, która rządzi Królestwem; uważana jest za serce kraju, moralną ostoję Krwawych i centralny punkt ich społeczeństwa

Miejsca akcji

Terreille

Dena Nehele

góry Tamanara

Szara Przystań – posiadłość rodzinna i miasto

Eyota – wioska we wschodnim rezerwacie Shaladorczyków

Ebon Askavi (Czarna Góra, Stołp)

Hayll

Zuulaman

Kaeleer (Królestwo Cieni)

Askavi

Ebon Askavi (Czarna Góra, Stołp)

Ebon Rih – dolina leżąca na terytorium Stołpu

Riada – wioska Krwawych w Ebon Rih

Dea al Mon

Dharo

Pole Tkaczek – wioska Krwawych

Bhak – wioska Krwawych

Wełnista Skóra – wioska plebejuszy

Dhemlan

Amdarh – stolica

Halaway – wioska w pobliżu Pałacu SaDiablo

Pałac SaDiablo

Nharkhava

Tajrana – stolica

Scelt (czyt. Szelt)

Maghre (czyt. Ma-gra) – wioska

Piekło (Królestwo Ciemności, Królestwo Zmarłych)

Ebon Askavi (Czarna Góra, Stołp)

Pałac SaDiablo

Uwaga autorki:

„Sc” w nazwach Scelt, Sceval i Sceron należy wymawiać jak „sz”.

DWÓR CASSIDY

Shira – Czarna Wdowa/Uzdrowicielka

Vae – czarownica; Sceltie

Reyhana – shaladorska Królowa

Książęta Wojowników

Archerr

Burne

Haele

Jared Blaed (Gray)

Ranon – zastępca Talona

Shaddo

Spere

Talon – Dowódca Straży

Theran – Pierwsza Eskorta

Książęta

Powell – Zarządca Dworu

Wojownicy

Bardric

Cayle

Radley

DWÓR KERMILLI

Wojownicy*

Aston

Bardoc

Flynton – Dowódca Straży

Gallard – Zarządca

Jhorma – Faworyt

Kenjim

Laska

Liekh

Ridley

Trae

Kamienie

Biały

Żółty

Oko Tygrysa

Różowy

Letnie Niebo

Purpurowy Zmierzch

Opal**

Zielony

Szafir

Czerwony

Szary

Szaroczarny

Czarny

Składając Ofiarę Ciemności, dana osoba może otrzymać Kamień o trzy poziomy niższy od Kamienia otrzymanego na mocy Przyrodzonego Prawa.

Przykład: Biały otrzymany na mocy Przyrodzonego Prawa może obniżyć się do Różowego.

Im niższy poziom, tym większa moc.

Uwaga: mapa została stworzona przez autorkę niebędącą specjalistką w dziedzinie kartografii. Wszystkie odległości są względne i mogą zostać zmienione bez ostrzeżenia.

Kiedy wieści o dobroci i odwadze nowej Królowej rozeszły się po terytorium Dena Nehele, Czarne Wdowy poczuły drżenie ziemi. Kiedy jednak utkały splątane sieci marzeń i wizji, to, co zobaczyły, nie przyniosło im pociechy.

Wiele z nich ujrzało miodowe grusze, uginające się pod ciężarem dojrzałych owoców, wyrastające z gnijących ciał porzuconych na polach walki. Kilka zobaczyło nowy początek w kolorach zachodu słońca. Wizje nie były jasne – dawały jednak pewność, że coś w Dena Nehele zmienia się już na zawsze.

W Ebon Askavi, Sanktuarium Czarownicy, inna Czarna Wdowa również studiowała marzenia i wizje w swej splątanej sieci – i zobaczyła więcej niż jej siostry.

A kiedy z jej szafirowych oczu popłynęły łzy, nawet ona nie potrafiła powiedzieć, czy zwiastowały smutek, czy radość.

JEDEN

Terreille

Ranon wyszedł na taras znajdujący się na tyłach rezydencji Szara Przystań, zamknął ciemne oczy i podniósł do ust drewniany flet. Zawahał się, gdyż ostrożność wyuczona przez lata doświadczeń toczyła w jego duszy bój z nadzieją, jaką przyniosła ze sobą pani Cassidy, Królowa rządząca obecnie terytorium Dena Nehele.

Właśnie w imię tej nadziei i rodzącego się zaufania Ranon zaczerpnął tchu i zaczął grać Powitanie słońca – pieśń, której nie słyszano poza rezerwatami Shaladorczyków od wielu, wielu lat. A nawet w samych rezerwatach nigdy nie grano jej publicznie.

Tej i innych pieśni nauczył go dziadek. Przechowywali je dla przyszłych pokoleń Strażnicy Tradycji, od kiedy kilka wieków temu Shaladorczycy uciekli ze swego zrujnowanego terytorium i osiedlili się w południowej części Dena Nehele. Ludziom dobrze się tam wiodło, więc zapuszczali korzenie, szanując lokalne tradycje, ale nie zapominając o własnych, gdyż zawsze żywili nadzieję, że pewnego dnia będą mieli znowu własne terytorium.

Kiedyś była to żyzna ziemia, gdzie dobrze się żyło pod rządami królowych noszących Szare Kamienie, ale po śmierci Lii rozpoczął się powolny upadek Dena Nehele. W ciągu następnych dwóch pokoleń zdobyły tu władzę królowe wspierane przez Dorotheę SaDiablo, Najwyższą Kapłankę Hayll. Dorothea nienawidziła ludu Dena Nehele za to, że tak długo się jej opierał, ale jeszcze bardziej pałała nienawiścią do Shaladorczyków z powodu Jareda − wojownika noszącego Czerwony Kamień, który był mężem i Faworytem Lii, ostatniej Szarej Pani rządzącej Dena Nehele.

Ponieważ Dorothea nienawidziła ludu Jareda, posłuszne jej królowe starały się zniszczyć wszystko to, co shaladorskie. Granice rezerwatów, w których osiedlili się Shaladorczycy, kurczyły się coraz bardziej, aż nie można już było wyżywić ludzi z tego, co rodziła ziemia. Zabroniono kultywowania shaladorskich zwyczajów. Potajemnie uczono tradycyjnego tańca i muzyki, skrycie przekazywano shaladorskie opowieści, ponieważ wszystko to wiązało się z wielkim ryzykiem.

Dziadek Ranona ze strony ojca był Strażnikiem Tradycji Muzyki. Nazywał się Yairen i wciąż pozostawał silnym, milczącym i szanowanym przywódcą w Eyocie, wiosce, w której wychował się jego wnuk. Yairen był utalentowanym muzykiem i uważał, że wpajanie młodemu pokoleniu pieśni, które ukształtowały serce Shaladoru, to jego patriotyczny obowiązek.

Gdy Królowa Prowincji, która władała tym rezerwatem, dowiedziała się o praktykach Yairena, kazała trzykrotnie połamać mu ręce za to, że uczy rzeczy zabronionych. Pomimo że kości się zrosły, po tych torturach Yairen ledwie mógł utrzymać flet w palcach, nie wspominając o grze. Ale nawet mimo okaleczonych rąk dawał swojemu wnukowi lekcje.

Muzyka była więc dotąd w życiu Ranona tajemnicą i rzeczą zakazaną. Choć czasami przyznawał się, że umie grać na flecie, nigdy nie demonstrował swych umiejętności w obecności ludzi, którym nie ufał, a przed tymi, których darzył zaufaniem, rzadko wykonywał pieśni Shaladoru.

Czy Królowa, której teraz służy, jest w stanie pojąć, ile go kosztuje, by stać tu teraz i grać muzykę swego ludu? Zapewne nie. Pani Cassidy zdawała sobie sprawę z jego niechęci do gry, ale nawet Shira – jego kochanka, Czarna Wdowa i Uzdrowicielka − nie miała pojęcia, jak głęboko strach i nadzieja wniknęły w jego serce w ciągu tych ostatnich dni, kiedy dźwięki fletu w niemal magiczny sposób łączyły się z resztą świata. Tak, bał się, ale nadzieja na coś nowego i lepszego sprawiała, że stawał tutaj, w miejscu, które było twierdzą okrutnych królowych, i grał muzykę, mogącą sprowadzić na niego okrutną karę.

Z wciąż zamkniętymi oczami Ranon zaczął grać kolejną pieśń, a jego serce rosło z każdą nutą, napełnione radosnym spokojem.

– Długo jeszcze zamierzasz tak stać i wygrywać serenady sadzonkom?

Otworzył oczy i opuścił flet. Spokój, który czuł jeszcze przed chwilą, zniknął, gdy niespodziewanie obok niego wyrósł Theran Szary.

Nie lubili się z Theranem. Nigdy. Jednak w jego pytaniu wyczuł jedynie uprzejme zainteresowanie.

– Kwadrans – odparł, rzucając okiem na klepsydrę unoszącą się obok niego w powietrzu. Sądząc z tego, ile piasku zebrało się na jej dnie, grał już jakieś pół godziny. – Gray twierdzi, że to pomaga miodowym gruszom rosnąć.

– Naprawdę obawia się, że uschną, jeśli nie będziesz im grał? – spytał Theran, przyglądając się trzynastu donicom stojącym pod wysokim klombem, który tworzył naturalną balustradę tarasu.

Serce Ranona podskoczyło niespokojnie na samą myśl o tym, że któraś z małych miodowych grusz mogłaby uschnąć. Jednak nikomu nie przyznałby się, ile znaczy dla niego ten żywy symbol przeszłości.

Jared sprowadził do Dena Nehele sześć miodowych grusz, a jedną podarował Lii. Została zasadzona tutaj, w Szarej Przystani, i trwała w ogrodzie jeszcze długo po uschnięciu, jako symbol wykpiwający Królową z Szarym Kamieniem, która kiedyś tu rządziła. Okazało się jednak, że pod uschniętym drzewem ukryto trzynaście miodowych gruszek, starannie zabezpieczonych Fachem. Ukryła je tam sama Lia, a znalazła Cassidy – był to jej pierwszy krok na drodze do odnalezienia skarbu Szarych. Te małe drzewka były nićmi nadziei, które wiązały przeszłość z przyszłością.

