Niezbity dowód - Peter James - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

 

Oni są gotowi zabić, by to dostać.

On jest gotowy zginąć, by to zatrzymać.

 

„Panie Hunter, nie jestem szaleńcem, proszę mnie wysłuchać. Powiedziano mi, że jest pan jedyną osobą, która może potraktować mnie poważnie. Mam niepodważalny dowód na…”

Niewiele brakowało, a reporter śledczy Ross Hunter zlekceważyłby telefon, który mógł odmienić jego życie... i cały świat. Dzwoniący mężczyzna przedstawia się jako doktor Harry F. Cook i twierdzi, że posiada dowód na istnienie Boga.

Co mogłoby być takim dowodem? A przede wszystkim, jakie byłyby konsekwencje, gdyby się okazało, że jest on niepodważalny? Ross Hunter bada sprawę, chociaż wie, że wielu – milionom! – ludziom bardzo by się nie podobało, gdyby słowa Cooka się potwierdziły. I że mogą się znaleźć tacy, którzy nie cofną się przed niczym, by pokazać światu dowód... lub go zniszczyć.

Zwykły człowiek. Nadzwyczajne zadanie.

Mrożące krew w żyłach poszukiwania odpowiedzi na pytania ostateczne.

Peter James ma szczególny talent do pisania porywających i przejmująco wiarygodnych powieści osnutych wokół najprzedziwniejszych zagadkowych historii.

Robert Goddard

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 685

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MANUSKRYPT, KTÓRY KRYJE ZASZYFROWANE ODPOWIEDZI NA PYTANIA OSTATECZNE.

CZŁOWIEK, KTÓRY DOZNAŁ OBJAWIENIA. DZIENNIKARZ, KTÓRY MUSIAŁ PODJĄĆ ŚLEDZTWO. ORGANIZACJA, KTÓRA NIE SPOCZNIE,

PÓKI NIE WYDRZE IM…

NIEZBITEGO DOWODU NA ISTNIENIE BOGA.

Dziennikarz Ross Hunter położył na szali życie swoje, żony i ich nienarodzonego dziecka. Wszystko dlatego, że uwierzył człowiekowi, który twierdził, że wie, gdzie znaleźć… dowód na istnienie Boga. I że tylko on i Ross mogą uratować świat przed ostateczną katastrofą, która ma nastąpić wkrótce.

Ross widzi w tej historii materiał na artykuł, który przyniesie mu sławę. Ale niebawem dociera do niego, że tajemnice ukryte w przekazanym mu manuskrypcie ściągają na niego śmiertelne niebezpieczeństwo. Bo mogą zagrozić interesom miliardera proroka, zniweczyć dzieło słynnego ateisty i podważyć każdą z największych religii świata. Pytanie tylko, czy Ross przeżyje wystarczająco długo, żeby ten dowód ujawnić…

PETER JAMES(ur. 1948 r.)

Angielski autor kryminałów, scenariuszy, sztuk teatralnych, odznaczony nagrodą Diamond Dagger za całokształt twórczości. Jest jedynym brytyjskim pisarzem, który regularnie towarzyszy oddziałom policji w przeprowadzanych akcjach i uczestniczy w konferencjach na temat technik śledczych. Wśród policjantów ma reputację człowieka, który doskonale wie, o czym mówi, a przez fanów został uznany za Najlepszego Autora Kryminałów Wszech Czasów.

James ma za sobą karierę producenta filmowego i scenarzysty, ale od kiedy powołał do życia postać Roya Grace’a, który stał się jednym z ulubionych bohaterów czytelników na całym świecie, zdecydował się na pełnoetatową karierę pisarską.

Peter James jest zdobywcą wielu ważnych międzynarodowych nagród, m.in. Prix Polar International, francuskiej Prix Coeur Noir, niemieckiej Krimi-Blitz i amerykańskiej Barry Award. Polscy czytelnicy nagrodzili jego powieść Dom na wzgórzu mianem najlepszego horroru roku 2016 w plebiscycie portalu Lubimy czytać!

peterjames.com

Tego autora

DOM NA WZGÓRZU

LUDZIE DOSKONALI

NIEZBITY DOWÓD

Nadinspektor Roy Grace

W GODZINIE ŚMIERCI

POPROSISZ MNIE O ŚMIERĆ

TWOJA KOLEJ NA ŚMIERĆ

Tytuł oryginału:

ABSOLUTE PROOF

Copyright © Really Scary Books/Peter James 2018All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Izabela Matuszewska 2019

Redakcja: Piotr Królak

Zdjęcie na okładce: Cristiano_Ronaldo/Shutterstock.com

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-774-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Świętej pamięci Harry’emu Nixonowi

1Styczeń 2005

Bar w centrum Los Angeles wyglądał jak najgorsza speluna, czym zresztą wpasował się w nastrój Mike’a Delaneya. Jedyny wolny stołek przy barze rozdzielał namiętnie całującą się parę w średnim wieku i pijanego gbura w kraciastej koszuli, dżinsach i butach roboczych, pochylonego nad kieliszkiem burbona.

Delaney przysiadł na popękanym skórzanym siedzeniu, uchwycił wzrokiem spojrzenie barmana i zamówił piwo. Na nieostrym ekranie telewizora nad barem leciał jakiś mecz, głos ryczał na cały regulator, chociaż nikt nie oglądał. Pijak spojrzał na niego oczami rozmokłymi jak dwa ślimaki.

– Ja ssie chyba znam – wybełkotał pijak. – Jesseś z tego programu, no nie? Co kiedyś leciał. To ty, no nie?

Barman postawił przed Delaneyem piwo.

– Płaci pan gotówką czy otwiera rachunek?

– Rachunek poproszę.

– Ma pan kartę kredytową?

To był właśnie tego typu lokal.

Delaney wyciągnął ze zniszczonego portfela kartę American Express i położył na barze. Barman nakrył ją dłonią.

– Magik Mickey, no nie? – ciągnął pijak. – To byłeś ty, w telewizji.

– Pamięta pan ten program?

– Jasne. Pamiętam. Byłeś do bani.

– Dzięki, stary.

– Serio mówię. Ile to lat? Dziesięć?

– Mniej więcej.

– Taaa… – Mężczyzna dopił resztkę burbona. – Jeden wielki szajs. Nic dziwnego, że ssie zwalili, sso?

Delaney pociągnął długi łyk piwa i zignorował pytanie. Nie tylko jego program zwalili. Godzinę temu zostawił go agent.

– Wiesz, stary? – powiedział Al Siegel przez telefon, siedząc w swoim luksusowym gabinecie w Wilshire. – Powinieneś w końcu zrozumieć, że jesteś dinozaurem. Wypruwałem sobie flaki, żeby ci coś znaleźć, póki nie zszedłeś na psy. Zapomnij o karierze. Spójrz wreszcie prawdzie w oczy, dobiegasz sześćdziesiątki. Idź na emeryturę, przenieś się do Palm Springs, zajmij się golfem czy coś. Mam telefon, muszę go odebrać. Słuchaj, stary, przykro mi, ale taka jest prawda. Z nami koniec, jesteśmy kwita, jasne?

Taka jest prawda.

Rety, Mike Delaney dobrze o tym wiedział. Tutaj, w Fabryce Snów, człowiek odchodzi do lamusa po czterdziestce. Kiedy występował w Magic Castle, mało który z magików skończył trzydziestkę. Spieprzył ostatni kontrakt, który zdobył dla niego agent, prezentując numer z mikroiluzją na przyjęciu słynnego gwiazdora w Bel Air. Spalił sztuczkę, potem stracił zimną krew i zaczął grozić jakiemuś aroganckiemu dupkowi, który się z niego nabijał przy stoliku.

– Słyszysz, sso mówię? – ciągnął z uporem pijak. – Musisz przyznaś, że byłeś gówniany. – Znowu wlepił w niego zamglony wzrok. – I wiesz sso? Wyglądasz też gównianie.

I czuł się gównianie.

Pijak pstryknął palcami na barmana.

– Jeszsze jednego podwójnego jim beama z lodem. – Odwrócił się. – Pijesz piwo? Piwo jest dla frajerów.

– Tak?

Barman postawił na barze szklaneczkę napełnioną po brzegi burbonem i lodem. Pijak wziął ją do ręki i podniósł.

– Powinieneś przerzusis się na porządny alkohol, taki jak ten, panie Kiepski Magiku. Zrówko.

Przechylił szklankę i łyknął potężny haust, po czym natychmiast go wypluł.

– Jezu! – wrzasnął na barmana. – Coś ty mi nalał, do cholery? Zamówiłem jim beama. To nie burbon, tylko pieprzone piwo!

Barman – wysoki, smutny mężczyzna po siedemdziesiątce, który pracował w tym miejscu od zawsze – pokręcił głową.

– Przykro mi, proszę pana, ale nie ma pan racji. Może ma pan już dosyć?

– Mówię ssi, że to cholerne piwsko! Chsesz mnie otruć szy so?

Barman pokazał mu butelkę do połowy wypełnioną alkoholem.

– Nalałem panu z tego.

– Tak? To nalej jeszcze raz.

Rozdrażniony barman wyjął nową szklankę i nalał z butelki jim beama. Ze zdumieniem patrzył, jak naczynie napełnia się po brzegi piwną pianą, która przelewa się przez krawędzie i ścieka po ściankach na bar.

Mike Delaney uśmiechnął się do siebie, lecz nie odezwał ani słowem.

2Kwiecień 2005

Piątkowy poranek Rossa Huntera rozpoczął się od kaca, chociaż obiecywał sobie, że więcej do tego nie dopuści. To samo obiecywał sobie tydzień temu i dwa tygodnie temu. A także każdego innego piątku od półtora roku, kiedy został stażystą w dziale wiadomości „Argusa”.

Nie podejrzewał jeszcze, jak bardzo dzisiejszy dzień będzie się różnił od innych.

Dobiegając dwudziestu trzech lat, Ross był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną o ciemnych, krótko ostrzyżonych włosach i ładnej, lecz poważnej twarzy, jakby wiecznie wszystko analizował, co zresztą na ogół było prawdą. Ale nie teraz. Teraz z trudem mógł w ogóle myśleć, jakby w jego głowie tkwił wbity topór. Na oślep wstał z łóżka, ziewnął i klnąc, że znowu to sobie zrobił, ruszył do łazienki w poszukiwaniu paracetamolu. Co tydzień w czwartek wieczorem pozwalał się wyciągnąć kolegom na jednego drinka do pubu Coach House w centrum Brighton, głównie po to, aby nie uznali go za nietowarzyskiego mruka, i co tydzień wracał do domu, zataczając się na nogach. Była też inna przyczyna jego regularnych piątkowych kaców – młoda dziennikarka kryminalna pracująca razem z nim w gazecie, Imogen Carter. Piekielnie mu się podobała, lecz ją najwyraźniej bardziej interesował jeden z zastępców redaktora naczelnego. Potrafiła też lepiej się kontrolować przy kieliszku niż jej koledzy. Mimo to Ross uważał, że pomału dziewczyna zwraca na niego coraz więcej uwagi i nawet zaczyna z nim troszkę flirtować.

