Opis

Powieść dla miłośników literatury w stylu Charlotte Brontë!

Bohaterka jest panną z dobrego domu, ale zarazem owocem mezaliansu. Matka – wielka dama - wyszła za mąż za profesora politechniki, naukowca, pozytywistę, któremu próżniacze życie arystokracji wydaje się wstrętne. Oboje rodzice ogromnie kochają córkę, ale każde z nich inaczej widzi jej drogę do szczęścia. Od lat żyją w separacji, ale zgodnie z wcześniejszą umową córka po ukończeniu pensji ma najpierw spędzić rok u matki, a potem rok u ojca.

Czy matce uda się w ciągu roku wydać córkę za mąż, by zabezpieczyć ją przed nowomodnymi prądami, których sama nie rozumie i których się boi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1233

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2015, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-261-2

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

TOM I

JUTRZENKA ŻYCIA

I

Byłam w przededniu opuszczenia zakładu naukowego, w którym przepędziłam lat osiem, a jako pensjonarka na wylocie stałam na stopie pewnej emancypacji i od kilku tygodni otrzy­małam przywilej posiadania osobnego malutkiego pokoiku.

W tym tedy osobnym pokoiku, wieczorem, siedziałam na niskim drewnianym stołeczku przed palącym się w piecu ogniem. Patrząc w płomień machinalnie, słuchałam, jak z jednej strony dźwięczał po szybach okien deszcz marcowy, z drugiej rój koleżanek moich wrzał ru­chem i gwarem w odległych salach i korytarzach.

Ostatni to wieczór przepędzałam na pensji. Nie miałam już na sobie szkolnego munduru z zielonej wełnianej materii, ale ubrana byłam w brązowy jedwabny szlafroczek, delikatna ko­ronka otaczała mi szyję i ręce, a na piersi wił się złoty łańcuszek pierwszy raz włożonego przeze mnie zegarka. Modny ten szlafroczek, koronki i zegarek, wraz z karetą i służbą, przy­słała mi matka moja, do której z pensji odjechać na wieś miałam.

Ze wszystkich ładnych rzeczy, które mi przywieziono, najbardziej mnie ucieszył śliczny malutki zegareczek. Zostawał on czas jakiś w prawdziwym niebezpieczeństwie, bo otrzy­mawszy go, co minutę prawie wydobywałam zza paska, otwierałam, obracałam na różne stro­ny, cofałam, posuwałam niewinne od wszelkiego opóźnienia lub pośpiechu wskazówki.

Przez cały dzień jednak, nabawiwszy się do syta cackiem, będącym mi niby dyplomem na godność dorosłej panny, nie myślałam już o nim, siedząc wieczorem naprzeciw ognia, a myśl moja biegła w świat nieznany, który nazajutrz miał się otworzyć przede mną.

Nieznany? Zupełnie takim nie był on dla mnie. Widywałam go już w marzeniach moich, słyszałam o nim od starszych koleżanek, spotykałam go niekiedy we wspomnieniach lat dziecinnych w domu rodziców spędzonych.

W owej chwili utonęłam całkiem w marzeniach. Zapomniałam o drewnianym stołeczku, na którym siedziałam, a wydało mi się, że fala jakichś wód błękitnych, kołysząc się miękko, unosi mnie kędyś… kędyś, skąd dolatują do mnie akordy oddalonej muzyki i niewyraźna wrzawa mnóstwa zmieszanych głosów. Przymknęłam oczy i straciłam pamięć rzeczy, które mnie otaczały. Splątane myśli roiły się po mej głowie jak szybko mknące motyle; nie było w nich ciągu ni ładu, a fala marzeń niosła mnie coraz prędzej w przestrzeń szeroką, promienistą, wonną, pod stopy borów ciemnych, między zielone góry, strumieniami przerżnięte, wśród których wiedziałam, że stał piękny dom mojej matki.

I w jej objęcia naprzód rzuciły mnie marzenia moje; zobaczyłam oczy mojej matki utkwione we mnie, a z czułością i pocałunek jej na mym czole poczułam. Aliści trwało to tylko sekun­dę; fala unosząca mnie poruszyła się i wraz ze mną zawisła nad jakimś nieznanym mi a cza­rującym miejscem.

Żaden monarcha tego świata nie posiada, żaden bajarz wschodni nie wyśnił w swych mi­tach takiego pałacu, takiego zamczyska zaczarowanej piękności, jakiego obraz nosi w swej głowie każda dorastająca pensjonarka. Ten pałac, to zamczysko, zbudowane z kryształu, tęcz i brylantów, to świat, w który ma ona wstąpić. Wszystko jest w tym świecie: piękna suknia, złote cacka, ludzkie pochwały i oklaski, sala balowa, trwożny obraz miłości, uboga chatka z mieszkańcami wzywającymi litości młodego serca, niewyraźne przeczucia cierpień życio­wych niby szare plamki na tle jaskrawym.

Fala, która mnie unosiła z tych przeróżnych części wielkiego obrazu, wybrała salę balową i nad nią wraz ze mną zawisła.

Nie wiedziałam dokładnie, jak ma wyglądać w szczegółach sala balowa. Migotały przed mymi oczami tylko wspomnienia zabaw, jakie, małym dziecięciem będąc, widywałam w do­mu u rodziców. Koleżanki moje, starsze ode mnie, a wracające z wakacji, opowiadały mi nie­raz cuda o wieczorach i balach, do których przypuszczane były jako prawie dorosłe już pan­ny; w ostatnim roku pobytu na pensji czytywałam wiele powieści i z nich zaczerpnęłam wie­dzy o wrzawie światowej.

Patrząc w płomienie, które kołysały się w różne strony mnóstwem żółtych ognistych języ­ków, zobaczyłam przestrzeń obszerną, zalaną eteryczną atmosferą światła i woni.

Pośród eteru tego wznosił się rój istot półludzkich, półfantastycznych. Byłam pewna, że to chór archaniołów. Zamiast w suknie zwyczajne odziane one były w różnobarwne obłoczki, nad białymi twarzami miały zawieszone wieńce, a u piersi ich błyszczały diamenty nie tak przecież silnym blaskiem, jakim płonęły ich rozradowane oczy. Istoty te brały się za ręce i wirowały w szybkim tańcu albo przechadzały się wolno pod ścianami obwieszonymi smuga­mi światła i szeptały między sobą, a szept ich wydawał się podobnym do tego szmeru, jaki wydają młode listki brzozowego gaju poruszone wiosennym wietrzykiem.

Fala moja przestała się kołysać i wraz ze mną stanęła pośrodku światłej przestrzeni. Po­czułam zawrót głowy, bo chóry archaniołów zwróciły się w moją stronę i utkwiły we mnie oczy.

Zdawało się, że to olimpijskie zebranie pytało niespokojnie, kim jest nowy do ich grona przybysz, a twarz moją, postać, różowy obłoczek z gazy, który mnie okrywał, podda­wało ścisłemu rozbiorowi.

Myślałam, że zemdleję z pomieszania i trwogi, ale przykre uczucie to krótko trwało, bo postrzegłam między archaniołami ruch wielce dla mnie przychylny, usłyszałam usta ich szep­cące pochwały na cześć moich oczu, włosów, kibici i sukni z różowej gazy. Poczułam roz­koszne łechtanie około serca, podniosłam głowę z tryumfem i zaczęłam wraz z innymi wiro­wać w szybkim tańcu po ziemi, która wyglądała jak zwierciadło albo jak szyba wód spokoj­nych. Fala moja kołysała się coraz żywiej i niosła mnie coraz prędzej między tłum, który mnie chwalił, w wir tańca odurzającego, aż zatrzymała się nagle, a na niej już nie ja jedna stałam, ale stał obok mnie ktoś nieznany czy na wpół znany i patrzył na mnie dziwnymi oczami. Czułam tylko na sobie to spojrzenie, bo go przecież widzieć nie mogłam. Ciężar nieśmiałości i wzru­szenia w dół mi kłonił powieki. Gdy nareszcie przemogła ciekawość i podniosłam oczy, zo­baczyłam mężczyznę zupełnie podobnego do bohatera ostatniej czytanej przeze mnie powie­ści. Miał ten sam wzrost, te same włosy i oczy i mówił do mnie te same słowa, jakimi powie­ściowy bohater przemawiał do swej bohdanki.

Wstyd mnie ogarnął niezmierny, poczułam chęć do ucieczki, zakryłam oczy dłońmi i zeskoczywszy z fali, która mnie unosiła, znalazłam się siedzącą na moim niskim drewnianym stołeczku.

Parsknęłam głośnym śmiechem i odjęłam dłonie od oczu.

