Cień Hawany - James Patterson - ebook

Cień Hawany ebook

James Patterson

0,0

Opis

[PK]

Malownicza karaibska wyspa, raj dla amerykańskich turystów. CIA zamierza zlikwidować wyszkolony na Kubie oddział rewolucjonistów i ustanowić kontrolowany przez siebie rząd. W tym celu wynajmuje bezwzględnych, płatnych morderców. Nieoczekiwanie jednak działania najemników wymykają się spod kontroli strategów z Waszyngtonu.

Mocna, wciągająca historia, która przykuwa uwagę od pierwszej strony.

[opis okładkowy]

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

ISBN 8372453209


Książka dostępna w zasobach:
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 233

Rok wydania: 2000

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CIEN HAWANY

<$$<!

u/bU0

Powieści ]AMESA PATTERSONA

w Wydawnictwie Amber

CAŁU] DZIEWCZĘTA CIEŃ HAWANY CZARNY RYNEK JACK I ]ILL KOT I MYSZ

ŁASICA NOCNY KLUB NUMER THOMASA BERRYMANA PAJĄK NADCHODZI PODMUCHY WIATRU RÓŻE SĄ CZERWONE ZABAWA W CHOWANEGO

[I JAMESI JAMES

ATTERSON

Prasa donosi: Turyści uciekają z kurortów!

Przybycie funkcjonariuszy federalnych ze Stanów Zjednoczonych

Wypowiedzenie wojny „Monkey" Dredowi

Atak na hotele „Princess" i „Spice Point"

Masakra w Elizabeth s Fancy

Zatoka Świń II

Perfekcyjne zakończenie

ATTERSON

CIEŃ HAWANY

Przekład

Jacek Złotnicki

&

ANBEK

Tytuł oryginału SEASON OF THE MACHETE

Redaktorzy serii MAŁGORZATA CEBO-FONIOK ZBIGNIEW FONIOK.

Redakcja stylistyczna MAGDALENA STACHOWICZ

Ilustracja na okładce STONE/FLAŚH PRESS MEDIA

Opracowanie graficzne okładki STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER

Skład

WYDAWNICTWO AMBER

KSIĘGARNIA INTERNETOWA WYDAWNICTWA AMBER

Tu znajdziesz informacje o nowościach i wszystkich naszych książkach! Tu kupisz wszystkie nasze książki! http://www.amber.sm.pl

Copyright O 1979, 1995 by James Patterson. Ali rights reserved.

For the Polish edition Copyright O 2000 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 83-7245-320-9

30 kwietnia 1979, Turtle Bay

Kingfish i Kubańczyk obserwowali parę, spacerującą po błyszczącym w słońcu, białym, piaszczystym brzegu zatoczki. Z daleka widzieli tylko dwie maleńkie figurki. Idealne ofiary. Po prostu idealne.

Zabójcy, ukryci pośród palm i niebieskich dzikich lilii, z uwagą przyglądali się dwojgu spacerowiczom, którzy szli powoli, by zniknąć wreszcie za zakrętem brzegu. Kubańczyk zawiązał sobie na głowie czerwono-żółtą chustę. Ubrany był w wypchane na kolanach spodnie khaki. Jego stroju dopełniały mocno zdarte, jasnopomarańczowe saperki, kupione w sklepie z militariami w Miami. Człowiek o przezwisku Kingfish miał na sobie tylko brudne spodnie od polowego munduru armii Stanów Zjednoczonych. Twarde mięśnie obu mężczyzn rysowały się ostro w palących promieniach karaibskiego słońca. Światło słoneczne tworzyło lśniące refleksy na powierzchni morza i połyskiwało na klindze maczety do ścinania trzciny cukrowej, wiszącej u pasa Kubańczyka. To wysłużone narzędzie mierzyło trzy czwarte metra i było ostre jak brzytwa.

Na południe od kryjówki mężczyzn tkwił na rafie samotny i opuszczony wrak wielkiego szkunera „Isabelle Anne", odwiedzany tylko przez ptaki i ryby. Trzydzieści metrów dalej plaża omijała strome, czarne skały, tworząc idealną ścieżkę dla spacerowiczów. Na ostrym łuku leżały wyrzucone przez fale ryby, koralowce, wodorosty, skorupki ostryg i jeżowce.

Zabójcy spodziewali się za chwilę ujrzeć na wąskiej ścieżce parę wyłaniającą się zza zakrętu. Ich ofiary. Może to jakaś szara eminencja, nieprzyzwoicie bogaty premier jednego z krajów Ameryki Południowej? Albo polityk z USA ze swoją seksowną sekretarką, pełniącą także obowiązki kochanki? W każdym razie był wart tych pieniędzy, jakie mieli otrzymać za wykonanie zadania, a także kosztów ich podróży i pobytu w tym spokojnym, malowniczym zakątku świata. Wart po pięćdziesiąt tysięcy dolarów na głowę za robotę, która nie trwała nawet tygodnia.

Zza występu skalnego niespodziewanie wybiegło dwoje nastolatków, kierując się wprost do zatoczki. Chudy, długowłosy chłopak z bogatej rodziny. Płowa blondynka w koszulce z nadrukiem „Club Mediterrean". Amerykanie. Biegnąc pozbywali się kolejnych części garderoby. Całkiem nadzy, popędzali się, krzyczeli, że ostatni przegrywa. Wreszcie zanurzyli się w lśniących falach. Nad ich głowami zaskrzeczała mewa. Zabrzmiało to jak beczenie kozy.

Mężczyzna znany jako Kingfish wetknął w piasek drogie cygaro. Warknął niskim głosem:

Chyba nie po to przejechaliśmy taki kawał drogi, żeby zabić tę parę gówniarzy.

Czekaj i patrz. Patrz uważnie - napomniał go Kubańczyk.

Baraszkujący w wodzie chłopak pokrzykiwał, usiłując bez powodzenia naśladować mewę.

-Nie wytrzymam! Jest cholernie, niewyobrażalnie cudownie! - wtórowała mu szczupła blondynka.

Dała nurka w spienione fale, by wynurzyć się po chwili. Długie włosy przylgnęły jej płasko do głowy. Drobne, dziewczęce piersi o sterczących sutkach stwardniały pod wpływem chłodnej wody.

- Uwielbiam to miejsce! Nie ruszę się stąd! Gramercy Park jest do niczego! Wschodnia Trzydziesta Trzecia ulica - pluję na nią. Juhuu! Hej!

Kubańczyk powoli uniósł dłoń nad błękitne lilie i kolczaste krzaczki. Pokiwał w stronę zielonego samochodu, stojącego na zarośniętym wzgórzu, z którego roztaczał się widok na plażę.

Pojedynczy dźwięk klaksonu. Ich sygnał.

Zapadła niesamowita cisza. Bicie serc, szum fal... nic więcej.

Chłopak i dziewczyna wyciągnęli się na miękkich ręcznikach kąpielowych, by wysuszyć się w promieniach słońca. Zamknęli oczy. Kolory pod powiekami zaczęły mienić się jak w kalejdoskopie. Dziewczyna zaśpiewała:

- Słonko świeci na wschodzie...

Chłopak wydał nieprzyjemny, chrapliwy dźwięk.

Dziewczyna otworzyła oczy i poczuła silne uderzenie w czubek głowy.

opnie zabolało; cały świat zawirował wokół niej. Otworzyła usta do krzyku, ale zadławiła się gęstą, pienistą krwią.

Ciche echo wystrzałów rozległo się wśród okolicznych wzgórz. Kule opuszczały ufę nowoczesnego, zachodnioniemieckiego karabinka snajper-S Ie^?.z Pakością ponad kilometra na sekundę.

krwią ' ^ubjińczyk stanęli nad ciałami, leżącymi na splamionych

dzieciak^ęknąT ^S'1 policzka chłopaka. Zaskoczyło go, że

-Chyba nie polubię pana Damiana Rose'a- powiedział Kingfish z miękkim, francuskim akcentem. - Żałuję, że wyjechałem z Paryża. On zostawił go przy życiu celowo... dla nas.

Umierający dziewiętnastolatek zakasłał. Błękitne oczy zaczęły zachodzić mgłą.

- Dlaczego? Przecież nie zrobiliśmy nic złego... - spytał.

Kubańczyk uniósł wysoko maczetę. Ciął mocno, jakby wyrąbywał sobie drogę w najgęstszych chaszczach, jakby chciał ściąć drzewo za jednym zamachem. Świst, cięcie, zamach.

Zabójca metodycznie szatkował ciała długim ostrzem. Czyste, mocne cięcia. Potwornie skuteczne. Krew bryzgała na oprawcę. Ciało i kości roz-stępowały się, nie stawiając żadnego oporu ostrej klindze. Kałuże krwi szybko wsiąkały w piasek, pozostawiając ciemnoczerwone plamy.

Skończywszy rzeźnicką robotę Kubańczyk wbił maczetę głęboko w piasek. Na rękojeść nasadził czerwoną wełnianą czapeczkę.

Obaj zabójcy popatrzyli w kierunku wzgórz. W oddali ujrzeli mężczyznę, stojącego obok lśniącego, zielonego samochodu. Przystojny blondyn zachęcał ich do pośpiechu, machając nad głową niemieckim karabinkiem. Z daleka nie mogli jednak dostrzec triumfalnego uśmiechu na twarzy Damiana Rose'a.

Wstęp

Pamiętnik Damiana i Carrie Rose'ów

Zwróćmy uwagę na silę oddziaływania i ogromny potencjał prawdziwego, „potwornego morderstwa dokonanego z pełną świadomością, w ściśle kontrolowany sposób.

Z pamiętnika Rose'ów

23 stycznia 1981, Nowy Jork

O wpół do siódmej rano dwudziestego trzeciego stycznia, w dniu urodzin swojej jedynaczki, Mary Ellen, wysoki, ciemnowłosy, nieco krótkowzroczny mężczyzna - Bernard Siegel - rozpoczynał w Wolf Delicatessen przy Zachodniej Pięćdziesiątej Siódmej ulicy w Nowym Jorku codzienne śniadanie. Złożone było, jak zwykle, ze słabo ściętej jajecznicy, rogalika z makiem i filiżanki czarnej kawy.

Po sutym posiłku Siegel złapał taksówkę i pojechał pokrytymi śnieżną breją ulicami na Trzecią Aleję, pod numer osiemset. Posługując się kolekcją siedmiu srebrnych kluczy dostał się do wnętrza nowoczesnego, pokiytego przyciemnionymi szybami budynku i udał się do biur znanego wydawnictwa, dla którego pracował. Wszedł do największego z „małych" gabinetów na tym piętrze. To był jego gabinet. Miał zamiar solidnie popracować, zanim rozdzwonią się telefony, aby wyjść do domu nieco wcześniej, ze względu na urodziny córeczki. Kończyła właśnie dwanaście lat.

Naprzeciw przyciemnianego okna stała młoda, opalona na brąz kobieta. Jej długie, jasne włosy poprzetykane były gęsto białymi nitkami siwizny. Mogło się wydawać, że przypatruje się budynkowi, stojącemu po przeciwnej stronie ulicy. A może po prostu przyglądała się swojemu odbiciu.

- Po pierwsze, jak, do cholery, zdołała się tu pani dostać? Po drugie, kim, u diabła, pani jest? Po trzecie, proszę stąd natychmiast wyjść - powiedział Bernard Siegel.

- Nazywam się Carrie Rose - odezwała się kobieta, zwracając twarz w jego kierunku. Wyglądała na dwadzieścia osiem, może dwadzieścia dziewięć lat; była zupełnie spokojna i opanowana.

- Przyszłam tu, aby uczynić cię jeszcze sławniejszym człowiekiem niż

Wydawca nie mógł powstrzymać leciutkiego uśmiechu, ledwo dostrzegalnego rozchylenia wąskich, zaciętych warg. Ta kobieta zwracała się do niego na „ty". Niech szlag trafi tych bezczelnych, nieokrzesanych młodych pisarzy, pomyślał. Ta tutaj chyba musiała spać w jego gabinecie, żeby się z nim spotkać. Pewnie po to, by uszczęśliwić go rewelacjami o swoim sukcesie w tegorocznej edycji konkursu talentów literackich.

Siegel mrużąc oczy przyglądał się Carrie Rose, a raczej pani Carrie Rose, o czym miał się niebawem przekonać. Żonie Damiana Rose'a. Ko-biecie-najemnikowi. Musiał przyznać, że jest wysoka, urzekająco piękna i modnie ubrana. Jak z „Vogue'a".

Nosiła duże, szylkretowe okulary, które sprawiały, że wyglądała na bardziej bezradną niż prawdopodobnie była w rzeczywistości. Kostium w niewinnym błękitnym kolorze miał uśpić jego czujność, tego był pewien. Stary fortel.

- No dobrze, jestem Siegel - przyznał w końcu. - Ale wcale nie jestem sławny i pani teksty sąnie na miejscu. Proszę opuścić mój gabinet. Niech pani wraca do domu i napisze jeszcze jeden szkic swojej wspaniałej książki. A potem proszę umówić się na spotkanie w godzinach urzędowania przez moją...

- Ależ jesteś sławny, Bernardzie - przerwała mu kobieta z szerokim, sztucznym uśmiechem. - Jesteś tak sławny, że nawet wyjątkowo zapracowani ludzie, jak ja, narażają się na wielkie niewygody, aby tylko dać ci prawa do wydania książki wartej milion dolarów. Książki, która na trwałe wejdzie do historii.

Siegel zaśmiał się drwiąco. Cóż, zasłużyła sobie na to.

- I wszystko to za jedyny milion dolarów?

Carrie Rose też się roześmiała.

- Mniej więcej.

Popatrzyła uważnie na Siegela i rozejrzała się po pokoju. Pod ścianami stały dwa nie pasujące do siebie regały - dębowy i sosnowy. Na modnym biurku z wysuwanym blatem stała maszyna do pisania 01ivetti Lettera, a obok niej piętrzył się równy stos białego papieru maszynowego. Nowiutkie, lśniące okładki książek wisiały przypięte do korkowej tablicy. W różnokolorowych przegródkach leżały rękopisy. Biuro wydawcy.

Siegel postawił teczkę, zsunął mokasyny i zasiadł w fotelu. Popatrzył przeciągle na nieproszonego gościa.

- No więc, gdzie pani ma to wiekopomne dzieło?

- Jeszcze go nie napisał żaden murzyn - powiedziała Carrie Rose. — atenału literackiego dostarczy ci pamiętnik, który prowadziłam razem

z ™°'m mężem Damianem przez ostatni rok. Niezwykły, wyjątkowy pamięt-01 ' u017 !^Z'e c'^ kosztował dwa miliony dolarów. Opisujemy w nim nych zbrodni, znanych jako morderstwa spod znaku maczety. Jest tych morderstw ponad sto.

, !!iąkna kobieta powiedziała to bardzo spokojnie... „seria potwornych zbrodni, morderstw spod znaku maczety".

Część pierwsza

Czas maczety

Marzec - lipiec 1979

Śmierć w Lathrop Wells

ROZDZIAŁ 1

Damian jest zwolennikiem poglądu, że nie dalej niż za pięćdziesiąt lat ludzie przeniosą się nad morze i pod jego powierzchnię. San Dominica to tylko początek. Ekspedycja badawcza. Po prostu dziecinada. Ludzie, którzy ją stworzyli, nawet nie potrafili pojąć motywów kierujących ich działaniami... Trzy piąte kuli ziemskiej pokrywa woda i należy uwzględnić znaczenie tego faktu.

Z pamiętnika Rose'ów

24 lutego 1979, Lathrop Wells w stanie Nevada

Chevrolet impala idiotycznego różowego koloru sunął przez bezkresną pustynię. Isadore Goldman nie bardzo wierzył, że dojechał już do tego stanu. Jednak co chwila mijał blaszane tablice, które jakiś pensjonariusz więzienia rejonowego w Washoe ostemplował napisem: „Własność stanu Ne-vada".

W pewnej chwili Goldman dostrzegł nawet tubylców: kobietę z dziećmi w podartych wysokich butach, wszyscy obwieszeni turkusową biżuterią. Twarze mieli koloru spieczonych rogalików.

Gdzieś tutaj w Mercury, w stanie Nevada, przeprowadzano próby z bombą wodorową, pomyślał starzec. Jego umysł powędrował daleko wstecz. Goldman przypomniał sobie, jak trudno było mu zaakceptować inwazję w Zatoce Świń. Pomyślał też o swoich niejasnych interesach z Rafaelem Trujillo w tym samym, tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym pierwszym roku.

Przeszłość Goldmana... To ona doprowadziła go do dwudziestego czwartego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku, najważniejszego dnia w życiu starego człowieka. Może najważniejszego.

Vincent „Zio" Tuch poklepał Isadore'a po kolanie. Jego drżącą dłoń gęsto pokrywały plamy wątrobowe.

- Izzy Bizzy, co o tym myślisz? - wychrypiał. - Może mamy zawrzeć jakiś wielki układ? Tak mi się właśnie wydaje.

- Cóż, robię się za stary, żeby wciąż się zastanawiać nad tym wszystkim - doradca od niechcenia zbył starego, ale potężnego ojca chrzestnego. Bo też pytanie było głupie, typowe dla mafiosa.

Tuch poradził mu, żeby się wypchał - i to też było dla niego typowe. Podobnie jak zapach taniego płynu do włosów, którym caporegime skrapiał swój zastarzały łupież.

Goldman uważał to spotkanie w Lathrop Wells za szczyt absurdu. Nawet on sam był zaskoczony. Kojarzyło mu się to ze sceną z filmu Hitchcocka. Wystarczy powiedzieć, że obie strony przybyły na farmę „nie rzucającymi się w oczy" samochodami. Goldman przez zielonkawe szyby swojej impali policzył przyjezdnych.

Dziewięciu kierowców, dziewięć aut: mustangi, wildcaty, hornety, co-ugary - trafił się nawet volkswagen garbus. Przybyło także siedmiu ochroniarzy, każdy wypisz-wymaluj jak Tarzan w garniturze.

W obradach miało wziąć udział jedenastu ludzi, nie licząc jego samego oraz trzęsącego się, zgrzybiałego Tucha.

Na poprzednim spotkaniu ustalono, że w Lathrop Wells nie powinna mieć miejsca powtórka z Appallachii, gdzie na pustynną farmę zajechało nagle dwadzieścia cadillaców fleetwood. Mogło to zwrócić uwagę lokalnych stróżów porządku lub policji stanowej. Dlatego żaden z uczestników spotkania na pustyni w Nevadzie nie przyjechał swoim używanym na co dzień, wielkim, czarnym samochodem.

Teraz było tu dwudziestu siedmiu mężczyzn w ciemnych garniturach, z wyjątkiem jednego fircyka, ubranego w pedalskie wdzianko od Gucciego oraz Frankiego „Kota" Rao z Brooklynu w Nowym Jorku, który miał na so le sportową marynarkę w czarno-białą kratę, rozchełstaną pod szyją błękitną koszulę i białe buty w stylu Binga Crosby'ego.

błysk ^ni6rdząCy ~ skomentował stary Tuch. - Dupek obwieszony

- Można się było tego spodziewać - mruknął Isadore Goldman. Po raz erwszy o ponad ośmiu miesięcy zapalił papierosa i ruszył w kierunku stajni W W^C^' ^ ciężkim, rozgrzanym powietrzu unosił się zapach

^ ®°®u' wnStrze było klimatyzowane. W niskich pomieszczeniach wiejskiego domu nawiew wzbijał tumany kurzu i czegoś, co przypominało

płatki zbożowe. Goldman zauważył, że szef tamtych szepcze coś do swojego młodego sekretarza, który przypominał dawnego gwiazdora hollywoodzkiego, Montgomery Clifta. Był to Brooks Campbell. Właśnie on miał pojechać na Karaiby.

Drugiej stronie przewodniczył Harold Hill, znany w branży jako Harry Łamignat. Harold Hill spędził prawie dziesięć lat w południowo-wschod-niej Azji i było w nim coś zagadkowego. Isadore Goldman podejrzewał, że Hill jest bardzo sprawnym zabójcą, chociaż wygląda na ofiarę losu.

Po dziesięciu minutach trzynastu negocjatorów zasiadło przy długim stole w salonie. Obie grupy zajęły miejsca naprzeciw siebie. Ciemnowłosi, szczupli Europejczycy po jednej stronie. Faceci wyglądający jak zawodowi futboliści - po drugiej.

- Na wstępie pragnę przypomnieć - zaczął Goldman ucinając poga-duszki - że na ostatnim spotkaniu, które odbyło się siedemnastego stycznia, wszyscy zgodnie ustalili, że najlepiej będzie, jeśli wykonania zadania podejmą się Damian i Carrie Rose. - Goldman zerknął na zebranych ponad szkłami okularów. Jak dotąd, żadnego sprzeciwu. - W związku z tym - ciągnął - nawiązano kontakt z Rose'ami w paryskim hotelu „St. Louis", starej melinie handlarzy bronią. Wyznaczono im miesięczny termin na przygotowanie planu działania, który byłby do zaakceptowania dla obu stron zebranych przy tym stole. Niestety, państwo Rose odmówili wzięcia udziału w dzisiejszym spotkaniu.

Consigliore znów podniósł wzrok. Po chwili zaczął czytać dwudziesto-parostronicowy dokument, przesłany przez Rose'ów. Zawierał on projekty dwóch operacji. Pierwszy z nich nosił tytuł „Systematyczne zabijanie członków rządu", drugi nazwano po prostu „Maczeta". Do pisma dołączono zestawienie, w którym wypunktowano plusy i minusy obu planów.

Tym, co zrobiło największe wrażenie na obu stronach, zebranych przy stole - a także na samym Goldmanie - była sumienność i rzetelność, z jaką dokonano opracowania obu projektów. Chociaż przedstawiono je jako „schematyczne", były kompletne, bez pozostawienia najmniejszego miejsca na przypadek. Typowe dla Damiana Rose'a.

- Ostateczna kwota, jakiej żądają za wykonanie tej pracy, to milion dwieście tysięcy — poinformował Goldman. — Moim zdaniem to uczciwa cena. Powiem nawet, że niezbyt wysoka... Uważam, że Damian Rose jest geniuszem. Zresztą ta kobieta prawdopodobnie też. Co panowie na to?

Zgodnie z oczekiwaniami, pierwsza uwaga na temat planów pochodziła od Frankiego Rao.

- Czy to w pieprzonych frankach, czy w dolarach, Izzy? - zawołał nad stołem. - Te łajzy gadają o pieprzonych dolarach, tak?

Goldman zauważył, że wypowiedź nowojorskiego mafiosa wyraźnie zaniepokoiła Harolda Hilla. Jednak młodzieniec przypominający Montgomery

Clifta uśmiechnął się szeroko, jak w reklamie pasty do zębów. Brooks Campbell. Punkt dla ciebie, pomyślał Isadore Goldman. Łebski chłopak. Trzeba było rozładować to cholerne napięcie. Po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia spotkania jego uczestnicy roześmiali się. Obie strony pękały ze śmiechu. Sam Frankie Rao aż się zanosił.

Gdy się uspokoili, Goldman najpierw skinął głową ciemnowłosemu mężczyźnie, który z niezmąconym spokojem siedział przy przeciwnym końcu stołu, a następnie szefowi drugiej strony, Haroldowi Hillowi.

- Czy wymieniona kwota pokrywa wszystkie wydatki? - zapytał Hill. Młody Campbell pokiwał głową, jakby sam chciał zadać to pytanie.

- Tak, wszelkie koszty zostały wliczone - potwierdził Isadore Goldman. - Państwo Rose przewidują rok na wykonanie zadania. Liczą się z koniecznością skorzystania z pomocy dwudziestu, trzydziestu profesjonalistów, należących do elity najemników.

- Tanio jak barszcz - powiedział głębokim głosem spokojny, ciemnowłosy mężczyzna. Był to Charles Forlenza, czterdziestotrzyletni ojciec chrzestny rodziny Forlenza. Szef wszystkich szefów.

- Znalazł pan dla nas dobrych ludzi za dobrą cenę, Isadore. Dokładnie tak, jak myślałem... Nie znam zdania pana Hilla, ale ja jestem zadowolony z efektów pańskiej pracy.

- Cena jest odpowiednia za tego rodzaju operację - zwrócił się Hill w stronę Forlenzy. - Opinia, jaką cieszą się państwo Rose w przypadku tak złożonych, delikatnych zadań, jest znakomita. To mnie satysfakcjonuje. Zgoda.

Tego dnia, dwudziestego czwartego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku, Stany Zjednoczone, reprezentowane przez legalnie działającą firmę Great Western Air Transport, zawarły jedną z najbardziej interesujących umów w ciągu całej swojej dwustuletniej historii. Ich partnerem była rodzina Forlenza z Zachodniego Wybrzeża. Krótko mówiąc - CosaNostra. Dla obu stron oznaczało to, że będą mogły natychmiast załatwić kilka niezbędnych, choć niezbyt czystych interesów. Ani Stany Zjednoczone, ani rodzina Forlenza nie miały zamiaru brudzić sobie rąk tym, co należało zrobić tego roku na Karaibach. Dlatego tak starannie wybrano wy-onawców: Damiana i Carne Rose, parę, która w południowo-wschodniej Azji zasłużyła sobie na miano les dements. Szaleńcy.

Dwie godziny po zakończeniu spotkania zmierzający do Las Vegas srebr-noszary buick wildcat zatrzymał się na poboczu prostej jak strzelił, pustej szo^, ody kierowca, Melo Russo, wysiadł z limuzyny, podszedł do tyl-nyc . otworzył je szeroko i grzecznie poprosił swojego szefa o opuszczenie samochodu.

___ Co ^ s°bie' do cholery, myślisz? - powiedział Frankie Rao do kie-C\-C-Pł.eg° młodzieńca w lustrzanych okularach.

ie to nie, kit ci w ucho - odparł Melo.

Wypalił trzykrotnie z pistoletu w głąb samochodu. Krew bryznęła na tylne szyby buicka, czerwona mgiełka powoli osiadała na srebrzystoszarej tapicerce. Russo wyciągnął ciało Frankiego Rao na zewnątrz i wpakował je do bagażnika.

Podczas spotkania w wiejskim domu ustalono w tajemnicy, że Fankie Rao stanowi zbyt duże zagrożenie dla Harolda Hilla i sympatycznego młodego człowieka, podobnego do Montgomery Clifta.

— Tak to już bywa — mruknął sam do siebie Isadore Goldman gdzieś na pustyni w Nevadzie.

ROZDZIAŁ 2

Pewnego razu - w czerwcu lub w lipcu - Damian wygłosił we Francji tyradę na temat naszych sukcesów w Kambodży i Wietnamie. Gryzło go to wyjątkowo, bo za tę robotę nie dostaliśmy ani grosza... Zabawne: siedzieliśmy w kafejce we francuskiej wiosce Grasse. Damian mówił po angielsku do poczciwego zamiatacza ulic, który nie rozumiał z tego ani słowa. Opowiedział mu ze szczegółami o naszej przygodzie na Karaibach. Genie! Demon! Non? -powiedział na zakończenie po francusku. Nieszczęsny zamiatacz uśmiechnął się,

jakby Damian był małym, postrzelonym chłopcem...

Z pamiętnika Rose'ów

11 czerwca 1979, Paryż

Trzy miesiące po spotkaniu w Nevadzie Damian bujał się na hamaku w wytwornej dzielnicy Paryża, St.-Germain. Hamak był rozpięty na kamiennym tarasie, z którego roztaczał się widok na Jardin des Tuileries, Sekwanę i Luwr. Tego ranka Paryż spowijała lekka mgiełka, jak na obrazach Seurata.

Grzejąc się w promieniach póżnowiosennego słońca Rose oddawał się jednemu ze swoich niedorzecznych nałogów: czytaniu plotkarskich gazet i czasopism. Przekartkował „The Boys of Brasil", rzucił okiem na wstępniaki w „Enąuirer", w międzynarodowym wydaniu „Time a i „Soldier of Fortune". Wreszcie zgrabnie zeskoczył z hamaka i wszedł do mieszkania, w którym mieszkał wraz z Carrie. Zdjął wełniany sweter i drogie, kremowe spodnie z gabardyny. Zajął się kompletowaniem typowego stroju amerykańskiego studenta zagranicznej uczelni.

Włożył wytarte dżinsy, granatową flanelową koszulę i buty na ściętych obcasach. Na szyi zawiązał kowbojską, czerwoną chustkę. Lekko podmalo-wał oczy, a na głowę wcisnął perukę z ciemnymi, długimi włosami.

Tego dnia Damian Rose miał zamiar udawać studenta Sorbony. Musiał kupić narkotyki w Les Halles: amfetaminę, kokainę, opium. Potem miał się spotkać z najemnikiem, znanym jako Kubańczyk.

Zapinając spodnie, Damian przeszedł przez salon, wypełniony rekwizytami teatralnymi z Broadwayu i Haymarket. Wyszedł z mieszkania i zatrzasnął drzwi.

- Bonjour - powiedział do portierki o imieniu Marie, starszej kobiety, która jak zwykle czytała gazetę przy świetle wpadającym przez okno korytarza. Stukając podeszwami na marmurowych schodach zszedł na okrągły, wewnętrzny dziedziniec budynku. Wsiadł do małego, czarnego kabrioletu, który stał na podwórku. Dach zostawił otwarty, szyby boczne do połowy uniesione. Opuścił tylko osłony przeciwsłoneczne i włożył ciemnoniebieskie okulary, jakie noszą piloci myśliwców.

Sportowy wóz wytoczył się przez żelazną bramę. Damian zanucił swoją ulubioną piosenkę- słodką „Liii Marlene". Był jasny, ciepły, wiosenny dzień. Powietrze czyste jak łza. Wąskie uliczki wypełniał zapach świeżo upieczonego francuskiego pieczywa.

Błyszczący czarny samochód skręcił na bulwar St.-Germain. Jadąca na rowerze młoda dziewczyna w jasnokremowej czapeczce aż wyciągnęła szyję, aby zobaczyć twarz młodego człowieka ukrytą za osłoną przeciwsłoneczną. Ale nie zdążyła. W czerwcu siedemdziesiątego dziewiątego roku nikt nie powinien wiedzieć, jak wygląda twarz Damiana Rose'a.

24 kwietnia 1979, wtorek

Wyrok na trójkę spod znaku maczety

ROZDZIAŁ 3

Księgowość... w przeciągu roku musieliśmy opłacić ponad stu rożnych ludzi. Poszlo na to prawie sześćset tysięcy dolarów. Płaciliśmy fałszerzom dokumentów z Brukseli, handlarzom rom ze Wschodnich Niemiec i Stanów Zjednoczonych, donosicielom, handlarzom narkotyków, kurwom,

kieszonkowcom, agentom amerykańskiego wywiadu, najlepszym najemnikom, takim jakKingfish Toone, Blinkie Thomas (Kubańczyk), Clive Lawson.

I żaden z tych ludzi nie mialpojęcia, co tak naprawdę organizujemy na Karaibach...

Z pamiętnika Rose'ów

Powiedzenie „ Tylko wściekłe psy i Anglicy"1 to delikatna aluzja do faktu, że nasze słońce może usmażyć was na frytki. Strzeżcie się!

Napis na plaży w Turtle Bay

24 kwietnia 1979, Coastown, San Dominica

Wtorek. Pierwszy dzień spod znaku maczety

Nie bez kozery dwudziesty czwarty kwietnia zapadł wszystkim w pamięć jako ostatni dzień najbardziej widowiskowego procesu sądowego, jaki kiedykolwiek miał miejsce na mierzącej sto dwadzieścia pięć kilometrów długości i pięćdziesiąt pięć szerokości karaibskiej wyspie San Dominica.

Niektóre efekty pirotechniczne, towarzyszące posiedzeniu wysokiego sądu, były wręcz trudne do opisania.

Niewielka, surowa sala sądowa była wypełniona po brzegi. Wrzało w niej jak w ulu. Wentylatory, obracające się leniwie pod sufitem, podobne do tych w „Casablance", kontrastowały z atmosferą napięcia, panującą wśród zebranych. Spośród podejrzanych największe, wręcz chorobliwe zainteresowanie wzbudzał piętnastoletni Leon Rachet.

Mierzący metr sześćdziesiąt pięć młodzieniec z czarną, poszarzałą, niewątpliwie inteligentną twarzą, która wydawała się zarazem niewinna i okrutna. Krople potu zbierały mu się na końcach długich, czarnych warkoczyków, wyglądających jak kawałki mokrych, postrzępionych sznurków.

Siedząca na galerii babcia, która była jego opiekunką, regularnie co pięć minut przerywała postępowanie głośnym, rozdzierającym zawodzeniem:

- Leon! Mój ty niedobry chłopaku! Och, mój ty syneczku!

— Jesteście bezwzględnymi mordercami - sędzia, siedemdziesięciojed-noletni Andre Dowdy, oznajmił chłopakowi i stojącym obok niego dwóm dorosłym. — Nie wzbudzacie nawet cienia litości, także ty, chłopcze. Po prostu wściekłe psy...

Obok Racheta stał, prze stępując z nogi na nogę, dwudziestotrzyletni Franklin Smith, a po drugiej stronie Chicki Holt - mający czternaścioro dzieci z pięcioma kobietami, co podkreślały wszystkie gazety w sprawozdaniach z procesu - gapił się na sufit i obracające się powoli wentylatory. Najwyraźniej nudził się jak mops.

Osiem miesięcy wcześniej ci sami mężczyźni stali obok dychawiczne-go volkswagena „garbusa", przy drodze do oddalonego o półtora kilometra miasteczka New Burg. Właśnie okradali Amerykanina, Francisa Cichoskie-go, strażaka z Waltham w stanie Massachusets, który przyjechał tu pograć w golfa podczas wakacji.

Na zakończenie przeprowadzonego w biały dzień napadu jeden z bandytów uderzył białego turystę ostrzem maczety. Cios był śmiertelny. Następnie krótko ostrzyżoną głowę Cichoskiego odcięto i pozostawiono na drodze, gdzie leżała bezradnie, przytulona policzkiem do asfaltu.

Przez następnych osiem miesięcy pojawiały się różne hipotezy, dotyczące motywów zbrodni. Pierwotnie miało to być morderstwo na tle rasowym, potem - z chęci zysku, a następnie przyczyną miały być kolejno: seks, żądza krwi, obrzędy rytualne, muzyka soul lub reggae, choroba psychiczna. Niektórzy uważali wręcz, że jest to zapowiedź gwałtownego zrywu rewolucyjnego, który ogarnie całe Karaiby. Rzecz jasna, jeden powód wcale nie wykluczał drugiego.

Wreszcie premier San Dominiki, Joe Walthey, zakończył dociekania nad socjologicznym podłożem tej zbrodni.

- Nie ma się co dłużej rozwodzić nad tą sprawą - powiedział czarny demokrata dyktatorskim tonem z migających i trzeszczących odbiorników lokalnej telewizji. - Ci ludzie muszą wisieć, bo inaczej spokój nie powróci nigdy na tę wyspę. Zapamiętajcie moje słowa.

- Francis Cichoski musi zostać pomszczony - powtórzył trzykrotnie Walthey, zanim zniknął z ekranów telewizorów.

O dziesiątej trzydzieści rano sędzia Andre Dowdy odczytał wyrok drżącym z emocji głosem:

- Wszystkich trzech podejrzanych, Franklina Smitha, Donalda „Chicki" Holta i Leona Elmore Racheta uznaje się za winnych morderstwa, zarzucanego im w akcie oskarżenia. Zostaną oni przewiezieni do więzienia w Russville i tam straceni, w terminie nie dłuższym niż siedem dni, licząc od dnia dzisiejszego. Niech Bóg ma w opiece wasze dusze. Moją zresztą też.

- A także twoje dupsko! - wydarł się nagle Leon Rachet poprzez ciszę, która zapanowała na sali sądowej. - Także twoje dupsko, Dowdy!

Franklin Smith skrzywił się i powiedział do chłopaka:

- O rany, Leon, wyluzuj facet.

Za dwadzieścia jedenasta ciemnoszary dach wytwórni rumu Pottsa uniósł się w powietrze jak kapelusz, zerwany przez wiatr z głowy pechowego bohatera slapstickowej komedii; potem błysnęło i w przeczysty błękit nieba strzeliły czerwone i pomarańczowe płomienie.

Dosłownie w przeciągu kilku minut wytwórnia przestał istnieć. Z dymem poszedł cały kwartał domów, stojących w pobliżu.

Dokładnie o jedenastej dwóch białych brygadzistów zostało pobitych do nieprzytomności kijami baseballowymi w kopalni Cow Park Bauxite.

Na parkingu wybito szyby w setce samochodów należących do kadry kierowniczej.

Napadnięto na stołówkę dla kierownictwa i zabrano lub zniszczono szykowane na obiad żeberka i pieczone kurczaki.

Tymczasem na sali sądowej Franklin Smith i Chicki Holt wykrzykiwali obelgi pod adresem sędziego Dowdy. Wtórowali im w tym ich amerykańscy adwokaci, którzy już nawet zdążyli ochrypnąć od wrzasków. Padały określenia takie jak „ciota", „zasraniec", „piździelec" i „wrzód na dupie".

Młody Leon Rachet stał spokojnie i tylko się przyglądał. Wyciągnął z tylnej kieszeni czarny beret i włożył go na spoconą głowę. W wieku piętnastu lat jego idolami byli Huey P. Newton, Hajle Sellasje i Che.

Dziki zgiełk wciąż panował na sali, gdy Rachet zwrócił się do Franklina Smitha, aby ten zamknął „swoją czarną, murzyńską jadaczkę".

O dziwo, starszy od Leona, trzydziestojednoletni Smith usłuchał chłopaka.

Na zewnątrz budynku sądu głośniki, zamontowane na pomalowanej we wszystkie kolory tęczy furgonetce volkswagena, ryczały głosem Boba Marleya.

Marley wraz z Wailersami produkował się również z licznych, potężnych tranzystorów, rozstawionych wzdłuż zatłoczonych chodników, przy których rosły rzędy palm.

Wściekłe, czarne twarze wrzeszczały na budynek sądu tak, jakby był on żywą istotą. Zbuntowani młodzieńcy z tłumu nieśli wizerunki przywódcy rewolucji, pułkownika „Monkey" Dreda oraz Jego Cesarskiej Wysokości Hajle Sellasje. Małe dzieci o niewinnych twarzyczkach powiewały ręcznie malowanymi transparentami, na których widniały hasła: „Precz z admirałem Nelsonem!", „Precz z Lawrencem Rockefellerem! , „San Do-minica to czarna republika!".

Na ulicy pojawił się szereg policjantów, kryjących się za plastikowymi tarczami. Ludzie obrzucali ich dojrzałymi owocami mango, zielonymi orzechami kokosowymi i małymi melonami.

Ciemnoskóry mężczyzna w wojskowym mundurze podbiegł do kamery i wykrzywił twarz w dzikim grymasie.

- Ha! Miejcie się na baczności! - wrzasnął i stał się sławny na cały świat.

Kwadrans po jedenastej wyleciało w powietrze pięć stojących w szeregu samochodów z wypożyczalni Hertza na lotnisku Roberta F. Kennedy'ego w pobliżu Coastown.

0 wpół do dwunastej trzech czarnych morderców wyprowadzono na zalany słońcem portyk przed budynkiem sądu.

Uśpione demony San Dominiki zaczynały się budzić z letargu.

Leon Rachet miał na sobie kwiecistą koszulę, twarz zasłaniały mu ciemne, przeciwsłoneczne okulary. Czarny beret nasunął sobie na oko. Wyglądał naprawdę groźnie.

Najpierw uśmiechnął się szeroko i uniósł nad głowę skute kajdankami ręce, jak zwycięski bokser po walce. Potem, gdy policjant popchnął go w dół białych, kamiennych schodów, chłopak wydarł się wniebogłosy:

- Dred cię zabije, facet! „Monkey" zabije was wszystkich! Poderżnie wam gardła!

1 tak w kółko, wciąż powtarzając imię lokalnego rewolucjonisty.

- „Monkey" Dred poderżnie gardło mojej ciotce! O jee! O jee!

Nagle schludnie ubrany Murzyn stojący w tłumie krzyknął głośno, przebijając się przez harmider.

- Jezuu, facet! Och, Jezu Chryste!

Ktoś wyrzucił wysoko w górę popularną plażową zabawkę, błyszczący w słońcu, srebrzysty krążek, który wirując poszybował nad tłumem otaczającym skutych morderców.

Gdy piętnastoletni Leon Rachet dotarł do stóp schodów, gdzie już czekał nań czarny, policyjny rover z gościnnie otwartymi drzwiami, nagle ujrzał opadający krążek. W tym samym momencie biały mężczyzna w garniturze i kapeluszu panama wysunął się z tłumu i oddał trzy strzały prosto w twarz osłupiałego chłopaka.

Carrie Rose, stojąca w dużej grupie turystów za plecami policjantów, patrzyła, jak opętany nastolatek zatacza się i pada na chodnik. Miała nadzieję, że kolejne akty terroru potoczą się równie gładko jak ten, który nastąpił przed chwilą.

Port lotniczy im. Roberta F. Kennedy'ego,

Coastown, San Dominica

Wtorek, wieczorem

Za kwadrans dziesiąta wieczorem Boeing 727 należący do American ir mes rozpoczął łagodne podejście do lądowania na lotnisku Roberta F. Kennedy ego na San Dominice.

Wielka, srebrzysta maszyna sunęła coraz niżej nad granatowym morzem.

Czerwone światła na końcach skrzydeł i na ogonie samolotu, błyskające regularnie w sekundowych odstępach, odbijały się od ciemnego lustra wody.

Damian Rose, ukryty w mroku za stanowiskiem tankowania paliwa koło pasa startowego numer dwa, przyglądał się z wielkim zainteresowaniem gładkiemu lądowaniu. Jeszcze raz powtarzał sobie w myślach kolejne punkty swojego planu.

Tymczasem samolot dotknął kołami pasa startowego numer jeden. Pneumatyki lekko odbiły się i załomotały na betonowych płytach. Od strony głównego terminalu dobiegły dźwięki calypso, granego przez na wpółpijaną orkiestrę.

Zapiszczały hamulce i rozległ się huk silników, pracujących na wstecznym ciągu.

Gdy samolot znalazł się w połowie dobiegu, Damian Rose poczuł, że musi podjąć decyzję. Uniósł do ramienia kosztowny, niemiecki karabinek i za pomocą celownika optycznego ze wzmacniaczem obrazu wymierzył w niewielkie pudełko, leżące na pasie startowym.

Wystrzelił trzykrotnie.

Prymitywna bomba eksplodowała pod wpływem uderzenia pocisków, rozpruwając brzuch lądującego samolotu.

Zanim Boeing 727 zdołał się zatrzymać, płomienie buchały ze środka kadłuba poprzez okna, znajdujące się na wysokości skrzydeł.

Drzwi się otworzyły i w tej samej chwili rozwinęły się pneumatyczne trapy ewakuacyjne. Przerażeni pasażerowie zaczęli opuszczać samolot. Niektórzy z nich płonęli jak pochodnie.

Dwa wozy strażackie zbliżały się do ogarniętej pożarem maszyny. Z początku jechały powoli, bo ich niedoświadczeni kierowcy nie mogli wprost uwierzyć, że to, co widzą, dzieje się naprawdę.

W jednym z okien samolotu ukazała się płonąca głowa jakiegoś nieszczęśnika.

Po drodze dojazdowej do pasa startowego biegła biała kobieta, cała w płomieniach. Wyglądała jak płonący krzyż.

Stewardessa stojąca w drzwiach samolotu trzymała się za głowę i rozpaczliwie wzywała pomocy.

Cztery godziny później, gdy ogień został wreszcie ugaszony, okazało się, że zginęło sześć osób, a ponad pięćdziesiąt zostało poparzonych. Nikt nie miał pojęcia, co spowodowało katastrofę.

Już następnego dnia wydawało się, że rozwiązanie tej zagadki jest prostsze niż można było przypuszczać.

25 kwietnia 1979, środa

Dwa trupy na plaży

ROZDZIAŁ 4

W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku, gdy zajmowaliśmy się rozprowadzaniem pięćdziesięcio-i stumiligramowych porcji heroiny, Damian zapowiedział, że ma zamiar zostać najwybitniejszym przestępcą na świecie. Stwierdził, że świat dojrzał już do przybycia prawdziwego geniusza zbrodni: błyskotliwego, nieco szalonego,

jak William Henry Bonney, obdarzonego urokiem Butcha Cassidy. Bardzo mi się spodobał ten pomysł.

Oczami wyobraźni widziałam już siebie jako Katharine Ross

Z pamiętnika Rose'ów

25 kwietnia 1979, Turtle Bay, San Dominica

Środa. Drugi dzień spod znaku maczety

Peter Macdonald, młody człowiek, który miał odegrać kluczową rolę w przyszłych wydarzeniach, odbywał codzienną przejażdżkę rowerową po wysypanej tłuczniem drodze nad brzegiem Turtle Bay. Kręcąc pedałami dziesięciobiego-wego peugeota macdonalda, wspominał swoją górną i chmurną przeszłość.