Dzięki za kolejnego kaca, Imo, i za okazję obserwowania, jak oddalasz się na postój taksówek z pieprzonym Kevinem Fletcherem.

Ross niedawno skończył dziennikarstwo na Goldsmiths w Londynie i rozpierała go ambicja. Codziennie rano aż palił się do pracy w dziale wiadomości. Jak to zwykle ze stażystami bywa, wysyłano go praktycznie do wszystkiego: wypadków drogowych, śmierci łóżeczkowej, pożaru, przesłuchań sądowych, prezentacji charytatywnej, a nawet tak beznadziejnie nieciekawych wydarzeń jak dzień otwarty w szkole – wszystko, żeby szlifować umiejętności dla tej szacownej lokalnej gazety.

Miał nadzieję, że ćwiczenia na siłowni, a potem długa jazda pod górę na rowerze pomogą mu otrząsnąć się z alkoholowego odurzenia. Wkładając spodnie od dresu i zawiązując buty, słuchał wiadomości płynących z włączonego radia w budziku i szukał materiału na wielką sensację, na artykuł, którym mógłby wyrobić sobie nazwisko i spełnić marzenia o pierwszej stronie ogólnokrajowego dziennika z dołączoną notką o autorze.

Połknął tabletki i popił je wodą w drodze do malutkiej kuchenki mieszkania na drugim piętrze przy Portland Road. Nudności ani łupania w głowie nie łagodziły zwietrzałe zapachy jedzenia gotowanego poprzedniego wieczoru w hinduskim barze mieszczącym się na parterze. Po kilku gryzach banana zrobiło mu się trochę lepiej. Popijając je sokiem jabłkowym, spojrzał na przyklejoną do blatu karteczkę z przypomnieniem: Kartka urodzinowa dla taty. Później gdzieś ją kupi.

Zszedł na dół, minął swój rower przypięty kłódką w holu i wyszedł w wilgotną, deszczową ciemność.

Po dziesięciu minutach energicznego biegu dotarł do siłowni tuż po siódmej. W sali o lustrzanych ścianach, śmierdzącej potem i środkami czyszczącymi, było już kilkanaście osób. Większość ćwiczyła na orbitrekach, bieżniach i rowerach stacjonarnych, kilka wyciskało ciężary lub robiło brzuszki, ktoś miał indywidualne zajęcia z trenerem. Muzyka Queen dudniła zbyt głośno jak na bolącą głowę Rossa. Wszedł na orbitrek i włączył go, żeby rozpocząć swój dwudziestominutowy program ćwiczeń.

Przyspieszył kroku, obserwując rosnące tętno – sto dziesięć… sto dwadzieścia… sto trzydzieści… gdy nagle przestraszony usłyszał głos swojego brata, wołający go po imieniu. Tak głośno i blisko, jakby Ricky stał tuż obok niego.

Tylko że to niemożliwe. Jego brat mieszkał w Manchesterze, czterysta kilometrów od Brighton, pracował jako asystent kierownika hotelu. Rzadko rozmawiali przez telefon, ale Ricky przysłał mu dzień wcześniej maila w sprawie prezentu dla taty na sześćdziesiąte urodziny, które obchodził za tydzień.

Nagle Ross poczuł, jakby z poruszających się ramion orbitreka wystrzelił prąd elektryczny, który od dłoni przebiegł przez całe jego ciało. Nie mógł się poruszyć. Stopy znieruchomiały na pedałach, zawirowało mu w głowie, jakby pędził po spiralnej zjeżdżalni w wesołym miasteczku. W przebłysku paniki przemknęło mu przez myśl, że traci przytomność wskutek gwałtownego spadku cukru we krwi.

A może to zawał?

Pokój zafalował, przed jego oczami rozmywał się obraz rzędów stalowoszarych urządzeń.

Wessało go w długi, ciemny tunel. Chwycił się rozpaczliwie ramion orbitreka, bo jego ciało zaczęło szaleńczo dygotać. W oddali przed sobą zobaczył światło, z sekundy na sekundę przybierające na sile. Przed oczami przebiegały mu obrazy. Płód. Niemowlę. Twarz mamy. Twarz taty. Piłka rzucona w powietrze. Biała tablica i nauczyciel wrzeszczący na niego z markerem w dłoni. To jego życie – uprzytomnił sobie. Przed oczami przewija mu się całe życie.

Umieram.

Kilka sekund później otuliło go światło na końcu tunelu. Było ciepłe, oślepiające. Unosił się na materacu dmuchanym na płaskiej powierzchni oceanu. Zobaczył nad sobą twarz Ricky’ego.

– Wszystko w porządku, Ross, no nie? Między nami wszystko gra?

Nie znosił swego brata, od kiedy pamiętał. Nie cierpiał tego, jak wyglądał, jak mówił, jak się śmiał, jak jadł. I wiedział dlaczego. Ponieważ Ricky był jego bliźniakiem. Za każdym razem, kiedy go widział, miał wrażenie, jakby patrzył w lustro.

Bliźniacy powinni się kochać. Powinna ich łączyć szczególna, nierozerwalna więź, lecz Ross nigdy tego nie czuł. Przeciwnie, czuł tylko głęboką, przemożną niechęć. Główną przyczyną był fakt, że rodzice zawsze bardziej hołubili Ricky’ego, a on nawet tego nie zauważał.

Kiedy Ross dorósł na tyle, by wyprowadzić się z domu, wyjechał tak daleko od brata, jak to tylko możliwe – na inną uczelnię, do innego miasta. W pewnym okresie kusiło go nawet, żeby zmienić nazwisko.

Teraz Ricky odpływał, stopniowo roztapiał się w białym świetle. Odwrócił się do niego i wyciągnął ramiona, jakby rozpaczliwie chciał dosięgnąć jego dłoni i uchwycić go, lecz Ross uciekał za szybko, niczym pływak wyciągany na pełne morze przez silny przybrzeżny prąd.

– Między nami wszystko gra, prawda, Ross?! – zawołał Ricky niemal rozpaczliwie.

– Wszystko gra – odpowiedział.

Światło połknęło jego brata i na moment go oślepiło.

Z góry patrzyły na niego twarze. Oświetlenie się zmieniło, Ross poczuł smród potu, dywanu, niemytych włosów. Słyszał dudniącą muzykę i łomotanie własnego serca.

Obok niego ktoś klęczał.

– Nic panu nie jest?

Rozejrzał się oszołomiony. W przypływie paniki przemknęło mu przez myśl, że umarł.

Czyjeś dłonie pomogły mu wstać, poprowadziły go do ławeczki i podtrzymały, kiedy siadał.

Nad nim stał muskularny mężczyzna z plastikowym kubkiem w dłoni.

– Proszę to wypić – powiedział i Ross uprzytomnił sobie, że to jeden z trenerów na siłowni.

Potrząsnął głową, odsunął od siebie kubek.

– Może przesadził pan na tym orbitreku? – zapytał jakiś głos.

– Nie, nie, ja…

Urwał zdezorientowany.

– Zadzwonić po lekarza? – zapytał ktoś inny.

Ross ponownie pokręcił głową.

– Nie, nic mi nie jest, naprawdę. Wszystko w porządku. Może potrzebuję cukru czy coś…

– Proszę jeszcze posiedzieć, dopóki nie poczuje się pan zupełnie dobrze.

Ktoś podsunął mu łyżkę z miodem i Ross wziął ją do ust.

– Jest pan cukrzykiem? – spytał inny pracownik siłowni, patrząc na niego z troską.

– Nie.

Minęło dziesięć minut, zanim poczuł się na tyle pewnie, by wstać o własnych siłach. Wkrótce potem, przekonawszy wszystkich, że nic mu nie jest, wyszedł z siłowni i oszołomiony ruszył z powrotem w stronę domu, nie zauważając deszczu, zimna ani niczego, co się wokół niego działo. Kiedy wchodził po schodach, miał wrażenie, jakby wspinał się na wielką górę.

Powiedział ludziom na siłowni, że nic mu nie jest, ale w rzeczywistości był skrajnie wyczerpany i czuł się okropnie. W chwili kiedy otwierał drzwi do mieszkania, zadzwonił jego telefon. Wyjął z kieszeni wibrującą komórkę i spojrzał na wyświetlony numer. Nie znał go.

– Halo? – odebrał.

W odpowiedzi usłyszał łamiący się kobiecy głos.

– Ross? O Boże, Ross?

To była dziewczyna Ricky’ego, Sindy.

– Sindy? – powiedział, cały czas trochę rozdygotany. – Cześć, co… co się dzieje?

Dziewczyna wybuchła płaczem. Przez kilka sekund słuchał jej szlochu, zanim w końcu wzięła się w garść.

– Ricky…

– Co się stało?

– Przed chwilą była policja. Ricky poszedł biegać do parku i… przewróciło się na niego drzewo. Pół godziny temu. Przygniotło go. O Boże, Ross, Boże, on nie żyje!

3Lipiec 2009

Po latach bombardowań i nieustających walk na ulicach w Laszkargah nie ostał się ani jeden nietknięty hotel, a pracownicy tych, które tu kiedyś stały, albo zginęli z rąk talibów, albo dawno uciekli. Ze względów bezpieczeństwa, zwłaszcza z powodu porwań dziennikarzy, z których niemało stracono, miasto zostało uznane za strefę zagrożoną. Członkowie międzynarodowych ekip prasowych, którzy się tu zapuszczali, mieszkali w namiotach na obrzeżach miasta, na terenie ogrodzonym białym murem, stanowiącym bazę sojuszu w prowincji Helmand.

Wszystkim dziennikarzom radzono, aby w miarę możliwości wtapiali się w tłum – zapuścili brody, wkładali beżowe ubrania, nie wychodzili nigdzie w pojedynkę, a przede wszystkim nie nosili żadnych prasowych atrybutów, chodząc bez eskorty, ponieważ to by ich wystawiło na cel porywaczy.

