Osobista sprawa. Tom 35. Komisarz Oczko - Tomasz Wandzel - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Osobista sprawa. Tom 35. Komisarz Oczko ebook

Wandzel Tomasz

5,0

50 osób interesuje się tą książką

Opis

Komisarz Krzysztof Oczko, zdruzgotany śmiercią żony w wypadku, do którego doprowadził kierowca czarnego coupé, nie potrafi biernie czekać na wyniki śledztwa. Dlatego rozpoczyna prywatne dochodzenie. Gdy w końcu poznaje tożsamość sprawcy, uświadamia sobie, że ktoś w organach ścigania celowo utrudniał postępowanie. Chcąc, aby sprawiedliwości stało się zadość, Oczko decyduje się na krok, który może zaprzepaścić jego dalszą służbę w policji.

To cykl opowiadań kryminalno-sensacyjnych, których akcja rozgrywa się na Pomorzu. Polecamy kolejne części o śledztwach komisarza Oczko i również cykl o komisarzu Andrzeja Papaju i cykl o detektywce Róży Wielopolskiej.

Tomasz Wandzel – Autor, który ma na swoim koncie powieści sensacyjne, kryminalne, obyczajowe oraz historyczne. Jest wielokrotnym stypendystą różnych instytucji, wspierających rozwój kultury m.in. Marszałka Województwa Pomorskiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Prabutach, które często pojawiają się w jego twórczości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 93

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TOMASZ WANDZEL

Osobista sprawa

Komisarz Oczko (t. 35)

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Osobista sprawa

Seria: Komisarz Oczko (t. 35)

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-67978-41-5

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Krzysztof obudził się kilka minut przed ósmą, choć dawniej jego wewnętrzny budzik wygoniłby go z ciepłego łóżka tuż po piątej. Jednak od dnia wypadku wszystko się zmieniło. Na poranne bieganie, którym zaczynał każdy dzień, bez względu na pogodę panującą za oknem, nie miał ani siły, ani ochoty. Nie mówiąc już o zaleceniach lekarzy, aby na co najmniej kilka miesięcy ograniczyć wysiłek, pozwalając organizmowi na pełną regenerację. Początkowo traktował ich słowa jak kiepski żart, ale gdy przekonał się na własnej skórze, że pokonanie dwóch kilometrów wykończyło go tak, jakby przebiegł maraton, przyznał im rację. Przez chwilę leżał bez ruchu, wsłuchując się w dźwięki dobiegające zza uchylonego okna. Tutaj, na peryferiach Prabut, dominował śpiew ptaków, przytłumione odgłosy aut pędzących pobliską szosą, a co jakiś czas odległy gwizd pociągu. W tych dźwiękach zaklęte były jego beztroskie dzieciństwo, nastoletni bunt oraz część dorosłości, ale odkąd zamieszkał w Gdańsku, zupełnie inne odgłosy wypełniały każdy jego dzień.

Oczko odwrócił głowę i spojrzał na zdjęcie żony stojące na nocnej szafce. Niby zwyczajne, zrobione telefonem, w jakimś bezpretensjonalnym momencie, a jednak teraz było jak talizman. Ostrożnie, z czułością, przejechał palcem po błyszczącej fotografii, wyobrażając sobie, że zamiast papieru dotyka jej skóry, ciepłej i gładkiej. W pamięci od razu wrócił zapach balsamu, intensywny, cytrusowy, charakterystyczny dla Marty. Uśmiech żony był czuły, trochę rozbawiony, jakby miała zaraz coś skomentować, rzucić drobną uwagę, która wywoła wesołość również na jego twarzy.

– Cześć, kochanie – wyszeptał, siadając na krawędzi łóżka.

W odpowiedzi usłyszał ciche gruchanie na parapecie i gdy skierował spojrzenie w tamtą stronę, dostrzegł białego gołębia. Ten, jakby czując jego wzrok, znieruchomiał, zamilkł, przekrzywił małą główkę i nagle poderwał się do lotu. Oczko obserwował, jak ptak wzbija się w czerwcowe powietrze, a gdy zniknął mu z oczu, wstał, ubrał się powoli, mechanicznie, w ciszy, która z każdym ruchem robiła się cięższa. Koszulka, spodnie, skarpetki. Zawiązując buty, poczuł kłujący ból w kręgosłupie, nie na tyle silny, by go zatrzymać, ale wystarczający, by przypomnieć, że ciało też pamięta. Wyszedł na korytarz i ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Schodząc po lekko skrzypiących schodach, zastanawiał się, czym dzisiaj zaskoczy go dzień. Gdyby wszystko było jak kiedyś, pewnie analizowałby z Wejmanem jakąś sprawę kryminalną. Jednak od dnia wypadku przebywał na zwolnieniu lekarskim, a to oznaczało, że Maciek musiał sobie radzić sam i najwyraźniej doskonale sobie radził, bo przecież nie ma ludzi niezastąpionych. Ledwie ta myśl rozbrzmiała w jego głowie, przypomniał sobie żonę i ciężko westchnął.

Jej nikt nie zastąpi – wyszeptał w duchu i wszedł do kuchni, gdzie panowała już zwyczajna, codzienna krzątanina. Ojciec siedział przy stole w swojej ulubionej koszuli, matka krzątała się przy blacie, a dziewczyny jadły śniadanie. Na talerzach leżały kromki chleba, jajecznica i pokrojone pomidory, w powietrzu unosił się zapach kawy i smażonego masła. Zosia, starsza, podniosła na niego wzrok tylko na ułamek sekundy. W jej spojrzeniu nie było złości ani nawet wyraźnego oskarżenia, raczej pustka, w której czaił się żal. Wstała od stołu, cicho odsunęła krzesło i bez słowa wyszła z kuchni. Od dnia pogrzebu właśnie w ten sposób dawała mu do zrozumienia, że on także jest odpowiedzialny za śmierć osoby, która i dla niej, i dla niego była najważniejsza na świecie. Krzysztof i bez tego manifestu miał świadomość współwiny, ale ostentacyjność córki jeszcze bardziej pogłębiała jego wyrzuty sumienia. Oczko bąknął „Dzień dobry” i usiadł przy stole. Matka udawała, że nie zauważyła manifestu starszej wnuczki, ojciec zerknął tylko krótko w stronę drzwi i wrócił do jedzenia, jakby chronił w ten sposób resztki normalności.

Natomiast Kaśka spojrzała na ojca i, jakby na przekór tej dusznej ciszy, spróbowała ją rozciąć czymś lekkim, niemal dziecinnym.

– Może po śniadaniu pójdziemy nad Sowicę na ryby? – rzuciła, mieszając herbatę.

Ojciec Krzysztofa uniósł brwi.

– O tej porze to za wiele się nie złowi – mruknął, wbijając widelec w jajecznicę. – Słońce już wysoko, a ryba mądrzejsza od człowieka.

Kaśka wzruszyła ramionami, lecz w jej twarzy było coś upartego, jakby chodziło nie tyle o ryby, ile o chwilę, która nie będzie kolejną kłótnią albo milczeniem.

– Podobno samo łowienie też może być przyjemne – odparła. – Nawet jak nic nie weźmie. Siedzi się, patrzy na wodę… człowiek przestaje myśleć o wszystkim naraz.

– Właściwie czemu nie – zgodził się Oczko i pierwszy raz tego ranka odetchnął nieco pełniej.

Pół godziny później byli już nad jeziorem, które, choć była dopiero końcówka czerwca, a godzina dość wczesna, tętniło życiem. Na parkingu stało kilka samochodów, trawiasty brzeg mienił się od różnokolorowych kocy, a drewniany pomost okupowało kilkanaście osób, od maluchów po seniorów.

– Cześć, Kaśka! – zawołał któryś z nastolatków stojących na końcu pomostu.

Oczko natychmiast wypatrzył opalonego blondyna, przyjaźnie wymachującego ręcznikiem, i otaksował go uważnym, ojcowskim spojrzeniem.

– Znasz go? – zapytał Krzysztof, widząc, że córka odpowiada na powitanie.

– Nie poznajesz Kamila Zaręby? – zdziwiła się córka. – Przecież chodziłam z nim do klasy, a nawet przez pewien czas siedzieliśmy w jednej ławce.

– Faktycznie – przyznał Oczko, choć w rzeczywistości nie kojarzył chłopaka. – Ale trochę się zmienił – dodał, chcąc uwiarygodnić swoją amnezję.

– No raczej, w końcu od trzech lat mieszkamy w Gdańsku – przypomniała Kaśka, a komisarz uznał, że to dobry moment, aby poruszyć temat, który od śmierci Marty wiele razy wkradał się do jego rozmyślań o przyszłości.

– Co byś powiedziała, gdybyśmy na dobre wrócili do Prabut? – zagadnął, starając się, aby słowa zabrzmiały jak mimochodem rzucona myśl.

Jednak zaskoczona nastolatka najwyraźniej potraktowała pytanie bardzo poważnie, bo przez dłuższą chwilę nie odpowiadała. Lekko zagryzła dolną wargę i wbiła wzrok w taflę jeziora.

– To taki luźny pomysł – zaznaczył, chcąc uświadomić Kaśce, że w tej kwestii nie podjął jeszcze żadnych ostatecznych decyzji i najpierw chciałby poznać zdanie córek.

– Gdyby to ode mnie zależało, wolałabym zostać w Gdańsku. Mam tam szkołę, znajomych, całe życie – odpowiedziała. – A ty masz pracę – dodała po chwili, jakby ten argument miał zamknąć temat ewentualnego powrotu do rodzinnego miasteczka.

Pracę zawsze można zmienić – pomyślał Oczko, ale nie zwerbalizował tej myśli.

– W sumie masz rację – przyznał, wskazując niewielki pomost. Miejsce było oddalone od głównej plaży o jakieś pięćset metrów, ale i tak odgłosy wypoczywających niosły się po jeziorze. Śmiechy, nawoływania dzieci i plusk wody mieszały się z szelestem trzcin, tworząc hałas, od którego nie dało się całkiem uciec.

– Może być – mruknęła Kaśka, skręcając z polnej drogi na niewielką polanę. Minęli ślady po ognisku i po chwili weszli na rozgrzane słońcem deski.

– Myślę, że tutaj będzie dobrze – stwierdził, kładąc na końcu pomostu kwadratowe siedziska z pianki.

Kaśka rozłożyła wędkę z wprawą, jakby robiła to codziennie. Przełożyła żyłkę przez przelotki, sprawdziła spławik i śrucinę, potem wyjęła pudełko z robakami. Nabijała przynętę ostrożnie, palcami ubrudzonymi ziemią, aż haczyk zniknął pod ruchliwym ciałkiem.

– Widzę, że lekcje dziadka nie poszły na marne – pochwalił Krzysztof i niemal w tej samej chwili poczuł wibrowanie na nadgarstku. Widząc, że telefonuje prokurator Ariel Kubica, wstał, zszedł z pomostu i odbierając połączenie, odszedł na odległość, z której córka nie mogła słyszeć rozmowy.

– Dzień dobry, panie komisarzu. – Głos Kubicy, jak zawsze, brzmiał rzeczowo i spokojnie, a to utrudniało odgadnięcie, czy informacje, jakie ma do przekazania, są dobre, czy wręcz odwrotnie.

