Opowieści niezwykłe - Edgar Allan Poe - ebook

Opowieści niezwykłe ebook

Edgar Allan Poe

4,0

Opis

W Opowieściach niezwykłych dostrzec można wszystkie charakterystyczne motywy i cechy pisarstwa Poego: grozę, demonizm, nastrojową aurę niesamowitości, pociąg otchłani, dążenie do przewrotności i klęski, fatalizm, sięganie do niezwykłych stanów świadomości (stany prenatalne, wizje, sny, omdlenia). W sferze ludzkiej psychiki Poe odkrywa przed nami światy, których istnienie ledwie przeczuwamy...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 294

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Na okładce wykorzystano fragment obrazu René Magritte’a

Homesickness, 1940

Przekład

Bolesław Leśmian

Stanisław Wyrzykowski

Wstępem opatrzyła

Maria Janion

LEKTURA DLA SZKÓŁ ŚREDNICH

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66251-94-6

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2019

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Kalendarium

19.01.1809

W Bostonie (Masachussetts) urodził się Edgar Poe jako syn pary aktorów – Dawida i Elizabeth.

18.12.1811

W Richmond (Wirginia) opuszczona przez męża Elizabeth Poe umiera na gruźlicę w wieku dwudziestu czterech lat.

1812

Edgar zostaje przyjęty na wychowanie przez zamożne mieszczańskie małżeństwo Johna i Frances Allanów z Richmond. Edgar Poe staje się Edgarem Allanem Poe.

1815

Początek pobytu Edgara wraz z przybranymi rodzicami w Anglii.

1818

Edgar zostaje przyjęty do Manor House School w Stoke Newington koło Londynu.

1820

Allanowie wraz z Edgarem wracają do Nowego Jorku, potem do Richmond.

14.02.1926

Edgar zostaje studentem uniwersytetu stanu Wirginia w Charlottesville i opuszcza go ostatecznie w grudniu.

1827

Edgar zrywa ze swym przybranym ojcem, opuszcza Richmond i 26 maja zaciąga się ochotniczo na pięć lat do armii federalnej jako prosty żołnierz. W Bostonie ukazuje się pod pseudonimem „Bostończyk” jego pierwsza książka Tamerlan i inne wiersze.

29.02.1829

W Richmond umiera przybrana matka Edgara, Frances Allan. W kwietniu udaje mu się uzyskać zwolnienie z armii. W grudniu ukazuje się w Baltimore Aaraaf, Tamerlan i pomniejsze wiersze. W liście do wydawców Poe pisze: „Czy Aaraaf, będzie opublikowany czy nie, czy będzie miał powodzenie czy nie – jestem nieodwracalnie poetą”. Powiada żartem, że jego nazwisko powinno się pisać właściwie POE-TA (wg W. Kopalińskiego, wstęp do Opowiadań, Warszawa 1956, t. I, s. 8).

1830

Wstępuje do akademii wojskowej w West Point.

01.1831

Zostaje relegowany z akademii. W Nowym Jorku w kwietniu ukazuje się trzeci zbiór jego wierszy. Udaje się do Baltimore do swej ciotki, Marii Clemm.

1832

„Philadelphia Saturday Courier” publikuje anonimowo i bezpłatnie pierwsze opowiadanie Edgara (m.in. Metzengerstein, Opowieść jerozolimska).

1832

Edgar wysyła pięć opowiadań na konkurs rozpisany przez „The Baltimor Saturday Visiter” i zdobywa pierwszą nagrodę w wysokości stu dolarów za Rękopis znaleziony w butelce.

1834

John Allan umiera w Richmond, nie pozostawiając Edgarowi żadnego spadku.

1835

Poe zostaje redaktorem „Southern Literary Messenger” w Richmond i sprowadza do siebie ciotkę i jej córkę, Wirginię. Maria Clemm nieraz będzie chodziła po redakcjach z rękopisami jego utworów; Baudelaire „tej matce natchnionej, tej służebnicy geniusza poświęca swój przekład Poego” (B. Leśmian, Szkice literackie, Warszawa 1959, s. 465).

16.05.1836

Poślubia w Richmond swą niespełna czternastoletnią kuzynkę, Wirginię.

1837

Po porzuceniu pracy w redakcji udaje się wraz z rodziną do Nowego Jorku.

1838

Ukazuje się najobszerniejsze dzieło Poego Opowieść Artura Gordona Pyma z Nantucket. Latem przenosi się z Nowego Jorku do Filadelfii.

1838

Zostaje redaktorem i krytykiem w „Gentleman’s Magazine” w Filadelfii. Ukazują się: Ligeja, Zagłada Domu Usherów, William Wilson.

1840

Poe publikuje w Filadelfii dwutomową książkę Opowieści groteskowe i arabeskowe, zbiór dwudziestu pięciu nowel, wcześniej ogłaszanych w czasopismach. Opuszcza „Gentleman’s Magazine” i próbuje – bez powodzenia – założyć własny magazyn literacki.

1841

Zostaje redaktorem naczelnym „Graham’s Magazine” w Filadelfii. Ukazują się: Zabójstwo przy rue Morgue, W bezdni Maelströmu oraz prace krytyczno-literackie.

1842

U Wirginii występują pierwsze objawy śmiertelnej choroby, gruźlicy. Edgar spotyka przebywającego w Ameryce Dickensa. Ukazują się: Maska Czerwonego Moru, Portret owalny Eleonora.

1843

Upada projekt własnego magazynu literackiego „The Stylus”. Opowiadanie Złoty żuk dostaje nagrodę w konkursie ogłoszonym przez „Dollar Newspaper”. Ukazują się: Serce oskarżycielem, Czarny kot orazStudnia i wahadło.

1844

Edgar opuszcza Filadelfię i udaje się do Nowego Jorku. Wywołuje sensację Bujda balonowa, opublikowana w „New York Sun”, zapowiedziana jako zdumiewająca wieść o przeprawie przez Atlantyk za pomocą latającej machiny w przeciągu trzech dni. Powstaje najsłynniejszy wiersz Poego – poemat Kruk.

1845

Wielki sukces Kruka, który ukazuje się w wydanym pod koniec roku zbiorze trzydziestu jeden wierszy zatytułowanym Kruk i inne poezje. Edgar w Nowym Jorku staje się właścicielem „The Broadway Journal”, lecz pismo przestaje się ukazywać. Zadłużony Poe popada w depresję i kryzys alkoholiczny. „Piłem usiłując desperacko uciec od torturujących wspomnień, od poczucia samotności nie do zniesienia i lęku przed dziwnym przeznaczeniem”, wyznaje w jednym z listów (wg F. Lyry, Edgar Allan Poe, Warszawa 1973, s. 53).

