Drzwi Percepcji. Niebo i piekło - Aldous Huxley - ebook
Opis

Meskalina – substancja o właściwościach halucynogennych, występująca w naturze w niektórych gatunkach kaktusów, np. w pejotlu, znana była Indianom od stuleci. W laboratorium wytworzono ją pod koniec XIX wieku, ale jej działanie długo jeszcze pozostawało dla naukowców zagadką.

Aldous Huxley (1894–1963) – brytyjski powieściopisarz, poeta i eseista – postanowił osobiście poznać skutki jej zażycia i wyruszyć w najdalszą podróż wgłąb własnego umysłu, do świata wizji i znaczeń ukrytych przed naszym codziennym wzrokiem. Co wynikło ze zderzenia niezwykle wrażliwego umysłu pisarza z halucynogenną substancją? Owocem tego eksperymentu stały się eseje Drzwi percepcji (1954) i Niebo i piekło (1956). Huxley dokładnie opisał i zinterpretował swoje wizje. Wyciągnął z nich daleko idące wnioski, a samo psychodeliczne doświadczenie na zawsze odmieniło jego sposób patrzenia na otaczającą go rzeczywistość, religię, sztukę i innych ludzi. Bowiem czy drzwi percepcji, które raz zostaną uchylone, można będzie całkowicie zamknąć? Tekst ten stał się biblią hippisów, a Jim Morrison pod wpływem jego lektury postanowił nazwać swój zespół „The Doors”. Zatem weźmy tę książkę do rąk i uchylmy raz jeszcze za Aldousem Huxleyem owe tajemnicze drzwi percepcji...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 160

Popularność


Al­do­us Hux­ley

Drzwi per­cep­cji. Nie­bo i pie­kło

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

The Do­ors of Per­cep­tion. He­aven and Hell

Tłu­ma­cze­nie: Mar­ta Mi­ki­ta

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Pi­lec­ka

Pro­jekt okład­ki: An­drzej Job­czyk

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

© Co­py­ri­ght by The Al­do­us and Lau­ra Hux­ley Li­te­ra­ry Trust

© Co­py­ri­ght by Mark Tre­ve­nen Hux­ley

© Co­py­ri­ght by Te­re­sa Hux­ley

© Co­py­ri­ght for Po­lish trans­la­tion by Mar­ta Mi­ki­ta

© Co­py­ri­ght for Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Cień Kształ­tu 2012

ISBN 978-83-60685-15-0

http://www.drzwi-per­cep­cji.com

Wy­daw­nic­two CIEŃ KSZTAŁ­TU

ul. Że­rom­skie­go 5 m. 64

01-887 War­sza­wa

tel./fax: 22 835-24-07

e-mail: wy­daw­nic­[email protected]­tu.pl

http://www.cien-ksztal­tu.pl

DRZWI PERCEPCJI

Dla M

„Gdy­by oczy­ścić drzwi per­cep­cji,

każ­da rzecz uka­za­ła­by się czło­wie­ko­wi,

jaka jest, nie­skoń­czo­na.”

Wil­liam Bla­ke (przeł. Fra­nek Wy­go­da)

W 1886 roku nie­miec­ki far­ma­ko­log, Lo­uis Le­win, opu­bli­ko­wał pierw­szą usys­te­ma­ty­zo­wa­ną mo­no­gra­fię kak­tu­sa, któ­ry póź­niej otrzy­mał wła­sną na­zwę od jego na­zwi­ska. An­tha­lo­nium Le­wi­nii był dla na­uki no­wo­ścią. Dla pier­wot­nych re­li­gii oraz In­dian z Mek­sy­ku i z po­łu­dnio­wo-za­chod­niej Ame­ry­ki był od­wiecz­nym przy­ja­cie­lem. Wła­ści­wie był czymś wię­cej niż przy­ja­cie­lem. Je­den z od­wie­dza­ją­cych Nowy Świat Hisz­pa­nów po­wie­dział: „Oni je­dzą ko­rzeń, któ­ry na­zy­wa­ją pe­jo­tlem i któ­ry czczą, jak­by był bó­stwem”.

Dla­cze­go mie­li­by go czcić jak bó­stwo, sta­ło się ja­sne, gdy tacy wy­bit­ni psy­cho­lo­go­wie jak Ja­ensch, Ha­ve­lock El­lis czy Weir Mit­chell za­czę­li eks­pe­ry­men­to­wać z me­ska­li­ną, ak­tyw­nym związ­kiem che­micz­nym wy­stę­pu­ją­cym w pe­jo­tlu. Co praw­da, nie po­su­nę­li się do bał­wo­chwal­stwa, ale przy­czy­ni­li się do nada­nia me­ska­li­nie wy­jąt­ko­wej po­zy­cji wśród środ­ków odu­rza­ją­cych. Po­da­wa­na w od­po­wied­nich daw­kach, głę­biej zmie­nia ja­kość świa­do­mo­ści, a jed­nak jest mniej tok­sycz­na niż ja­ka­kol­wiek inna sub­stan­cja w re­per­tu­arze far­ma­ko­lo­gii.

Od cza­sów Le­wi­na i Ha­ve­loc­ka El­li­sa ba­da­nia nad me­ska­li­ną są prze­pro­wa­dza­ne spo­ra­dycz­nie. Che­mi­cy nie tyl­ko wy­izo­lo­wa­li al­ka­lo­id, na­uczy­li się go tak­że syn­te­ty­zo­wać, więc jego źró­dło już nie za­le­ży od rzad­kich i okre­so­wych zbio­rów pu­styn­ne­go kak­tu­sa. Psy­chia­trzy sami daw­ko­wa­li so­bie me­ska­li­nę w na­dziei, że doj­dą do lep­sze­go, pierw­szo­oso­bo­we­go, zro­zu­mie­nia pro­ce­sów psy­chicz­nych swo­ich pa­cjen­tów. Pra­cu­jąc nad nie­licz­ny­mi oso­ba­mi w zbyt ma­łym za­kre­sie przy­pad­ków, psy­cho­lo­go­wie za­ob­ser­wo­wa­li i ska­ta­lo­go­wa­li kil­ka z bar­dziej ude­rza­ją­cych efek­tów za­ży­cia tego środ­ka. Neu­ro­lo­go­wie i fi­zjo­lo­go­wie czę­ścio­wo od­kry­li me­cha­ni­zmy dzia­ła­ją­ce na cen­tral­ny układ ner­wo­wy. Przy­naj­mniej je­den pro­fe­sjo­nal­ny fi­lo­zof za­żył me­ska­li­nę dla świa­tła, któ­re może ona rzu­cić na od­wiecz­ne, nie­roz­wią­za­ne za­gad­ki ta­kie jak miej­sce umy­słu w przy­ro­dzie oraz re­la­cja po­mię­dzy mó­zgiem a świa­do­mo­ścią.

