Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 321 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Norweski dziennik. Północne wiatry - Andrzej Pilipiuk

Trzecia i ostatnia część powieści dla nastolatków w każdym wieku.

"Północne wiatry" rozwiewają tajemnice Tomka Paczenki, odsłaniają również rąbek prawdy samego Andrzeja Pilipiuka. Są finałem pisanego przez 20 lat dziennika. Kresem 800-stronicowej włóczęgi autora po zakamarkach jego własnej duszy. Efektem ucieczki zagubionego, zaszczutego przez szkołę nastolatka znad skraju depresji, w głąb wyobraźni. A więc nad norweskie fiordy, w wir przygód i brawurowej akcji.

Jeśli nie pamiętasz jak smakuje swoboda, zrób sobie wolne. Czas na pauzę w dorosłym życiu...stanowczo przereklamowanym.

Opinie o ebooku Norweski dziennik. Północne wiatry - Andrzej Pilipiuk

Fragment ebooka Norweski dziennik. Północne wiatry - Andrzej Pilipiuk

IlustracjeAndrzej Łaski

Lublin 2011

Cykl Norweski dziennik:

Tom 1. Ucieczka

Tom 2. Obce ścieżki

Tom 3. Północne wiatry

Pewne postacie i zdarzenia są autentyczne.

Niektóre nazwy geograficzne oraz część szczegółów umożliwiających identyfikację zmieniono.

Wszelkie poszukiwania opisanych miejsc i osób uznać należy za niewskazane, a w wielu przypadkach za śmiertelnie niebezpieczne.

Prolog

Pierwszego września, w sobotę, na starej drodze łączącej Bodø i Geitvagan pojawił się zielony, nieco zdezelowany opel ascona. Znad fiordu wstawały poranne mgły, między drzewami widoczność była ograniczona do kilku metrów. Nawet mocne halogenowe reflektory niewiele mogły tu pomóc. Siedzący za kierownicą młodzieniec wyglądał na zmęczonego. Koło ust odznaczyły się dwie bruzdy, oczy straciły blask. Nieoczekiwanie po lewej stronie samochodu pojawiła się stara, zardzewiała siatka ogrodzeniowa. Kierowca wyprostował się i zwolnił. Niebawem dotarł do otwartej bramy. Zakręcił energicznie i zaparkował obok podobnego opla, tyle że białego. Cicho otworzył drzwiczki swojego wozu. Spod siedzenia pasażera wyjął odrapany nieco pistolet. Ostrożnie obszedł drugi pojazd dookoła, a potem dotknął dłonią maski. Była zimna. Spuścił powietrze w tylnym kole. Zawrócił, zamknął bramę i spiął oba jej skrzydła kłódką. Nie lubił niespodzianek. Spokojnym, miarowym krokiem ruszył przez las w stronę morza.

Wiązki laserów wyglądały we mgle jak długie czerwone nitki. Przybysz westchnął z politowaniem. Przeskoczył nad dwiema, schyliwszy się, przeszedł pod trzecią. Poszukał wzrokiem kamery. Zlokalizował ją i obszedł łukiem, przedzierając się między drzewami.

Czujnym spojrzeniem omiatał tonące w mlecznym oparze kępy choinek. Wszędzie panował spokój. Chłopak dotarł wreszcie nad zatoczkę. Zatrzymał się w cieniu ostatnich drzew i długo badał wzrokiem okolicę, zanim zdecydował się wyjść na otwartą przestrzeń. Przemknął chyłkiem pod ścianę domu. Po półce skalnej dotarł do drzwi. Spodziewał się, że będą zamknięte, ale nawet ich nie zatrzaśnięto. Chwiały się leniwie, poskrzypując na wietrze.

Zajrzał do środka, używając lusterka. Alarm? Jest... I to nie byle jaki. Pokonanie go zajęło prawie dwadzieścia minut. Wargi wykrzywił chłopakowi złowrogi uśmiech. Wreszcie wkroczył do domu. Cisza... Pchnął ostrożnie drzwi do kuchni, a następnie zaopiekował się stojącym koło framugi sztucerem. Był tu po raz drugi w życiu, ale znał rozkład pomieszczeń.

Ruszył ostrożnie dalej. W bibliotece na dwu zestawionych fotelach drzemała zwinięta w kłębek dziewczyna. Przez chwilę patrzył na nią, usiłując wydedukować, kim może być, aż wreszcie sobie przypomniał. Ingrid. Dżinsowa bluza na piersiach była rozchełstana. To i owo wychynęło na zewnątrz. Widok ten nie wzbudził w przybyszu jednak nawet śladowego zainteresowania. Przemknął obok jak duch, a podłoga nie śmiała zaskrzypieć pod jego stopami. Odwrócił się. Przez ułamek sekundy kontemplował koszmarny skórzany kapelusz zakrywający czoło dziewczyny, a potem długim krokiem przesadził drzemiącego u stóp schodów doga i zaczął wchodzić na piętro. Pies poznał człowieka i merdnąwszy ogonem, opuścił łeb na łapy.