1846

Ze względu na stan zdrowia Wirginii przeprowadza się na przedmieście Nowego Jorku. Publikuje cykl artykułów o miejscowych literatach. Ukazują się: Beczka Amontillado i słynna rozprawka estetyczna Filozofia kompozycji.

30.01.1847

Umiera żona Edgara, Wirginia. Edgar wygrywa proces o zniesławienie wytoczony „New York Mirror”, ale zostaje oskarżony o plagiat, który miał popełnić w swej, napisanej dla zarobku, kompilacji z zakresu konchiologii. Publikuje wiersz Ulalume, uznany przez Mallarmego za arcydzieło.

1848

Ukazuje się poemat prozą o strukturze kosmosu Eureka. Edgar nawiązuje liczne przyjaźnie z kobietami; kilkakrotnie zamierza się ożenić. Zażywając laudanum, próbuje popełnić samobójstwo. Powstaje wiersz Annabel Lee, poetycki zapis uczuć do zmarłej żony, Wirginii.

1849

Powstaje ostatni esej o zasadach poezji. Poe gorączkowo podróżuje. Wreszcie 27 września opuszcza Richmond, by udać się do Nowego Jorku. 3 października traci przytomność na ulicy w Baltimore i zostaje przewieziony do Washington College Hospital. Tam, nie odzyskując przytomności, umiera 7 października. 9 października ukazał się napisany przez Griswolda paszkwilancki nekrolog Poego.

WstępDEMONY POEGO

Modernizm pozostawił portret Poego jako pisarza demonicznego. W tym duchu przedstawiano też jego życie – geniusza, nędzarza i pijaka, życie, które stało się legendą. Według tradycji francuskiej należał Poe do rodu „poetów przeklętych”, wydziedziczonych przez ogłupiały tłum, odrzuconych przez trzeźwe mieszczańskie społeczeństwo. Baudelaire, zapalony wielbiciel i kongenialny tłumacz i komentator prozy Poego, stworzył mu we Francji drugą i prawdziwą ojczyznę. Ta pierwsza, amerykańska, była przez Baudelaire’a przedstawiana jako wielkie odrażające więzienie, z którego Poe wyrywał się ku innym światom. Eliot uważał, że nie należy zastanawiać się nad tym, czy portret osobowości Poego naszkicowany przez Baudelaire’a jest prawdziwy. „Ważne jest to, że w Poem, w jego życiu, samotności i życiowym bankructwie, znalazł Baudelaire pierwowzór le poète maudit – poety jako wyrzutka społeczeństwa. W ten typ na różny sposób wcielili się Verlaine i Rimbaud, a i sam Baudelaire uważał siebie za jego wybitnego przedstawiciela”.

W XIX wieku i na początku XX – dzięki Baudelaire’owi – uważano Poego wręcz za „naturalizowanego pisarza francuskiego”, któremu miał być całkowicie obcy utylitaryzm i pragmantyzm Ameryki. Mallarmé dowodził, iż „nawet w uszach rodaków marzyciela amerykańskiego nie zabrzmi fałszem twierdzenie, że świetny i czysty kwiat jego myśli, tam obcy, tu [we Francji] znalazł swą właściwą glebę”. Podkreślano, że praktyczna i goniąca za pieniądzem Ameryka nie mogła okazać większego zrozumienia swemu genialnemu pisarzowi. Uznanie miało przyjść znacznie później – i to nie bez decydującej pomocy Europy, w której dług wobec Poego zaciągnęli tacy wielcy pisarze, jak Verlaine, Rimbaud, J.K. Huysmans, Maeterlinck, Valéry i wreszcie Jules Verne.

W Polsce Poe również przedstawiany był – pod wyraźnym wpływem francuskim – jako „poeta potępieniec”. Tak nazwał go zasłużony jego znawca, wielbiciel i tłumacz z oryginału angielskiego, Stanisław Wyrzykowski. „Był wybrańcem, naznaczonym znamieniem wiekiego przeznaczenia, zuchwałym żeglarzem na nieprzejrzanym Mare Tenebrarum, które odkrył i które miało go pochłonąć”. W takich słowach opiewał wielkość Poego tłumacz jego arabesek, grotesek i opowieści tajemnych, wychwalając postawę poetów i krytyków francuskich, którzy pierwsi „jęli patrzeć nań własnymi oczyma, nieprzyćmionymi purytańskim bielmem uprzedzeń amerykańskich”. Znamienne, że o „trywialnym bielmie codziennej tępoty”, przesłaniającym oczy zdroworozsądkowych krytyków, pisał też Bolesław Leśmian. Tłumaczył on Poego z francuskiego, z przekładów Baudelaire’a. Pozostając pod przemożnym wpływem modernistycznego pojęcia poezji i posłannictwa poety, Leśmian z uniesieniem piętnował zbrodnię, jaką filisterskie społeczeństwo systematycznie popełnia na „wywłaszczonym z życia za nadmiar marzeń nędzarzu – poecie”. Dokonywane za pośrednictwem Baudelaire’a przekłady Leśmiana są nieraz zbyt już swobodne, bardzo poetyckie w duchu młodopolskim (co bynajmniej nie obciąża wielkiego poety francuskiego), ale czasem oddają znakomicie niesamowitą aurę nastrojową opowiadań, zwłaszcza w przypadku jednego z arcydzieł Poego – Zagłady Domu Usherów – tego kunsztownego poematu prozą, cudownego wykwitu gotyckiego „czarnego romantyzmu”.

Wszystko, co Poe napisał, odnosi się faktycznie do rzeczywistości psychicznej. W jej głębi dostrzegał drzemiące demony, przekształcające na swoją modłę intencje i czyny człowieka. Taka wizja życia znalazła charakterystyczną wykładnię w opowiadaniu, które jest po trosze esejem (istnieje kilka tak pomyślanych utworów autora Przedwczesnego pogrzebu, zatytułowanym Bies przewrotności. Pociąg otchłani, hipnotyzm głębi przedstawia tu Poe jako uczucie mogące napaść każdego, gdyż w każdym tkwi osobliwe zniewolenie przez przewrotność i dążenie do robienia tego, czego właśnie robić nie należy. Poe posuwa się nawet do filozoficznego aforyzmu: „Nie ma w przyrodzie namiętności tak szatańsko wyuzdanej, jak żądza człowieka, co drżąc na krawędzi otchłani, waha się, czy ma się w nią rzucić”. Właściwa naturze ludzkiej pokusa przewrotności bywa tak silna, że skłania do czynów sprzecznych z własnym dobrze rozumianym interesem. Charakterystyczne, że wyznanie popełnionej zbrodni Poe przypisuje bynajmniej nie sumieniu, nie jego nieznośnym wyrzutom, lecz właśnie nieprzepartemu, demonicznemu pociągowi do przewrotności, który jest blisko spokrewniony z ulubionym motywem pisarza: dążeniem do klęski.

Tak pojęty pierwiastek demonizmu jako miłości do upadku jest stale obecny według Poego w psychice ludzkiej. Weźmy znakomite opowiadanie William Wilson: przedstawia ono dążące do unicestwienia życie z sobowtórem, demoniczne wewnętrzne rozdwojenie na „złego” i „dobrego” wspólnika, który jest tym samym; zabicie „tego drugiego” jest zabiciem siebie. Weźmy liczne portrety kobiet i obrazy miłości-śmierci. Demoniczna para lub „piekielne małżeństwo” pojawiają się w Ligei, Berenice czy również w Zagładzie Domu Usherów, gdzie jeszcze dołącza się fatalizm upadku rodu. Jednoczesne przyciąganie i odpychanie stanowią w opowiadaniu Poego o charakterze miłości, która dziwnie blisko graniczy z zagładą, miłości-nekrofilii. Dwuznaczność pociągu miłosnego jako ekstazy i grozy równocześnie znajduje w Poem niebywałego mistrza ambiwalentnych nastrojów. Późnoromantyczny wielbiciel Poego, Felicjan Faleński, pisał o „jakimś przerażającym wampiryzmie uczuciowym”. Kobiety Poego – zmysłowe i uduchowione jednocześnie – inspirowały kobiety malowane przez prerafaelitów, a zwłaszcza przez Rosettiego.

Stale obecna u Poego dwoistość splatających się przedziwnie ze sobą jakości wymagała odpowiedniej metody literackiej. Poe znalazł ją od początku i umieścił też w tytule zbioru nowel z roku 1840: Opowieści groteskowe i arabeskowe. Co to znaczyło? Poe podkreślał, że groza jako temat jego opowiadań „poczęła się nie z Niemiec, lecz z duszy”, a to w związku z tym, że okropności szczególnego typu, krwawych zjaw i okrutnych przerażeń, przywykło się nazywać – „germańskimi” jako zaczerpniętymi z niemieckiej literatury romantycznej. Dla Poego zaś najważniejszy był ton, ton własnej duszy, nastrojonej na demoniczną przewrotność. Ale nie wyklucza to wpływu niemieckiej estetyki romantycznej, o czym wspominają współcześni badacze twórczości Poego, zwracający uwagę na jego „wyobraźnię antynomiczną” i na upodobanie do romantycznej ironii. Idzie tu zwłaszcza właśnie o arabeskę jako kapryśną i zmienną linię opowieści, „ten kunsztownie uporządkowany zamęt, to cudowne, wieczne następstwo entuzjazmu i ironii”, to współdziałanie sprzeczności i rozmaitego rodzaju ironicznych jakości (jak pisał F. Schlegel o Don Kichocie Cervantesa) oraz o groteskę jako ostre, wydobywające kontrasty zestawienie sprzeczności właściwości. Arabeskę można traktować u Poego jako obłaskawianie grozy – nie przez śmiech, jak w grotesce, lecz przez estetyczne wartości świata fantastycznego.

O arabesce pisał Poe wprost np. w Ligei, przedstawiając w szczególnie sugestywny sposób arabeskowe ozdoby komnaty, powodujące „widmowe wrażenia”. Oglądane z różnych punktów widzenia arabeski zmieniały swoje kształty. „Rozmigotane powietrze komnaty” przyczyniało się do ostatecznego rozkiełznania wyobraźni. Migotliwy, niejako arabeskowy odbiór płynnej, zmieniającej się rzeczywistości został też założony jako czynnik estetycznego oddziaływania Ligei. Szczyty sztuki groteskowej zaś osiągnął Poe w opowiadaniu Król Mór; jest to niespotykane – poza barokiem, ale u Poego niezmiernie nowoczesne, zestawienie silnie zróżnicowanych kontrastów, całkowicie sprzecznych wartości: wzniosłości i grozy z zabawą i nieodpartym komizmem. Świetnemu opisowi postaci z fantastycznego towarzystwa, zgromadzonego w Londynie podczas dżumy (np. osobnika „ubranego” w trumnę i jego zabawnych perypetii) towarzyszy finał pełen groteskowego zamętu.

Właśnie dzięki swej „antynomicznej wyobraźni” stał się Poe twórcą prawdziwie nowoczesnej sztuki fantastycznej. Faleński w roku 1861 zdumiewał się nad „osobliwszym fenomenem realisty w fantastyczności”, jaki przedstawiał Poe, który umiał łączyć drobiazgowy realizm szczegółów z fantastycznie potraktowanymi miejscami (zwłaszcza morskimi) lub niespodziewanymi obrotami akcji. Ścisłość realiów łączy się tu z nadzmysłowością wrażeń, a niemal matematyczna logika wywodu z zupełnym nieprawdopodobieństwem opowieści. Valéry pisał o dziwnym połączeniu „rodzaju matematyki z rodzajem mistyki”. Poe często swe „krótkie historie” zaczyna od szczególnego ostrzeżenia, wypowiedzianego przez narratora: chociaż nie jestem szalony i na pewno nie śnię, moja opowieść może nie znaleźć wiary u czytelnika.

Nieśmiertelny prototyp wszelkiej opowieści kryminalnej – Zabójstwo przy rue Morgue – przedstawia drobiazgową pracę analityczną, słynne rozwikływanie łamigłówki przez poprzednika Sherlocka Holmesa – Augusta Dupin (występującego w innych jeszcze opowiadaniach Poego tego rodzaju jak Tajemnica Marii Rogêt czy Skradziony list). Ale zarazem poczynając już od tytułu (morgue to po francusku kostnica), a kończąc na odkryciu sprawcy zabójstwa (jest nim monstrualna małpa) do opowiadania Poego wnika pierwiastek zdumiewającego zaskoczenia. Zasady tego myślenia nastawionego od razu na rozwiązania trudniejsze, a nie łatwiejsze, tak określa Dupin w Tajemnicy Marii RogRogêt: „Zauważyłem, iż rozum w poszukiwaniu prawdy winien torować sobie drogę tylko szczytami, co wznoszą się ponad poziom zwyczajności, i że w podobnych wypadkach nie tyle właściwe jest pytanie: co się stało?, ile pytanie: co się stało takiego, czego przedtem nigdy jeszcze nie było?”.

W wielu opowiadaniach Poego pojawia się jakiś rys, który czyni aluzję do „innego świata”, istniejącego „gdzieś obok” albo wręcz „w” naszym normalnym świecie. Trzeba tylko umieć to zobaczyć jakimś dziwnym zmysłem, odkryć podszewkę wszechświata i zresztą zakryć ją natychmiast, gdyż permanentne życie w tej rzeczywistości ukrytej a paralelnej do zwykłej byłoby nie do zniesienia. Maeterlinck powiedział, że zawdzięcza Poemu „poczucie tajemnicy i miłość tego, co poza realnym życiem”. Dlatego właśnie Poego nazywano „pisarzem nerwów”, że – za pomocą nadludzkiej wprost wrażliwości – odsłaniał światy ledwie przeczuwane. Światy, których może nawet nie chcielibyśmy znać, ale które jednak – istnieją. Jak istnieją? Oto pytanie.