– Wszystko jedno, co myśli Gray – skwitował Ranon. – Królowa zażyczyła sobie, żebym co rano grał na flecie gruszom, więc gram.

Jeszcze zanim skończył mówić, wiedział, że źle dobrał słowa.

– Cóż, w ten czy inny sposób wszyscy gramy tak, jak nam nakaże Królowa, nieprawdaż? – zapytał Theran. Potem rzucił okiem na Ranona i dodał nieco złośliwie: – Lepiej graj szybciej, bo nim siądziesz do śniadania, zabraknie nie tylko mięsa i jajek, ale nawet owsianki.

My już chyba nawet nie staramy się współpracować, pomyślał Ranon. Wszyscy na dworze doskonale wiedzieli, że nienawidzi owsianki, a on sam nigdy tego nie ukrywał. A zatem Theran bez wątpienia powiedział to złośliwie. Tylko dlaczego? Ponieważ się nie lubili, a wszelkie próby zachowania choćby pozorów grzeczności zwykle nie trwały dłużej niż kilka minut?

Na ognie piekielne! Od czasu gdy Cassidy odnalazła skarb i udowodniła, że jej przeznaczeniem jest rządzić Dena Nehele, Theran na zmianę robił się gorący i zimny, wszyscy jednak starali się współpracować dla dobra ziemi i Królowej. A przynajmniej dla dobra ziemi. Reszta mężczyzn tworzących Pierwszy Krąg Cassidy doskonale wiedziała, że Theran nie jest tak oddany Królowej jak oni. Służba na jej dworze była jednym z warunków umowy, jaką zawarł, by sprowadzić do Dena Nehele Królową z Kaeleer. Jednak przyjęcie tego warunku nie było równoznaczne z chęcią służenia. Choć trzeba przyznać, że ostatnio Theran starał się współpracować z Cassidy, zamiast się jej sprzeciwiać.

– Wiesz co? – dodał Theran. – Zostawię dla ciebie moją porcję owsianki.

Ranon poczuł gwałtowny wzrost napięcia. Gorący podmuch powietrza i niewypowiedziane zaproszenie do przelania krwi.

– Masz dwadzieścia siedem lat, a ja trzydzieści – powiedział chłodno. – Nie uważasz, że obaj jesteśmy za starzy na to, żeby skoczyć sobie do gardeł z powodu głupiej owsianki?

Theran cofnął się gwałtownie, jakby dostał w twarz. Po chwili jednak wyszczerzył zęby i postąpił krok w kierunku Ranona.

Ranon za pomocą Fachu zniknął klepsydrę i flet i instynktownie odsunął się na bok, by zyskać więcej miejsca na manewry. Nosił Opal, a Theran – Zielony. Obaj byli Książętami Wojowników, agresywnymi drapieżnikami, urodzonymi, by stawać na polu walki. Jeśli uwolnią przeciwko sobie swą psychiczną moc, mogą zniszczyć rezydencję i zabić wiele mieszkających tu osób, nim ktokolwiek dostrzeże niebezpieczeństwo. Zresztą i bez użycia mocy, która czyniła z nich Krwawych, obaj mogli poważnie ucierpieć w starciu wręcz. A jeśli któryś z nich odniesie rany uniemożliwiające mu dalszą służbę, dwór zostanie zerwany, a wraz z nim legnie w gruzach nadzieja Ranona na polepszenie losu Shaladorczyków.

Świadomie więc wycofał się ze starcia, subtelnymi ruchami ciała pokazując, że uznaje Therana za dominującego mężczyznę. Było to prawdą, jeśli chodzi o rangę Kamieni, ale pod żadnym innym względem. I to również dał do zrozumienia.

W zielonych oczach Therana zamigotała furia. Zamiast zaakceptować fakt, że Ranon mu ustępuje, postąpił kolejny krok. I właśnie wtedy…

Theran? Theran!

Żeby też zostać ocalonym przez Sceltie, pomyślał Ranon z goryczą, widząc, jak Theran pospiesznie wycofuje się do rezydencji, a chwilę później na taras wbiega niewielki, brązowo-biały pies.

– Dzień dobry, pani Vae – powiedział Ranon bardziej uprzejmie, niż było to konieczne.

Suczka zawarczała na niego ostrzegawczo.

Ranon rzucił okiem na Purpurowy Zmierzch ukryty w gąszczu jej futra i postanowił nie reagować. Vae była krewniakiem – taką nazwą określano Krwawych, którzy nie byli ludźmi – i dobrze wiedział, że w walce potrafiłaby pokonać niejednego dorosłego mężczyznę. Wprawdzie przewyższał ją kastą i rangą, ponieważ Vae była tylko czarownicą, a jej Kamień stał w hierarchii niżej od jego, niemniej odznaczała się szybkością i miała ostre zęby, do których użycia Ranon nie zamierzał jej prowokować.

Zwykle ty nie być tak głupi jak inni mężczyźni, więc tym razem ja cię nie gryźć – oświadczyła Vae.

– Dziękuję, pani. Doceniam tę uprzejmość.

Pojął ostrzeżenie ukryte w jej słowach – następnym razem z pewnością nie skończy się tylko na ugryzieniu.

Vae pobiegła do domu, najpewniej z zamiarem wymierzenia sprawiedliwości drugiemu głupiemu mężczyźnie.

Ranon westchnął. Omal nie zepsuł czegoś, co było równie delikatne jak sadzonki miodowych grusz rosnące w donicach.

Daj jej wszystko, co w tobie najlepsze, Ranonie, powiedziały mu królowe Shaladoru, kiedy wyjeżdżały wczoraj wieczorem. Pokaż jej, że serce i honor Shaladoru są warte takiej Królowej.

Cassidy pochodziła z Dharo i nosiła Różowy Kamień. Była wysoka, chuda, miała rude włosy, piegi i zupełnie nie przypominała pięknej i potężnej Królowej, której wizje roztaczał Theran przed Książętami Wojowników, jacy ocaleli jeszcze w Dena Nehele, kiedy opowiadał im o swoim planie uratowania terytorium.

Gdy Ranon ujrzał ją po raz pierwszy, poczuł, jak więź łącząca Księcia Wojowników z Królową oplata jego serce i duszę, poczuł, że musi poddać swoje życie jej woli. Kilka tygodni po przybyciu do Dena Nehele nowa Królowa dowiodła, że jest warta takiego zaufania, a po tym, jak w zeszłym tygodniu walczyła w obronie plebejskiej rodziny przeciwko wojownikowi i jego dwóm dorosłym synom, a potem odkryła skarb ukryty w posiadłości Szara Przystań, nawet rozczarowani dotąd jej wyglądem Książęta Wojowników zmienili zdanie, dostrzegając za tą pociągłą i niezbyt ładną twarzą osobowość prawdziwej Królowej.

Nie lubił Therana. Nigdy go nie polubi. Ale ponieważ był wdzięczny za obecność Cassidy – a wiedział, jak służy się Królowej, w którą się nie wierzy – dołoży starań, żeby panowały między nimi pokojowe relacje.

Chcąc odzyskać nieco tego spokoju, który czuł przedtem, Ranon przywołał flet i grał jeszcze przez jakiś czas.

* * *

Theran zatrzymał się w progu jadalni i przez chwilę obserwował ludzi zebranych przy stole. Mężczyźni tworzący Pierwszy Krąg, chociaż oddali się na służbę Cassidy, wciąż pozostawali wobec niej nieufni. Doskonale wiedzieli, jaką krzywdę wyrządzić może jeden rozkaz zdeprawowanej Królowej, a właśnie takie jeszcze niedawno tu rządziły. Theran czuł, że bez względu na to, co mówili, byli rozczarowani brakiem mocy i urody Cassidy.

To jednak właśnie ona znalazła skarb, który Lia ukryła z pomocą Thery – Czarnej Wdowy i swojej najbliższej przyjaciółki. Skarb nie tylko odbudował osobisty majątek rodu Szarych, ale również ujawnił dzienniki i portrety osób ważnych dla historii Dena Nehele, które doskonale wiedziały, jak wielkie znaczenie ma honor. Te archiwalne dokumenty ukazywały w wyraźnych barwach przeszłość, która ukształtowała współczesnych mieszkańców tego terytorium. Cassidy zaś swoimi czynami udowodniła, że jest tak samo wartościową Królową jak Lia.

Dlatego właśnie Theran postanowił być Pierwszą Eskortą Cassidy już nie tylko z nazwy. Chciał służyć jej tak, jakby czuł z nią prawdziwą więź – jak reszta Pierwszego Kręgu. Tyle że nie czuł tej więzi i choć miał najlepsze intencje, służenie Cassidy drażniło go. Doceniał to, co dotąd osiągnęła, ale nadal uważał, że skoro ona zdołała zrobić aż tyle, Królowa, jakiej pragnął dla Dena Nehele, uczyniłaby o wiele więcej. Krwawi musieli sięgać znacznie głębiej, pod nieatrakcyjną powłokę i Różowy Kamień Cassidy, by dostrzec, że ma coś do zaoferowania tej ziemi i jej ludowi – większość jednak była nią tak bardzo rozczarowana, że nawet nie próbowała się starać.

Jej kontrakt na rządy w Dena Nehele zawarty został tylko na rok, pomyślał Theran, zajmując swoje miejsce przy stole. Wytrzymam tyle. I wykorzystam ten czas na znalezienie odpowiedniej Królowej dla Dena Nehele.