Powiał wiatr i obluzowane deski ścian zajęczały. W górnym korytarzu było ciemno, ale przybysz bez wahania pchnął pierwsze drzwi na prawo. Tomasz Paczenko spał snem sprawiedliwego we własnym łóżku. Na kocu w jego nogach drzemał mały czarny jamnik. W zmierzwioną sierść zwierzęcia zaplątała się cała masa leśnych śmieci. Gość spod poduszki śpiącego wyjął rewolwer i otworzywszy bębenek, wysypał naboje na stolik. Jamnik przecknął się, ale obrzuciwszy znudzonym, zaspanym spojrzeniem dziwnego człeka, zapadł w dalszy sen. Przybysz kopnął stołek i umieszczona na nim blaszana miska spadła na podłogę. Zadźwięczała złowróżbnie. Pies znowu otworzył oczy, a potem pysk. Wyglądało na to, że chce szczeknąć, lecz widocznie zrezygnował, bowiem z jego zapadniętej piersi wydobyło się tylko westchnienie.

Chłopak w łóżku nadal spał jak zabity. Przybysz trącił go w nos. Tomasz wykonał przez sen gest, jakby odganiał muchę, po czym leniwie otworzył jedno oko. Gość uniósł pistolet, celując w sufit. Przeładował z trzaskiem, zabezpieczył i schował do kieszeni.

– I już nie żyjesz – powiedział spokojnie. – Gdyby mnie nasłali, już leżałby tu twój trup, a piętro niżej dogorywałaby twoja przyjaciółka. Dom nie jest zabezpieczony. Każdy może tu wejść. Każdy może was wystrzelać jak kaczki. W jednej chwili. Zresztą po co ja ci to mówię? Umyj się, ubierz i zejdź do salonu.

Podłoga znowu nawet nie zatrzeszczała pod jego nogami. Z gracją zszedł po schodach, a potem potrząsnął za ramię śpiącą Ingrid.

– Wybacz, moja droga – powiedział po norwesku, prawie bez cienia obcego akcentu. – Będę potrzebował tych foteli. Idź do kuchni, zagrzej wodę na herbatę i przygotuj śniadanie. Mogłabyś się także przebrać i umyć. – Z pewną odrazą popatrzył na jej sponiewierane dżinsy, zabłocone adidasy, z których wyłaziły brudne skarpetki, oraz powalaną błotem flanelową koszulę.

Ingrid wpatrywała się w chłopaka przez chwilę ze zdumieniem, po czym wyszła posłusznie z biblioteki. Gość ustawił oba fotele przed wygasłym kominkiem i trwał czas jakiś w zadumie. Z kuchni dobiegały dziwne dźwięki. Westchnął ciężko i ruszył w tamtą stronę. Zatrzymał się w drzwiach i z rozbawieniem obserwował, jak Ingrid na kolanach zagląda pod wszystkie szafki. Wyjął z kieszeni zamek od sztucera i obojętnie rzucił na stół.

– Tego szukasz? – zagadnął z kpiącym uśmiechem. – Zagrzej, proszę, wodę – przypomniał i wrócił do biblioteki.

Włożył naręcze drewek do kominka, rozniecił ogień. W drzwiach stanął zdyszany Sven. W dłoni trzymał pistolet.

– Macie tu szufelkę do popiołu? – zapytał gość, nie odrywając wzroku od płomieni. – Będę też potrzebował wiadra lub kuwety i może pogrzebacza.

Strażnik łowiecki przełknął ślinę.

– Jak tyś tu wlazł? – zapytał po rosyjsku. – Przecież dom jest otoczony takim systemem zabezpieczeń, że nawet mysz się nie prześlizgnie!

– Trzeba będzie cię wysłać, Sven, na uzupełnienie szkolenia. Zabezpieczenia pokonałem z marszu. A co będzie, jeśli oni naprawdę tu przyjdą?

– Dobrze. Poprawię to. Wspominano nam, że niebawem przyjedziesz. Czy to znaczy, że już nadszedł czas? Będziemy działać według wariantu D4?

– Tak. Ciii...

Zaskrzypiały schody i z piętra zszedł Tomasz. Umył się i ubrał, ale nadal wyglądał na niewyspanego.

– Kim jesteś? – zapytał.

Gość odwrócił się w jego stronę.

– Zgadnij.

Gospodarz zafrasował się wyraźnie.

– Zdaje mi się, że wiem...

– Jestem Paweł Norwicki – oświadczył przybyły spokojnie. – Wydałem już dyspozycje, zaraz powinna być herbata i śniadanie.

– Ekstra. Paweł, Pawcio, mój kumpel z dzieciństwa.

– A ty jesteś Tomasz Paczenko. Co sobie przypomniałeś?

– Nic. Może wreszcie dowiem się, co to za szopki?

– Nie zostałem upoważniony do przekazywania jakichkolwiek informacji. Niestety. Musisz nadal ufać swojej pamięci.

– Trudno ufać czemuś, co nie istnieje...

– Co sobie przypomniałeś? – ponownie to samo pytanie zawisło w powietrzu.

Tomasz czuł, że musi odpowiedzieć.

– Nic. Tylko okruchy.

– Proces odzyskiwania wspomnień utraconych na skutek amnezji pourazowej u ludzi trwa dość długo i odbywa się etapami. Zazwyczaj najpierw są przebłyski sytuacyjne, potem pojawiająsię sekwencje, wreszcie niemal z dnia na dzień odzyskuje się wszystko i tylko niewielkie luki wskazują miejsca, w których zwoje mózgowe uległy nieodwracalnym uszkodzeniom. Zważywszy, ile czasu już upłynęło, trzeba sięliczyć z tym, że twój przypadek nie jest typowy. Piątego są urodziny księżniczki Tatiany. Jesteś zaproszony...