Tak wy­glą­da­ła sy­tu­acja, do­pó­ki dwa lub trzy lata temu nie zo­stał od­no­to­wa­ny nowy i być może wy­jąt­ko­wo zna­czą­cy fakt1. Wła­ści­wie fakt ten na­su­wał się sam przez kil­ka de­kad, ale nikt, jak się oka­za­ło, go nie do­strzegł, do­pó­ki mło­de­go an­giel­skie­go psy­chia­try, obec­nie pra­cu­ją­ce­go w Ka­na­dzie, nie ude­rzy­ła zbież­ność skła­du che­micz­ne­go me­ska­li­ny i ad­re­na­li­ny. Ko­lej­ne ba­da­nia wy­ka­za­ły, że kwas li­zer­go­wy, nie­sa­mo­wi­cie moc­ny ha­lu­cy­no­gen otrzy­my­wa­ny ze spo­ry­szu, ma struk­tu­ral­ne bio­che­micz­ne po­wią­za­nie ze wspo­mnia­ny­mi sub­stan­cja­mi. Na­stęp­nie od­kry­to, że ad­re­no­chrom, któ­ry jest po­chod­ną roz­pa­du ad­re­na­li­ny, może wy­wo­ły­wać wie­le zja­wisk za­ob­ser­wo­wa­nych rów­nież przy oszo­ło­mie­niu me­ska­li­ną. Tyle że ad­re­no­chrom praw­do­po­dob­nie wy­stę­pu­je spon­ta­nicz­nie w ludz­kim cie­le. In­ny­mi sło­wy, każ­dy z nas może być w sta­nie wy­two­rzyć sub­stan­cję che­micz­ną, któ­rej małe daw­ki, jak wie­my, wy­wo­łu­ją głę­bo­kie zmia­ny w świa­do­mo­ści. Nie­któ­re z tych zmian są po­dob­ne do tych wy­stę­pu­ją­cych w tej bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­nej pla­dze dwu­dzie­ste­go wie­ku – schi­zo­fre­nii. Czy za­bu­rze­nie psy­chicz­ne wy­ni­ka z za­bu­rze­nia che­micz­ne­go? I czy z ko­lei che­micz­ne za­bu­rze­nie jest spo­wo­do­wa­ne psy­chicz­nym cier­pie­niem wpły­wa­ją­cym na nad­ner­cza? Stwier­dze­nie tego by­ło­by przed­wcze­sne i zbyt po­chop­ne. Co naj­wy­żej mo­że­my po­wie­dzieć, że tak wy­glą­da spra­wa pri­ma fa­cie. Na ra­zie co trop ten jest sys­te­ma­tycz­nie spraw­dza­ny, a de­tek­ty­wi-bio­che­mi­cy, psy­chia­trzy i psy­cho­lo­go­wie idą jego śla­dem.

Dzię­ki se­rii dla mnie wy­bit­nie szczę­śli­wych wy­pad­ków zna­la­złem się wio­sną 1953 wprost na tym szla­ku. Je­den z tych de­tek­ty­wów przy­był do Ka­li­for­nii w spra­wach służ­bo­wych. Mimo sie­dem­dzie­się­ciu lat ba­dań nad me­ska­li­ną, do­stęp­ny mu ma­te­riał psy­cho­lo­gicz­ny był wciąż ab­so­lut­nie nie­wy­star­cza­ją­cy i był chęt­ny by go po­sze­rzyć. By­łem na miej­scu i by­łem chęt­ny, a wła­ści­wie ocho­czy, by stać się kró­li­kiem do­świad­czal­nym. Tak do­szło do tego, że pew­ne­go ja­sne­go ma­jo­we­go po­ran­ka po­łkną­łem czte­ry dzie­sią­te gra­ma me­ska­li­ny roz­pusz­czo­nej w po­ło­wie szklan­ki wody i usia­dłem, by cze­kać na re­zul­tat.

Ży­je­my ra­zem, dzia­ła­my i re­agu­je­my na sie­bie na­wza­jem, ale za­wsze i w każ­dym przy­pad­ku je­ste­śmy zda­ni na sie­bie sa­mych. Mę­czen­ni­cy idą ra­mię w ra­mię na are­nę, ale są krzy­żo­wa­ni każ­dy z osob­na. Ob­ję­ci ko­chan­ko­wie de­spe­rac­ko usi­łu­ją zjed­no­czyć swo­je od­izo­lo­wa­ne unie­sie­nia w jed­ną wspól­ną sa­mo­tran­scen­den­cję – na próż­no. Z ra­cji sa­mej swej na­tu­ry każ­dy ucie­le­śnio­ny duch jest ska­za­ny na cier­pie­nie i ra­dość w sa­mot­no­ści. Od­czu­cia, wra­że­nia, wglą­dy, fan­ta­zje – wszyst­kie one są pry­wat­ne i, oprócz opi­su po­przez sym­bo­le, z dru­giej ręki, nie do prze­ka­za­nia. Mo­że­my gro­ma­dzić in­for­ma­cje o do­świad­cze­niach, ale ni­g­dy sa­mych do­świad­czeń (poza wła­sny­mi). Od ro­dzi­ny do na­ro­du każ­da ludz­ka gru­pa jest spo­łe­czeń­stwem od­ręb­nych wszech­świa­tów.