Przy „odpowiedniej Królowej” Theran nie byłby codziennie doprowadzany do furii obecnością cholernego Księcia Wojowników z Shaladoru. Jedynym usprawiedliwieniem jego dzisiejszego zachowania był fakt, że Ranon drażnił go jeszcze bardziej niż Cassidy. Przez całe swoje życie Theran był Szarym, ostatnim potomkiem linii Szarych Królowych Dena Nehele. Jego przeznaczeniem było zostać Przywódcą – Księciem Wojowników, za którym pójdą pozostali. I póki nie sprowadził Cassidy do Dena Nehele, dokładnie tak było. Teraz jednak ludzie patrzyli na ciemne włosy i złocistą skórę Ranona, a w Theranie, zamiast potomka Szarych, widzieli tylko jednego z Shaladorczyków. Co gorsza, traktowali go jak przywódcę, ale nie jak Przywódcę. Odkąd zjawiła się tu Cassidy, zachowywali się tak, jakby nazwisko „Szary” straciło na znaczeniu

Wściekły Theran zaczął nakładać sobie podwójną porcję mięsa, jajek i ziemniaków – zabierając tym samym przydział Ranona. Kiedy jednak sięgnął po drugi stek, Cassidy wyciągnęła pusty talerz i uśmiechnęła się do niego. Widząc ostre spojrzenia zebranych przy stole mężczyzn, nie mógł zrobić nic innego, jak tylko oddać jej połowę porcji. Gdy Cassidy postawiła przed sobą talerz, ale nie zaczęła jeść, poczuł się urażony. Dlaczego odebrała mu jedzenie, skoro sama nawet go nie tknęła?

Przynajmniej Ranonowi naprawdę została już tylko owsianka, pomyślał złośliwie. A potem spojrzał na swego kuzyna Graya i natychmiast przypomniał sobie, dlaczego wciąż próbuje dogadać się z Cassidy.

Gray miał piętnaście lat, kiedy został pojmany przez okrutną Królową, a tortury złamały nie tylko jego ciało, ale i wrażliwy umysł. Teraz jednak, po dwunastu latach, z chłopca wreszcie stawał się mężczyzną, ponieważ jako chłopiec nie mógłby zostać kochankiem Cassidy.

Postępy były wyraźne. Kiedy przybyli, by zamieszkać w Szarej Przystani, Gray tak bardzo bał się przebywać w rezydencji, że początkowo nie jadał z nimi posiłków. A teraz tu był, siedział obok Cassidy i rozmawiał o…

– Co? – Theran omal nie upuścił dzbanka z kawą. – Co planujemy?

– Wyjazd do rezerwatów Shaladoru – odparła spokojnie Cassidy. – Królowe Shaladoru mnie zaprosiły. Chcą, żebym zobaczyła ziemię, z której utrzymują się ich ludzie, żebym przekonała się, co je trapi.

– To niebezpieczne – powiedział Theran. Reagował tak automatycznie na wszelkie wysiłki, które czyniła Cassidy, by spotykać się z ludem Dena Nehele, ale tym razem naprawdę obawiał się o jej bezpieczeństwo, a nie o to, jak ludzie ocenią ich Królową.

Nalał sobie kawy i zaczął jeść.

– A zatem zadaniem Talona, jako Dowódcy Straży, i Ranona, jako jego zastępcy, będzie zapewnienie mi bezpieczeństwa – stwierdziła Cassidy.

– Jeśli zamierzasz pojechać do południowego albo zachodniego rezerwatu, to muszę zgodzić się z Theranem – wtrąciła Shira. – One graniczą z innymi terytoriami, których ludy równie desperacko jak my starają się odbudować swoje ziemie.

– Czego się boisz? – zwróciła się Cassidy do Shiry. – Że spróbują mnie porwać?

– Tak.

Wokół stołu zapadła cisza. Psychiczne zapachy nabrały ostrości, kiedy Książęta Wojowników służący w Pierwszym Kręgu zaczęli balansować na skraju furii.

– Nie doceniasz swej wartości, pani – powiedziała Shira. – Nie wiesz, ile w Terreille jest warta dobra Królowa. Szczególnie teraz.

– Porwana Królowa nie jest nic warta – zaprotestowała Cassidy. – Nie można jej zmusić do rządzenia.

– Ale porwanie Królowej może oznaczać kolejną wojnę.

Cassidy odsunęła się na oparcie krzesła, wyraźnie zaskoczona.

– Rodzinna wioska Ranona leży we wschodnim rezerwacie, przy górach Tamanara, daleko od granic z innymi terytoriami – powiedziała Shira. – Jest zabezpieczony ze wszystkich stron.

– Ale nie przed tymi, którzy w nim żyją – mruknął Theran.

– Lud Shaladoru nie ma powodu źle życzyć pani Cassidy – stwierdziła zimno Shira.

– Książę Theranie, możesz dyskutować na ten temat, jak długo chcesz, ale ja już podjęłam decyzję – oświadczyła Cassidy. – Za pięć dni odwiedzę rezerwat Shaladorczyków. Ustal z Powellem i Talonem, jakie przygotowania trzeba poczynić do tej wizyty.

Jeszcze dwa tygodnie temu wycofałaby się, pomyślał Theran. Uszanowałaby to, że on, Theran Szary, wie więcej o potrzebach Dena Nehele – a inni Książęta Wojowników, którzy jej służą, również by mu się nie sprzeciwili.

Nadal był przywódcą, ale już nie Przywódcą.

Czuł się tak, jakby stracił coś zbyt ulotnego, by dało się to nazwać, niemniej poczucie straty było dojmujące.

– W takim razie zacznę planować wyjazd – powiedział, wstając od stołu. Zabrał swój talerz i kubek z kawą. – Jeśli mi wybaczysz, dokończę śniadanie przy pracy.

Ledwie zaczekał na jej skinienie głową, niemniej zrobił to, czego wymagał Protokół. Chwilę później wyszedł z jadalni, by dokończyć posiłek z dala od kobiety, którą sam tu sprowadził, a która w tym momencie była dla niego prawdziwą zmorą.

Cassidy może zrobić coś dobrego przez ten swój rok rządów. Jednak pozwalanie Shaladorczykom, by sądzili, że znaczą więcej niż reszta Dena Nehele, nie przyniesie żadnego pożytku.

To wina Ranona. Nigdy nikomu nie pozwolił zapomnieć, jak bardzo Shaladorczycy cierpieli pod rządami okrutnych królowych Dorothei. Nigdy też nie pozwolił zapomnieć Theranowi, że gdyby nie nazywał się Szary, podzieliłby los innych Shaladorczyków. Dawał w ten sposób do zrozumienia, że jego życie było łatwe, co stanowiło oczywistą nieprawdę. Jako ostatni z rodu Szarych dorastał w obozach zbiegów, ukrytych w górach Tamanara, wśród ludzi, którzy nie tylko przez całe życie, ale nawet po śmierci walczyli ze zdeprawowanymi królowymi. Wyszkolił go Talon, Książę Wojowników z Szafirowym Kamieniem, który od trzystu lat był żyjącym demonem – a niegdyś przyjaźnił się z Jaredem i Blaedem, Księciem Wojowników, który pomógł Jaredowi oszukać straż Dorothei SaDiablo i sprowadzić Lię z powrotem do Dena Nehele.

W żadnym razie nie było to życie łatwe, choć inni mężczyźni niewątpliwie cierpieli bardziej. Na przykład Gray.

To tylko rok, myślał Theran, wchodząc do swojego pokoju. Niewiele może się przez ten czas zmienić.

Kończył jeść śniadanie, ignorując cichy wewnętrzny głos, który mówił mu, że już zmieniło się bardzo dużo.

* * *

Na stole została tylko owsianka.

Ranon stłumił westchnienie i zajął miejsce obok Shiry. Siedząca naprzeciwko Cassidy miała przed sobą pełny talerz mięsa, jajek i pieczonych ziemniaków.

– Kawy? – spytała Shira, biorąc dzbanek.

– Tak, proszę. – Wyskrobał do swojej miski resztki owsianki, sam siebie przekonując w myślach, że to także jest jedzenie i powinien być za nie wdzięczny.

Co nie znaczy, że musi je lubić.

Mimo niechęci zaczął jeść.

– Idziesz popracować w ogrodzie? – zwrócił się Gray do Cassidy.

– Nie dziś – odparła. – Idę z Shirą zobaczyć, jak się czuje ta ranna plebejska dziewczynka.

Ranon spiął się podobnie jak wszyscy mężczyźni przy stole. Nikt jednak nie zaprotestował, co było miłym zaskoczeniem. Theran zawsze zrzędził, kiedy Cassidy chciała opuścić posiadłość.

– Książę Spere i ja mamy dziś służbę. Jeśli uważasz, że Pierwszy Krąg powinien wyraźniej okazać swoją obecność, poproszę, by towarzyszyli nam również książę Shaddo i Lord Cayle – powiedział Archerr. I choć nie spuszczał wzroku z Cassidy, Ranon wiedział, że pytanie skierowano do niego jako zastępcy Talona. Nieznacznie skinął więc głową. Nie była potrzebna dodatkowa eskorta, by zapewnić Cassidy bezpieczeństwo, ale nie zaszkodzi przypomnieć mieszkańcom miasta, że Królowej służą silni mężczyźni.

– Być może pani Vae również zechce pójść z wami – powiedział Gray.

– Nie sądzę, byśmy zdołali ją przed tym powstrzymać – stwierdziła Cassidy.

Ranon parsknął cicho. Przed przybyciem Cassidy nikt nigdy nie widział w Dena Nehele Sceltie. Vae była prawdziwą lekcją dla nich wszystkich.

Powell, Książę Wojowników, który pełnił funkcję Zarządcy Dworu, wstał z krzesła.

– Za twoim pozwoleniem, pani, udam się do pracy.

Cassidy skinęła głową.

– Kiedy wrócę, wpadnę do ciebie i załatwię wszystko, co będzie wymagało mojej uwagi.

– Oczywiście. Ranonie, kiedy będziesz miał chwilę, chciałbym z tobą przedyskutować kwestię wizyty Królowej w twojej wiosce.

– Niedługo przyjdę – obiecał Ranon.

– Będziemy gotowe z panią Shirą za pół godziny – zwróciła się Cassidy do Archerra.

– Zobaczymy się później – powiedział Gray, delikatnie przesuwając opuszkami palców po wierzchu jej dłoni.

Tak szybko się rozwija, pomyślał Ranon, patrząc, jak Gray i reszta mężczyzn wychodzą z jadalni. Teraz zachowuje się już prawie jak Książę Wojowników.

Kiedy ostatni mężczyzna opuścił jadalnię, Ranon odsunął od siebie niedojedzoną owsiankę, a Cassidy przesunęła w jego stronę talerz z jedzeniem.

– Pani! – zaprotestował.

– Ja już jadłam – wyjaśniła. – Ustaliliśmy, że będziemy żyć oszczędnie i nie będziemy przygotowywać więcej jedzenia, niż potrzebujemy. Kiedy grałeś miodowym gruszom, doszłam do wniosku, że gdy skończysz, nie zostanie już nic do jedzenia.

Żyć oszczędnie. W rezerwatach zimę nazywano Porą Głodu, więc Ranon wiedział doskonale, że nie wolno marnować jedzenia. Znał też niepisaną zasadę tego dworu. Kiedy wszyscy wzięli swoje porcje, resztę mógł zjeść, kto chciał. Ciała Krwawych potrzebowały więcej pożywienia niż ciała plebejuszy, a im Ciemniejszy ktoś nosił Kamień, tym więcej jedzenia wymagał, by móc utrzymać moc, która żyła w jego ciele. Dlatego każdy gotów był zjeść dokładkę, jeśli tylko nadarzyła się okazja.

Ze względu na swoje spóźnienie, ale też z powodu uwag Therana, nie spodziewał się znaleźć na stole niczego prócz owsianki, którą mimo głodu ledwie znosił.

– Jeśli nie masz nic przeciwko samotnemu posiłkowi, to my z Shirą już pójdziemy.

– Nie mam nic przeciwko – zapewnił. Dotknął widelcem brzegu talerza. – I dziękuję.

Zaczekał, aż Cassidy i Shira wyjdą, i zaczął łapczywie jeść. Kiedy nalewał sobie resztkę kawy, przyszło mu do głowy, że Cassidy nie tylko zatrzymała dla niego jedzenie, ale również rzuciła na talerz rozgrzewające zaklęcie, żeby jedzenie nie wystygło.

Może to i mała rzecz. Prosta przysługa. Kiedy jednak taką przysługę wyświadcza Królowa, mówi to bardzo wiele o tym, jak będzie traktować swój lud i − Ranon miał nadzieję − również jego lud.

DWA

Kaeleer

Leżąc na brzuchu na wielkim łożu, Daemon Sadi jęczał z ulgą, kiedy sprawne ręce powoli rozluźniały mięśnie jego pleców. Miłe było również rozgrzewające zaklęcie, z pomocą którego pracowała Jaenelle.

– Wyjaśnij mi raz jeszcze, jak to sobie zrobiłeś – zażądała.

Typowe pytanie żony, zadane typowym w takiej sytuacji tonem.

– Daemonar utknął na drzewie – wymamrotał. – O tak, właśnie tutaj – jęknął.

– Aha. Paskudne napięcie. – Milczała przez dłuższą chwilę, masując tę część jego pleców. – Mówimy o Daemonarze Yaslanie, tak? O twoim bratanku?

– I twoim.

– Zgadza się. Ale to Eyrieńczyk. Ma skrzydła.

– I mały chłopiec.

– Niemniej ma skrzydła.

Cholera! Zamierzała trzymać się tego nieistotnego szczegółu uparcie jak Sceltie zaganiający owcę, która odłączyła się od stada?

– Skoro to mały chłopiec, jakim cudem dostał się na drzewo? – spytała Jaenelle. – Przecież nie sięga do dolnych gałęzi i nie może się wspiąć tak jak ty.

O nie. To było podchwytliwe.

– On tam poleciał, prawda? Za pomocą skrzydeł.

– Kochanie, zaczynasz mówić jak Harpia – zaprotestował Daemon. – Au! – krzyknął, gdy Jaenelle wbiła mu kciuk w plecy. Cóż, sam się o to prosił nieprzemyślaną uwagą o Harpii…

– Dlaczego nie chcesz przyznać, że wspinanie się na drzewo w butach, jakie zwykle nosisz, było głupim pomysłem? Wystarczyło przecież użyć Fachu, który po prostu uniósłby cię na wysokość gałęzi, gdzie czekał na ciebie twój rozchichotany bratanek.

Nie zamierzał się przyznawać do niczego. Zwłaszcza że to rzeczywiście był głupi pomysł. Wiedział o tym dokładnie już w momencie, gdy zaczął się wspinać. A jeszcze dokładniej, kiedy Daemonar sfrunął z gałęzi, żeby sprawdzić, dlaczego jego wujek leży na wznak na ziemi. Była to jednak kwestia dumy. Jaenelle rozumiała męską dumę. Mogła uważać ją za zabawną lub irytującą, zależnie od skutków, jakie ze sobą niosła, niemniej ją rozumiała. Powinna więc zrozumieć również to, że w tamtej chwili, kiedy z gałęzi patrzył na niego mały chłopiec, on sam widział w sobie tego stryjka, który w przeciwieństwie do taty Daemonara zawsze używa Fachu zamiast siły mięśni. A za nic nie chciał być postrzegany jako ktoś gorszy przez chłopca, który nie jest dość duży, by docenić jego moc i finezję.

Wspiął się więc na to cholerne drzewo.

Idiota.

– Przynajmniej nie uderzyłem w ziemię – wymruczał. – Pamiętałem o osłonie i użyłem zaklęcia do chodzenia w powietrzu. – Co faktycznie pozwoliło mu uniknąć poważnych obrażeń, ponieważ wylądował na poduszce powietrza, a nie na twardej ziemi. Ale i tak stracił dech w piersiach, a mięśnie pleców miał napięte jak struny.

– I dobrze – powiedziała sucho Jaenelle. Z pewnością nie była pod wrażeniem jego przezorności.

– Dobra. Świetnie. Jestem idiotą. – Był pewien, że służba w Pałacu SaDiablo będzie sobie opowiadać tę historię przez wiele lat, ponieważ co najmniej dwie osoby były świadkami jego małego dramatu. Oczywiście nie opowiedzą tego nikomu z zewnątrz, ponieważ wszyscy zatrudnieni w Pałacu wiedzieli, że życie prywatne rodziny SaDiablo powinno pozostać w obrębie murów. Mógł sobie jednak wyobrazić, jak Holt, lokaj, bierze na stronę młodego służącego i opowiada mu tę historię na potwierdzenie, że potężny i śmiertelnie niebezpieczny Książę Wojowników Dhemlanu noszący Czarny Kamień jest również człowiekiem i nieszkodliwym wujaszkiem, który ma dobre chęci, ale czasem brakuje mu rozumu.

– Cholera. – Wyczuwał wyraźnie jej uśmiech, a fakt, że przemilczała jego uwagę, wystarczył za cały komentarz.

Jaenelle złożyła pocałunek między jego łopatkami, a to rozgrzało go tak bardzo, że następne dotknięcie jej dłoni przyjął z pomrukiem rozkoszy zamiast z jękiem.

– Po prostu się odpręż – nakazała. – Prawie skończyłam. Do jutra wrócisz do formy, a jeśli będziesz pamiętać, że jesteś dorosły, powinieneś przetrwać ostatni dzień wizyty bratanka bez większego uszczerbku na zdrowiu.

Jej dłonie przesuwały się po jego plecach, bardziej pieszcząc je, niż masując.

– Nie rozluźniasz się – zganiła go.

– Przeciwnie – wymruczał. Przynajmniej do pewnego stopnia była to prawda. Przedtem był tak obolały, że skupiał się tylko na tym. Teraz docierały do niego inne bodźce.

– Nie, wcale nie.

Wyczuł w jej głosie troskę, co oznaczało, że patrzyła na niego jak Uzdrowicielka, a nie jak kobieta. A on pragnął teraz uwagi kobiety.

– Kochanie, siedzisz mi na pupie. Niektóre części mojego ciała uważają, że to interesujące, i wcale nie chcą się odprężyć.

– Nie siedzę ci na pupie – parsknęła Jaenelle. – Klęczę nad tobą i masuję ci plecy.

– Ale okrakiem i na tyle nisko, że wiem, że nie masz nic pod tą koszulą, więc to tak, jakbyś siedziała.

– A wiesz, że nie mam nic pod koszulą, ponieważ…?

– Kiedy przesuwasz się nade mną, łaskoczesz.

Nastała nazbyt wymowna cisza.

– Nagle zrobiłeś się strasznie pyskaty.

– To wina mojej pięknej żony.

– Chłopcze, naprawdę nie sądzę, żeby twoje plecy zniosły to, o czym teraz myślisz.

– Więc tylko położę się na wznak. Skoro i tak już nade mną klęczysz, równie dobrze możesz nas zabrać na małą przejażdżkę.

Parsknęła śmiechem.

– Jesteś taki romantyczny, kiedy czujesz się wyczerpany. Ale dobrze, skorzystam z tej oferty. Oczywiście tylko po to, żeby pomóc ci się odprężyć.

– Oczywiście.

– Leż spokojnie jeszcze przez minutę.

Jej dłonie przesuwały się po jego plecach, ciepłe, czułe pieszczoty kochanki.

Jaenelle Angelline. Żyjący mit. Ucieleśnione marzenie. Była Królowa Ebon Askavi. I jego żona. Cudowna, wyczekiwana żona.