II

Nade mną pochyliła się dobrze mi znana głowa piastunki mojej, w czepcu śnieżnej biało­ści, spod którego wyglądały pasma włosów siwych, z oczami, które łagodnie i rozumnie pa­trzyły zza okularów. Uśmiechnęłam się do kobiety, która od urodzenia mego aż dotąd nie odstępowała mnie ni na dzień jeden, i patrzyłyśmy na siebie przez chwilę. Wydało mi się, że w poczciwych oczach mojej piastunki malował się niepokój. – O czym tak długo myślałaś, Waciu? – spytała siadając naprzeciw mnie na krześle. – O pierwszym balu, na jakim się znajdę – odpowiedziałam bez wahania, bo nigdy żadnej myśli nie taiłam przed dobrą kobietą.

W oczach piastunki mojej zdwoił się niepokój.

Smutnie skinęła głową parę razy i rzekła: – Złe jest, że w przeddzień wyjścia twego w świat myślisz tylko o przyszłych balach. Wolałabym, abyś o czym innym myślała.

Smutno mi się trochę zrobiło, gdy usłyszałam te słowa, i po chwili odrzekłam:

– Moja Biniu! (tak zwykłam od dzieciństwa nazywać moją piastunkę, której imię było Balbina), moja Biniu, po cóż mam odwracać myśl moją od wesołych obrazów, gdy mi się one same nasuwają przed oczy?

– Po co? – odparła Balbina – po to, aby nie napełniać sobie głowy mydlanymi bańkami, które choć błyszczą pięknie, ale prędzej czy później pękną i zostawią po sobie samą pustkę. Posłuchaj mnie, Wacławo, a lepiej może zrozumiesz, co chcę powiedzieć.

Tu piastunka moja splotła ręce na szarej sukni i tak dalej mówiła: – Osiemnaście lat temu, w tym samym pokoiku, na tym samym miejscu, na którym sie­dzisz w tej chwili, siedziała matka twoja o rok młodsza, niż jesteś teraz, i tak jak ty mająca nazajutrz opuścić pensję. Obok niej siedziałam ja, bo wyhodowałam ją jak ciebie na moim ręku. Otóż matka twoja zamyślona była także, a gdym ją zapytała, o czym myśli, odrzekła: „O pierwszym balu, na którym się znajdę”. Wówczas zdawało mi się rzeczą bardzo naturalną, że piękna i bogata panna, która z pensji w świat wychodzi, myśli o balu. Ale gdy potem pa­trzyłam na życie twej matki, i lepiej może niż kto inny znając jej dobre i zarazem nieszczę­śliwe serce, nieraz z przywiązania do niej gorzkimi zalewałam się łzami. Stąd to doszłam do przekonania, że źle jest, jeśli kobieta przygotowuje się do przyszłości, która ją czeka, myśla­mi o balach, i wolałabym, abyś ty, Wacławo, w przeddzień wyjścia twego w świat, o czym innym myślała.

Jakie mają być myśli, którymi pragnęłabym, abyś była zajęta, nie potrafię ci dokładnie powiedzieć, ale radzę ci, abyś otworzyła list, który wczoraj otrzymałaś od ojca twego, i raz jeszcze przeczytała go z uwagą.

Słowa te, wymawiane przez piastunkę moją łagodnie i z oddźwiękiem smutku w głosie, silne na mnie wywarły wrażenie. Rojenia wesołe pierzchły daleko, a gdy podniosłam zamy­śloną głowę, piastunki mojej nie było już przy mnie.

Sięgnęłam do kieszonki szlafroczka i wydobyłam z niej dwa listy: jeden był od matki mo­jej, drugi od ojca.

III

Mimo woli prawie po raz dziesiąty już może przebiegłam oczami list matki. Zawierał on następne słowa:

Przedmioty do stroju potrzebne, które ci posyłam, są przeznaczone dla tymczasowego twego użytku; po przybyciu do domu znajdziesz daleko więcej podobnych, które przygoto­wałam dla ciebie z myślą, abyś jak najświetniej mogła w świat wstąpić. Całe sąsiedztwo moje, jak też i liczni znajomi moi w mieście W. pałają ciekawością poznania ciebie. Młode panny przeczuwają w tobie niebezpieczną rywalkę; matki ich z góry już zaczynają na mnie spoglądać z ukosa; ogólna wieść rozniosła się tu, że jesteś piękną, a wychowanie, jakie odebrałaś w najlep­szym zakładzie krajowym, rzuca na ciebie blask niemały. Przy tym cały dom odświeżyłam na twe przybycie, powozy i uprząż sprawiłam nowiuteńkie, liberię będziemy miały najmodniej­szą. Fortepian Erarda stoi w salonie, oczekując twej gry umiejętnej, w garderobie przybycia twego oczekuje panna służąca, którą sprowadziłam z Warszawy, zastrzegłszy wprzód, aby wzięła tam kilkadziesiąt lekcji od najlepszego fryzjera i krawca.

Musisz mi zabłysnąć w świecie jak brylancik pierwszej wody. Oprawę urządziłam tak, aby diament mój mógł wydać się w niej jak najlepiej. Choć sama jestem jeszcze dość młoda i lu­bię świat, nie będę naśladowała pewnych matek, które gdy nie są jeszcze zbyt zestarzałe, pra­gną gasić sobą wdzięk swych córek i zazdroszczą im powodzenia w towarzystwach. Przeciw­nie, twoja chluba będzie moją chlubą, twoje szczęście moim szczęściem, a ostatnie wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie powinno cię minąć.

Dziś już najlepsze partie w okolicy z niecierpliwą ciekawością oczekują twego przybycia; najbogatsi młodzi ludzie zawczasu batystowymi chustkami przecierają szkiełka swoich pince-nez, aby za twoim pojawieniem się włożyć je na oczy i jak najlepiej móc przyjrzeć się tobie. Serce moje mówi mi, że zobaczą więcej jeszcze, niż się spodziewają.

Nie przyjeżdżam po ciebie sama, bo daleka podróż zbyt byłaby fatygująca dla mnie po ostatniej przebytej chorobie. Balbina według rozporządzeń, jakie jej w liście posyłam, załatwi pieniężne sprawy z pensją i będzie towarzyszyła ci w drodze. Poczciwy mój kamerdyner, Józef, aż płakał z radości, że jedzie po ciebie; będzie więc także strzegł cię troskliwie. Za kil­ka dni będę cię już miała obok siebie, a z boleścią myślę, że na rok jeden tylko, bo według umowy z twoim ojcem rok następny przy nim masz spędzić. Ale któż może wiedzieć, co się przez rok stanie?

Jeśli spełni się pewien planik, jaki ukartowałam dla ciebie w mej głowie, zostaniesz na zawsze w moim sąsiedztwie panią już swego domu i serca pewnego młodego sąsiada, który oprócz dystyngowanej powierzchowności i pięknego nazwiska posiada wcale ładny majątek z gotyckim pałacykiem.

Przebiegając oczami ten list mojej matki, poczułam zawrót głowy. Znowu porwała mnie fala marzeń, unosząc po świecie; pokazywała salony, suknie, perły, koronki, salę balową, w której tańczyły chóry archaniołów, a spomiędzy nich z wolna i nieśmiało wysuwał się ku mnie ów sąsiad młody, o którym pisała matka moja, i batystową chusteczką wycierał szkiełko swego pince-nez…

Oczy moje padły na drugi list, który trzymałam w ręku, rozwinęłam go i czytałam następujące słowa:

Smutno mi bardzo, córko moja droga, że w chwili gdy masz opuścić ustroń, w której się wychowałaś, w chwili tak ważnej twego życia nie mogę być przy tobie choćby przez dzień jeden, aby obdarzyć cię na drogę, jaką rozpoczniesz, ojcowskim słowem i uściskiem. Obo­wiązki publicznego zawodu, któremu poświęciłem życie moje, powołały mnie w kraje odległe. Wrócę za rok, to jest wtedy, gdy według umowy mej z matką twoją zawartej opuścisz dom jej, aby na rok znowu przy mnie zamieszkać.

Wychodzisz w świat. Znam towarzystwo, jakie cię otoczy: jest ono błyszczące, świetne z pozoru, a tym samym blaskiem zechce odziać ciebie, niby okuć w ciasny pancerz blaszki pozłoconej.

Ale nie ufaj zbyt połyskom, dziecię moje, i nie oddawaj im całego serca twego. Wejdź w życie z myślą, że zabawy i zbieranie hołdów nie są celem, dla którego żyć ma kobieta. Odu­rzą cię one i upoją zrazu, ale staraj się co prędzej o wytrzeźwienie. Strzeż się utonięcia we fraszkach. Nie zapominaj, że poza tym bawiącym się i błyszczącym kołem, które cię otoczy, jest świat rozleglejszy. Na świecie tym ludzie pracują pługiem, piórem, myślą podniesioną wysoko, ręką czynną a nigdy nieusypiającą, na świecie tym jest wiele boleści, ale i radości wysokich, i są wielkie cnoty, rozsiane z rzadka, lecz przyświecające ziemi jak szeroko roz­palone pochodnie. W ten to świat jak najczęściej posyłaj ducha twego i szanuj wszystko, co z niego pochodzi, a przyjdzie chwila, w której zapragniesz znaleźć w nim miejsce dla siebie.