„Bliźniaczy brat piekła”, napisał w SMS-ie do żony Ross Hunter wkrótce po przyjeździe. A właściwie próbował napisać. Trzeba tu było przez cały dzień nieustannie ponawiać próby, by w końcu za którymś razem udało się wysłać wiadomość. W odróżnieniu od wielu bardziej doświadczonych reporterów dla Rossa było to pierwsze doświadczenie w strefie wojennej i w chwili obecnej miał szczery zamiar, żeby pozostało ostatnim. Strach nie opuszczał go ani na chwilę, niemal przez cały dzień słońce zasłaniał gęsty dym ognia artyleryjskiego oraz płonących budynków. W powietrzu unosił się dławiący smród rozkładających się ciał, ścieków i kordytu, a wezwania muezinów na modlitwy, rozlegające się pięciokrotnie w ciągu dnia, tonęły w nieustannym łoskocie śmigłowców.

Ross usiadł na łóżku w sali sypialnej i drapiąc się po wiecznie swędzącej brodzie, przez satelitarne łącze komórkowe próbował dokończyć na laptopie ostatni artykuł dla „Sunday Timesa”. Na domiar złego czuł się trochę jak zdrajca. Rok temu napisał pochwalny artykuł o pewnym chłopcu ze swojej dawnej szkoły. Szereg lat temu chłopak stracił w bitwie rękę i oboje oczu, a mimo to zdołał odbudować swoje życie, ożenić się, spłodzić dwoje dzieci i nawet jeździć na nartach. Ross wychwalał w swoim tekście cichy heroizm walczących oddziałów.

Artykuł wywołał entuzjastyczną reakcję dowództwa armii, które zaprosiło go, aby na własne oczy zobaczył strefę działań wojennych i poznał walczących tam żołnierzy. Sprowokował jednak również lawinę maili od tych samych żołnierzy na różnych szczeblach drabiny wojskowej. Niektóre z listów podpisane były prawdziwymi nazwiskami, lecz większość przychodziła anonimowo i opisywała przerażające historie świadczące o tym, że rząd brytyjski lekkomyślnie szafuje życiem walczących i przyczynia się do wielu niepotrzebnych śmierci, wysyłając złej jakości sprzęt wojskowy lub wysyłając go za mało, rzecz jasna, z powodu oszczędności budżetowych.

„Sunday Times” zorganizował niezbędne dokumenty i opłacił Rossowi obowiązkowy trzydniowy kurs Przetrwania w Nieprzyjaznym Otoczeniu, po którym Ross przyleciał do Afganistanu okrężną trasą transportowym samolotem wojskowym C-130 Hercules. Zażądał od gazety, by nie drukowali żadnych krytycznych materiałów, dopóki nie wróci do kraju cały i zdrowy. Nie miał ochoty robić sobie wrogów z ludzi, którzy odpowiadali tu za jego bezpieczeństwo.

A szybko się przekonał, że jest o czym pisać. Całą prawdę o traktowaniu brytyjskich oddziałów przez ich własny rząd. Lista obejmowała zacinające się karabiny, wozy opancerzone ze słabym pancerzem, który nie chronił przed minami lądowymi, brak sygnałów świetlnych zabezpieczających przed ostrzałem własnych wojsk.

W swoim ostatnim doniesieniu Ross zacytował – anonimowo, na żądanie autora – jednego z wyższych rangą oficerów, który porównał dostarczany sprzęt do staromodnych telefonów komórkowych, które dawno wyszły z użycia. Czary goryczy dopełniał fakt, że niewiele obecnie okazywano współczucia, wsparcia czy opieki poważnie rannym, a nierzadko dożywotnio okaleczonym żołnierzom po powrocie do kraju. Koncentrując się na pracy, Ross usiłował nie zwracać uwagi na daleki – a czasem niepokojąco bliski – terkot strzałów, brzęk łusek i sporadyczne wybuchy granatów, które nie cichły nawet w nocy.

Większość korespondentów sprawiała wrażenie starych kumpli, łącznie z fotografem, którego mu przydzielono. Czuł się przy nich jak obcy.

Kilku grało teraz w pokera kartami, które widziały lepsze dni. Ślamazarnemu sufitowemu wentylatorowi jakimś cudem udawało się miesić gorące, wilgotne powietrze w pokoju w taki sposób, żeby go nie schłodzić czy choćby poruszyć. Ross siedział spocony, ubranie się do niego kleiło, rozpaczliwie potrzebował kolejnego zimnego prysznicu, chociaż brał go kilka godzin temu. W ciągu tych dwóch ostatnich tygodni niewiele sypiał, chodził ciągle zmęczony, ze ściśniętym żołądkiem ze strachu podchodzącym pod gardło.

W tej chwili jednak wszystkie te odczucia zagłuszał gniew. Gniew na gwałty i masakry, dokonane przez talibów na kobietach i dzieciach. Gniew wywołany tym, co zobaczył wczoraj w domu, do którego weszli z oddziałem żołnierzy: starca powieszonego na prowizorycznej szubienicy, nagie zwłoki młodej kobiety z poderżniętym gardłem, leżące pod nim na podłodze. Usłyszeli kobiecy płacz i znaleźli żonę mężczyzny ukrywającą się w szafie na piętrze. Powtarzała w kółko tylko jedno słowo, które przetłumaczył Rossowi afgański żołnierz.

Dlaczego?

Gdzie jest Bóg, zastanawiał się? Bawi się, obserwując tę jatkę?

Tu, w Afganistanie, patrząc na kolejne mrożące krew w żyłach okropności, można było naprawdę dojść do wniosku, że Bóg ma spaczony umysł. Że stworzył ten świat ku własnej perwersyjnej przyjemności, aby się przekonać, ile jeszcze pokładów człowieczeństwa może z siebie zedrzeć i odrzucić stworzony przez niego człowiek.

Leżąc w środku nocy w łóżku ze świadomością, że w każdej chwili w namiot dziennikarzy może trafić pocisk i roznieść ich wszystkich na strzępy, Ross włożył w uszy słuchawki i słuchał muzyki, by zagłuszyć wszystkie inne odgłosy. Imogen, którą poślubił dwa lata temu, ułożyła mu na podróż playlistę z jego ulubionych zespołów – Maroon 5, The Fray, Kaiser Chiefs – oraz całe mnóstwo country: Davida Allana Coe, Williego Nelsona, Patsy Cline.

W nocy przed atakiem jak co wieczór wysłał do niej SMS.

Tak mocno Cię kocham, skarbie. Nie chciałbym, żebyś tu była, bo nikomu tego nie życzę, ale myśl o Tobie pozwala mi przeżyć dzień i noc. Próbowałem czytać tę poezję wojenną, którą mi dałaś, ale to za smutne. Zwłaszcza „Jeśli zginę, pomyśl o mnie tylko to jedno”. Bo on potem naprawdę zginął. Marzę, żeby znowu znaleźć się w Twoich ramionach. Widziałem prawdziwe potworności. Jak ludzka istota może robić takie rzeczy? Kocham Cię. XX

Ku jego radości SMS przeszedł za pierwszym razem, co zdarzało się wyjątkowo rzadko.

Następny dzień zapisze się na zawsze w pamięci Rossa. Piątek siedemnastego lipca. Siły sojuszu w końcu zwietrzyły zwycięstwo. Talibowie się wycofywali. Wysłano dwa oddziały do zabezpieczenia rejonów miasta, z których poprzedniego dnia wyparto wrogie siły. Dziennikarzom powiedziano na odprawie, że będą mieli okazję obejrzeć i sfotografować kolejne bestialskie akty talibów, ale ostrzeżono ich również, że w dalszym ciągu duże niebezpieczeństwo przedstawiają ukryci snajperzy.

Ross przedyskutował sprawę ze swoim fotografem, Benem Hainesem, dowcipnym twardzielem, weteranem kilku poprzednich wojen, i razem zdecydowali, że w towarzystwie dwudziestu żołnierzy Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa ONZ oraz kilkunastu miejscowych wraz z przewodnikami, ochraniających grupę dziennikarzy z całego świata, niebezpieczeństwo jest stosunkowo niewielkie. Dla Rossa było to coś nowego, a udział w prawdziwej akcji to duża szansa na rozwój jego kariery. Potrafi szybko się uczyć.

O siódmej rano wyruszyli przez zrujnowane miasto; w wilgotnym powietrzu unosił się zjełczały odór rozkładających się ludzkich zwłok, śmigłowce wisiały nisko nad głowami niczym gigantyczne karaluchy. Ross i Haines szli w hełmach, mundurach polowych i kamizelkach kuloodpornych, na które nałożyli kamizele z napisem PRASA wydrukowanym na piersi i plecach. Ze wszystkich stron otaczały ich wyblakłe budynki usiane dziurami po kulach i bombach oraz zjeżone ruiny z agresywnymi graffiti.

Zaczęło się bez ostrzeżenia, gdy tylko wyszli spod osłony wąskiej uliczki na centralny rynek – grad ostrzału zdawał się sypać ze wszystkich stron naraz.

Zasadzka.

Przez kilka sekund Ross stał jak wryty, jakby w pierwszej chwili ciekawość przezwyciężyła strach. Potem rakieta zmiotła połowę głowy idącego przed nim Afgańczyka, w jego stronę poleciały rozbryzgi krwi i mózgu. Niedaleko wybuchł granat. Ross poczuł uderzenie eksplozji, zobaczył żołnierzy, dziennikarzy i fotografów padających na ziemię. Chwilę potem powietrze rozerwała kolejna eksplozja, po piaszczystej ziemi potoczyła się ludzka głowa z oczami i ustami otwartymi ze zdumienia.

Ben przykucnął z kamerą w rękach i kręcił wszystko, co się działo, lecz nagle wrzasnął z bólu i zaczął tarzać się po ziemi niczym obłąkany, wirujący derwisz.

Ross rozglądał się ogłupiały z przerażenia, dookoła widział tylko rozpryski ognia. Z dachów jednopiętrowych domów mieszkalnych. Z okien. Po lewej stronie stał wysoki, zbombardowany szkielet dawnego banku, pozbawiony nawet drzwi wejściowych. Ross popędził w tamtą stronę. Powietrze gęstniało od zaciekłych strzałów i wybuchów, pociski wzbijały fontanny piachu i odłamki kamieni. Wbiegł do ciemnego banku i zaczął się gorączkowo rozglądać.

Za jego plecami nadal szalała strzelanina.

Zatrzymał się i spojrzał za siebie… Prosto w oczy Bena Hainesa, który leżał na ziemi w kałuży krwi, płynącej z przestrzelonego boku. Niedaleko leżała kamera, próbował się do niej doczołgać, ale nie mógł.