Jednak skoro dzwoni, to coś musiało drgnąć – pomyślał Oczko, nieświadomie przyciskając telefon do ucha, lecz już w następnej chwili zrozumiał, że prokurator nie ma mu do powiedzenia niczego nowego. Okrągłe słowa Kubicy, że śledztwo posuwa się do przodu, choć bez spektakularnych przełomów, słyszał już kilka dni temu, gdy sam wykonał telefon do prokuratora. Podobnie jak tłumaczenia, że choć wiadomo, ile czarnych alfa romeo 4C jest zarejestrowanych w Polsce, dotarcie do ich właścicieli nie było takie proste. Na auto z tego segmentu mogli sobie pozwolić wyłącznie bogaci ludzie, a niektórzy zamiast kupować, brali je w leasing lub rejestrowali na firmę, co jeszcze bardziej utrudniało ustalenie faktycznego posiadacza. Dodatkowo w sezonie urlopowym wielu z tych ludzi przebywało poza Polską.

Krzysztof zacisnął szczęki, aby nie powiedzieć czegoś, czego później mógłby żałować, a gdy nieco ochłonął, poruszył temat uszkodzonej karty pamięci z rejestratora, w który była wyposażona mokka. Gdyby urządzenie nie uległo zniszczeniu podczas wypadku, ustalenie, kto do niego doprowadził, byłoby dziecinnie łatwe.

– Eksperci z Warszawy nadal nad tym pracują – zapewnił Kubica – ale ten temat również wymaga uzbrojenia się w cierpliwość.

Tyle że moja jest na wyczerpaniu – pomyślał Oczko i dziękując prokuratorowi za telefon, zakończył połączenie. Następnie wolnym krokiem ruszył w kierunku pomostu. Gdy minął brzozowy zagajnik zasłaniający widok na pomost, zauważył, że Kaśka nie jest już sama. Obok niej, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię, siedział Kamil. Para wyglądała na pogrążoną w rozmowie, ale kiedy usłyszeli, że nadchodzi, nagle zamilkli, jakby temat ich konwersacji stanowił wielką tajemnicę.

– Dzień dobry – powiedział chłopak, podrywając się z miejsca tak szybko, że aż zachrzęściły deski pomostu.

– Hej, jak się masz? – wesoło zagadnął Krzysztof, próbując wypaść na nowoczesnego ojca, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że zwykłym „hej”, nawet rzuconym luzackim tonem, nie zasypie przepaści pokoleniowej.

Kaśka uśmiechnęła się lekko, jakby chciała powiedzieć: „Tato, nie zgrywaj kogoś, kim nie jesteś”, ale zaraz wróciła wzrokiem do spławika. Z kolei Kamil przełknął ślinę, jakby zbierał się na odwagę, a komisarz pomyślał, że zaraz coś się wydarzy.

– Czy zgodzi się pan, abym zabrał Kasię na koncert Skolima, który ma wystąpić podczas Dni Prabut? – zapytał na jednym wdechu.

Oczko uniósł wysoko brwi, bo podobnego pytania się nie spodziewał.

– Takie pytanie to raczej powinieneś zadać jej – odpowiedział wymownie, spoglądając na córkę, która z uwagą obserwowała podskakujący na wodzie spławik.

– Już mu powiedziałam, że chcę iść – oznajmiła spokojnie. – Teraz wszystko zależy od ciebie.

– Czyli już się dogadaliście, a ja mam tylko przyklepać? – mruknął Krzysztof, bardziej do siebie niż do nich.

– Tato, to tylko koncert – odpowiedziała Kaśka i urwała, bo spławik nagle zniknął pod wodą. Dziewczyna przygryzła wargi, skupiając całą uwagę na wędce. Ostrożnie operowała kołowrotkiem, zbierając żyłkę napiętą jak struna. Na tafli wody zamigotało srebro, a po chwili na pomoście leżała sporych rozmiarów płoć, miotając ogonem i pryskając kroplami na deski. Kaśka podniosła ją ostrożnie, łapiąc mokry, śliski korpus.

