Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Thomas Berryman w wieku osiemnastu lat postanawia zostać płatnym zabójcą. Karierę rozpoczyna na Południu Stanów Zjednoczonych, popełniając trzy morderstwa doskonałe.
Przystojny, inteligentny, sympatyczny, przedstawia się jako prawnik i budzi powszechne zaufanie. Przez lata zarabia na życie zabijaniem. Lecz nikt nie podejrzewa go nawet o drobne wykroczenie. Aż do chwili, gdy pewien wścibski dziennikarz zaczyna podążać jego śladem...
[fragm..]
ISBN 83-241-0232-9
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 264
Rok wydania: 1999
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aułor zajmujący pierwsze miejsca na amerykańskich lisłach bestsellerów
NUMER THOMASA BERRYMANA
Powieści JAMESA PATTERSONA
w Wydawnictwie Am ber
CAŁUJ DZIEWCZĘTA CIEŃ HAWANY CZARNY RYNEK JACK IJILL KOT I MYSZ
ŁASICA NOCNY KLUB NUMER THOMASA BERRYMANA PAJĄK NADCHODZI PODMUCHY WIATRU RÓŻE SĄ CZERWONE ZABAWA W CHOWANEGO
I) JAMES) JAMES
ATTERSON
West Hampton, 10 lipca
West Hampton, 17 lipca
Lake Stevens, stan Waszyngton, 19 i 20 stycznia
Amagansett, 13 lipca
Nashville, 14 lipca
Nashville, 15 lipca
West Hampton, 17 lipca
Nowy Jork, 14 czerwca
Hampton Bays, 20 lipca
Hampton Bays, 18 czerwca
Hampton Bays, 19 czerwca
Revere, Massachusetts, 22 lipca
Nowy Jork, 21 czerwca
Hampton Bays, 23 czerwca
Quogue, 24 czerwca
Hampton Bays, 24 czerwca
Nashville, początek września
Nashville, 25 czerwca
Nowy Jork, 24 i 25 czerwca
Nashville, 27 czerwca
Nashville, 28 czerwca
Claude, Teksas, 29 i 30 czerwca
Nashville, 12 października
Punk
icK i n J I r\
ATTERSON
NUMER THOMASA BERRYMANA
Przekład
Izabela Bukojemska Barbara Orłowska
&
AMBER
Tytuł oryginału THE THOMAS BERRYMAN NUMBER
Redaktorzy serii MAŁGORZATA CEBO-FONIOK ZBIGNIEW FONIOK
Redakcja stylistyczna MAGDALENA STACHOWICZ
Ilustracja na okładce DANILODUCAK
Opracowanie graficzne okładki STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER
Skład
WYDAWNICTWO AMBER
Wydawnictwo Amber zaprasza na stronę Internetu http://www.amber.sm.pl
Copyright © 1976 by James Patterson.
Ali rights reserved.
No part of this book may be reproduced in any form or by any electronic or mechanical means, including information storage and retrieval systems, without pennission in writing from publisher, exept by a reviewer who may quote brief passages in a review.
For the Polish edition Copyright © 1999 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 83-241-0232-9
nn ino UfWYDAW,v,1CTWO AMBER Sp. z o.o.
Warszawa, ul. Zielna 39, tel. 620 40 13, 620 81 62 Warszawa 2003. Wydanie 11 Druk: Finidr, s.r.o., Ćcsky TćŚin
Prolog
Na farmie (1962)
Claude, Teksas, 1962
Tego roku, kiedy Thomas Berryman i Ben Toy opuścili Claude w Teksasie -czyli w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim - Thomas miał zwyczaj nosić czarne kowbojskie buty z czerwonymi gwiazdkami na kostkach. Do każdego buta wkładał po cztery dwudziestodolarowe banknoty. Około połowy lipca pieniądze zaczynały rozpadać się na strzępy i śmierdzieć jak spocone stopy.
Pewnego nie zapowiadającego nic dobrego popołudnia na prowincjonalnej drodze numer pięć pojawił się błyszczący wóz marki Coupe de Ville. Metaliczno-niebieski. Na zderzakach połyskiwały promienie słońca tworząc migające gwiazdki i spirale.
Thomas i Ben Toy obserwowali, jak samochód się zbliża przemierzając paskudną pustynię Panhandle. Nie mieli nic innego do roboty.
- Zanudzę się na śmierć i wkrótce wyciągnę kopyta gdzieś pod płotem - wyznał Berryman jakiś czas wcześniej. Toy wtedy tylko lekko się uśmiechnął.
- Słyszałeś o tym czarnowłosym dupku Raymondzie Cone? Pewnie tak - zaczął teraz Toy.
- Zawsze mówiłem, że tak się stanie - Berryman zaciągnął się w zamyśleniu papierosem bez filtra i wypuścił kłąb dymu. - Słyszałem, co mówił o tej Nadine w chevrolecie swojego starego. Tak musiało się stać.
- Myślisz, że się z nią ożeni?
- Jasne. Tak się zawsze tutaj dzieje od setek lat. Potem staruszek zaprosi go na pepsi w Amarillo, a ona będzie miała dziecko. Następnie on zostawi ich oboje
i wyjedzie do Reno, Nevady lub Kalifornii. Nie cierpię tego. Naprawdę.
Toy wyciągnął niewielki pognieciony zwitek banknotów pięcio-, dziesięcio-i jednodolarowych i zaczął je przeliczać.
- On mówi, że raczej włoży sobie trzydziestkę do ust. Zanim poślubi Na-dine.
- Tak, no cóż... Szybko zacznie zbierać puste butelki. To mu wybije z głowy te pomysły.
Thomas Berryman osłonił dłonią okulary słoneczne, by lepiej widzieć nadjeżdżający samochód. Kłąb brunatnego pyłu podążał za wozem niczym proporzec. Drogę przecinały mu myszołowy kierujące się na wschód w stronę wodospadów Wichita.
Kiedy coupe zbliżył się na odległość dwudziestu kilku metrów, Berryman wyciągnął rękę z odstawionym kciukiem.
- Jedziesz czy nie? - spytał Toya.
Tymczasem wielkie auto, jadące dotąd ze stałą prędkością, zwolniło, by się zatrzymać.
Kierowcą okazał się biskup z Albuquerque, ojciec Luis Gonsolo. Obaj młodzieńcy opuścili Claude w Teksasie razem z nim. Podróżowało im się razem całkiem dobrze aż do Nowego Jorku.
Thomas Berryman i Ben Toy wjechali do metropolii w wielkim stylu... nowiutkim, połyskującym metalicznie niebieskim coupe de ville... bez biskupa.
Wstęp
Thomas Berryman według Jonesa (1974)
Moi rodzice, Walter i Edna Linda Jones wcale nie chcieli, żebym został lekarzem, prawnikiem czy też po prostu człowiekiem sukcesu; pragnęli tylko, żebym był dystyngowany i wytworny. Mocno ich jednak rozczarowałem; zostałem dziennikarzem.
Napis nad biurkiem Ochsa Jonesa
Steve McQueen jest zabójcą, któremu musisz dodać otuchy i zapału.
Gazeta „Movie Review"
Zebulon, Kentucky, 1974
W listopadzie tego roku przyjechałem do mojego rodzinnego miasta Zebulon w okręgu Poland w Kentucky. Wróciłem do domu, aby napisać o śmierci Bertra-ma Poole'a, porucznika Martina Weesnera oraz mojego przyjaciela, Jimmiego Lee Homa z Nashville w Tennessee... jednak przede wszystkim po to, by opisać coś, co redaktor gazety „Nashville Citizen-Reporter" nazwał „Numerem Thomasa Berrymana".
Tę książkę tworzyłem głównie z myślą o swojej dziewięcioletniej córce, Cat.
Historia ta przypomina filmy Sama Peckinpaha: mamy tutaj w sumie sześć zabójstw. To opowieść o młodym Teksańczyku, który w wieku osiemnastu lat postanowił zostać zawodowym mordercą. Z tego, co wiem, swoją decyzję przypieczętował pozbawiając na początek życia kilka pięknych antylop oraz meksykańskiego księdza, a raczej biskupa.
Luźne obserwacje: W pewnym artykule z gazety z Houdson przeczytałem: Co najmniej pięciu ludzi w Stanach Zjednoczonych zarabia ponad dwieście tysięcy dolarów rocznie działając jako niezależni (nie związani z mafią) płatni mordercy." Składając wycinek z gazety i wsuwając go do portfela, zastanawiałem się, jaki oni, u diabła, mają punkt widzenia tam w Houston.
Luźne obserwacje: Bardzo niewielu rzeczywiście rozumie, co naprawdę kieruje ludźmi, którzy czynią zło... Większość tych, którzy o nich piszą, ukazuje ich, jak na mój gust, w zbyt czarnych kolorach. Albo znowu próbują dodać im nieco słodyczy i pikanterii niczym w filmie Bomie and Clyde... W każdym razie nie sądzę, żeby każdy czamy charakter odznaczał się tępotą i nie wydaje mi się, by koniecznie musiał być posępny... W rzeczywistości Thomas Berryman był zupełnie inny.
Luźne obserwacje: Pewnego dnia pokazałem Cat coś, co dała mi dziewczyna Berrymana: pneumatyczny pistolet typu Crossman. Chciałem zademonstrować, jak działa, i niechcący przestrzeliłem narzutę na kanapę pani Mullhouse. Było to tak ciężkie przeżycie dla tej starej kocicy, że wkrótce umarła.
Luźne obserwacje: Nawet w odwiedzanym przez okolicznych farmerów barze „Paradise" Doca Fiddlera, jednym z najbardziej znanych w stanie Tennessee, wisi teraz nad rzędem butelek plakat z podobizną Jimmiego Horna. Losy Horna stały się kanwą dramatu moralnego, a ludzie lubią dramaty, obojętnie jakie.
Ostatnia uwaga: W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku Thomas John Berryman ukończył szkołę średnią w Plains z najlepszymi wynikami, jakie uzyskano kiedykolwiek w całym okręgu Potter w Teksasie. Jego nauczyciele poinformowali mnie, że miał on fotograficzną pamięć, a iloraz inteligencji równy
sto sześćdziesiąt sześć.
Po dalszych dociekaniach odkryłem, że znany był również z bezwstydnych obyczajów i przezywano go „królem rozpusty".
Kobiety, z którymi przestawał, powiadały tylko, że wzbudzał w nich poczucie nizszosci. Nawet te, które darzyły go największą sympatią, nigdy nie czuły się
z nim zupełnie swobodnie.
znanvn?nrQ0^ilUC^' Zj°^°^c Clyde w Teksasie była przekonana, że jest on teraz
z rod7inv RWm lem ® na wschodzie kraju. Na początku myślałem, że to ktoś
że rohił tn enyma"a r0zpuszcza takie plotki; później jednak dowiedziałem się, ze robił to on we własnej osobie.
tym iak dowieT^j1 ^ emerytowanym sędzią okręgowym. Trzy tygodnie po tym, jak dowiedział się, co jego syn zrobił w Tennessee, zmarł na udar mózgu
Berryman mierzy metr osiemdziesiąt dwa centymetry i waży około osiemdziesięciu ośmiu kilogramów. Ma czarne włosy, piwne oczy i niezwykłą jak na swój młody wiek umiejętność koncentracji. Potrafi być także czarujący. Właściwie stanowi uosobienie typowo amerykańskiego wdzięku.
Tło akcji: Cztery miesiące temu trzydziestosiedmioletni burmistrz naszego miasta, Jimmie Horn, został zastrzelony w najbardziej smutnych i dziwnych okolicznościach, jakie tylko można sobie wyobrazić.
Z tego powodu w dniach czwartego, piątego oraz szóstego lipca gazeta „Nash-ville Citizen-Reporter" osiągnęła rekordy sprzedaży.
Być może dlatego, że ludzie w naturalny sposób okazują zainteresowanie, kiedy zginie ktoś powszechnie znany. Znają przypadkowe fakty z życia takich osób i traktują ich niemal jak swoich znajomych. Chcą wiedzieć, w jaki sposób, gdzie, kiedy i dlaczego to się stało.
Wydaje mi się, że zwykle brzmi to mniej więcej tak: szaleniec Bert Poole zastrzelił burmistrza Jimmiego Horna późnym popołudniem bez wyraźnego powodu.
Tak właśnie napisałem, ale tylko ołówkiem na kawałku papieru. W gazecie ukazała się dłuższa notatka o policjancie stanowym, który z kolei zastrzelił Poole^.
Było to zupełne gówno, beznadziejne. ..iw dodatku nieprawdziwe.
Trzy dni później w artykule zamieszczonym w „Washington Post" doniesiono, że człowiek, który zabił Berta Poole'a, nie był żadnym policjantem z Tennessee, jak napisałem oraz jak ogłosiła nasza gazeta w kilku innych notatkach.
Człowiekiem tym okazał się dobrze płatny zabójca z Filadelfii. Nazywał się Joe Cubbah. Zauważono go na zdjęciach zrobionych na miejscu zabójstwa Horna i złapano w Filadelfii.
Wspomnianego policjanta z Tennessee, Martina Weesnera, znaleziono w końcu w bagażniku jego wozu patrolowego. Samochód stał na parkingu przy policyjnych koszarach od trzeciego lipca. Gazeta „Memphis Times-Scimitar" nazwała Cubbaha „bandytą z wyobraźnią".
Rzecz jasna, historia o płatnym mordercy, który zastrzelił innego zabójcą, ogromnie wszystkich zdumiała. Wprawiła także w przygnębienie wiele osób, łącznie ze mną. I wystraszyła niejedną rodzinę, która zamykała teraz starannie drzwi na noc.
Tak się złożyło, iż krótko po tym, jak w „Washington Post" ukazał się wspomniany artykuł, do gazety „Citizen-Reporter" zadzwonił psychiatra z kliniki mieszczącej się na Long Island w Nowym Jorku i rozmawiał przez telefon z jednym z redaktorów prawie przez godzinę. Opowiedział mu, że jego pacjent mówił o zabójstwie Jimmiego Homa mniej więcej na tydzień przed tym wydarzeniem. Podał imię i nazwisko owego pacjenta - Ben Toy - i stwierdził, że byłoby dobrze, gdyby ktoś z gazety przyjechał i z nim porozmawiał.
Wysłano mnie i w taki sposób wplątałem się w tę historią.
W wyniku tej decyzji znalazłem się teraz na odludziu w wiktoriańskim domu na farmie niedaleko Zebulon w okręgu Poland. Jak już wspominałem, mamy teraz listopad.
Wydawało mi się, że znajdę zadowolenie w tropieniu mordercy mojego przyjaciela - doznam uczucia słodkiej zemsty, jak to mówią - ale się myliłem.
Codziennie od czwartej rano do mniej więcej jedenastej próbuję zestawić, a następnie wydobyć sens z ponad dwóch tysięcy stron notatek, uwag oraz wywiadów, by odtworzyć ciąg wydarzeń, które doprowadziły do zabójstwa Horna w lipcu.
Otrzymałem już nieprzyzwoicie dużo pieniędzy w formie zaliczek z czasopism i gazet za artykuły o Thomasie Berrymanie. A oto opowieść o nim.
Część pierwsza
Pierwsza podróż na Północ
West Hampton, 9 lipca
W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku otrzymałem nagrodę George a Polka za kilka artykułów o życiu czarnoskórego burmistrza Jimmiego Lee Horna z Nashville. Seria nosiła tytuł: „Przewodnik piechura po dzielnicy slumsów", jednak w „Citizen-Reporter" ukazała się jako cykl „Czarni
żyją".
Artykuły nie były złe, ale bardziej chodziło o to, że pojawiły się we właściwym czasie i w odpowiednim miejscu: napisałem kipiącą radością życia historię o czarnoskórym człowieku z Tennessee w rok po tym, jak został tam zamordowany Martin Luter King.
Ludziom, którzy mnie oceniali, wydało się to nadzwyczaj właściwe. Uznali moją pisaninę za „życiową".
Miałem szczęście w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym.
Tego dnia, kiedy jechałem do Instytutu Williama Pounda w West Hampton na Long Island, wydawało mi się, że sprawa zaczyna się wyjaśniać. Jednak później okazało się, że historia, jaką miałem opisać, nie dotyczyła tylko zabójstwa Horna; rozrosła się znacznie ponad to wydarzenie.
Zaparkowałem wynajęty samochód koło szpitala na zatłoczonym placu opatrzonym napisem „Dla odwiedzających". Uzbrojony w magnetofon, z płaszczem przerzuconym przez ramię, ruszyłem chodnikiem z popękanych płyt, obsadzonym po obu stronach rzędami starych, pochylonych dębów.
Na początku nie zwróciłem większej uwagi na budynek szpitala. Byłem zbyt zajęty użalaniem się nad sobą.
Luźne obserwacje: Człowiekiem, który wyglądał na najbardziej zagubionego i pokręconego w całym Instytucie Williama Pounda, z pewnością byłem ja sam ubrany w workowaty biały garnitur, znoszony kapelusz typu panama i elegancką koszulę.
Oto Ochs Jones, trzydziestejednoletni gryzipiórek, który nigdy wcześniej nie zapuścił się dalej na północ niż do Waszyngtonu.
Lekarze podobni do braci Brooks, pielęgniarki oraz pacjenci spacerujący po szpitalu nie zwracali jednak na mnie najmniejszej uwagi.
To nie było dla mnie łatwe - nawet o dziewiątej trzydzieści w dżdżysty, nieprzyjemny poranek.
Ludzie przeważnie mnie zauważają.
Mam krótko obcięte jasne włosy, nieco tylko dłuższe po bokach, z łysiną na czubku głowy - przypominam więc nieco franciszkanina. Gdy nie noszę okularów, mam lekkiego zeza, a że padało, musiałem je zdjąć. W dodatku liczę sobie metr dziewięćdziesiąt siedem i rzucam się w oczy, nawet jeśli nie noszę dziwacznych ubrań.
Tutaj jednak nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Jedna kobieta, chyba lekarka, rzuciła mi przelotne: „Cześć, Michael". „Ochs", poprawiłem ją i na tym skończyło się nasze powitanie.
Szczerze wątpiąc w to, że Ben Toy ma mi coś ciekawego do opowiedzenia, posłusznie ruszyłem w kierunku wskazanym przez strzałkę z napisem: BOW-DITCH.
Podłogi w Instytucie Pounda były czyste, zielone jak trawniki w parku i pachniały świeżością. Szpital przypominał mi miasteczka uniwersyteckie we wschodniej części kraju, w takich miejscach jak Ihtaca, Swarthmore czy Hobart.
Zbliżała się dziesiąta. Szedłem mijając masywne budynki z czerwonej cegły stojące przy brukowanej, równie czerwonej drodze.
Od czasu do czasu jakiś cadillac lub mercedes przejechał z dozwoloną tutaj prędkością piętnastu kilometrów na godzinę.
W secesyjnych domach, obok których przechodziłem, mieściły się różne oddziały tutejszego szpitala.
W jednym z budynków mieszkali starsi pacjenci przykuci do łóżek. W innym równie wiekowi, ale tacy, którzy mogli jeszcze pałętać się wokoło - przeważnie po lobotomn.
Czteropiętrowy gmach przeznaczony był wyłącznie dla dzieci w wieku powyżej at lesięciu. Mała dziewczynka siedziała kołysząc się w oknie na parte-
• rzypominała mi Anthony'ego Perkinsa z końcowej części Psycho. dostrio?t0W, em kl'ka obserwacji, ale poczułem się przy tym głupio. W końcu nięty^ W 0rym Ben Toy: Bowditch, męski oddział zamk-
Przed oddziałem dla dziewcząt przydarzyła mi się dziwna historia.
Dziewczyna o pulchnych ramionach siedziała na mokrym frontowym trawniku blisko drogi, którą szedłem. Grała na gitarze z jasnego drewna i śpiewała znaną piosenkę. Była to niemal recytacja.
There s something goin' on
Butyou don 't know what it is,
Do you, Mr. Jones? 1
Nazywam się Ochs Jones, mam trzydzieści jeden lat i dwie córki... Jedynym aktem przemocy, jaki mogłem sobie przypomnieć ze swojego życia, była historia, którą usłyszałem jako mały chłopiec - że brat mojego dziadka, Ochs Jones, został powieszony w Moon w Kentucky za kradzież koni... ale i tak nie wiedziałem wtedy, o co chodzi.
Właściwie rozumiałem znacznie mniej, niż mi się wydawało.
Ostatni z secesyjnych budynków był nieco inny, jakby zbudowany bez jednolitego planu. Wyglądał mniej urzędowo i wydawał się bardziej zaniedbany od innych. Otaczał go sosnowy zagajnik; między drzewami rosły zielone, sięgające pasa zarośla. Za tylnym dziedzińcem biegł wysoki palisadowy płot.
Na frontowych drzwiach wisiała ozdobna złota tabliczka z napisem: BOWDITCH.
Człowiek, który dzwonił do „Citizen-Reporter", doktor Alan Shulman, powitał mnie w przedsionku. Poinformował od razu, że sprawa jest niecodzienna, raczej delikatnej natury i stawiająca go w niezręcznej sytuacji. Szpital, jak stwierdził, do tej pory tylko parę razy wyjawiał dane dotyczące pacjentów - i zawsze miało to związek z procesami sądowymi.
- Ale morderstwo - dodał - to niezwyczajna sprawa. Chcemy pomóc.
Shulman wyglądał jak typowy nowojorczyk. Kręcone, ciemne włosy, nieco przerzedzone. Na nosie okulary w czarnych oprawkach z maleńkimi srebrnymi strzałkami w rogach. Prawdopodobnie liczył sobie trzydzieści parę lat. W jego głosie wyczuwało się akcent brooklyński, lub rodem z Queens, który brzmiał w moich uszach dosyć osobliwie.
Paru przygarbionych mężczyzn za oknami przesłoniętymi metalową siatką rzucało na nas zaciekawione spojrzenia, jakbyśmy stojąc tak razem stanowili interesujący przedmiot obserwacji.
Nieprzerwany strumień deszczu szumiąc głośno spływał rynną przy ganku.
Shulmanowi i mnie coraz trudniej było dosłyszeć wzajemne argumenty w dyskusji, jaka się rozwijała.
- Wyjechałem z domu około piątej, może piętnaście po piątej rano - powiedziałem podnieconym głosem, przeciągając samogłoski w sposób typowy dla ziomków z Południa. - Potem wsiadłem w samolot tych okropnych linii Southern Airways i wylądowałem na lotnisku Kennedy'ego... koszmarny lot.. .zatrzymywaliśmy się w takich miejscach jak Dohem w Alabamie... Potem wynająłem samochód i przejechałem błądząc kawał drogi na Long Island. A teraz pan nie chce mnie wpuścić, żebym porozmawiał z tym Toyem... Czy tak, doktorze Shulman? Dobrze pana zrozumiałem?
Shulman pokiwał tylko czarną kędzierzawą głową i odparł:
- Ben Toy miał bardzo ciężką noc. Odkąd tu jest, raz z nim lepiej, raz gorzej... Wydaje mi się, że chciałby najpierw dojść do siebie. Nie sądzę, by postanowił targnąć się na życie... Więc może porozmawiałby pan z nim jutro. A może nawet dziś wieczorem. Ale nie teraz.
- Do diabła.
Pokręciłem głową. Rozluźniłem krawat i parsknąłem śmiechem. Często zdarza mi się śmiać w niewłaściwych sytuacjach. Wiem, że psuje to mój wizerunek. Jednak bywa, że nie traktuję siebie zbyt poważnie i nie da się tego ukryć.
Kiedy Shulman także się roześmiał, od razu go polubiłem. Śmiał się w taki sposób, że trudno było zachować powagę. Pewnie Wykorzystywał to w kontaktach z pacjentami.
- No cóż, w takim razie niech mnie pan chociaż zaprosi na filiżankę kawy -zaproponowałem szczerząc zęby.
Doktor poprowadził mnie przez tylne drzwi do pomieszczenia dla pielęgniarek. Dostrzegłem kątem oka kilka z nich, a także kilku pacjentów i wszędzie mnóstwo pleksiglasu. Weszliśmy do następnego pokoju, wyłożonej drewnianą boazerią sali konferencyjnej, gdzie Shulman osobiście przyrządził mi kawę.
Po wymianie paru ogólnikowych zdań na niezobowiązujące tematy wyznał mi, dlaczego zaczął podejrzewać, że Ben Toy ma coś wspólnego z zabójstwem Jimmiego Homa, Berta Poole'a oraz porucznika Marta Weesnera.
Ja zaś wyjaśniłem mu, czemu większość dziennikarzy z gazety „Citizen-Re-porter" w to wątpiła.
Widzieliśmy bowiem film, na którym zarejestrowano tragiczne wydarzenie, dy puszczono go powoli, klatka po klatce, widać było wyraźnie, jak młody Poo-le strzela Hornowi w pierś i w twarz.
Podejrzenia Shulmana wywodziły się zaś z niejasnych przeczuć (prawdopo-° meia że wPływał nie dokuczliwy fakt, iż policja pewnie nigdy nie wydostanie Bena Toya ze szpitala, by zeznawał przed sądem).
wrażeniaP°^u^^em Shulmana, jego teoria nie zrobiła na mnie specjalnego czasu iau;0-1 S'^ ^an !^e martw' ~ zapewnił mnie - ta historia okaże się warta
niąpan odPowieaI?o°SWięCl11 dochody- Jeśli Pokie™je
Mając więc na uwadze, że ta podróż jeszcze mi się opłaci, po opuszczeniu kliniki wybrałem się na wycieczkę - skierowałem się na południe i przejechałem około dziesięciu kilometrów.
Skręciłem wynajętym wozem w boczną drogę i udałem się nad ocean, aby po raz pierwszy w życiu się w nim wykąpać.
Gdybym wiedział, jak niewiele będę miał czasu podczas następnych pięciu miesięcy, wykorzystałbym to wolne popołudnie jeszcze lepiej.
Po deszczowym dniu przyszła piękna bezchmurna noc; ciemne niebo mieniło się różem i błękitem.
Kiedy szedłem z powrotem brukowaną szpitalną alejką, miałem na sobie niebieskie dżinsy i białą koszulę wsuniętą w spodnie. Był wieczór, ósma trzydzieści. Poproszono mnie, bym o tej porze przyjechał z powrotem do Bowditch.
Brodaty, przypominający rabina asystent miał nagrywać moją rozmowę z Benem Toyem i nadzorować wizytę. Ze sznurkowego paska przy lewisach zwisał mu, pobrzękując, pęk kluczy i innych metalowych gadżetów. Na plastikowej plakietce widniało jego nazwisko - RONALD ASHER, PRACOWNIK SZPITALA PSYCHIATRYCZNEGO.
Trzymając notesy i ołówki szliśmy długim korytarzem, pokrytym szarym chodnikiem, mijając mieszczące się po obu stronach przestronne sypialnie z białymi firankami w oknach.
Kiedy wyobraziłem sobie, że ktoś mógłby mnie tu zamknąć, poczułem lekkie zdenerwowanie. Przeczesałem włosy dłonią.
- Nasz pokój odosobnień nie jest zbyt duży - powiedział Asher. - To coś w rodzaju izolatki. Przeznaczamy ją dla pacjentów, którzy zachowują się gwałtownie. Wobec personelu, innych chorych oraz samych siebie.
- A co z tego uczynił Ben Toy? - spytałem.
- Potrafi nieźle narozrabiać - duże białe zęby błysnęły w gęstwinie brody. -Był tam parę razy za wszystkie trzy przewinienia. Czasami naprawdę się awanturuje, ale bywa też całkiem miłym gościem.
Asher zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami. Jednymi z wielu. Kiedy otwierał je przy użyciu dwóch różnych kluczy, zajrzałem do środka przez mieszczące się w drzwiach okienko wielkości książki.
Pokój istotnie był niewielki.
W małych brudnych oknach prócz metalowej siatki tkwiły czerwone kraty. Na parapecie stała miska z niedojedzoną porcją płatków śniadaniowych z mlekiem. Na zewnątrz było widać palisadowe ogrodzenie i podwórze do ćwiczeń.
Ben Toy siedział na jedynym meblu, jaki znajdował się w pokoju - wąskim, niebieskim materacu w drobne prążki. Miał na głowie czamy kowbojski kapelusz filcowy z szerokim rondem, ale gdy zobaczył w okienku moją twarz, ściągnął go.
- Właźcie, do diabła - usłyszałem przyjazny, stłumiony głos. - Drzwi są zamknięte tylko trzykrotnie.
Asherowi właśnie udało się je otworzyć.
Ben Toy był wysokim, szczupłym mężczyzną koło trzydziestki, z jasnymi przetłuszczonymi włosami. Na jego twarzy często pojawiał się krótki, przelotny uśmiech. Wygladał jak Jon Voight na drodze do nieszczęścia.
Miał na sobie jedynie białe spodnie od piżamy, a żebra wystawały mu tak, że można je było policzyć. Na piersi rosły mu kręcone kasztanowe włosy. Ogólnie wygladał na dosyć wyniszczonego.
Asher twierdził, że Toy próbował zagłodzić się na śmierć, kiedy trafił do szpitala. Podobno przedtem był całkiem przy kości.
Kiedy Toy odezwał się, jego głos ledwo było słychać. Jakby starał się sprawić wrażenie, że cierpi na depresję. Mówił jak odurzony.
- Człowieku, wyglądasz jak chrześcijański mnich - powiedział uprzejmie, przeciągając słowa.
- O cholera - roześmiałem się, a on zawtórował. Teraz wydawał się zupełnie normalny. A może czarnobrody asystent był zaklinaczem wężów.
Po chwili przyglądania się sobie nawzajem przeszliśmy od razu do tematu Jimmiego Homa.
Prawdę mówiąc, to ja zacząłem, a Toy zaraz się rozgadał.
Wiedział, jak Horn wyglądał, gdzie mieszkał, w którym dokładnie miejscu znajdowała się siedziba jego komitetu wyborczego. Znał imiona dwojga dzieci Homa, jego rodziców; całą masę drobnych szczegółów, którymi nikt spoza Tennessee nigdy by się nie zainteresował.
Kiedy to usłyszałem, zacząłem mówić szybciej i bardzo uważnie słuchać. W magnetofonie taśma wciąż się kręciła.
- Czy wiesz, kto zabił Horna? — spytał mnie Toy.
Tak, wydaje mi się, że wiem. Facet o nazwisku Poole, Bert Poole. Włóczęga, który całe życie mieszkał w Nashville. Trochę walnięty.
Skąd wiesz, że to on? - dopytywał się dalej Toy.
Pytanie zabrzmiało bardzo poważnie i rzeczowo, jakby wypowiedziane głosem wiejskiego bukmachera. Ben powoli obracał w dłoni czarny kapelusz.
o pierwsze - odparłem - widziałem to w telewizji. A poza tym rozmawiałem z mnóstwem ludzi, którzy tam byli.