– Wiem.

– Ja zresztą też – dokończył. – Złapiemy tam księcia Amiredżibi, umówicie się na tomografię mózgu i EEG. W zależności od wyników podejmiemy dalsze kroki.

Ingrid wniosła tacę z herbatą i dwa talerze kanapek. Paweł podziękował jej i zaprosił do stołu, ale dziewczyna speszona wycofała się do kuchni. Sven wyszedł w ślad za nią.

– Kim jest ta młoda dama? – zapytał Paweł. – Chyba nie wynająłeś sobie służby?

– Ingrid Roslin. Siostra Svena.

– Twoja dziewczyna? – W oczach gościa błysnęło wreszcie jakieś ludzkie uczucie.

– Chciałbym...

Jedli spokojnie i popijali herbatę. Paweł milczał, a powieki coraz bardziej mu się kleiły.

– Mam dla ciebie kilka wiadomości – powiedział wreszcie. – Ale najpierw chciałbym się przespać. Tymczasem ogarnij się trochę, bo wstyd tak wyglądać.

Wyszedł.

Zeszyt siódmy

1 września 1984, sobota

Kim jest ten szaleniec? – zapytała Ingrid, gdy Paweł poszedł na piętro.

– To mój znajomy – wyjaśniłem niechętnie. – Nie widzieliśmy się wiele lat, trochę się zmienił.

– Tak czy siak, nic tu na razie po mnie – powiedział Sven i zarzuciwszy sobie sztucer na ramię, poszedł. Ingrid westchnęła cicho.

– Co ci dolega? – zapytałem z uśmiechem.

– Wiesz, Tomaszu... – wreszcie wymówiła moje imię poprawnie. – To jakiś dziwny typek, ten twój przyjaciel.

– Dlaczego tak sądzisz?

– On tu będzie teraz rządził. Ma żelazną wolę. Zagonił mnie do robienia śniadania. Wystarczyło tylko, że popatrzył mi w oczy.

– Może po prostu jest hipnotyzerem?

– Tobie też to nieźle wychodzi. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Ja chyba też już sobie pójdę.

– I zostawisz mnie z niebezpiecznym czarownikiem? – zdziwiłem się.

– Przecież sam przed chwilą twierdziłeś, że jest twoim przyjacielem.

Zabrała swój rower i pojechała. Zostałem sam. Siedziałem na progu i patrzyłem na morze liżące skałę u moich stóp.

– Znowu zostałeś zabity – powiedział Paweł, stając mi za plecami.

– Aha – zgodziłem się. – No to zostałem. A przez kogo, jeśli wolno zapytać? Agentura KGB nie zamordowała dotąd ani hrabiego Dereka, ani księcia Sergieja, ani cara Włodzimierza. Nie sądzę, żebym był dla niej ważniejszym celem niż oni. Nic nie wiem, nie mam pojęcia o waszych emigracyjnych knowaniach. Nie pamiętam nic, co mogłoby im się przydać. A ty zapewne nie wyjaśnisz mi nic nowego?

– Trochę ci powiem – odezwał się cicho. – Choć nie powinienem. Nie sądzę, żeby Derek miał rację z tą amnezją pourazową. W twoim mózgu ścieżki nie uległy zatarciu. Straciłeś sporą część pamięci. Bezpowrotnie.

Popatrzyłem na niego zaciekawiony. Wreszcie ktoś gada coś nowego.

– Bezpowrotnie... Mam przebłyski. Czyli jest chyba szansa. Sam mówiłeś... Nie, zaraz, powiedziałeś, że mój przypadek nie jest typowy. To oznacza...

– Tak. Derek nie jest psychologiem, tylko archiwistą. Wie o amnezji tyle, ile wyczytał w tutejszym odpowiedniku „Domowego poradnika medycznego”. Przypominają ci się okruchy. I czego się z nich dowiedziałeś?

– Niewiele. Prawie nic. Ale jednocześnie to, co sobie przypomniałem... Ojciec, siostra. Bo to chyba moja siostra?

– Tak.

– Wcześniej nawet nie wiedziałem, że ją mam. I to chyba... bliźniaczkę?

– Tak. Widzę, że jesteś na dobrej drodze. Pamiętasz swojego ojca lub dziadka?

Usiadł obok mnie. Chyba zanosiło się na dłuższą rozmowę. Wpatrzyłem się w toń wody i westchnąłem z rezygnacją.

– Nie. Nic nie pamiętam. Dziewczynkę i szklaną kulę pod stołem. Coś z wczesnego dzieciństwa. I inne kawałki, które do niczego nie pasują. Gdy pojawił się Maciek, przez chwilę szło jakby lepiej, a potem znowu nic.

W oczach Pawła błysnęło zaciekawienie.

– To i tak sporo – mruknął. – A pamiętasz, jak miała na imię? Twoja siostra?

– Nie wiem. Plącze mi się po głowie imię Łesia...

– Łesia. Lubiła to zdrobnienie. Po polsku należałoby powiedzieć Ola, to zdrobnienie od imienia Aleksandra.

Zacisnąłem pięści i zebrałem siły, żeby teraz jemu zadać pytanie. Ważne pytanie.

– Słuchaj, czy jestem człowiekiem?