Więk­szość wszech­świa­tów jest wy­star­cza­ją­co do sie­bie po­dob­na, by umoż­li­wić zro­zu­mie­nie lub na­wet wza­jem­ną em­pa­tię czy „wczu­cie się”. Tym sa­mym, pa­mię­ta­jąc na­sze wła­sne zgry­zo­ty i upo­ko­rze­nia, mo­że­my współ­czuć in­nym w ana­lo­gicz­nych sy­tu­acjach, mo­że­my po­sta­wić się (oczy­wi­ście za­wsze w nie­co Pic­kwi­kow­skim sen­sie) w miej­sce in­nych. Ale w nie­któ­rych wy­pad­kach ko­mu­ni­ka­cja po­mię­dzy wszech­świa­ta­mi jest nie­kom­plet­na lub w ogó­le nie ist­nie­je. Umysł jest na­szym wła­snym miej­scem, a miej­sca za­miesz­ka­łe przez obłą­ka­nych lub wy­jąt­ko­wo uta­len­to­wa­nych są tak od­mien­ne od miejsc, gdzie żyją zwy­kli męż­czyź­ni i ko­bie­ty, że płasz­czy­zna wspól­nej pa­mię­ci, któ­ra słu­ży­ła­by za pod­sta­wę zro­zu­mie­nia lub współ­od­czu­wa­nia, jest bar­dzo mała lub w ogó­le jej nie ma. Sło­wa są wy­po­wia­da­ne, ale nie uda­je im się opi­sać. Rze­czy i wy­da­rze­nia, do któ­rych od­no­szą się sym­bo­le, na­le­żą do wspól­nie wy­klu­cza­ją­cych się sfer do­świad­czeń.

Wi­dzieć sie­bie tak, jak wi­dzą nas inni, jest naj­bar­dziej zba­wien­nym da­rem. Nie­wie­le mniej waż­na jest moż­li­wość wi­dze­nia in­nych tak, jak oni sie­bie po­strze­ga­ją. Ale co je­śli ci inni na­le­żą do in­ne­go ga­tun­ku i za­miesz­ku­ją ra­dy­kal­nie inny wszech­świat? Na przy­kład jak zdro­wy czło­wiek może zro­zu­mieć od­czu­cia sza­leń­ca? Lub je­śli nie uro­dzi­li­śmy się po­now­nie jako wi­zjo­ner, me­dium czy ge­niusz mu­zycz­ny, jak mo­że­my kie­dy­kol­wiek od­wie­dzić świa­ty, któ­re dla Bla­ke­ʼa, Swe­den­bor­ga, Jana Se­ba­stia­na Ba­cha były do­mem? I jak może czło­wiek na sa­mym krań­cu ek­to­mor­fii2 i ce­re­bro­to­nii3 po­sta­wić się na miej­scu czło­wie­ka bę­dą­ce­go na krań­cu en­do­mor­fii i wi­sce­ro­to­nii czy też, oprócz przy­pad­ków pew­nych ogra­ni­czo­nych ob­sza­rów, dzie­lić uczu­cia in­ne­go, któ­ry stoi na krań­cu me­zo­mor­fii i so­ma­to­to­nii? Wy­da­je mi się, że dla praw­dzi­we­go be­ha­wio­ry­sty ta­kie py­ta­nia są bez zna­cze­nia. Ale dla tych, któ­rzy teo­re­tycz­nie wie­rzą w to, co w prak­ty­ce jest praw­dzi­we – mia­no­wi­cie, że do­świad­cze­nie ist­nie­je za­rów­no we­wnątrz, jak i na ze­wnątrz – przed­sta­wio­ne pro­ble­my są praw­dzi­wy­mi pro­ble­ma­mi, tym bar­dziej po­nu­ry­mi z ra­cji zu­peł­nej nie­roz­wią­zy­wal­no­ści lub czę­ścio­wej roz­wią­zy­wal­no­ści je­dy­nie w wy­jąt­ko­wych wy­pad­kach i po­przez me­to­dy nie wszyst­kim do­stęp­ne. Tym sa­mym więc wy­da­je się prak­tycz­nie pew­ne, że ni­g­dy nie do­wiem się, jak to jest być Sir Joh­nem Fal­staf­fem czy Joe Lu­isem. Z dru­giej jed­nak stro­ny za­wsze wy­da­wa­ło mi się praw­do­po­dob­ne, że po­przez hip­no­zę lub au­to­hip­no­zę, po­przez sys­te­ma­tycz­ną me­dy­ta­cję lub wzię­cie od­po­wied­nie­go środ­ka, tak mógł­bym zmie­nić swo­ją świa­do­mość, by móc wie­dzieć, od we­wnątrz, o czym mó­wił wi­zjo­ner, me­dium lub na­wet mi­styk.

Na pod­sta­wie tego, co czy­ta­łem o do­świad­cza­niach z me­ska­li­ną, z góry wy­ro­bi­łem so­bie prze­ko­na­nie, że ten śro­dek wpu­ścił­by mnie, przy­naj­mniej na kil­ka go­dzin, do ro­dza­ju we­wnętrz­ne­go świa­ta opi­sy­wa­ne­go przez Bla­ke­ʼa i A.E.4 Ale to, cze­go się spo­dzie­wa­łem, nie na­stą­pi­ło. Spo­dzie­wa­łem się, że będę le­żał z za­mknię­ty­mi oczy­ma, pa­trząc na wi­zje wie­lo­barw­nych geo­me­trycz­nych kształ­tów, oży­wio­nej ar­chi­tek­tu­ry, bo­ga­tej w szla­chet­ne ka­mie­nie i prze­pięk­nej, kra­jo­bra­zów z he­ro­icz­ny­mi po­sta­cia­mi, sym­bo­licz­nych dra­ma­tów wiecz­nie drga­ją­cych na gra­ni­cy osta­tecz­ne­go ujaw­nie­nia. Ale nie wzią­łem pod uwa­gę – to było oczy­wi­ste – oso­bli­wo­ści mo­jej kon­struk­cji psy­chicz­nej, cech mo­je­go tem­pe­ra­men­tu, wy­cho­wa­nia i zwy­cza­jów.

