Nowy wspaniały świat 30 lat później. Raport rozbieżności - Aldous Huxley - ebook
Opis

Dodatek do powieści "Nowy wspaniały świat" napisany przez Huxleya niespełna trzydzieści lat później.

Jak wiele z jego proroctw, w których ukazał satyryczną wizję dalekiej przyszłości, ziściło się w tak krótkim czasie?

Gdy w 1932 roku ukazała się powieść Nowy wspaniały świat, zawartą w niej szokującą analizę technokratycznej dyktatury uważano za odległą wizję.

Po latach pisarz rozważa, w jaki sposób zmieniły się społeczeństwa, technologia i formy rządzenia od czasu ukazania się jego słynnej dystopii.

Pisze o zjawiskach społecznych, które jego zdaniem mogą prowadzić do ewolucji ustrojowej nowoczesnych społeczeństw w kierunku dyktatury: przeludnieniu, nadmiernej organizacji życia społecznego, przemianach propagandy związanych z rozwojem behawioryzmu, nowych technikach prania mózgu i perswazji.

Podkreśla, że w jeszcze większej mierze niż kiedyś należy obawiać się nowego typu dyktatury i tyranii.

Prowokująca do myślenia i zatrważająca książka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 155

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Brave New World Revisited

Projekt okładki: Urszula Pągowska

Redakcja:Jan Jaroszuk

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Katarzyna Szajowska

Fotografie wykorzystane na okładce:

© Patrick Daxenbichler/Fotolia

© Brilliant Eye/Fotolia

© 1958 by Aldous Huxley

All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Radosław Madejski

ISBN 978-83-287-0986-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

1.Przeludnienie

W 1931 roku, kiedy powstawał Nowy wspaniały świat, byłem przekonany, że zostało nam jeszcze mnóstwo czasu. Całkowicie uporządkowane społeczeństwo, technokratyczny system kastowy, metodyczne warunkowanie prowadzące do zaniku wolnej woli, tolerowanie niewolnictwa dzięki regularnym dawkom specyfików wywołujących stan zadowolenia, indoktrynacja ideologiczna w formie hipnopedii – wszystko to miało nadejść tak czy inaczej, ale nie za moich czasów, ani nawet nie za czasów moich wnuków. Zapomniałem już, kiedy dokładnie rozgrywały się wydarzenia stanowiące fabułę mojej powieści, ale było to chyba w szóstym albo siódmym stuleciu po Fordzie. Żyjąc w trzeciej dekadzie dwudziestego stulecia po narodzeniu Chrystusa, byliśmy co prawda mieszkańcami przerażającego świata, ale koszmar tamtych lat Wielkiego Kryzysu całkowicie się różnił od koszmaru przyszłości opisanej w Nowym wspaniałym świecie. My uskarżaliśmy się na chaos, a ludzie w siódmym wieku ery fordowskiej na przesadne uporządkowanie. Wyobrażałem sobie, że przejście od jednej skrajności do drugiej zajmie wiele czasu i w tym właśnie długim okresie jedna trzecia gatunku ludzkiego, której dopisze więcej szczęścia, zdoła się jakoś odnaleźć w obu tych rzeczywistościach – w bezładnym świecie liberalizmu i w nazbyt uładzonym Nowym Wspaniałym Świecie, gdzie idealna efektywność nie pozostawia miejsca na wolność jednostki czy osobistą inicjatywę.

Dwadzieścia siedem lat później, tuż za połową dwudziestego stulecia po Chrystusie i na długo przed końcem pierwszego wieku ery Forda, mam w sobie o wiele mniej optymizmu niż w czasach, kiedy pisałem Nowy wspaniały świat. Przepowiednie, które ogłosiłem w 1931 roku, ziściły się znacznie szybciej, niż myślałem. Błogosławiony okres przejściowy między niedostatkiem ładu a jego koszmarnym nadmiarem jeszcze się nie zaczął i nic nie zwiastuje jego nadejścia. Owszem, na Zachodzie mężczyźni i kobiety wciąż cieszą się sporym zakresem swobód. Ale nawet w krajach, w których panuje tradycja demokratycznej władzy, owa wolność, czy wręcz pragnienie wolności, zdaje się zanikać. Reszta świata utraciła już wolność jednostki albo jest bliska jej utraty. Zmora całkowitego uporządkowania, którą umieściłem w siódmym stuleciu po Fordzie, wyłoniła się z bezpiecznie odległej przyszłości i czyha na nas za najbliższym zakrętem.