– Nie. To znaczy, no cóż, w pewnym stopniu jesteś. Mniej więcej tak jak, dajmy na to, neandertalczyk. Bez urazy, nie mam tu na myśli stopnia rozwoju intelektualnego, tylko pewną odmienność fizyczną.

– A wiesz może, skąd przyleciałem? – zagadnąłem ochrypłym głosem, siląc się na spokój.

– Zaczekaj tu – powiedział, wstając. – Opowiem ci o tym.

Za moment wrócił, niosąc atlas nieba. Przez chwilę szukał odpowiedniej strony.

– Popatrz. – Wskazał mi niedużą konstelację. – To gwiazdozbiór Orła. Tu znajduje się gwiazda Altair.

– Altair – powtórzyłem. – Ładnie brzmi. Gdzieś już słyszałem tę nazwę.

Popatrzył na mnie uważnie.

– Przypominasz sobie coś? – zapytał.

– Nic. To chyba tylko luźne skojarzenie.

– Altair to jedna z najjaśniejszych gwiazd nieba. Na razie jest w fazie ciągu głównego, ale szykuje się już powoli, aby stać się czerwonym olbrzymem. Znasz się na astronomii? To taki...

– Czerwony olbrzym to gwiazda, która wypaliła już cały wodór zawarty w jądrze i teraz bierze się za hel.

– Tak. Nasze Słońce też to w przyszłości czeka. No, nieważne. To będzie za pięć miliardów lat, i tak tego nie doczekamy. Słyszałeś o projekcie Ozma?

– Coś mi się kołacze w głowie. Amerykański program poszukiwania rozumnego życia poza Ziemią? Nasłuch radiowy sygnałów z kosmosu?

– Dokładnie. To był pierwszy projekt programu SETI. W wyniku tych eksperymentów zgromadzono ogromne bogactwo szumów i trzasków radiowych wysyłanych przez źródła leżące poza Układem Słonecznym. Już wówczas zaobserwowano znaczne nasilenie sygnałów emitowanych z tego układu. Wiadomo też, że w okolicach Altair znajduje się silne źródło fal radiowych sztucznego pochodzenia. Otrzymujemy stamtąd sieczkę sygnałów, wielokrotnie ponakładanych na siebie i zniekształconych na skutek odległości i interferencji. Istnieje pewien instytut naukowy, w którym zresztą pracuje mój ojciec. Analizuje się je od lat. Na razie bez większych sukcesów.

– To znaczy, że...

– Najprawdopodobniej tam, przy gwieździe Altair, znajduje się cywilizacja o nieznacznie wyższym niż nasz stopniu rozwoju. Od trzech lat odbieramy sygnały kierowane w stronę Ziemi.

– Próbują nawiązać z nami kontakt?

– Raczej usiłują skomunikować się ze swoimi statkami zdążającymi w naszym kierunku. Albo ze swoją agenturą działającą tutaj. Masz szczątkowy zmysł radiowy. Inni przedstawiciele Equoidae edoni mogą mieć tę część mózgu bardziej rozwiniętą.

– Jak daleko leży Altair?

– Szesnaście lat świetlnych od Ziemi.

– Dlaczego sądzisz, że to moi...?

– To proste, Tomaszu. Altair to gwiazda trochę starsza niż Słońce. Gdyby istniała obok niej planeta zamieszkana przez istoty rozumne, to nawet przy powolnej ewolucji i cywilizacji osiągnęliby bardzo wysoki stopień rozwoju.

– Stoją na nieco wyższym szczeblu rozwoju, więc już raz tu byli. Wysadzili moich przodków i odlecieli. Dlaczego nie przybywają częściej?

– Może i przybywają – westchnął Paweł. – Na dzisiaj wystarczy tych rewelacji. A co do twojego mózgu, to bez dokładnej tomografii komputerowej nie będziemy wiedzieli, co straciłeś. Książę Amiredżibi oceni stan i stopień ubytków. Bardziej wierzę jego opinii niż idiotycznym teoriom psychologicznym Dereka.

– Jeszcze jedno pytanie.

– Tak?

– Czy mam jakichś żyjących krewnych?

– Tego nie wiemy. Twój ojciec zniknął bez śladu przed pięciu laty. Ihor prawdopodobnie nie żyje. Ciągle nie możemy trafić na żaden ślad jego synów. Wciąż szukamy – powiedział z naciskiem – od kiedy dowiedzieliśmy się o twoim istnieniu.

Czułem, że nie mówi całej prawdy. Zupełnie jak Derek. Postanowiłem na razie robić dobrą minę do złej gry.

– Przylecą po mnie? – Wskazałem gestem niebo.

– Nie wiem. Trzeba by dać im jakoś znać, gdzie jesteś. – Uśmiechnął się. – E.T. phone home... Pomyślimy o tym. Na razie trzeba będzie przystosować ten dom do nowych zadań. Kosmos może poczekać.

Uniosłem brwi w niemym pytaniu.

– Dowiesz się niedługo. Poza tym musimy przeprowadzić remont, i to gruntowny. Ta stara buda ledwo się trzyma kupy. To miłe dziewczątko...

– Ingrid – podpowiedziałem.

– Właśnie. Ingrid Roslin. Często tu bywa?

– Odwiedza mnie co kilka dni.

– To dobrze. W razie czego zapewni nam częściowe alibi. Chyba że... – urwał i zamyślił się.

– Co ty chcesz zrobić? – zaniepokoiłem się.

– Dowiesz się. Wszystko w odpowiednim czasie.