Mam i od­kąd pa­mię­tam, za­wsze mia­łem, trud­no­ści z wi­zu­ali­za­cją. Sło­wa, na­wet te brze­mien­ne sło­wa po­etów, nie wy­wo­ły­wa­ły w mo­jej gło­wie ob­ra­zów. Żad­ne hip­na­go­gicz­ne5 wi­zje nie wi­ta­ły mnie na gra­ni­cy snu. Kie­dy coś so­bie przy­po­mi­nam, pa­mięć nie przed­sta­wia mi zda­rzeń czy rze­czy jak ży­wych. Dzię­ki wy­sił­ko­wi woli mogę wy­wo­łać nie­zbyt wy­raź­ny ob­raz tego, co się zda­rzy­ło po­przed­nie­go po­po­łu­dnia, tego, jak wy­glą­da­ło Lun­gar­no, za­nim znisz­czo­no mo­sty, uli­cę Bay­swa­ter, kie­dy je­dy­ne au­to­bu­sy były zie­lo­ne, ma­lut­kie i cią­gnię­te przed pod­sta­rza­łe ko­nie z pręd­ko­ścią trzech i pół mili na go­dzi­nę. Ale ta­kie ob­ra­zy nie mają wie­le tre­ści i ab­so­lut­nie żad­ne­go au­to­no­micz­ne­go ży­cia. Tak się mają do praw­dzi­wych, ob­ser­wo­wa­nych obiek­tów jak du­chy Ho­me­ra mia­ły się do lu­dzi z krwi i ko­ści, któ­rych od­wie­dza­ły wśród cie­ni. Je­dy­nie gdy mam wy­so­ką tem­pe­ra­tu­rę, moje ob­ra­zy men­tal­ne za­czy­na­ją nie­za­leż­nie żyć. Dla tych, któ­rzy po­sia­da­ją sil­ny dar wi­zu­ali­za­cji, mój świat we­wnętrz­ny musi ja­wić się jako wy­jąt­ko­wo bez­barw­ny, ogra­ni­czo­ny i nie­in­te­re­su­ją­cy. To wła­śnie ten świat – ubo­gi, acz mój wła­sny – chcia­łem zo­ba­czyć prze­mie­nio­ny w coś zu­peł­nie in­ne­go.

Zmia­na, któ­ra na­praw­dę za­szła w tym świe­cie, nie była pod żad­nym wzglę­dem re­wo­lu­cyj­na. Pół go­dzi­ny po po­łknię­ciu środ­ka za­uwa­ży­łem wol­ny ta­niec zło­tych świa­teł. Nie­wie­le póź­niej oka­za­łe czer­wo­ne po­wierzch­nie za­czę­ły na­brzmie­wać i roz­cią­gać się z ja­snych wę­złów ener­gii, wi­bru­ją­cych cią­gle zmie­nia­ją­cym się, ukła­da­ją­cym się we wzo­ry ży­ciem. W in­nej chwi­li za­mknię­cie oczu uka­za­ło zbiór sza­rych struk­tur, we­wnątrz któ­rych bla­de nie­bie­ska­we sfe­ry po­ja­wia­ły się z in­ten­syw­ną so­lid­no­ścią, a wy­ło­niw­szy się prze­śli­zgi­wa­ły się, bez­gło­śnie do góry aż zni­ka­ły z pola wi­dze­nia. Ni­g­dy jed­nak nie były to twa­rze ani po­sta­cie lu­dzi lub zwie­rząt. Nie wi­dzia­łem pej­za­ży, ogrom­nych prze­strze­ni, żad­nych ma­gicz­nie roz­ra­sta­ją­cych się lub prze­kształ­ca­ją­cych się bu­dyn­ków, ni­cze­go, co choć odro­bi­nę przy­po­mi­na­ło­by dra­mat lub przy­po­wieść. Ten inny świat, do któ­re­go do­pu­ści­ła mnie me­ska­li­na, nie był świa­tem wi­zji, ist­niał w tym, co mo­głem uj­rzeć otwar­ty­mi oczy­ma. Wiel­ka zmia­na do­ko­na­ła się w świe­cie obiek­tyw­ne­go fak­tu. To, co się sta­ło z moim su­biek­tyw­nym wszech­świa­tem, było sto­sun­ko­wo nie­istot­ne.

Pi­guł­kę wzią­łem o je­de­na­stej. Pół­to­rej go­dzi­ny póź­niej sie­dzia­łem w swo­im ga­bi­ne­cie, in­ten­syw­nie wpa­tru­jąc się w mały szkla­ny wa­zon. Za­wie­rał on je­dy­nie trzy kwia­ty – w peł­nym roz­kwi­cie różę Bel­le of Por­tu­gal, żół­ta­wo-ró­żo­wą z cie­plej­szym, bar­dziej pło­mie­ni­stym od­cie­niem u na­sa­dy każ­de­go płat­ka, duży kar­ma­zy­no­wo-kre­mo­wy goź­dzik oraz bla­do­fio­le­to­wy u koń­ca nad­ła­ma­nej ło­dyż­ki, wy­ra­zi­sty he­ral­dycz­ny kwiat iry­su. Przy­pad­ko­wy i pro­wi­zo­rycz­ny mały bu­kiet ła­mał wszel­kie za­sa­dy do­bre­go sma­ku. Tam­te­go ran­ka przy śnia­da­niu ude­rzył mnie dy­so­nans jego barw. Ale to prze­sta­ło się li­czyć. Te­raz nie pa­trzy­łem na nie­zwy­kłą aran­ża­cję kwia­tów. Wi­dzia­łem to, co wi­dział Adam w po­ra­nek swo­je­go stwo­rze­nia – cud, chwi­la po chwi­li, na­giej eg­zy­sten­cji.

„Czy to miłe?” – ktoś spy­tał. (Pod­czas tej czę­ści eks­pe­ry­men­tu wszyst­kie roz­mo­wy były na­gry­wa­ne na dyk­ta­fon, więc było moż­li­we, bym so­bie od­świe­żył pa­mięć tego, co zo­sta­ło po­wie­dzia­ne.)

„Ani miłe, ani nie­mi­łe – od­po­wie­dzia­łem. – Po pro­stu jest”.

Istig­ke­it – czy to nie tego sło­wa lu­bił uży­wać Me­ister Ec­khart? „Isto­to­wość”. Byt w Pla­toń­skiej fi­lo­zo­fii; tyle że Pla­ton, wy­da­je się, po­peł­nił wiel­ki, gro­te­sko­wy błąd, od­dzie­la­jąc Byt od sta­wa­nia się i utoż­sa­mia­jąc go z ma­te­ma­tycz­ną abs­trak­cją Idei. Nie mógł ni­g­dy, bie­da­czy­sko, zo­ba­czyć bu­kie­tu kwia­tów świe­cą­cych swo­im wła­snym we­wnętrz­nym świa­tłem i le­d­wo ugi­na­ją­cych się pod pre­sją zna­cze­nia, ja­kim je ob­da­rzo­no; nie mógł ni­g­dy do­strzec, że to, co z taką in­ten­syw­no­ścią przed­sta­wia­ły róża, irys i goź­dzik, było ni­czym wię­cej ani ni­czym mniej, niż tym, czym były – ulot­ność, któ­ra jed­nak była wiecz­nym ży­ciem, cią­głe umie­ra­nie, któ­re było za­ra­zem czy­stym By­tem, wiąz­ką zni­ko­mych, uni­ka­to­wych ist­nień, w któ­rych, po­przez nie­wy­po­wie­dzia­ny, a jed­nak zro­zu­mia­ły samo przez się pa­ra­doks, do­strze­ga­ło się bo­skie źró­dło wszel­kie­go ist­nie­nia.

Wciąż pa­trzy­łem na kwia­ty i w ich ży­wym świe­tle zda­wa­ło się, że wy­czu­łem ja­ko­ścio­wy ekwi­wa­lent od­dy­cha­nia – ale od­dy­cha­nia bez po­wra­ca­nia do punk­tu wyj­ścia, bez po­wra­ca­ją­ce­go od­pły­wu, a je­dy­nie po­wta­rza­ją­cy się prze­pływ od pięk­na do jesz­cze więk­sze­go pięk­na, od głę­bo­kie­go do jesz­cze głęb­sze­go zna­cze­nia. Sło­wa ta­kie jak „ła­ska” i „prze­obra­że­nie” przy­cho­dzi­ły mi na myśl i to było oczy­wi­ście to, co mię­dzy in­ny­mi ozna­cza­ły. Moje oczy wę­dro­wa­ły od róży do goź­dzi­ka i od pie­rza­ste­go roz­ża­rze­nia do gład­kich zwo­jów czu­ją­ce­go ame­ty­stu, któ­re two­rzy­ły irys. Wi­zję Uszczę­śli­wia­ją­cą, Sat Chit Anan­da, Ist­nie­nie-Świa­do­mość-Bło­gość – po raz pierw­szy zro­zu­mia­łem, nie na po­zio­mie ję­zy­ka, nie po­przez nie­zro­zu­mia­łe alu­zje ani nie z dy­stan­su, ale do­kład­nie i cał­ko­wi­cie, do cze­go od­no­si­ły się te cu­dow­ne sy­la­by. I wte­dy przy­po­mnia­łem so­bie frag­ment, któ­ry prze­czy­ta­łem w jed­nym z ese­jów Su­zu­kie­go. „Czym jest Cia­ło Dhar­my Bud­dy?” („Cia­ło Dhar­my Bud­dy” to inny spo­sób na­zwa­nia Umy­słu, Isto­to­wo­ści, Pust­ki oraz Bó­stwa.) W klasz­to­rze Zen szcze­ry i za­kło­po­ta­ny no­wi­cjusz za­da­je to py­ta­nie. I z szyb­kim zdy­stan­so­wa­niem się do te­ma­tu, po­dob­nym do bra­ci Marx, Mistrz od­po­wia­da – „Ży­wo­płot w głę­bi ogro­du”. „A czło­wiek, któ­ry urze­czy­wist­nia tę praw­dę – do­cie­ka pe­łen wąt­pli­wo­ści no­wi­cjusz. – Kim zaś on jest, je­śli mogę spy­tać?” Gro­ucho ude­rza go ki­jem w ra­mię i od­po­wia­da: „Zło­to­wło­sym lwem”.

Kie­dy to czy­ta­łem, było to je­dy­nie mgli­ście da­ją­cym do my­śle­nia non­sen­sem. Te­raz było to ja­sne jak słoń­ce, oczy­wi­ste jak sys­tem Eu­kli­de­sa. To oczy­wi­ste, że Cia­ło Dhar­my Bud­dy było ży­wo­pło­tem w głę­bi ogro­du. Za­ra­zem, w nie mniej oczy­wi­sty spo­sób, było tymi kwia­ta­mi, było czym­kol­wiek, co ja – a ra­czej bło­go­sła­wio­na nie-Jaźń, uwol­nio­na na chwi­lę z mo­je­go du­szą­ce­go ob­ję­cia – ze­chcia­łem ob­da­rzyć spoj­rze­niem. Na przy­kład książ­ka­mi, któ­re wy­peł­nia­ły pół­ki mo­je­go ga­bi­ne­tu. Tak jak kwia­ty – roz­bły­ski­wa­ły, gdy na nie pa­trzy­łem, ja­śniej­szy­mi ko­lo­ra­mi, głęb­szym zna­cze­niem. Książ­ki czer­wo­ne jak ru­bi­ny, szma­rag­do­we książ­ki, książ­ki ob­ło­żo­ne w bia­ły ne­fryt, książ­ki z aga­tu, akwa­ma­ry­ny, żół­te­go to­pa­zu, książ­ki la­pis-la­zu­li, któ­rych ko­lor był tak in­ten­syw­ny, tak we­wnętrz­nie pe­łen zna­cze­nia, że wy­glą­da­ły jak­by mia­ły opu­ścić pół­ki, by jesz­cze bar­dziej na­rzu­cać się mo­jej uwa­dze.

„A co z re­la­cja­mi prze­strzen­ny­mi?” – spy­tał eks­pe­ry­men­ta­tor, kie­dy przy­glą­da­łem się książ­kom.

Cięż­ko było od­po­wie­dzieć. Fakt, per­spek­ty­wa wy­glą­da­ła ra­czej dzi­wacz­nie, a ścia­ny po­ko­ju wy­da­wa­ły się już nie spo­ty­kać pod od­po­wied­ni­mi ką­ta­mi. Ale to nie było waż­ne. Na­praw­dę waż­ne było to, że re­la­cje prze­strzen­ne prze­sta­ły mieć istot­ne zna­cze­nie, a mój umysł po­strze­gał świat w in­nych ka­te­go­riach niż prze­strzeń. W nor­mal­nym cza­sie oko zaj­mu­je się ta­ki­mi pro­ble­ma­mi jak Gdzie? Jak da­le­ko? W ja­kiej za­leż­no­ści od cze­goś coś jest po­ło­żo­ne? W eks­pe­ry­men­cie z me­ska­li­ną im­pli­ko­wa­ne py­ta­nia, na któ­re musi od­po­wie­dzieć oko, są in­ne­go ro­dza­ju. Miej­sce i od­le­głość prze­sta­ją być obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia. Umysł po­strze­ga w ka­te­go­riach in­ten­syw­no­ści ist­nie­nia, głę­bi zna­cze­nia, re­la­cji we­wnątrz wzor­ca. Wi­dzia­łem książ­ki, ale zu­peł­nie nie ob­cho­dzi­ła mnie ich prze­strzen­na po­zy­cja. To, co od­ci­snę­ło się w moim umy­śle, to fakt, że wszyst­kie one roz­bły­ski­wa­ły ży­wym świa­tłem i że blask nie­któ­rych ma­ni­fe­sto­wał się moc­niej. W tym kon­tek­ście po­zy­cja oraz trzy wy­mia­ry nie mia­ły nic do rze­czy. Nie cho­dzi­ło oczy­wi­ście o to, że ka­te­go­ria prze­strze­ni zo­sta­ła za­wie­szo­na. Kie­dy wsta­łem tro­chę się przejść, mo­głem to zro­bić nor­mal­nie, nie prze­li­cza­jąc się co do umiej­sco­wie­nia obiek­tów. Prze­strzeń wciąż tam była, ale stra­ci­ła swo­je nad­rzęd­ne zna­cze­nie. Umysł za­ję­ty był nie od­le­gło­ścia­mi i miej­sca­mi a by­ciem i zna­cze­niem.

Ra­zem z obo­jęt­no­ścią w sto­sun­ku do prze­strze­ni przy­szła cał­ko­wi­ta obo­jęt­ność w sto­sun­ku do cza­su.

„Wy­da­je się być go całe mnó­stwo” – było moją je­dy­ną od­po­wie­dzią, kie­dy eks­pe­ry­men­ta­tor za­py­tał mnie, co są­dzę o cza­sie.

Mnó­stwo, ale ile do­kład­nie było zu­peł­nie nie­istot­ne. Oczy­wi­ście mo­głem spoj­rzeć na swój ze­ga­rek, ale wie­dzia­łem, że był on w in­nym wszech­świe­cie. Moim praw­dzi­wym do­świad­cze­niem było nie­usta­ją­ce po­czu­cie nie­skoń­czo­ne­go trwa­nia lub, mó­wiąc ina­czej, cią­głej te­raź­niej­szo­ści skła­da­ją­cej się z jed­nej wciąż zmie­nia­ją­cej się apo­ka­lip­sy.

Eks­pe­ry­men­ta­tor skie­ro­wał moją uwa­gę z ksią­żek na me­ble. Mały sto­lik na ma­szy­nę do pi­sa­nia stał po­środ­ku po­ko­ju, za nim, z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia, znaj­do­wa­ło się wi­kli­no­we krze­sło, a w głę­bi biur­ko. Te trzy me­ble two­rzy­ły za­wi­ły wzór po­zio­mów, pio­nów i prze­kąt­nych – wzór tym bar­dziej in­te­re­su­ją­cy, że nie­in­ter­pre­to­wa­ny pod ką­tem re­la­cji prze­strzen­nych. Sto­lik, krze­sło i biur­ko ja­wi­ły się ra­zem ni­czym ja­kaś kom­po­zy­cja Ba­rqu­eʼa lub Ju­ana Gri­sa, mar­twa na­tu­ra do­strze­gal­nie po­wią­za­na ze świa­tem obiek­tyw­nym, ale uka­za­na bez głę­bi, bez ja­kiej­kol­wiek pró­by za­cho­wa­nia fo­to­gra­ficz­ne­go re­ali­zmu. Pa­trzy­łem na swo­je me­ble nie jak uty­li­ta­ry­sta, któ­ry musi sia­dać na krze­słach, pi­sać przy sto­łach i biur­kach, ani jak fo­to­re­por­ter czy uczo­ny ob­ser­wa­tor, ale jak praw­dzi­wy es­te­ta, któ­ry in­te­re­su­je się je­dy­nie for­ma­mi i ich re­la­cja­mi w polu wzro­ku lub w prze­strze­ni ob­ra­zu. Jed­nak­że kie­dy tak się przy­glą­da­łem, ten czy­sto es­te­tycz­ny wy­twór ku­bi­stycz­ne­go oka ustą­pił miej­sca temu, co mogę opi­sać je­dy­nie jako sa­kra­men­tal­na wi­zja rze­czy­wi­sto­ści. Znów zna­la­złem się tam, gdzie by­łem, pa­trząc na kwia­ty – z po­wro­tem w świe­cie, gdzie wszyst­ko świe­ci­ło We­wnętrz­nym Świa­tłem i było nie­skoń­czo­ne w swo­jej do­nio­sło­ści. Na przy­kład nogi krze­sła – cóż za cu­dow­na rur­ko­wa­tość, cóż za nad­zwy­czaj­na wy­po­le­ro­wa­na gład­kość! Spę­dzi­łem kil­ka­na­ście mi­nut – czy może kil­ka­na­ście stu­le­ci? – nie tyl­ko wpa­tru­jąc się w te bam­bu­so­we nogi, ale wła­ści­wie bę­dąc nimi – czy ra­czej bę­dąc sobą w nich lub, by być jesz­cze do­kład­niej­szym (po­nie­waż „ja” nie uczest­ni­czy­ło w tym pro­ce­sie ani w pe­wien spo­sób nie było „ich”), bę­dąc swo­ją nie-Jaź­nią w nie-Jaź­ni, któ­ra była krze­słem.

Za­sta­na­wia­jąc się nad swo­im do­świad­cze­niem, mu­szę się zgo­dzić z wy­bit­nym fi­lo­zo­fem z Cam­brid­ge, dr. C.D. Bro­adem, że „uczy­ni­li­by­śmy do­brze, roz­wa­ża­jąc uważ­niej niż do­tąd teo­rię wy­su­nię­tą przez Berg­so­na do­ty­czą­cą pa­mię­ci i po­strze­ga­nia zmy­sło­we­go. Su­ge­ro­wał on, że funk­cją mó­zgu, sys­te­mu ner­wo­we­go oraz or­ga­nów zmy­słu jest przede wszyst­kim eli­mi­na­cja, a nie two­rze­nie. Każ­dy czło­wiek w każ­dym mo­men­cie ma zdol­ność pa­mię­ta­nia wszyst­kie­go, co kie­dy­kol­wiek się mu przy­tra­fi­ło i po­strze­ga­nia wszyst­kie­go, co dzie­je się wszę­dzie we wszech­świe­cie. Funk­cją mó­zgu oraz sys­te­mu ner­wo­we­go jest chro­nie­nie nas przed przy­tło­cze­niem i dez­orien­ta­cją przez tę masę w więk­szo­ści nie­przy­dat­nej i nie­waż­nej wie­dzy po­przez od­cię­cie więk­szo­ści tego, co w prze­ciw­nym ra­zie nie­ustan­nie by­śmy po­strze­ga­li lub za­pa­mię­ty­wa­li, i po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie nie­wiel­ki i szcze­gól­ny wy­bór, któ­ry praw­do­po­dob­nie oka­że się mieć prak­tycz­ne za­sto­so­wa­nie”. Zgod­nie z tą teo­rią, każ­dy z nas jest po­ten­cjal­nym Wol­nym Umy­słem. Jed­nak w stop­niu, w ja­kim je­ste­śmy zwie­rzę­ta­mi, na­szym za­da­niem jest prze­trwa­nie za wszel­ką cenę. By umoż­li­wić bio­lo­gicz­ne prze­trwa­nie, Wol­ny Umysł musi zo­stać prze­pusz­czo­ny przez re­du­ku­ją­cy za­wór mó­zgu i ukła­du ner­wo­we­go. To, co wy­cho­dzi z dru­giej stro­ny, jest je­dy­nie nędz­ną stróż­ką tego ro­dza­ju świa­do­mo­ści, któ­ra po­mo­że nam po­zo­stać przy ży­ciu na po­wierzch­ni tej szcze­gól­nej pla­ne­ty. By for­mu­ło­wać i wy­ra­żać za­war­tość tej ogra­ni­czo­nej świa­do­mo­ści, czło­wiek wy­my­ślił i roz­wi­jał w nie­skoń­czo­ność sys­tem sym­bo­li oraz za­war­tej w nich fi­lo­zo­fii, któ­re na­zy­wa­my ję­zy­ka­mi. Każ­da jed­nost­ka jest za­ra­zem be­ne­fi­cjen­tem i ofia­rą tra­dy­cji ję­zy­ko­wej, w któ­rej się ro­dzi; be­ne­fi­cjen­tem, jako że ję­zyk daje do­stęp do ze­bra­nej wie­dzy i do­świad­czeń in­nych lu­dzi, ofia­rą, po­nie­waż utwier­dza ją to w prze­ko­na­niu, że ogra­ni­czo­na świa­do­mość jest je­dy­ną świa­do­mo­ścią i znie­kształ­ca jej zmysł rze­czy­wi­sto­ści, tak, że jest aż zbyt chęt­na, by uznać swo­je kon­cep­cje jako dane, swo­je sło­wa jako praw­dzi­we zja­wi­ska. To, co w ję­zy­ku re­li­gii na­zy­wa­ne jest „tym świa­tem”, jest wszech­świa­tem zre­du­ko­wa­nej świa­do­mo­ści, wy­ra­ża­nej i, jak by nie było, spe­try­fi­ko­wa­nej przez ję­zyk. Róż­ne „inne świa­ty”, z któ­ry­mi isto­ty ludz­kie nie­re­gu­lar­nie na­wią­zu­ją kon­takt, są wie­lo­ma ele­men­ta­mi peł­nej świa­do­mo­ści przy­na­leż­nej Wol­ne­mu Umy­sło­wi. Więk­szość lu­dzi, przez więk­szość cza­su, wie tyl­ko o tym, co prze­cho­dzi przez re­du­ku­ją­cy za­wór i jest uświę­co­ne jako na­praw­dę praw­dzi­we przez lo­kal­ny ję­zyk. Jed­nak nie­któ­re oso­by zda­ją się być uro­dzo­ne z pew­ne­go ro­dza­ju ukła­dem, któ­ry omi­ja ten re­du­ku­ją­cy za­wór. U in­nych tym­cza­so­we ukła­dy tego typu mogą zo­stać uzy­ska­ne albo spon­ta­nicz­nie, albo jako re­zul­tat za­mie­rzo­nych „ćwi­czeń du­cho­wych” lub po­przez hip­no­zę czy środ­ki nar­ko­tycz­ne. Po­przez te sta­łe lub tym­cza­so­we ukła­dy prze­pły­wa nie sama per­cep­cja „wszyst­kie­go, co dzie­je się wszę­dzie we wszech­świe­cie” (po­nie­waż układ nie zno­si dzia­ła­nia re­du­ku­ją­ce­go za­wo­ru, któ­ry wciąż fil­tru­je całą za­war­tość Wol­ne­go Umy­słu), ale cze­goś wię­cej, a przede wszyst­kim cze­goś zu­peł­nie od­mien­ne­go od ostroż­nie wy­se­lek­cjo­no­wa­ne­go pod ką­tem uty­li­ta­ry­stycz­nym ma­te­ria­łu, któ­ry na­sze ogra­ni­czo­ne, jed­nost­ko­we umy­sły po­strze­ga­ją jako kom­plet­ny lub przy­naj­mniej wy­star­cza­ją­cy ob­raz rze­czy­wi­sto­ści.

Mózg wy­po­sa­żo­ny jest w pew­ną licz­bę sys­te­mów en­zy­ma­tycz­nych, któ­re ko­or­dy­nu­ją jego pra­cę. Nie­któ­re z tych en­zy­mów re­gu­lu­ją do­sta­wy glu­ko­zy do ko­mó­rek mó­zgo­wych. Me­ska­li­na ha­mu­je pro­duk­cję tych en­zy­mów i tym sa­mym ob­ni­ża po­ziom glu­ko­zy do­stęp­nej or­ga­no­wi, któ­ry sta­le po­trze­bu­je cu­kru. Co się dzie­je, kie­dy me­ska­li­na re­du­ku­je nor­mal­ną ra­cję cu­kru w mó­zgu? Zbyt mało przy­pad­ków zo­sta­ło pod­da­nych ob­ser­wa­cji i tym sa­mym nie moż­na jesz­cze udzie­lić wy­czer­pu­ją­cej od­po­wie­dzi. Ale to, co się przy­da­rzy­ło więk­szo­ści z tych nie­licz­nych, któ­rzy wzię­li me­ska­li­nę pod nad­zo­rem, może zo­stać stresz­czo­ne na­stę­pu­ją­co.

1. Umie­jęt­ność za­pa­mię­ty­wa­nia i „nor­mal­ne­go my­śle­nia” jest nie­znacz­nie, je­śli w ogó­le, zmniej­szo­na. (Słu­cha­jąc na­grań mo­jej roz­mo­wy pod wpły­wem nar­ko­ty­ku, nie stwier­dzi­łem, że­bym był wte­dy głup­szy niż zwy­kle.)

2. Wra­że­nia wi­zu­al­ne są znacz­nie zin­ten­sy­fi­ko­wa­ne, a oko od­zy­sku­je część swo­jej dzie­cin­nej nie­win­no­ści w po­strze­ga­niu, kie­dy to apa­rat sen­so­rycz­ny nie był na­tych­miast i au­to­ma­tycz­nie pod­po­rząd­ko­wy­wa­ny kon­cep­to­wi. Za­in­te­re­so­wa­nie prze­strze­nią jest zmniej­szo­ne, a za­in­te­re­so­wa­nie cza­sem spa­da nie­mal do zera.

3. Mimo że in­te­lekt jest nie­usz­ko­dzo­ny, a po­strze­ga­nie wy­jąt­ko­wo po­pra­wio­ne, wola cier­pi na istot­ną zmia­nę na gor­sze. Oso­ba, któ­ra wzię­ła me­ska­li­nę, nie wi­dzi po­wo­du, by za­jąć się czym­kol­wiek w szcze­gól­no­ści i uzna­je więk­szość po­wo­dów, dla któ­rych w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach była go­to­wa dzia­łać i cier­pieć, za nie­zmier­nie nie­in­te­re­su­ją­ce. Nie może się nimi przej­mo­wać, po­nie­waż ma waż­niej­sze spra­wy do prze­my­śle­nia.

4. Te waż­niej­sze spra­wy mogą być do­świad­czo­ne (tak jak ja ich do­świad­czy­łem) „tam” lub „tu­taj”, lub w obu tych świa­tach, we­wnętrz­nym i ze­wnętrz­nym, na­raz, lub je­den po dru­gim. To, że są waż­niej­sze, wy­da­je się oczy­wi­ste dla osób bio­rą­cych me­ska­li­nę, któ­rzy pod­cho­dzą do niej ze zdro­wą wą­tro­bą i spo­koj­nym umy­słem.

Te efek­ty me­ska­li­ny są ta­kie, ja­kich moż­na ocze­ki­wać w na­stęp­stwie za­ży­cia środ­ka ma­ją­ce­go moc uszka­dza­nia efek­tyw­no­ści dzia­ła­nia mó­zgo­we­go re­du­ku­ją­ce­go za­wo­ru. Kie­dy w mó­zgu koń­czy się cu­kier, nie­do­ży­wio­ne ego słab­nie, nie może zaj­mo­wać się po­dej­mo­wa­niem ko­niecz­nych za­dań i tra­ci wszel­kie za­in­te­re­so­wa­nie tymi prze­strzen­ny­mi i tym­cza­so­wy­mi re­la­cja­mi, któ­re tyle zna­czą dla or­ga­ni­zmu na­sta­wio­ne­go na prze­trwa­nie w świe­cie. Kie­dy Wol­ny Umysł są­czy się po­przez już nie tak szczel­ny za­wór, za­czy­na­ją się dziać wszel­kie­go ro­dza­ju bio­lo­gicz­nie nie­przy­dat­ne zja­wi­ska. W nie­któ­rych przy­pad­kach może na­stą­pić po­strze­ga­nie po­za­zmy­sło­we. Inne oso­by od­kry­wa­ją świat wi­zyj­ne­go pięk­na. In­nym z ko­lei ob­ja­wio­na zo­sta­je wspa­nia­łość, nie­skoń­czo­na war­tość i zna­cze­nie czy­stej eg­zy­sten­cji, nie­pod­da­nej kon­cep­tu­ali­za­cji zda­rze­nia. W fi­nal­nym sta­nie by­cia bez ego po­ja­wia się „nie­ja­sna wie­dza”, że Wszyst­ko jest we wszyst­kim – że Wszyst­ko jest tak na­praw­dę każ­dym. Przyj­mu­ję, że jest to tak bli­sko, jak tyl­ko skoń­czo­ny umysł jest w sta­nie zbli­żyć się do „po­strze­że­nia wszyst­kie­go, co dzie­je się wszę­dzie we wszech­świe­cie”.

W tym kon­tek­ście jak­że waż­na jest nie­zmier­nie zwięk­szo­na pod wpły­wem me­ska­li­ny per­cep­cja ko­lo­rów! Dla nie­któ­rych zwie­rząt umie­jęt­ność roz­róż­nie­nia pew­nych barw jest bio­lo­gicz­nie bar­dzo waż­na. Ale poza gra­ni­ca­mi ich uty­li­ta­ry­stycz­ne­go spek­trum więk­szość stwo­rzeń jest kom­plet­nie śle­pa na ko­lo­ry. Na przy­kład psz­czo­ły spę­dza­ją więk­szość swo­je­go cza­su „de­flo­ru­jąc świe­że dzie­wi­ce wio­sny”6