Rok 1984 George’a Orwella stanowi groteskową futurystyczną projekcję współczesności, której elementem jest stalinizm, oraz niedawnej przeszłości naznaczonej przez rozkwit nazizmu. Nowy wspaniały świat powstał przed dojściem Hitlera do władzy w Niemczech i zanim jeszcze rosyjski tyran rozpanoszył się na dobre. W 1931 roku regularny terror nie był jeszcze uprzykrzonym znakiem czasów, jakim stał się siedemnaście lat później, a dyktatura mojego wyimaginowanego świata przyszłości była znacznie mniej brutalna od dyktatury przedstawionej z taką błyskotliwością w Roku 1984. W realiach 1948 roku wizja Orwella okazuje się straszliwie przekonująca. Ale tyrani mimo wszystko są śmiertelni, a okoliczności się zmieniają. Niedawne przemiany w Rosji oraz najnowsze postępy w dziedzinie nauki i techniki częściowo odarły dzieło Orwella z jego posępnej wiarygodności. Oczywiście wojna nuklearna całkowicie przekreśli jakiekolwiek przewidywania. Ale zakładając, że wielkie mocarstwa zdołają jakoś się powstrzymać przed unicestwieniem całej ludzkości, wszystko wskazuje na to, iż wizja Nowego wspaniałego świata ma większe szanse na spełnienie niż ta zawarta w Roku 1984.

W świetle tego, czego ostatnio dowiedzieliśmy się o zachowaniu zwierząt, a w szczególności ludzi, stało się jasne, że sprawowanie władzy oparte na wymierzaniu kar za niepożądane zachowanie jest na dłuższą metę znacznie mniej skuteczne niż sprawowanie władzy oparte na umacnianiu pożądanych zachowań poprzez nagradzanie i że terror jako metoda rządzenia przynosi o wiele słabsze efekty od pokojowej manipulacji społeczeństwem i myślami oraz uczuciami jednostek. Kara może na jakiś czas powstrzymać niepożądane zachowania, ale nie jest w stanie trwale wykorzenić skłonności ofiary do takich występków. Co więcej, psychofizyczne efekty uboczne kary mogą być równie niepożądane jak czyny, za które jest wymierzana. Wyniszczające lub antyspołeczne następstwa dawnych kar bardzo często stanowią przedmiot psychoterapii.

Rządzenie społeczeństwem opisanym w Roku 1984 opiera się niemal wyłącznie na karaniu lub straszeniu karą. Za to w świecie będącym wytworem mojej wyobraźni kary należą do rzadkości i na ogół nie są zbyt surowe. Państwo sprawuje niemal idealną kontrolę poprzez systematyczne umacnianie pożądanych zachowań, różne formy łagodnej manipulacji, zarówno fizycznej, jak i psychologicznej, oraz stosowanie standaryzacji genetycznej. Embriony rozwijające się w butlach i odgórne sterowanie reprodukcją to chyba nie do końca nieprawdopodobna perspektywa, ale nie ulega wątpliwości, że zanim coś takiego nastąpi, jeszcze przez długi czas będziemy pozostawać żyworodnym gatunkiem, który rozmnaża się na chybił trafił. Względy praktyczne mogą zadecydować o wykluczeniu standaryzacji genetycznej. Jednak społeczeństwa nadal będą podlegały kontroli w fazie postnatalnej – poprzez kary, tak jak w przeszłości, i w coraz większym stopniu poprzez skuteczniejsze metody nagradzania i technokratycznej manipulacji.

W Rosji staromodna i przypominająca Orwellowską wizję dyktatura Stalina zaczęła ustępować miejsca bardziej nowoczesnej formie tyranii. Na wyższych poziomach zhierarchizowanego społeczeństwa radzieckiego umacnianie pożądanych zachowań zaczęło zastępować starsze metody rządzenia za pomocą kar za niepożądane zachowania. Inżynierowie i naukowcy, nauczyciele i urzędnicy otrzymują godziwe wynagrodzenie za dobrze wykonaną pracę i płacą umiarkowane podatki, przez co podlegają nieustającej motywacji, by starać się jeszcze bardziej i zarabiać jeszcze lepiej. W pewnych dziedzinach życia mogą w mniejszym lub większym stopniu myśleć i robić, co im się podoba. Kara grozi im tylko za przekroczenie wyznaczonych granic i wejście na obszar ideologii i polityki. To dzięki pewnej dozie swobody w sferze zawodowej rosyjscy uczeni osiągają tak znaczące sukcesy. Tym, którzy żyją bliżej podstaw tej radzieckiej piramidy, nie przysługują żadne z przywilejów, jakimi cieszy się obdarzona szczególnymi zdolnościami mniejszość. Zarabiają marnie i płacą nieproporcjonalnie duże podatki, ponosząc wysokie koszty utrzymania. Zakres ich swobód jest niezwykle ograniczony, a władza kieruje nimi, raczej stosując kary lub grożąc im karą, aniżeli umacniając pożądane zachowania poprzez nagradzanie. Ustrój radziecki łączy w sobie elementy Roku 1984 z elementami, które stanowią przepowiednię stosunków panujących wśród wyższych kast w Nowym wspaniałym świecie.

Tymczasem bezosobowe siły, nad którymi prawie wcale nie panujemy, zdają się popychać nas w stronę koszmaru rodem z Nowego wspaniałego świata; a to bezosobowe parcie świadomie napędzają przedstawiciele instytucji gospodarczych i politycznych, którzy opracowali szereg technik manipulacji – oddziaływania na myśli i uczucia mas – służących interesom pewnych mniejszości. Owe techniki manipulacji omówię szerzej w kolejnych rozdziałach. Na razie skupmy uwagę na tych bezosobowych siłach, które sprawiają, że demokracja jest dziś tak bardzo zagrożona, a świat stał się tak nieprzyjaznym miejscem dla wolności jednostki. Co to za siły? I dlaczego koszmar, który umiejscowiłem w siódmym stuleciu po Fordzie, urzeczywistnia się już w naszych czasach? Aby odpowiedzieć na te pytania, musimy cofnąć się tam, gdzie mają swój początek nawet najbardziej ucywilizowane społeczeństwa – do poziomu biologii.