Milczeliśmy dłuższą chwilę.

– Masz jakieś zadania związane ze mną – zaryzykowałem stwierdzenie. – Wiele zadań.

– Uczę się o tobie. Ciebie. Odruchy, sposób myślenia, działania, instynkty. Zbyt rzadko spotykam się z Derekiem. A muszę poznać takich jak ty. Poznać bardzo dogłębnie. Przestudiować, przeanalizować, wyciągnąć wnioski.

– Po co?

Zawahał się na moment.

– Żeby umieć was zabijać – powiedział wreszcie. – Nie wystarczy pistolet czy karabin. Broń to tylko narzędzie. Walczy się głównie przy pomocy umysłu. Wiedzą, inteligencją. Dlatego właśnie wroga trzeba znać.

– Zabijesz mnie?

Spojrzał ze zdziwieniem.

– Po co?

Nie zadałem pytań cisnących mi się na usta. Po obiedzie Paweł wsiadł do swojego opla i pojechał do Bodø. Zabrałem się z nim, postanawiając zrobić przy okazji zakupy.

– Niczego sobie to miasto – powiedział, gdy podjechaliśmy do dworca. – Przejdziemy się.

Nie oponowałem. Wszedł do holu i rozejrzał się wokoło.

– Kamer nie ma – mruknął do siebie.

Wyszliśmy na peron. Paweł omiótł wzrokiem ścianę budynku.

– Tu też ich nie ma – stwierdziłem. – I co z tego wynika?

– To bardzo dobrze. Teraz przejedziemy się na lotnisko.

– Jest po drugiej stronie miasta – wyjaśniłem. – Zaraz obok supermarketów.

– Wiem.

Zaparkowaliśmy przed niezbyt dużym pawilonem. Zdecydowałem się zaczekać w samochodzie. Paweł wszedł do budynku lotniska i widocznie też szukał elementów systemu zabezpieczeń. Wyszedł po kilkunastu minutach zadowolony.

– Dwie – powiedział. – Przedpotopowe zabytki.

– Czemu szukasz w tym mieście kamer? – zapytałem. – Czyżby niewyżyty instynkt filmowania?

– Nie. Wręcz przeciwnie. Nie lubię być filmowany.

– I dlatego pakujesz się wszędzie tam, gdzie mogą cię uwiecznić. – Uśmiechnąłem się domyślnie.

– Z portu raczej nie będziemy korzystali – rzucił. – I bardzo dobrze.

– Przyznaj się: cierpisz na ostrą manię prześladowczą? – zagadnąłem.

– Ja nie, ale nasi goście mogą ją mieć – powiedział wreszcie. – Co gorsza, w niektórych przypadkach może to być nawet usprawiedliwione okolicznościami. Co trzeba kupić? – zmienił temat.

A więc będą jacyś goście... Wyciągnąłem listę zakupów i podałem mu. Przeleciał ją wzrokiem – założyłbym się, że zapamiętał od razu w całości. Zanurkował do supermarketu i siedział tam chyba z pół godziny. Ja w tym czasie podziwiałem wnętrze samochodu. W skrytce obok kierownicy leżał atlas samochodowy Norwegii. Wyciągnąłem go i machinalnie przekartkowałem. Przy niektórych miejscowościach naniesiono dziwne oznaczenia ołówkiem: A4, B7, W329...

– To zmyła – powiedział Paweł, otwierając drzwiczki. – Nie śpij, bo cię zabiją.

– Jaka zmyła? – zainteresowałem się.

– To proste. Jeżeli włamią mi się do samochodu, to pewnie ukradną ten atlas. Niech sobie potem dumają do upojenia.

Zamyśliłem się. Trzeba było przejmować inicjatywę strategiczną.

– Wiesz, co mi chodzi po głowie? – zagadnąłem. – A co, jeśli nie będą mogli złamać tego szyfru, ale zaciekawi ich do tego stopnia, że porwą cię i w jakiejś gustownej piwniczce spędzisz resztę życia, udowadniając, że to tylko zmyła? Choć zapewne koniec nadejdzie szybko...

– A niech cię – westchnął. – W drogę.

Objechaliśmy miasto od północy i pomknęliśmy nową drogą do Geitvagan. Oczy Pawła zimno obserwowały okolicę.

– Tam mieszka Ingrid. – Wskazałem dom dziewczyny.

– Niezły kurnik – mruknął jakby do siebie.

Nie wiem, czy był to wyraz uznania, ale tak to zabrzmiało.

– Z żadnego miejsca w Geitvagan nie widać twojego domu?

– Nie.

– Znakomicie.

Zawrócił. Pomknęliśmy starą drogą, podskakując na wybojach.

– Nigdzie tu nie zamierzają się budować? – zagadnął trochę niegramatycznie.

– Nic mi na ten temat nie wiadomo – odpowiedziałem.

– Trzeba będzie sprawdzić na planach zagospodarowania przestrzennego. W siedzibie okręgu powinni takie mieć. Zajmę się tym.

– Przyznaj się, ty chyba nie lubisz ludzi?

Niechętnie skinął głową.

– Ty też ich nie lubisz – odparł. – To w sumie bez znaczenia, lubimy ich czy nie. I tak nas otaczają. Czasem mogą stanowić zagrożenie. Nieważne...

– Ostra mania – zdiagnozowałem.

– Jak sobie życzysz.