– A jednak dziadek nie miał racji – powiedziała z dumą, jakby właśnie udowodniła, że nawet doświadczeni wędkarze mogą się mylić.

Oczko uśmiechnął się słabo, ale szczerze.

– Ładny okaz. Będzie pyszna kolacja.

Kaśka pokręciła głową, a następnie ostrożnie zdjęła rybę z haczyka, przyklękła przy krawędzi pomostu i wypuściła ją do wody. Płoć mignęła srebrzystym bokiem i zniknęła w zielonkawej toni.

– Tylko nie zapomnij spełnić mojego życzenia – zawołała, sięgając do pudełka z przynętami po kolejnego robaka.

– No dobra, to ja wracam do domu, a wy tu sobie wędkujcie – powiedział, postanawiając dać córce nieco swobody.

– A co ze Skolimem? – zapytała Kaśka, wracając do prośby Kamila.

– O tym pogadamy później, ale wstępnie jestem na tak – zakomunikował, odchodząc piaszczystą drogą w stronę głównej plaży.

Gdy wszedł na podwórko, ojciec wsiadał właśnie do swojego srebrnego forda escorta. Auto, które było zaledwie o dwa lata młodsze od Krzysztofa, pod względem technicznym i wizualnym biło na głowę większość kilkuletnich samochodów. Zawsze umyte, na bieżąco serwisowane, choć gdy jakaś część nie wytrzymała upływu czasu, trzeba ją było sprowadzać na zamówienie. Ojciec twierdził, że swoją srebrną strzałą jeszcze teraz mógłby pojechać do Ustrzyk Górnych i z powrotem, z rozrzewnieniem wspominając najdłuższą wyprawę samochodową swojego życia. Owszem, design escorta odbiegał od nowoczesnych modeli, ale wśród fanów motoryzacji sprzed lat wersja GHIA, z chromowanymi obramowaniami szyb, na dodatek w tak perfekcyjnym stanie, wzbudzała podziw. Wielu chciało go odkupić, ale każda oferta była odrzucana.

– Koniec łowów? – zapytał ojciec.

– Dla mnie tak, a Kaśka znalazła sobie lepsze towarzystwo.

– Czyżby Kamil Zaręba?

– Tak, a skąd wiesz?

– Stąd, że kilka dni temu widziałem ich razem przy ruinach zamku. Byli tak w siebie zapatrzeni, że kochana wnuczka nawet nie zareagowała, jak do niej pomachałem.

– Pewnie nie widziała – zasugerował Krzysztof, mimowolnie usprawiedliwiając zachowanie córki.

– Albo uznała, że odmachanie dziadkowi przy chłopaku to przypał na maksa.

– Nie wiedziałem, że pobierasz u wnuczek korepetycje z młodzieżowego slangu.

– Nie pobieram. Wystarczy, że słucham, jak ze sobą rozmawiają, a co do tego Zaręby, to uważaj, bo chłopak nie ma najlepszej opinii.

– To znaczy?

– Podobno na krótko przed zakończeniem roku szkolnego pobił jakiegoś kolegę z klasy. Szczegółów nie znam, ale chyba nawet interweniowała policja.

– Dzięki, będę miał na niego oko – zapewnił Krzysztof i ruszył do sadu.

Kładąc się na hamaku, zaczął poważnie rozważać cofnięcie zgody na wspólny koncert. Wiedział, że podobne imprezy przyciągają różnych ludzi i czasami to, co miało być dobrą zabawą, zmienia się w koszmar. Snucie czarnych wizji przerwało krótkie wibrowanie smartwatcha, anonsujące wiadomość.