– Ross! Pomóż mi! Pomóż mi! Na miłość boską, pomocy! – krzyczał rozdzierająco zrozpaczonym głosem.

Dookoła leżeli żołnierze, dziennikarze, kamerzyści. Niektórzy bez ruchu, inni skręcali się lub czołgali po ziemi.

Rozległa się głośna seria strzałów i kilku przestało się poruszać.

– Ross! – wrzasnął Haines. – O Boże, pomóż mi!

Ross wybiegł na dwór i ruszył zygzakami, tak jak go uczono na szkoleniach. Nie myślał o niebezpieczeństwie, myślał tylko o tym, żeby zrobić dla przyjaciela wszystko, co w jego mocy, zaciągnąć go w osłonięte miejsce. Lecz kiedy brakowało mu jeszcze kilku metrów, by dopaść do Bena, wybuchła następna eksplozja z karabinu maszynowego, Haines podskoczył jak szmaciana lalka, pociski rozerwały na nim ubranie, trafiony kulą hełm na głowie odleciał w powietrze, a ułamek sekundy później kolejny pocisk odstrzelił fragment czaszki i głowa fotografa opadła bezwładnie w piach.

Wstrząśnięty Ross odwrócił się i pognał z powrotem do budynku. Usłyszał kolejne strzały, następny brzdęk kul, seria z karabinu zryła przed nim bruzdę ziemi. Coś zadzwoniło o jego hełm. W prawej stopie poczuł ostry ból, a kiedy dopadł do wejścia, zatoczył się, jakby go ktoś młotem uderzył w głowę, kamienna podłoga rzuciła się na niego i grzmotnęła go w twarz.

Musi się podnieść.

Musi.

W jego kierunku biegli talibscy wojownicy w chustkach, ściskając w rękach rozbłyskające AK-47.

Dookoła brzęczały pociski.

Skulony wpadł do środka, zataczając się zygzakami w wyścigu ze śmiercią. Minął biurka, komputery pokryte kurzem i drobnym gruzem. Przeskoczył przez kontuar kasjera, przykucnął po drugiej stronie. Czekał. Bolała go prawa stopa, jakby ją przebił żelazny kolec, dudniło mu w głowie. Zgubił gdzieś hełm.

Usłyszał na dworze jeszcze jedną, ostrą, lecz krótką serię z karabinu, a potem zapadła nagła, cudowna cisza.

Nie dobiegał go żaden odgłos kroków.

Zakręciło mu się w głowie. Podniósł wzrok. Sufit wirował, kołysał się. Miał wrażenie, jakby z głowy odpłynęła mu cała krew. Znowu podłoga uderzyła go w twarz, lecz on już tego nie poczuł. Leżał bez ruchu.

Obudził go pisk. Nie miał pojęcia, ile upłynęło czasu. Otworzył oczy i w gęstym półmroku spojrzał prosto w pysk szczura wielkości królika.

– Spieprzaj – syknął.

Zwierzę czmychnęło w mrok.

W oddali rozległ się potężny wybuch.

Kolejna bomba w samochodzie?

Łupało go w głowie, z pragnienia zaschło mu w ustach i gardle. Dźwignął się na kolana i zaczął nasłuchiwać. Przypomniał sobie: leży za biurkiem kasjera, przez które przeskoczył, uciekając. Teraz wszędzie panowała cisza. Spróbował wstać, ale stopę rozdarł okropny ból, cały but oklejała dookoła zaschnięta krew. Podniósł rękę, żeby odgarnąć włosy, i poczuł na palcach coś lepkiego – dłoń też miał zakrwawioną.

Dopiero teraz zaczął sobie wszystko przypominać i aż zadrżał z grozy.

Żyję.

Powoli, ostrożnie zaczął się podnosić, wyjrzał nad kontuarem. W oddali usłyszał wezwanie na modły. Za drzwiami majaczył słaby blask dziennego światła.

Spojrzał na zegarek. Dziewiętnasta trzydzieści. Jezu, było tuż po siódmej rano, kiedy… kiedy…

Z trudem dowlókł się do drzwi i wyjrzał na dwór. Wszędzie na ziemi leżały ciała – kilku żołnierzy sojuszu, kilku dziennikarzy i kilkunastu talibów. Popatrzył na fotografa, który był jego partnerem w ciągu tego okropnego miesiąca.

Ben Haines.

Wokół ciał już roiły się muchy.

Właśnie miał wyjść z budynku, gdy nagle usłyszał głosy.

Zamarł.

Głosy przybierały na sile. Zbliżały się.

Wbiegł z powrotem do środka, minął puste stanowiska kasjerów, dotarł w głąb sali. Otworzył drzwi, za nimi kamienne schody prowadziły w dół. Przeszedł i po cichu zasunął za sobą ciężkie rygle, po czym szybko zbiegł na dół. Jedno piętro, dwa piętra. Upał stawał się tu mniej dotkliwy. Zatrzymał się przed dużym sejfem, drzwi z wielkimi obrotowymi uchwytami były lekko uchylone.

Prawie minutę zajęło mu otwarcie ciężkiego skrzydła na tyle, żeby mógł się wśliznąć do środka. Poświecił sobie komórką, szukając jakiejś klamki po wewnętrznej stronie drzwi, ale niczego nie znalazł. Przyciągnął więc je na tyle, na ile się dało.

Stanął nieruchomo, na wszelki wypadek wyłączył w telefonie dźwięk, chociaż urządzenie i tak pokazywało brak zasięgu.

Serce waliło mu w piersi tak głośno, że chyba nie usłyszałby żadnego innego dźwięku. Przytknął ucho do cieniutkiej szparki między drzwiami a futryną sejfu i nasłuchiwał odgłosów z góry. Czy ktoś nie wali do drzwi, które zaryglował dwa piętra wyżej?

Niczego nie słyszał.

Trzęsąc się, spojrzał na ekran komórki. Imogen nie odpowiedziała na ostatniego SMS-a. Czyżby wiadomość nie dotarła?

W głowie dudnił mu przeraźliwy głos fotografa wołającego o pomoc. Nie mógł odgonić sprzed oczu obrazu skręcającego się człowieka, próbującego się czołgać. A potem fragmentu czaszki zdmuchniętego przez pocisk.

Z trudem się powstrzymał, żeby nie zwymiotować. Ze wstrętu i strachu.

Usiadł na twardej, gołej podłodze pustego sejfu. Ból rozsadzał mu głowę, przeszywał prawą stopę. Męczyło go pragnienie, nie miał w ustach ani kropli wody od rana, odkąd wyruszyli.

Zdjął but i skarpetkę, przyciągnął do siebie nogę i poświecił komórką na stopę. W podbiciu, kilka centymetrów nad palcami, widniał poszarpany, zakrwawiony otwór, a drugi, jeszcze bardziej pokiereszowany, był w podeszwie, którędy pocisk prawdopodobnie wyszedł. Podniósł dłoń do głowy i wymacał niewielkie wgłębienie, jakby rowek nad prawą skronią.

Musiał dostać dwa razy.

Gdzieś w budynku znajdują się pewnie łazienki i kuchnia, powinien znaleźć tam wodę i może jakąś apteczkę. Później pójdzie poszukać, kiedy uzna, że jest już dość bezpiecznie, by opuścić kryjówkę.

Zwinął się na podłodze w kłębek i zasnął.

Dziesięć minut później obudziło go coś pełzającego mu po twarzy.

4Lipiec 2009

Czy przyjdzie mi tu umrzeć? W samotności, wśród szczurów?

Kiedy spał, śniło mu się jedzenie. I woda. Proste rzeczy: gotowane jajka, smażone jabłka, frytki, hamburger z serem, sosem warzywnym i ketchupem.

Zbudził się w kompletnych ciemnościach. Padła bateria w telefonie. Teraz mógł sprawdzić tylko godzinę na zegarku z podświetlanym wyświetlaczem. Czuł się rozpalony, jakby miał gorączkę.

Zaczął rozmyślać o bracie. O Rickym. Kiedy go wspominał, zawsze towarzyszyły mu żal i poczucie winy. Na jakimś ślubie, niedługo po śmierci Ricky’ego, spotkał starego kolegę ze szkoły, Jima Bantinga. Jim powiedział mu, że Ricky czuł, jaką niechęcią darzył go zawsze Ross. I nigdy nie mógł zrozumieć dlaczego.

Siedząc w ciemności wśród szczurów i nie mając do roboty nic poza rozmyślaniem, Ross przypominał sobie swoje relacje z bratem. Z wyrzutami sumienia uświadamiał sobie, jak źle go traktował.

Potem pomyślał o zwłokach Bena Hainesa, leżących przed wejściem, gnijących na piekącym słońcu. Mógł się znaleźć na jego miejscu. A może, gdyby zachował się inaczej, mógłby ocalić Bena? Jakimś sposobem?

W nocy zakradł się po schodach na górę, odsunął rygiel w drzwiach i usłyszał nad sobą głosy mówiące po arabsku. Rzucił się z powrotem na dół w takiej panice, że zapomniał zamknąć z powrotem drzwi. Dręczyło go pragnienie, wyschnięty język wydawał się obcym ciałem, wargi sklejały się aż do bólu. Trochę mniej mu dokuczała głowa, ale w bladej poświacie zegarka widział, że w ranie na stopie zbiera się ropa. Wdało się zakażenie. Jeśli szybko jej nie opatrzy, wkrótce umrze tu na sepsę. Musi się stąd wydostać i znaleźć jakieś środki medyczne, i to szybko.

Nagle poczuł ostry ból w prawej dłoni. Otworzył oczy i zobaczył w ciemności czerwone ślepia. Ugryzł go szczur.

– Spieprzaj stąd!

Machnął gwałtownie na zwierzę i wstał. Natychmiast zakręciło mu się w głowie, aż się zachwiał.

Prawa stopa piekła go, jakby płonęła.

– Odpierdol się! – wrzasnął znowu na szczura.

Z góry dobiegły hałasy.

Kroki.

Zamarł.

Kurwa mać. Zdradził krzykiem swoją obecność.

Kroki się zbliżały. Ktoś schodził po schodach. Powoli, stopień po stopniu. Szuranie.

Bliżej.

Znowu szurnięcie. Jeszcze bliżej.

Rozpłaszczył się na ścianie.

Kolejne szurnięcie, znów bliżej.

Myśl! Zaskoczy sukinsyna. Rzuci się na niego.

Bliżej.

Usłyszał ciche stęknięcie. Nieznajomy ciągnął za ciężkie drzwi. Skrzydło się poruszyło, otworzyło.

Ross dygotał ze strachu.

Wtedy rozległ się dziecięcy głos, nieśmiały, z obcym akcentem.

– Halo?

Ross wcisnął podświetlenie zegarka i w słabiutkiej poświacie zobaczył małego chłopca w ubraniu poszarpanym w strzępy, z ciemnymi włosami tak przysypanymi pyłem, że wydawały się szare. Patrzył na Rossa niepewnie.

– Wszystko dobrze, mały – powiedział Ross.

– Mówisz po angielsku?

– Mhm.

– Talibowie poszli – powiedział chłopiec. – Poszli. – Odwrócił się i uciekł.

Ross usłyszał, jak biegnie po schodach.

Odczekał dłuższą chwilę, po czym ruszył za nim, ostrożnie, zastanawiając się, czy to może być kolejna pułapka, ale prawie go to nie obchodziło. Rozpaczliwie potrzebował wody. Jedzenia. Na górze panował już dzień. Obserwował, jak chłopiec wybiega na dwór i wymachuje w górze rękami. Z wahaniem ruszył w jego stronę, starał się trzymać cienia, ale z braku sił wpadał niezdarnie na sprzęty, meble. W końcu wyjrzał na plac.

Ciała zniknęły. Słońce wysuszyło kałuże krwi. Po raz pierwszy, od kiedy tu przyjechał, w mieście panowała prawie kompletna cisza. Chwilę później usłyszał ryk silnika i metaliczny łoskot. Na plac wjechał czołg. Rozpoznał challengera 2. Jeden z niewielu porządnych sprzętów, w jakie zaopatrzył swoje wojska rząd.

Wybiegł, potykając się, wymachując w górze chusteczką.

Czołg zatrzymał się przed nim, otworzył się przedni właz, w otworze pokazała się głowa.

– Podrzucić cię gdzieś, koleś? – spytał mężczyzna z wyraźnym angielskim akcentem.

– Jedziecie może do Londynu?

– Wskakuj na pokład, włączam licznik.

Ross zatoczył się w stronę czołgu, ale nie miał siły, żeby się wdrapać na górę. Ze środka wyszło dwóch żołnierzy, żeby mu pomóc.

– Dziennikarz? – spytał jeden.

Miał ogoloną głowę, a na prawym ramieniu tatuaż czaszki zwieńczonej orłem o rozpostartych skrzydłach.

– Aha… – sapnął Ross.

– Z której gazety?

– „Sunday Times”.

– Dawno przestałem je czytać. Szmatławce. Sterty gówna i tyle.

Ross tylko się uśmiechnął. Nie miał siły na kłótnie.

– Wszystkie te pismaki powinny tu przyjechać, kapujesz? Zobaczyć tę kloakę na własne oczy.

– Macie może trochę wody? – spytał Ross błagalnie.

5Lipiec 2009

Dziesięć dni później, z czego cztery spędził w amerykańskim szpitalu wojskowym w Afganistanie, a następne sześć w oczekiwaniu na samolot, Ross wrócił wreszcie do Anglii wojskowym transporterem i wylądował na lotnisku RAF-u w Brize Norton w Oxfordshire. Wsadzono go do samolotu dzień wcześniej, niż zapowiedziano, więc postanowił, że zrobi niespodziankę Imogen, która spodziewała się go dopiero nazajutrz.

Kiedy wczesnym popołudniem przyjechał na stację w Brighton, padał lekki deszcz. Wziął taksówkę i kazał najpierw zatrzymać się przed kwiaciarnią, gdzie kupił wielki bukiet kwiatów, a potem wszedł jeszcze do winiarni po ulubionego szampana Imogen, Veuve Clicquot.

Tuż po trzeciej taksówka podjechała pod drzwi wysokiego, trochę zaniedbanego bliźniaka nieopodal Seven Dials, gdzie wynajmowali mieszkanie na ostatnim piętrze. Zapłacił taksówkarzowi, dodał napiwek, po czym wygrzebał się z samochodu razem z torbą, butelką oraz kwiatami i pokuśtykał do drzwi. Wszedł do holu, jak zawsze pachnącego stęchlizną i dudniącego od drażniąco głośnej muzyki dochodzącej z mieszkania na parterze.

Dziwnie się czuł, wracając do domu. Prawie surrealistycznie, jakby kilka minionych tygodni było tylko złym snem. Poza blizną na głowie i bolącą nogą, które przypominały mu o rzeczywistości. I koszmarnymi wizjami, które nawiedzały go za każdym razem, kiedy zamykał oczy.

Zerknął na zegarek. Imogen prowadziła stronę czasopisma internetowego z Brighton, wróci dopiero za kilka godzin. Ross zdąży przez ten czas wziąć prysznic, ogolić się, wstawić szampana do lodu i kwiaty do wazonu. Tak niecierpliwie czekał, żeby ją zobaczyć, wziąć w ramiona, wrócić do normalnego, spokojnego życia. Kochać się z nią – Boże, minęło tyle czasu – i zwyczajnie porozmawiać, opowiedzieć o koszmarach, które przeszedł, i o tym, że myśl o niej pomogła mu przeżyć.

Może później pójdą gdzieś na curry, oboje uwielbiali indyjskie potrawy, a Ross stęsknił się za luksusem zwyczajnych restauracji.

Wszedł na trzecie piętro, wsunął klucz do zamka i otworzył drzwi. W zapełnionym książkami przedpokoju usłyszał muzykę, The Fray, zespół z jego playlisty. Zdziwił się – czyżby Imogen była w domu?

Wszedł do salonu i na stoliku do kawy zobaczył butelkę wina, do połowy opróżnioną, oraz dwa kieliszki z resztkami alkoholu. Na kanapie leżała duża męska kurtka.

Ross zmarszczył brwi.

Muzyka dochodziła z głębi mieszkania.

– Imogen?! Kochanie?! – zawołał.

Głos uwiązł mu w gardle, w żołądku poczuł lodowate zimno.

Położył na stole torbę, butelkę i kwiaty, po czym ruszył korytarzem, muzyka przybierała na sile, w miarę jak zbliżał się do sypialni. Usłyszał również inny dźwięk. Cichy jęk. Zawahał się na chwilę, po czym popchnął drzwi i otworzył je na oścież.

Jego żona, całkiem naga, z włosami odrzuconymi w tył, kołyszącymi się małymi piersiami i wyrazem ekstazy na twarzy siedziała okrakiem na nagim, brodatym mężczyźnie.

Dopiero wtedy go zauważyła.

6Dziewięć lat późniejŚroda, 1 lutego

Starzec brnął roztrzęsiony pod górę stromego wzgórza w Somerset, przygnieciony brzemieniem, które nosił w sercu. Brzemieniem całej historii ludzkości. Wieczną walką dobra ze złem. Miłością i gniewem Boga. Szyderstwem szatana.

Nieświadom wymierzonego weń noktowizora, ostrożnie stąpał po śliskiej trawie, kierując się wskazówkami GPS-u w telefonie, bladym snopem słabiutkiej latarki oraz poczuciem misji w sercu.

Przeznaczenie.

Brązowe półbuty całkowicie przesiąkły wodą, a przez cienki płaszczyk przenikał dotkliwy, zimny wiatr i szczypał go w plecy niczym kompres z lodowatych liści.

W rękach mężczyzna dźwigał ciężki szpadel oraz wykrywacz metalu.

Była trzecia nad ranem.

Po niebie przepłynęło pasmo chmur, przeszywane od czasu do czasu smugami zimnego jak kamień księżyca w pełni. Z każdym takim przebłyskiem na szczycie wzgórza po prawej stronie wyłaniała się ciemna sylwetka zrujnowanej wieży. Ta noc miała w sobie coś nadnaturalnego. Płynące chmury wyglądały jak nakładane zdjęcia w starych hollywoodzkich filmach. Jak w tej scenie z Carym Grantem i Grace Kelly, kiedy jechali kabrioletem, niby bardzo szybko, w tle przemykał z ogromną prędkością rozmazany krajobraz, lecz ich nienaganne fryzury pozostawały nietknięte.

Dzisiejszej nocy jednak nie w głowie mu były stare filmy, myślał tylko o jednej rzeczy.

Przeznaczeniu.

Dzisiejszej nocy, w tym miejscu rozpoczynała się podróż. Był słaby i nie miał pojęcia, ile mu jeszcze pozostało życia. Tak długo czekał na znak, że zaczął już wątpić, czy to w ogóle kiedyś nastąpi. Lecz w końcu nastąpiło i jak zawsze we właściwy dla Niego, niepojęty sposób.

Powiedziano mu, że jest ktoś, kto może mu pomóc, ale jak dotąd nie udało mu się go znaleźć, a ponieważ jego czas się kończył, postanowił działać sam.

Naładowane elektrycznością powietrze sprawiało wrażenie żywej istoty, czuł na skórze jego mrowienie niczym gęsią skórkę. Słyszał na wietrze szepty, których nie potrafił zrozumieć.

Pachniała cudownie trawa. Gdzieś niedaleko rozległ się przeraźliwy pisk. To pewnie lis dopadł królika, pomyślał. Pisk stawał się coraz bardziej rozpaczliwy, aż nagle ustał.

Porównał zmieniające się w telefonie współrzędne z tymi, które miał zapisane na kartce w górnej kieszeni. Zbliża się.

Już prawie jest na miejscu.

Zatrzymał się, wciągnął w piersi powietrze, spocił się mimo dotkliwego zimna. Miał za sobą męczącą podróż – najpierw dwie i pół godziny trudnej jazdy samochodem, potem wędrówka wokół ogrodzenia w poszukiwaniu przejścia. Zapomniał wziąć rękawice, ale za daleko już było do samochodu, żeby po nie wracać.

Rozwinął złożoną karteczkę, przyjrzał się współrzędnym zanotowanym jego starannym charakterem pisma.

51°08′40″N 2°41′55″W

Jest już blisko.

Poczuł nagły przypływ sił. Zrobił kilkanaście kroków w lewo, potem jeszcze kilka pod górę.

Chwilę później cyfry kompasu w jego telefonie pokazały idealną zgodność.

51°08′40″N 2°41′55″W

Był na miejscu. Dokładnie w odpowiednim punkcie. W tym momencie chmury nad jego głową odpłynęły i na ziemię padł blask księżyca. Ktoś tam na górze wskazywał mu właściwe miejsce. To był znak.

Jego przeznaczenie!

Ścisnął szpadel zmarzniętymi, powykręcanymi artretyzmem palcami i wbił narzędzie w ziemię, potem oparł na nim stopę i nacisnął. Po chwili wydobył pierwszą partię ziemi. W rozkopanym podłożu zaczęły się wić dżdżownice. Opróżnił szpadel i wbił go ponownie. Nagle wokół niego zatańczył jasny snop światła. To nie był blask księżyca, tylko bardzo silna latarka. A właściwie dwie latarki. Usłyszał gniewny, męski głos.