Wjechaliśmy na działkę. Paweł zaszczycił zamykaną przeze mnie bramę przeciągłym spojrzeniem.

– Trzeba będzie wymienić – powiedział.

– I może jeszcze wykopać rów przeciwczołgowy? – zacząłem być trochę złośliwy.

– Rów przeciwczołgowy? Na razie nie trzeba. Nie mogą przerzucić tu ciężkiego sprzętu – zakpił.

Wprowadził samochód za kępę krzaków, w miejsce, w którym kiedyś stał jeep, a potem cofnął się do drogi i długo patrzył pod różnymi kątami, czy czasem opla nie widać. Podniosłem jedną z wypakowanych z bagażnika walizek i ruszyłem w stronę domu. Waliza była ciężka i coś w niej chlupotało. Zapewne nitrogliceryna. Paweł dogonił mnie po chwili, niosąc dwa pozostałe tobołki.

– Trzeba będzie zbudować dookoła domu sieć czujników. Te Svena są do niczego.

– Co?

– Wiązki lasera to przeżytek, wystarczy trochę mgły i widać je jak diabli. Może parę lat temu to było nowoczesne, ale obecnie, gdy technika tak szybko idzie do przodu...

Policzyłem powolutku do dziesięciu.

– Sugerujesz, że Sven poustawiał wokół mojego domu alarmy jak w bankowym skarbcu?

– Tak.

Popatrzyłem na Pawła uważnie. Nie żartował. A może faktycznie ma coś nie tak z główką?

– Tu nie ma żadnych laserowych czujników!

– To popatrz na swoje nogawki – parsknął.

Szedłem, gapiąc się w dół, i nagle spostrzegłem, że mam na łydce krwistoczerwoną plamkę, która powstała w chwili, gdy przeciąłem promień. Parę kroków dalej była kolejna wiązka. O choroba...

– A niech mnie – szepnąłem.

– Przydałoby się między nami odrobinę więcej zaufania – powiedział poważnie.

– Mam ufać człowiekowi, który budzi mnie ze spluwą w ręce i beztrosko oświadcza, że chce się szkolić w polowaniu na przedstawicieli mojej rasy?

– Przynajmniej jestem szczery. – Wzruszył ramionami. – Ale jak sobie życzysz.

Zaniósł wszystkie trzy walizki do rupieciarni. Ustawił je w kącie i nakrył kawałem starej szmaty.

– Jeśli pozwolisz, zajmę część pomieszczenia – powiedział.

– Dlaczego by nie. Bierz całe. To królestwo Maćka, zresztą śmieci – wskazałem stosy wiórów – też jego. I tak nieczęsto tu bywam.

Otworzył jedną z walizek. Ze środka wyjął pudełko wypełnione, jak się okazało po podniesieniu wieczka, czymś w rodzaju kredek. Wyczułem niebezpieczeństwo... Instynkt czy ki diabeł?

– Urządzimy sobie zabawę z fajerwerkami? – zapytałem. – A może ryby w morzu pogłuszymy, to na kolację będą?

– Ani mi się waż – powiedział miękko. – To nie zabawa.

– Znaczy się niebezpieczne? Mysz trąci walizkę i bum! – obudzimy się, stojąc u bram raju?

Wzniósł oczy ku sufitowi.

– Rzeczy niebezpieczne będę składował w bunkrze Maćka. Dysponujemy bardzo dobrym materiałem. Między innymi dlatego, że aby go odpalić, musisz mieć zapalnik.

Podał mi jeden ładunek. Podrzuciłem go w dłoni. Był grubości i długości ołówka.

– Co można zrobić taką bździną? – zdziwiłem się.

– Czterema takimi zamienię w ciągu dziesięciu sekund cały ten budynek w kłąb desek wirujących w powietrzu – wyjaśnił. Delikatnie wyjął pałeczkę z mojej dłoni i umieścił ją troskliwie w pudełku. – Masz może wiertarkę udarową?

– Leży za tobą, na szafce.

Sięgnął po nią i odczytawszy dane z tabliczki znamionowej, skrzywił się z dezaprobatą.

– Trzysta watów – mruknął. – Mało, mało... Będą też potrzebne worki z piaskiem.

– Worki z piaskiem? – zdumiałem się. – Jeśli chcesz zabezpieczyć nimi okna przed ostrzałem, to informuję cię, że ściany i tak są zbyt cienkie. Worki mam ze cztery, tylko z piaskiem będzie pewien kłopot. Żwir ujdzie?

– Dobre i cztery. – Uśmiechnął się jakby kpiąco. – Żwir może być. No, nieważne...

Zjedliśmy wcześnie kolację, po czym Paweł zaraz walnął się spać w pokoju Maćka, a ja, długo nie mogąc zasnąć, siedziałem w kuchni, wpatrując się w huczące za oknem morze. Czułem, że wkroczyłem w nowy etap życia. Gdzieś na piętrze spał człowiek, który miał ochotę zabijać takich jak ja. Może należało wstać, wdrapać się na poddasze i przydzwonić mu siekierą w czachę? A potem iść na dworzec, gdzie nie ma kamer, i wskoczyć do pociągu?