– Daemonie?

Za chwilę obróci się na wznak i dotknie jej ciała. Połączy się z nią na psychicznej nici, umysł z umysłem, i przeżyje uniesienie nie tylko fizyczne – będzie jej dotykał w sposób, w jaki nigdy nie dotknął innej kobiety.

– Daemonie?

Wyobraził sobie jej białe dłonie przesuwające się po jego złocistobrązowej piersi, kiedy przyjmie go w siebie niczym jedwabisty płomień.

Już za chwi…

Ebon Askavi

Saetan Daemon SaDiablo, były Książę Wojowników Dhemlanu i obecny Wielki Lord Piekła, odsunął stos książek, które sortował w zastrzeżonej części biblioteki Stołpu, oparł się o wielki hebanowy stół i popatrzył na syna, krążącego niespokojnie po pokoju.

Nie był jego fizycznym odbiciem, a przynajmniej nie do końca. Mieli takie same złociste oczy i gęste czarne włosy – choć Saetanowi posiwiały już skronie – a także brązową skórę długowiecznych ras, u Daemona miała ona jednak nieco złotawy odcień – bardziej jak u Dhemlańczyków niż u Hayllańczyków.

Saetana zawsze uważano za przystojnego, natomiast Daemon był piękny i poruszał się z kocią gracją, która przyciągała wzrok i pobudzała inne zmysły. Głupcy pragnęli jego ciała, zapominając, że mężczyzna, który w nim żył, był bezwzględnym i zimnym drapieżnikiem.

Saetan zastanawiał się nad przyczyną tej wizyty.

– Wcześnie przyjechałeś – zaczął.

– Wcześnie poszedłem spać, więc i wcześnie wstałem – odparł Daemon.

W tę i z powrotem. Niespokojne ruchy. Gdyby to był Lucivar, nie byłoby w tym nic niezwykłego. Ale Daemon?

Zatrzymał się wreszcie i utkwił wzrok w ścianie.

– Myślę, że coś jest ze mną nie tak – oznajmił.

Serce Saetana przejął strach, ale zapytał spokojnie:

– Pod jakim względem?

Kilka tygodni temu do Kaeleer przybył Theran Szary i poprosił Daemona o pomoc. Poruszony jego fizycznym podobieństwem do dawnego przyjaciela – Jareda, Daemon pogrążył się w bolesnych wspomnieniach, które zatarły granicę między przeszłością a teraźniejszością. Nikt nie wiedział o głębokich emocjonalnych bliznach, jakie pozostawiły w nim wydarzenia po udzieleniu Jaredowi i Lii pomocy w przechytrzeniu strażników Dorothei. Nikt nie podejrzewał, że coś się z nim dzieje, póki nie zaatakował Jaenelle. Od tamtej nocy wpadał w furię, jeśli ktoś kwestionował jego stabilność emocjonalną czy umysłową, więc podchodzono do tego tematu ostrożnie.

Saetan to rozumiał. Kiedy niejaka Vulchera próbowała zniszczyć reputację Daemona, bawiąc się w szantaż, coś złamało się w nim samym i znalazł się w Wykrzywionym Królestwie, gdzie jego wściekłość odszukała tę szaloną i okropną jasność umysłu. Nie to jednak zaniepokoiło rodzinę najbardziej. Przeraził ich raczej sposób, w jaki pozbył się tej suki.

Wszyscy więc byli ostatnio nieco niespokojni – i nikomu w odzyskaniu spokoju nie pomagał fakt, że wkrótce potem Lucivar wszedł w czas rui.

– Pod jakim względem? – powtórzył Saetan.

Daemon odwrócił się twarzą do ojca.

– Mam zaledwie tysiąc siedemset lat. Od roku jestem mężem kobiety, którą kocham całym sercem i całym umysłem – kobiety, na którą czekałem przez wieki. Kiedy więc ta kobieta daje mi do zrozumienia, że chce się ze mną kochać, nie powinienem zasypiać przed faktem, prawda?

Ulga sprawiła, że pod Saetanem ugięły się kolana – i musiał przywołać cały swój spokój, zdobyty podczas pięćdziesięciu tysięcy lat życia, żeby zapanować nad wyrazem twarzy.

– Lucivar wpadł w ruję – powiedział.

– Wiem – odparł Daemon i zabrzmiało to tak, jakby z tego powodu miał ochotę walnąć parę razy głową brata o ścianę.

– Kto opiekuje się Daemonarem?

Daemon zmarszczył brwi.

– Jest z nami w Pałacu. Myślałem, że wiesz.

– Wiem, gdzie przebywa. Pytam, kto się nim opiekuje.

Daemon przestąpił z nogi na nogę. Sam w sobie ten ruch nic by nie znaczył – ale wykonał go ktoś, kto rzadko okazywał niepewność.

– Głównie ja. No wiesz, Jaenelle nie może opanować tej małej bestyjki.

Oczywiście, że może, pomyślał Saetan. Nawet teraz, kiedy nie miała już tak wielkiej mocy, należała do tych nielicznych osób, które są w stanie wytrzymać z małym Eyrieńczykiem. Nie wspominając o tym, że Daemonar uwielbiał ciocię J., wyczuwał, że nie może ona brać udziału w jego brutalnych zabawach, a instynkt młodego Księcia Wojowników kazał mu ją chronić jako Królową.

– Na zmianę z Holtem – dodał Daemon.

– Z Holtem? – Saetan zastanawiał się, czy lokaj złożył już wymówienie, czy dopiero je napisał. Byłaby to wielka strata.

– Jest młody, silny i doświadczony w temacie, ponieważ ma kilkoro bratanków i siostrzenic – wyjaśnił Daemon. – Poza tym dostaje podwójną stawkę za każdy dzień, w którym pilnuje Daemonara – i dodatkowy dzień wolny.

– Hojnie z twojej strony – stwierdził Saetan. – Skoro zaproponowałeś takie warunki, powinno się zgłosić wielu ochotników.

– Rezygnowali po pierwszej godzinie – warknął Daemon.

Nie śmiej się z niego, nakazał sobie Saetan w duchu. Wiesz doskonale, jak to jest, więc nie śmiej się.

Ale ciągle chciało mu się śmiać. Odchrząknął i w myślach wymierzył sobie kopniaka.

Z rui nie należało się śmiać. Dziki popęd płciowy, który zawsze tlił się w Księciu Wojowników, raz lub dwa razy w roku osiągał poziom szaleństwa, a mężczyzna na co dzień potrafiący kontrolować swą drapieżną naturę stawał się wtedy śmiertelnym niebezpieczeństwem dla wszystkich poza kobietą, na której się skupiał – choć czasami, jeśli nie zachowała wystarczającej ostrożności, także i dla niej.

Zmieniało się to, kiedy Książę Wojowników pozostawał w silnym związku z kobietą, szczególnie jeśli była jego kochanką. Zwykle potrafiła ona w stanie przeniknąć przez seksualne szaleństwo i zyskać nad nim pewną kontrolę podczas tych trzech opętańczych dni. A Książę Wojowników, który został ojcem, tolerował obecność własnych dzieci, póki były bardzo małe, o ile nie musiał mieć z nimi bezpośrednio do czynienia.

Jednak Daemonar zeszłej jesieni stał się chłopcem, a obecnie wydzielał już charakterystyczny zapach psychiczny Księcia Wojowników i Lucivar podczas rui widział w nim rywala, a nie syna. Nie mógł już zatem przebywać w siedlisku, kiedy jego ojciec wkraczał w ten czas, i Daemon zabierał go wtedy do siebie, tak jak Saetan zabierał kiedyś syna Andulvara, Ravenara, a Andulvar zabierał Mephisa i Peytona.

– Mówisz o małym chłopcu, który, jeśli tylko nie śpi, jest bez przerwy w ruchu, i uważasz, że coś jest z tobą nie tak, bo zasypiasz, zamiast kochać się z Jaenelle?

– No…

– A kiedy po południu mały idzie spać, masz dość rozsądku, żeby zdrzemnąć się chociaż godzinę?

W złocistych oczach Daemona błysnęło rozdrażnienie.

– Mam pracę.

– Czyli nie.

– Lucivar ma go na co dzień i nie ucina sobie drzemek – warknął cicho syn Wielkiego Lorda.

Na ognie piekielne! To nie jest rywalizacja. A może jest. Wyjąwszy kilka ostatnich lat, kiedy Daemon i Lucivar wrócili do kontaktów z ojcem, zawsze byli dla siebie jedyną miarą tego, co jest „normalne” u mężczyzn z ich mocą.

– Lucivar jest Eyrieńczykiem – powiedział Saetan spokojnie, choć jego cierpliwość zaczynała się wyczerpywać.

– W połowie Eyrieńczykiem – doprecyzował Daemon.

– Niemniej Eyrieńczycy to bardzo silny fizycznie lud, a twój brat nie jest wyjątkiem. Poza tym on zasypia, na krótko, kilka razy dziennie. Nie zauważyłeś, jak staje nieruchomo i wbija wzrok w jakiś odległy punkt, a potem nagle okazuje się, że nie słyszał ani słowa z tego, co do niego mówiłeś?

Sadi wzruszył ramionami, a był to gest pełen irytacji i lekceważenia.

– No więc on wtedy śpi – wyjaśnił Saetan.

Daemon drgnął.

– Co? On robi co?

– Śpi. Nie jestem pewien, czy Eyrieńczycy rodzą się z tą umiejętnością, czy nabywają ją z wiekiem, ale potrafią spać na stojąco, z otwartymi oczami. To trwa kilka minut, nie dłużej. Dla wojownika umiejętność takiego odpoczynku to często kwestia życia lub śmierci. – Saetan urwał, po czym dodał: – Robił to czasami Andulvar, kiedy z nim rozmawiałem. Miał nawet czelność twierdzić, że mój głos działa na niego usypiająco.