Poe stale sięga do niezwykłych stanów świadomości. Przeprowadza eksperymenty poznawcze, podobne do tych, które fascynowały swedenborgiańskich młodzieńców z Ludwika Lambert Balzaca czy Godziny myśli Słowackiego. Wśród „niepojętych dziwów psychicznych”, jak je nazywa Poe w Ligei, wymieńmy pamięć prenatalną1; przelotne drgnienia niespotykanej myśli; wizje; sny; marzenia; gorączkowe zwidy; omdlenia; zapamiętanie w sobie; zapatrzenie w coś niewidzialnego; stany letargiczne2, katalepsję i somnambulizm; obłąkanie i szaleństwo, aż do dziwacznej odpowiedniości krajobrazu miejsca i charakteru rodu w Zagładzie Domu Usherów. Poe głęboko interesuje się modnym zjawiskiem epoki: mesmeryzmem, zwanym też magnetyzmem. Ale u niego nie jest to powierzchowna stylizacja; nurtuje go to, co gnębiło romantyków: próba dotarcia do świata umarłych lub na wpół umarłych, spoczywających w letargu. Chce wniknąć w egzystencję w stanie zawieszenia między życiem a śmiercią, egzystencję półżywą czy półobumarłą (por. w tłumaczeniu Wyrzykowskiego opowiadanie Co zaszło w wypadku M. Valdemara?, którego tytuł powinien być przekładany raczej tak jak u Leśmiana Prawdziwy opis wypadku z p. Waldemarem). Stąd postacie powstających z grobu, na wpół wampirycznych kobiet. Stąd dziwny stan bycia omroczonego żałobą i melancholią ostatniego potomka rodu Usherów, który i zewnętrznie budził odczucie arabeskowej nierealności, istnienia i nieistnienia zarazem: „Ponadto bezwiednie pozwolił swoim włosom na wzrost nieograniczony i ponieważ ta cudaczna zamieć pajęczynowych włókien raczej powiewała, aniżeli spadała wokół twarzy, nie mogłem nawet przy najlepszych chęciach znaleźć w tej dziwnej gmatwaninie arabeskowej nic pokrewnego zwykłej istocie ludzkiej”.

W podobne stany egzystencji może wniknąć tylko szczególny narrator – i Poe go tworzy. W jego sposobie widzenia ukrywa się największa sztuka mistrza „opowieści groteskowych i arabeskowych”. Opowiadacz ów przekazuje swą wiedzę o tym, co udało mu się przeżyć, czego udało mu się doświadczyć w chwili ostatecznej w mgnieniu przed zagładą, w momencie śmiertelnego niebezpieczeństwa, tuż przed zgonem, przed nieznanym jakimś upadkiem, a może przed „olśniewającym poznaniem” jakiejś tajemnicy, której nawet nie można wysłowić. Jest to ostatnia spowiedź albo pseudoprotokolarny zapis przedśmiertny. Poe wykorzystuje topos chwili przedzgonnej – kiedy człowieka nawiedza właśnie osobliwa jasność widzenia, wyjątkowa przenikliwość, nagłe widzenie tego, co dotychczas pozostawało niewidzialne, moment olśnienia, jakieś jakby dopowiedzenie tajemnicy, które błyska w mgnieniu chwili i zapada znów w nieprzenikliwość, nieprzejrzystość istnienia.

Tak często w opowieściach Poego występuje zagubiony, samotny podróżnik na morzu. Ale nie chodzi tu o zwykłe jego przygody. Nawet nie tylko dlatego, że – jak w Rękopisie znalezionym w butelce – narrator trafia na pokład legendarnego upiornego Okrętu-Widma, snującego się ze swą zgrzybiałą załogą po najbardziej niebezpiecznych zakamarkach mórz. Przede wszystkim odbieramy ten obraz przygód na morzu jako obraz niezwyczajny, gdyż jest on obrazem duszy. To Mare Tenebrarum naszego wnętrza. Krajobraz zewnętrzny staje się faktycznie krajobrazem wewnętrznym; jest to nieraz opis wewnętrznych perypetii poznającego umysłu.

Punktowi widzenia, tak, właśnie – punktowi widzenia, zostało poświęcone jedno z najciekawszych opowiadań Poego pt. Sfinks. Narrator, siedząc z książką przy oknie, nagle widzi wyraźnie przed sobą okropnego potwora, „straszliwe zwierzę”, napawające „przerażeniem i grozą, a także przeczuciem nadchodzącego nieszczęścia”. Podaje bardzo dokładny opis ogromu tego monstrum. Przy końcu króciutkiej mistrzowskiej opowiastki okazuje się, że opowiadający w swym oku wyobraźni powiększył do niemożliwości rozmiary rzeczywiście istniejącego owada odmiany Sphinx. Znając kreacje niemal fantystyczne artysty angielskiego, Edwarda Juliusa Detmolda, autora niezwykle dokładnych i powiększających ilustracji do Księgi insektów Fabre’a, znając efekty filmowe powiększania zwykłych owadów albo szczegółów ich anatomii do rozmiarów całego ekranu, tym bardziej podziwiamy niebywałą siłę operacji imaginacyjnego wyolbrzymienia, jakiego dokonał nadwrażliwy narrator opowiadania Poego. I na nic zda się tłumaczenie wyposażonego w szkiełko i oko kuzyna, który dowodzi, że owad ów w istocie wspinał się w górę po pajęczynie, którą jakiś pająk zasnuł okno; miał „co najwyżej jedną szesnastą cala długości” i znalazł się „w oddaleniu jednej szesnastej cala od tęczówki oka”. Przed oczyma duszy narratora (żeby dalej posługiwać się słownictwem z Romantyczności Mickiewicza, parafrazującego Szekspira) ćma trupia główka stale zagraża całemu światu.

Maria Janion

William Wilson

Co powie o tym zgryzota Sumienia,

To widmo na mej drodze?

W. Chamberlayne, MIPharronnida

Niechaj mi będzie wolno przybrać do czasu miano Williama Wilsona. Czystej kartki papieru, co w tej chwili leży przede mną, nie chcę kalać właściwym mym nazwiskiem. Zbyt bowiem często bywało ono przedmiotem zgrozy, wzgardy i ohydy dla mego rodu. Czyż wicher oburzenia nie rozniósł jego niezrównanej hańby aż po najdalsze krańce ziemi? O, wyrzutku, najbardziej spodlony ze wszystkich wyrzutków! Czyż nie umarłeś na zawsze dla świata? Dla jego zaszczytów, jego kwiatów, jego dążeń złocistych? I czyż chmura, nieprzenikniona, bezbrzeżna, złowieszcza, między twymi nadziejami a niebem nie rozokoliła się na wieki?