Uwaliłem się na łóżko. Sen, dawno nie śniło mi się nic podobnego, nic równie wyrazistego... Szedłem trotuarem. Obok mnie kroczyła Łesia. Byłem ubrany w biały mundur, szamerunki połyskiwały złotem. Daszek czapki był za krótki. Sukienka dziewczyny, szyta z haftowanego jedwabiu, szeleściła delikatnie przy każdym kroku. Ulicą sunął sznur samochodów. Rozpoznałem tylko forda T.

– Głupio się czuję, mając u boku szpadę, a nie szablę – powiedziałem po rosyjsku.

– Jako członek korpusu dyplomatycznego nie możesz paradować po stolicy obcego państwa z szaszką czy dragonką – próbowała być surowa, ale tylko mnie to rozbawiło.

Wokół nas wznosiły się drapacze chmur, na razie niezbyt wysokie, dziesięciopiętrowe.

– Kiedyś będzie to najdroższe miejsce świata – powiedziałem. – Już w tej chwili ceny ziemi wzrosły niebotycznie.

– Jeśli okaże się, że miałeś rację, będę podziwiała twoją smykałkę do interesów. Ale na razie, panie Paczenko, chciałabym to po prostu zobaczyć.

– Tak toczno... – bąknąłem speszony.

– Powiedz mi jeszcze jedno, mój niedźwiedziu, czemu akurat tutaj ulokowałeś swoje oszczędności? Mało to pięknych miast u nas w Rosji czy w Kraju Pry... w Polsce – poprawiła się.

– Nie wiem. Przeczucie. Kaiser coś knuje. Zdaniem carskich analityków wojna w Europie jest nieunikniona. A wtedy może być różnie.

Po prawej otworzył się widok na pasaż handlowy. Kilka kamienic, na parterach sklepy i sklepiki. Elewacje lśniły świeżo położonymi tynkami, wypucowane szyby odbijały światło.

– Prowadź. – Stuknęła mnie w pierś rękojeścią parasolki.

Przeszliśmy kawałek chodnikiem. Zatrzymaliśmy się przed witryną sklepiku. Na przejrzystej szybie biało odcinały się trawione łacińskie litery i chińskie ideogramy.

– World of Tea – odczytała. – To znaczy „Świat herbaty”?

– Wejdźmy.

Bardzo stary Chińczyk w żółtej szacie stojący za ladą ukłonił nam się głęboko, składając dłonie jak do modlitwy.

– Moja droga, poznaj mistrza Wu. Mistrzu, to moja żona...

– Jestem niezwykle rad, mogąc poznać panią. – Chińczyk ponownie się ukłonił. Mówił biegle po rosyjsku. – Witam pana, panie Ałmaz. Księgi rachunkowe...

– To może zaczekać – uspokoiłem go. – Dziś tylko wpadłem w odwiedziny. Zresztą mam do was pełne zaufanie.

Skłonił się znowu. Z zaplecza wyszedł jego syn, dźwigając dwa składane krzesła. Ustawił je przed ladą i bez słowa wyszedł.

– Zdumiewające – powiedziała dziewczyna, patrząc na półki zastawione metalowymi puszkami. Drugą ścianę zajmowała ekspozycja samowarów.

– Mamy na razie osiemdziesiąt cztery gatunki herbaty – wyjaśnił starzec. – Większość pochodzi z Chin, ale są też pierwsze japońskie, indyjskie i wietnamskie. Pojutrze dostawca przyniesie próbki z Birmy. Docelowo oferta ma liczyć trzysta gatunków. Chcę, aby nasi klienci mieli większy wybór niż sam cesarz Pu Yi.

– A samowary?

– Te mosiężne są rosyjskie, niklowane to miejscowy wyrób. Mam nawet jeden nie na węgiel, lecz napędzany elektrycznością. Analizując gusta tubylców, ze smutkiem muszę skonstatować, że prawdopodobnie elektryczne ekspresy wyprą niedługo to pożyteczne urządzenie.

– Hmm... – Łesia spojrzała na szklane naczynia z wymyślnymi sitkami wewnątrz. – Kto wie... Dla mnie to zbyt nowoczesne.

Pożegnaliśmy się z właścicielem i wyszliśmy na ulicę.

– Ciekawy człowiek – powiedziała dziewczyna. – Gdzie go poznałeś?

– W Mandżurii. Japończycy wymordowali pół jego rodziny. Uratowałem mu wtedy życie.

– Rozumiem – westchnęła. – Ale nadal nie wyjaśniłeś mi, po co ci ten sklep.

– Refugium. To ostateczne miejsce schronienia. Gdy coś pójdzie nie tak. Gdy car dowie się o naszym romansie i wykluczy mnie ze służby. Gdy Rosję ogarnie szaleństwo rewolucji... Niezależnie od wszystkiego tu mamy schronienie. W najgorszym razie, stojąc za ladą, zarobimy na swoje utrzymanie.

– Ile on ma lat?

– Gdy go poznałem, nosił już żółtą szatę.

– Nie rozumiem?

– W Chinach ten kolor przysługuje jedynie cesarzowi i starcom, którzy przekroczyli osiemdziesiąty rok życia. Na znak szacunku dla mądrości, którą niesie wiek.

– Paczenko... – Zauważyłem, że odwraca głowę, by przeczytać nazwę ulicy. Coś trzasnęło. Wiedziałem, że to tylko sen, i czułem, że ona też zdaje sobie z tego sprawę.

– Jesteś kimś takim jak ja – powiedziałem.

– Co? – Spojrzała na mnie zaskoczona.