Daemon parsknął, usiłując powstrzymać śmiech.

– Jeśli to cię pocieszy, to wiem na pewno, że są takie wieczory, kiedy Lucivar pada na łóżko i zasypia głęboko, nim Marian przyjdzie do sypialni, a ona – ponieważ nie jest w stanie go przesunąć – tylko przykrywa go kocem i idzie spać na kanapę. Kilka godzin później on się budzi i idzie po nią, żeby przespać razem resztę nocy.

– Ale nie uważa, że coś jest z nim nie tak – mruknął Daemon.

Saetan uniósł brew.

– A jak sądzisz, skąd o tym wiem?

Daemon zamrugał.

– Och – sapnął wreszcie.

Saetan stłumił westchnienie.

– Coś jeszcze? – spytał. – Zauważyłem, że chodzisz dziś jakoś sztywno. – Kiedy Daemon wymruczał coś niewyraźnie pod nosem, wyostrzył ton. – Co powiedziałeś?

– Spadłem z drzewa – wycedził przez zęby Sadi.

– Rozumiem. – Nie rozumiał, ale nie zamierzał dopytywać. I choć wiedział, jaką odpowiedź sprowokuje, i tak zadał to pytanie: – A jak się czujesz poza tym?

Jedno uderzenie serca – tyle czasu zajęło Daemonowi przejście od spokoju syna do zimnej furii Księcia Wojowników, która mogła być równie elegancka, co zabójcza.

– Dobrze – odparł, a w jego głosie pojawił się ostrzegawczy chłód.

– Przypominam, że jestem twoim ojcem i Wielkim Lordem Piekła – warknął Saetan. – Więc poproszę o szczerą odpowiedź, książę.

Zmierzyli się wzrokiem, oceniając, sondując. A potem Daemon okiełznał w sobie Księcia Wojowników i znów był synem.

– Nie podoba mi się świadomość, że mam słabe punkty – powiedział. – Nie lubię przyznawać, że bywam wrażliwy.

– Żaden mężczyzna tego nie lubi. Ale niewielu przetrwało dwukrotne rozbicie umysłu i wyszło z tego. Wszystko ma swoją cenę, Daemonie. Wiedza, że są rzeczy, których nie możesz zrobić, to naprawdę niewielka cena za ocalenie życia. – Saetan przyjrzał się synowi. – Jest coś jeszcze. Co?

– W ciągu najbliższych kilku tygodni wpadnę w ruję – powiedział Daemon.

– I to cię martwi?

– Tak.

– A Jaenelle?

– Nie. – Daemon wzruszył ramionami. – Mógłbyś z nią porozmawiać? Upewnić się, że chce, po tym…

…po tym ataku.

Daemon zaczerpnął głęboko tchu i wypuścił powietrze z westchnieniem.

– Muszę wracać. Jaenelle zapewniała mnie, że ona i  Holt poradzą sobie z Daemonarem przez kilka godzin, ale nie chcę zostawiać ich z nim za długo.

– Porozmawiam z nią – obiecał Saetan. – Wkrótce.

Daemon kiwnął głową.

– Jeśli Marian znów zajdzie w ciążę…

Obaj westchnęli.

– Jeśli tak się stanie, poradzimy sobie – upewnił syna Saetan. I będziemy mieć nadzieję, że tym razem urodzi się dziewczynka, dodał w myślach.

– Nie sądzę, żeby Eyrieńczycy zakładali obozy myśliwskie tylko po to, by szkolić chłopców na wojowników – powiedział w zamyśleniu Daemon. – Uważam, że zakładają je również po to, żeby pozbywać się chłopców z domu, ponieważ tylko w ten sposób mogą im sprawić jakieś młodsze rodzeństwo.

Kąciki ust Saetana drgnęły.

– Możesz mieć rację. Tak. Myślę, że masz rację.

* * *

– Witaj, mała czarownico. – Saetan odsunął na bok książki i odwrócił się, by oprzeć się o stół. Spodziewał się jej. Właśnie dlatego nie poszedł do swojej sypialni, by jak zwykle przeczekać południowe godziny, tak bardzo wyczerpujące moc strażników.

– Cześć, tato – odparła Jaenelle.

Nie podeszła, by go uściskać. Nie odwróciła też wzroku. Jedyną oznaką zdenerwowania było przebieranie w kółko kciukami.

Żyjący mit. Ucieleśnione marzenie. Jego duchowa córka. Omal jej nie stracili, kiedy oczyściła Królestwa z Krwawych, którzy zostali skażeni przez Dorotheę i Hekatah. Teraz doszła już do siebie i znów była zdrowa, choć jego zdaniem nieco zbyt szczupła. Złote włosy, ścięte krótko w czasie choroby, miała potargane. Nie potrafił jednak określić, czy są tak ułożone celowo, czy to skutek zaniedbania.

Jednak to jej szafirowe oczy przeniknęły do głębi jego duszy w chwili, gdy ją poznał.

– To, co zostaje powiedziane między ojcem a synem, to sprawa prywatna i szanuję to – powiedziała Jaenelle. – Ale muszę wiedzieć, czy z Daemonem wszystko w porządku.

– Pytasz o jego plecy?

– Wiem, w jakim stanie są jego plecy, Saetanie.

Ten mroczny cień w jej głosie ostrzegł go, że nie rozmawia już z córką. Rozmawia ze swoją Królową. Z Czarownicą.

– Daemon Sadi jest najsilniejszym mężczyzną w Kaeleer – przypomniała Czarownica. – Księciem Wojowników noszącym Czarny Kamień, a jego temperamentu nie wolno lekceważyć. Jest ci równy.

– Tak naprawdę to stoi wyżej – przyznał cicho Saetan. – Jego moc jest nieco ciemniejsza od mojej, co czyni go najpotężniejszym mężczyzną w historii Krwawych. Jestem tego świadom, pani. Do czego zmierzasz?

– Wymknął się dziś rano z sypialni. Wymknął się, Saetanie. Muszę wiedzieć dlaczego.

– Był zażenowany tym, że zasnął, zamiast kochać się z tobą wczoraj wieczorem. Sądził, że coś z nim jest nie tak.

Jaenelle otworzyła usta ze zdumienia i wpatrzyła się w Saetana.

– No… – powiedziała wreszcie. – Na ognie piekielne, przecież biega za Daemonarem bez przerwy od dwóch dni. Dlaczego dziwi go, że zasypia?

– Ponieważ podobnie jak jego brat nie bierze pod uwagę możliwości, że siła potrzebna, by powalić dorosłego mężczyznę, jest inna od tej, której wymaga pilnowanie małego, bystrego chłopca, odkrywającego świat z arogancją właściwą swojej rasie. Nie wspominając już o odziedziczeniu Lucivarowego przekonania, że pokona każde wyzwanie, jakie ten świat postawi na jego drodze.

– Och…

– Byłaś bardzo rozczarowana, że nie kochał się z tobą wczoraj?

Uśmiechnęła się sucho.

– Szczerze mówiąc, wątpię, czy któreś z nas dotrwałoby do końca, gdybyśmy nawet spróbowali.

Koniec dyskusji, pomyślał Saetan. To jednak wcale nie był koniec. Niezupełnie.

– Martwi się również tym, jak zareagujesz, kiedy następnym razem będzie przechodził ruję. A to stanie się już niedługo.

Wyraz szafirowych oczu Jaenelle sprawił, że Saetan poczuł napięcie we wszystkich mięśniach. Była jego adoptowaną córką i nigdy nie myślał o niej inaczej. On sam jednak był nie tylko ojcem, ale również Księciem Wojowników, a między Księciem Wojowników i jego Królową zawsze istnieje pewien rodzaj seksualnego napięcia, nawet jeśli nie ma ono nic wspólnego z pożądaniem.

Daemon wpadał w seksualne szaleństwo rui… W jakim stopniu przynosiła mu wtedy ulgę fizyczność seksu, a w jakim niebezpieczeństwo tańca z Czarownicą w mglistym miejscu, głęboko w otchłani – obcowanie z żyjącym mitem, gdy ujawniała to, co żyło w jej ludzkim ciele? Istotę, która nie do końca była człowiekiem…

Napięcie opadło. Saetan musiał odchrząknąć, nim znów mógł mówić.

– Powiem Daemonowi, że nie musi się martwić o swoją ruję.

Nigdy nie martwię się jego rujami – powiedziała, używając psychicznej nici.

Teraz rozumiał dlaczego.

Jaenelle skróciła nagle dystans między nimi, przytulając się do Saetana i obdarzając go szerokim uśmiechem.

– Lepiej wrócę do Pałacu, nim Daemonar znowu wpakuje stryjcia Daemona w jakieś kłopoty.

– Myślałem, że Daemonar wyrasta już z pieszczotliwego języka.

– Wyrasta, ale podoba mu się słowo „stryjcio”, a sam stryjcio nie protestuje.

Saetan uśmiechnął się.

– Rozumiem. No to zmykaj, mała czarownico. I postaraj się powstrzymać ich obu od chodzenia po drzewach, dobrze?

– Spróbuję.

Kiedy Saetan został sam i szykował się do południowego snu, pozwolił sobie na wspomnienie chwili, kiedy Jaenelle ukazała mu tę stronę natury Czarownicy, której jako ojciec nigdy nie doświadczy. Przez moment zazdrościł synowi – żałował, że nigdy nie będzie kochankiem zamiast ojcem.

TRZY

Terreille

Ranon leżał podparty na łokciu i patrzył, jak Shira powoli dochodzi do siebie po orgazmie, który był ukoronowaniem długiego, powolnego i fascynującego seksu.