Toy spojrzał na mnie krzywo.
ny siebie^0020'6 n'e z ty1*"'co trzeba - rzekł. Wydawał się bardzo pew-
miego Homa Wspomn'a* ° Pewnym pośredniku zaplątanym w sprawę Jim-I wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Thomasie Berrymanie.
Provincetown, 6 czerwca
Toy wspominał o początku czerwca tego roku; o Provincetown w stanie Mas-
Młody Harley John Wynn zaparkował samochód w cieniu ratusza w Provin-cetown i ruszył w stronę Commercial Street, rozmyślając o władzy i pieniądzach Był wysoki, miał jasne włosy i dziecinną twarz, niczym F. Scott Fitzgerald na fotografiach z dzieciństwa. Przyjechał wozem marki Lincoln IV. Przypominał nieco Thomasa Benymana.Obaj modnie się ubierali, byli chłodni i rzeczowi, a także niepokojąco pewni siebie.
Harley Wynn szukał Berrymana przez ponad trzy tygodnie. Wreszcie udało mu się we wtorek poprzedzający ostatni weekend trafić na jego ślad.
Spotkanie miało się odbyć w Provincetown. Poproszono Wynna, by siedział o dziewiątej czterdzieści pięć na jednej z ławek przed ratuszem i czytał Boston Globe".
Dochodziło wpół do dziesiątej; było chłodno jak na Cape Cod o tej porze roku.
Świeżo skoszona trawa pachniała przyjemnie; Wynnowi przywodziło to na myśl szkolne dziedzińce na dalekim Południu. A sam Cape Cod kojarzył mu się z chorobą Heinego-Mediny.
Uważając, by nie zabrudzić wypolerowanych butów, przystanął w cieniu drzewa tuż przy brzegu trawnika. Odskoczył nagle w bok przed wężem, który jednak okazał się zwojem kabla elektrycznego.
Wzdrygnął się czując dotyk zielonych gałązek wierzby i doszedł do wniosku, że wciąż czuje się otumaniony po podróży.
Na Commercial Street nastał już ranek. Kiedy Wynn znalazł się w blasku bursztynowych świateł, wyczuł lekki zapach wody kolońskiej.
Usiadł na jednej z białych ławek - niedawno malowanych, podobnych do tych przy ratuszu - i spostrzegł, że znajduje się pośród lesbijek i homoseksualistów.
Kilka wysokich blondynek w szkarłatnych i niebieskich skąpych kostiumach, przypominających uprząż. Niscy, zarośnięci faceci w białych japonkach i jasnych marynarskich spodniach, niektórzy w koszulkach bez rękawów i sandałach. Modelki z okładek nowojorskiego „Timesa" pod latarniami.
Wynn zapalił Marlboro, zauważył, że jego wielkie dłonie drżą i głęboko odetchnął.
Rozejrzał się po ulicy szukając Bena Toya.
Zatrzymał wzrok na portyku ratusza, gdzie zobaczył tylko białe gargulce i rozwydrzonych nastolatków kręcących się przy publicznej toalecie.
Wciąż wsuwał dłoń do kieszeni maiynarki i dotykał grubej, brązowej koperty.
Po drugiej stronie ulicy trzydziestoletni Ben Toy i dwudziestodziewięcioletni Thomas Berryman siedzieli w tylnej sali baru A. J. Fogarty'ego i pili piwo oraz krem alkoholowy Taylor.
Dwaj grubo ciosani faceci w drogich okularach słonecznych przypominali zagorzałych kibiców tenisa.
Rozmawiali o Teksasie z dwiema młodymi Irlandkami, które poznali w Hyannis. Jedna z nich miała na sobie spódnicę i bluzkę w szkocką kratę; druga krótką kurtkę, podwinięte dżinsy i prążkowane skarpetki do baseballa.
Toy i Berryman opowiadali stare historie ze swoich stron i wysłuchiwali mniej błyskotliwych, lecz obiecujących opowieści z Bostonu.
Oona, wyższa i ładniejsza z dziewczyn opisywała, jak szła kiedyś Aleją Massachusetts w Bostonie udając, że kuleje.
- Jak ci wszyscy biznesmeni z Pru - powiedziała - ludzie byli zbyt zakłopotani, by na mnie patrzeć. Mogę być sama, jeśli chcę.
Berryman gapił się na nią pijanym wzrokiem, mrugając zaczerwienionymi oczami.
- Niezła historia - uśmiechnął się lekko, a potem zaczął kiwać głową w przód i w tył w rytm wahadła dużego zegara stojącego opodal.
Dochodziła dziesiąta. Słowa piosenki Bette Midler śpiewającej boogie dobiegały z szafy grającej.
Przystojny blondyn zagadywał Oonę ze swojego stołka przy barze.
- Wiesz, kogo mi przypominasz? - wyszczerzył białe zęby. - Lauren Hutton.
- Przepraszam - dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie - ale źle pan trafił.
Tym razem Berryman roześmiał się w głos. Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Po chwili rzekł cicho do Bena:
- Nie wydaje ci się, że już się naczekał?
Toy oblizał pianę z piwa z górnej wargi.
- Nie - odparł. - Jeszcze trochę.
- Jesteś pewien, Ben?
Facet dopiero teraz zaczyna czuć się nieswojo. Boi się, że go nabrałem. Chcę, ze y się wił i miał już dosyć, kiedy pójdę z nim gadać... Chociaż i tak nie potrzebuję takiego cyrku.
Berryman uśmiechnął się do niego.
Wśród chłopaków z Amarillo Toy był niegdyś znany jako „najśmieszniejszy facet w Ameryce".
Uśmiechnął się na widok Wynna, który znowu zaczął przeglądać „Boston Globe". Pieniądze były najwyraźniej w lewej kieszeni jego marynarki" Wciąż pocierał to miejsce łokciem.
Harley John Wynn nie mógłby nie zauważyć Toya wychodzącego z baru Fogarty'ego. Ben wyglądał jak pijany lord; miał długie, jasne włosy i pogodną twarz.
Sunął powoli za jakimś studentem w fiołkowo-różowej bluzie Boston College'^ Przeszedł przez ulicę przeciskając się między samochodami, głównie różnymi rodzajami volkswagenów, i przysiadł cicho na ławce obok Harleya.
Młody prawnik z Południa, Harley Wynn, był zazwyczaj spokojony i opanowany. Wiodło mu się umiarkowanie dobrze. Uważał siebie ża bystrego faceta umiejącego myśleć analitycznie. Utożsamiał się z ludźmi takimi jak Bernie Com-feld czy Robert Yablans - zuchwałymi spryciarzami ze świata biznesu. Teraz on miał pokazać swoją przebiegłość.
Wygląd Wynna, który starał się nie okazywać zdenerwowania, nie zmylił jednak Bena. Prawnika z Południa zdradziły dłonie. Tak spocone, że rozmywały druk na gazecie „Boston Globe". Na czole i czubku nosa Harleya widać było charakterystyczne czarne smugi.
- Właśnie się nad tym wszystkim zastanawiałem - Wynn zatoczył ręką łuk wskazując na ulicę. - Spóźnił się pan prawie o godzinę. Te pedały... Chciał mnie pan postawić w niezręcznej sytuacji - uśmiechnął się chłopięco i wyciągnął do Toya silną dłoń. - Rozumiem to.
Toy zignorował ten gest. Mruknął coś obojętnie i spojrzał na czubki swoich butów.
Wynn roześmiał się w sposób typowy dla ludzi nerwowych, którzy łaskawie się na coś godzą.
Ben Toy wciąż się nie odzywał.
No więc w porządku — nosowy głos Wynna zabrzmiał jakoś sucho. — Horn to całkiem inteligentny czarnuch... Bardzo bystry, trzeba przyznać.
Toy podniósł wzrok i spojrzał rozmówcy prosto w oczy.
- Zlekceważył jednak delikatne uczucia ludzi z Południa. Ale przecież mnie i pana w całej tej sprawie interesują wyłącznie pieniądze - Wynn czekał na skinienie lub jakiś inny znak zgody ze strony Toya.
- Nie mam nic na ten temat do powiedzenia - odezwał się wreszcie loy. Zapalił papierosa, wyciągnął długie nogi w niebieskich dżinsach, rozparł się na ławce i zaczął przyglądać przejeżdżającym samochodom.
Młody prawnik próbował zmusić się do uśmiechu. Zwykle szybko zdobywał czyjąś akceptację i przywykł do tego. Zerknął w stronę, w którą patrzył Toy, spodziewając się, że ktoś jeszcze do nich dołączy.
- Otrzymacie szczegółowe informacje na temat Horna - rzekł. - Dzienny rozkład jego zajęć, jeśli chcecie... - Prawnik wyrzucał z siebie słowa jak komputer.
- No dobra, już wystarczy - Toy w końcu odwrócił się i spojrzał ponownie na Wynna. Zaciskał mocno zęby.
Dźgnął lekko Harleya pięścią w żołądek.
- Mógłbym cię zabić, człowieku - powiedział. - Przestań pieprzyć.
Prawnik zbladł, pot wystąpił mu na czoło. Nie bardzo rozumiał, o co chodzi.
Toy odchrząknął, zanim znowu się odezwał. Splunął gęstą śliną na trawnik.
Światła reflektorów odbiły się w oczach Wynna, a następnie błysnęły w źrenicach Toya.
- Berryman chce znać powód - oznajmił Ben. - Chce wiedzieć dokładnie, dlaczego aż tak wam na tym zależy, że proponujecie tyle forsy.
Pokiwał na Wynna ostrzegawczo palcem, zanim pozwolił mu odpowiedzieć.
- Tylko nie pieprz bzdur.
- Nic nie kręcę - odparł Wynn. - Rozumiem, że to poważna sprawa. Środki ostrożności... Właściwie wszystko jest jasne... Nie może być żadnych podejrzeń, kiedy ta sprawa dojdzie do skutku. Żadnych poszlak. Tu nie chodzi tylko o samo zabicie Horna. Moi ludzie są bardzo czuli na punkcie podejrzeń. Nie chcą, aby ich potem wypytywano.
Ben Toy uśmiechnął się słysząc odpowiedź prawnika. Przysunął się bliżej do niego i poklepał go po pasiastej marynarce w miejscu, gdzie były pieniądze.
Myślę, że już dosyć tych bajek na dzisiaj - powiedział z miękkim teksańskim akcentem. - Dajesz nam teraz połowę szmalu. Masz go w kieszeni marynarki.
Wynn próbował się wymigać.
- Miałem rozmawiać z Berrymanem osobiście — zaprotestował.
- Daj mi forsę, którą miałeś przynieść — zażądał Toy. - Albo idę stąd i koniec gadania.
Facet z Południa zawahał się, lecz w końcu wyciągnął brązową kopertę. Spotkanie dobiegło końca.
. , ,Ben T°y odszedł z piętnastoma tysiącami dolarów, które wepchnął do kieszeni dżinsów. Był bardzo z siebie zadowolony.
w powiltf Bońr^ongratUSZU Wybiial 80dZi"?' DŻWi?k jakby "n0SB Si?
przydać"*'3'6 ^0mas Pstrykał przez okno zdjęcia Wynnowi. Mogły się później I tak rozpoczął się słynny numer Thomasa Berrymana.
Nowy Jork, 12 czerwca
Minęło sześć dni od pierwszego przekazania pieniędzy. W Central Park South w Nowym Jorku spacerował sobie biały gołąb. Przystanął, by dziobnąć rozmokłą chusteczkę higieniczną, a potem podfrunął do granitowego parapetu okna z apartamentu Thomasa Berrymana.
Berryman twierdził, że miejskie gołębie zawsze przysiadały na tym występie ale nigdy nie zaglądały do środka.
Po całym parapecie walały się długie niedopałki cygaretek.
Była kiedyś taka stara sztuczka z Texarkana z przypalaniem ptasich piór za pomocą cygar.
Okno znajdowało się na dziewiątym piętrze i rozciągał się stamtąd widok na Central Park South. Malwniczo położony budynek hotelu był wysoki i ciemnoszary.
Pewien znany bankier - faszysta — popełnił kiedyś samobójstwo wyskakując z jednego z pobliskich okien sięgających od podłogi do sufitu. Przywiązał linę do kaloryfera, skoczył i się powiesił.
Berryman ma gruby kark i ciemne włosy, dlatego z tyłu wygląda groźnie. Z przodu jednak zupełnie inaczej. Ludzie od razu nabierają do niego zaufania. Niemal wszyscy bez wyjątku.
Twierdzi, że potrafi ciężko pracować; jest cierpliwy i wytrwały, gdy ma przed sobą jakieś zadanie do wykonania. Podobno przeczytał wszystkie książki Karola Dickensa, zanim skończył czternaście lat, ale uczynił to tylko dlatego, by doprowadzić do końca to, co zaczął.
Jest postawnym mężczyzną o szerokich ramionach i wełnistych włosach. Ma ciemniejsze od włosów, gęste wąsy w stylu modnym za czasów wojny secesyjnej.
Z wyglądu przypominał mi irlandzkich futbolistów, a przynajmniej tych, których widywałem na zdjęciach, ponieważ moje kontakty ze sportem były raczej ograniczone. Świetnie pasował też do reklamy cygar Tiparillo.
Tego czerwcowego ranka włączył elektryczny wentylator i starym zwyczajem wyciągnął cygaro, które pomagało mu otrząsnąć się ze snu.
Zaciągnął zasłony w oknie wysokim na całą ścianę. Zniknęły przypominające lizaki drzewa z Central Parku i dwukołowe pojazdy. A także Hotel Plaża.
Na końcu zniknął leniwy koń w niebieskim słomianym kapeluszu i Berryman roześmiał się. Nie pracował od czterech miesięcy. Pławił się w słońcu w Mazatlan i Caneel Bay. Był świeżutki jak róża.
Thomas Berryman nazywał niekiedy roboty, jakie mu się trafiały, numerami. Mówił, że przygotowuje się do następnego numeru; odstawia jakiś numer. Tym razem miał to być numer z Hornem w roli głównej.
Przez następne trzy dni starannie przygotowywał się do spotkania z Lee Hornem. Przeczytał wszystko, co kiedykolwiek o nim napisano i wszystko, co Hom sam napisał. Czytał wszystko, co tylko mógł znaleźć, i to po dwa razy. Aż zaczęły go boleć oczy. Aż poczuł, że pęka mu głowa.
Przesiadywał w zatłoczonej bibliotece i pracował sumiennie niczym sekretarz arcybiskupa. Nie nosił kowbojskich butów. Spryskiwał się drogą wodą ko-lońską, a dla relaksu czytał książki Larry'ego McMurtry'ego. Obsesją Berrymana było uczyć się, uczyć i jeszcze raz uczyć.
Przyjaźń z Berrymanem wychodziła Benowi na dobre.
Mieszkał w nadbudówce wysokościowca w apartamencie za sześćset dziewięćdziesiąt pięć dolarów miesięcznie. Był właścicielem sklepu z kwiatami i zabawkami przy Osiemdziesiątej Dziewiątej Ulicy w Yorkville i czasami sam go obsługiwał. Maleńka kwiaciarnia stanowiła jego hobby. Niekiedy czuł, że jest kimś lepszym, a nie tylko cwanym kowbojem z kilkoma dolarami w kieszeni do przepuszczenia w barze.
Któregoś popołudnia, kiedy zamykał sklep - trzymając w wolnej ręce skórzaną teczkę, a papierosa zawadiacko przekrzywionego w kąciku ust - poczuł, jak wyparowuje z niego nagle cała ta chłodna, mieszczańska elegancja, czy też to, co najbardziej typowe dla mieszkańców dzielnicy Upper East Side.
Benowi wydało się, że zobaczył Harleya Wynna obserwującego go zza rogu East End Avenue.
Toy rozejrzał się najpierw po ulicy mrużąc oczy przed słońcem. Potem ruszył truchtem. Ze swoją teczką w ręku, mimo zwalistej sylwetki, wyglądał trochę jak kobieta.
Wynn - czy ktokolwiek to był - odwrócił się tyłem do wiatru, by zapalić papierosa. Jak w filmie Alfreda Hitchcocka. A następnie zniknął w budynku z czerwonego piaskowca na rogu ulicy.
Toy podbiegł i zatrzymał się na chodniku przed domem.
- Wynn - krzyknął ochrypłym głosem w stronę dachu. - Wynn! Hej, Wynn! Ty pieprzony dupku! - wrzeszczał. - Ej, ty!
W oknach na ostatnim piętrze stało pełno niebieskich i czerwonych doniczek. Zgaszone światła na pierwszym piętrze. Po Wynnie ani śladu.
Drobna staruszka w czerwonym burdelowym kimonie wyszła na balkon, by
zobaczyć, co się dzieje. Wewnątrz domu zaczęły ujadać wielkie psy. Dozorca
wyglądał na ulicę, jakby mając nadzieję, że ujrzy tam którąś z miejscowych plot-Karek.
• i, BfnT°y w końcu żółtą taksówkę sunącą wolno przy krawężniku
i aza się zawieźć na West Side. Po drodze połknął tabletkę stelazyny i w rezul-acie zapomniał powiedzieć Berrymanowi o człowieku, który wyglądał jak Har-
czemP0Chyl,łem s'ę w stron<* Toya. Nawet materac i jego piżama cuchnęły mo-
- Harley Wynn - rzekłem.
Otworzył niebieskie oczy. Wygladał jednak, jakby miał zaraz zasnąć
- Po torazynie - powiedział oblizując suche, popękane usta - strasznie chce się spać.
- Jeszcze tylko parę pytań - odparłem. - Dosyć istotnych.
Westchnął i pokiwał głową.
- Czy Harley Wynn na pewno był z Południa? - spytałem.
- Jasne - Toy zwinął się na krawędzi gołego materaca. Zadrżał. - Tak samo jak ty... Czy mógłbym dostać koc? - zwrócił się do Ashera słodkim, chłopięcym głosem, dziwnie brzmiącym w ustach postawnego faceta z dwudniowym zarostem na twarzy.
- Odpowiedz na pytania - poradził mu asystent. - Wiesz, że możesz dostać koc. Więc wytrzymaj jeszcze trochę, dobrze?
- A czy mogę dostać go teraz?
Asher wskazał na mnie. Zapalił fajkę i wpatrywał się przez okno w ciemność.
Toy wyprostował się z trudem i usiadł opierając nagie plecy o betonową ścianę. Chyba zaczynał się dąsać. Miałem nadzieję, że Asher wie, co robi.
- Wiesz, skąd Wynn pochodzi? - spytałem.
Odpowiedź Toya była krótka:
- Z Tennessee.
- Jesteś pewien?
- Powiedziałem Tennessee, no nie?