W dniu Bożego narodzenia populacja naszej planety liczyła około dwustu pięćdziesięciu milionów, czyli mniej niż obecnie połowa populacji Chin. Szesnaście wieków później, kiedy purytańscy pielgrzymi dopłynęli do brzegu Nowej Anglii, na Ziemi mieszkało już nieco ponad pięćset milionów ludzi. W momencie podpisania Deklaracji Niepodległości liczba ta przekroczyła siedemset milionów. W 1931 roku, kiedy pisałem Nowy wspaniały świat, dochodziła do dwóch miliardów. Dzisiaj, zaledwie dwadzieścia siedem lat później, jest nas dwa miliardy osiemset milionów. A co będzie jutro? Penicylina, DDT[1] i czysta woda należą do tanich dóbr, a ich wpływ na zdrowie publiczne jest niewspółmiernie wielki w stosunku do ceny. Nawet najuboższe państwo może sobie pozwolić na zapewnienie swoim poddanym zasadniczych działań mających na celu kontrolę umieralności. Kontrola narodzin to zupełnie inna kwestia. Do kontrolowania umieralności w całym kraju wystarczy grupka specjalistów opłacanych przez dobrotliwy rząd. Kontrola narodzin opiera się na współdziałaniu całego społeczeństwa. Muszą się jej podporządkować nieprzeliczone rzesze ludzi, od których wymaga się więcej inteligencji i siły woli, niż potrafi z siebie wykrzesać większość wszechobecnych analfabetów, a także (w przypadku zastosowania chemicznych lub mechanicznych metod antykoncepcji) wydatków przerastających możliwości finansowe milionów obywateli. Co więcej, żadna religia nie popiera niekontrolowanego umierania, tymczasem normy religijne i społeczne na całym świecie sprzyjają niekontrolowanemu rozmnażaniu. Z tychże powodów kontrola umieralności nie nastręcza większych problemów, za to kontrolowanie narodzin jest niezwykle trudne. Dlatego w ostatnich latach współczynnik śmiertelności obniżył się w zaskakująco szybkim tempie. Jednak współczynnik urodzeń wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, a jeżeli uległ obniżeniu, to tylko w nieznacznym stopniu i bardzo powoli. W efekcie liczba ludności powiększa się obecnie znacznie szybciej niż w jakimkolwiek okresie dziejów naszego gatunku.

Poza tym powiększa się również roczny wskaźnik przyrostu naturalnego. Wzrasta on systematycznie, zgodnie z regułą kapitalizacji odsetek, a także w nierównych odstępach, gdy tylko jakieś zacofane technologicznie społeczeństwo wdraża zasady zdrowia publicznego. Obecnie populacja świata powiększa się o około czterdzieści trzy miliony rocznie. Oznacza to, że co cztery lata na Ziemi przybywa tyle samo ludzi, ile mieszka w Indiach. Przy takim tempie przyrostu, jakie występowało od narodzenia Chrystusa do śmierci królowej Elżbiety I, potrzeba było szesnastu wieków, aby liczba mieszkańców Ziemi uległa podwojeniu. Obecne tempo sprawia, że będzie nas dwa razy więcej już za niespełna pół wieku. Do takiego niewyobrażalnie szybkiego pomnożenia naszego gatunku dojdzie na planecie, której najbardziej atrakcyjne i wydajne obszary są już gęsto zaludnione, której glebę wyniszczają nieudolni rolnicy, gorączkowo usiłując wyprodukować więcej pożywienia, i której łatwo dostępny kapitał minerałów trwonimy z beztroską rozrzutnością pijanego marynarza pozbywającego się swoich oszczędności.

W Nowym Wspaniałym Świecie, który przedstawiłem w swojej powieści, problem przeludnienia w odniesieniu do bogactw naturalnych został skutecznie rozwiązany. Wyznaczono optymalną liczebność populacji i utrzymywano ją na takim poziomie (o ile dobrze pamiętam, niewiele poniżej dwóch miliardów) przez kolejne pokolenia. W naszym współczesnym świecie problem ten nie znalazł rozwiązania. Wręcz przeciwnie, z roku na rok staje się coraz poważniejszy i budzi coraz większą grozę. Stanowi posępne biologiczne tło dla wszystkich ekonomicznych, kulturowych i psychologicznych dramatów, jakie rozgrywają się w naszych czasach. Podczas gdy upływają kolejne lata XX wieku, a populacja świata powiększa się o kolejne miliardy (kiedy moja wnuczka skończy pięćdziesiąt lat, będzie nas pięć i pół miliarda), to biologiczne tło coraz bardziej nieubłaganie i złowieszczo rozprzestrzenia się po całym obszarze sceny historycznej. Kwestia gwałtownego przyrostu naturalnego w odniesieniu do bogactw naturalnych, stabilności społecznej i dobrobytu jednostki – to jest obecnie główny problem ludzkości i z pewnością pozostanie nim w przyszłym stuleciu, a być może również przez kilka następnych. Podobno 4 października 1957 roku wkroczyliśmy w nową erę. Ale tak naprawdę cała nasza entuzjastyczna gadanina po wystrzeleniu Sputnika nie ma znaczenia w kontekście bieżącej sytuacji, a wręcz jest pozbawiona sensu. Co się tyczy mas rodzaju ludzkiego, nadchodząca epoka nie jest Erą Kosmiczną; jest Erą Przeludnienia. Możemy sparafrazować słowa starej piosenki i zadać pytanie:

Czy ten kosmos, którym tak się chwalisz,

ogień w piecu nam rozpali,

albo czy jakiś z kosmosu bożek obróci rożen?

Odpowiedź, rzecz jasna, jest przecząca. Zasiedlenie Księżyca być może zapewni przewagę militarną krajowi, który tego dokona. Nie sprawi to jednak, że w ciągu najbliższego półwiecza, kiedy podwoi się liczebność naszej populacji, życie głodujących i mnożących się miliardów będzie znośniejsze. Nawet gdyby w przyszłości możliwa okazała się emigracja na Marsa, nawet gdyby pewna liczba mężczyzn i kobiet odnalazła w sobie tyle desperacji, by zdecydować się na nowe życie w warunkach przypominających te panujące w górach dwa razy wyższych od Mount Everestu, cóż by to zmieniło? Na przestrzeni ostatnich czterech stuleci całe mnóstwo ludzi popłynęło w stronę Nowego Świata. Lecz ani ich przenosiny, ani napływ żywności i surowców z kolonii nie rozwiązały problemów Starego Świata. Tak samo wyekspediowanie ludzkich nadwyżek na Marsa (kosztem kilku milionów dolarów za transport i zagospodarowanie każdej osoby) nie powstrzymałoby rosnącej presji populacyjnej na naszej planecie. Problem ten, pozostając nierozwiązany, uniemożliwi nam przezwyciężenie wszystkich innych problemów. Co gorsza, doprowadzi do sytuacji, w której wolność jednostki, jak również normy społeczne wynikające z demokratycznego stylu życia staną się niemożliwe do spełnienia czy wręcz niewyobrażalne. Nie wszystkie dyktatury powstają w taki sam sposób. Do Nowego Wspaniałego Świata prowadzi wiele dróg, ale przypuszczalnie najprostszą i najszerszą z nich jest ta, którą podążamy dzisiaj – droga prowadząca poprzez gigantyczne masy ludzkie i rosnące tempo przyrostu naturalnego. Przyjrzyjmy się pokrótce przyczynom tej bliskiej współzależności między przeludnieniem a zbyt szybkim powiększaniem się populacji, a formułowaniem filozofii autorytarnych i rozwojem totalitarnych systemów władzy.

Kiedy ogromne i wciąż rozrastające się rzesze coraz intensywniej eksploatują dostępne zasoby, pozycja ekonomiczna społeczeństwa, które przechodzi taką gehennę, staje się jeszcze bardziej niepewna. Dotyczy to zwłaszcza zacofanych gospodarczo regionów, gdzie nagłemu spadkowi współczynnika umieralności – możliwemu dzięki DDT, penicylinie i czystej wodzie – nie towarzyszy proporcjonalne obniżenie współczynnika urodzeń. W pewnych częściach Azji oraz w większości krajów Ameryki Środkowej i Południowej liczba ludności rośnie tak szybko, że ulegnie podwojeniu w ciągu dwudziestu kilku lat. Istniałaby szansa na poprawę nędznego losu tych ludzi, gdyby produkcja żywności i artykułów przemysłowych, budowa domów oraz rozwój szkolnictwa postępowały w szybszym tempie niż przyrost naturalny. Lecz niestety w owych krajach brakuje nie tylko maszyn rolniczych czy fabryk, w których można by je produkować, ale również kapitału niezbędnego do uruchomienia takiej produkcji. Kapitał jest tym, co zostaje po zaspokojeniu podstawowych potrzeb ludności. Ale w krajach słabo rozwiniętych podstawowe potrzeby większości mieszkańców nigdy nie są w pełni zaspokojone. Pod koniec każdego roku w ich budżecie nie zostaje prawie nic, więc nie dysponują kapitałem umożliwiającym stworzenie infrastruktury rolniczej i przemysłowej, która pozwoliłaby na zaspokojenie potrzeb ludności. Co więcej, wszystkim tym zacofanym krajom doskwiera poważny deficyt wykwalifikowanych kadr pracowniczych, a bez nich niemożliwe jest funkcjonowanie nowoczesnego rolnictwa i przemysłu. Poziom edukacji jest zbyt niski, a brak odpowiednich zasobów, zarówno finansowych, jak i kulturalnych, nie pozwala na udoskonalenie placówek oświatowych w tak krótkim czasie, jak wymagają tego okoliczności. Tymczasem liczebność populacji niektórych z tych krajów powiększa się o trzy procent rocznie.

Harrison Brown, James Bonner i John Weir, profesorowie Kalifornijskiego Instytutu Technologicznego, poświęcili tej tragicznej sytuacji uwagę w swojej książce The Next Hundred Years, która ukazała się w 1957 roku. Jak ludzkość radzi sobie z problemem gwałtownego przyrostu naturalnego? Z dosyć marnym skutkiem. „Raczej niepodważalne dowody sugerują, że w ciągu ostatniego półwiecza w większości zacofanych krajów poziom życia przeciętnego obywatela znacznie się obniżył. Ludzie stali się niedożywieni, zmniejszyła się ilość towarów przypadających na osobę, a praktycznie wszelkie próby polepszenia tej sytuacji spełzają na niczym za sprawą ciągłego wzrostu liczebności populacji”.

Ilekroć gospodarka kraju staje w obliczu zagrożenia, władze centralne są zmuszone do podjęcia dodatkowych działań na rzecz ogólnego dobrobytu. Muszą opracować szczegółowe plany zażegnania kryzysu i nałożyć jeszcze większe ograniczenia na swoich poddanych. A jeżeli, co jest wielce prawdopodobne, pogorszenie warunków ekonomicznych doprowadzi do rozruchów na tle politycznym albo otwartej rebelii, rząd musi interweniować, żeby przywrócić porządek publiczny i utrzymać swoją pozycję. Tym oto sposobem organy wykonawcze oraz ich biurokratyczne kadry zyskują coraz większą władzę. Jednak władza ma to do siebie, że nawet ci, którzy o nią nie zabiegali, ale zostali zmuszeni do jej sprawowania, zwykle nabierają apetytu na więcej. Nie bez powodu modlimy się słowami „nie wódź nas na pokuszenie”, bo kiedy coś nas nęci wystarczająco długo i nieodparcie, na ogół się temu poddajemy. Demokratyczna konstytucja powstrzymuje lokalnych dygnitarzy przed uleganiem tym szczególnie niebezpiecznym pokusom, które pojawiają się, gdy zbyt małe grono skupia w swoich rękach zbyt wielką władzę. Sprawdza się ona całkiem dobrze w takich krajach jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, gdzie szacunek dla procedur konstytucyjnych wynika z tradycji. Tam, gdzie tradycja republikanizmu lub umiarkowanego monarchizmu jest słaba, ambitni politycy z radością i zapałem dają się ponieść pokusie władzy i nawet najlepsza konstytucja nie zdoła ich przed tym powstrzymać. A w każdym kraju, gdzie masy zaczynają uszczuplać dostępne zasoby, nie brakuje takich pokus. Przeludnienie prowadzi do utraty stabilności gospodarczej i niepokojów społecznych. Zamieszki i kryzys sprawiają, że rząd przejmuje większą kontrolę i poszerza zakres swojej władzy. A brak tradycji konstytucyjnej pozwala na sprawowanie owej władzy w formie dyktatury. Byłoby to możliwe, nawet gdyby komunizm nigdy nie powstał. Ale komunizm istnieje. Zważywszy na ten fakt, prawdopodobieństwo, że przeludnienie może wywołać niepokój społeczny prowadzący do dyktatury, w zasadzie nie budzi wątpliwości. Można śmiało założyć, że za dwadzieścia lat we wszystkich tych przeludnionych i zacofanych gospodarczo krajach będzie panować jakaś forma totalitaryzmu – prawdopodobnie pod rządami partii komunistycznej.

Jak taki rozwój wypadków wpłynie na przeludnione, ale wysoce uprzemysłowione i demokratyczne kraje Europy? Gdyby nowo powstałe dyktatury miały do nich wrogi stosunek i gdyby dotychczasowy napływ surowców z krajów słabo rozwiniętych został celowo przerwany, Zachód faktycznie znalazłby się w bardzo niekorzystnym położeniu. Europejski system przemysłowy uległby załamaniu, a zaawansowane technologie, które dotąd pozwalały na utrzymanie populacji znacznie większej, niż byłoby to możliwe dzięki lokalnym zasobom, nie mogłyby dłużej zapobiegać konsekwencjom skupienia zbyt dużej liczby ludzi na zbyt małym terytorium. Gdyby doszło do czegoś takiego, potężna władza, jaką zyskałyby rządy owych państw za sprawą niesprzyjających okoliczności, mogłaby zostać wykorzystana w duchu dyktatury totalitarnej.

Stany Zjednoczone nie są teraz krajem przeludnionym. Ale jeżeli ich populacja będzie się powiększać w obecnym tempie (które jest większe niż tempo przyrostu naturalnego w Indiach, choć na szczęście znacznie mniejsze niż w Meksyku czy Gwatemali), problem liczby ludności w odniesieniu do dostępnych zasobów może stać się dokuczliwy na początku XXI wieku. Na razie przeludnienie nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla osobistych swobód Amerykanów. Pozostaje jednak pośrednim zagrożeniem, odległą zmorą. Gdyby przeludnienie popchnęło zacofane kraje w stronę dyktatury i gdyby te nowo powstałe państwa totalitarne sprzymierzyły się z Rosją, osłabiłoby to pozycję militarną Stanów Zjednoczonych, które musiałyby wzmóc przygotowania do obrony i działań odwetowych. Ale wolność, jak nam wszystkim wiadomo, nie może rozkwitać w kraju, który bez przerwy toczy wojny czy choćby balansuje na granicy konfliktu. Nieustanny kryzys usprawiedliwia stałą kontrolę agencji rządowych nad wszystkimi i wszystkim. A właśnie nieustannego kryzysu powinniśmy się spodziewać, kiedy przeludnienie świata prowadzi do sytuacji, w której dyktatura pod rządami komunistycznymi staje się prawie nieunikniona.

2.Ilość, jakość i moralność

W będącym wytworem mojej fantazji Nowym Wspaniałym Świecie eugenika i dysgenika należały do regularnych praktyk. Specjalnie wyselekcjonowane jajeczka, zapłodnione przez najwyższej jakości plemniki, umieszczano w butlach, w których zapewniano im najlepsze z możliwych warunków, by rozwinęły się z nich osobniki beta, alfa, a nawet alfa plus. W innych, znacznie liczniejszych butlach, gorszej jakości jajeczka, zapłodnione przez gorsze plemniki, poddawano procesowi Bokanowskiego (dziewięćdziesiąt sześć identycznych bliźniaków z jednego jaja) i zatruwano alkoholem oraz innymi szkodliwymi substancjami. Powstałe w ten sposób istoty można by uznać wręcz za podludzi, jednak były one zdolne do wykonywania nieskomplikowanych prac, a dzięki odpowiedniemu warunkowaniu, ograniczeniu kontaktów z przedstawicielami płci przeciwnej, stałemu dostępowi do bezpłatnych rozrywek i codziennym dawkom somy utrwalającym wzorce dobrego zachowania nie sprawiały kłopotów osobnikom wyższej kategorii.