Nim stali się oficjalną parą na dworze Cassidy, mieli za sobą pięć lat ukradkowych, pospiesznych spotkań, ponieważ jego otwarte zainteresowanie mogłoby zwrócić niepotrzebną uwagę na Uzdrowicielkę, będącą również Czarną Wdową. Pięć lat, w czasie których próbował trzymać się od niej z daleka, ale nie potrafił się jej oprzeć. Pięć lat miłości zawsze nierozerwalnie splecionej ze strachem.

A właściwie było to dwa razy dłużej, jeśli liczyć czas, nim zostali kochankami. Miał dwadzieścia lat i nadal przyzwyczajał się do Opalowej mocy, która przenikała go po złożeniu ofiary Ciemności, a Shira szesnaście i była młodą Czarną Wdową, urodzoną członkinią sabatu Klepsydry, która właśnie rozpoczynała sekretne szkolenie, mające na celu doskonalenie jej wrodzonego Fachu, jak również oficjalne szkolenie na Uzdrowicielkę.

Oboje odwiedzali przyjaciół w wiosce, w której żadne z nich nie mieszkało. Spotkali się przypadkiem, kiedy znajomi zabrali ich na obiad do tej samej restauracji. To spotkanie ukształtowało ich nadzieje i marzenia na następne dziesięć lat.

A teraz, dzięki Cassidy, mogli być ze sobą otwarcie, mogli spędzać razem noce, mogli zacząć budować wspólne życie. Już choćby za to winien był Cassidy lojalność. A fakt, że okazała się dużo silniejszą władczynią, niż ktokolwiek się spodziewał po Królowej noszącej zaledwie Różowy Kamień, kazał mu ją szanować i kochać innym rodzajem miłości. Jego życie zależało od jej woli i dołoży wszelkich starań, by pomóc Cassidy rządzić Dena Nehele – a czyniąc tak, osiągnie dla ludu Shaladoru więcej, niż mógł wymarzyć.

– Na co patrzysz? – spytała Shira, a w jej ciemnych oczach oprócz rozmarzenia po przeżytej przed chwilą rozkoszy błysnęło lekkie rozbawienie.

Jego myśli wybiegły poza sypialnię, ale wzrok spoczywał na jej piersiach.

Pochylił głowę i pocałował wgłębienie między nimi.

– Na shaladorską piękność – odparł.

Parsknęła.

– Wiem, jak wyglądam.

– Ale nie widzisz tego, co ja – stwierdził.

Ranon uchodził za przystojnego mężczyznę. Ostre rysy, typowe dla jego ludu, składały się na męską twarz, pasującą do smukłego ciała wojownika, a ciemne oczy, ciemne włosy i złocista skóra Shaladorczyków odróżniały go od brązowoskórych długowiecznych ras i białoskórych ludów zamieszkujących Dena Nehele.

Shira też miała shaladorską urodę, choć wielu mężczyzn uważało, że jej koścista twarz i oszczędne krągłości czynią z niej mniej atrakcyjną kochankę – ostry język zaś i wybuchowy temperament skutecznie odstraszały zalotników. To właśnie jednak te cechy jej charakteru podniecały Ranona najbardziej, więc rozumiał, dlaczego Gray, patrząc na Cassidy – którą nawet pomimo największego uwielbienia ciężko byłoby nazwać ładną – widzi piękną kobietę.

Shira odwróciła głowę. Typowy dla niej unik.

Przeanalizował swoje słowa. Nie widzisz tego, co ja. Potem rozważył naturę Fachu Czarnych Wdów i poczuł w żołądku nieprzyjemny chłód.

– Shiro, zobaczyłaś coś w splątanej sieci?

– Nie mogę o tym mówić.

– Nie możesz czy nie chcesz?

– Nie chcę, nie mogę, żadna różnica.

Dla niego to była różnica.

– Zobaczyłaś coś w sieci marzeń i wizji – stwierdził.

– Nie mogę o tym mówić, Ranonie. Żadna z nas nie może.

Chłód w jego żołądku skostniał w lód.

– Ile Czarnych Wdów to widziało?

Westchnęła z irytacją.

Odsunął się od niej, usiadł i objął ramionami kolana. Nie miał prawa naciskać. Gdyby uważała, że powinien wiedzieć, powiedziałaby mu. Na ognie piekielne, to przecież ona nalegała, żeby udał się do Szarej Przystani, kiedy Theran wezwał Książęta Wojowników, by porozmawiać z nimi o sprowadzeniu Królowej z Kaeleer. Wtedy też nic mu nie powiedziała poza tym, że musi jechać.

Klepsydra nie zdradzała tego, co jej członkinie widziały w splątanych sieciach. A przynajmniej nie robiła tego często. I nie wprost. Jednak Czarna Wdowa nigdy nie sugerowała jakiegoś działania bez powodu.

– Czy to ma coś wspólnego z Cassidy? – zapytał.

Nie odpowiedziała.

– Shiro… – Nie wiedział, o co pytać.

– Komu należy się twoja lojalność, książę Ranonie? – spytała wreszcie. – Wymień mi kolejno te osoby.

Serce go zabolało. Ale ponieważ go zapytała, a on nie zamierzał jej nigdy okłamywać, musiał to powiedzieć.

– Kocham cię całym sobą, ale moja lojalność należy się przede wszystkim Królowej. Potem tobie, a następnie mojemu ludowi i wreszcie Dena Nehele.

Usiadła i przyłożyła dłonie do jego twarzy.

– Zapamiętaj ten porządek – powiedziała gwałtownie, gdy na nią spojrzał. – I trzymaj się go za wszelką cenę.

Czy Shira ostrzegała go przed czymś, co może stać się Cassie, kiedy pojadą do rezerwatu Shaladorczyków?

– Trzymaj się go tak samo, jak trzymasz się honoru – dodała.

I to była odpowiedź: Cassidy-Królowa stała na pierwszym miejscu, przed wszystkim innym – jego kochanką, jego ludem, jego ziemią.

Wizje widziane w splątanych sieciach nie zawsze się urzeczywistniały. Czasami były ostrzeżeniem przed tym, co może się wydarzyć. Shira chciała mu powiedzieć, że wszystko zależy od jego wyboru. Jego. Chciała mu wskazać, jaki powinien to być wybór, jeśli chce zachować honor.

Tej nocy, kiedy zasnęła, Ranon leżał i patrzył w ciemny sufit jej sypialni. Zaczynał rozumieć, że strach może się splatać nie tylko z nadzieją, ale i z miłością, i że dla dwóch kobiet, które stanowiły sedno jego życia, zrobi wszystko, co w jego mocy.

CZTERY

Kaeleer

Daemon skręcił za róg i ryknął – ale jego ryk sprawił tylko, że zwierzyna, za którą podążał, zaczęła biec szybciej.

Na ognie piekielne! Na chwilę odwrócił wzrok, pakując rzeczy, które Daemonar miał zabrać ze sobą do domu. Na jedną chwilę! Tyle jednak wystarczyło, żeby chłopiec wystrzelił z sypialni niczym pocisk.

Cóż, jeśli to ma być ich ostatnie starcie podczas tej wizyty, na pewno go nie przegra.

Choć jak na razie przegrywał.

Kiedy uświadomił sobie, że przed nimi znajdują się schody prowadzące do prywatnej sali audiencyjnej – i dalej, do wielkiego holu – rzucił się pędem. Chłopiec biegł tak szybko, że na pewno spadnie.

Niemal go dopadł. Jeśli go nie zatrzyma, Daemonar…

Chłopiec rozłożył nagle małe błoniaste skrzydła i odbił się od balustrady.

Daemon przez chwilę zamierzał przeskoczyć balustradę i za pomocą Fachu ześlizgnąć się w powietrzu na dół, ale wbrew pozorom nie było to łatwe zaklęcie, jeśli nie wykonywała go Jaenelle. A ponieważ jeszcze do niedawna nieczęsto je praktykował, błąd mógł go kosztować złamaną nogę. Albo coś jeszcze gorszego.

Przynajmniej drzwi do holu są zamknięte, myślał, zbiegając na dół. Na szczęście mała bestyjka nie potrafi przechodzić przez ściany. Dobrze, że ściga latającego chłopca w zamkniętej przestrzeni.

Dokładnie w tym momencie Holt otworzył drzwi, a Daemonar przemknął mu tuż nad głową. Zaskoczony Holt uchylił się, a malec zniknął w holu z radosnym kwikiem.

Cholera! Czyżby ktoś właśnie otworzył drzwi frontowe?! Jeśli Daemonar ucieknie na zewnątrz, złapanie go zajmie ładnych kilka godzin.

Daemon minął nadal pochylonego Holta i wpadł do wielkiego holu, w którym stał Lucivar, tuląc w objęciach uszczęśliwionego synka.

– Cześć, mały – powiedział, cmokając chłopca głośno w policzek.

– Tata! Tata!

Daemon oparł się ręką o ścianę i dyszał ciężko, obserwując radosne przywitanie.

– Byłeś grzeczny? – spytał Lucivar Daemonara.

– Zgadnij, co się stało, tato! Stryjcio Daemon spadł z drzewa!

Daemon poczuł, jak palą go policzki.

Lucivar nie spuszczał wzroku z syna.

– A co stryj Daemon robił na drzewie?

Daemonar zamilkł i zaczął bawić się łańcuszkiem, na którym Lucivar nosił należny mu z urodzenia Czerwony.

– Co stryj Daemon robił na drzewie? – powtórzył pytanie Lucivar.

Daemonar zawahał się.

– Spadał – odparł po chwili.

– Aha.

Czy Marian jest w ciąży? – spytał Daemon na Czerwonej psychicznej nici.

Dowiemy się za kilka tygodni – odparł Lucivar.

Ty już to wiesz, stary fiucie, pomyślał Daemon. Fakt, że Lucivar unikał odpowiedzi, sam w sobie wystarczył za odpowiedź.

Złociste oczy Lucivara zabłysły, kiedy do holu weszła Jaenelle.