Nie chciałbym, gdyby to nawet było dla mnie możliwe, kreślić tu dziejów lat ostatnich niewysłowionej mej nędzy i niegodziwego łotrostwa. Na okres ten, na te lata ostatnie przypada nagły rozrost mego znikczemnienia, którego samo tylko powstanie przedstawić tu na razie zamierzam. Zazwyczaj ludzie podleją stopniowo. Ja zaś postradałem swą szlachetność jak płaszcz, co w jednej chwili obsuwa się z ramion na ziemię. Od zdrożności, dość pospolitych, ku potwornościom, nie znanym nawet Heliogabalowi, zdążałem krokami olbrzyma. Może nie nadużyję niczyjej łaskawości, gdy opowiem, jak przypadek – jak jedno, jedyne zdarzenie rozpętało we mnie te zbrodnicze popędy. Śmierć moja bliska, a wyprzedzające ją cienie słaniają się kojąco nad moją duszą. Zanurzając się już w mroki padolne, tęsknię do życzliwości, powiedziałbym niemal, do zmiłowania ludzkiego. Pragnę przekonać mych bliźnich, iż w pewnej mierze byłem niewolnikiem okoliczności, niedostępnych pojmowaniu ludzkiemu. Chciałbym, żeby idąc za szczegółami, które za chwilę przytoczę, śród dzikiego pustkowia błędów nie pominęli małej oazy fatalności. Sądzę, iż zechcą przyznać, gdyż zaprzeczyć temu niepodobna, że jakkolwiek pokusy zawsze bywały wielkie, to jednak nie było jeszcze człowieka, który by był kuszony w ten sposób i w ten właśnie sposób pokusom tym uległ. Zdaje mi się również, iż nikt jeszcze tak jak ja nie cierpiał. Dotychczasowe me życie – nie byłoż ono istotnie snem? A teraz, kiedy godziny moje są już policzone, czyż nie jestem pastwą grozy i tajemnicy, poczętej z najupiorniejszej pod słońcem wizji?

Pochodzę z rodziny, która zawsze słynęła z żywej wyobraźni i nader pobudliwego temperamentu. Już w najwcześniejszym dzieciństwie znać było po mnie, iż w całej pełni odziedziczyłem właściwości rodzinne. Z biegiem lat rozwinęły się one do tego stopnia, iż jęły niepokoić wielce mych przyjaciół i szkodzić dotkliwie mnie samemu. Stałem się samowolny, powodowałem się najdzikszymi zachciankami i poddawałem się najnieokiełznańszym namiętnościom. Rodzice moi, chwiejni z natury i sami obarczeni pokrewnymi narowami, niezdolni byli powściągnąć wrodzonych mych skłonności. Nieliczne, słabe i nieumiejętnie podejmowane wysiłki kończyły się zawsze całkowitą ich porażką i najzupełniejszym mym triumfem. Odtąd głos mój znajdował posłuch w domu i w wieku, kiedy inne dzieci zwykły chodzić jeszcze na pasku, ja już rządziłem się własną wolą i w rzeczywistości zależałem we wszystkim tylko od siebie.

Najdawniejsze me wspomnienia z lat szkolnych wiążą się z wielkim, osobliwym domostwem z epoki elżbietańskiej, wznoszącym się śród mglistej osady angielskiej, gdzie rosło mnóstwo olbrzymich, sękatych drzew i gdzie wszystkie domy były niesłychanie starożytne. Niby marzeniem i ostoją dla ducha było to czcigodne, odwieczne miasto. Dziś jeszcze rozkoszuję się w wyobraźni rośną świeżością cienistych jego alei, oddycham wonią nieprzeliczonych zagajników i jakaś nieokreślona błogość przenika mnie na myśl o głębokich, głuchych dźwiękach kościelnego dzwonu, który co godzina swym nagłym, posępnym brzmieniem roztrącał mroczne powietrze, otulające do snu szczerbatą, gotycką dzwonnicę.

Rozpamiętywam drobiazgowo wspomnienia szkolne i towarzyszące im okoliczności, zaś z tym większym czynię to upodobaniem, iż właśnie teraz odżyły w mej duszy. Pogrążonemu w niedoli niestety, aż nazbyt rzeczywistej niechaj będzie wolno szukać pociechy, nikłej co prawda i przemijającej, w szczegółach błahych i rozpierzchłych. Nie ma w nich nic nadzwyczajnego i mogłyby nawet rozśmieszać, gdyby wyobraźnia moja nie przypisywała im szczególniejszego znaczenia ze względu na to, iż pozostają w związku z czasem i miejscowością, gdzie po raz pierwszy doznałem niedocieczonej kaźni Przeznaczenia, które później tak straszliwie roztoczyć miało nade mną swe cienie. Oto powód, dla którego niechaj mi nikt nie wzbrania tych wspomnień.

Dom, jak nadmieniłem, był starodawny i nieregularny. Stał pośrodku bardzo przestronnego dziedzińca, opasanego mocnym i wysokim murem z cegieł, który u szczytu miał powłokę tynku, najeżonego potłuczonym szkłem. Ta więzienna z wyglądu zapora stanowiła granicę naszych dzierżaw; wydostawaliśmy się poza nią tylko trzy razy w tygodniu: raz w sobotę po południu, gdy pod nadzorem dwóch nauczycieli wolno nam było odbyć gromadnie krótką przechadzkę po okolicznych polach; i dwa razy w niedzielę, gdy rano i po południu podążaliśmy w tym samym, ściśle określonym porządku do miejscowego kościoła na nabożeństwo. Przełożony naszej szkoły był w tym kościele pastorem. Z jakimż głębokim uczuciem podziwu i onieśmielenia zwykłem patrzeć nań z naszej ławy, umieszczonej daleko na galerii, gdy krokiem wolnym i uroczystym wstępował na kazalnicę! Ten czcigodny kapłan z obliczem skupionym i wniebowziętym, wiejący duchowną, odświętną szatą, w nadzwyczaj starannie upudrowanej peruce, taki surowy i taki możny – czyż mógł być tym samym człowiekiem, co przed chwilą z odrażającą twarzą i w zaplamionym tabaką ubraniu przestrzegał z trzciną w ręce drakońskich przepisów szkolnych? Co za dziwaczny paradoks, zbyt naprawdę potworny, by mógł znaleźć rozwiązanie!