– Hej, ty!

Odwrócił się. Na moment oślepiło go jaskrawe światło skierowane prosto w jego twarz. Zamrugał i odpowiedział własną, dużo słabszą latarką. Zobaczył najpierw młodą twarz policjanta w mundurze, a następnie, obok niego, mężczyznę w średnim wieku w parce.

– Jest tutaj – powiedział. – Dokładnie tu, gdzie kopię. Tuż pod moimi stopami!

– Zwariował pan? Co pan tu wyprawia?

– Ratuję świat.

– Narusza pan prywatny teren.

– Proszę, posłuchajcie mnie.

– Nie, to pan niech posłucha – odparł mężczyzna w parce. – Wtargnął pan na prywatny teren. Do diabła, kto panu pozwolił kopać w poświęconej ziemi i to w środku nocy?

– Bóg – odrzekł po prostu starzec.

7Czwartek, 16 lutego

Na drewnianych drzwiach między krużgankami kartuzji Świętego Hugona w sercu hrabstwa Sussex, dwadzieścia kilometrów na północ od Brighton, wisiał łaciński cytat:

Mihi enim vivere CHRISTUS est, et mori lucrum.

W tłumaczeniu znaczyło to: „Dla mnie życie Chrystusem jest, a śmierć profitem”.

Za drzwiami, w samotności swej spartańskiej celi, siedział przy stoliku brat Angus pogrążony w lekturze. Od wielu lat wiódł żywot w odosobnieniu, każdego dnia spędzając długie godziny na klęczkach w maleńkiej modlitewnej kabinie.

W ciągu ostatnich miesięcy coraz częściej jednak opuszczał celę, szedł krużgankami do wielkiej biblioteki i tam, między galeriami i ścianami wyłożonymi dębową boazerią, pośród tysięcy oprawionych w skórę ksiąg, z których wiele pochodziło sprzed wynalezienia druku, systematycznie wyszukiwał odpowiednie woluminy, a następnie zanosił do celi tyle, ile mógł udźwignąć.

Każdy zakonnik w klasztorze mógł, jeśli taka była jego wola, żyć zamknięty w swej celi i nigdy jej nie opuszczać. Codziennie rano któryś z braci wsuwał mu jedzenie przez okienko w drzwiach. Brata Angusa trapiły wielkie troski i nie miał nikogo, z kim mógłby się nimi podzielić, przynajmniej przez kilka dni, do niedzielnego spaceru, gdy przez jedną godzinę wolno mu będzie mówić.

Za miesiąc skończy sześćdziesiąt trzy lata i nie wiedział, jak długo jeszcze przyjdzie mu służyć Panu. Niezbyt długo, co do tego nie miał wątpliwości. Z powodu choroby może nawet nie dożyć następnej zimy. Albo wręcz lata. Aż do niedawna z zadowoleniem myślał o życiu, jakie mu przypadło, choć nie zawsze tak było. Jako dziecko lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku wiódł burzliwe życie i korzystał z niego do syta. Porzucił studia na uniwersytecie i został gitarzystą w zespole heavymetalowym, Satan’s Creed. Przez wiele lat wiódł życie napędzane alkoholem, narkotykami i rock’n’rollem. Jeździł na koncerty, głównie po Niemczech, grywał w klubach i na wolnym powietrzu i uprawiał seks niemal bez ustanku.

Aż pewnego dnia ujrzał światło.

Ściślej mówiąc, wiele świateł. Światła lekarskich latarek zaglądających mu w źrenice po przedawkowaniu mieszanki, której nawet nie potrafił sobie przypomnieć. Światła na sali operacyjnej. I to najjaśniejsze światło ze wszystkich. Światło, które go wzywało.

Prawosławna pielęgniarka pracująca w szpitalu w północnym Londynie, gdzie go oczyszczono i uratowano mu życie, opowiedziała mu o swoim bracie, zakonniku, który mieszkał w zakonnej społeczności na Świętej Górze Athos. Angusa zawsze ciągnęło do Grecji, silnie działała na niego duchowość greckiego Kościoła prawosławnego. Przeszedł na to wyznanie, a następnie z pomocą brata owej pielęgniarki otrzymał wizę i zgodę, aby odwiedzić święty półwysep.

Pojechał tam na pięć dni i został na pięć lat, znajdując ukojenie w surowym rygorze modlitw, pracy, milczenia i niewielkiej ilości snu. Aż pewnego dnia Bóg wezwał go z powrotem do Horsham w hrabstwie Sussex w Anglii. Potrzebowała go matka, która starzała się i ciężko zachorowała.

Zajmował się nią przez siedem lat, dopóki nie umarła na chorobę Alzheimera. Zamierzał powrócić na górę Athos, lecz pewnego dnia, niedługo po pogrzebie mijając przypadkiem bramę kartuzji Świętego Hugona, znowu ujrzał światło, jaśniejsze niż kiedykolwiek. Zawrócił samochód, wjechał na teren klasztoru i oddał samochód przeorowi, żeby go sprzedał, a pieniądze przeznaczył na utrzymanie świątyni.

I pozostał tu aż do tej pory. I nigdy stąd nie odejdzie. To był jego dom, a przynajmniej tymczasowy dom, dopóki…

Dopóki nie wróci do prawdziwego.

Może.

Klasztor Świętego Hugona wzniesiono w czasach, gdy zakon kartuzów przeżywał dni świetności, pełniąc rolę azylu dla francuskich zakonników uciekających przed rewolucją – lecz niewielu francuskich mnichów tu dotarło. Podobnie jak wiele innych klasztorów wzniesionych w ciągu ostatnich kilkuset lat, zaprojektowano go, by pomieścił ponad dwieście osób, lecz nowych zakonników przybywało niewielu i kiedy wymierali starzy, mało kto przychodził na ich miejsce. Aktualnie u Świętego Hugona mieszkało zaledwie dwudziestu trzech zakonników, łącznie z przeorem i jego zastępcą, a większość z nich przyjechała tu z innych stron świata. Cisza nie była w tym miejscu zjawiskiem sztucznie narzuconym, lecz wynikała najzupełniej naturalnie z niewielkiej liczby mieszkańców. Z owych dwudziestu trzech zakonników siedemnastu mówiło innymi językami. Kartuzja, podobnie jak wiele klasztorów w dzisiejszym świecie, z braku własnych kandydatów mile witała braci z innych zakonów.

Niewielu z tych, którzy tu przyjeżdżali, pozostawało na dłużej, dla większości tutejszy rygor i reguła były zbyt surowe. Zalecano kładzenie się do łóżka o ósmej wieczorem, lecz za dziesięć dwunasta trzeba było wstać na następne modlitwy, które odmawiano w samotności, w prywatnej kapliczce, albo w klasztornej kaplicy, gdzie modły odprawiał przeor.

Cela brata Angusa była bardzo przestronna jak na klasztorne standardy. Mieściła się na dwóch poziomach i miała własny, zamknięty ogródek, w którym mógł uprawiać warzywa. Na dole mieściła się jego prywatna kaplica z obrazem Pana Jezusa wiszącym ponad figurką Matki Boskiej na prowizorycznym postumenciku wykonanym z kawałka pnia. Na krótkim korytarzu stał mały warsztat roboczy z narzędziami niezbędnymi do prac przy utrzymaniu celi i ogródka.

Na górze znajdowały się dwa pokoiki, jeden z łóżkiem, drewnianym stołem i krzesłem, drugi z kącikiem do modlitwy. Obok niewielkiej umywalni wisiał do góry nogami na haczyku turkusowy termofor, nieopodal zaś stał mały piecyk opalany drewnem, który stanowił jedyne źródło ciepła w ciągu długich zimowych miesięcy. Powinienem napalić, pomyślał, kiedy zadygotał z zimna. Habit z kapturem zapewniał niewielką ochronę przed chłodnymi przeciągami, ale Angusa za bardzo pochłaniała księga napisana językiem staroangielskim, którą musiał odszyfrować.

Siedział przy biurku przed stertą bibliotecznych woluminów, Biblią, modlitewnikami oraz terminarzem modlitw, rozłożonym na środku, a przed nim rozciągał się widok na ogródek, mur i dalej tonący w ciszy cmentarz, otoczony neogotyckimi krużgankami klasztoru.

Rzędy prostych drewnianych krzyży oznaczały anonimowe miejsca pochówku braci, którzy odeszli przed nim. I pewnego dnia, całkiem niedługo, jego doczesne szczątki spoczną tu między nimi. Lecz gdzie będzie wtedy jego dusza?

Aż do niedawna to pytanie nie stanowiło dlań problemu. Ale przy kilku okazjach rozmawiał na ten temat z przeorem i za każdym razem coraz mniej go przekonywały zapewnienia przełożonego. Im więcej na ten temat czytał i rozmyślał, tym trudniejszą jego wiara przechodziła próbę. Coraz częściej nachodziło go pytanie: A jeśli niczego nie ma? Niczego w ogóle?

Co, jeśli spędził te wszystkie lata… zmarnował te wszystkie lata, modląc się w puste powietrze?

Wertował teraz stronice księgi z nadzieją, że Bóg naprowadzi go na odpowiedni ustęp, ukryty głęboko między wersami, który mu da odpowiedź. Musiał go znaleźć. Nie znał już świata za murami. Tyle się zmieniło od czasu, gdy wstąpił do zakonu. Nawet kiedy opuścił klasztor, żeby zajmować się matką, trzymał się z dala od wszelkich nowoczesnych technologii. Przez minione dziesięciolecia świat tak bardzo poszedł naprzód. Rzadko używał telefonu, chociaż coraz sprawniej posługiwał się internetem.

Bał się, że wkrótce nic po nim nie zostanie – kupka gnijących kości pod anonimowym krzyżem, tak jak po wszystkich, którzy żyli tu przed nim.

Wtem, kilka miesięcy temu, otrzymał wiadomość, a jej możliwe konsekwencje przejmowały go jeszcze większym lękiem, ponieważ wiadomość była ogromnie niejasna.

Coś się działo. Świat pogrążał się w narastającym religijnym tumulcie i ulegał coraz większej polaryzacji, co się nie zdarzyło do tego stopnia od wieków. Każdej nocy we śnie Bóg przekazywał mu znaki i wiadomości. Wydawał polecenia, by korzystał z internetu, by szedł z duchem czasu. Mimo to zamiast widzieć rzeczy coraz jaśniej, czuł się coraz bardziej zagubiony.

Bywały dni, a nawet całe tygodnie, kiedy wiadomości i znaki splatały się w jeden rozmazany obraz i Angus z tekstów religijnych przerzucił się na naukowe. Większość zakonników w klasztorze żyła z dala od nowoczesnej techniki, lecz on zaczął nagle studiować jej odmienny sposób widzenia, jej bardziej twórcze wykładnie. Szczególnie jednego z naukowców czytał zachłannie – amerykańskiego profesora Danny’ego Hillisa, twórcy programowania równoległego oraz współzałożyciela firmy Thinking Machines. Jej motto brzmiało: „Budujemy urządzenie, które będzie z nas dumne”.

A niektóre wypowiedzi wynalazców poruszały w nim jakąś czułą strunę.

Najbardziej utkwił mu w pamięci jeden fragment wypowiedzi Hillisa z połowy lat dziewięćdziesiątych: „Nie jestem pewny, czy powinniśmy szukać Boga pod sklepieniami gotyckich katedr; sądzę, że prędzej znajdziemy go w cyberprzestrzeni; to właśnie technika ma szansę otwarcia tej powitalnej częstotliwości”.

Angus postanowił zaryzykować, że ściągnie na siebie gniew przeora, a możliwe, że i wydalenie z klasztoru, i zaproponował, żeby każdy mnich, zamiast korzystać ze starego i powolnego urządzenia w bibliotece, dostał komputer z dostępem do internetu; lecz przeor nie chciał nawet o tym słyszeć. Odrzekł tylko:

– Bóg mówi każdemu z nas wszystko, co powinien wiedzieć. Dzień, w którym zaczynamy w to wątpić, jest dniem, w którym powinniśmy porzucić habit. Może przeżywasz kryzys wiary, bracie Angusie? Pamiętaj: wszystko, co kiedykolwiek istniało, istnieje nadal. W Bogu. Szukaj, a znajdziesz. Pytaj Go, a On ci odpowie.

W swoich modlitwach brat Angus pytał Go każdego dnia coraz żarliwiej. W odpowiedzi dostał wiadomość, że coś się niebawem wydarzy. Coś równie doniosłego dla świata chrześcijańskiego jak narodziny Chrystusa.

Ponowne przyjście?

Czy raczej pojawienie się wielkiego uzurpatora?

8Czwartek, 16 lutego

Mało brakowało, a Ross Hunter nie odebrałby tego telefonu. Wyświetlacz w komórce poinformował go, że numer jest zastrzeżony. Pewnie znowu jakiś automatyczny marketing, który w ostatnich czasach stał się dla wszystkich prawdziwym utrapieniem. Ross miał umówiony termin ze swoją redaktorką, Natalie McCourt z przeglądu „Sunday Timesa”, która zamówiła u niego artykuł demaskujący czterech piłkarzy Premier League zamieszanych w oszustwo podatkowe. Termin upływał o czwartej po południu – dokładnie za dwadzieścia minut.

Na podłodze obok biurka leżał ich ciemnoszary labradoodle, Montmorency, skupiony aktualnie na dwóch palących terminach – czy uda mu się skończyć kość, którą chrupał irytująco głośno, zanim pan zabierze go na spacer; oraz czy wyjdą na spacer, zanim się ściemni.

W czasie, który miał nastąpić, Ross często będzie się zastanawiał, co go właściwie skłoniło do odebrania tego telefonu. Chociaż nawet gdyby wtedy nie odebrał, dzwoniący na pewno spróbowałby ponownie. A potem jeszcze raz. Ross był ostatnio dość znaną osobistością i wiedział, że nie należy lekceważyć żadnego telefonu. Jego pierwszy przełomowy artykuł sprzed wielu lat, kiedy był jeszcze nieopierzonym reporterem „Argusa”, powstał w efekcie takiego właśnie niespodziewanego telefonu. Naprowadził go na trop seksafery, w wyniku której miejscowy poseł musiał złożyć mandat.

– Ross Hunter – powiedział do słuchawki.

Z okna gabinetu na poddaszu popatrzył w dół na pogrążającą się w zmierzchu dzielnicę Patcham, gdzie przeprowadzili się z Imogen, aby rozpocząć wszystko od nowa po tamtej okropnej historii, gdy po powrocie z Afganistanu zastał ją w łóżku z innym mężczyzną.

Błagała, żeby jej wybaczył. Opowiadała, jak ją przeraziła wiadomość z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że jej mąż zaginął i być może nie żyje. Z rozpaczy szukała pocieszenia u starego przyjaciela. Ross tak bardzo potrzebował wtedy powrotu do normalnego życia, że przyjął to wyjaśnienie i wybaczył jej. Później odkrył, że kłamała, że romans ciągnął się znacznie dłużej. Ich związek nigdy potem nie był już taki sam. Bardziej przypominał sklejanie kawałków rozbitego szkła – niby cały, lecz miejsca pęknięć pozostały na zawsze obecne. Próbowali je zamaskować, przeprowadzając się do innego mieszkania. Teraz Imogen była w ciąży, lecz Ross nigdy nie pozbył się wątpliwości.

Po prostu nie potrafił jej zaufać. Niekiedy wracała po pracy późnym wieczorem z wyjaśnieniami, w które nie do końca wierzył. Niezręcznie kończyła rozmowy telefoniczne, kiedy wchodził do kuchni. W takich sytuacjach zawsze powracały wspomnienia. Jej nagie ciało na obcym, brodatym mężczyźnie, w ich małżeńskim łóżku.

Przed domem powoli przejeżdżał samochód firmy kurierskiej. Jedna z sąsiadek wróciła właśnie do domu swoim minivanem. Otworzyła drzwi i w świetle wylewającym się z kabiny Ross widział, jak pomaga odpiąć pasy swojemu synkowi – małemu, dokuczliwemu łobuziakowi, który wrzeszczał chyba całymi dniami.

W telefonie odezwał się pełen ogłady głos starszego mężczyzny.

– Czy rozmawiam z panem Rossem Hunterem, dziennikarzem?

– Tak, słucham, kto mówi?

– Dzięki Bogu, dotarłem w końcu do właściwego człowieka. Dość dużo czasu zajęło mi zdobycie pańskiego numeru. Dzwoniłem do każdego R. Huntera z książki telefonicznej hrabstwa Sussex.

– Mógł się pan ze mną skontaktować przez media społecznościowe. Jestem dość aktywny na Facebooku i Twitterze. Albo wysłać mi maila, mój adres znajduje się w każdej notce autorskiej.

Ross upił nieco herbaty z kubka na biurku.

– To nie jest sprawa na maile czy media społecznościowe, panie Hunter. Poczta elektroniczna nie jest bezpieczna, nie mogłem ryzykować. Czytałem wiele pańskich artykułów. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie relacja z Afganistanu, którą napisał pan kilka lat temu dla „Sunday Timesa”, o zaniedbaniach rządowych wobec naszych wojsk.

– Interesuje się pan tymi sprawami?

– Mój syn zginął w prowincji Helmand od ostrzału wojsk sojuszniczych. „Niebiescy na niebieskich”, jak to zdaje się nazywają. Gdyby dostał w wyposażeniu sygnalizatory, może byłby dzisiaj z nami.

– Przykro mi.

– To nie jest powód, dla którego do pana dzwonię, ale dziękuję. Ja i moja żona dokładaliśmy wielu starań, by z tego powodu nie zgorzknieć.

Ross zaczął już dochodzić do wniosku, że to może być jednak strata cennych minut, które mu zostały na skończenie i korektę artykułu.

– Chciałbym, by nie uważał mnie pan za pomyleńca, panie Hunter.

– Nie szafuję takimi opiniami.

– Nazywam się Harry F. Cook. Mam tytuł doktora. Jestem byłym oficerem RAF-u, a także emerytowanym wykładowcą historii sztuki na Uniwersytecie Birmingham. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale otrzymałem niedawno niepodważalny dowód na istnienie Boga i powiedziano mi, że jest pewien człowiek, szanowany dziennikarz, Ross Hunter, który mógłby pomóc, aby potraktowano mnie poważnie.

– Przepraszam, ale nie rozumiem.

– Zdaję sobie sprawę, jak dziwnie to brzmi.

– Owszem, bardzo dziwnie. – Ross zastanawiał się przez chwilę. – A mówiąc dokładniej, o którego boga chodzi?

– Istnieje tylko jeden Bóg, panie Hunter. Jest wielu proroków i wiele różnych wyznań, ale Bóg jest jeden.

Ross obserwował, jak jego sąsiadka prowadzi synka do drzwi swego parterowego domu.

– Czy mogę spytać, kto panu o mnie powiedział?

– On sam. Bóg – odparł prostolinijnie Harry Cook. – Czy mógłby mi pan poświęcić kilka minut?

Ross spojrzał na zegarek, na upływające drogocenne minuty.

– Obawiam się, że musi się pan pospieszyć. Mam w tej chwili bardzo pilną pracę.

– Dobrze, postaram się ująć to jak najkrócej. A może woli pan, żebym zadzwonił później?

– Nie, proszę mówić.

Wziął długopis i zapisał nazwisko: „dr Harry F. Cook, RAF oraz prof. historii sztuki na Uniwersytecie Birmingham – na emeryturze”. Potem wziął kolejny łyk herbaty, która zrobiła się letnia.

– Rzecz w tym, panie Hunter, że muszę się z panem zobaczyć i wyjaśnić wszystko dokładniej. Zapewniam, że nie będzie to dla pana strata czasu. Nie wątpię, że codziennie dzwonią do pana różni pomyleńcy. Czy zechce pan się ze mną spotkać na pół godziny? Proszę wybrać miejsce, dostosuję się do każdej propozycji, która będzie dla pana wygodna. Mam też dla pana wiadomość, którą z pewnością chciałby pan usłyszeć.

– Jaką wiadomość? Od kogo?

– Od pańskiego brata, Ricky’ego.

Przez chwilę Ross siedział oniemiały, zastanawiając się, czy dobrze usłyszał.

– Ma pan wiadomość od Ricky’ego?

– Tak.

– Czy może mi pan ją przekazać?

– Nie przez telefon, panie Hunter.

Ross poczuł nagle w pokoju lodowaty powiew. Wydało mu się, że światła na ciemnej ulicy zamrugały niczym tysiące świec migoczących od gwałtownego podmuchu wiatru. Zadygotał i drżącą dłonią dopisał coś na kartce.

– Naprawdę ma pan wiadomość od mojego brata?

Zobaczył na ulicy migające niebieskie światło karetki pogotowia, usłyszał zawodzenie syreny. Przez moment zastanawiał się, czy ta rozmowa mu się nie śni.