– Podróżniczką w czasie śniącą o przeszłości. To nie nasz czas. Nie nasz świat. Kiedyś już o tym mówiliśmy.

– Tak. Co znaczą te sny? Indianie mówili, że istniejesz naprawdę.

– Śnię chyba przeszłość mojego rodu. Czy jesteś moją siostrą?

– Nie mam rodzeństwa. A w każdym razie nie w ludzkim znaczeniu...

– Jak możemy się spotkać?

Ocknąłem się zlany cuchnącym potem. Dom jęczał i trzeszczał pod naporem silnego północnego wiatru. Dłuższą chwilę leżałem, patrząc w okno. Po niebie wicher pędził ciemne burzowe chmury.

– To było naprawdę – szepnąłem. – Mój pradziadek miał w Ameryce sklepik z herbatą... A może powinienem się tam udać?

2 września, niedziela

Obudziłem się i leniwie przechlapawszy w wodzie, zszedłem na parter. Paweł musiał wstać dużo wcześniej, bo na stole stała opróżniona do połowy puszka szprotek i napoczęta paczka chrupkiego chleba. Zajrzałem do łazienki. Klapa kryjąca wejście do podziemia była otwarta, ale w lochu było pusto i cicho. Wyszedłem przed dom i wtedy zauważyłem strzałkę ułożoną z gałązek. Ruszyłem w kierunku, który wskazywała. Niebawem znalazłem się w dość gęsto zarośniętej części parceli, około trzydziestu metrów od domu. Uschłe choinki tworzyły zbity gąszcz. Wyrastało zeń kilka wysokich świerków.

– Nieźle Maciek wybrał – powiedział Pawcio gdzieś ze środka kępy. – Spróbuj się tu do mnie przedrzeć, tylko uważaj i nie wyłamuj drzewek.

Wszedłem, a raczej wcisnąłem się między uschnięte świerczki. Ta część lasu była potwornie przygnębiająca. Drzewka oplecione zostały przez dziwne uschnięte badyle. Chyba chmiel. Szarpałem się z nimi przez dłuższą chwilę, kierując się w stronę cichego pogwizdywania, gdy nieoczekiwanie wyszedłem na kwadratową polankę o boku około ośmiu metrów. Nie sądziłem wcześniej, że coś podobnego może kryć się wewnątrz tego gąszczu. Potknąłem się o kawałek przepalonej cegły. Obok leżał kolejny i jeszcze jeden. Coś tu kiedyś było? W podłożu ziała częściowo wypełniona liśćmi dziura o podejrzanie regularnym kształcie.

– Tak to wygląda – powiedział Paweł. W jego głosie słychać było głębokie zadowolenie. – Idealne miejsce. Strop piwnicy wprawdzie runął, ale to żaden problem. – Wskazał dwa szpadle.

– Jeśli dobrze zrozumiałem, to stał tu jakiś budynek?

– Tak. Jest zaznaczony na planie z tysiąc dziewięćset trzydziestego czwartego roku. – Podsunął mi wymiętoszoną odbitkę ksero.

– Teraz rozumiem, dlaczego to urządzenie do wyciągania statków i wrak, który rozwaliliśmy z Maćkiem, znajdują się w tym miejscu – powiedziałem. – To znaczy niedaleko stąd, na brzegu – zreflektowałem się.

Kiwnął głową. Zeskoczył na dno dziury i spokojnie wbił łopatę w ściółkę. Przez pięćdziesiąt lat kisiła się tam gruba warstwa gnijących liści. Zapach wydzielały dość intensywny. Mój koński węch podpowiadał, że to danie już dawno utraciło przydatność do spożycia. Sądziłem, że piwnicę wyrąbano w skale i będzie w niej stała woda, ale, jak się okazało, myliłem się. Dwie ściany były z kamienia, a pozostałe dwie wymurowano z cegieł. Dno stanowiła ubita warstwa tłucznia. Przy samym spągu ział wylot rury odprowadzającej wodę gdzieś w stronę plaży. Do połowy wypełniała ją gleba, ale w oddali widać było światełko.

Książki Andrzeja Pilipiuka wydane nakładem Fabryki Słów

Kroniki Jakuba Wędrowycza (także w wersji do słuchania)Czarownik IwanowWeźmisz czarno kure...Zagadka Kuby RozpruwaczaWieszać każdy możeHomo bimbrownikusKuzynkiKsiężniczkaDziedziczki2586 krokówCzerwona gorączkaRzeźnik drzewAparatusNorweski dziennik – tom 1. UcieczkaNorweski dziennik – tom 2. Obce ścieżkiNorweski dziennik – tom 3. Północne wiatryOperacja Dzień WskrzeszeniaWampir z M-3Dobić dziada – komiksOko Jelenia. Droga do NidarosOko Jelenia. Srebrna Łania z VisbyOko Jelenia. Drewniana TwierdzaOko Jelenia. Pan WilkówOko Jelenia. Triumf lisa ReinickeOko Jelenia. Sfera Armilarna

COPYRIGHT©BY Andrzej PilipiukCOPYRIGHT©BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2007

WYDANIE II

ISBN 978-83-7574-528-3

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

ZDJĘCIA NA OKŁADCE © Andrzej Pilipiuk © Nikola Nastasic | istockphoto.com

ILUSTRACJE Andrzej Łaski

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

REDAKCJA Katarzyna Pilipiuk, Karolina Wiśniewska

KOREKTA Magdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl