Ostatni sprawiedliwy - John Grisham - ebook + audiobook + książka

Ostatni sprawiedliwy ebook i audiobook

John Grisham

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Mistrz thrillera prawniczego.

Od wielu lat jeden z najbardziej znanych pisarzy na świecie.

Autor tłumaczony na niemal 50 języków.

47 jego książek z rzędu zajęło pierwsze miejsca na listach bestsellerów.

Skazany na dożywocie morderca grozi śmiercią członkom ławy przysięgłych. Dziewięć lat później wychodzi na zwolnienie warunkowe. I zaczyna polowanie na sędziów i świadków…

Missisipi, początek lat 70. XX wieku. Danny Padgitt, należący do znanej z przestępczej działalności, bardzo bogatej rodziny, staje przed sądem w Clanton, oskarżony o brutalny gwałt i zabójstwo kobiety na oczach jej dzieci. Dzięki głośnemu procesowi staje na nogi „The Ford Times”, lokalna gazeta, której groziło bankructwo.

Padgitt publicznie grozi śmiercią członkom ławy przysięgłych uczestniczącym w rozprawie i zamiast komory gazowej otrzymuje wyrok dożywocia. W zacofanym Missisipi to w sumie najwyżej dziesięć lat więzienia, dzięki łapówkom i systemowi zwolnień warunkowych. Po odsiadce morderca wraca do Clanton i rozpoczyna polowanie na sędziów i świadków. Willie Traynor, właściciel coraz lepiej prosperującej gazety, który relacjonował proces Padgitta, jest kolejny na jego liście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 510

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 56 min

Lektor: Maciej Jabłoński
Oceny
4,8 (9 ocen)
7
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
tadeuszdrozda

Nie oderwiesz się od lektury

jak zwykle ok
00
aquilla

Nie oderwiesz się od lektury

Jak każda tego autora książka jest bardzo interesująca.
00
katrau

Całkiem niezła

Jeśli jesteś z północy Stanów Zjednoczonych i wprowadzasz się na głębokie południe musisz liczyć się z brakiem zaufaniem i długim czasem jaki jest potrzebny, by ludzie Cię zaakceptowali (a przynajmniej z Tobą rozmawiali). Willi Traynor rozpoczyna praktyki dziennikarskie w małym tygodniku, który dotąd słynął z najlepiej napisanych nekrologów w okręgu Ford w stanie Missisipi. A nekrologi są niezwykle ważne dla mieszkańców Missisipi. Nieoczekiwanie Willi staje się właścicielem redakcji. Początek jego kariery naznaczyły dwie duże sprawy: morderstwo i nakaz desegregacji rasowej w szkołach (co w latach 70 na południu USA wywołało niemałe zamieszanie). Skazany morderca na sali sądowej obiecał smierć wszystkim sędziom przysięgłym. Lubię czytać Grishmana. Nie jest porywający, nie spędza snu z powiek, ale jego opowieści wciągają. Przystępnie opisuje zawiłości amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, nie zanudza opisując przedbieg rozpraw sądowych. Na podstawie jego powieści nakręcono kilka świe...
02

Popularność




MISTRZ THRILLERA PRAWNICZEGO. OD WIELU LAT JEDEN Z NAJBARDZIEJ ZNANYCH PISARZY NA ŚWIECIE.

Kiedy sędziom przysięgłym grozi się śmiercią, nie może być mowy o sprawiedliwym werdykcie.

Missisipi, początek lat 70. XX wieku. Danny Padgitt, należący do bogatej rodziny znanej z działalności przestępczej, staje przed sądem w Clanton, oskarżony o brutalny gwałt i zabójstwo kobiety na oczach jej dzieci. Lokalna gazeta „Ford County Times”, która relacjonuje proces Padgitta, zaczyna dzięki temu przynosić zyski.

Padgitt publicznie grozi śmiercią członkom ławy przysięgłych uczestniczącym w procesie i zamiast komory gazowej otrzymuje wyrok dożywocia. Ale w skorumpowanym Missisipi wystarczy większa łapówka, by po paru latach skorzystać ze zwolnienia warunkowego i wyjść na wolność… jeśli jest się białym mężczyzną. Po odsiadce morderca wraca do Clanton i rozpoczyna polowanie na sędziów i świadków. Willie Traynor, właściciel „Ford County Times”, jest kolejny na jego liście.

JOHN GRISHAM

Autor, którego nazwisko jest synonimem nowoczesnego thrillera prawniczego. Po ukończeniu studiów prawniczych w 1981 roku praktykował w Southaven, specjalizując się w sprawach karnych. Pewnego dnia Grisham usłyszał wstrząsające zeznania dwunastoletniej ofiary gwałtu. To przeżycie zainspirowało go do napisania debiutanckiej powieści – Czas zabijania – która rozsławiła jego nazwisko na cały świat. Od tego czasu napisał ponad 40 książek, w tym kilka dla młodzieży. Jego powieści zostały przetłumaczone na 50 języków, a ich łączny nakład dawno przekroczył 300 milionów egzemplarzy.

Po twórczość Grishama chętnie sięgają filmowcy: Raport Pelikana z Julią Roberts i Denzelem Washingtonem, Firma z Tomem Cruise’em, Czas zabijania z Matthew McConaugheyem, Sandrą Bullock i Kevinem Spacey czy Zaklinacz deszczu z Mattem Damonem stały się megahitami.

jgrisham.com

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

FIRMA

KANCELARIA

ZAKLINACZ DESZCZU

KRÓL ODSZKODOWAŃ

WIĘZIENNY PRAWNIK

OSTATNI SPRAWIEDLIWY

CALICO JOE

KOMORA

DARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTA

UŁASKAWIENIE

NIEWINNY CZŁOWIEK

RAPORT PELIKANA

GÓRA BEZPRAWIA

CHŁOPCY EDDIEGO

KLIENT

SAMOTNY WILK

ADEPT

WERDYKT

DEMASKATOR

ŁAWA PRZYSIĘGŁYCH

WEZWANIE

WSPÓLNIK

BAR POD KOGUTEM

WYSPA CAMINO

DZIEŃ ROZRACHUNKU

WICHRY CAMINO

TESTAMENT

BRACTWO

Jake Brigance

CZAS ZABIJANIA

CZAS ZAPŁATY

CZAS ŁASKI

Theodore Boone

MŁODY PRAWNIK

UPROWADZENIE

OSKARŻONY

AKTYWISTA

ZBIEG

AFERA

Tytuł oryginału:

THE LAST JUROR

Copyright © Belfry Holdings Inc. 2004

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2023

Polish translation copyright © Krzysztof Obłucki 2013

Redakcja: Beata Słama

Konsultacja prawnicza: prof. Tadeusz Tomaszewski

Zdjęcie na okładce: © David Keinne/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Agnieszka Drabek/Wydawnictwo Albatros

ISBN 978-83-6775-979-3

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Rek

woblink.com

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Część pierwsza
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Część druga
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Część trzecia
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Od autora

Część pierwsza

Rozdział 1

Po dziesięcioleciach zdumiewających zaniedbań i wytrwałego zarządzania w nieumiejętny sposób gazeta „The Ford County Times” zbankrutowała w 1970 roku. Jej właścicielką i wydawczynią była pani Emma Caudle, teraz dziewięćdziesięciotrzyletnia staruszka, przywiązana pasami do łóżka w domu opieki w Tupelo. Redaktor naczelny, jej syn, Wilson Caudle, miał siedemdziesiąt kilka lat i metalową płytkę w głowie z czasów pierwszej wojny światowej. Idealne koło ciemnej przeszczepionej skóry zakrywało płytkę na górze jego wysokiego, spadzistego czoła. Z jej powodu przez całe dorosłe życie musiał znosić przezwisko Spot*. Spot, zrób to. Spot, zrób tamto. Tutaj, Spot. Tam, Spot.

Kiedy był młodszy, chodził na zebrania władz miasta, mecze futbolowe, wybory, rozprawy sądowe, spotkania kółek kościelnych, uczestniczył we wszelkich przejawach aktywności w okręgu**. Był dobrym reporterem, dokładnym i obdarzonym intuicją. Rana w głowie najwyraźniej w żaden sposób nie wpłynęła na jego umiejętność pisania. Jednak w którymś momencie, po drugiej wojnie światowej, płytka ewidentnie się przemieściła i pan Caudle przestał pisać cokolwiek poza nekrologami. Uwielbiał nekrologi. Spędzał nad nimi całe godziny. Tworzył długie akapity elokwentnej prozy, szczegółowo przedstawiając życiorysy nawet najskromniejszych mieszkańców okręgu Ford. A śmierć bogatego lub prominentnego obywatela stawała się wiadomością na pierwszą stronę, przy czym pan Caudle sam tego pilnował. Nigdy nie opuścił żadnego czuwania przy zmarłej osobie lub pogrzebu, nigdy nie napisał o nikim złego słowa. Wszyscy na koniec okrywali się chwałą. Okręg Ford był cudownym miejscem do umierania. Choć Spot był szurnięty, cieszył się ogromną popularnością.

Jedyny kryzys w jego dziennikarskiej karierze zdarzył się w 1967 roku, mniej więcej w czasie, gdy do okręgu Ford dotarł ruch obrony praw człowieka. Gazeta nigdy nie posunęła się choćby do aluzji o tolerancji rasowej. Na jej stronach nigdy nie pojawiła się czarna twarz, z wyjątkiem znanych lub domniemanych kryminalistów. Żadnych zawiadomień o ślubach czarnych. Żadnych czarnych szkolnych prymusów lub zwycięskich drużyn baseballowych. Niemniej w 1967 roku pan Caulde dokonał przerażającego odkrycia. Obudził się pewnego ranka i uświadomił sobie, że w okręgu Ford umierają czarni ludzie, a ich zgony nie są odnotowywane zgodnie z zasadami sztuki. Istniała dziura, coś zupełnie nowego dla Caudle’a, niezwykle obiecujący świat nowych nekrologów. Postanowił więc pożeglować po niebezpiecznych i nieznanych wodach. W środę ósmego marca 1967 roku „Times” stał się pierwszą w Missisipi ukazującą się raz w tygodniu gazetą należącą do białego właściciela, w której wydrukowano nekrolog czarnego. Większość nie zwróciła na to uwagi.

W następnym tygodniu zamieścił trzy nekrologi czarnych mieszkańców, a wtedy ludzie zaczęli mówić. W czwartym tygodniu regularny bojkot wydawał się nieunikniony; odwoływano prenumeraty, ogłoszeniodawcy pozamykali portfele. Pan Caudle wiedział, co się działo, ale nowy status integracjonisty robił na nim zbyt duże wrażenie, żeby niepokoił się tak trywialnymi sprawami jak sprzedaż i zyski. Po sześciu tygodniach od ukazania się historycznego nekrologu ogłosił na pierwszej stronie pogrubioną czcionką zasady nowej polityki redakcji. Wyjaśnił czytelnikom, że będzie, do cholery, publikował wszystko, na co przyjdzie mu ochota, a jeśli białej społeczności się to nie podoba, to przestanie po prostu drukować jej nekrologi.

Ponieważ w Missisipi odpowiednie umieranie jest częścią życia – zarówno dla czarnych, jak i białych – w tej sytuacji sama myśl o złożeniu na marach bez glorii pochlebnych pożegnań pióra Spota dla większości białych była nie do zniesienia. Poza tym wiedzieli, że jest wystarczająco szurnięty, żeby spełnić swoją groźbę.

Następny numer wypełniały nekrologi wszelkiego rodzaju, czarnych i białych, wszystkie ułożone skrupulatnie w porządku alfabetycznym, nieposegregowane rasowo. Sprzedał się cały nakład, potem zaś nastąpił krótki okres prosperity.

Ogłoszono, że bankructwo jest przymusowe, jakby bankructwa zwykle dotykały entuzjastycznie nastawionych ochotników. Wierzycielom przewodził drukarz z Memphis, któremu należało się sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Kilku kredytodawców nie spłacano od pół roku. Sędziwy Security Bank zażądał zwrotu pożyczki.

Byłem nowy, ale słyszałem plotki. Siedziałem na biurku w redakcji „Timesa” w pokoju od ulicy i czytałem jakiś magazyn, kiedy do środka wkroczył karzeł w butach ze szpiczastymi czubkami i zapytał o Wilsona Caudle’a.

– Jest w domu pogrzebowym – powiedziałem.

Karzeł wyglądał na bardzo pewnego siebie. Na biodrze, pod wygniecioną granatową marynarką, spostrzegłem u niego broń noszoną w taki sposób, by ludzie mogli ją widzieć. Miał prawdopodobnie pozwolenie, ale w okręgu Ford nikt czegoś takiego nie potrzebował, w każdym razie tak było w latach siedemdziesiątych. W rzeczywistości patrzono na pozwolenia ze zdziwieniem.

– Muszę mu dostarczyć te papiery – powiedział, wymachując kopertą.

Nie byłem w nastroju do pomagania innym, ale trudno być nieuprzejmym wobec karła. Nawet takiego z bronią.

– Jest w domu pogrzebowym – powtórzyłem.

– No to zostawię je u pana – oznajmił.

Chociaż byłem tu od niecałych dwóch miesięcy i choć studiowałem na Północy, nauczyłem się tego i owego. Wiedziałem, że dobre wieści nie są ludziom doręczane oficjalnie. Wysyła się je pocztą, przesyła w inny sposób albo przekazuje osobiście, ale nigdy nie dostarcza się ich przez urzędowego posłańca. Te papiery oznaczały kłopoty, a ja nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego.

– Nie wezmę tego – powiedziałem, spuszczając wzrok.

Prawa natury wymagają, żeby karły były potulnymi, mało wojowniczymi ludźmi, i ten kurdupel nie stanowił wyjątku. Broń nosił dla zmyłki. Rozejrzał się po pokoju z pogardliwym uśmieszkiem, ale wiedział, że sytuacja jest beznadziejna. Trochę zbyt teatralnym gestem wepchnął kopertę do kieszeni i zapytał buńczucznie:

– Gdzie jest ten dom pogrzebowy?

Pokazałem mu, jak tam trafić, i się oddalił. Godzinę później na chwiejnych nogach wkroczył Spot, wymachując papierami i wykrzykując histerycznie:

– To koniec! To koniec! – Nie przestawał zawodzić, podczas gdy ja trzymałem w ręce wniosek o upadłość. Margaret Wright, sekretarka, i Hardy, dziennikarz, przyszli z zaplecza i próbowali go pocieszać. On zaś siedział na krześle w twarzą ukrytą w dłoniach, z łokciami opartymi na udach i płakał żałośnie. Przeczytałem wniosek na głos, żeby pozostali wiedzieli, o co chodzi.

Napisano w nim, że pan Caudle musi stawić się za tydzień w sądzie w Oxfordzie na spotkaniu z wierzycielami i sędzią, że dopiero wtedy zostanie podjęta decyzja, czy tygodnik nadal będzie się ukazywał, podczas gdy syndyk zajmie się uporządkowaniem wszystkiego. Było dla mnie jasne, że Margaret i Hardy bardziej martwili się o swoje posady niż o załamanego pana Caudle’a, ale dzielnie stali przy nim i poklepywali go po ramionach.

Kiedy trochę się uspokoił, wstał, zagryzł wargę i oświadczył:

– Muszę powiedzieć matce.

Popatrzyliśmy po sobie. Pani Emma Caudle wycofała się przed wieloma laty, a praca jej słabego serca wystarczała zaledwie do odwlekania pogrzebu. Nie miała pojęcia, jakiego koloru galaretką ją karmiono, i w ogóle jej to nie obchodziło, a z pewnością nie zawracała sobie głowy okręgiem Ford i jego gazetą. Była ślepa, głucha i ważyła mniej niż czterdzieści kilogramów, ale Spot chciał omawiać z nią przymusowe bankructwo. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że jego również już z nami nie ma.

Znów się rozpłakał i wyszedł. Za sześć miesięcy miałem napisać jego nekrolog.

Ponieważ studiowałem i ponieważ to ja trzymałem w ręce dokumenty, Hardy i Margaret patrzyli na mnie z nadzieją, oczekując rady. Byłem dziennikarzem, nie prawnikiem, ale powiedziałem, że zaniosę te papiery do adwokata rodziny Caudle’ów. Potem zastosujemy się do jego wskazówek. Uśmiechnęli się słabo i wrócili do pracy.

W sklepie Quincy’s One Stop w Lowtown, czarnej dzielnicy Clanton, kupiłem w południe sześciopak piwa i wyruszyłem na długą przejażdżkę moim spitfire’em. Luty dobiegał końca, było jednak bardzo ciepło jak na tę porę roku, dlatego opuściłem dach i ruszyłem w kierunku jeziora, zastanawiając się nie po raz pierwszy, co ja właściwie robię w okręgu Ford w stanie Missisipi.

· · ·

Dorastałem w Memphis i przez pięć lat studiowałem dziennikarstwo w Syracuse, zanim moja babka zaczęła mieć dość płacenia za moją przedłużającą się edukację. Stopnie miałem takie sobie i do dyplomu brakowało mi roku. Może półtora. Babcia BeeBee miała mnóstwo pieniędzy, ale nie znosiła ich wydawać i po pięciu latach uznała, że ułatwianie mi startu zostało już sfinansowane w wystarczającym stopniu. Kiedy odcięła mi fundusze, byłem bardzo rozczarowany, ale nie narzekałem, przynajmniej nie w jej obecności. Byłem jej jedynym wnukiem, a spadek po niej będzie prawdziwą rozkoszą.

Studiowanie dziennikarstwa przyprawiało mnie o ból głowy. W początkowym okresie w Syracuse marzyłem, by zostać dziennikarzem śledczym „New York Timesa” albo „Washington Post”. Chciałem zbawiać świat, wyciągając na światło dzienne korupcję i zanieczyszczenie środowiska naturalnego, marnotrawienie państwowych środków i niesprawiedliwość, przez które cierpieli słabi i gnębieni ludzie. Pulitzery już na mnie czekały. Mniej więcej po roku tak wygórowanych aspiracji obejrzałem film o zagranicznym korespondencie, który pędził po świecie w poszukiwaniu wojen, uwodził piękne kobiety i w jakiś sposób znajdował czas na pisanie historii honorowanych nagrodami. Mówił ośmioma językami, nosił brodę, wojskowe buty i ubrania khaki, które nigdy się nie gniotły. Dlatego postanowiłem, że będę właśnie takim dziennikarzem. Zapuściłem brodę, kupiłem buty i ubranie khaki, próbowałem uczyć się niemieckiego i podrywać co ładniejsze dziewczyny. Na pierwszym roku, kiedy moje oceny zaczęły pikować w dół, urzekł mnie pomysł pracy w gazecie wydawanej w małym miasteczku. Nie potrafię wyjaśnić tej fascynacji, poza tym że wtedy poznałem Nicka Dienera i się z nim zaprzyjaźniłem. Pochodził z rolniczej Indiany i od dziesięcioleci jego rodzina miała nieźle sobie radzącą lokalną gazetę. Jeździł bajeranckim małym alfa romeo i zawsze miał mnóstwo kasy. Zostaliśmy przyjaciółmi.

Nick był bystrym studentem, który dałby sobie radę na medycynie, prawie albo na politechnice. Tymczasem jego jedynym celem był powrót do Indiany i prowadzenie rodzinnego interesu. Stanowiło to dla mnie zagwozdkę do czasu, gdy któregoś wieczoru upiliśmy się i powiedział mi, jak jego ojciec zamykał każdy rok finansowy ich skromnego tygodnika, wydawanego w nakładzie sześciu tysięcy egzemplarzy. To żyła złota, mówił. Tylko lokalne wiadomości, zawiadomienia o ślubach i spotkaniach stowarzyszeń kościelnych, listy szkolnych prymusów, sprawozdania sportowe, zdjęcia drużyn koszykówki, kilka przepisów kulinarnych, kilka nekrologów i strony z ogłoszeniami. Może trochę polityki, ale z dala od wszelkich kontrowersji. I gotówka brzęczy w kieszeni. Jego ojciec stał się milionerem. Było to dziennikarstwo na luzie, bez napięć, a pieniądze rosły na drzewach, a przynajmniej tak twierdził Nick.

To do mnie przemawiało. Po czwartym roku, który powinien być ostatni, ale nawet nie przybliżył mnie do dyplomu, spędziłem wakacje w redakcji małego tygodnika w Ozark Mountains w Arkansas. Płacili marne centy, ale na BeeBee duże wrażenie wywarło to, że ktoś mnie zatrudnił. Co tydzień wysyłałem jej gazetę, w której co najmniej połowa tekstów była mojego autorstwa. Właścicielem, redaktorem naczelnym i wydawcą był przeuroczy starszy dżentelmen zachwycony tym, że pracuje u niego dziennikarz, który chce pisać. Miał całkiem spory majątek.

Po pięciu latach w Syracuse moje oceny nie dawały się już poprawić, a źródło finansowania wyschło. Wróciłem do Memphis, odwiedziłem BeeBee, podziękowałem jej za pomoc i zapewniłem, że ją kocham. Poleciła mi, żebym znalazł sobie jakąś pracę.

W tym czasie siostra Wilsona Caudle’a, mieszkająca w Memphis na skutek splotu różnych okoliczności, na jakiejś herbatce poznała BeeBee. Po kilku telefonach spakowałem się i wyruszyłem do Clanton w stanie Missisipi, gdzie z niecierpliwością czekał już na mnie Spot. Po godzinnym wypytywaniu zostawił mnie samopas w okręgu Ford.

W następnym numerze zamieścił wzruszającą krótką wzmiankę z moim zdjęciem, w której obwieszczał rozpoczęcie przeze mnie „stażu” w „Timesie”. Zajęła całą pierwszą stronę. W tamtych czasach nieczęsto trafiały się prawdziwe rewelacje.

W notce znalazły się dwa horrendalne błędy, które miały się za mną wlec przez lata. Pierwszy i mniej poważny polegał na stwierdzeniu, że uniwersytet w Syracuse dołączył do Ivy League***, przynajmniej w opinii Spota. Poinformował malejące grono czytelników, że w Syracuse odebrałem wykształcenie najlepsze z możliwych. Minął miesiąc, zanim ktoś mi o tym powiedział. Zaczynałem podejrzewać, że nikt nie czyta tej gazety albo, co gorsza, ci, którzy ją czytają, są idiotami.

Druga pomyłka zmieniła moje życie. Urodziłem się jako Joyner William Traynor. Do dwunastego roku życia zamęczałem rodziców pytaniami o to, z jakiego powodu dwoje najwyraźniej inteligentnych ludzi obdarowało swoje nowo narodzone dziecko imieniem Joyner. W końcu dowiedziałem się, że jedno z moich rodziców – a każde się wypierało – nadało mi to imię, ponieważ miało być ono gałązką oliwną wyciągniętą w stronę jakiegoś obrażonego krewnego, który przypuszczalnie miał pieniądze. Nigdy tego człowieka nie poznałam. Umarł spłukany, a ja zostałem Joynerem do końca życia. Na uniwersytet wstąpiłem jako J. William, co, jak na osiemnastolatka, było raczej na wyrost. Ale w erze Wietnamu, zamieszek, buntu i demonstracji doszedłem do wniosku, że J. William brzmi zbyt instytucjonalnie, za bardzo kojarzy się z establishmentem. Stałem się więc Willem.

Spot nazywał mnie Williamem, Willem, Billem, nawet Billym, a ponieważ reagowałem na wszystkie te imiona, nigdy nie wiedziałem, na jaki pomysł może jeszcze wpaść. W gazecie pod moim uśmiechniętym zdjęciem znalazło się moje nowe imię: Willie. Byłem przerażony. Nigdy nie przyszłoby mi nawet do głowy, że ktoś nazwie mnie Willie. Chodziłem do szkoły podstawowej w Memphis, potem do college’u w Nowym Jorku i nigdy nie poznałem nikogo o imieniu Willie. Nie byłem poczciwym staruszkiem. Jeździłem triumphem spitfire’em i nosiłem długie włosy.

Co miałem powiedzieć kumplom z bractwa w Syracuse? Co miałem powiedzieć BeeBee?

Po ukrywaniu się przez dwa dni w domu zebrałem się na odwagę, żeby stanąć przed Spotem i domagać się, by coś zrobił. Nie byłem pewny, co miałoby to być, ale w końcu popełnił błąd, więc mógłby go, do cholery, naprawić. Wkroczyłem do redakcji „Timesa” i wpadłem na Daveya Bigmoutha Bassa, redaktora sportowego naszej gazety.

– Hej, to superimię – powiedział, gdy wszedłem za nim do jego pokoju, szukając rady.

– Nie nazywam się Willie – odparłem.

– Teraz już tak.

– Na imię mam Will.

– Będą cię tu uwielbiali. Mądrala z Północy, z długimi włosami i małym importowanym samochodem. Cholera, ludzie uznają, że jesteś całkiem w porządku, skoro masz na imię Willie. Pomyśl o Joe Williem.

– A kto to jest Joe Willie?

– Joe Willie Namath.

– Och, ten.

– No, jest Jankesem, jak ty, z Pensylwanii albo podobnego miejsca, ale kiedy trafił do Alabamy, zmienił imiona z Joseph William na Joe Willie. Dziewczyny uganiały się za nim po całym stanie.

Poczułem się lepiej. W 1970 roku Joe Namath był prawdopodobnie najsławniejszym sportowcem w kraju. Pojechałem na przejażdżkę i nie przestawałem powtarzać: „Willie”. Po paru tygodniach to imię zaczynało do mnie przywierać. Wszyscy nazywali mnie Willie i sprawiali wrażenie bardziej odprężonych, ponieważ miałem takie przyziemne imię.

Powiedziałem BeeBee, że to tymczasowy pseudonim.

· · ·

„Times” był bardzo cienkim tygodnikiem i natychmiast się zorientowałem, że ma kłopoty. Pełny nekrologów, ze znikomą dawką wiadomości i reklam. Pracownicy byli niezadowoleni, ale cisi i lojalni. W 1970 roku niełatwo było znaleźć pracę w okręgu Ford. Po tygodniu stało się oczywiste, nawet dla mnie, nowicjusza, że gazeta przynosi straty. Nekrologi szły za darmo, reklamy nie. Spot większość czasu spędzał w swoim zagraconym gabinecie, ucinał sobie drzemki i wydzwaniał do zakładów pogrzebowych. Zdarzało się, że to one dzwoniły do niego. Bywało, że już kilka godzin po wydaniu ostatniego tchnienia przez wuja Wilbera odwiedzała nas jego rodzina i przekazywała długie, kwieciste, odręcznie napisane wspomnienia, które Spot przejmował i zanosił ostrożnie na biurko. Za zamkniętymi drzwiami pisał, redagował, sprawdzał i przepisywał od nowa, aż uzyskiwał wersję idealną.

Powiedział mi, że mam obsługiwać cały okręg. W gazecie pracował jeszcze jednen dziennikarz, Baggy Suggs, ciągle zalany stary cap, który całymi godzinami kręcił się w sądzie po drugiej stronie ulicy, węsząc za plotkami i popijając bourbona z niewielką grupką spłukanych adwokatów, zbyt starych i zbyt pijanych, żeby prowadzić praktykę. Jak się szybko przekonałem, Baggy zrobił się zbyt leniwy, by sięgać do źródeł i szukać czegoś ciekawego. Pisał nudne artykuły na pierwszą stronę, opisujące pobicie żony albo spór o miedzę.

Margaret, miła sekretarka, katoliczka, rządziła tym miejscem, ale była na tyle sprytna, że pozwalała Spotowi myśleć, że to on jest szefem. Przekroczyła pięćdziesiątkę i pracowała tam od dwudziestu lat. Była opoką, kotwicą i wszystko w „Timesie” kręciło się wokół niej. Margaret mówiła łagodnym głosem, była płochliwa, ja zaś onieśmielałem ją od pierwszego dnia, bo przyjechałem z Memphis i przez pięć lat studiowałem na Północy. Bardzo uważałem, żeby nie przylgnęła do mnie podrobiona etykieta Ivy League, a jednocześnie chciałem, by wieśniacy z Missisipi wiedzieli o moim świetnym wykształceniu.

Ona i ja staliśmy się rozplotkowanymi kumplami, a po tygodniu potwierdziła to, co i tak podejrzewałem – że pan Caudle jest naprawdę obłąkany i że gazeta znajduje się w tragicznej sytuacji finansowej. Ale, jak powiedziała, Caudle’owie mają rodzinny majątek!

Miały minąć lata, zanim pojąłem, o co chodziło.

W Missisipi nie należało mylić rodzinnego majątku z zamożnością. Nie miał nic wspólnego z gotówką lub innymi dobrami. Rodzinny majątek równał się statusowi zyskiwanemu przez kogoś, kto był biały, miał jakiekolwiek wykształcenie wykraczające poza maturę, urodził się w dużym domu z werandą od frontu – najlepiej takim, który otaczały pola bawełny lub soi, choć nie było to obligatoryjne – i był wychowywany trochę przez ukochaną czarną służącą o imieniu Bessie albo Pearl, a trochę przez czułych dziadków, którzy kiedyś byli właścicielami przodków Bessie albo Pearl. Od urodzenia wpajali oni potomkowi surowe zasady obowiązujące w klasie ludzi uprzywilejowanych. Posiadane fundusze powiernicze i ziemia jakoś w tym pomagały, ale w Missisipi pełno było niewypłacalnych arystokratów, którzy odziedziczyli status osoby z rodzinnym majątkiem. Tego nie można było kupić. Miało się to z racji urodzenia.

Kiedy rozmawiałem z prawnikiem rodziny Caudle’ów, poinformował mnie dość zwięźle o prawdziwej wartości ich rodzinnego majątku.

– Są goli jak święty turecki – oznajmił, podczas gdy ja siedziałem na wytartym skórzanym fotelu i patrzyłem na niego ponad blatem wiekowego mahoniowego biurka.

Nazywał się Walter Sullivan, pracował w prestiżowej – przynajmniej w okręgu Ford – kancelarii Sullivan i O’Hara, zatrudniającej siedmiu adwokatów. Wczytywał się we wniosek o upadłość i ględził o Caudle’ach i pieniądzach, które kiedyś mieli, i o tym, jak głupio doprowadzili do upadku gazetę, swego czasu nieźle prosperującą. Byli jego klientami od trzydziestu lat, a może dłużej. Kiedy wszystkim zarządzała pani Emma, „Times” miał pięć tysięcy prenumeratorów i strony pełne reklam. W depozycie w Security Bank trzymała na czarną godzinę pół miliona dolarów.

Potem umarł jej mąż, a ona wyszła za miejscowego alkoholika, młodszego od niej o dwadzieścia lat. Kiedy bywał trzeźwy, ten półanalfabeta uważał się za znękanego poetę i eseistę. Pani Emma bardzo go kochała i powierzyła mu stanowisko współredaktora, co wykorzystał do pisania długich wstępniaków chłoszczących wszystko, co istniało w okręgu Ford. To był początek końca. Spot nienawidził ojczyma; uczucie to było zresztą odwzajemniane, a ich relacje osiągnęły apogeum w najbarwniejszej walce na pięści w historii Clanton. Doszło do niej na chodniku naprzeciwko redakcji „Timesa”, na rynku, na oczach ogromnego zdumionego tłumu. Miejscowi uważali, że tamtego dnia mózg Spota, i tak nadwątlony, doznał dalszych uszkodzeń. Wkrótce Spot przestał pisać cokolwiek poza tymi przeklętymi nekrologami.

Ojczym uciekł z pieniędzmi, a pani Emma ze złamanym sercem stała się samotniczką.

– Kiedyś to była dobra gazeta – powiedział Sullivan. – Ale niech pan spojrzy na nią teraz. Niecałe tysiąc dwieście prenumerat, ogromne zadłużenie. Bankrut.

– Co postanowi sąd? – zapytałem.

– Postara się znaleźć kupca.

– Kupca?

– Tak, kogoś, kto zechce ją kupić. Okręg musi mieć gazetę.

Od razu pomyślałem o dwóch osobach: Nicku Dienerze i BeeBee. Rodzina Nicka dorobiła się majątku na lokalnym tygodniku. BeeBee miała mnóstwo kasy i tylko jednego ukochanego wnuka. Serce zaczęło mi walić jak młotem, bo wyczułem okazję.

Pan Sullivan przyglądał mi się uważnie i było oczywiste, że wie, jakie myśli chodzą mi po głowie.

– Da się ją kupić za psie pieniądze – dodał.

– Za ile? – zapytałem z ufnością dwudziestotrzyletniego nieopierzonego dziennikarza, którego babka była uparta jak osioł.

– Prawdopodobnie pięćdziesiąt tysięcy. Dwadzieścia pięć dla gazety, dwadzieścia pięć na działalność. Większość długu zostanie umorzona z powodu bankructwa, a potem renegocjowana z wierzycielami, których pomoc okaże się potrzebna. – Pochylił się do przodu, opierając łokcie na blacie biurka, a gęste siwe brwi poruszały się, jakby jego umysł pracował w nadgodzinach. – To może być prawdziwa kopalnia złota, naprawdę.

· · ·

BeeBee nigdy nie inwestowała w kopalnie złota, ale po trzech dniach łaszenia się i namawiania jej wyjechałem z Memphis z czekiem na pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Dałem go panu Sullivanowi, a on złożył pieniądze na koncie depozytowym i wystąpił do sądu z wnioskiem o sprzedaż gazety. Sędzia tak stary, że powinien leżeć obok pani Emmy Caudle, pokiwał głową i nabazgrał swoje nazwisko na postanowieniu, dzięki któremu stałem się nowym właścicielem „Ford County Timesa”.

Żeby zyskać akceptację w okręgu Ford, trzeba co najmniej trzech pokoleń. Niezależnie od pieniędzy czy pochodzenia nikt nie może zamieszkać tam ot tak i liczyć na zaufanie. Nad każdym nowo przybyłym wisi ciemna chmura podejrzliwości i ja nie stanowiłem wyjątku. Ludzie są tam bardzo ciepli, uprzejmi i wspaniałomyślni, a ich przyjacielskie nastawienie graniczy ze wścibstwem. Idąc ulicą, kłaniają się wszystkim i ze wszystkimi rozmawiają. Pytają o zdrowie i zapraszają każdego do swojego kościoła. Śpieszą nieznajomym z pomocą.

Ale tak naprawdę, jeśli nie darzyli zaufaniem twojego dziadka, nie zaufają i tobie.

Kiedy rozeszła się wieść, że ja, młody obcy żółtodziób z Memphis, kupiłem gazetę za pięćdziesiąt, a może nawet za sto albo dwieście tysięcy dolarów, wśród członków lokalnej społeczności zawrzało od plotek. Margaret informowała mnie na bieżąco. Ponieważ nie miałem dziewczyny czy żony, istniała możliwość, że jestem homoseksualistą. Ponieważ poszedłem na uniwersytet w Syracuse, prawdopodobnie byłem komunistą. Albo, co gorsza, liberałem. Ponieważ pochodziłem z Memphis, musiałem mieć jakieś wywrotowe zapędy, szokujące dla mieszkańców okręgu Ford.

Niezależnie od wszystkiego przyznawali jednak po cichu, że teraz to ja kontroluję nekrologi. Stałem się kimś!

Nowy „Times” zadebiutował osiemnastego marca 1970 roku zaledwie trzy tygodnie po pojawieniu się karła z dokumentami. Gazeta była gruba prawie na dwa i pół centymetra i zawierała więcej zdjęć niż jakikolwiek lokalny tygodnik. Skauci, licealne drużyny koszykówki, towarzystwa ogródkowe, kluby książki, koła miłośników herbaty, grupy biblistów, softballowe drużyny seniorów, kluby obywatelskie. Dziesiątki zdjęć. A zmarli byli wysławiani jak nigdy przedtem. Nekrologi stały się krępująco długie. Jestem pewny, że Spot był dumny, ale nigdy się ze mną nie skontaktował.

Wiadomości dotyczyły błahych spraw i były optymistyczne. Żadnego wstępniaka. Ludzie uwielbiają czytać o przestępstwach, dlatego w lewym dolnym rogu pierwszej strony umieściłem dział pod nazwą Notki kryminalne. Szczęśliwym trafem tydzień wcześniej zwędzono dwa pick-upy, a ja rozdmuchałem tę kradzież do rozmiarów ograbienia Fort Knox.

Na środku pierwszej strony znalazło się zdjęcie przedstawiające nową ekipę: Margaret, Hardy’ego, Baggy’ego Suggsa, mnie, naszego fotografa Wileya Meeka, Daveya Bigmoutha Bassa i Melanie Dogan, uczennicy liceum zatrudnionej na godziny. Byłem dumny ze swojego personelu. Tyraliśmy dwadzieścia cztery godziny na dobę przez dziesięć dni, a nasz pierwszy numer okazał się ogromnym sukcesem. Wydrukowaliśmy pięć tysięcy egzemplarzy i wszystkie sprzedaliśmy. Wysłałem BeeBee pudło z tygodnikiem i na niej zrobiło to największe wrażenie.

Przez następny miesiąc nowy „Times” powoli nabierał kształtu, podczas gdy ja toczyłem wewnętrzne zmagania, jakim chciałbym go widzieć w przyszłości. W rolniczym Missisipi zmiany dokonują się w bólach, dlatego postanowiłem wprowadzać je stopniowo. Stary tygodnik zbankrutował, ale też przez pięćdziesiąt lat prawie w ogóle się nie zmienił. Pisałem więcej wiadomości, sprzedawałem więcej miejsca pod ogłoszenia, zamieszczałem coraz więcej zdjęć najróżniejszych grup. I ciężko pracowałem nad nekrologami.

Zostawanie po godzinach nigdy mnie nie pociągało, ale ponieważ byłem właścicielem, zapomniałem o zegarze. Byłem za młody i zbyt zajęty, żeby się bać. Miałem dwadzieścia trzy lata. Dzięki uśmiechowi losu, wstrzeleniu się w odpowiedni czas i bogatej babce nagle stałem się właścicielem tygodnika. Jestem pewny, że gdybym się zawahał i rozważył sytuację, szukał rady bankierów i księgowych, to ktoś z nich przemówiłby mi do rozumu. Ale dwudziestotrzylatek nie zna strachu. Nie ma nic, więc niczym nie ryzykuje.

Oszacowałem, że zanim gazeta zacznie przynosić zyski, minie rok. Początkowo dochód rósł wolno. A potem została zamordowana Rhoda Kassellaw. Naturalne dla tego biznesu wydaje się zwiększenie nakładu po brutalnym przestępstwie, kiedy ludzie chcą poznać szczegóły. Tydzień przed jej śmiercią sprzedaliśmy dwa tysiące czterysta egzemplarzy, a tydzień po tej zbrodni prawie cztery tysiące.

Nie było to zwykłe morderstwo.

· · ·

Hrabstwo Ford było spokojnym miejscem, zamieszkanym przez ludzi, którzy albo byli chrześcijanami, albo tak twierdzili. Bójki na pięści zdarzały się codziennie, ale bili się przeważnie przedstawiciele niższych klas, kręcący się przy budkach z piwem i podobnych przybytkach. Raz na miesiąc jakiś wieśniak strzelał do sąsiada albo na przykład do własnej żony, w każdym tygodniu w czarnych getach przynajmniej jedna osoba zostawała zadźgana nożem. Jednak następstwem takich wyskoków rzadko była śmierć.

Byłem właścicielem „Timesa” przez dziesięć lat, od 1970 do 1980 roku, i w tamtym czasie pisaliśmy o zaledwie kilku morderstwach popełnionych w okręgu. I żadne nie było tak brutalne, jak zamordowanie Rhody Kassellaw, żadnego nie dokonano z taką premedytacją. Trzydzieści lat później nadal nie ma dnia, żebym o nim nie myślał.

*Spot (ang.) – plama, cętka.

** Okręg, po angielsku county, czyli hrabstwo (określenie używane tu wymiennie).

*** Ivy League (ang.) – dosłownie „liga bluszczu”, zrzesza osiem najbardziej elitarnych uczelni w północno-wschodnich stanach USA.

Rozdział 2

Rhoda Kassellaw mieszkała na osiedlu Beech Hill, niecałe dwadzieścia kilometrów od Clanton, w skromnym domu z szarej cegły przy wąskiej, brukowanej wiejskiej drodze. Grządki kwiatów od frontu były wypielone i codziennie podlewane; między nimi a drogą rozciągał się szeroki pas trawnika, gęstego i starannie koszonego. Podjazd wysypano białym żwirem. Po jego obu stronach leżały rozrzucone skuterki, piłki i rowerki. Dwoje małych dzieci Rhody na ogół bawiło się na dworze, tylko czasami przerywając zabawę, by popatrzeć na przejeżdżający samochód.

Był to ładny, mały, wiejski domek o rzut kamieniem od sąsiadów, państwa Deece’ów. Młody mężczyzna, który go kupił, zginął w wypadku samochodowym gdzieś w Teksasie, a Rhoda w wieku dwudziestu ośmiu lat została wdową. Pieniędzmi z jego ubezpieczenia na życie spłaciła dom i samochód. Pozostałą kwotę zainwestowała, dzięki czemu miała niewielkie miesięczne dochody, pozwalające jej zostać w domu i zajmować się dziećmi. Całymi godzinami przebywała na świeżym powietrzu, uprawiała ogródek warzywny, przesadzała kwiaty, pełła, sypała na grządki rozdrobnioną korę.

Stała się odludkiem. Staruszki z Beech Hill uważały ją za wzorową wdowę, siedzącą w domu, wyglądającą na smutną, ograniczającą wyjścia do okazjonalnych wizyt w kościele. Szeptały między sobą, że powinna pojawiać się tam bardziej regularnie.

Wkrótce po śmierci męża Rhoda zamierzała wrócić do rodziny w Missouri. Nie pochodziła z okręgu Ford, podobnie jak jej mąż. Sprowadziła ich tam praca. Jednak dom był spłacony, dzieciaki szczęśliwe, sąsiedzi mili, a jej rodzina za bardzo interesowała się pieniędzmi, jakie wpadły jej z polisy na życie. Dlatego została, wciąż myśląc o wyjeździe, ale nigdy nie realizując tego zamiaru.

Rhoda Kassellaw, kiedy jej na tym zależało, wyglądała pięknie, ale nie zdarzało się to zbyt często. Jej szczupłą, kształtną figurę zwykle zakrywała luźna bawełniana sukienka albo powypychana batystowa bluzka, którą lubiła wkładać do pracy w ogródku. Prawie się nie malowała, a długie jasne włosy o popielatym odcieniu upinała w kok na czubku głowy. Większość z tego, co jadła, pochodziło z jej ekologicznego ogródka, dzięki czemu wyglądała zdrowo. Tak atrakcyjna młoda wdowa w normalnych okolicznościach powinna być na prowincji łakomym kąskiem, ale ona stroniła od ludzi.

Niemniej po trzech latach żałoby Rhoda zaczynała się niepokoić. Nie robiła się młodsza, a czas mijał. Była za młoda i za ładna, żeby w każdą sobotę siedzieć w domu i czytać dzieciom bajeczki przed snem. Gdzieś tam musiało się coś dziać, choć na pewno nie w Beech Hill.

Do opieki nad dziećmi wynajmowała młodą czarną dziewczynę mieszkającą po sąsiedzku i jechała na północ do oddalonej o godzinę drogi granicy z Tennessee, gdzie, jak słyszała, działało kilka przyzwoitych barów i klubów tanecznych. Liczyła, że nikt jej tam nie zna. Dobrze się bawiła, tańcząc i flirtując, choć nigdy nie piła i zawsze wcześnie wracała do domu. Stało się to jej zwyczajem, robiła takie wypady dwa, trzy razy w miesiącu.

Potem dżinsy zaczęły być coraz bardziej obcisłe, taniec szybszy, a wypady dłuższe. Była zauważana, mówiono o niej w barach i klubach wzdłuż granicy stanu.

Zanim ją zabił, dwa razy pojechał za nią do domu. Był marzec, ciepły front atmosferyczny przyniósł płonną nadzieję na wiosnę. Noc była ciemna, bez księżyca. Misiek, kundel należący do rodziny, wywęszył go natychmiast, gdy mężczyzna chował się za drzewem na podwórzu z tyłu domu. Zanim Misiek został uciszony na zawsze, warczał i szczekał.

Syn Rhody, Michael, miał pięć lat, a córka Teresa trzy. Oboje nosili piżamki z rysunkami Disneya, starannie uprasowane, i wpatrywali się w jaśniejące oczy matki, gdy czytała im opowieść o Jonaszu i wielorybie. Opatuliła ich kołderkami i ucałowała na dobranoc, a kiedy gasiła światło w sypialni, on dostał się już do domu.

Godzinę później wyłączyła telewizor, zamknęła drzwi na klucz i czekała na Miśka, który się nie pojawiał. Nie było w tym niczego szczególnego, bo często uganiał się po lesie za królikami i wiewiórkami i wracał późno do domu. Spał potem na werandzie, a o świcie budził ją wyciem. W sypialni zsunęła z ramion luźną sukienkę, otworzyła drzwi garderoby i weszła. A on czekał tam na nią w ciemności.

Zaszedł ją od tyłu, zasłonił jej usta spoconą ręką i powiedział:

– Mam nóż. Pochlastam ciebie i twoje dzieciaki. – W drugiej ręce trzymał błyszczące ostrze i wymachiwał nim przed oczami Rhody. – Zrozumiałaś? – wysyczał jej do ucha.

Drżała, ale udało jej się skinąć głową. Nie mogła zobaczyć, jak wyglądał. Pchnął ją na podłogę zagraconej garderoby, twarzą w dół, i wykręcił jej ręce do tyłu. Wziął brązowy wełniany szalik, który dostała od starej ciotki, i owinął go ciasno wokół jej głowy.

– Nie waż się pisnąć – ostrzegł. – Albo pokaleczę dzieciaki.

Kiedy skończył zawiązywać jej oczy, złapał ją za włosy, szarpnięciem postawił na nogi i zaciągnął do łóżka. Przystawił czubek noża do jej podbródka i powiedział:

– Nie opieraj się. Nóż mam w pogotowiu.

Rozciął jej majtki i zaczął gwałcić.

Chciał widzieć jej oczy, te piękne oczy, w które patrzył w klubach. I długie włosy. Stawiał jej drinki i dwa razy z nią tańczył, ale kiedy w końcu przeszedł do rzeczy, odprawiła go z kwitkiem.

– Co powiesz na takie ruchy, maleńka? – mamrotał na tyle głośno, że go słyszała.

Przez trzy godziny zbierał się na odwagę z pomocą jacka danielsa i teraz był otępiały od alkoholu. Poruszał się wolno, niczego nie przyśpieszał, rozkoszował się każdą sekundą. Mamrotał coś z samozadowoleniem prawdziwego mężczyzny, który bierze to, co chce.

Smród whisky i jego potu wywoływał u niej mdłości, ale za bardzo się bała, żeby zwymiotować. To mogłoby go rozzłościć, sprowokować do użycia noża. Gdy już prawie pogodziła się z potwornością tej chwili, zaczęła myśleć. Musi być cicho, żeby nie obudzić dzieci. Co on zrobi z nożem, gdy skończy?

Jego ruchy stały się szybsze, a mamrotanie głośniejsze.

– Cicho, maleńka, bo użyję noża – powtarzał.

Łóżko z kutego żelaza skrzypiało. Nie było wystarczająco często używane, pomyślał. Za duży hałas, ale się tym nie przejmował.

Trzeszczenie łóżka obudziło Michaela, a on obudził Teresę. Wymknęli się z pokoju i skradali przez ciemny korytarz, żeby sprawdzić, co się dzieje. Michael otworzył drzwi do sypialni matki, zobaczył leżącego na niej obcego mężczyznę i krzyknął:

– Mamusiu!

Mężczyzna zamarł na sekundę, po czym odwrócił gwałtownie głowę w kierunku dzieci.

Dźwięk głosu chłopca przeraził Rhodę; poderwała się i zaatakowała napastnika, waląc w co się dało. Jej mała pięść trafiła go w lewe oko i cios był na tyle silny, że go oszołomił. Rhoda zerwała szalik z głowy, kopiąc mężczyznę obiema nogami. Uderzył ją w twarz i próbował przygwoździć do łóżka.

– Danny Padgitt! – wrzasnęła, cały czas drapiąc go i się szamocząc.

Znów ją uderzył.

– Mamusiu! – zawodził Michael.

– Uciekajcie, dzieci!

– Zamknij się! – wrzasnął Padgitt.

– Uciekajcie! – zdołała krzyknąć jeszcze raz.

Dzieci cofnęły się, a potem rzuciły biegiem przez korytarz, do kuchni i na dwór, gdzie były już bezpieczne.

Ułamek sekundy po tym, jak wykrzyczała jego nazwisko, Padgitt zdał sobie sprawę, że nie ma wyjścia i musi ją uciszyć. Wziął nóż i dźgnął dwa razy, po czym sturlał się z łóżka i zebrał swoje rzeczy.

· · ·

Deece’owie oglądali właśnie nocny program telewizyjny nadawany z Memphis, gdy usłyszeli krzyk Michaela. Aaron Deece wyszedł przed frontowe drzwi. Malec miał piżamkę mokrą od potu i rosy; tak bardzo szczękał zębami, że nie mógł mówić.

– On skrzywdził mamusię! – powtarzał. – On skrzywdził mamusię!

W ciemności oddzielającej oba domy Deece spostrzegł Teresę biegnącą za bratem. Wydawało się, że truchta w miejscu, jakby chciała dotrzeć do nich, a jednocześnie nie oddalać się od domu. Kiedy pani Deece wyszła przez garaż i do niej podeszła, mała ssała kciuk i nie była w stanie wypowiedzieć słowa.

Aaron Deece pobiegł do swojego pokoju i złapał dwie strzelby, jedną dla siebie, drugą dla żony. Zaprowadzili dzieci do kuchni – były prawie sparaliżowane przez szok.

– On skrzywdził mamusię – powtarzał Michael.

Pani Deece obejmowała oboje i zapewniała, że wszystko będzie dobrze. Spojrzała na strzelbę, którą mąż położył na stole.

– Zostań tu – powiedział i wybiegł z domu.

Nie zaszedł daleko. Rhodzie prawie udało się dotrzeć do sąsiadów, zanim upadła na mokrą trawę. Była naga i od szyi w dół ubrudzona krwią. Deece zaniósł ją na werandę i krzyknął do żony, żeby zabrała dzieci na tył domu i zamknęła w sypialni. Nie mógł pozwolić, by zobaczyły matkę w ostatnich chwilach jej życia.

Kiedy kładł ją na bujanej ławce, Rhoda wyszeptała:

– Danny Padgitt. To był Danny Padgitt.

Okrył ją kocem, a potem zadzwonił po karetkę.

· · ·

Danny Padgitt trzymał się środka drogi i pędził pick-upem prawie sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Był na wpół pijany i przerażony jak wszyscy diabli, ale nie chciał się do tego przyznać. Za dziesięć minut miał być w domu, bezpieczny w małym królestwie swojej rodziny, znanym jako Wyspa Padgittów.

Te małe twarzyczki wszystko zepsuły. Postanowił, że pomyśli o tym następnego dnia. Upił długi łyk z piątej butelki jacka daniel’sa i poczuł się lepiej.

To był królik albo mały pies, albo jakiś inny zwierzak, który wyskoczył z pobocza, a kiedy Danny spostrzegł go kątem oka, zareagował fatalnie: odruchowo wcisnął hamulec, tylko na ułamek sekundy, bo nie obchodziło go, co przejechał, i generalnie zabawa w zabijanie na drodze sprawiała mu frajdę, ale zahamował za ostro. Tylne koła zostały zablokowane i pick-upem zarzuciło. Zanim to do niego dotarło, Danny znalazł się w poważnych tarapatach. Odbił kierownicą w jedną stronę, złą, i wóz wpadł na żwirowe pobocze, gdzie zaczął się obracać niczym samochód wyścigowy na torze. Zsunął się do rowu, dwa razy dachował i wpadł na rząd sosen. Gdyby Danny był trzeźwy, pewnie zginąłby na miejscu, ale pijakom zawsze udaje się wywinąć.

Wyczołgał się przez rozbite okno i dłuższą chwilę siedział oparty o wóz, licząc skaleczenia i zastanawiając się nad sytuacją. Nagle noga mu zesztywniała, a kiedy wspiął się na pobocze drogi, uświadomił sobie, że daleko nie zajdzie. Nie było jednak takiej potrzeby.

Nim się zorientował, rozbłysły przed nim niebieskie światła. Z radiowozu wysiadł zastępca szeryfa i omiótł miejsce wypadku snopem światła z czarnej latarki. Dalej na drodze pojawiło się więcej migających świateł.

Funkcjonariusz zobaczył krew, poczuł whisky i sięgnął po kajdanki.

Rozdział 3

Rzeka Big Brown płynie leniwie na południe z Tennessee i podąża prosto niczym wykopanym kanałem przez prawie pięćdziesiąt kilometrów przez środek okręgu Tyler w stanie Missisipi. Niecałe cztery kilometry przed granicą okręgu Ford zaczyna zakręcać, wić się i w miejscu, gdzie opuszcza Tyler, przypomina wystraszonego węża, zwijającego się rozpaczliwie i zmierzającego donikąd. Jej wody są gęste, muliste i leniwe; w większej części biegu jest płytka. Big Brown nie słynie ze swego piękna. Jej niezliczone zakręty i zakola znaczą piasek, muł i żwir. Setka strumieni i bagnisk zasila ją niewyczerpanym zapasem wolno płynącej wody.

Jej wędrówka przez okręg Ford jest krótka. W północno-wschodnim krańcu okręgu koryto rzeki tworzy koło opasujące jakieś osiemset hektarów, a potem opuszcza okręg Ford i kieruje się z powrotem do Tennessee. Koło jest prawie idealne i tworzy niemal wyspę, jednak na ostatnim odcinku Big Brown jakby zawraca, tak że między brzegami pozostaje wąski pas ziemi.

To koło, znane jako Wyspa Padgittów, porośnięte jest gęstym lasem pełnym sosen, eukaliptusów, wiązów i dębów, z bagnami i trzęsawiskami, z których część łączy się ze sobą, choć w większości są od siebie oddzielone. Żyznej wykarczowanej ziemi jest niewiele. Wyspa była źródłem drewna, uprawiano tam tylko kukurydzę, do nielegalnego pędzenia whisky. I marihuanę, ale to znacznie później.

Wąskim pasem ziemi między brzegami rzeki biegła brukowana droga, ginąca w gąszczu; pojawiała się i znikała, i zawsze ktoś jej pilnował. Drogę zbudowały władze okręgu dawno temu, ale bardzo niewielu podatników miało odwagę z niej korzystać.

Cała Wyspa znajdowała się w posiadaniu rodziny Padgittów od czasów odbudowy kraju po wojnie secesyjnej, kiedy to Rudolph Padgitt, kombinator z Północy, zjawił się trochę za późno i przekonał, że cała dobra ziemia jest już zajęta. Szukał, ale nie znalazł niczego atrakcyjnego, i wtedy jakimś cudem dostrzegł na mapie kawałek ziemi pełen węży. Wyglądała obiecująco. Zebrał bandę nowo wyzwolonych niewolników ze strzelbami i maczetami i się na nią przebił. Nikt inny jej nie chciał.

Rudolph ożenił się z miejscową dziwką i zabrał do wycinania drzew na deski. Ponieważ po wojnie zapotrzebowanie na drewno było ogromne, zaczęło mu się dobrze powodzić. Dziwka okazała się bardzo płodna i w niedługim czasie na Wyspie pojawiło się stadko małych Padgittów. Jeden z jego byłych niewolników umiał pędzić alkohol i Rudolph przystąpił do uprawiania kukurydzy. Nie zjadał jej jednak ani nie sprzedawał, tylko produkował z niej whisky, która szybko zyskała opinię jednej z najlepszych na głębokim Południu.

Przez trzydzieści lat, aż do śmierci w 1902 roku na marskość wątroby, pędził bimber. Do tego czasu Wyspę zdążył zaludnić cały klan Padgittów, sprawnie produkujących deski i pędzących nielegalnie whisky. W różnych częściach Wyspy działało sześć destylatorni, wszystkie dobrze chronione i ukryte, wszystkie wyposażone w najnowocześniejsze urządzenia.

Padgittowie stali się sławni z powodu whisky, ale nie chcieli rozgłosu. Byli skryci i zamknięci we własnym kręgu, zaciekle bronili swojej prywatności i bali się śmiertelnie, że ktoś przeniknie do ich małego królestwa i pozbawi ich zysków. Mawiali o sobie, że są drwalami, powszechnie wiedziano, że produkują deski i mają z tego niezły dochód. Tartak, Padgitt Lumber Company, stał blisko rzeki i był dobrze widoczny z drogi. Twierdzili, że są uczciwymi ludźmi, którzy płacą podatki i tak dalej, posyłali dzieci do państwowych szkół.

W latach dwudziestych i trzydziestych, kiedy nastała prohibicja i naród był spragniony, Padgittowie nie nadążali z produkcją whisky. Wysyłano ją w dębowych beczkach na drugi brzeg Big Brown i rozwożono ciężarówkami w górę stanu, nawet do odległego Chicago. Patriarchą, prezesem, szefem produkcji i marketingu był skąpy, zaprawiony w bojach weteran, Clovis Padgitt, najstarszy syn Rudolpha i dziwki. Od najmłodszych lat uczono go, że największy zysk jest wtedy, gdy nie odprowadza się od niego podatku. To była zasada numer jeden. Zgodnie z cudownie prostą zasadą numer dwa, transakcji należało dokonywać wyłącznie w gotówce. Clovis przestrzegał tych zasad z żelazną konsekwencją, a o Padgittach krążyły plotki, że mają więcej pieniędzy, niż znajduje się w skarbcu stanu Missisipi.

W 1938 roku przez Big Brown wynajętą łodzią przekradło się trzech kontrolerów podatkowych z zamiarem sprawdzenia źródeł dochodów starego Padgitta. Ich potajemne wtargnięcie na Wyspę okazało się pod wieloma względami porażką, nie wspominając o tym, że sam pomysł był chybiony. Z jakichś powodów postanowili przeprawić się przez rzekę o północy. Poćwiartowano ich i zakopano w głębokich dołach.

W 1943 roku doszło w okręgu Ford do dziwnego zdarzenia: szeryfem został uczciwy człowiek. Albo naczelnym szeryfem, bo tak zwykle mówiono. Nazywał się Koonce Lantrip i wcale nie był aż tak uczciwy, ale z pewnością doskonale radził sobie podczas kampanii wyborczej. Obiecywał, że zwalczy korupcję, oczyści władze okręgu, wysadzi z siodła przemytników i bimbrowników, nawet Padgittów. W przemówieniach brzmiało to dobrze, i Lantrip wygrał ośmioma głosami.

Wyborcy, którzy go poparli, czekali i czekali, aż w końcu sześć miesięcy po objęciu urzędu skrzyknął zastępców i przekroczyli Big Brown jedynym mostem, wiekową drewnianą konstrukcją postawioną przez władze okręgu w 1915 roku na skutek nalegań Clovisa. Padgittowie korzystali z niego sporadycznie wiosną, kiedy rzeka przybierała. Nikomu innemu nie wolno było po nim chodzić.

Dwóch zastępców szeryfa dostało po kulce w głowę, ciała Lantripa nigdy nie odnaleziono. Zostało złożone na wieczny spoczynek na brzegu bagna przez trzech czarnych Padgitta. Pochówek nadzorował Buford, najstarszy syn Clovisa.

Przez całe tygodnie w Missisipi nie rozmawiano o niczym innym, tylko o tej masakrze, a gubernator groził nawet wysłaniem Gwardii Narodowej. Szalała jednak wtedy druga wojna światowa i uwagę całego kraju przykuwał D-Day. Zresztą żołnierzy Gwardii Narodowej była tylko garstka, a ci, którzy nadawali się do walki, nie mieli żadnego interesu w szturmowaniu Wyspy Padgittów. Plaże Normandii wydawały się ciekawsze.

Po szlachetnym eksperymencie z uczciwym szeryfem, mającym stać na straży prawa, poczciwi mieszkańcy okręgu Ford wybrali następnego ze starej szkoły. Nazywał się Mackey Don Coley, a jego ojciec był naczelnym szeryfem jeszcze w latach dwudziestych, gdy Wyspą Padgittów rządził Clovis. On i Coley senior utrzymywali raczej bliskie stosunki i powszechnie wiedziano, że szeryf jest zamożnym człowiekiem, bo pozwalał staremu Padgittowi swobodnie poruszać się po okręgu. Kiedy Mackey Don zgłosił swoją kandydaturę, Buford wysłał mu pięćdziesiąt tysięcy dolarów w gotówce. Mackey Don odniósł przytłaczające zwycięstwo. Jego przeciwnik twierdził, że jest uczciwy.

W Missisipi panowało powszechne, choć sprzeczne z etyką przekonanie, że dobry szeryf, by pilnować prawa i porządku, powinien być trochę łajdakiem. Pijaństwo, dziwki i hazard należały do zwykłych elementów życia i dobry szeryf musiał doskonale się w nich orientować, żeby mieć nad nimi kontrolę i chronić uczciwych chrześcijan. Tych złych nawyków nie dawało się wyplenić, dlatego zadaniem naczelnego szeryfa było koordynowanie ich i pilnowanie, by grzech występował w jako tako uporządkowany sposób. Od dostawców niegodziwych uciech oczekiwano, że będą mu płacili za wysiłki na tym polu. Mackey Don Coley tego oczekiwał. Większość wyborców tego oczekiwała. Żaden uczciwy człowiek nie wyżyłby z tak marnej pensyjki. Żaden uczciwy człowiek nie potrafiłby poruszać się sprawnie w mrokach półświatka.

Przez większą część stu lat, jakie upłynęły od zakończenia wojny secesyjnej, Padgittowie mieli w kieszeni szeryfów okręgu Ford. Kupowali ich bez żenady workami pieniędzy. Mackey Don Coley – jak mówiono – dostawał sto tysięcy rocznie, a w latach wyborów tyle, ile potrzebował. Padgittowie byli też hojni dla polityków. Kupowali ich po cichu, żeby mieć wpływy. Prosili o niewiele: chcieli po postu, żeby zostawić ich w spokoju.