W załomie potężnego muru szczerzyła się jeszcze potężniejsza brama. Cała mocno kuta i zamknięta na żelazne wrzeciądze, miała u góry rząd żelaznych, zazębionych kolców. Jakimże głębokim przejmowała nas lękiem! Stała dla nas otworem trzy razy w tygodniu, jak już poprzednio napomknąłem; poza tym zawsze bywała zamknięta. Toteż w każdym zgrzycie jej ogromnych zawiasów kryło się dla nas mnóstwo tajemnic – i powstawał cały świat zbożnych spostrzeżeń i jeszcze zbożniejszych rozpamiętywań.

Rozległy dziedziniec był nieregularnego kształtu i miał wiele obszernych ustroni. Trzy lub cztery największe spośród nich tworzyły miejsce zabaw. Było ono wyrównane i pokryte drobnym, twardym żwirem. Pamiętam dokładnie, iż było najzupełniej ogołocone z drzew, ławek i tym podobnych przedmiotów. Znajdowało się za domem, zaś przed nim roztaczał się niewielki trawnik, zasadzony bukszpanem oraz innymi krzewami. Atoli w tej uświęconej okolicy bywaliśmy nader rzadko, mianowicie kiedyśmy po raz pierwszy przyjeżdżali do szkoły lub gdyśmy rozstawali się z nią na zawsze, albo wreszcie kiedy zawitał jakiś krewny czy przyjaciel i ku wielkiej naszej radości zabierał nas ze sobą na święta Bożego Narodzenia lub na uroczystość świętojańską.

Lecz dom! – jakiż przedziwny był i starożytny! Dla mnie był to istny przybytek czarodziejski. Jego zakręty i nieodgadnione skrytki naprawdę nie miały końca. Żaden z jego mieszkańców nie umiał bez wahania odpowiedzieć, czy w danej chwili przebywa na pierwszym, czy też na drugim piętrze. Przechodząc z jednego pokoju do drugiego zawsze napotykało się po drodze jakieś schodki, które po kilku stopniach prowadziły w górę lub w dół. Zaś boczne odgałęzienia były tak liczne i tak niedocieczone, przy tym tak zawiłe, iż najściślejszy pogląd, jaki wyrobiliśmy sobie na całość domu, niezbyt różnił się od naszych pojęć o nieskończoności. Przez cały czas pięcioletniego w domu tym pobytu nie mogłem z niezawodną stanowczością oznaczyć, gdzie właściwie i w jakiej dalekiej stronie znajduje się niewielka sala, przeznaczona na sypialnię dla mnie i dla osiemnastu czy dwudziestu moich kolegów.

Sala szkolna była największa w całym domu, a jak mi podówczas się zdawało, także w całym świecie. Była bardzo długa, wąska i niemożliwie niska, miała ostrołukowe, gotyckie okna, ponad którymi wysklepiał się strop dębowy. W najdalszym, trwogą ziejącym kącie znajdowała się czworoboczna przegródka, mająca osiem do dziesięciu stóp powierzchni. Podczas lekcji tworzyła ona sanctum naszego przełożonego, wielebnego doktora Bransby’ego. Odznaczała się mocną budową i posiadała zamczyste drzwi, których w nieobecności Domini żaden z nas nie byłby otworzył nawet pod grozą la peine forte et dure3. W innych kątach mieściły się jeszcze dwie podobne przedziałki, nie tak czczone, lecz omal nie mniejszym przejmujące postrachem. Jedną z nich zajmował „klasyk”, drugą nauczyciel angielskiego i matematyki. Rozrzucone po całej sali, zbiegające się i rozbiegające nadzwyczaj nieregularnie, stały nieprzeliczone ławki i pulpity, odwieczne, poczerniałe, nadgryzione przez czas, zawalone beznadziejnie potarganymi na strzępy książkami i tak usiane inicjałami, całkowitymi nazwiskami, dziwacznymi figurami oraz innymi wymyślnych scyzoryków podpisami, iż zatraciły najzupełniej resztki kształtów pierwotnych, które za dni dawno zamierzchłych dostały się im zapewne w udziale. W jednym końcu sali stało olbrzymie wiadro z wodą, w drugim zaś zegar, niepojętych wprost rozmiarów.

Zamknięty w głuchych murach tej czcigodnej szkoły, spędzałem tam, bez przykrości zresztą i odrazy, lata moje chłopięce. Bujny mózg dziecięcy nie potrzebuje zewnętrznego świata zdarzeń, by znaleźć sobie zabawę czy zajęcie, i gnębiąca na pozór monotonia szkolna kryła w sobie podniety o wiele silniejsze od tych, które późniejsza młodość moja czerpała z rozpusty, a wiek dojrzały ze zbrodni. Mimo to sądzę, iż mój wczesny rozwój umysłowy miał w sobie coś niezwykłego i nazbyt był outré. Na ogół wrażenia z pierwszego dzieciństwa rzadko zachowują swą wyrazistość w duszach ludzi dojrzałych. Wszystko zamierzcha w szarzyźnie staje się nikłym, bezpostaciowym wspomnieniem, mętnym zbiorowiskiem mdłych radości i urojonych cierpień. Ze mną jest inaczej. Widocznie odczuwania dziecięce objawiły się we mnie z energią wieku męskiego, gdyż zarysy ich przetrwały w mej pamięci takie żywe, takie głębokie i niezatarte, jak egzergi na medalach kartagińskich.

W rzeczywistości – przynajmniej tak pojętej, jak ją zazwyczaj się pojmuje – jakżeż niewiele było tam wątku do wspomnień! Poranne wstawania i wieczorne nawoływania do snu; odrabianie lekcji i ich wydawanie; od czasu do czasu połowiczne wakacje i przechadzki; wspólne zabawy z ich zgiełkiem, rozradowaniem i knowaniami: wszystko to, mocą magii psychicznej dziś zaprzepaszczone w niepamięci, kryło w sobie przebogactwo wrażeń, całe światy przygód, bezmiary najprzeróżniejszych wzruszeń i najobłędniejszych, najbardziej roznamiętniających podniet. Oh, le bon temps, que ce siècle de fer!4

Ognistość, zapał i chęć przewodzenia, właściwe mej naturze, wyróżniły mnie wkrótce śród kolegów i z czasem, stopniowo, utrwaliły mą przewagę nad wszystkimi moimi rówieśnikami – z wyjątkiem jednego. Był to uczeń, który nie będąc wcale mym krewnym, nosił jednakże takie samo imię i nazwisko. W okoliczności tej nie ma nic nadzwyczajnego, gdyż, jakkolwiek pochodzę ze szlachty, nazwisko moje należy do rzędu tych, które od niepamiętnych czasów prawem przedawnienia stały się pospólną własnością tłumu. Oto powód, dla którego przybrałem fikcyjne miano Williama Wilsona, jako niezbyt różniące się od rzeczywistego. Śród moich kolegów, którzy w gwarze szkolnej nazywali się „naszą paczką”, tylko mój imiennik śmiał współzawodniczyć ze mną w nauce, psotach i popisach; tylko on jeden nie dowierzał na ślepo mym zapewnieniom, nie poddawał się mej woli – słowem, sprzeciwiał się we wszystkim mym samowładczym zachciankom. Jeżeli istnieje jeszcze gdzieś na świecie bezwzględny i nieograniczony despotyzm, to jest nim przewaga, jaką bogato wyposażona dusza dziecięca miewa nad mniej lotnymi umysłami swych towarzyszy.