– Cześć, mały – powiedziała z uśmiechem do Daemonara. – Chcesz pojechać do domu, nim przeczytamy razem ostatnią historię?

– Nie! Tata, puść mnie!

Lucivar nie zareagował natychmiast, więc Daemonar wymierzył mu kopniaka w brzuch i rzucił się ku Jaenelle.

Za szybko, pomyślał Daemon, patrząc z obawą, jak chłopiec pędzi w stronę jego żony. Jednak Daemonar wyhamował skrzydłami na odległość ramienia od ukochanej cioci. Nieco chwiejnie wylądował na podłodze, jednak nie wpadł na Jaenelle.

– Świetnie hamujesz – pochwaliła go. Wyciągnęła do niego rękę, równocześnie rzucając rozbawione spojrzenie Daemonowi i Lucivarowi. – Chodź. Usiądziemy sobie w gabinecie stryja Daemona i przeczytamy historię, a tymczasem stryjcio i tata sobie porozmawiają.

Kiedy chłopiec i Królowa zniknęli w gabinecie, Lucivar potarł brzuch.

– No i tyle, jeśli chodzi o docenienie mojego przybycia.

Daemon nie odpowiedział. Po prostu przeszedł przez hol i wszedł do oficjalnej sali audiencyjnej.

Dzięki, Beale, pomyślał, kiedy zobaczył tacę z karafką brandy i dwiema szklaneczkami. Zwykle nie pił przed obiadem, ale dziś…

– Mam wrażenie, że jesteś trochę wkurzony – stwierdził Lucivar, wchodząc za nim i zamykając drzwi.

Daemon nalał sobie hojnie brandy i upił duży łyk.

– Jeśli zrobiłeś Marian dziecko, lepiej niech to będzie dziewczynka, bo jeśli nie, przysięgam, że urwę ci fiuta.

Kiedy nie usłyszał ciętej riposty, odwrócił się i spojrzał na brata – a na widok wyrazu jego twarzy serce zaczęło mu walić z całej siły.

– Co się stało? Czy z Marian wszystko w porządku?

– Nic jej nie jest. Ojciec jest teraz w siedlisku, rozpieszcza ją. – Lucivar skrzywił się. – Kiedy ja coś robię, jestem upierdliwy. Kiedy on robi to samo, dba o nią.

– Bo on ma podejście do kobiet – wyjaśnił Daemon. – Lucivarze…

– Czy to było aż takie trudne? – spytał Lucivar. – Wiem, że Daemonar wymaga uwagi. Na ognie piekielne, bękarcie, dobrze o tym wiem.

– Poradziliśmy sobie – powiedział cierpko Daemon.

Lucivar westchnął.

– Słuchaj, następnym razem wyślę go do Eyrieńczyków i…

– Nie, nie zrobisz nic podobnego – oświadczył lodowato Sadi. – Kiedy byliśmy mali, obu nas nauczono szczególnego kodeksu honorowego, takiego, którego nie zna wielu mężczyzn pochodzących z Terreille. I to według tego kodeksu będzie żyła nasza rodzina, więc kiedy twój syn będzie musiał spędzić kilka dni poza domem, przyjedzie tutaj. Rozumiemy się?

– Nie wszyscy Eyrieńczycy uważają honor za coś, co można naginać – zaprotestował ostrożnie Lucivar.

Falonar. Żaden z nich nie wymówił imienia byłego zastępcy Lucivara, niemniej zawisło ono ciężko w powietrzu.

Po chwili napięcie opadło.

– Słuchaj – powiedział Daemon, odstawiając brandy. – Ja tylko wściekam się i jęczę. Spadłem z drzewa, więc chyba mam prawo. I czuję się… nieudolny. – Na ognie piekielne, to zabolało.

– Nie jesteś przecież Eyrieńczykiem – stwierdził Lucivar. – Nigdy nim nie będziesz.

– Tak, wiem.

– Nie, chyba nie wiesz. – Lucivar przyjrzał mu się uważnie. – Wiedzieliśmy, że Daemonar nie może zostać w domu, gdy wpadnę w ruję, więc kiedy Marian zauważyła pierwsze oznaki, zaprowadziła go do Merry i Briggsa, nim ja… – Przeczesał ręką czarne włosy. – Ale mały chciał do ciebie. Do stryjcia Daemona. Który nie jest Eyrieńczykiem. Który nie lata ani się nie bije – a przynajmniej nie tak, jak on to teraz pojmuje – ale za to wie mnóstwo rzeczy. On nie chce, żebyś był Eyrieńczykiem. Chce być z tobą, ponieważ cię kocha.

Te słowa złagodziły nieco oczekiwania, jakie Daemon miał wobec siebie – i przepełniły go radością.

– Lepiej zabiorę tę małą bestyjkę do domu. Matka za nim tęskni. – Lucivar sięgnął po klamkę, ale zawahał się i odwrócił w stronę Daemona. – Naprawdę spadłeś z drzewa?

Daemon westchnął.

– Naprawdę.

– On siedział na tym drzewie?

– Inaczej bym na nie nie wchodził.

Na twarzy Lucivara zaskoczenie mieszało się z rozbawieniem.

– Nie kazałeś mu zejść?

– Oczywiście, że kazałem.

Zdumienie Lucivara wzrosło.

– Skoro kazałeś mu zejść, a on nie posłuchał, dlaczego nie ściągnąłeś go stamtąd za pomocą Fachu? Ja bym tak zrobił.

PIĘĆ

Terreille

Cassidy zamknęła oczy i skoncentrowała się na oddechu.

Odczuwała zdenerwowanie i podniecenie. Jej pierwsza oficjalna wizyta wśród ludu, którym rządziła. Po raz pierwszy Krwawi spoza Szarej Przystani zobaczą, jak współpracuje ze sobą jej Pierwszy Krąg.

Rzuciła okiem na Therana. Odkąd znalazła skarb ukryty na strychu rezydencji Szara Przystań, starał się zachowywać tak, jakby naprawdę chciał służyć na jej dworze. Jednak ta wymuszona atencja codziennie przypominała jej, że Theran nie należy do niej tak, jak inni mężczyźni z jej Pierwszego Kręgu.

Prawdę powiedziawszy, jego wysiłki, by służyć Królowej, za bardzo przypominały jej poprzedni dwór. Tamci też otaczali ją wymuszoną grzecznością – a zaraz potem porzucili ją, by służyć innej Królowej.

Wizyta w Eyocie, rodzinnej wiosce Ranona, była dla Therana trudniejsza do zaakceptowania niż dla reszty Pierwszego Kręgu. Spędzili dni poprzedzające wizytę na dyskutowaniu o problemach, jakie stwarzać będzie zapewnienie bezpieczeństwa Królowej w obcym miejscu, a Theran nie miał żadnych uwag, sugestii, nic. Nie wypowiadał nawet zastrzeżeń, co należało do obowiązków Pierwszej Eskorty. Zdystansował się do całej sprawy, ponieważ Cassidy odmówiła odwołania tej wizyty – albo może dlatego, że wizyta w rezerwacie Shaladorczyków oznaczała konieczność myślenia o drugiej stronie swego dziedzictwa. Theran był dumny z tego, że jest potomkiem Jareda, ale najwyraźniej nie mógł pogodzić się z faktem, że Jared pochodził z Shaladoru.

Poza tym był jeszcze Gray, który siedział teraz w Wozie przytulony do niej, choć kierujący miał doświadczenie w prowadzeniu długiego, zamkniętego, umeblowanego pojazdu przeznaczonego do jazdy na Wiatrach, psychicznej sieci prowadzącej przez Ciemność. Jednak Gray tulił się do niej nie dlatego, że czuł się zależny od mocy i umiejętności kogoś innego. W wieku piętnastu lat został pojmany przez Królową Dena Nehele i przeżył dwa lata tortur. Już sam powrót do Szarej Przystani, gdzie Theran i Talon postanowili zamieszkać z nową Królową, był z jego strony aktem odwagi. Cassidy wiedziała, że jeszcze większej odwagi wymagało od niego opuszczenie Szarej Przystani i wyruszenie z nią do miejsca, którego nie znał, pełnego obcych ludzi.

– Pensjonat jest zaniedbany, ale to solidny budynek, ma bieżącą wodę, kuchnię i jest dość duży, by gościć cały Pierwszy Krąg – zapewnił Ranon.

Ponieważ powtarzał jej to po raz czwarty – tonem równocześnie obronnym i przepraszającym – Cassidy domyśliła się, że Książę Wojowników z Shaladoru nie jest tak spokojny i pewny siebie, na jakiego stara się wyglądać. Zachowanie Shiry też ulegało zmianie w miarę zbliżania się daty wizyty.

– Będzie dobrze, Ranonie – powiedziała Cassidy. – Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze.

Miała taką nadzieję, ponieważ od sukcesu tej wizyty zależało, czy będzie Królową tych ludzi w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa, czy też pozostanie tylko symbolem, który Książęta Wojowników wykorzystają do odbudowania Dena Nehele. Burza psychiczna wywołana dwa lata temu przez Jaenelle Angelline usunęła wszystkich Krwawych skażonych przez Dorotheę SaDiablo, wielu zginęło również w powstaniach plebejuszy. Ci, którzy przeżyli, musieli martwić się nie tylko o zachowanie pokoju na własnym terytorium, ale również wykazać dość siły, by powstrzymać Krwawych z innych terytoriów przed wkroczeniem na ziemie Dena Nehele i ograbieniem ich z resztek dobytku.

– Będzie dobrze – powtórzyła za nią jak echo Shira.

Widząc, jak Ranon powstrzymuje się od patrzenia na Shirę, jakby przez to mógł zawieść czyjeś zaufanie, Cassidy zaczęła się zastanawiać, co takiego zobaczyła Czarna Wdowa, że oboje mieli wyraźne wątpliwości co do tej wizyty.

* * *

Był to dumny, choć ubogi lud.