Po drugiej wojnie światowej zapotrzebowanie na bimber zaczęło spadać. Ponieważ do działania poza prawem przyuczano całe pokolenia Padgittów, Buford i rodzina zaczęli przerzucać się na inne formy nielegalnego handlu. Sprzedawanie desek było nudne, zależało od zbyt wielu wskaźników rynku i, co najważniejsze, nie przynosiło stosów gotówki, jakich rodzina się spodziewała. Handlowali bronią, kradzionymi samochodami, fałszywkami, kupowali i podpalali budynki, żeby zgarnąć pieniądze z ubezpieczenia. Z dużym powodzeniem przez dwadzieścia lat prowadzili na granicy okręgu burdel, dopóki nie spłonął w tajemniczych okolicznościach w 1966 roku.

Byli pomysłowymi i energicznymi ludźmi, bez przerwy kombinującymi i szukającymi okazji, w każdej chwili gotowymi kogoś obrobić. Chodziły słuchy, czasami uzasadnione, że Padgittowie należą do mafii działającej na Południu, luźnego gangu złodziei złożonego z wieśniaków, którzy szaleli na głębokim Południu w latach sześćdziesiątych. Te plotki nigdy nie zostały potwierdzone i prawdę mówiąc, wiele osób nie dawało im wiary, bo Padgittowie byli po prostu zbyt zamknięci we własnym gronie, by dopuszczać kogokolwiek do swoich interesów. Niemniej pogłoska krążyła uparcie przez lata, a Padgittowie stali się tematem plotek powtarzanych w barach i kawiarniach przy rynku w Clanton. Nigdy nie uważano ich za miejscowych bohaterów, ale na pewno stali się legendarni.

W 1967 roku jeden z młodszych Padgittów, żeby uniknąć wojska, uciekł do Kanady. Potem zawędrował do Kalifornii, gdzie spróbował marihuany i stwierdził, że jest w jego guście. Po kilku miesiącach hipisowania zatęsknił za domem i wrócił potajemnie na Wyspę. Przywiózł dwa kilogramy trawki, którą podzielił się ze wszystkimi krewnymi, i na nich także zrobiła bardzo dobre wrażenie. Wyjaśnił, że reszta kraju, a szczególnie Kalifornia, pali ją jak szalona. Jak zwykle Missisipi było pięć lat w tyle za nowymi trendami.

Roślinę dało się tanio uprawiać, a potem dostarczać do miast, gdzie było na nią spore zapotrzebowanie. Jego ojciec, Gill Padgitt, wnuk Clovisa, dostrzegł w tym szansę i wkrótce pola kukurydzy zamieniły się w pola konopi. Kawałek ziemi długości sześciuset metrów został wykarczowany pod pas startowy, a Padgittowie kupili samolot. Po roku codziennie latał on na przedmieścia Memphis i Atlanty, gdzie rodzina zorganizowała sieć sprzedaży. Ku ich radości i z ich pomocą marihuana stała się w końcu popularna na głębokim Południu. Ilość pędzonego bimbru znacznie się zmniejszyła. Burdel przepadł. Padgittowie mieli znajomości w Miami i Meksyku, więc gotówka płynęła szerokim strumieniem. Przez lata nikt w okręgu Ford nie miał pojęcia, że Padgittowie trudnią się handlem narkotykami. I nigdy ich na tym nie przyłapano. Żaden z Padgittów nie został nigdy skazany za jakiekolwiek przestępstwo związane z narkotykami.

Prawdę mówiąc, ani jeden Padgitt nie był nawet choćby aresztowany. Przez sto lat pędzili nielegalnie alkohol, kradli, handlowali bronią, uprawiali hazard, dopuszczali się fałszerstw, byli stręczycielami, dawali łapówki, a nawet zabijali i produkowali narkotyki, i ani jeden nie siedział. Wykazywali się ogromnym sprytem, rozwagą i nie działali pochopnie.

I nagle Danny Padgitt, najmłodszy syn Gilla, został aresztowany za zgwałcenie i zabicie Rhody Kassellaw.

Rozdział 4

Następnego dnia Aaron Deece powiedział mi, że kiedy uznał, że Rhoda nie żyje, zostawił ją na bujanej ławce na werandzie. Poszedł do łazienki, gdzie się rozebrał, wziął prysznic i patrzył, jak jej krew spływa do otworu ściekowego. Przebrał się w robocze ubranie i czekał na policję i karetkę. Obserwował jej dom, cały czas trzymając naładowaną strzelbę, zbyt skory, by strzelać do wszystkiego, co się poruszy. Tam jednak nic się nie poruszało, nie dochodził żaden dźwięk. W oddali cicho wyły syreny.

Jego żona nie wypuszczała dzieci z sypialni na tyłach domu, gdzie położyła je do łóżka i okryła kołdrą. Michael nie przestawał pytać o matkę i o to, kim był tamten mężczyzna. Teresa z kolei była zbyt wstrząśnięta, by powiedzieć choć słowo. Pojękiwała, ssała palce i trzęsła się, jakby było jej zimno.

W krótkim czasie Benning Road ożywiły czerwone i niebieskie błyski świateł. Ciało Rhody, zanim je zabrano, zostało dokładnie sfotografowane. Jej dom otoczył kordon policjantów, którymi dowodził osobiście szeryf Coley. Aaron Deece, ciągle ze strzelbą w rękach, złożył zeznanie śledczemu, a potem szeryfowi.

Niedługo po drugiej przyjechał zastępca szeryfa z wiadomością, że poinformowano o wszystkim lekarza w mieście, i ten poradził, żeby przywieźć dzieci na badanie. Pojechały na tylnym siedzeniu radiowozu – Michael wczepiony w pana Deece’a, Teresa na kolanach jego żony. W szpitalu podano im łagodne środki uspokajające i umieszczono razem w izolatce, do której pielęgniarki przynosiły im ciastka i mleko, aż dzieci w końcu zasnęły. Nazajutrz przyjechała ich ciotka z Missouri i je zabrała.

· · ·

Mój telefon zadzwonił kilka sekund przed północą. To był Wiley Meek, redakcyjny fotograf. Podłapał informację o tym wydarzeniu z komunikatu policyjnego na CB radiu i w tej chwili kręcił się koło aresztu, zastawiając pułapkę na podejrzanego. Gliniarze byli wszędzie, jak powiedział, ledwo panując nad podnieceniem. Pośpiesz się, ponaglił mnie. To może być sensacja.

W tamtym czasie mieszkałem nad garażem obok rozpadającej się, ale nadal wspaniałej wiktoriańskiej rezydencji znanej jako dom Hocuttów. Zamieszkiwali ją podstarzali Hocuttowie, trzy siostry i brat, którzy na zmianę zajmowali się wynajmem. Ich dwuhektarowa posiadłość znajdowała się kilka przecznic od rynku Clanton i została zagospodarowana prawie przed wiekiem za pieniądze rodziny. Porastały ją drzewa, zdziczałe kwiaty na grządkach, rozplenione bujnie łaty chwastów i żyło tam wystarczająco dużo zwierząt, żeby urządzać polowania. Króliki, wiewiórki, skunksy, oposy, szopy, milion ptaków, przerażająca rozmaitość zielonych i czarnych węży – wszystkie niejadowite, jak mnie zapewniano – oraz dziesiątki kotów. Ale żadnych psów. Hocuttowie nie znosili psów. Każdy kot miał imię, a ważnym punktem w mojej niepisanej umowie najmu było okazywanie kotom szacunku.

No to je szanowałem. Czteropokojowe mieszkanie było przestronne i czyste i kosztowało mnie śmieszną sumę pięćdziesięciu dolarów miesięcznie. Jeśli chcieli, żebym za tę cenę szanował ich koty, nie miałem nic przeciwko temu.

Ojciec rodziny, Miles Hocutt, był przez wiele dziesięcioleci ekscentrycznym lekarzem w Clanton. Matka umarła podczas porodu i zgodnie z miejscową legendą doktor Hocutt po jej śmierci stał się bardzo zaborczy wobec dzieci. Żeby chronić je przed światem, spreparował jedno z największych kłamstw, jakie kiedykolwiek rozpowszechniono w okręgu Ford. Wyjaśnił dzieciom, że ich rodzina od pokoleń dotknięta jest szaleństwem i dlatego nie powinny nigdy brać ślubu, bo spłodzą odrażającą gromadkę idiotów. Dzieci uwielbiały go, wierzyły w każde jego słowo i prawdopodobnie już wtedy zostały narażone na pewien rodzaj niezrównoważenia. Nigdy nie wstąpiły w związki małżeńskie. Kiedy wynajmowałem mieszkanie, syn, Max Hocutt, miał osiemdziesiąt jeden lat, bliźniaczki Wilma i Gilma po siedemdziesiąt siedem, a Melberta, najmłodsza, miała siedemdziesiąt trzy lata i zupełnie pomieszane w głowie.

Wydaje mi się, że to Gilma zerkała przez okno, gdy zbiegałem o północy po drewnianych schodach. Na ostatnim stopniu, dokładnie na mojej drodze, spał jakiś kot, ale przeskoczyłem przez niego z szacunkiem, choć miałem ochotę posłać go kopniakiem na ulicę.

W garażu stały dwa samochody, jednym z nich był mój spitfire – z zamkniętym dachem, żeby koty nie właziły do środka – a drugim długi, lśniący czarny mercedes z czerwono-białymi nożami rzeźnickimi namalowanymi na drzwiach. Pod nożami znajdowały się numery telefonów wypisane zieloną farbą. Ktoś powiedział kiedyś panu Maxowi Hocuttowi, że może w całości odpisać sobie od podatku koszt nowego samochodu – jakiegokolwiek samochodu – jeśli będzie go używał do prowadzenia działalności gospodarczej i umieści na drzwiach coś w rodzaju logo. Kupił więc nowego mercedesa i stał się szlifierzem. Mówił, że narzędzia wozi w bagażniku.

Samochód miał dziesięć lat, a na liczniku niecałe trzynaście tysięcy kilometrów. Ojciec zaszczepił im także pogląd, zgodnie z którym prowadzenie samochodu przez kobietę jest grzechem, dlatego Max stał się szoferem rodziny.

Wyprowadziłem spitfire’a na żwirowy podjazd i pomachałem do Gilmy spozierającej zza zasłonki. Gwałtownie cofnęła głowę i znikła. Areszt był oddalony o sześć przecznic. Tej nocy udało mi się przespać około trzydziestu minut.

Gdy przyjechałem, właśnie pobierano odciski palców Danny’ego Padgitta. Biuro szeryfa znajdowało się we frontowej części aresztu i było zatłoczone przez policjantów i rezerwę kadrową, strażaków zgłaszających się do pomocy na ochotnika i każdego, kto miał dostęp do jakiegoś munduru i policyjnej częstotliwości na CB radiu. Wiley Meek czekał na mnie na chodniku przed aresztem.

– To Danny Padgitt! – powiedział podekscytowany.

Zamarłem na sekundę i próbowałem zebrać myśli.

– Kto?

– Danny Padgitt, z Wyspy.

Mieszkałem w okręgu Ford od prawie trzech miesięcy i nie natknąłem się na choćby jednego Padgitta. Jak zwykle trzymali się z boku. Ale dochodziły mnie różne wersje legend, jakie o nich krążyły, a jeszcze więcej miało dopiero powstać. Opowiadanie historii o Padgittach było powszechną formą rozrywki w okręgu Ford.

– Mam kilka wspaniałych ujęć, kiedy wyprowadzali go z samochodu – mówił z przejęciem Wiley. – Był cały we krwi. Doskonałe zdjęcia! Dziewczyna nie żyje!

– Jaka dziewczyna?

– Ta, którą zabił. I zgwałcił. Tak przynajmniej mówią ludzie.

„Danny Padgitt”, mamrotałem pod nosem, w miarę jak ta sensacyjna wiadomość zaczęła do mnie docierać. Wyobraziłem sobie nagłówek, najbardziej śmiały w historii „Timesa”. Biedny stary Spot nie odważył się porywać na wstrząsające historie. Biedny stary Spot zbankrutował. Ja miałem inne plany.

Przepchnęliśmy się do środka i rozglądaliśmy za szeryfem Coleyem. Podczas mojego krótkiego stażu w „Timesie” spotkałem go dwa razy – zrobił na mnie wrażenie ciepłym i uprzejmym obejściem. Zwracał się do mnie” „proszę pana”, do wszystkich zresztą mówił „pan” i „pani”, zawsze był uśmiechnięty. Pełnił funkcję szeryfa nieprzerwanie od masakry z 1943 roku, miał zatem ponad siedemdziesiąt lat. Był wysoki i kościsty, bez ogromnego brzucha, który występował obowiązkowo u każdego szeryfa na Południu. Był dżentelmenem i kiedy się z nim widziałem, zastanawiałem się później, jakim cudem tak miły człowiek może być tak skorumpowany. Wyłonił się z zaplecza z jednym z zastępców, a ja, ćwicząc asertywność, ruszyłem w jego stronę.

– Tylko kilka pytań, szeryfie – powiedziałem stanowczo. Poza mną nie było tam żadnych innych dziennikarzy. Jego chłopcy – pełnoetatowi i półetatowi zastępcy szeryfa, kandydaci do zawodu i ochotnicy w uszytych w domu mundurach – wszyscy ucichli i posłali mi pogardliwe uśmieszki. Nadal byłem przede wszystkim nowo przybyłym bogatym chłoptasiem, który w jakiś sposób przejął kontrolę nad ich gazetą. Obcym, który nie ma prawa wdzierać się i zadawać pytań.

Szeryf Coley uśmiechnął się jak zwykle, jakby takie spotkania o północy były na porządku dziennym.

– Słucham pana. – Przeciągał samogłoski, co było bardzo kojące. Ten człowiek nie mógłby kłamać, prawda?

– Co może nam pan powiedzieć o morderstwie?

Z rękami skrzyżowanymi na piersi podał mi kilka faktów w slangu gliniarzy.

– Biała kobieta, lat trzydzieści jeden, została napadnięta we własnym domu przy Benning Road. Zgwałcona, dźgnięta nożem, zamordowana. Dopóki nie porozmawiam z jej rodziną, nie mogę podać nazwiska.

– Dokonaliście aresztowania?

– Tak, ale w tej chwili nie mogę zdradzić szczegółów. Proszę dać nam kilka godzin. Śledztwo jest w toku. To wszystko, panie Traynor.

– Krąży plotka, że zatrzymaliście Danny’ego Padgitta.

– Nie zajmuję się plotkami, proszę pana. Moja praca polega na czymś innym. Pańska również.

Pojechaliśmy z Wileyem do szpitala, węszyliśmy tam przez godzinę, nie dowiedzieliśmy się niczego, co można by wydrukować, więc pojechaliśmy na miejsce zbrodni. Policjanci otaczali dom kordonem, kilkoro sąsiadów stało w zbitej, cichej gromadce przy żółtej policyjnej taśmie blisko skrzynki pocztowej. Podeszliśmy do nich i słuchaliśmy uważnie, ale prawie niczego nie usłyszeliśmy. Wydawali się zbyt oszołomieni, żeby rozmawiać. Po kilku minutach gapienia się na dom odeszliśmy cicho.

Wiley miał bratanka, który pracował na pół etatu w biurze szeryfa. Znaleźliśmy go niedaleko, pilnował bowiem domu Deece’ów, gdzie nadal badano werandę i ławkę, na której Rhoda wydała ostatnie tchnienie. Odciągnęliśmy go na bok, za krzaki mirtu pana Deece’a, i wszystko nam powiedział. Nieoficjalnie, rzecz jasna, jakby okręgu Ford krwawe szczegóły można było jakimś cudem utrzymać w tajemnicy.

· · ·

Przy rynku w Clanton działały trzy kawiarnie, dwie dla białych i jedna dla czarnych. Wiley zaproponował, żebyśmy usiedli w jednej z nich, zamówili śniadanie i nastawili uszu.

Nie jadam śniadań, bo w godzinach, kiedy się je podaje, zwykle śpię. Nie mam nic przeciwko pracowaniu do północy, ale wolę wstawać, gdy słońce jest już na niebie, i to wysoko. Szybko się przekonałem, że jedną z zalet posiadania małej gazety jest możliwość pracowania do późna i wstawania o ulubionej godzinie. Artykuły można pisać o dowolnej porze, pod warunkiem że nie przekroczy się ustalonego terminu. Sam Spot był znany z tego, że zjawiał się dopiero przed dwunastą, rzecz jasna po wcześniejszym odwiedzeniu domu pogrzebowego. Podobały mi się jego godziny pracy.

Drugiego dnia mojego pobytu w mieszkaniu nad garażem Hocuttów Gilma zaczęła dobijać się do moich drzwi o wpół do dziesiątej. Dobijała się i dobijała. Przez niewielką kuchnię powlokłem się w końcu w samej bieliźnie do drzwi i zobaczyłem, że próbuje zobaczyć coś przez żaluzje. Oświadczyła, że właśnie miała dzwonić na policję. Pozostali Hocuttowie byli na dole, kręcili się po garażu i oglądali mój samochód w przekonaniu, że popełniono tam jakieś przestępstwo.

Zapytała, co robiłem, odpowiedziałem więc, że spałem, dopóki ktoś nie zaczął się dobijać do pieprzonych drzwi. Zapytała, dlaczego o wpół do dziesiątej w środę rano jeszcze śpię. Przetarłem oczy i usiłowałem wymyślić jakieś dobre uzasadnienie. Nagle zdałem sobie sprawę, że stoję prawie goły przed siedemdziesięciosiedmioletnią dziewicą. Nie odrywała wzroku od moich ud.

Wyjaśniła, że wstali o piątej. W Clanton nikt nie śpi do wpół do dziesiątej. Byłem pijany? Martwili się o mnie, to wszystko. Zamykając drzwi, powiedziałem jej, że jestem trzeźwy, nadal jestem śpiący, dziękuję za troskę, ale często będę spał do dziewiątej, a nawet dłużej.

W knajpce Tea Shoppe byłem dwa razy: późnym rankiem na kawie i raz na lunchu. Jako właściciel gazety uważałem, że muszę się pokazywać o rozsądnej godzinie. Byłem aż do bólu świadomy, że w nadchodzących latach mam pisać o okręgu Ford, jego mieszkańcach, miejscach i wydarzeniach.

Wiley powiedział, że wczesnym rankiem kafejki będą pełne.

– Zawsze tak jest po meczach futbolowych albo wypadkach na drodze – dodał.

– A w przypadku morderstw? – zapytałem.

– Od bardzo dawna niczego takiego nie było.

Miał rację. Gdy weszliśmy do środka o szóstej rano, Wiley przywitał się z kilkoma osobami, uścisnął kilka dłoni, wymienił kilka obraźliwych uwag. Pochodził z okręgu Ford i znał wszystkich. Ja kiwałem głową, uśmiechałem się i podchwytywałem dziwne spojrzenia. Ludzie byli przyjacielscy, ale jednocześnie podejrzliwi wobec kogoś z zewnątrz.

Znaleźliśmy dwa wolne miejsca przy kontuarze. Zamówiłem kawę. I nic poza tym. Kelnerce to się nie spodobało. Dla Wileya stała się przyjemniejsza, gdy przemyślał sprawę raz jeszcze i poprosił o jajecznicę, wiejską szynkę, grzankę, kaszę kukurydzianą i smażone tarte ziemniaki na osobnym talerzu – wystarczająco dużo cholesterolu, żeby powaliło muła.

Rozmawiano wyłącznie o gwałcie i morderstwie. Jeśli dyskusję mogła wywołać pogoda, to łatwo sobie wyobrazić, jakie poruszenie zapanowało po tak ohydnej zbrodni. Padgittowie szarogęsili się w okręgu od stu lat, nadszedł czas, by posłać ich do więzienia. Jeśli będzie trzeba, niech Gwardia Narodowa otoczy Wyspę. Mackey Don musi odejść, stanowczo za długo siedział w ich kieszeni. Wystarczy tylko dać bandzie łajdaków swobodę, a im zaraz się wydaje, że są ponad prawem. A teraz to.

O Rhodzie mówiono niewiele, bo słabo ją znano. Ktoś wiedział, że kręciła się w barach na granicy stanu. Ktoś twierdził, że sypiała z miejscowym adwokatem. Nie znał nazwiska. Tylko plotki.

W Tea Shoppe aż wrzało od pogłosek. Inicjatywę przejęła para krzykaczy, a mnie zaskoczyła ich niefrasobliwość przy przedstawianiu własnej wersji wydarzeń. Jaka szkoda, że nie mogliśmy zamieścić w gazecie wszystkich kapitalnych plotek, które usłyszeliśmy.

Rozdział 5

Ale zamieściliśmy całkiem sporo. Nagłówek oznajmiał, że Rhoda Kassellaw została zgwałcona i zamordowana i że aresztowano za to Danny’ego Padgitta. Można go było przeczytać z odległości dwudziestu metrów przy każdym chodniku w okolicach rynku, przy którym stał budynek sądu.