Oporne zachowanie się Wilsona było dla mnie źródłem wielu utrapień. Wprawdzie w obecności innych udawałem, że nic sobie nie robię z niego samego i jego uroszczeń, ale w skrytości czułem, że się go boję, i nie mogłem oprzeć się myśli, iż łatwość, z jaką dotrzymywał mi współzawodnictwa, świadczyła o istotnej jego wyższości, bowiem moje triumfy były okupowane nieustannymi wysiłkami. Atoli tej wyższości czy tej równości nikt nie dostrzegał prócz mnie samego; niepojęte zaślepienie naszych towarzyszy nawet jej nie przeczuwało. Trzeba przyznać, iż jego współzawodnictwo, jego oporność, zaś przede wszystkim jego natrętne i uprzykrzone mieszanie się do moich spraw nie wychodziło niemal poza obręb stosunków wyłącznie osobistych. Zdawało się, iż jest pozbawiony zarówno właściwej mi ambicji, dążącej do ciągłego przewodzenia we wszystkim, jak i namiętnej rzutkości umysłu, dzięki której mogłem tym dążeniom podołać. Toteż można było przypuszczać, iż stając ze mną do współzawodnictwa, powodował się jedynie dziwaczną pobudką, by mnie drażnić, zdumiewać i martwić; chociaż chwilami, przyglądając mu się bardziej, dostrzegałem z uczuciem podziwu, gniewu i upokorzenia, iż wszystkie jego wyrzuty, obelgi i sprzeciwiania się wynikały z jakiejś wysoce niewłaściwej i najzupełniej niepożądanej względem mnie czułości. Nie mogłem pojąć tego osobliwego postępowania i posądzałem go o wygórowaną zarozumiałość, kryjącą się pod niezbyt wytwornymi osłonkami pieczołowitości i przychylności.

Zapewne ten ostatni rys w zachowaniu się Wilsona z dodatkiem tożsamości naszych nazwisk jako też najzupełniej przypadkowej okoliczności, iż jednego i tego samego dnia wstąpiliśmy obaj do szkoły, przyczynił się do rozpowszechnienia w wyższych klasach pogłoski, jakobyśmy byli braćmi. Lecz to wiadomo, że nie jest u nich w zwyczaju zajmować się szczegółowiej sprawami swych młodszych kolegów. Jak już wspomniałem lub winien byłem wspomnieć, Wilson wcale nie był spowinowacony z mą rodziną. To pewna, iż gdyby łączył nas węzeł braterstwa, bylibyśmy musieli być bliźniakami, bowiem już po opuszczeniu zakładu doktora Bransby’ego dowiedziałem się przypadkowo, iż mój imiennik przyszedł na świat 19 stycznia 1813 roku – co było okolicznością bądź co bądź zastanawiającą, gdyż dzień ten stanowi również dokładną datę mych narodzin.

Wyda się może rzeczą dziwną, iż mimo nieustannej obawy przed współzawodnictwem Wilsona i mimo wrodzonej mu nieznośnej przekory jakoś nie mogłem zupełnie go znienawidzić. Rzecz prosta, iż niemal codziennie przychodziło między nami do sprzeczek, w których on, przyznając mi publicznie palmę zwycięstwa, dawał jednakże w ten lub ów sposób do zrozumienia, iż właściwie jemu ona się należała; wszelako zarówno moja wyniosłość, jak i jego rzeczywista godność utrzymywały nas zawsze w karbach przyzwoitości, a przy tym w usposobieniach i uzdolnieniach naszych tyle szczególniejszego było podobieństwa, że nie mogłem go nie lubić i zapewne tylko nasz wzajemny stosunek nie pozwolił tej sympatii rozwinąć się w przyjaźń. Przyznaję, iż z trudnością przyszłoby mi określić lub co więcej opisać moje rzeczywiste względem niego uczucia. Stanowiły one mieszaninę nader pstrą i różnolitą: nieco wyzywającej niechęci, która jednakowoż nie wynikała jeszcze z nienawiści, nieco czci, nieco uznania, wiele trwogi i mnóstwo dolegliwej ciekawości. Dla moralistów zbyteczne będzie nadmieniać, iż stał się on moim nieodłącznym towarzyszem.

Niejasność naszych wzajemnych stosunków przejawiała się bez wątpienia w tym, iż wszystkie moje przeciw niemu zwrócone zaczepki (a było ich dużo, zarówno jawnych, jak ukrytych) znajdowały ujście raczej w pospolitych żartach i kpinach (bardzo zresztą dotkliwych, gdyż ukrywających się pod pozorami niewinnych psot) niż w głębszej i zawziętszej nieprzyjaźni. Atoli me celowe wysiłki nie zawsze zapewniały mi nad nim przewagę nawet wówczas, gdy bywały najmisterniej uknute; bowiem mój imiennik miał w swym usposobieniu dużo spokojnej i niewymuszonej męskości, która, dając uczuć ostrze swojego dowcipu, nie objawia natomiast słabostek i nie może podlegać pośmiewisku. Jakoż nie mogłem dostrzec w nim żadnej wady, jeśli pominę pewną osobistą właściwość, wynikłą prawdopodobnie z niedomagania organicznego, którą uszanowałby każdy inny przeciwnik, mniej ode mnie doprowadzony do ostateczności: oto mój współzawodnik miał tak słabe narządy gardalne czy krtaniowe, iż nie mógł podnieść głosu ponad miarę bardzo głuchego szeptu. Gdy tylko mogłem, nie wahałem się wyzyskiwać niegodnie tej jego ułomności.

Odwety Wilsona bywały bardzo różne i objawiały się w ten sposób, iż wytrącały mnie zupełnie z równowagi. W jaki sposób przenikliwość jego wpadała na trop szczegółów nieraz błahych, lecz dla mnie bardzo nieprzyjemnych, tego nigdy nie zdołałem odgadnąć; to pewna, iż odkrywszy rzecz taką, prześladował mnie nią bez końca. Zawsze czułem odrazę do mego mało dostojnego nazwiska tudzież do nader pospolitego, jeżeli już nie gminnego imienia. Słowa te były trucizną dla moich uszu. Toteż kiedy w dzień mojego przybycia drugi William Wilson pojawił się w szkole, obruszyłem się na niego, iż nazywa się tak samo, i w dwójnasób obmierziłem sobie moje nazwisko, iż należało jeszcze do kogoś obcego i w ten sposób dwa razy częściej miało o moje obijać się uszy – że ten obcy będzie przebywał ciągle w mym towarzystwie i że ta wstrętna, przypadkowa okoliczność w zwykłym trybie szkolnego życia jego sprawy pomiesza z moimi.

Rozbudzona w ten sposób niechęć wzmagała się w miarę, jak wychodziły na jaw szczegóły, wykazujące fizyczne i duchowe podobieństwo między mną a mym współzawodnikiem. Nie wiedziałem wówczas jeszcze, iż byliśmy w tym samym wieku, lecz spostrzegłem, iż nie różnimy się wzrostem, i zauważyłem, iż w ogólnym wyglądzie i w rysach twarzy istnieje między nami osobliwsze podobieństwo. Gniewały mnie również szerzące się – jak już powyżej wspomniałem – pogłoski o rzekomym naszym pokrewieństwie. Słowem, nic nie mogło większej sprawić mi przykrości (acz nie dawałem tego poznać po sobie) niż aluzje dotyczące naszego podobieństwa w pochodzeniu, uzdolnieniu lub wyglądzie. Co prawda, poza owym domniemanym pokrewieństwem tudzież poza tym, co Wilson sam wiedział, nie było żadnego powodu do przypuszczeń, jakoby to podobieństwo miało zwrócić na siebie uwagę naszych kolegów lub, co więcej, stać się przedmiotem ich rozmów. To pewna, iż on znał je i śledził we wszystkich przejawach z nie mniejszą ode mnie bacznością; lecz że zdołał w nim odkryć nieprzebraną dziedzinę prześladowań, przypisuję to tylko – jak już wspomniałem – nadzwyczajnej jego bystrości.

Uwziął się, by stać się doskonałą mą kopią zarówno w słowach, jak w zachowaniu się, i z roli tej wywiązywał się niezrównanie. Z ubraniem poszło mu bardzo łatwo; z nie mniejszą łatwością przyswoił sobie moje ruchy i całość zachowania się; nawet mój głos nie uszedł jego baczności – mimo wrodzonej mu wady. Nie naśladował wprawdzie mych tonów wyższych, lecz barwa brzmień nie różniła się niczym do tego stopnia, iż szczególniejszy jego szept wydawał się wiernym echem mego głosu.

Jak bardzo dręczył mnie ten dokładny portret (gdyż właściwie nie mogłem nazwać go karykaturą), tego nie zdołam dziś opisać. Jedyną mą pociechą było to, iż nikt widocznie nie zauważył tego naśladownictwa i że mnie tylko nękał świadomy i pełen dziwnie gorzkiego szyderstwa uśmiech mojego imiennika. Zadowolony z przykrości, którą rozmyślnie ubódł mnie do żywego, zdawał się naigrawać w głębi duszy z zadanego mi ciosu, lecz okazywał szczególniejsze lekceważenie dla oklasków, które na pewno zjednałby mu dowcipny jego pomysł, uwieńczony najzupełniejszym powodzeniem. Całymi miesiącami na próżno łamałem sobie głowę, dlaczego koledzy nie domyślili się jego zamiaru, nie zauważyli, gdy go wykonał, i nie wzięli udziału w złośliwym jego triumfie. Być może, iż podobieństwo, przyswajane stopniowo, mnie na razie rzucało się w oczy lub, co jest o wiele prawdopodobniejsze, iż zawdzięczałem me bezpieczeństwo mistrzowskiemu poczuciu kopisty, który gardząc niewolniczą wiernością (to jest tym, co dla bezmyślności ludzkiej stanowi jedyną w obrazach zaletę), odtwarzał natomiast w całej pełni ducha oryginału ku mej osobistej rozwadze i utrapieniu.

Wspomniałem już o niesmacznej pieczołowitości, z którą mi się narzucał, oraz o jego częstym, jawnym wtrącaniu się w zakres mej woli. Wtrącanie się to przybierało niejednokrotnie niemiłe cechy przestrogi – przestrogi nie tyle otwartej, ile raczej domyślnej i podsuniętej. Odpłacałem się oburzeniem, które wzmagało się z każdym rokiem. Dziś wszakże, po tylu latach, muszę mu oddać sprawiedliwość i przyznaję, że napomnienia mojego współzawodnika nie wynikały nigdy z płochości i błędów, właściwych niedojrzałej i niedoświadczonej młodości, że górował nade mną może nie tyle zdolnościami i znajomością życia, ile subtelnym poczuciem moralnym, i że byłbym dziś o wiele lepszy i, co za tym idzie, o wiele szczęśliwszy, gdybym tak często nie odtrącał rad, zawartych w owych znaczących podszeptach, których z całej duszy nienawidziłem, wywzajemniając się za nie cierpką pogardą.

Z czasem doszło do tego, iż zapamiętałem się bezgranicznie przeciw tej jego uprzykrzonej opiece i coraz jawniej okazywałem mą niechęć do tego, co wydawało mi się w nim nieznośną arogancją. Powiedziałem poprzednio, iż w pierwszych latach znajomości koleżeństwo nasze mogło z łatwością przedzierzgnąć się w przyjaźń; natomiast pod koniec mojego pobytu, niemal w miarę jak łagodniała właściwa mu natarczywość, uczucia moje względem niego jęły stanowczo przeobrażać się w nienawiść. Mam powody do przypuszczenia, iż przy pewnej sposobności to zauważył i odtąd mnie unikał lub przynajmniej udawał, że unika.

Mniej więcej w tym samym czasie przyszło raz między nami do zapamiętałej sprzeczki, podczas której uniósł się więcej niż zazwyczaj, okazując w słowach i czynach otwartość, obcą niemal jego naturze. Zauważyłem wtedy – lub przynajmniej zdawało mi się, że zauważyłem – w tonie jego głosu, w zachowaniu się i całym wyglądzie coś, co najpierw mnie przeraziło, a później głęboko zastanowiło, przywodząc na myśl zamierzchłe wizje z najwcześniejszego mego dzieciństwa – dziwne jakieś, bezładne, gnębiące wspomnienia z czasów, kiedy pamięć moja jeszcze nie istniała. By jaśniej określić wrażenie, jakie mną wówczas wstrząsnęło, dodam jeszcze, iż niełatwo mi przyszło oprzeć się przeświadczeniu, jakobym kiedyś, przed wiekami, w niezmiernie odległej przeszłości znał już stojącą przede mną istotę. Złudzenie to pierzchło wprawdzie równie szybko, jak powstało, a wspominam o nim jedynie dlatego, by bliżej oznaczyć dzień, w którym po raz ostatni rozmawiałem z mym osobliwym imiennikiem.