Kiedy ci przyjdzie to pragnienie, ja będę przy tobie, aby ci powiedzieć, jak i kędy iść ma droga twoja. Tymczasem strzeż pilnie młodego serca twego i myśli twej wpółdziecięcej jesz­cze, aby ich nie rozproszyć na pył błyszczący, z którego podstawy życia wykuć niepodobna. Mam nadzieję, że gdy wrócę do kraju, znajdę cię zdrową na ciele i duszy i będę mógł przelać w twego ducha zasady i przekonania, których sam przez całe życie byłem wiernym wy­znawcą.

Długi list mego ojca brzmiał cały w podobnym tonie. Gdy go odczytałam, pierzchły sprzed mych oczu błyskotliwe obrazy wywołane pismem mej matki i już nie fala marzeń mnie koły­sała, ale nieznane dotąd myśli porywały w światy nieznane. Zamiast sali balowej ujrzałam wyobraźnią przestrzeń szeroką, pustą zrazu, ale która stopniowo zapełniała się rojem ludzi, to pług ciągnących po glebie rodzinnego kraju, to siedzących nad księgą z pochylonymi czoła­mi, to tułających się w łzach i boleści po różnych stronach ziemi, to modlących się po świąty­niach lub przy domowych ogniskach pędzących życie w pokoju i miłości.

Nie byłże to ów świat pracy, myśli, cierpień i szlachetnych radości, o którym pisał mi mój ojciec?

Tak, ten to świat pokazały mi myśli moje, połączone z jego myślami. Do świata tego moc­no uderzyło moje serce.

A owe salony, karety, liberie, sale balowe, ów sąsiad młody, który w gotyckim swym pa­łacyku oczekiwał mego do domu matki przybycia, zawczasu wycierając chusteczką szkiełko swego pince-nez? Czy to wszystko całkiem zniknęło mi sprzed oczu? Nie! Niby rój latają­cych iskierek migotały przede mną błyskotki, ale nie mogły zasłonić potężnego obrazu, na którym wielkimi wymalowane zarysami zobaczyłam ludzkość, kraj mój ojczysty, nieszczę­śliwych i pracujących współbraci, a wpośród tego wszystkiego miejsce niezajęte, na którym ja miałam stanąć, aby pracować, cierpieć, modlić się i cieszyć wraz z innymi.

Dwa obrazy stały przede mną: jeden błyskotliwy i powiewny, drugi smętny i surową owiany powagą.

Pierwszy był światem mojej matki, drugi światem mego ojca.

Dlaczego pomiędzy światami, w których zamknęło się każde z rodziców moich, tak wielka zachodziła różnica? Dlaczego każde z nich, kochając mnie zarówno, w tak różny sposób objawiało miłość swoją i tak odmienne drogi pragnęło przygotować przede mną? Dlaczego wreszcie ja, co posiadałam i ojca, i matkę, miałam przy jednym i przy drugiej przebywać tylko z kolei po roku wedle umowy, jaką oni między sobą zawarli, aby dzielić się moją obecnością, chociaż sercem moim podzielić się nie mogli, bo ono zarówno do nich obojga należało?

Czemuż, gdy wejdę w świat mojej matki, będę zmuszona oddalić się od świata mego ojca, a może i całkiem utracić go z oczu? A jeśli przestrogi i pojęcia ojcowskie głęboko w sercu wyryję i wedle nich kierować mym życiem zechcę, toć już usunę od siebie czarę z napojem blasku i wesela podawaną mi przez kochającą matki mej ręką?

Smutek zaciężył mi na sercu, opuściłam głowę w zadumie, a wywołane wspomnieniami o rodzicach stanęły mi przed pamięcią dziecinne lata moje.

IV

Pierwszym widokiem, który uderzył oczy moje, budzące się do pojęcia zewnętrznego świata, były pełne ludzi i turkotu ulice wielkiego miasta. Urodziłam się w ludnym i wspania­łym grodzie, w obszernym mieszkaniu moich rodziców, którego okna wychodziły na jedną z głównych miasta tego ulic.

Matkę moją pamiętam jako bardzo piękną. Miała twarz białą przy kruczych włosach i wyniosłą, pełną dumy postawę. Na wysokim czole mego ojca leżała także duma i pewna surowość, któ­rą jednak łagodził wyraz ust pełnych dobroci.

Byli więc oboje młodzi i piękni, mieli we mnie jedyne dziecię, które kochali bardzo, a jed­nak ciemna jakaś chmura wisiała nad domem naszym, nieusunięta nawet gwarem gości nie­ustannie zapełniających mieszkanie. Owszem, zdawało się, że właśnie z łona gwaru tych ustawicznych zabaw chmura wypływała.

Ojciec mój ukazywał się w salonach rzadko, a gdy wracał do swego gabinetu, wydawał się smutny i zmęczony; matka sama jedna najczęściej przyjmowała gości, a gdy się rozeszli, widywałam ją często płaczącą. Nie pamiętam, abym widziała kiedyś rodziców moich długo rozmawiających z sobą. Pokoje ich nawet położone były na dwóch odległych od siebie koń­cach mieszkania, a ja, przebiegając często z jednych do drugich, zdawałam się być jedyną łączącą je nicią. Pamiętam, że szybko biegnąc z pokojów matki do pokojów ojca, gniewałam się na długi szereg salonów, jaki przebywać musiałam, myśląc, że one to dzielą rodziców moich tak, że ich nigdy razem widzieć nie mogę. W dziecinnej naiwności zastanawiałam się nad tym, dlaczego ludzie budują sobie tak rozlegle mieszkania, aby ci, co je zamieszkują, wiecznie rozdzieleni żyć musieli, i z dziecięcym gniewem uderzałam drobną stopą posadzkę salonów, wyobrażając sobie, że karzę je za rozdział, jaki tworzą one pomiędzy rodzicami mymi. Późniejsze doświadczenie przekonało mnie, że dziecinny gniew mój miał słuszne pod­stawy, choć ich wtedy nie rozumiałam jeszcze. Tak, salony te w istocie dzieliły tych, których kochałam…

Jak sięgnę pamięcią, miałam zawsze obok siebie poczciwą moją Binię, w białym czepcu i okularach, a oprócz niej bonę Niemkę, później zaś nieco – Francuzkę. Pamiętam, że sercem lgnęłam do Bini, choć karciła i gderała na mnie nieraz, a obojętna byłam względem bon, chociaż pochlebiały mi i dogadzały. Bo też Binia umiała mi opowiadać dziwnie piękne po­wieści, które głęboko wnikały w mój umysł i wyobraźnię i budziły do pierwszych życia ma­rzeń i zachwytów. Codziennie prawie, o zmroku, w ustronnym pokoiku starej piastunki mo­jej, siadałam u kolan jej na niskim stołeczku, a ona opowiadała mi. Binia umiała też na pa­mięć śliczne wiersze, legendy i gadki ludu naszego, poetyczne a rzewne. Uczyłam się ich od niej; wiała z nich na mnie dziwna tęsknota, której często rozproszyć nie mogły ani szczebio­tania bon, opowiadających mi cuda o obcych krajach, ani ładna sukienka, w którą strojono mnie przed wieczorem dla pokazania się w salonach mej matki, napełnionych gośćmi, ani pochwały tych gości głośno zachwycających się moją twarzyczką i figurką i przepowiadają­cych, że będę bardzo piękna, gdy dorosnę. Niekiedy pochwały te unosiły mnie w siódme nie­bo, budząc wcześnie w piersi mej rozkosz z zadowolenia miłości własnej płynącą. Ale nieraz gdy towarzystwo bawiło się wesoło, siadywałam w kąciku salonu i myślałam sobie o królo­wej Jadwidze lub mężnym Żółkiewskim albo powtarzałam w myśli którąś z opowieści ludo­wych prawiących o sierotach biednych i o aniołach stróżach, które z rozkazu Bożego nad głowami sierot tych wciąż wzlatają. Niekiedy także Binia dawała mi moralne nauki. – Próżnujesz dziś, Waciu – mówiła – idź i zajmij się czymkolwiek. Ucz się, czytaj lub uszyj coś dla lalki; każdy człowiek zawsze coś robić powinien. – A cóż robi mama? – pytałam Bini.

Zakłopotanie malowało się na twarzy mojej piastunki, ale obecna przy rozmowie bona cudzoziemka podchwytywała prędko: – Mama nic robić nie potrzebuje, bo jest bogatą panią. – A co robi mój ojciec? – zwracałam się z nowym pytaniem do Bini.

Tym razem Binia nie była w kłopocie z odpowiedzią. – Ojciec twój, Waciu – odpowiadała – zasiada codziennie na wysokim krześle, które się katedrą nazywa, i tego, co sam umie, uczy kilkuset dorosłych już młodych ludzi.

Zastanawiałam się kilka chwil nad słowami Bini, a w umyśle moim tworzył się ze słów tych obraz, w którym wyobrażałam sobie mego ojca, siedzącego na tronie i przemawiającego do tłumu poddanych swoich, którzy go otaczali. Teraz rozumiem, że ojciec mój zasiadał na tronie królestwa nauk, a słuchacze jego byli podwładnymi jego ducha. – Powiedz mi, Biniu – pytałam jeszcze – jeżeli mama jest bogatą, to i ojciec bogaty musi być także. Dlaczegóż mama nic nie robi, a ojciec jedzie tam co dzień zasiadać na tej, jak mó­wisz, katedrze i nauczać innych tego, co sam umie?

Tu Binia była znowu w kłopocie. – Bo widzisz, moje dziecko – mówiła, jąkając się – mama twoja jest światową damą, a oj­ciec uczonym naturalistą. – Co to jest naturalista? – pytałam zdziwiona. – Ja ci tego dokładnie wytłumaczyć nie potrafię – odpowiadała Binia – wiem tylko, że naturalista jest to człowiek, który wie, jak wzrasta każda trawka na ziemi i jakimi drogami cho­dzą po niebie gwiazdy niezliczone; dlaczego kwiaty zapach wydają, robak pełza nisko, ptak wysoko lata, a człowiek czuje i myśli.

Znowu zastanawiałam się długo nad słowami Bini, a mała moja główka rady sobie z nimi dać nie mogła.

– Myślałam, że o tym wszystkim wie tylko jeden Bóg królujący nad gwiazdami – czyniłam w końcu uwagę.

Binia odpowiadała: – Toteż człowiek, który jak twój ojciec zamyka się codziennie w cichym gabinecie i noce długie przepędza z książkami i myślami swymi, uczy się Boga rozumieć.

Dziecięcy umysł mój uginał się pod wielkością orzeczenia Bini, a postać ojca przybierała w moich oczach olbrzymie rozmiary. Wyobrażałam go sobie siedzącego na tronie, który Binia nazywała katedrą, pośród mnóstwa ludzi, co słuchali jego mowy; albo w ciszy gabinetu swe­go uczącego się rozumieć Boga królującego nad gwiazdami.

Do gabinetu tego zbliżałam się często z przyśpieszonym biciem serca, uchylałam drzwi cichutko i wsuwałam się na palcach do pokoju, który miał dla mnie coś uroczystego.

Tam pomiędzy ścianami, od góry do dołu zastawionymi mnóstwem książek, stało obszerne biuro, a na nim piętrzyły się rękopisy, rozkładały się karty geograficzne, stały globusy i różne niezrozumiałe wtedy dla mnie przyrządy, a o których wiem teraz, że były mikroskopa­mi, retortami i innymi naukowymi narzędziami.

Ojciec mój nie spostrzegał czasem mego wejścia, zajęty książką lub pisaniem. Wtedy wdrapywałam się na fotel stojący w kącie pokoju i przyglądałam się ciekawie otaczającym mnie przedmiotom; raz usnęłam, tak siedząc i obudziłam się w objęciach ojca, który zdjął mnie z fotela, posadził sobie na kolanach i zapytał łagodnie: – Po coś tu przyszła, mała? – Chciałam, ojcze, zobaczyć, jak uczysz się rozumieć Boga – odpowiedziałam. – Co ty prawisz, dziecko? – zaśmiał się ojciec, ale ja się nie śmiałam, bo pokój jego na­strajał mnie poważnie.

– Binia mówiła mi – rzekłam – że ty, ojcze, Boga rozumiesz.

Uśmiechnął się ojciec i odpowiedział, całując mnie w czoło:

– Każdy człowiek, który pracuje, rozumie myśl Bożą.

Innym razem siedziałam sobie według zwyczaju mego na fotelu stojącym w kątku pokoju, a ojciec, nie zważając na moją obecność, czytał pilnie w jakiejś książce. Potem wstał, wydo­był z szafy kilka jakichś słoiczków i buteleczek, ustawił na stole nieznany mi przyrząd i dłu­go a powoli wlewał i wsypywał coś do niego ze słoiczków i buteleczek. Przypatrywałam się ciekawie tej robocie, gdy nagle trysnęły z przyrządu iskry, po nich zapalił się żółtawy płomy­czek o sinych brzeżkach, które zwiększały się coraz, aż z przyrządu buchnął szeroki, szafiro­wy płomień, a zarazem przyrząd zaczął huczeć, szumieć i pryskać iskrami na wszystkie strony.

Zrazu przelękłam się i zeskoczyłam z fotela, zbierając się do ucieczki, ale gdy zobaczy­łam, że ojciec mój spokojnie siada naprzeciw płomienia i uważnie przypatrywać się mu zaczy­na, usiadłam znowu na moim miejscu zdjęta wielką ciekawością.

Było to już u schyłku dnia, półmrok zapełniał pokój. Światło szafirowego płomienia padało prosto na twarz mego ojca, a rysy jego, obleczone sinawym kolorytem, odskakiwały od wpółciemnego tła pokoju z wyrazistością i nieruchomością pięknej rzeźby. Szczyt płomie­nia spiczastym językiem kołysał się w różne strony, tworząc na przeciwległej ścianie migocą­cą grę świateł i cieni. Nigdy nie widziałam ojca tak pięknego i majestatycznego jak wtedy.

Po czarnych jego włosach przemykały sinawe odbłyski, niby fosforyczne, z płomienia wychodzące nici; czoło jego sfałdowało się nieco pod wpływem głębokiego namy­słu, usta poruszały się cichym szeptem, a w źrenicach, wpatrzonych w przyrząd, nurtowała myśl, niezrozumiała wtedy dla mnie, ale tak potężna, że po ciele mym przebiegły dreszcze wzruszenia i poczułam ochotę upaść na kolana. Nie wiem, jak długo trwał obraz ten, od któ­rego nie mogłam oczu oderwać; powoli płomień zmniejszał się, w przyrządzie szum ustawał, parę razy jeszcze kilkadziesiąt iskier trysnęło i rozprysło się w powietrzu, aż na koniec buch­nęły kłęby dymu i niby obłokiem owionęły postać i twarz mego ojca. Powstał i wyprostowa­ny wyciągnął rękę ku zgasłemu ognisku; na podniesionym czole jego spoczął wyraz tryumfu, a oczy zapałały śród cienia ogniem wielkiej radości, przysunęłam się po cichu i wzięłam go za rękę. Zbudził się z zamyślenia, ale się nie rozgniewał.

– Więc byłaś tu? – zapytał, schylając się nade mną.

– Ojcze – odpowiedziałam – tyś przed chwilą z Bogiem rozmawiał?

Wziął mnie w objęcia i przytulił do piersi. – Tak, dziecko – rzekł – w tej chwili Bóg odsłonił przede mną jedną z tajemnic swoich.

Nieprędko potem dowiedziałam się, że dnia tego ojciec mój zrobił ważne chemiczne od­krycie.

Jakże różny od gabinetu mego ojca był buduar mej matki. Pod ścianą, ozdobioną złoco­nymi kwiatami obicia, stała tam rzeźbiona toaleta z mnóstwem szuflad i szufladek i z wielkim zwierciadłem. Po stolikach i stoliczkach stały cacka różne: kryształowe kubeczki, porcelano­we figurki, flakony z perfumami, bombonierki, koszyczki misternie wyrabiane.

Na stole przed kanapą leżały rozrzucone wkoło mapy, dzienniki mód, z których ja wybie­rałam najpiękniejsze malowane figurki; według ich wzorów szyłam suknie dla lalek, a potem wspaniałomyślnie darowywałam je Bini, która wyklejała nimi sobie parawan. Trzy razy na dzień matka moja siadywała przed toaletą i zmieniała ubranie. Lubiłam przypatrywać się, jak służąca umiejętną ręką rozplatała połyskliwe jej włosy, które były tak długie, że po krawędzi taboretu zwieszały się aż na ziemię. Ale najwyższej już doświadczałam przyjemności, gdy matka moja otwierała szuflady toalety i wydobywała z nich wstążki, koronki i różne pude­łeczka. Wyciągałam wtedy naprzód ciekawą głowę i ze szczególną uwagą zaglądałam w ostatnie. Były tam w złoto oprawne kamienie, zielone, pąsowe, błękitne i białe, o tęczowych połyskach. – Jak się nazywa ten kamień? – pytałam moją matkę, pokazując broszę zawartą w jednym z pudełek. – To szmaragd – odpowiadała mi matka. – A ten w bransolecie? – To rubin. – A te, które składają tę kolię? – To są turkusy. – A ten w pierścionku? – Brylant. – Jak się nazywa ta materia? – pytałam innym razem, wskazując suknię, którą wkładała na siebie moja matka. – Atłas – odpowiadano mi. – A tamta, którą wczoraj mama miała na sobie? – Tamta była mora.

Mając lat siedem, znałam po imieniu wszystkie drogie kamienie i materie. – Jak wyrosnę, będę nosiła takie same – mawiałam do matki, a ona, śmiejąc się i żartując, przypinała mi u szyi brylantową broszę, wkładała w uszy ciężkie szmaragdy i całą moją fi­gurkę owijała, jak w pieluchy, wielką chustką z pajęczej koronki. Wtedy wskakiwałam na krzesło stojące przed toaletą, stawałam na nim i z upodobaniem patrzyłam, jak błyskały i migotały na mnie klejnoty kosztowne i jak w malowniczych fałdach biała koronka do stóp mi spływała. – A jak Wacia piękna będzie, gdy dorósłszy, ustroi się już na dobre w to wszystko! – ma­wiały mi wtedy bony i służące. – A jeśli do tego będzie jeszcze i rozumna – odzywał się pomiędzy nimi niekiedy głos mojej Bini.

Choć buduar mojej matki zajmował mnie nieskończenie i bawił zawierającymi się w nim przedmiotami, gdy tylko wiedziałam, że ojciec mój jest u siebie, biegłam do jego gabinetu, wsuwałam się na palcach i cichutko siadywałam w moim kąciku. Tam patrząc na twarz mego ojca i wodząc oczyma po tytułach książek, ustawionych przy ścianach, zapominałam o klej­notach i koronkach, jakie mnie zajmowały w buduarze mej matki, a młodą duszyczkę moją na wskroś przejmowała uroczysta cisza pokoju, w którym, wedle wyobraźni mojej i słów Bini, ojciec mój rozmawiał z Bogiem królującym nad gwiazdami.

Te to może chwile, w gabinecie ojcowskim spędzone, sprawiły, że potem, gdy wesołe gro­no koleżanek moich huczało wkoło mnie zabawą i swawolą, ja siadywałam niekiedy sama jedna w ciemnym jakimś kąciku, nieokreśloną ogarnięta tęsknotą; tym to chwilom może winna byłam mój poryw do nauk i coraz nowe budzące się w mej głowie pytania, wiodące do zastanawiania się nad wszystkim, co mnie otaczało.

A również może z chwil przepędzonych w buduarze mojej matki wyniknęły owe w przededniu opuszczenia pensji marzenia moje o sali balowej i radość, jaką czułam na myśl o ocze­kujących mnie blaskach i świetnościach. Tak, niezawodnie, atmosfera, w której człowiek spę­dza dzieciństwo swe, niewidomym strumieniem przenika całą przyszłość jego. Pierwsze wra­żenia życia wsiąkają w umysł i serce, tworząc szereg wpływów najdłuższymi niezwalczonych latami.

V

Uwaga ta przerwała wątek wspomnień moich. Pomyślałam o tym, że dzieciństwo moje owiane było dwiema całkiem sprzecznymi ze sobą atmosferami: tą, w jakiej pogrążony był mój ojciec, i tą, jaka otaczała moją matkę. I pomyślałam jeszcze, że dwa te wpływy aż dotąd pozostały we mnie niestarte, że przed chwilą jeszcze wpatrywałam się w świat mojej matki i świat mego ojca, a oba pociągały mnie jednakowo, chociaż wiedziałam, że z natury swojej pogo­dzić się i dać się razem posiąść nie mogą. Ja pragnęłam jednego i drugiego; ani jednego, ani drugiego wyrzec bym się nie chciała. Cóż więc nastąpi? Jaki wybór uczynię? Jaką się stanę? Czy nauczę się, jak ojciec mój, w godzinach pracy rozumieć myśl Bożą? Czy, jak matka, przez życie całe zostanę zapatrzona w kameleonowe oblicze świata?

Doświadczyłam przeczucia walki: dwoistość przeznaczenia mego objawiła się mnie w dwoistości nastroju duszy mojej. Zamyślonymi oczami popatrzyłam w dogasający ogień i w myśli mojej nawiązałam znowu nić wspomnień czerpanych z przemijającego dzieciństwa.

VI

Miałam lat dziewięć, gdy nadeszły wypadki, które stanowczy wpływ wywarły na moje ży­cie i ukochanych moich.

W domu naszym miało być wieczorem liczne zebranie. W buduarze mojej matki paliły się na toalecie dwa kandelabry; szuflady pełne kosztowności były otwarte; na kanapie rozłożono suknię z białego atłasu, ozdobioną srebrnym haftem. Sukni tej przypatrywałam się z zachwy­ceniem, spoglądając też niekiedy na zwinne ręce służącej, która w misterne pukle i zwoje układała włosy mojej matki, przed toaletą siedzącej.

W przyległym pokoju posłyszałam kroki mego ojca. Rzuciłam się do drzwi, ale otworzyw­szy je, stanęłam na progu jak wryta: ojciec mój chodził po rzęsiście oświetlonym salonie w czarnym balowym ubraniu; ręce miał skrzyżowane na piersi, brwi zsunięte, a na czole chmurę posępną. Nigdy, ani wcześniej, ani potem, nie widziałam go tak smutnego czy tak rozgniewa­nego. Dotąd jeszcze zdaje mi się, że smutek i gniew był w jego fizjonomii, a nawet oba te uczucia toczyły z sobą walkę widoczną. Zabiegłam mu drogę i według mego zwyczaju obję­łam go drobnymi rękami. Jakże byłam zdziwiona, gdy ojciec mój, zamiast przemówić do mnie, jak zwykle bywało, usunął mnie z lekka od siebie i znowu zaczął jak wprzódy szybko przebiegać salon. Zostałam na miejscu, spuściłam głowę i łzy zakręciły mi się w oczach. Oj­ciec rzucił na mnie spojrzenie, a widząc mą zasmuconą postawę, wziął mnie za rękę, pociągnął pod jeden z kinkietów, płonących przy ścianie, i długo wpatrywał się we mnie. Byłam już ustrojona, jak wypadało dla pokazania się licznym gościom. Miałam na sobie białą sukienkę, upstrzoną mnóstwem kolorowych kokardek, i włosy zaczesane wysoko à la Pompadour. Oj­ciec mój oprowadził wzrokiem po całym ubraniu moim, popatrzył w moje oczy podniesione ku jego twarzy i rzekł z cicha: – Jakże ustrojona! Tak wcześnie już przywyka… biedne dziecię!

Przesunął ręką po czole, a w oczach jego pierwszy raz w życiu zobaczyłam łzę, która wnet pod powieką zniknęła. Krzyknęłam i chciałam rzucić się mu na szyję, ale odwrócił się i wy­szedł z pokoju.

Smutna i ze zwieszoną głową wróciłam do buduaru. Matka moja stała przed toaletą już ubrana w atłasową, srebrem haftowaną suknię; na włosach jej leżał zielony wieniec à la Nor­ma, migocący mnóstwem srebrnych i kryształowych błyskotek, naśladujących spadające kro­ple rosy. Służąca spinała fermuar[1] od kilku sznurów pereł, które spływały po obnażonych ra­mionach. W stroju tym matka moja była bardzo piękna. Patrzyła na postać swą, odbitą w wielkim zwierciadle, oczy jej błyszczały nie mniej jak brylanty w fermuarze, a usta otwierały się nieco z uśmiechem zadowolenia.

Nie wiem już, jaki zwrot nagły uczyniły myśli w dziecinnej mojej głowie, ale chmura okrywająca czoło mego ojca i łza, którą dostrzegłam w jego oku, stanęły przede mną obok radością błyszczącego spojrzenia i uśmiechu mojej matki. – Czegóż taką zamyśloną masz minkę? – spytała matka głaszcząc mnie po twarzy. – Ojciec dziś taki czegoś smutny – odpowiedziałam, czując sama, że w głosie moim drżała żałość.

Widoczny rumieniec oblał na te słowa twarz mojej matki, odwróciła się ode mnie i rzekła: – Niech Wacia idzie teraz do panny Zelii albo do Bini i pozostanie przy nich, póki jej do salonu nie zawołają.

Odeszłam i smutna przytuliłam głowę do piersi mojej dobrej piastunki, z wielkim niebezpieczeństwem dla mojej fryzury à la Pompadour. Ale nie myślałam wtedy o fryzurze, bo przede mną stała wciąż łza dojrzana w oku ojca, a obok niej igrający na twarzy matki uśmiech. Nie mogłam tych dwóch zjawisk pogodzić w mojej głowie; myśl moja pracowała nad rozwiązaniem pytania: dlaczego mój ojciec smutny, gdy matka wesoła? Dlaczego oczy matki błyszczały radością, gdy wzrok ojca zamglił się łzą? Pytanie to prześladowało mnie i wtedy, gdy przyzwano mnie do salonu, gdy zobaczyłam mnóstwo strojnych pań i panów, gdy goście nosili mnie prawie na rękach, nazywając „śliczną dzieciną” i napełniając mi ręce karmelkami.

Pomiędzy bawiącym się tłumem szukałam wzrokiem mego ojca i widziałam go, jak uprzejmie i wesoło na pozór rozmawiał z gośćmi. Ale chmura, ciążąca mu wprzód na czole, przeszła do oczu, które bywały chwilami zamyślone i bardziej surowe niż zwykle.

Matka moja tańczyła wiele, najwięcej z jakimś wysmukłym panem o jasnych włosach, któ­rego tytułowano księciem i który często zwracał się ku mnie, obsypując mnie pochwałami i przysmakami.

Gdy późno po północy panna Zelia poprowadziła mnie do mego sypialnego pokoiku, przytykającego do buduaru, byłam tak odurzona gwarem, muzyką i myślami, które jak spłoszone ptaki trzepotały po mojej głowie, że długo zasnąć nie mogłam i słyszałam, jak w salonach przycichał gwar ubywających gości, orkiestra coraz rzadszymi odzywała się akordami, powo­zy zabierające towarzystwo turkotały w bramie domu i odjeżdżały, milknąc w oddalonych ulicach, aż nareszcie słychać było samo stąpanie lokajów gaszących światła w salonach; otworzyły się drzwi od buduaru i posłyszałam szelest atłasowej sukni ciągnącej się po kobier­cu. Po tym szeleście nastąpił inny: były to stąpania mężczyzny wchodzącego do buduaru; poznałam w nich kroki mego ojca.

Nagle przed oczami mymi stanął znowu uśmiech, z jakim moja matka przeglądała się w zwierciadle przed rozpoczęciem balu, i łza, jaką widziałam w oku ojca, gdy patrzył na mnie. Wydało mi się, że za ścianą, która dzieliła pokój mój z buduarem, ta sama łza krzyżować się musi z tym samym uśmiechem. Poczułam instynktowny niepokój, podniosłam się nieco na łóżku i śród ciszy, która mnie otaczała, usłyszałam głos mego ojca mówiący: – Matyldo, nie dzwoń na służące twoje; chcę rozmówić się z tobą sam na sam, stanowczo i ostatecznie.

Nigdy nie słyszałam u mego ojca głosu podobnego jak ten, którym wymawiał te wyrazy. Brzmiał on spokojnie, ale zarazem tak uroczyście, że aż drżenie przebiegło po moim ciele.

Odpowiedź matki mojej cicha była i słów jej nie dosłyszałam; potem ojciec mój mówił znowu, ale z mowy jego nic więcej pochwycić nie mogłam, jak kilka razy powtórzone moje imię i oderwane wyrazy: – Zły przykład… płochość… trzeba, aby się to już skończyło.

Ostatnie słowa ojciec wypowiedział głośniej i wyraźnie usłyszałam, jak mówił: – Gorzko żałuję słabości, jaką w pierwszych dniach naszego pożycia powodowałem się względem ciebie. Ale… kochałem cię.

Odpowiedzią na to był lekki wykrzyk mojej matki, a szelest jej sukni oznajmił, że żywo powstała z siedzenia. – Kochałeś mnie! – zawołała tak głośno i wyraźnie, że każde słowo dosłyszeć mogłam. – Dlaczego więc przez miłość dla mnie nie uczyniłeś tego, o co cię tyle razy bezskutecznie błagałam? Dlaczego nie porzuciłeś zawodu swego, który przed ślubem naszym stał między nami jako zapora, którą bezrozumnie złamałam i zdeptałam, nie wiedząc sama, co czynię. Wszak wiesz, że zostałam żoną twoją wbrew woli całej mojej rodziny, która w połączeniu się na­szym widziała mezalians! Dlaczegóż później przez miłość dla mnie nie chciałeś porzucić tych książek, co nas wiecznie dzieliły, i tego zarobkowania na chleb, które mi wstyd przynosi? Wszak posiadam dość znaczny majątek, abyś mógł przy nim obejść się bez pracy!

Ojciec długo nie odpowiadał. – Porzucić mój zawód? – zaczął po chwili stłumionym głosem. – Kobieto! Czy ty rozumiesz sama to, o czym mówisz? Czy ty znasz te niezmierne zamiłowanie nauki, które mnie całego przenika? Czyś myślała o tym, jakie obowiązki ciążą na mężczyźnie, który wie, co to honor? Nie chce żyć z cudzego mienia, a pragnie być użytecznym obywatelem swego kraju? Mówisz mi o swoim majątku!… alboż go potrzebuję? Oddaj go komuś, a w zamian bądź mi żoną nie tylko z imienia! – Jak ja ci mogę być żoną, tak jak tego pragniesz, kiedy ty mnie nie pojmujesz! – zawołała moja matka ze łzami w głosie. – A ty czy mnie pojęłaś? – odparł z uniesieniem ojciec i mówił dalej a długo, ale głos jego tak opadał i podnosił się z kolei, takie w nim były głębokie wibracje boleści zawodu, tłumio­nego gniewu, że serce moje bardzo mocno uderzać zaczęło, ukryłam twarz w dłonie i ani jed­nego więcej nie dosłyszałam słowa.

Potem głosy rodziców moich mieszały się i plątały z sobą z dziwną mieszaniną skargi, wyrzutu, żalów; dosłyszałam parę łkań mojej matki, potem dwa jakieś wyrazy, stanowczo wymówione przez ojca, i cisza zupełna zaległa buduar. Słyszałam tylko uderzenia własnego ser­ca i za drzwiami buduaru szmer jakiś, niby ciężkie oddychanie dwojga piersi. – Wybieraj! – ozwał się na koniec stanowczy głos mego ojca.

Znowu było milczenie, które zdawało się bardzo długie. – Wybieram pierwsze! – odpowiedziała w końcu matka moja mocno zmienionym głosem.

Posłyszałam ciężkie westchnienie mego ojca. – Stanowczo? – zapytał po chwili. – Stanowczo – odpowiedziała matka.

Kroki mego ojca zwróciły się ku drzwiom od salonów. Posłyszałam jednak, że zatrzymał się przy drzwiach. – Matyldo! – wyrzekł – namyśl się!

Nie było odpowiedzi. – Gdybyś wybrała drugie, gdybyś chciała ze swojej na moją wejść drogę, przebaczyłbym ci wszystko – przejmująco, łagodnie a smutno zabrzmiał głos mego ojca. – Przebaczenia nie potrzebuję; drogi nasze na zawsze rozchodzą się odtąd! – zawołała moja matka. – Na zawsze! – powtórzył ojciec – wielkie wyrzekłaś słowa i obyś tego nigdy nie żałowa­ła!

Otworzyły się potem i zamknęły z cicha drzwi od salonów. Ojciec mój wyszedł z buduaru.

Ani dokładnie nie słyszałam rozmowy rodziców moich, ani jej znaczenia zrozumieć w zupełności nie mogłam, a jednak przejęła mnie cała trwoga nieopowiedziana, ściśnięte serce uderzało w piersi coraz mocniej, w uszach brzmiały nieustannie ostatnie słowa mego ojca:

„Abyś tego nigdy nie żałowała!”.

Zdaje mi się, że miejsca, w których rozgrywa się dramat serc ludzkich, są tak na wskroś przeniknięte tragicznych uczuć atmosferą, że ogarnia ona znajdujące się w nich te nawet istoty, które i wyobrażenia nie mają, czym jest dramat. Mnie owiała cała tajemnicza atmosfe­ra, płynąca z niepojętej dla mnie rozmowy rodziców moich, w małej główce mojej działy się dziwne rzeczy. Dziś jestem pewna, że w chwili owej miałam uroczyste acz nieme objawienie krążącego koło mnie i wiszącego nad domem naszym nieszczęścia.

Zerwałam się z posłania i narzuciwszy szlafroczek, nagimi stopami przybiegłam do drzwi buduaru i uchyliłam je po cichu. Nie śmiałam wejść; nie wiem, jaka trwoga powstrzymywała mnie; przykucnęłam tylko na progu i przez szpary zajrzałam do wnętrza pokoju.

Na toalecie paliło się jeszcze kilkanaście świec w srebrnych kandelabrach. W głębi budu­aru na niskiej sofie wpół leżała moja matka w balowym swym ubraniu, tylko włosy jej, ze wszystkich pęt uwolnione w bezładnych a obfitych pasmach opływały stan i nagie ramiona. Twarz miała mocno zrumienioną, oczy nieruchomo utkwione w ziemię, drżącymi rękami rozrywała na drobne kawałki zdjęty z głowy wieniec, rzucając sobie pod stopy szczątki pięk­nego stroju. Szarpnięty znać przed chwilą zrozpaczoną lub gniewną ręką naszyjnik z pereł roze­rwał się, a mleczne perły kilku wąskimi strumieniami zsuwały się po sukni i z cichym szme­rem spadały na posadzkę, rozsypując się na różne strony. W twarzy i postawie mojej matki było tyle przygnębienia i gorączkowego niepokoju, tyle boleści i gniewu zarazem, że zaczę­łam drżeć całym ciałem; trudno mi było utrzymać się na nogach i powoli, opierając się o sprzęty, zaledwie zdołałam wrócić do mego łóżeczka.

Tu porwał mnie płacz spazmatyczny; łzy jak groch sypały się z moich oczu. Nie wiem, jak długo płakałam, ale gdy podniosłam głowę, zobaczyłam przez szparę od drzwi, że ciemno już było w buduarze. To uspokoiło mnie nieco. W istocie, nic a nic nie rozumiałam tego, co się wkoło mnie działo, a czułam tylko, że było to coś niezwykłego a groźnego.

Stopniowo zmęczenie zaczęło mnie ogarniać, oczy zamykały się, w myśli półuśpionej błą­kały się bezładnie różne pytania, obrazy, twarze. Myślałam:

Dlaczego mój ojciec miał dziś łzę w oku? – i tuż przy pytaniu tym stanęła piramida cu­krowa, którą lokaje umieszczali na stole do wieczerzy.

Dlaczego matka moja porwała swój naszyjnik z pereł? – pomyślałam i zdawało mi się, jak perełki cichutko jedna po drugiej na posadzkę spadają. Nagle wsunęła mi się pod powieki jasnowłosa głowa księcia, który mi najwięcej dawał cukierków, a potem ręka jego, trzymają­ca wachlarz mojej matki. Obraz księcia zasłoniła mi twarz Bini w okularach, otoczona szero­ką listwą od czepca.

Po chwili na jej miejscu zamajaczyła przede mną czaszka Żółkiewskiego, o której znale­zieniu na Cecorskim Polu dnia tego opowiadała mi Binia, nareszcie ostatni ze wszystkich objawił się mnie długi i czerwony nos panny Zelii, a na nim wypisana cała odmiana czasu teraźniejszego trybu oznajmującego francuskiego słowa donner.

Na ten widok raz jeszcze otworzyłam półuśpione oczy, bo przypomniałam sobie, że naza­jutrz miałam przed panną Zelią wydawać lekcję gramatyki francuskiej. Myśl ta zaniepokoiła mnie trochę.

Zamknęłam znowu powieki, ciężkie jak ołów, i sennymi ustami zaczęłam wymieniać końcówki czterech form francuskiego słowa. – Pierwsza na er – szeptałam – druga na ir, trzecia na oir, czwarta na re. – Na ostatniej końcówce usnęłam.

Nazajutrz, budząc się, posłyszałam w całym domu ruch niezwykły. Zerwałam się i ubra­łam naprędce. Z wypadków dnia wczorajszego mało mi zostało w pamięci, czułam tylko wielkie zmęczenie i oczy mnie bolały od płaczu. Na samym wstępie spotkałam pannę Zelię, która z twarzą rozzłoszczoną i nosem czerwieńszym jeszcze niż zwykle i z gniewem zawołała do mnie, że nie będę już z nią miała lekcji, gdyż jest odprawiona. Przy tym zaczęła głośno wy­rzekać, że odprawiono ją przed umówionym terminem. – Nie masz pani powodu do uskarżania się, bo zapłacono ci trzy razy więcej, niż należało – z przekąsem odpowiedziała jej najstarsza panna służąca, zajęta wydobywaniem z szuflad rze­czy mojej matki i pakowaniem ich do tłumoczków. – Co to robisz, Marychno? – spytałam. – Układam rzeczy pani do podróży – rzekła. – Alboż mama dokąd wyjeżdża? – Wyjeżdża jutro na wieś.

Zakręciło mi się po głowie pytanie, czy ja pojadę z mamą, i pobiegłam z nim do Bini. Ale Binia przeciwko swemu zwyczajowi była bardzo milcząca i tylko bardzo często wycierała okulary, które dnia tego wilgotniały jakoś co chwilę. Na pytania, jakie jej zadawałam, odpowiadała jednostajnym: – Nie wiem, moje dziecko!

Gdzie spojrzałam, wszędzie panował ruch niezwykły; służące biegały, znosząc zewsząd suknie, futra, bieliznę i różne drobnostki; lokaje brząkali srebrem stołowym, układając je tak­że w kufry; szuflady od toalety mojej matki wysunięte były jak długie i całkiem wypróżnione; przez okno od garderoby zobaczyłam na dziedzińcu wyciągniętą z wozowni karetę, którą ze wszech stron oglądali rzemieślnicy, niby wypatrując, czy nie ma w niej czegoś do naprawienia przed daleką podróżą.

Tułałam się po domu jak zbłąkana owieczka. Nikt do mnie nie mówił, i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Cała służba wyraźnie głowy traciła z pośpiechu. Binia szyła pod oknem tak pil­nie jak nigdy i tylko co moment wycierała okulary.

Matka moja była dnia tego tak blada, jak nie widziałam jej nigdy przedtem; siedziała na kanapie w jednym z salonów, z czołem opartym na dłoni, z oczami spuszczonymi na suknię, nieruchoma jak posąg pośród otaczającej ją wrzawy i bieganiny. Zbliżałam się do niej kilka razy, ale głaskała mnie tylko łagodnie po głowie i zapadała w zadumę. Za każdym razem, jak lokaj oznajmiał jaką wizytę, odpowiadała: – Nie przyjmuję!

Przyjęła tylko wczorajszego księcia o jasnych włosach. W czasie jego odwiedzin wypad­kiem wbiegłam do salonu. Książę siedział naprzeciw mojej matki w pozie pełnej uszanowa­nia, ale na twarzy miał wyraz, który bym dziś nazwała rozpromienieniem i rozmarzeniem zarazem. Trzymał oczy utkwione stale w moją matkę, która siedziała przed nim blada bardzo, chłodna i milcząca jak wprzódy.

Książę bawił krótko.

Ojciec mój cały dzień nie był w domu, wypatrywałam go przez okno i pod wieczór zobaczyłam, jak wchodził w bramę domu. Pobiegłam wnet do jego gabinetu, aby go powitać, ale po raz pierwszy znalazłam drzwi zamknięte na klucz.

Wieczorem ruch w mieszkaniu ustał zupełnie, ale w salonach nie zapalano jak zwykle świateł. Matka moja siedziała w buduarze przy lampie i miała przed sobą otwartą książkę.

Cicha i nieśmiała jak ptaszek spłoszony siedziałam w kątku pokoju, patrzyłam na nią i widziałam wyraźnie, że nie czytała, a od czasu do czasu wielkie krople łez kapały z wolna z oczu jej na karty książki.

Bardzo wcześnie Binia odmówiła ze mną pacierz wieczorny i ułożyła mnie do snu. Kiedy pomagała mi zdejmować suknię, osunęły się wypadkiem jej okulary i zobaczyłam, że miała oczy nabrzękłe od płaczu. Usnęłam prędko znużona wrażeniami i przeszłą nieprzespaną nocą.

Obudził mnie szelest sukni jedwabnej. Otworzyłam oczy i w półmroku zaledwie wschodzącego dnia zobaczyłam stojącą przy moim łóżku moją matkę. Była w okryciu i kapeluszu. Spod okrycia widać było wiszącą u paska torebkę podróżną. Nie zdołałam jeszcze całkiem otrzeźwić ze snu, gdy matka moja pochwyciła mnie na ręce, przycisnęła mocno do piersi i pocałunkami okryła mi twarz i głowę. Czułam, pierś jej podnosiła się płaczem tłumionym. Chciałam coś powiedzieć, o coś zapytać, ale wzruszona, przestraszona, rozżalona, na żadne słowo zdobyć się nie mogłam. Matka moja złożyła mnie znowu na łóżku, raz jeszcze przy­lgnęła ustami do mego czoła długo, długo i wyszła prędko z pokoju. W kilka minut potem posłyszałam turkot wyjeżdżającej z dziedzińca bramy karety, jeszcze w parę minut kareta wytoczyła się na ulicę, odgłos kół ucichł w oddali i umilkł zupełnie, do pokoju mego weszła Binia. Zeskoczyłam z łóżka i rzuciłam się na jej piersi. – Biniu! Gdzie mama pojechała? – zawołałam, z trudnością wstrzymując się od płaczu. – Na wieś, do majątku swego – odpowiedziała. – Na długo?

Binia milczała chwilę, potem szepnęła po cichu: – Na zawsze.

Jak piorunem raził mnie ten wyraz. – Na zawsze! – krzyknęłam. – A czemuż mnie ze sobą nie wzięła? – Bo Wacię ojciec na pensję odwiezie – wyjąkała Binia z trudnością.

Upadłam na łóżko, zanosząc się od płaczu.

Gdy podniosłam głowę, ojciec mój siedział przy mnie, zamyślony, ale łagodny. Wziął obie moje ręce i rzekł głosem, który słodyczą swą przeniknął mnie i uspokoił: – Nie obawiaj się niczego, Waciu. Ja opiekuję się tobą i nic ci się złego nie stanie. Pensja nie jest rzeczą tak straszną, jak sobie wyobrażasz. Znajdziesz tam wiele towarzyszek miłych i wesołych, które cię będą kochały, i będziesz uczyła się wielu pięknych rzeczy, aby wzrosnąć na kobietę dobrą i rozumną. Zresztą Binia zostanie tam przy tobie.

Łagodne słowa ojca, pocałunek, jaki mówiąc je, złożył na mym czole, wreszcie pewność, że nie rozłączę się z Binią, uspokoiły mnie nieco. Ubrałam się żwawo, z cichymi łzami zmó­wiłam pacierz poranny i spokojnie patrzyłam, jak piastunka moja układała w paki suknie moje i książki. Na sercu moim leżał jednak ciągle ciężar niewymowny – tęskno mi było do matki…

Po południu jechałam z ojcem w powozie przez ulice W., a przed wieczorem byłam przy­jęta jako uczennica do najlepszej pensji krajowej.

Dnia tego wieczorem, gdy nowe towarzyszki moje usnęły i cisza zaległa salę sypialną, Binia siedziała na pensjonarskim łóżeczku moim, a ja obejmując jej szyję i tuląc się do jej piersi, pytałam cicho: dlaczego matka moja odjechała tak nagle? czemu ojciec mój taki smutny i zamyślony? dlaczego nie pozostałam w rodzicielskim domu, ale oddano mnie na pensję, gdzie mi tak chłodno jakoś, tak obco?

Binia z czułością przytuliła mnie do siebie i szepnęła na ucho: – Biedne dziecię! Rodzice twoi rozstali się!

Nie rozumiałam znaczenia wyrazu tego. Łamałam sobie nad nim głowę do późnej nocy. Myślałam jeszcze nad nim cały dzień następny i dziwiło mnie bardzo, że Binia wytłumaczyć mi go nie chciała.

Dopiero gdy w parę dni potem ojciec mój przyszedł mnie odwiedzić, wytłumaczenie wyra­zu przez Binię wymówionego znalazłam w zmarszczce, która sfałdowała gładkie wprzódy jego czoło, i w boleści pełnym spojrzeniu, jakim patrzył na mnie. W zmienionej twarzy mego ojca wyczytałam, że wyraz ten znaczył: nieszczęście.

VII

Tu urwała się w myśli mojej nitka wspomnień i nie chciałam nawiązywać jej dalej. Smutna byłam bardzo; odjęłam dłonie od oczu i spojrzałam w ogień. Zagasł już prawie, a tylko żar płonących jeszcze węgli osuszał dwie łzy płynące po mojej twarzy.

Obejrzałam się i zobaczyłam w kącie pokoju Binię, która siedziała z brodą wspartą na dło­ni i przypatrywała mi się z uwagą. – Nie śpisz jeszcze, Biniu? – zapytałam. – Nie – odrzekła – czytałam w twojej twarzy.

Zbliżyłam się do niej i wzięłam ją za rękę. – I cóż – spytałam – wyczytałaś z mej twarzy? – Dobrą wróżbę – odparła. – A skąd tę dobrą wróżbę zaczerpnęłaś? – Z łez, które stoczyły się po twych policzkach! – Z łez – zawołałam – Biniu moja, co mówisz? Alboż łzy dobrą wróżbę stanowić kiedy mogą?

Popatrzyła na mnie długo i rzekła z powagą: – Kiedy widziałam, że w przeddzień wyjścia twego w świat marzyłaś o balach i błyskot­kach, byłam niespokojna o ciebie i zmartwiona, ale gdy zamyśliłaś się i łzy popłynęły ci po twarzy, podziękowałam Bogu, że w stanowczej porze twego życia dał ci chwilę rozwagi i smutku. Bo, dziecię moje, życie nie jest balem wesołym, a kto je sobie wyobraża takim, za­wieść się musi. Dobrze więc, że przygotowałaś się do niego zadumą i łzą.

Umilkła, a mną smutne owładnęło wrażenie. – Myślałam o rodzicach moich – wyrzekłam cicho – i o tym, dlaczego rozeszły się ich drogi? Dlaczego każde z nich w osobnym zamieszkuje świecie i który z ich światów moim stanie się światem? – Myśl o tym jak najczęściej – powiedziała Binia – z historii rodziców twoich, jeśli ją zdołasz zrozumieć, wielka dla ciebie wypłynie nauka.

VIII

Deszcz mocny uderzał z dźwiękiem po szybach okien, późne popółnocne godziny głosiły zegary, a ja ani myślałam iść na spoczynek.

Nagle lampa mi zagasła. Świtało.

Zbliżyłam się do okna i uchyliłam storę. Brzask dzienny szarawo rozświecał pomieszane dachy i gzymsy domostw rozlicznych ulic; nad rzeką, płynącą u stóp góry, na której stały gmachy zakładu, unosiła się mgła popielata. Za rzeką bielał szeroki pas drogi, którą za kilka godzin przebywać miałam, uroczysta cisza zwieszała się nad uśpionym jeszcze miastem.

Po chwili naprzeciw mnie zróżowiał brzeżek horyzontu, popielata mgła unosząca się nad wodą pierzchła i jednocześnie w spokojnych falach rzeki zaiskrzyły się pierwsze promienie wschodzącego słońca.

Pomyślałam sobie, że jak w tej chwili słońce wstępuje dla ziemi, tak dla mnie dziś wscho­dzi jutrzenka rozpoczynającego się życia.

I któż mi powie, że dzień o ranku pogodnym w południe zmącony nie będzie burzą lub słotą?

Kiedy blaski słoneczne upadły na okna domostw, a rzeka całkiem już otrząśnięta ze swej nocnej szaty płynęła spokojną pozłacaną wstęgą, ja klęczałam u okna i prosiłam Boga królu­jącego nad gwiazdami, aby pobłogosławił wstęp mój w świat nieznany i odsłonił przede mną drogi, jakimi wstępować winnam.

IX

I oplotły mnie ramionami towarzyszki drogie, poczułam na mej twarzy łzy ich pożegnania, zamknęły się za mną wrota, za którymi przebyłam lat tyle, i stary sługa mojej matki na ręku prawie zaniósł mnie do karety, w której obok mnie usiadła Binia.

Zabrzmiała trąbka pocztowa, koła potoczyły się szybko, za szybami karety przemknęły ulice rodzinnego miasta, rzeka zniknęła mi z oczu. Unoszona bystrym biegiem sześciu koni uleciałam białym szlakiem drogi w świat, w dal, ku rodzinnym stronom mej matki.

Koleje żelazne nie łączyły jeszcze wówczas różnych a odległych stron kraju; podróż nasza, choć pośpieszna, trwała dwie doby i pomimo zajmującego widoku okolic, jakie przebywałam, czułam już pewne znużenie, gdy Binia, wychyliwszy głowę z karety, milcząc, ukazała mi rozległy dwór, położony między malowniczymi wzgórzami.

Zrozumiałam jej gest milczący, serce uderzyło mi silnym wzruszeniem: byłam już tylko o kilka staj[2] od domu mojej matki.

Bladozłota tarcza marcowego słońca oświetlała obszerny dziedziniec, na który przez wy­soką bramę wjazdową wtoczyła się kareta.

Na wzniesionym ganku murowanego domu stała moja matka. Zanim służący zdołał zstąpić z kozła, otworzyłam sama drzwiczki powozu, przeskoczyłam przez Binię i upadłam w otwarte ku mnie jej ramiona.

[1] Fermuar – in. zapięcie, spinka.

[2] Staja (in. stajnia) – staropolska miara długości drogi, definiowana jako odległość przebyta przez konia między dwoma odpoczynkami.