Oranżada. Wersja zremasterowana - Jerzy Jarniewicz - ebook + audiobook

Oranżada. Wersja zremasterowana ebook i audiobook

Jerzy Jarniewicz

2,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Powrót po dwudziestu latach jednej z najważniejszych polskich książek poetyckich. Laureat Nagrody Literackiej Nike Jerzy Jarniewicz wraca do dawnych wierszy, zmienia ich rytm, pojedyncze słowa, czasem całe układy tekstu. „Remaster” okazuje się tu czymś więcej niż korektą. To próba ponownego usłyszenia języka, który zdążył się zestarzeć, zmatowieć, popękać. W tych wierszach od początku ścierały się różne rejestry mowy: polszczyzna PRL-u, rosyjski, niemiecki, pierwsze wtargnięcia angielszczyzny, slogany, język ulicy, cudze frazy i prywatne idiomy. Dziś wracają już jako widma tamtego świata. Oranżada pozostaje książką o obcości języka i o pamięci, która nie tyle przechowuje przeszłość, ile odzywa się w rytmie słów, dźwiękach i resztkach znaczeń. W nowej wersji jeszcze mocniej słychać, że wiersz niczego nie zatrzymuje na stałe, lecz zmienia się razem z tym, kto go czyta i wypowiada. Książkę dopełnia rozmowa Artura Burszty z Jerzym Jarniewiczem o remasteringu wierszy, pamięci języka i nowych wersjach dawnych tekstów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 31

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 0 godz. 37 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jerzy Jarniewicz

Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Julia_mistrz

Z braku laku…

Średnie.
00



Trümmer sind an sich Zukunft.

Weil alles, was ist, vergeht.1

Anselm Kiefer

.

oranżada ż IV, CMs. ~adzie; lm D. ~ad <gazowany napój chłodzący o smaku landrynkowym, sprzedawany w butelkach z ceramicznym korkiem na drucie lub w postaci proszku w pergaminowych torebkach>: Oranżada cytrynowa. Oranżada w proszku. Pić oranżadę. Wypić butelkę oranżady. [fr.]

Etykieta zastępcza

Te wiersze ze spiżarki

wykradłem. Trwałe jak mortadela

ze Słupska. Zsiadłe mleko. Smalec.

Wieczne jak święta polszczyzna

Gomułki i Gombrowicza.

„Ty i Ja”. Gorączka trzydniowa.

Tworzywem felga skorodowana

i przepalone diody. Lignina

butwiejąca w słońcu. Słowa

w wierszu. Spiż?

.

Znikający punkt

Wyjść można skądkolwiek. Choćby

ze słów. Z herbaty ulung. Z psa, który jeździł koleją.

Z Wielokropka. Z Filipinek. Z cytatu w języku

obcym (und morgen die ganze Welt?). Z cudzej

myśli („świat nie jest taki zły”). Z miejsca

w tamtym czasie. Z mety. Z punktu.

Byleby było skąd. Choćby

stąd

.

Emo

Jesteś poetą lirycznym? – pyta

i przeszywa go wzrokiem. Bezwstydnie.

Suka – chciałby jej odpowiedzieć

i wsadzić rękę w majtki.

Ale budzi się w innym czasie,

bez suk i zmotoryzowanych odwodów,

od których mokro robiło się na ulicy.

Lirycznym, kurwa, lirycznym.

.

Idą leśni

Lata nieuwagi, a rozsypie się w proch.

Trawa porośnie, zgęstnieje las.

Bo o czym dziś rozmawiać? Że potrwa,

nikt, jak pamiętam, słowa nie dawał. Nikt słowa

nie przyjmował. Pod nosem miałem wtedy

oranżadę w proszku. A biały podkoszulek,

parus odinokij, łopotał na wietrze.

Otaczały nas zygzakiem partyzanckie

okopy, które zygzakiem otaczały

mnie i ciebie. Szumiał las. Wzrastały grzyby.

Zwabione zapachem ciał

nadbiegły nocą psy, krwią

przesiąkły zielone spodenki, a uda

przez całe lato nie chciały się zabliźnić.

Słów nikt nikomu nie dawał. Dziś jak pies

u twojej nogi liżę dłoń

o smaku cytrynowym.

.

Wszystkie drogi

Powiedz, skąd i gdzie jesteśmy? Wydłużone rzęsy

siedzącej naprzeciwko mnie szatynki (Garbo?)

wyznaczają nasze współrzędne. Gastronomia

wyryta na widelczyku, mdlący zapach ceraty

w granatowe rybki i równoważący

ten mocno niestabilny układ

papierek po dropsach z Goplany. W gardle

rozpanoszył się mdły smak akronu. Na zawsze?

Tych lat nie odda nikt (albo jakiś inny

szlagwort z Opola). Wyprowadź mnie stąd,

z błędu zmęczonego oka. Na samym dnie

pękają naczyńka, wzrok krwawi, nie chce rozstąpić się

Morze Czerwone. Skwar i tony pyłków w powietrzu.

Ten lokal Rzym się nazywa. Ktoś przyjdzie

i poukłada?

.

Miękkie podbrzusze

Mijał gorący czas pluszu i siatek na owady.

Słownik uboższy o kilkaset słów

obejmował mimo wszystko wszystko.

No dobrze, do pierwszego miejsca

po przecinku, ale zaraz za nim

rozciągały się białe jak prześcieradło

plamy górnego Spitsbergenu. Do dziś

nie rozumiem, czemu posunęłaś się tak diametralnie,

a twoje wargi przykuły uwagę genseka glacjologii,

który od oranżady wolał pabialginę. Nie wiem.

Bisów nie budiet. Mogliśmy być jak bogowie

zdań pięknych i złożonych, a zostały nam tylko

niegdysiejsze słowa, krew, pot i łzy,

z każdą zimą bielsze.

.

Stan zapalny

Znikł albo zniknął. Co za różnica.

Ruhe! Już poszły za nim listy gończe.

Nie przekonałaś mnie, złotousta siostro,

że taka oboczność nie ma prawa broczyć,

zwłaszcza gdy trafia się innym na końcu

w dalekim skrzydle oddziału.

Jest albo nie ma. Bo popatrz: ten stół tężeje.

Dotykam blatu. Zimny jak ostrze

mrozi krew w mózgu, oszrania powieki,

pod nieobecność sznuruje mi usta.

I już wiem, że po słowach pozostaną słowa,

po stole – drzazga w palcu,

która ćmi i ćmić będzie,

póki się wszystko na zimno nie opatrzy.

.

Sól

Ratowałem się, mołodiec, słowami, a przeszłość,

ta od syren i od kalkomanii, zamknięta na cztery spusty

cztery razy wyparła się ciebie. Myśliwska grzęźnie

w lepkiej jak krew ciszy, na którą czyjaś dłoń

sypie sól zaksięgowaną. Piecze.

I będzie piekło, niestety. Znaczenia plenią się

szybciej niż słowa. Ale czytaj: czas

zabliźni rysy kruszejących tynków

i przejaśni się napięta do granic fasada.

Czarne słońca pójdą na dno czarnych od śniegu okien

jak złotówki w fontannie w modnym uzdrowisku.

A szalik, moja droga, ten szalik i rękawiczki

przydadzą się przy odśnieżaniu,

które, jak zwykle, budzi piętrami,

głęboko, po sam dach, dach, dach.

.

Cover-Girl