„Jeśli chciałbyś pogadać, to zawsze możesz zadzwonić” – przeczytał SMS-a od Agaty i ciężko westchnął. Rozmowa z kobietą, dla której kilkanaście lat temu prawie stracił głowę, wydała mu się złym pomysłem, zwłaszcza teraz. Poznali się na jednym z policyjnych szkoleń i niemal od razu oboje poczuli, że są jak dwie połówki jabłka. Jednak o ile Agata była wolna, to Krzysztof miał już żonę. Dlatego, nie chcąc kusić losu, pod pretekstem choroby opuścił szkolenie. Przez następne kilkanaście lat nie myślał o Agacie, a jeśli nawet, to bardzo szybko odsuwał od siebie te myśli.

Po raz kolejny spotkali się przed rokiem, gdy pojechali z Wejmanem do Torunia, aby zbadać trop w sprawie zabójstwa posła Sławomira Mietka. Gdy w komendzie powitała ich Agata, oboje byli zaskoczeni, jednak udawali, że widzą się po raz pierwszy w życiu. Oczywiście wtedy patrzyli już na siebie zupełnie inaczej, bez tej fascynacji, która z biegiem lat odeszła w niepamięć.

Za to Wejman stracił dla Agaty głowę, a i ona również wykazała zainteresowanie jego osobą. Niestety, po kilkumiesięcznym związku uznali, że z tej mąki chleba nie będzie, i pozostali jedynie dobrymi znajomymi.

Nie chcąc wyjść na gbura, podziękował za wiadomość, dodając, że będzie pamiętał o propozycji.

Następnie wstał i poszedł do garażu, gdzie stała czarna sportowa yamaha o pojemności pięciuset centymetrów sześciennych. Motocykl należał do nieżyjącego już brata i od ponad dekady jego użytkownikiem, choć właściwszym określeniem byłoby „opiekunem”, był ojciec. To on dbał, aby maszyna była w doskonałym stanie technicznym i wizualnym. Dokonywał regularnych przeglądów, pamiętał o wymianie oleju, co jakiś czas wycierał ją z kurzu, a kilka razy w roku odpalał i robił kilkunastokilometrowe rundy. Dzięki temu teraz, gdy Oczko postanowił tymczasowo zamieszkać z córkami w rodzinnym domu, mógł z niej korzystać. Krzysztof wyprowadził yamahę i jednym kopnięciem w starter uruchomił silnik.

– Wiesz, że zanosi się na burzę – ostrzegła matka, wracająca z ogrodu z miską pełną dorodnych truskawek.

– Tak, ale myślę, że zdążę wrócić – odpowiedział i nakładając na głowę czerwony kask, odjechał spod rodzinnego domu.

Gęste, późnoczerwcowe powietrze rzeczywiście zwiastowało nadejście burzy, ale póki co na horyzoncie nie było widać żadnych ciemnych chmur. Krzysztofowi jazda motocyklem nigdy nie dostarczała tych legendarnych wrażeń. Slogany w stylu „pełna wolność”, „wiatr we włosach”, „zastrzyk adrenaliny” nigdy do niego nie przemawiały, lecz obecnie, gdy nie miał żadnego innego środka lokomocji, musiał korzystać z yamahy. Wrak mokki nadal znajdował się na policyjnym parkingu, a wypłata odszkodowania od ubezpieczyciela, za którą mógłby kupić coś nowego, mogła nastąpić dopiero z chwilą ustalenia sprawcy wypadku.

Dojeżdżając do pierwszych zabudowań ulicy Rypińskiej, w lusterku wstecznym dostrzegł czerwoną, drapieżną sylwetkę jakiegoś sportowego auta, a jego pamięć natychmiast odtworzyła scenę, gdy czarne coupé zaczęło wyprzedzać na trzeciego, doprowadzając tym samym do wypadku, w którym zginęła Marta. Wizualizacja była tak realistyczna, że jego uszy wypełnił krzyk żony, zgrzyt zgniatanej karoserii i głuchy huk dachowania. Potem przyszło to najgorsze, seria krótkich, urywanych trzasków, przypominających łamane gałęzie, oraz syk wystrzelonych poduszek powietrznych. Krzysztof pamiętał, jak wszystko dudniło, nie tylko w uszach, ale i w klatce piersiowej, jakby jego własne serce próbowało dogonić uderzenie. A potem, między jednym a drugim oddechem, zapadła cisza, nienaturalna, ciężka, zakłócana jedynie suchym tykaniem kierunkowskazu.

Jednak najgorsza była niemożność odtworzenia obrazów, a przecież jego oczy musiały zarejestrować coś więcej niż kolor pędzącego z przodu auta oraz jego model, zauważony w bocznym lusterku. Co prawda lekarze pocieszali, że taka luka pamięciowa, powstała podczas wypadku, w większości przypadków wcześniej lub później zostaje wypełniona właściwymi wspomnieniami i nie należy podejmować prób przywołania ich na siłę, to Krzysztof oddałby wiele, aby przypomnieć sobie numer rejestracyjny czarnej alfy, albo chociaż jakiś jego fragment.

Widząc sznur samochodów stojących przed remontowanym wiaduktem kolejowym, którego przebudowa mocno dawała się kierowcom we znaki, zwolnił, a czerwone audi jadące za nim uczyniło to samo. Kolumna aut czekających na zmianę świateł była tak długa, że Krzysztof, idąc za przykładem niebieskiego peugeota, skręcił w ulicę Wojska Polskiego, oferującą objazd. Dzięki temu kilka minut później dotarł do celu swojej podróży.

Parking przed prabuckim cmentarzem był prawie pusty, nie licząc starego kombi stojącego w cieniu lipy i roweru opartego o metalowe ogrodzenie. Komisarz zgasił silnik motocykla, przez chwilę siedział jeszcze w bezruchu, wsłuchując się w cichy szum drzew poruszanych czerwcowym wiatrem, zapowiadającym burzę. Potem zdjął kask, przetarł dłonią czoło i odetchnął głęboko, jakby tym jednym westchnieniem mógł zrzucić z siebie cały ciężar mijającego dnia.

Zsiadł z maszyny, poprawił naramiennik plecaka i powoli ruszył w stronę bramy. Każdy krok odbijał się echem w jego głowie. Gdy szedł kamienną aleją prowadzącą w górę do niewielkiej kaplicy, minęła go starsza kobieta i choć on jej nie kojarzył, był pewien, że ona doskonale wie, kim jest, a już na pewno zna szczegóły tego, co go spotkało. W miasteczkach wielkości Prabut trudno było zachować anonimowość i nawet fakt, że od trzech lat mieszkał w Gdańsku, nie miał znaczenia.

Kiedy dotarł do kaplicy, skręcił w prawo, minął kilka nagrobków, niektóre zadbane, ze świeżymi kwiatami, inne zapomniane, porośnięte mchem, aż w końcu zatrzymał się przed tym, który znał na pamięć. Na czarnej płycie rodzinnego grobu wyryto dane czterech osób. Prócz dziadków, którzy zmarli, gdy przez świat przetaczała się pandemia, spoczywał tam młodszy brat Krzysztofa, którego zwłoki komisarz odnalazł kilkanaście miesięcy wcześniej. Jednak on przyszedł tutaj dla kogoś, kogo imienia wciąż nie potrafił wypowiedzieć bez ściśniętego gardła.

Marta Oczko 1989–2026

Nieco wyżej:

Michał Oczko 1989–2012

Promienie popołudniowego słońca prześwitywały przez konary drzew, tańcząc na literach wyrytych w kamieniu. Dwa światy, dwie tragedie, których ciężar dobitnie uświadamiał, jak kruche jest ludzkie życie i jak łatwo człowiek zostaje sam z pytaniem: dlaczego akurat my. Krzysztof uklęknął, przetarł tablicę chusteczką i poprawił wiązankę białych róż, które przyniósł poprzednim razem. W wazonie zostało jeszcze trochę wody, ale mimo to sięgnął za nagrobną płytę po plastikowy baniaczek i uzupełnił jej poziom. Następnie usiadł na drewnianej ławeczce obok grobu. Patrzył w milczeniu na zdjęcie w owalnej ramce, znajomy uśmiech, łagodny wzrok. Twarz, która powinna czekać w domu, a nie tutaj.

– No i znowu tu jestem, Martuś – powiedział półgłosem. – Tyle chciałem ci opowiedzieć… a jak zwykle nie wiem, od czego zacząć – dodał i zamilkł.

Przez chwilę siedział z pochyloną głową, dłonie oparł na kolanach. Słońce przesunęło się niżej, a nad cmentarzem przetoczył się szum wiatru, przynosząc ze sobą dźwięk dzwonów z oddalonego kościoła, a w następnej chwili odgłos pociągu. Komisarz przymknął powieki i mimowolnie wrócił myślami do wczesnego sobotniego poranka pod koniec maja, gdy razem z żoną wyruszyli do Krynicy Morskiej. Do deszczowych, nisko wiszących chmur. Do czarnego coupé, którego kierowca wyprzedzał na trzeciego, i decyzji, która zabiła Martę. Choć rozsądek utwierdzał go w przekonaniu, że wtedy niewiele mógł zrobić, a całą winę ponosił człowiek siedzący za kierownicą alfy romeo 4C, to w głowie Krzysztofa nie brakowało myśli zrzucających część winy na niego. Lecz jeszcze bardziej bolał fakt, że chociaż od dnia wypadku minęło kilka tygodni, wciąż nie udało się trafić na ślad czarnej alfy. Teoretycznie prokuratura robiła wszystko, co tylko mogła, tak przynajmniej zapewniał prokurator Ariel Kubica, który osobiście przeprowadzał wszystkie czynności w sprawie. Jednak w praktyce nadal podstawowe pytanie, czyli kto siedział za kierownicą rozpędzonego coupé, wciąż pozostawało bez odpowiedzi.

Porzucając rozmyślania o człowieku, który jedną głupią decyzją zniszczył mu świat, Oczko wyjął z kieszeni plecaka małe zdjęcie, zrobione kilka lat temu na plaży w Stegnie. Marta w lnianej sukience, a on w okularach przeciwsłonecznych, trzymający ją za rękę. Obok dziewczynki, jeszcze małe, śmiały się z czegoś, czego dziś już nie pamiętał.

– Kasia ma najlepszą średnią w klasie – mruknął, jakby żona naprawdę siedziała obok. – Zosia opanowała uruchamianie pralki. Obie tęsknią. Ja też, tylko udaję, że mniej – dokończył, z trudem wstając z ławki.

Choć z wypadku wyszedł właściwie bez szwanku, wciąż dokuczał mu ból kręgosłupa. Owszem, z dnia na dzień było lepiej, ale do pełnej sprawności sporo jeszcze brakowało, a o codziennym bieganiu lekarz kazał mu zapomnieć na co najmniej dwa miesiące. Ruszając w stronę wyjścia z cmentarza, wiedział, że przyjedzie tu znów, choć każda taka wizyta bolała tak samo.

W drodze do bramy zastanawiał się, czy powinien zadzwonić do Wejmana i podzielić się z nim poranną rozmową, jaką przeprowadził z prokuratorem. Kubica zapewniał, że sprawa wypadku ma charakter priorytetowy, czego potwierdzeniem miał być fakt, że z czterdziestu dziewięciu czarnych alfa romeo 4C zarejestrowanych w Polsce udało się zweryfikować alibi dwudziestu trzech właścicieli. Jednak dla Oczki taki wynik był niezadowalający, tym bardziej że od dnia wypadku minęło już prawie pięć tygodni. Ostatecznie uznał, że warto poznać opinię kolegi i dlatego, gdy usiadł na ciepłej skórze motocyklowego siedziska, sięgnął do kieszeni po smartfon i wybrał numer Maćka.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY