Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Powrót po dwudziestu latach jednej z najważniejszych polskich książek poetyckich. Laureat Nagrody Literackiej Nike Jerzy Jarniewicz wraca do dawnych wierszy, zmienia ich rytm, pojedyncze słowa, czasem całe układy tekstu. „Remaster” okazuje się tu czymś więcej niż korektą. To próba ponownego usłyszenia języka, który zdążył się zestarzeć, zmatowieć, popękać. W tych wierszach od początku ścierały się różne rejestry mowy: polszczyzna PRL-u, rosyjski, niemiecki, pierwsze wtargnięcia angielszczyzny, slogany, język ulicy, cudze frazy i prywatne idiomy. Dziś wracają już jako widma tamtego świata. Oranżada pozostaje książką o obcości języka i o pamięci, która nie tyle przechowuje przeszłość, ile odzywa się w rytmie słów, dźwiękach i resztkach znaczeń. W nowej wersji jeszcze mocniej słychać, że wiersz niczego nie zatrzymuje na stałe, lecz zmienia się razem z tym, kto go czyta i wypowiada. Książkę dopełnia rozmowa Artura Burszty z Jerzym Jarniewiczem o remasteringu wierszy, pamięci języka i nowych wersjach dawnych tekstów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 31
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Trümmer sind an sich Zukunft.
Weil alles, was ist, vergeht.1
Anselm Kiefer
oranżada ż IV, CMs. ~adzie; lm D. ~ad <gazowany napój chłodzący o smaku landrynkowym, sprzedawany w butelkach z ceramicznym korkiem na drucie lub w postaci proszku w pergaminowych torebkach>: Oranżada cytrynowa. Oranżada w proszku. Pić oranżadę. Wypić butelkę oranżady. [fr.]
Te wiersze ze spiżarki
wykradłem. Trwałe jak mortadela
ze Słupska. Zsiadłe mleko. Smalec.
Wieczne jak święta polszczyzna
Gomułki i Gombrowicza.
„Ty i Ja”. Gorączka trzydniowa.
Tworzywem felga skorodowana
i przepalone diody. Lignina
butwiejąca w słońcu. Słowa
w wierszu. Spiż?
Wyjść można skądkolwiek. Choćby
ze słów. Z herbaty ulung. Z psa, który jeździł koleją.
Z Wielokropka. Z Filipinek. Z cytatu w języku
obcym (und morgen die ganze Welt?). Z cudzej
myśli („świat nie jest taki zły”). Z miejsca
w tamtym czasie. Z mety. Z punktu.
Byleby było skąd. Choćby
stąd
Jesteś poetą lirycznym? – pyta
i przeszywa go wzrokiem. Bezwstydnie.
Suka – chciałby jej odpowiedzieć
i wsadzić rękę w majtki.
Ale budzi się w innym czasie,
bez suk i zmotoryzowanych odwodów,
od których mokro robiło się na ulicy.
Lirycznym, kurwa, lirycznym.
Lata nieuwagi, a rozsypie się w proch.
Trawa porośnie, zgęstnieje las.
Bo o czym dziś rozmawiać? Że potrwa,
nikt, jak pamiętam, słowa nie dawał. Nikt słowa
nie przyjmował. Pod nosem miałem wtedy
oranżadę w proszku. A biały podkoszulek,
parus odinokij, łopotał na wietrze.
Otaczały nas zygzakiem partyzanckie
okopy, które zygzakiem otaczały
mnie i ciebie. Szumiał las. Wzrastały grzyby.
Zwabione zapachem ciał
nadbiegły nocą psy, krwią
przesiąkły zielone spodenki, a uda
przez całe lato nie chciały się zabliźnić.
Słów nikt nikomu nie dawał. Dziś jak pies
u twojej nogi liżę dłoń
o smaku cytrynowym.
Powiedz, skąd i gdzie jesteśmy? Wydłużone rzęsy
siedzącej naprzeciwko mnie szatynki (Garbo?)
wyznaczają nasze współrzędne. Gastronomia
wyryta na widelczyku, mdlący zapach ceraty
w granatowe rybki i równoważący
ten mocno niestabilny układ
papierek po dropsach z Goplany. W gardle
rozpanoszył się mdły smak akronu. Na zawsze?
Tych lat nie odda nikt (albo jakiś inny
szlagwort z Opola). Wyprowadź mnie stąd,
z błędu zmęczonego oka. Na samym dnie
pękają naczyńka, wzrok krwawi, nie chce rozstąpić się
Morze Czerwone. Skwar i tony pyłków w powietrzu.
Ten lokal Rzym się nazywa. Ktoś przyjdzie
i poukłada?
Mijał gorący czas pluszu i siatek na owady.
Słownik uboższy o kilkaset słów
obejmował mimo wszystko wszystko.
No dobrze, do pierwszego miejsca
po przecinku, ale zaraz za nim
rozciągały się białe jak prześcieradło
plamy górnego Spitsbergenu. Do dziś
nie rozumiem, czemu posunęłaś się tak diametralnie,
a twoje wargi przykuły uwagę genseka glacjologii,
który od oranżady wolał pabialginę. Nie wiem.
Bisów nie budiet. Mogliśmy być jak bogowie
zdań pięknych i złożonych, a zostały nam tylko
niegdysiejsze słowa, krew, pot i łzy,
z każdą zimą bielsze.
Znikł albo zniknął. Co za różnica.
Ruhe! Już poszły za nim listy gończe.
Nie przekonałaś mnie, złotousta siostro,
że taka oboczność nie ma prawa broczyć,
zwłaszcza gdy trafia się innym na końcu
w dalekim skrzydle oddziału.
Jest albo nie ma. Bo popatrz: ten stół tężeje.
Dotykam blatu. Zimny jak ostrze
mrozi krew w mózgu, oszrania powieki,
pod nieobecność sznuruje mi usta.
I już wiem, że po słowach pozostaną słowa,
po stole – drzazga w palcu,
która ćmi i ćmić będzie,
póki się wszystko na zimno nie opatrzy.
Ratowałem się, mołodiec, słowami, a przeszłość,
ta od syren i od kalkomanii, zamknięta na cztery spusty
cztery razy wyparła się ciebie. Myśliwska grzęźnie
w lepkiej jak krew ciszy, na którą czyjaś dłoń
sypie sól zaksięgowaną. Piecze.
I będzie piekło, niestety. Znaczenia plenią się
szybciej niż słowa. Ale czytaj: czas
zabliźni rysy kruszejących tynków
i przejaśni się napięta do granic fasada.
Czarne słońca pójdą na dno czarnych od śniegu okien
jak złotówki w fontannie w modnym uzdrowisku.
A szalik, moja droga, ten szalik i rękawiczki
przydadzą się przy odśnieżaniu,
które, jak zwykle, budzi piętrami,
głęboko, po sam dach, dach, dach.