– Kim pan właściwie jest, panie Cook?

Karetka minęła właśnie jego dom.

– Błagam, niech mi pan uwierzy, jestem zwyczajnym człowiekiem, który robi to, co mu powierzono. Bardzo pana proszę, spotka się pan ze mną?

Ross miał już do czynienia z wieloma wariatami twierdzącymi, że mają dla niego materiał, który wstrząśnie posadami świata. Wielu takich już w życiu odprawił. Lecz w głosie tego mężczyzny brzmiała taka szczerość, że poczuł się zaintrygowany.

– Dam panu pół godziny. Możemy się spotkać na herbatę. Jeśli uda się panu mnie przekonać, że potrzebujemy więcej czasu, porozmawiamy dłużej. Zgoda?

– To przyzwoity układ. Jest pan bardzo uprzejmy. Tak jak powiedziałem, może pan wyznaczyć dogodne dla siebie miejsce. Proszę mnie tylko poinformować gdzie i kiedy.

9Czwartek, 16 lutego

Borys przysiadł na krawędzi biurka w swojej ogromnej klatce i kołysząc się prawie w powietrzu, niezdarnie walił w klawisze komputera. Chociaż mała kapucynka z okrągłą, pomarszczoną twarzą, kremową grzywą i długim brązowym ogonem była wyjątkowo inteligentna jak na małpę, nie miała pojęcia, co wystukuje na klawiaturze. Nie zwracała uwagi na bełkot, który się pojawia przed nią na monitorze, tylko wpatrywała się wyczekująco w wylot małej zjeżdżalni, skąd od czasu do czasu wypadały przysmaki, takie jak orzeszki ziemne w łupinie lub kawałki banana.

Wiedziała, że jeśli przestanie naciskać klawisze, przestaną też wypadać przysmaki. Odkryła już, że dopóki stuka w przyciski, dostaje smakołyki. W ciągu trzech tygodni nauczyła się również, że załatwianie się na klawiaturę nie przynosi pożądanych efektów. Jedyny efekt jest taki, że przez długi czas nie pojawia się potem żadna nagroda.

Doktor Ainsley Bloor, były wykładowca biologii na Uniwersytecie Brighton, kilka lat temu zaprzedał duszę wielkiemu koncernowi farmaceutycznemu i był teraz dyrektorem generalnym jednego z najszybciej rozwijających się gigantów na tym rynku, Kerr Kluge. Najbardziej zażartym krytykom korporacji nie umknęło podobieństwo inicjałów jej nazwy do Ku-Klux-Klanu. Żartowali, i nie bez przyczyny, że jedyna różnica pomiędzy obydwiema organizacjami polega na tym, iż farmaceutyczny gigant dzięki swoim badaniom genetycznym wie, jak zmieniać ludzki kolor skóry.

Lecz Borys nie wiedział o niczym poza swoim najbliższym otoczeniem. Uderzał tylko w klawisze, a wtedy wypadały smakołyki, i nic go więcej nie interesowało.

Ainsley Bloor był od lat jednym z najbardziej znanych wojujących ateistów w Anglii. Pięćdziesięciopięciolatek tryskający młodzieńczą werwą, z gładko przyczesanymi siwymi włosami, znacznie dłuższymi niż nakazywała moda wśród rekinów biznesu, o przenikliwych szarych oczach i o ostrych, jastrzębich rysach, był żarliwym wyznawcą grupy znanej w tym czasie jako Czterej Jeźdźcy Nieapokalipsy – Richarda Dawkinsa, Daniela Dennetta, Christophera Hitchensa i Sama Harrisa.

Wielu jego poprzedników z ruchu nowego ateizmu próbowało dowieść prawdziwości twierdzenia o nieskończonej liczbie małp, które miało odegrać decydującą rolę w wykazaniu, że świat powstał wskutek czystego przypadku, a nie dzięki jakiejkolwiek formie tak zwanego inteligentnego projektu.

Już jako dwudziestokilkuletni naukowiec Bloor opublikował trzy książki, które miały na celu ośmieszyć ideę Stwórcy: Wielki bożek, Kim był ojciec chrzestny boga ojca? oraz Odróbcie matmę boską! Zagadnienie to, jak również twierdzenie, które usiłował udowodnić, były stare jak świat i sięgały aż do Arystotelesa, Blaise’a Pascala, Jonathana Swifta, Émile’a Borela i Arthura Eddingtona. Wszyscy oni próbowali wytłumaczyć powstanie życia prawami matematyki i czystego przypadku.

Według Bloora jednak sposób, w jaki Antony Flew – a przed nim wszyscy inni – usiłował to uczynić lub przeprowadzić dowód za pomocą eksperymentu z małpami, był z gruntu błędny.

Przeoczyli oni bowiem jeden zasadniczy element.

Siedząc w swoim gabinecie z algorytmem komputerowym, który udoskonalał przez dziesięć lat, a od trzech tygodni zaczął wdrażać w życie w eksperymencie z małpami przy klawiaturze, zauważył wyłaniający się wzorzec.

To dopiero początek, ale zawsze jakiś postęp. Tak, stanowczo jest postęp! Z sześciu małp, które trzymał w oranżerii swojej rezydencji, w której mieszkał razem z żoną, Borys wyrastał na gwiazdę.

Podróż tysiąca mil, pomyślał. Jak powiedział Laozi: „Podróż tysiąca mil rozpoczyna się od jednego kroku”.

Albo jednego uderzenia w klawisz.

10Poniedziałek, 20 lutego

O trzeciej pięćdziesiąt, dziesięć minut przed planowanym przyjazdem doktora Harry’ego Cooka, Ross wyglądał przez okno swojego gabinetu na piętrze i rozmyślał o artykule, który pisał dla „Sunday Timesa” i który sprawi, że pewien wysoki urzędnik Narodowego Funduszu Zdrowia będzie się wił jak piskorz. Zobaczył podjeżdżającego do krawężnika przed domem nieskazitelnie białego nissana micrę.

W jego komórce zadźwięczał sygnał SMS-a.

Spojrzał na telefon i zobaczył wiadomość od Imogen.

Będę późno, ok. 7. Mam kupić coś na wynos? Może tajskie? Strzeż się tego świra – nie chcę Cię znaleźć pokrojonego na kawałki w lodówce!

Kocham Cię. XXXX

Odpisał:

Jasne! Poproszę kurczaka satay i rybę z zielonym curry. Jestem uzbrojony po zęby! Kocham Cię. Buziaki. XXX

Wrócił do pracy i próbował się skupić, ale na próżno. Gryzło go, że Imogen znowu wróci późno. Dlaczego? Co ona kombinuje? Z roztargnieniem patrzył na mężczyznę w małym nissanie.

Zszedł na dół i po chwili zadzwonił dzwonek. O czwartej zero zero z dokładnością do nanosekundy. Kiedy otworzył drzwi, w progu stał starszy mężczyzna w eleganckim garniturze w prążki, z dobrze dobranym krawatem i chusteczką wystającą z kieszonki. W ręku trzymał wielką aktówkę. Ross ocenił go na jakieś siedemdziesiąt pięć lat.

– Pan Hunter? – spytał przybyły, wyciągając dłoń.

– Doktor Cook? Znalazł nas pan bez kłopotu?

– O tak, dzięki cudom nawigacji satelitarnej.

Kiedy ściskali sobie dłonie, Cook nachylił się i patrząc na niego błagalnie trochę załzawionymi, smutnymi oczami, powiedział:

– To niezwykle uprzejme, że zgodził się pan ze mną spotkać, panie Hunter. Zdaje pan sobie sprawę, że my dwaj mamy ocalić świat?

Ross uśmiechnął się trochę niepewnie.

– No cóż, zrobię, co w mojej mocy.

Widząc tak elegancko ubranego gościa, zrobiło mu się głupio, że ma na sobie stare dżinsy, workowaty sweter i zniszczone kapcie.

– Nie umiem wyrazić, jakie to dla mnie ważne, panie Hunter. A także dla całej ludzkości.

– No tak, zobaczymy. – Uśmiechnął się. – Proszę wejść. Napije się pan czegoś?

– Bardzo chętnie. Poproszę herbatę.

Z kuchni dobiegło głośne szczekanie.

– Monty, cicho bądź! – skarcił go Ross.

Pies wyszedł do przedpokoju i ze skulonymi uszami przydreptał po czarno-białej szachownicy, niezdarnie merdając ogonem. Ross poklepał go po głowie, po czym odwrócił się do gościa, który patrzył czujnie na kędzierzawe zwierzę.

– Łagodny jak baranek – uspokoił go Ross. – Do rany przyłóż. Lubi pan psy, panie Cook?

– O tak, jak najbardziej. Monty, powiada pan?

– Tak, zdrobnienie od Montmorency.

– Jeśli się nie mylę, tak się nazywał pies w Trzech panach w łódce.

– Stąd właśnie Monty wziął swoje imię. Właściwie to był pomysł mojej żony, uwielbia tę książkę.

Należała do zestawu lektur, które zabrali z Imogen w podróż poślubną do Włoch i oboje przeczytali – on po raz pierwszy, ona chyba trzeci. Mieli z niej mnóstwo uciechy, szczególnie z pierwszego rozdziału, w którym bohater lamentował, że nie może w podróży niczego jeść z powodu choroby morskiej. Oboje z Imogen pojechali kiedyś na wyprawę, sfinansowaną przez dział turystyczny gazety, w której pracowała. Przez pierwsze dwa dni w Zatoce Biskajskiej panował sztorm, a oni leżeli plackiem na plecach i przeżywali prawdziwe katusze.

– My z żoną zawsze preferowaliśmy raczej koty – oznajmił Cook.

– My też mieliśmy kiedyś kota, przybłędę. Nazywał się Cosmo. Ale był dziwakiem, znikał czasami na całe dnie.

– Trudno zrozumieć umysły tych zwierząt.

– Tak. Któregoś dnia zniknął na dobre. Prawdopodobnie dostał lepszą propozycję.

Staruszek roześmiał się cicho.

– Kto wie.

Ross wprowadził Cooka do ich przestronnego, nowocześnie urządzonego salonu, po czym poszedł do kuchni. Najnowocześniejszy sprzęt, który wybrała Imogen, kosztował tyle co budżet małego państwa, znacznie więcej, niż mogli sobie pozwolić. Wstawił wodę w czajniku, zaparzył herbatę, po czym wyszukał w szafce herbatniki pełnoziarniste i wysypał je na talerzyk. Postawił wszystko na tacę i wrócił z nią do salonu.