Wydawca: Initium Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Niewidzialny Pierścień. Czarne Kamienie ebook

Anne Bishop  

4.38095238095238 (21)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 541 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewidzialny Pierścień. Czarne Kamienie - Anne Bishop

 

Kiedy Jaenelle Angelline szukała sposobu, jak ochronić Krwawych z Królestwa Kaeleer przed uderzeniem własnej Hebanowej mocy, Daemon Sadi opowiedział jej historię Szarej Pani, której kilka wieków wcześniej udało się tego dokonać. Nie wspomniał jednak o roli, jaką sam pełnił w tej historii. Niewidzialny Pierścień jest relacją z tamtych wydarzeń.

Gdy Jared, młody wojownik z Shaladoru noszący Czerwony Kamień, trafia do niewoli, na dziewięć długich lat zostaje skazany na świadczenie usług seksualnych. Wreszcie, nie mogąc dłużej znieść wykorzystywania i upokorzeń, zabija swą właścicielkę i trafia na targ niewolników. Tam kupuje go Szara Pani - Królowa z Dena Nehele, osławiona opinią, że nabywani przez nią niewolnicy znikają bez śladu. 
Szara Pani wraz z grupą kupionych niewolników wyrusza w drogę powrotną na swoje terytorium, uciekając przed ludźmi Dorothei SaDiablo, Najwyższej Kapłanki władającej większością Królestwa Terreille. Jared jest gotów na śmierć, ale bardzo szybko przekonuje się, że ani jego nowa właścicielka, ani towarzysze niedoli nie są osobami, za które się podają. Każdy skrywa mroczną tajemnicę, a co najgorsze ? jest wśród nich zdrajca pracujący dla Dorothei. Wkrótce młody wojownik staje przed trudnym wyborem: odzyskać wolność czy zachować honor. Od jego decyzji zależy nie tylko jego życie, ale i przyszłość wszystkich Krwawych.

 

Opinie o ebooku Niewidzialny Pierścień. Czarne Kamienie - Anne Bishop

Fragment ebooka Niewidzialny Pierścień. Czarne Kamienie - Anne Bishop

Anne Bishop

Niewidzialny pierścień

Czarne kamienie Księga VI

Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska

Kraków 2011

Tytuł oryginału: The Invisible Ring

Copyright © Anne Bishop, 2008

All rights reserved

www.annebishop.com

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM

Cover illustration by Larry Rostant 

Represented by Artist Partners Ltd

Tłumaczenie z języka angielskiego: Monika Wyrwas-Wiśniewska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Anna Płaskoń-Sokołowska, Katarzyna Wróbel

Ilustracja na okładce: Larry Rostant

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

Zamówienia hurtowe:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

tel. (22) 721 70 07 lub 09

e-mail:biuro@olesiejuk.pl

Ogólnopolski System Dystrybucji Wydawnictw Azymut Sp. z o.o.

tel. (42) 680 44 12 do 22

e-mail:telemarketing@azymut.pl

Platon Sp. z o.o.

tel. (22) 329 50 00, (22) 631 08 15

e-mail:platon@platon.com.pl

Wydanie I

ISBN 978-83-62577-26-2

Merri Lee i Michaelowi Debany’emu

Podziękowania

Chciałabym wyrazić swoją ogromną wdzięczność Jennifer Jackson − za jej nieustający entuzjazm i wsparcie, Laurze Anne Gilman, która wśród licznych talentów redaktorskich posiada również zdolność przekształcania zdania w taki sposób, że moje własne słowa pobudzają mnie do śmiechu. Pat York i Lynn Flewelling − za ich bezgraniczne zrozumienie, Kręgowi, który dobrze wie, co to znaczy tańczyć z muzą, Kandrze, webmasterce doskonałej, Vince'owi i Felicii za wszystkie kolacje, które serwowali mi przez płot, oraz Pat i Billowi Feinderowi – za to, że po prostu byli.

Kamienie

Biały

Żółty

Oko Tygrysa

Różowy

Letnie Niebo

Purpurowy Zmierzch

Opal*

Zielony

Szafir

Czerwony

Szary

Czarnoszary

Czarny

Składając Ofiarę Ciemności, dana osoba może otrzymać Kamień o trzy poziomy niższy od Kamienia otrzymanego na mocy Przyrodzonego Prawa.

Przykład: Biały otrzymany na mocy Przyrodzonego Prawa może obniżyć się do Różowego. Im niższy poziom, tym większa moc.

Uwaga autorki:

„Sc” w nazwach Scelt, Sceval i Sceron należy wymawiać jak „sz”.

Hierarchia Krwawych

Mężczyźni:

Plebejusze – przedstawiciele wszystkich ras, którzy nie są Krwawymi 

Krwawy – ogólny termin oznaczający wszystkich mężczyzn Krwawych; odnosi się także do wszystkich mężczyzn Krwawych nienoszących Kamieni 

Wojownik – mężczyzna noszący Kamień; równy statusem czarownicy 

Książę – mężczyzna noszący Kamień; równy statusem Kapłance lub Uzdrowicielce

Książę Wojowników – niebezpieczny, niezwykle agresywny mężczyzna noszący Kamień; ma status nieco niższy niż Królowa

Kobiety:

Plebejuszki – przedstawicielki wszystkich ras, które nie należą do Krwawych

Krwawa – ogólny termin oznaczający wszystkie kobiety Krwawych; najczęściej odnosi się do kobiet Krwawych nienoszących Kamieni 

Czarownica – kobieta Krwawych, która nosi Kamienie, ale nie jest przedstawicielką żadnego z pozostałych szczebli hierarchii; oznacza także każdą kobietę noszącą Kamień

Uzdrowicielka – czarownica, która leczy rany i choroby; równa statusem Kapłance i Księciu

Kapłanka – czarownica, która opiekuje się ołtarzami, Sanktuariami i Ciemnymi Ołtarzami; prowadzi ceremonie składania ofiar; równa statusem Uzdrowicielce i Księciu

Czarna Wdowa – czarownica, która leczy umysł; tka splątane sieci snów i wizji; jest wyszkolona w dziedzinie iluzji i trucizn

Królowa – czarownica, która rządzi Królestwem; uważana jest za serce kraju, moralną ostoję Krwawych i centralny punkt ich społeczeństwa

Prolog

Lord Krelis, nowy Dowódca Straży, usiłował stać spokojnie, podczas gdy Dorothea SaDiablo spacerowała powoli po swej prywatnej sali posłuchań. Gdyby to była inna kobieta, podziwiałby otwarcie jej smukłe ciało, zastanawiałby się, czy wdzięcznie upięte czarne włosy są w dotyku tak jedwabiste, jak na to wyglądają. Ośmieliłby się nawet przesunąć ręką po jej śniadej skórze w miejscu nieokrytym przez długą czerwoną suknię. I rozmyślałby, czy sposób, w jaki gładzi się po podbródku dużym białym piórem, nie stanowi przypadkiem zaproszenia do innego rodzaju pieszczot.

Jednak Dorothea SaDiablo była Czarną Wdową, członkinią Klepsydry, wzbudzającego największy strach i faktycznie najbardziej niebezpiecznego sabatu w Królestwie Terreille. Czarne Wdowy specjalizowały się w truciznach i podróżach umysłu, w cieniach i iluzjach, w marzeniach, które mogły uwięzić człowieka w niekończącym się koszmarze.

Dorothea była również Najwyższą Kapłanką Hayll, noszącą Czerwony Kamień. Ponieważ na terytorium Hayll nie było drugiej królowej o mocy psychicznej równej temu Kamieniowi, a żadna władająca mniejszą mocą nie miała odwagi stawić czoła władzy Dorothei, ta rządziła, jak chciała. I pamiętał o tym każdy mężczyzna w Hayll.

– Widziałeś ostatnio swojego poprzednika? – zamruczała Dorothea, przesuwając się zalotnie koło Krelisa. Jej kokieteryjny uśmiech kontrastował ze złośliwym błyskiem złocistych oczu.

– Tak, kapłanko – odparł Krelis, starając się opanować drżenie głosu. Kiedy udał się na czele oddziału do slumsów Draegi, stolicy Hayll, by wyłapać trochę mętów społecznych potrzebnych do pracy fizycznej, dostrzegł poprzedniego Dowódcę Straży, wytaczającego się chwiejnym krokiem z brudnego zaułka.

Obecnie był to skatowany, okaleczony człowiek. W dodatku jego wewnętrzna sieć, ten rdzeń duszy, który czynił Krwawych tym, kim byli, została zniszczona. Nie mógł już nosić Kamieni, był w stanie używać jedynie podstaw Fachu. Bystry umysł taktyczny, który przez tyle lat chronił Dorotheę, został rozłupany jak melon i wydrążony prawie do czysta. Jednak nie do końca. Jeśli wierzyć udręczonym oczom, spoglądającym z pokrytej bliznami twarzy, pozostało mu jeszcze dość władz umysłowych, by pamiętać, co się stało. I kto go tak okaleczył.

Dorothea znów przemknęła obok Krelisa. Na czole nowego Dowódcy Straży pojawiły się kropelki potu. Oczyścił swój umysł, modląc się do Ciemności, żeby Dorothea nie wyczuła czegoś, co skłoniłoby ją do otwarcia jego wewnętrznych barier i zgłębiania jego myśli.

– Powierzyłam twemu poprzednikowi ważne zadanie, a on mnie zawiódł. – Dorothea stanęła przed nim, uśmiechnęła się i powoli przesunęła piórem po policzku Krelisa. – Teraz należy do Braterstwa Pióra.

Wzdrygnął się. O Matko Noc! Zostać pozbawionym wszystkich organów, które czynią mężczyznę tym, kim jest! Potrzebować jednego z tych wielkich piór, żeby…

– Czy ty też mnie zawiedziesz? – zapytała niskim głosem, pochylając się ku niemu coraz bliżej.

– Nie, kapłanko – wyjąkał. – Powiedz tylko, czego sobie życzysz, a ja to uczynię.

– Mądra odpowiedź. – Połaskotała go piórem po wargach, a potem odwróciła się. – Znasz Szarą Panią?

Czyżby już ją zawiódł? Och, kilka miesięcy temu słyszał niejasne pogłoski, ale wówczas był jedynie strażnikiem z Trzeciego Kręgu, a Dowódcy Straży nie mieli zwyczaju mówienia swoim ludziom więcej, niż było to konieczne. Zrobiło mu się niedobrze. Z trudem przełknął ślinę.

– Nie, kapłanko – zdołał wyszeptać.

Dorothea rzuciła mu złośliwe, rozbawione spojrzenie i podjęła swój spacer po sali.

– Szara Pani stanowi poważne zagrożenie. To Królowa nosząca Szary Kamień, która rządzi terytorium zwanym Dena Nehele, leżącym po drugiej stronie gór Tamanara. Jest mi cierniem w oku od czasu, kiedy czterdzieści lat temu założyła dwór. Opiera się moim próbom poddania Królestwa Terreille dobroczynnej władzy Hayll.

– Ponieważ nie pochodzi z długowiecznej rasy, zapewne obecnie jest już stara – powiedział Krelis z wahaniem.

– Ale nadal jest silna – warknęła Dorothea. – Póki będzie żyła, Dena Nehele będzie w stanie oprzeć się wpływom Hayll, a jego opór wzmocni sąsiadujące z nim terytoria. Nawet jeśli Szara Pani umrze jutro, likwidowanie jej wpływów potrwa co najmniej jedno pokolenie.

– Zamierzasz wypowiedzieć jej wojnę?

Złociste oczy Dorothei zmieniły się w twarde, żółte kamienie.

– Hayll nie zniża się do takiego barbarzyństwa. Jaki jest sens zdobycia terytorium zniszczonego zmaganiami Krwawych? – Popukała się piórem w podbródek. – Są subtelniejsze sposoby na to, by terytorium samo dojrzało do przejęcia. Ale to już nie twoja sprawa.

Krelis wbił wzrok w podłogę.

– Oczywiście, kapłanko.

– Twoim zadaniem jest wyeliminowanie Szarej Pani.

– Jak? – wykrztusił, nim zdołał pomyśleć.

Popatrzyła na niego z niesmakiem. Czy już żałowała rozprawy ze starym Dowódcą Straży i utraty jego taktycznego umysłu? Jednak po chwili jej twarz rozpogodziła się.

– Biedaczek – mruknęła, gładząc go delikatnie po policzku. – Byłam dla ciebie okrutna, prawda? Nie, kochanie – przyłożyła palec do jego warg – nie zaprzeczaj. – Cofnęła się o krok i westchnęła. – Gryzella jest za dobrze strzeżona na swoim terytorium, żeby można było ją tam zaatakować, jednakże przez ostatnie kilka lat dwa razy do roku opuszcza legowisko i udaje się na targ niewolników w Raej.

– Targi niewolników! – Złociste oczy Krelisa rozbłysły.

Dorothea pokręciła głową.

– Raej to neutralne terytorium. Gdyby została tam zabita królowa, inne przestałyby je odwiedzać, a wtedy jak można by się było pozbyć starych zabawek i kupić sobie nowe?

– Niewolnika można zastąpić lojalnym sługą i…

– Ona nie kupuje nikogo z Hayll, a nie mamy lojalnych sług poza swoim ludem. Wśród własnego ludu zresztą często też nie.

Krelisa ogarnęła frustracja. Było to pierwsze ważne zadanie, powierzone mu przez Dorotheę, odkąd kilka miesięcy temu uczyniła go Dowódcą Straży. Nie mógł jej zawieść.

– Co w takim razie powinienem uczynić, kapłanko?

Dorothea zatrzymała się.

– Lordzie Krelisie, jesteś Dowódcą Straży. Jak tego dokonasz, to wyłącznie twoja sprawa. – Wyraz jej twarzy złagodniał. – Jednakże jeśli chcesz, użyję mego szczególnego Fachu, żeby ci w tym dopomóc.

Odetchnął z ulgą.

– Dziękuję, kapłanko.

Dorothea przyglądała mu się nieco zbyt przeciągle. Wreszcie uśmiechnęła się.

– Widzę, że dobrze wybrałam nowego Dowódcę Straży. Złożyłam tę samą propozycję twemu poprzednikowi, ale nie chciał mojej pomocy. A ponieważ ta suka z łatwością uniknęła jego pułapki, był to wystarczający powód, by zwątpić w jego lojalność, nie sądzisz?

Na wspomnienie tego, jak wygląda obecnie twarz byłego Dowódcy Straży, Krelis wzdrygnął się.

– Tak, kapłanko.

– Czy powinnam się obawiać o twoją lojalność?

– Nie, kapłanko.

Dorothea podeszła do niego i objęła go za szyję.

– Wiesz co, kochanie? Jestem bardzo hojna wobec mężczyzn, którzy potrafią mnie zadowolić. – Otarła się piersiami o jego tors, pocałowała go mocno, po czym wymruczała: – To, żeby ci przypomnieć o nagrodach, jakie niesie ze sobą lojalna służba dla mnie. A to – zatknęła duże białe pióro za jego pasek – żebyś pamiętał, jaka kara czeka tych, którzy mnie zawodzą.

Jeden

Nic, co zostało mu uczynione w ciągu ostatnich dziewięciu lat, nie bolało tak bardzo, jak brutalna prawda, że sam to na siebie sprowadził. Jeden błąd w ocenie i osiemnastoletni chłopak, którym był, pewny siebie, dumny ogier, skazał go na tę pełną bólu drogę. Drogę, która wiedzie wprost do koszmaru, jaki czeka go w kopalniach soli w Pruul.

W ciągu tych ostatnich kilku dni, kiedy czekał na dopełnienie swojego losu na targu niewolników, próbował z całych sił wybaczyć temu chłopakowi, że zignorował ostrzeżenia przyjaciół i starszych wojowników, kiedy do gospody weszła ta czarownica. Próbował mu wybaczyć, że nie spojrzał głębiej, że nie wyczuł zgnilizny kryjącej się pod piękną twarzą i bujnym ciałem, że rzucił się na przynętę z takim entuzjazmem. Próbował mu wybaczyć, że uwierzył szeptowi obiecującemu pełną zmysłowych igraszek wieczność, że tak bardzo zależało mu na rozkoszy lędźwi, że pozwolił założyć sobie na członek Złoty pierścień, że pragnął wszystkich tych nieprzyzwoitych rzeczy, które obiecywała zrobić z nim i jemu, ale dopiero kiedy włoży Pierścień Posłuszeństwa, ponieważ musi mieć choć odrobinę kontroli nad jego pasją.

Bawiła się z nim przez jeden dzień, nim przekonał się, jak okrutny potrafi być Pierścień Posłuszeństwa, kiedy używa go ktoś, kto lubuje się w zadawaniu cierpienia.

Od dziewięciu lat był niewolnikiem dla przyjemności i nie mógł już sobie przypomnieć, dlaczego kiedykolwiek chciał iść do łóżka z kobietą.

Winił za to wszystko tego chłopaka. Teraz – mając w perspektywie zesłanie do kopalni soli w Pruul – winił go za to z całej mocy.

* * *

– Co w tej zagrodzie robi wojownik z Czerwonym Kamieniem? – spytał szeptem jeden z niewolników. – Zwykle nie wsadzają tutaj takich.

Inny splunął.

– Nie ma znaczenia, jaki Kamień nosi niewolnik.

– To prawda, ale… Pamiętam, że już go kiedyś widziałem. Myślałem, że to niewolnik dla przyjemności.

– Był nim, póki nie zabił królowej – parsknął trzeci.

– Zabójca królowej!

Zabójca królowej. Zabójca królowej.

Jared siedział w zagrodzie, w kącie, który zajął dla siebie, ignorując otaczające go szepty, udając, że nie zważa na to, że inni go unikają. Nawet tutaj, w najbardziej nędznej zagrodzie, przeznaczonej dla niewolników, których uznano za zdolnych tylko do najpodlejszej pracy, nikt nie chciał zostać skażony przebywaniem w obecności człowieka, który miał na rękach krew królowej.

Rozumiał to. Kiedy oślepiająca wściekłość opadła na tyle, że zdołał dostrzec ciała królowej i księcia, jej brata, własny czyn napełnił go przerażeniem.

Oddech uwiązł mu w gardle, gdy znów ogarnął go przejmujący ból serca.

Z jednej strony był przerażony swoim czynem – stanowiącym zaprzeczenie kodeksu honorowego wojowników, którego zasady, głównie wychowanie do służby kobietom, wpajał mu ojciec. Natomiast z drugiej… Coś w nim, coś dzikiego, o czego istnieniu nie miał dotąd pojęcia, aż wyło z radości.

Ból zelżał, kiedy ten nieznajomy w jego wnętrzu zaczął krążyć po klatce jego umysłu i serca.

Nie ufał mu, a wręcz się go obawiał. To nie był on. Wiedział jednak, że użyje tej dzikości jeszcze raz, z jednego powodu: musi dotrzeć do domu, choćby na chwilę, żeby zobaczyć się z matką i cofnąć słowa, których żałował od lat. A potem…

Nie ma sensu spodziewać się, że będzie jakieś „potem”. To jednak wystarczy. Będzie musiało wystarczyć.

Musi uciec jeszcze dziś w nocy, ponieważ jutro zaczyna się jesienny targ niewolników w Raej. Czarownice, które przybyły na tę wyspę, by kupować i sprzedawać, przyjdą na teren targu w towarzystwie wynajętej eskorty, a strażnicy pilnujący zagród staną się czujni, wyczuleni na wszelkie zachowania niewolników.

Czyli dziś w nocy musi znaleźć sposób, by dotrzeć do oficjalnej sieci lądowiskowej położonej w pobliżu terenów targowych. Wskoczy tam na Wiatry, sieć psychicznych ścieżek, które pozwalały Krwawym podróżować przez Ciemność. Złapie Wiatr i uda się z powrotem do Sadyby Ranona.

Podjąwszy tę decyzję, Jared przyglądał się, jak zachodzące słońce ustępuje miejsca księżycowi. Myślał o matce, ojcu i braciach, o domu… i o chłopaku, którym kiedyś był.

Dwa

Krelis zamknął małe drewniane pudełko, które wręczyła mu Dorothea, a potem zniknął je za pomocą Fachu.

Wszystko było gotowe. Pozostawało tylko czekać.

W gabinecie Dowódcy Straży czuł się jak w celi więziennej, więc wyszedł z budynku przeznaczonego na kwatery strażników z Pierwszego Kręgu i zaczął krążyć bez celu po terenach ćwiczebnych.

Ciemności niech będą dzięki, że Dorothea nie zażądała jego obecności na dzisiejszej kolacji. Choć był spokrewniony z dwiema ze Stu Rodzin Hayll, w każdym przypadku chodziło o pomniejsze gałęzie. Dorastał w małej wiosce i nadal nie czuł się swobodnie wśród zblazowanego, arystokratycznego towarzystwa, które władało tym terytorium. Na takich imprezach strażnik na służbie obserwował po prostu subtelne gierki i flirty, słuchał rozmów pełnych niedopowiedzeń, przyglądał się tańcowi bogactwa i władzy, zwolniony z konieczności uczestnictwa. Jednak Dowódca Straży był jednym z trzech najważniejszych mężczyzn na dworze i oczekiwano od niego, że będzie udzielać się towarzysko w kręgu otaczającym jego panią. Spodziewano się po nim rozmów z mężczyznami i tańców z kobietami, flirtów na tyle otwartych, by zadowalać próżność dam, ale nie do tego stopnia, by konieczne było potem ich obsłużenie.

Strasznie się już napocił przy kilku wcześniejszych okazjach i nie trzeba mu tańca na ostrzu brzytwy jeszcze i dziś.

Porzucił tereny ćwiczebne i ruszył ścieżką prowadzącą nad mały, spokojny staw. Usiadł na ławce nad brzegiem i wbił wzrok w taflę wody.

Poprzedni Dowódca Straży okazał się albo aroganckim głupcem, albo zwykłym zdrajcą. Tylko tak Krelis mógł wytłumaczyć nieudany atak na Szarą Panią, gdy wracała do Dena Nehele po wiosennym targu w Raej.

Fakt, że Dowódca nie przeprowadził ataku osobiście, nie budził jego zdziwienia. Podobnie jak Zarządca Dworu i Faworyt, rzadko opuszczał dwór, chyba że towarzyszył swej pani. Bezpośredni udział w akcjach nie należał już do jego obowiązków.

Tymczasem stary Dowódca wysłał kilku strażników z Piątego Kręgu, i to takich noszących jaśniejsze Kamienie, a do tego kilku rozbójników, choć stawić mieli czoła Królowej noszącej Szary Kamień i całej eskorcie, czekającej na nią na stacji Wozów. Nie było dość czasu, by obezwładnić eskortę przed przybyciem tej Szarej suki. Nie było posiłków, które zaatakowałyby ją, gdyby próbowała wskoczyć na Wiatry. Nic nie było.

Tylko jeden z Hayllańczyków zdołał powrócić, by donieść o klęsce.

Cóż, jeden w zupełności wystarczył Dorothei.

Nie, on nie powtórzy tego błędu. Wynajął już rozbójników, którzy czekają na wszystkich stacjach Wozów, których może użyć Szara Pani, kiedy będzie wracać z targu. Wyeliminują czekającą na nią eskortę i wyślą wiadomość do Lorda Maryka, jego zastępcy. Maryk wraz ze starannie wybranymi, doświadczonymi strażnikami z Pierwszego i Drugiego Kręgu przybędzie na stację tuż przed Szarą Panią, by dokończyć dzieła. A jeśli ten plan zawiedzie, jeśli Maryk i jego ludzie zginą, Krelis przygotował sposób gwarantujący rozbójnikom wytropienie Szarej suki. Polowanie trwać będzie póty, póki Szara Pani nie zginie.

Odruchowo pomacał odznakę Dowódcy Straży, którą nosił na lewym ramieniu.

Dzięki zaklęciom przygotowanym przez Dorotheę, wyeliminuje jej najbardziej niebezpieczną rywalkę. Dowiedzie w ten sposób tym arystokratycznym bękartom z Pierwszego i Drugiego Kręgu, że nie jest jakimś karierowiczem, który zdobył pozycję na dworze za pomocą fiuta.

Choć oczywiście nie znał ani jednego mężczyzny, który nie użyłby fiuta do osiągnięcia celu.

Zawsze tak było.

Pamiętał pewien wieczór sprzed wielu lat. Pozwolono mu zostać, kiedy do domu przyszli przyjaciele ojca na cotygodniową partię szachów i męskie rozmowy. Zrobiło się późno i drzemał na kanapie, kiedy ojciec, który interesował się głęboko historią Hayll, dyskretnie wyraził niepokój z powodu niektórych zmian, jakie dokonały się w społeczeństwie Krwawych w ostatnich wiekach. Olvan nikogo nie oskarżał, nie wymienił żadnych nazwisk, tylko wskazał na pewne różnice w traktowaniu mężczyzn, którzy nie służyli na dworze.

Następnego dnia, kiedy Krelis spacerował z ojcem w okolicach wioski, zjawiła się Królowa Prowincji w towarzystwie dwunastoosobowej eskorty. Zadała Olvanowi kilka pytań, wyraźnie rozdrażniona jego pełnymi szacunku odpowiedziami.

Kilka minut później Olvan zwisał z gałęzi drzewa. Zaklęte sznury na jego nadgarstkach uniemożliwiły mu użycie Fachu i uwolnienie się. Zresztą nawet gdyby zdołał się uwolnić, jego Kamienie nie były dość ciemne, by mógł stawić czoła połączonym siłom królowej i jej eskorty.

Pozwolili mu tak wisieć i błagać królową, by powiedziała mu, czym ją uraził. Kiedy wreszcie przestał błagać, sześciu strażników wyciągnęło zwinięte baty.

Pod siłą uderzeń ciało Olvana kołysało się w przód i w tył, w przód i w tył.

Na twarzach strażników nie było cienia współczucia, w silnych ramionach wymierzających kolejne razy nie było litości. W ich oczach widniał tylko strach, jakby kontakt z mężczyzną, który nie rozumiał, na czym polega posłuszeństwo, mógł ich w jakiś sposób skazić, odsunąć od królowej, której wiernie służyli.

Przez cały ten czas jeden ze strażników przytrzymywał Krelisa, zmuszając go, by na to patrzył.

Wreszcie odjechali. Ojciec nadal wisiał na drzewie, na wpół martwy.

Krelis nigdy nie zapomni, jak biegł do najbliższego domu po ratunek, jak siedział przy zakrwawionym ciele ojca podczas drogi do domu, jak niechętnie Uzdrowicielka zgodziła się udzielić mu pomocy. Nie zapomni też tej chwili, wiele lat później, kiedy uświadomił sobie, że chłosta nie miała nic wspólnego z grzecznymi odpowiedziami, jakich Olvan udzielił królowej. Miała natomiast wiele wspólnego z faktem, że jego najdawniejsi i najbardziej zaufani przyjaciele nigdy już nie przyszli do jego domu ani nie zaprosili go do siebie.

To w owej chwili postanowił, że zostanie strażnikiem.

Zrozumiał także, że to, jak mężczyźni traktowani byli w przeszłości, nie ma żadnego znaczenia. Dla młodego Hayllańczyka liczyło się tylko przetrwanie w sytuacji, jaka miała miejsce teraz. Jedynym zaś na to sposobem była służba na silnym dworze.

Krelis wstał i przeciągnął się.

No i proszę. Dopiero wkracza w swoje szesnaste stulecie – więc wedle standardów długowiecznej rasy jest jeszcze młody – a już został Dowódcą Straży najsilniejszego dworu w Hayll. Ważne osiągnięcie samo w sobie, ale to tylko przystanek na drodze do tego, czego naprawdę pragnął.

Pracował zbyt długo i zbyt ciężko, by jakaś suka z Szarym Kamieniem, która i tak umrze za kilkadziesiąt lat, miała zrujnować jego plany.

Trzy

Prawie mu się udało, niemal dotarł na tyle blisko, by złapać jeden z Wiatrów. Gdyby miał kilka sekund więcej, byłby już w domu. Jednak Zarządca Targu zdążył powalić go przy użyciu Pierścienia Posłuszeństwa i uczynił łatwą zdobyczą dla strażników i ich batów.

Miałby te kilka sekund więcej, gdyby zabił strażnika pilnującego zagrody z niewolnikami. Ale w ostatniej chwili, gdy ten dziki, ukryty w nim nieznajomy ruszył, żeby zabić, dostrzegł w oczach strażnika ten sam strach i zrozumienie, które widział w oczach królowej w chwili, gdy jej krew zalała jego dłonie… i powściągnął dzikość. Ogłuszył strażnika i uciekł z zagrody, ale najwyraźniej ten ocknął się za szybko i wszczął alarm.

Drugiej szansy nie będzie. Już nie.

Przepraszam, matko. Przepraszam.

* * *

– Nie wyglądasz teraz tak ładnie, cipolizie, prawda?

Ból i słowa strażnika sprowadziły Jareda z powrotem do teraźniejszości. Tylko spojrzał na niego – złośliwy brutal, którego Żółty Kamień był równie brudny, jak on sam – i nic nie powiedział.

Strażnik odchrząknął i splunął.

– Takie ładne dyndasy paradują se w ślicznych ciuszkach i zachowują się, jakby byli lepsi od innych mężczyzn, prawdziwych mężczyzn, którzy wiedzą, co się robi ze swoją dzidą. No ale z tobą to się już nikt nie zabawi, no nie, dyndasku? Tylko królowe w Pruul. A wszyscy doskonale wiedzą, co one lubią. – Strażnik uśmiechnął się szeroko, ukazując szczerby po zębach.

Jared obserwował go czujnie. O świcie sprowadzono go z powrotem do zagrody, zmuszono do uklęknięcia, a następnie przykuto do czterech sięgających do pasa metalowych słupków w taki sposób, że nie mógł ruszyć nawet głową. Od wczorajszego popołudnia nie dostał wody ani jedzenia. Zarządca Targu, sprawujący kontrolę nad pierścieniem połączonym z jego Pierścieniem Posłuszeństwa, przez cały ten czas wysyłał mu fale bólu o niewielkim natężeniu. Jego genitalia były już tak obolałe, że gdy po jądrach łaziła mu mucha, z trudem powstrzymywał skowyt.

Wszechobecne muchy były tu dodatkową torturą. Obsiadały rany od bata na jego plecach i brzuchu, które otworzyły się ponownie, kiedy strażnicy wykręcili mu ręce do tyłu, przykuwając go do słupków.

Kolejna mucha wylądowała na policzku Jareda. Zamknął oko, nim zdążyła mu w nie wleźć.

Strażnik zamarł na chwilę, po czym przeklął gwałtownie.

– Ty synu kurwiącej się suki, śmiesz do mnie mrugać? – Złapał Jareda za włosy, za pomocą Fachu przywołał nóż, po czym powoli obrócił ostrze w jego stronę. Jared patrzył na ostrą krawędź. – Nie potrzeba ci dwojga oczu, dyndasie, żeby rąbać sól.

Jared dyszał ciężko, widząc nóż zbliżający się do jego oka. Wyjaśnienia nic by nie dały. Ani błagania o łaskę. Jeśli użyje Fachu, żeby się obronić, zbiegną się wszyscy strażnicy, a kiedy z nim skończą, straci zapewne więcej niż tylko oko.

Nagle strażnik podskoczył i wycofał się. Potrząsnął głową, jakby chciał coś z niej zrzucić, po czym potarł pięścią kark. Kiedy się odwrócił, zamarł i jęknął głośno.

Jared zamrugał gwałtownie. Nie wiedział, czy oślepiają go krople potu, czy łzy. Bez znaczenia. Nie widział, co się stało – strażnik zasłaniał mu pole widzenia.

Mijały długie sekundy. Strażnik stał jak zamurowany, a Jared uświadomił sobie, że zapadła dziwna cisza. Umilkły wszystkie normalne dźwięki, jakby i niewolnicy, i strażnicy bali się uczynić cokolwiek, co mogłoby zwrócić na nich uwagę.

Wreszcie strażnik zniknął nóż i wycofał się powoli, niepewnie, jakby nogi odmawiały mu posłuszeństwa.

Jared patrzył teraz prosto w zimne, złociste oczy Daemona Sadiego.

Jeśli wśród niewolników dla przyjemności istniała arystokracja, Daemon Sadi zajmował pozycję na samym jej szczycie, tak jak niewolnicy dla przyjemności stali wysoko ponad niewolnikami przeznaczonymi do pracy fizycznej. Większość kobiet – i sporą liczbę mężczyzn, bez względu na ich preferencje seksualne – podniecało już samo patrzenie na jego wspaniałe ciało i piękną twarz, samo słuchanie tego głębokiego, pulsującego seksem głosu. Potrafiłby uwieść wszystko, co oddycha.

Przezywano go Sadystą, ponieważ był równie okrutny, co piękny. Należał do Dorothei SaDiablo, od wielu wieków był niewolnikiem dla przyjemności i nosił Pierścień Posłuszeństwa. Poza tym był Księciem Wojowników, a ludzie, którzy go rozzłościli, mieli dziwną tendencję do znikania w niewyjaśnionych okolicznościach.

Jared odetchnął z ulgą, kiedy Daemon w końcu odwrócił wzrok. Znudzony wyraz jego twarzy nie zdradzał żadnych myśli, żadnych uczuć. Jednak głos, który dotarł do Jareda na Czerwonej psychicznej nici włóczni, był pełen współczucia i zrozumienia.

No tak. Czyli nie mogłeś tego dłużej znieść.

Jared pomyślał o ostatniej królowej, do której należał, i o łóżkowych grach, jakie uprawiała – ona i książę, jej brat. Wzdrygnął się.

Tak. nie mogłem tego dłużej znieść – odparł – ich nie mogłem znieść.

Gdyby Daemon nie zainteresował się nim osiem lat temu, kiedy przebywali na tym samym dworze, nie przetrwałby tyle czasu. Niewolnicy dla przyjemności zwykle po kilku latach służby w łóżku stawali się niestabilni emocjonalnie. Lekcje udzielone przez Daemona pomogły mu odciąć się od wszystkiego, do czego go zmuszano i co mu robiono.

Jednak tym ostatnim razem nawet to nie wystarczyło.

Suka zasłużyła na śmierć – stwierdził Daemon, jakby zabicie królowej było czymś tak zwyczajnym, że nie zasługiwało na nic prócz obojętnej wzmianki. Potem ton jego głosu zmienił się, mówił jak nauczyciel, którego zdenerwował nieco jego ulubiony uczeń – ale mogłeś działać bardziej subtelnie.

Kobieta stojąca u boku Daemona pociągnęła go za rękaw czarnej marynarki. Wydawała się zdumiona, że znalazła się tak daleko od rozrywek oferowanych w namiotach aukcyjnych. Przy złocistobrązowej skórze, czarnych, błyszczących włosach i złocistych oczach Hayllańczyka wyglądała blado i pospolicie. Wymamrotała coś i znów pociągnęła Sadiego za rękaw.

Daemon ją zignorował.

Jared nie dosłyszał słów, ale wyczuł w jej głosie skargę. Napiął mięśnie. Wstrzymał oddech.

Odezwała się znowu, ale niski, groźny warkot Daemona sprawił, że zamilkła. Cofnęła się szybko. Kiedy była już w bezpiecznej odległości od Sadysty, podniosła głos.

– Mogę użyć pierścienia!

* * *

Na twarzy Daemona zagościł zimny, bezlitosny uśmiech.

Strażnicy wymienili nerwowe spojrzenia, przestępując z nogi na nogę.

Wygląda na to, że moja pani pragnie rozrywki – stwierdził Daemon. W jego pozbawionym wyrazu tonie kryło się coś niebezpiecznego. Jared zaczął zastanawiać się, jak szybko owa pani pożałuje swej groźby.

Niech Ciemność ma cię w opiece, Lordzie Jaredzie – powiedział Daemon, podał ramię swojej pani i ruszył dalej.

I ciebie, książę Sadi – odparł Jared.

Oboje zniknęli już z pola jego widzenia, kiedy dotarły do niego ostatnie słowa Daemona.

Tego strażnika powali wkrótce tajemnicza gorączka. Wyzdrowieje, ale już nigdy nie odzyska dość sił, by podjąć swoje obowiązki. Jak sądzisz, jaki będzie pożytek z takiego mężczyzny w Raej?

Jared wzdrygnął się, wdzięczny, że Sadi przerwał już ich psychiczne połączenie. Zawdzięczał Daemonowi wiele, ale o pewnych sprawach dotyczących Sadysty wolał nie wiedzieć.

Kolejna mucha wylądowała na jego policzku.

Jared zamknął oczy i próbował odgonić myśli. Próbował nie pamiętać. To mu się jednak nie udało.

* * *

Kiedy znów otworzył oczy, zaczęło już zmierzchać. W każdej chwili mógł się rozlec dzwon obwieszczający koniec dzisiejszych targów. Krwawi panowie i panie, którzy przybywali tu w celach handlowych, woleli dokonywać targu w pełnym świetle, demaskującym wszelkie wady, nie tak oczywiste, gdy nagiego niewolnika prezentowano w przytłumionym świetle świec albo przy blasku pochodni.

Zauważył, że przygląda mu się strażnik stojący za ogrodzeniem. Nie był to jeden z tutejszych brutali. Odznaka na czystym mundurze wskazy wała, że należy do najemnej eskorty. Zgodnie z zasadami obowiązującymi na targu panie musiały wynająć dwóch strażników z Raej do pomocy przy niewolnikach. Ponieważ strażnik był sam, jego kolega zapewne pilnował niewolników, którzy już zostali zakupieni.

To nadal nie wyjaśniało, dlaczego ten człowiek kręci się przy zagrodach, w których trzymano najgorszych niewolników. Nie wyjaśniało, dlaczego drań patrzył na…

Nagle coś pojawiło się w powietrzu. Coś kuszącego. Coś intrygującego. Psychiczny zapach, pod wpływem którego jego serce zaczęło bić szybciej, a mięśnie zadrżały. Zapach, który obudził żyjącego w nim dzikiego nieznajomego, sprawił, że stał się czujny i żądny. I głodny.

Zapach królowej.

Jared rzucił okiem na miejsce przy boku strażnika, jeszcze przed chwilą puste.

Choć patrzył prosto na nią, nadal ledwo ją widział. Była szara i stała tak nieruchomo, że jej postać zlewała się z kurzem i zapadającym w mroku otoczeniem, i rozpaczą unoszącą się w powietrzu.

Nie. Nie! Nie ona.

Ogarnęła go desperacka nadzieja, że zaraz rozlegnie się dzwon kończący targi. A rano, jeśli Ciemność będzie łaskawa, może ona tu nie wróci, nie będzie znów patrzeć na niego tymi bezlitosnymi, szarymi oczami.

Istniało kilka takich dworów, na których warunki życia niewolnika były niemal do zniesienia. Były jednak i takie, na których każdy wydany rozkaz niszczył duszę.

W kwaterach niewolników po ciemku przekazywano sobie szeptem plotki, ostrzeżenia i rady. Wszyscy wyznawali jedną zasadę: lepiej zostać wychłostanym, niż należeć do Dorothei SaDiablo, lepiej należeć do Dorothei, niż umrzeć w kopalniach soli w Pruul, ale lepiej, dużo lepiej umrzeć w kopalniach soli, niż dać się dotknąć Gryzelli, Szarej Pani.

Niewolnik, który kiedykolwiek trafił na jej terytorium, już nigdy stamtąd nie wracał. Nie przeżył nikt należący do Królowej z Szarym Kamieniem. Królowej, która stała teraz przed zagrodą, milcząca i nieruchoma, i nie spuszczała z niego wzroku.

Wezbrał w nim strach, tak wielki, że przyćmił nawet przeszywający jego ciało ból. Przykuty do żelaznych słupków nie mógł się odwrócić, nie mógł nawet pochylić głowy, ponieważ szeroki, skórzany kołnierz uniemożliwiał mu jakikolwiek ruch. Odizolowany od innych niewolników, którzy zbili się w gromadę po drugiej stronie zagrody, nie mógł zniknąć w tłumie. Był sam, wystawiony przed jej oblicze, fizycznie i emocjonalnie nagi pod tym szarym spojrzeniem.

Przerażała go. Jedyną przewagą, jaką posiadał do tej pory, było to, że królowe, do których należał, nie nosiły Kamieni stanowiących zagrożenie dla jego wewnętrznej sieci. Ale Szary Kamień był ciemniejszy od Czerwonego. Jared nie chciał przebywać w pobliżu królowej, która mogła nie tylko zniszczyć jego ciało, ale również złamać jego wewnętrzne bariery i rozerwać wewnętrzną sieć.

Tymczasem dziki nieznajomy, bestia, która dotąd tak chętna była do zabijania, teraz chciała czołgać się u jej stóp, odsłonić brzuch w akcie całkowitego poddaństwa.

A to przeraziło go jeszcze bardziej.

– Pani, nie ma tu nic interesującego. Ci mężczyźni nie nadają się do niczego prócz pracy fizycznej.

Słysząc ton niepokoju w głosie strażnika towarzyszącego Gryzelli, Jared skupił na nim swoją uwagę. Członek eskorty, który nie zdołałby ochronić swojej pani, zapewne następnego ranka sam dzieliłby z nim zagrodę dla niewolników.

Ignorując jego słowa, Gryzella wysunęła dłoń z szerokiego rękawa sukni i wskazała Jareda.

– Ten.

Mięśnie Jareda napięły się tak mocno, że nie mógł złapać oddechu. Na ognie piekielne! Nawet jej głos spowijała szara mgła!

Chciała go kupić.

Nie, nie, nie, nie, nie!

– Ten? – Strażnik był wyraźnie wstrząśnięty. – Pani, ten niewolnik zabił królową, do której ostatnio należał, a wczoraj zaatakował strażnika i próbował uciec. Trafi do kopalni soli, chyba że ktoś kupi go jako zwierzynę na polowanie.

Posłuchaj go, myślał intensywnie Jared, usiłując sprawić, by wyczuła jego słowa bez ryzyka nawiązania bezpośredniego połączenia. Jestem skażony, skrzywiony, nie ma dla mnie nadziei. Póki starczy mi sił, będę z tobą walczył do upadłego, a nienawidził cię będę jeszcze dłużej.

Jej palec, wymierzony nieruchomo w jego stronę, nawet nie zadrżał. Szare oczy były nieruchome.

Kiedy skupił wzrok na tym palcu, dziewięć lat bólu i strachu zaczęło krystalizować się w zabójczą, zimną nienawiść. Niegdyś wierzył w honor i służbę. Teraz wierzył tylko w nienawiść i wściekłość. Był wojownikiem z Czerwonym Kamieniem z Shaladoru. Był Krwawym. Będzie z nią walczył i zginie w tej walce. To lepsze, niż kulenie się i uleganie, niszczące duszę, kawałek po kawałku.

Jednak dziki nieznajomy, wzburzony i głodny, walczył z tą wściekłością, choć powinna go cieszyć. Zniszczył ją, zanim zdołała się ukształtować.

– Ten – powtórzyła Szara Pani.

Nie dostaniesz mnie, pomyślał Jared, patrząc, jak niechętnie podchodzi do nich wezwany Zarządca Targu. Nie podporządkuję ci się. Nawet jeśli nie zdołam zrobić nic poza tym, przynajmniej tyle mogę.

Uzgodniono cenę i Zarządca skłonił się Gryzelli, po czym skinął na dwóch strażników.

– Przygotujemy go dla ciebie, pani – powiedział. Jego pompatyczny uśmiech zniknął pod jej stalowym spojrzeniem. – Będę miał jego papiery gotowe za… za godzinę?

– Za pół.

Zarządca zbladł.

– Oczywiście, pani. Dopilnuję tego osobiście.

Gryzella nie odpowiedziała, tylko odeszła w otoczeniu swej udręczonej eskorty.

Nie dali mu szansy na walkę. Oczywiście i tak nie byłby w stanie walczyć, zważywszy na straszliwe skurcze nóg, które dały się we znaki, kiedy tylko podnieśli go z ziemi. Do szerokiej obroży na jego szyi przypięli dwa łańcuchy, a ręce pozostawili mu związane na plecach. Z perwersyjnym uśmieszkiem Zarządca zwiększył poziom bólu zadawanego przez Pierścień Posłuszeństwa, tak że nogi ugięły się pod Jaredem i całą swoją uwagę musiał skupić na konieczności oddychania.

Krótka droga do małego budynku, w którym niskich statusem niewolników przekazywano ich nowym właścicielom, dłużyła się w nieskończoność, ale i tak skończyła się za szybko.

W łaźni znajdowały się pompa i beczka, drewniany stół, na którym stała wielka skrzynia, i dwa metalowe słupki umieszczone po obu stronach odpływu.

Pierścień wysłał falę ostrego bólu w chwili, gdy strażnicy rozwiązali Jaredowi ręce. Kiedy znów mógł myśleć, jego nadgarstki i kostki zostały już przykute do słupków. Jeden strażnik pompował wodę do beczki, a drugi, ten, który chciał mu wydłubać oko, grzebał w skrzyni. Żołądek podszedł Jaredowi do gardła, kiedy strażnik obrócił się i pokazał mu szeroki pas z klamrą na końcu i skórzaną kulą wszytą w środek.

– Otwieraj pysk, dyndasie – powiedział z paskudnym uśmiechem, podchodząc bliżej. – Umiesz to robić, no nie?

Jared zacisnął zęby.

W oczach strażnika pojawiła się złośliwa radość. Pomachał mu przed twarzą kneblem.

– Otwieraj gębę, bo połamię ci zęby.

Nagle w progu stanął Zarządca Targu i sapnął ze złością:

– Nie mamy na to czasu. Ona zaraz tu będzie. Poza tym został kupiony. Jeśli będzie miał świeże obrażenia, suka zażąda rekompensaty. – Jego głos drżał lekko. Jared nie miał wątpliwości co do rodzaju rekompensaty, jakiej zażądałaby Szara Pani.

Kolejna fala bólu. Jared nadal zaciskał zęby, z całych sił próbując się na niej unosić, ale ona nie kończyła się, aż wreszcie musiał otworzyć usta i wydać z siebie rozdzierający krzyk.

Z pełnym satysfakcji chrząknięciem strażnik wepchnął mu do ust knebel i zapiął sprzączkę z tyłu głowy.

Szeroka skórzana obroża była zbyt gruba i sztywna, by ustąpić, więc otwarcie ust zmusiło Jareda do odchylenia głowy. Językiem desperacko starał się powstrzymać kulę wpychaną mu na siłę w usta. Żołądek zaczął mu się skręcać, groził ostrą reakcją, jeśli zacznie się krztusić. A jego umysł…

W trzecim roku niewoli służył na dworze Czarnej Wdowy. Nie była Hayllanką, ale była protegowaną Dorothei SaDiablo i nauczyła się od niej, jak skutecznie okaleczyć ducha mężczyzny. Pamiętał to uczucie, kiedy leżał na wznak, przywiązany za ręce i nogi do łóżka, mając w ustach identyczny knebel. Znajdował się pod wpływem safframate, okrutnego afrodyzjaku, który pozbawił go kontroli nad bezlitosnym pożądaniem, jakie rozdzierało jego ciało. Leżał tak, zupełnie bezradny, a ona zabawiała się nim, dosiadając go raz po raz, aż zaczął krzyczeć.

Tamtej nocy coś się w nim skrzywiło. To wtedy poczuł w sobie pierwszy przebłysk dzikości. Ale trzeba było jeszcze sześciu strasznych lat, żeby nauki ojca i wrodzony honor oraz szacunek, jakim mężczyźni Krwawych kierowali się wobec kobiet, ustąpiły miejsca nienawiści dość silnej, by zaczął walczyć. Sześć lat minęło od tamtej nocy do tej, kiedy dzikość wreszcie wyrwała się spod kontroli, powodując śmierć królowej i jej brata, księcia. Poczuł niewielką pociechę, gdy dwa lata temu dowiedział się, że tamta Czarna Wdowa zagrała o jeden raz za dużo z Sadystą – i przegrała.

Mocne uderzenie w brzuch zmusiło go do powrotu do rzeczywistości – do łaźni i rozdzierającego bólu.

Strażnik wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Ponieważ nie jedziesz do kopalni soli, przyniesiemy ci trochę soli tutaj, zanim nas opuścisz.

Drugi strażnik też się uśmiechał, kiedy otwierał duży worek i wsypywał z niego gruboziarnistą sól do beczki. Potem za pomocą Fachu uniósł beczkę i w powietrzu przeniósł ją nad Jareda.

Jared zamknął oczy, kiedy beczka ruszyła w jego stronę. Zignorował drżenie ciała.

Opuści się gwałtownie w otchłań, żeby osiągnąć pełną moc Czerwonego Kamienia. Zbierze wszystkie siły, jakie mu pozostały, uniesie Czerwoną barierę wokół budynku, a potem uwolni swoją moc. Czerwona moc uderzy w barierę i odbije się od niej. Nawet jeśli ktoś przeżyje uwolnienie tak ciemnej mocy w tak małej przestrzeni, odrzut dokończy dzieła. Wszyscy zginą – on również, ponieważ nie zamierzał się ochronić.

Przepraszam, mamo. Przepraszam.

Rzucił się w otchłań.

Dziki nieznajomy uniósł się na jego spotkanie, uderzył w niego, powstrzymał opuszczanie się.

Bądź przeklęty, pozwól mi umrzeć! krzyczał Jared, usiłując przebić się przez tę część siebie, która stała się jego wrogiem, by osiągnąć moc Czerwonego. Pozwól mi…

Beczka pełna słonej, lodowatej wody przechyliła się, wylewając na nie go całą swą zawartość. Mięśnie zacisnęły się boleśnie wokół klatki piersiowej Jareda. Otwarte rany po chłoście zapłonęły żywym ogniem. Nie mógł myśleć, nie mógł oddychać.

Z wrzaskiem wściekłości dziki nieznajomy zanurkował z powrotem w otchłań, schodząc tak głęboko, że już go nie czuł, nie mógł go znaleźć.

Jared opadł bezwładnie, poczuł szarpnięcie kajdan, kiedy ramiona przejęły cały ciężar jego ciała. Plan, za pomocą którego jeszcze przed chwilą zamierzał zniszczyć samego siebie, teraz był już tylko wspomnieniem. Dziewięć lat niewolnictwa przytłoczyło go tak mocno, że miał wrażenie, iż jego trzęsące się ciało za chwilę załamie się pod ich ciężarem.

Nie został złamany. Nadal dysponował psychiczną mocą, ale w jakiś sposób dziki nieznajomy odebrał mu wolę, by jej użyć.

Jestem wojownikiem z Shaladoru. Jestem Krwawym.

Teraz te słowa brzmiały pusto i żałośnie.

Strażnik wyjął mu knebel, wyrywając całe pasma włosów, które zaplątały się w sprzączkę.

Jared przyjął ten nowy rodzaj bólu, z obojętnością zastanawiając się, czy dusza może się wykrwawić na śmierć i czy to dlatego czuje się taki słaby i pusty w środku.

Ledwie był świadom tego, że został zdjęty ze słupków, że wloką go do przyległego pokoju i znów przykuwają. Zobaczył przed sobą Zarządcę Targu, który mówił coś ostrym tonem. Jego słowa zmieniły się jednak w mętne smugi i Jared nie był w stanie skupić się na nich na tyle, by pojąć ich znaczenie.

Ktoś zdjął mu skórzaną obrożę.

Głowa bezwładnie opadła na pierś.

Jego umysł odpływał, póki jakieś palce nie uniosły mu delikatnie podbródka. Ostatkiem sił rozchylił powieki. Znów patrzył w nieustępliwe, szare oczy. Wpatrywały się w niego, jakby jego wewnętrzne bariery runęły, jakby nie miał już niczego, co mógłby uznać za własne – żadnej myśli, żadnego uczucia, którego nie mogłyby obejrzeć i odrzucić jako bezwartościowej błahostki. Skulił się, kiedy na powierzchnię spróbowały wypłynąć wspomnienia o rodzinie. Nie chciał, żeby dowiedziała się o jego młodszych braciach, ciotkach i wujach, ciotecznym rodzeństwie, o jego ojcu. I o matce. Nie, nie chciał, żeby poznała wspomnienia o Rejnie, szczególnie to ostatnie, kiedy stała, krwawiąc z ran, zadanych jej przez jego brutalne słowa.

Szare oczy nadal wpatrywały się w niego nieruchomo, natomiast palce przesuwały się po jego drżącym ciele, musnęły włosy łonowe, delikatnie zamknęły go w uścisku i wreszcie uchwyciły Pierścień Posłuszeństwa. Poczuł, jak ciasna złota obręcz rozluźnia się, a po chwili nie czuł już nic.

Obróciwszy się lekko, rzuciła coś na drewniany stół. Zaskoczone sapnięcia strażników nie stłumiły zupełnie innego dźwięku – jakby ciężka moneta wprawiona w ruch obracała się po stole, coraz wolniej i coraz niżej, aż wreszcie upadła.

– Pani!

Ten zaszokowany okrzyk musiał coś oznaczać, ale Jared był zbyt oszołomiony, by zareagować. Całe ciało miał tak obolałe, że nawet nie dostrzegł braku dyskomfortu, który wiązał się z noszeniem Pierścienia Posłuszeństwa – i który bardzo skutecznie przypominał mężczyźnie o groźbie bólu.

– Na ognie piekielne, pani! Załóż mu pierścień!

Psychiczne zapachy zebranych w pokoju mężczyzn przepełniał strach.

Jared zmarszczył czoło, żałując, że w głowie ma taki mętlik. Założyć mu pierścień?

Powoli uświadomił sobie, że to nie dźwięk rzuconej na stół ciężkiej monety, ale Pierścienia Posłuszeństwa. Tego, który nosił przez dziewięć ostatnich lat.

Nie zdążył jednak ocknąć się z tego emocjonalnego letargu i fizycznej słabości i zrozumieć, co to oznacza, bo palce Gryzelli znów zamknęły się wokół jego organu i zacisnęły się na nim lekko. Sapnął, kiedy po ciele promieniście rozszedł się ból.

Z jej palców trysnął strumień światła, oślepiając go. Budynkiem wstrząsnął odgłos gromu. Pokój napełniła wyraźnie wyczuwalna moc.

Gryzella cofnęła się i spokojnie popatrzyła na zdenerwowanych strażników, wstrząśniętą eskortę, spoconego Zarządcę, wyłamującego sobie w zdenerwowaniu palce.

– Nie macie się czego obawiać – oznajmiła. – Teraz nosi mój pierścień.

Zarządca wycelował drżącym palcem w krocze Jareda.

– A-ale, pani, tam nie ma żadnego pierścienia.

– Och – powiedziała Gryzella. Tyle niuansów było w tym dźwięku, tak wielki chłód w spokojnym uśmiechu. – Oczywiście, że jest. Nosi teraz Niewidzialny Pierścień.

Serce Jareda zaczęło walić jak oszalałe. Niewidzialny Pierścień?

Pojawił się jakiś cień wspomnienia, ale przemknął szybko, nie pozwalając się uchwycić.

Zarządca przygryzł wargę.

– Nigdy nie słyszałem o takim pierścieniu.

Jared słyszał. Ale gdzie? Od kogo?

– Czarownice z mojej rodziny używają go od pokoleń – wyjaśniła Gryzella. Wskazała na Pierścień Posłuszeństwa leżący na stole. – Jest dziesięć razy silniejszy niż ta zabawka. – Urwała na chwilę. – Chcecie się przekonać?

Mężczyźni pospiesznie zapewnili ją, że wierzą jej na słowo.

Jared zamknął oczy. Na ognie piekielne, Matko Noc, spraw, by Ciemność była łaskawa. Dziesięć razy silniejszy? Dziesięć razy więcej bólu? Jak niby ma to przeżyć?

Odpowiedź jest tylko jedna. Nie przeżyje.

Nie przeżył nikt kupiony przez Gryzellę. I teraz wiedział dlaczego.

Pozwolił, by jego umysł znów odpłynął. Przestało go interesować, co się dzieje w pokoju. Kolejne pozbawione sensu strumienie słów. Gniew kobiety, gotujący się jak gwałtowna burza na horyzoncie. Skomlenie. Ręce, które go rozwiązywały, zaprowadziły do ostatniego pokoju. Stał tam, gdzie go postawiono, zupełnie bierny, obojętny.

Dziesięć razy silniejszy, a nawet go nie wyczuwał. Może znieczulił go nadmiar bólu? Może był tak subtelny, że nie dało się go wyczuć po takim cierpieniu?

Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć, co słyszał o jego działaniu i czym się różnił od Pierścienia Posłuszeństwa.

A może powinien być wdzięczny za to, że nie pamięta?

Drzwi za jego plecami otworzyły się i wynajęty strażnik Szarej Pani, który go tu pilnował, wyprężył się na baczność.

– Pani?

A niech to. Coś się zdarzyło, kiedy odpłynął. Głos strażnika był czujny, pobrzmiewała w nim obawa, że gniew czarownicy z ciemnym Kamieniem może wybuchnąć choćby na jedno niewłaściwe słowo.

– Zaraz przyniosą ubranie, które zamówiłaś – oznajmił. Jared usłyszał, jak nerwowo przełyka ślinę. – Czy coś jeszcze, pani?

Jared musiał użyć wszystkich sił, żeby się nie obejrzeć i zobaczyć, co ona robi. Rozpoznał cichy dźwięk odkręcanego słoika.

– Chcę opatrzyć te rany – powiedziała Szara Pani. – Muszą zostać starannie oczyszczone, a potem trzeba nałożyć na nie tę leczniczą maść. Nie chcę, żeby umarł, nim będę miała z niego pożytek.

Jej głos sprawił, że Jared dostał gęsiej skórki. Jej psychiczny zapach wytrącał go z równowagi. Nawet bez obecności dzikiego nieznajomego wywoływał w nim żądzę, wykraczającą poza cielesne pożądanie, żądzę, jaką mężczyzna noszący ciemne Kamienie czuje w obecności mrocznej mocy czarownicy. Sprawiała, że zapragnął jej dotknąć, poczuć na skórze jej dłonie.

Nienawidził jej przede wszystkim za to.

Strażnik zawahał się.

– Ja się tym zajmę, pani – powiedział wreszcie.

Kiedy Gryzella wyszła z małego pomieszczenia, Jared poczuł ulgę. Będzie zdecydowanie lepiej poczuć na sobie szorstkie dłonie mężczyzny niż dotyk tych miękkich palców.

Kiedy kilka minut później przyniesiono ubranie i medykamenty, świat Jareda skurczył się, wypełniało go jedynie pragnienie wody. Już chciał spytać strażnika, czy może się napić z miski – w tej chwili wypiłby wszystko, bez względu na to, czego dodano do wody, którą przemywano jego rany – ale wściekły warkot mężczyzny zamknął mu usta, nim słowa nabrały kształtu. Walcząc z bólem, jaki niosły ze sobą ciepła woda i lecznicze zioła, którymi strażnik przemywał mu plecy i brzuch, zastanawiał się, czy Gryzella wie, jaką torturą może być pragnienie. Czy może po prostu nie obchodzi jej, jak długo obywa się bez wody.

Zniósł przemywanie w milczeniu, ale syknął, kiedy strażnik zaczął wcierać maść w rany, które bat zostawił na jego plecach. Po ciepłej wodzie maść wydawała się lodowata. Jednak szybko i skutecznie znieczuliła skórę.

Uwolniony od części bólu, zaczął sobie przypominać radę, jakiej Daemon Sadi udzielił mu podczas tego roku, który spędzili razem.

Daemon nazywał to grą w jaja i pyskówki. Jeśli nowy mężczyzna na dworze płaszczy się, bez względu na powód, i nie okazuje siły ani złości, królowa i czarownice z Pierwszego Kręgu odbierają to jako bunt, a inni mężczyźni, obawiający się o swoją pozycję na dworze – jako wyzwanie. Natomiast jeśli nowy mężczyzna pokazuje, że ma jaja, i zaczyna pyskować, zmuszając królową i inne czarownice, by pamiętały, jak groźne są ciemne Kamienie, nawet jeśli ich właściciel nosi pierścień i nazywany jest niewolnikiem, traktowany jest ostrożniej, napotyka mniej wyzwań ze strony mężczyzn i zyskuje opinię drapieżnika na łańcuchu, a nie ofiary. Na niektórych dworach oznaczało to różnicę między życiem a śmiercią.

– Sam to zrobię – wychrypiał Jared, kiedy strażnik zaczął smarować maścią pręgi na jego brzuchu. Nie był pewien, jak długo jeszcze zdoła ustać, ponieważ szybko zbliżał się do granicy swej fizycznej wytrzymałości. Jaja i pyskówki to była niebezpieczna broń, ale w tej chwili nie władał żadną inną. – Sam to zrobię – powtórzył bardziej stanowczo.

– Zamknij się! – warknął strażnik i pospiesznie nałożył maść.

Jared przyjrzał się jego spiętej twarzy, cieniowi, który krył się w oczach, wyraźnie unikających jego spojrzenia. Strażnik był wojownikiem, nosił Purpurowy Zmierzch. Jak zdołał przetrwać, oglądając nagie, skatowane ciała swoich braci? Jak zdołał przetrwać, patrząc na tych, którzy zostali okaleczeni albo złamani, albo ogoleni? Czy wracał do domu, do kochanki albo żony, którą darzył miłością? Czy miał dzieci, które przytulał i z którymi się bawił, i które kochał? A może kiedyś na targu po prostu kupił sobie czarownicę, już złamaną i bezpłodną, której mógł dosiadać, nie bacząc na jej uczucia czy dobro? Co myślał o kupowanych tu i sprzedawanych mężczyznach? Czy kiedykolwiek zobaczył w zagrodzie dla niewolników kogoś, kogo uważał za przyjaciela?

Och, ten cień w jego oczach. Ta troska kryjąca się za obowiązkiem eskortowania na targu niewolników kogoś takiego, jak Szara Pani. Przyjrzyj się dobrze, pomyślał Jared, kiedy mężczyzna skończył nakładać maść i cofnął się. Przyjrzyj się cenie, jaką być może przyjdzie ci zapłacić za jeden błąd.

Zupełnie jakby przesłał te myśli na psychicznej nici włóczni. Strażnik spojrzał mu w oczy. Mijały sekundy pełnej napięcia ciszy.

– Nie jesteś niczym więcej niż zwykłym dyndasem, zabawką dla dam – zawarczał strażnik.

Jared uśmiechnął się dziko.

– Jestem wojownikiem z Shaladoru. Noszę Czerwony Kamień. Jestem silniejszy, niż ty będziesz kiedykolwiek, mogę uwolnić moc, o jakiej nawet ci się nie śni. I nadal żyję.

Strażnik zacisnął usta. Oddychał chrapliwie.

– Ubieraj się. Twoje klejnoty mają teraz nowego właściciela.

Ubranie leżało na chropowatej ławce obok stołu, na którym ustawiona była miska. Jared zmusił się do odwrócenia wzroku od brudnej wody, ale nie dość szybko.

Z dziką rozkoszą w oczach strażnik za pomocą Fachu zniknął miskę.

– Może i masz Czerwone Kamienie, ale nie zmienia to faktu, że jesteś niewolnikiem i nadal nosisz pierścień. Może i nie mogę sobie wyobrazić mocy, jaką mogłeś uwolnić, gdy jeszcze miałeś prawo się nią posługiwać, ale wyjdę stąd jako wolny człowiek. Mogę wypić kubek zimnej wody, kiedy tylko mam ochotę, a dziś w nocy, kiedy odprowadzę Szarą Panią na stację Wozów, wychylę kufel piwa i dosiądę kobiety jak prawdziwy mężczyzna. A ty? Ty czołgałbyś się na brzuchu i lizał mi buty za łyk pomyj!

– Nie zaprzeczę – odparł Jared. – Ale czy na pewno jesteś wolny? W tej chwili może i tak. Jedyną różnicą między służbą a niewolnictwem jest to złote kółko. Skoro można skuć Czerwony Kamień, jak długo na wolności pozostanie Purpurowy Zmierzch? Jeśli jutro dostateczna liczba złotych marek przejdzie z rąk do rąk, jak myślisz, ile czasu będzie trzeba, by przystojny strażnik stał się niewolnikiem?

Na twarz strażnika wystąpiła pełna złości purpura. Uniósł pięść.

Jared nic nie powiedział, tkwił w bezruchu. Po prostu popatrzył na drzwi prowadzące na korytarz i uśmiechnął się. Widział, jak strażnik walczy, żeby ukryć sprzeczne uczucia, widział chwilę wahania i moment, kiedy uświadomił sobie, że nie stać go jednak na zaaplikowanie takiej dawki dyscypliny.

Mężczyzna opuścił pięść i wypluł słowa, jakby były ostrymi odłamkami żwiru.

– Za pięć minut cię skuję i wyprowadzę stąd. – Otworzył gwałtownie drzwi na korytarz, ale zatrzymał się w progu i spojrzał na Jareda płonącymi oczyma. – Mam nadzieję, że potnie cię na kawałki. I to bardzo powoli.

– Zapewne twoje marzenie się ziści – mruknął Jared, kiedy strażnik zatrzasnął drzwi pokoju. Siłą woli zrobił dwa kroki, konieczne, żeby dotrzeć do pełnej drzazg ławki. Rozłożył koszulę, usiadł na niej ostrożnie, wdzięczny, że roztrzęsione nogi choć na chwilę pozbędą się balastu ciała.

Jaredzie, jeśli zamierzasz pływać nago w stawie, pamiętaj, żeby rozłożyć ręcznik na pniu drzewa, nim na nim usiądziesz, inaczej będziesz miał pełno drzazg w miejscu, w którym na pewno nie masz ochoty ich mieć.

Czyli gdzie, mamo?

Zapytaj ojca.

Więc zapytał. Belarr przyglądał mu się przez chwilę, mamrocząc pod nosem coś na temat córki, której nie mają, a która pozwoliłaby mu odpłacić pięknym za nadobne. Potem westchnął i wyjaśnił, co jego zdaniem Rejna chciała powiedzieć. Tak to zawsze ujmował: Myślę, że twoja matka chciała powiedzieć… Choć był silnym wojownikiem, sprawiał wrażenie, jakby musiał się jakoś zabezpieczyć, tłumacząc słowa kobiety, szczególnie tej, z którą się ożenił.

Jared westchnął ze znużeniem. Targnął nim ból większy niż ten, który sprawić mogły fizyczne rany. Wciągnął szorstkie spodnie i włożył stopy w marnej jakości skórzane sandały. Wziął zgrzebną koszulę, ale nie mógł się zmusić, żeby ją wciągnąć przez głowę. Odetchnął ostrożnie i odwrócił się do dużego lustra, wiszącego na ścianie pokoju. W budynku, w którym z rąk do rąk przechodzili niewolnicy dla przyjemności, cała ściana pokryta była lustrami. To rozumiał. Nie chciał natomiast wiedzieć, dlaczego umieścili lustro tutaj, gdzie nie miało już znaczenia, jak wygląda wyprowadzany stąd niewolnik.

Ręce mu się trzęsły, kiedy delikatnie przesunął palcami po guzikach rozporka spodni. Wrażenie psychiczne, wrażenie fizyczne… po prostu nie mógł wyczuć tego Niewidzialnego Pierścienia. Nie potrafił określić, na ile jest czuły, nie miał pojęcia, gdzie leży granica między tym, co jest dopuszczalnymi podstawami Fachu, a tym, za co karą będzie straszliwy ból.

– Jaja i pyskówki – mruknął. Trudno ocenić ryzyko, kiedy nie ma się punktu odniesienia. Ale po prostu nie mógł włożyć tej koszuli, nie zabezpieczając jakoś ran. Słyszał wrzaski mężczyzn, kiedy ściągano im z grzbietów przyschnięte do ran koszule, zrywając przy okazji świeże strupy. Widział, jak wyglądali, kiedy ich rany wreszcie się zagoiły.

Podstawy Fachu uzdrowicielskiego. Odrobina mocy. Tylko tyle potrzebował, żeby stworzyć ciasną osłonę wokół pleców i brzucha, która nie pozwoli koszuli przylgnąć do skóry.

Ponownie odetchnął ostrożnie, stworzył osłonę i czekał.

Nic. Żadnego bólu, żadnych pełnych złości kroków na korytarzu.

Przełknął z trudem, próbując zepchnąć serce, które podeszło mu do gardła, z powrotem na swoje miejsce. Potem wciągnął koszulę i przyjrzał się mężczyźnie w lustrze.

Może nie był ubrany, jakby wybierał się na arystokratyczne przyjęcie, niemniej nadal był przystojny: wysoki i dobrze zbudowany, o złotej skórze Shaladoriańczyków – nie brązowej jak u długowiecznych Hayllańczyków ani jasnej jak u innych ras, ale złocistej, jakby ucałowanej promieniami słońca. Całości dopełniać powinny ciemnobrązowe włosy i brązowe oczy.

Tyle że jego oczy miały, rzadki dla jego rasy, zielony kolor – pochodzący zapewne od Shal, wielkiej królowej, która połączyła plemiona Shaladoru w jeden lud.

Oczy Rejny.

Tylko on z jej trzech synów odziedziczył takie oczy.

Pragnął zniszczyć siebie, ale teraz, skoro nadal żył, bardziej chciał przeżyć. Słodka Ciemności, musi znaleźć jakiś sposób, który pozwoli mu przetrwać na tyle długo, by wrócić do domu, choćby tylko po to, żeby porozmawiać z Rejną i cofnąć tamte słowa.

Jaja i pyskówki. To jedyna broń, jakiej mógł użyć. Wyciśnie z siebie resztki fizycznych sił, ale musi przetrwać do chwili, kiedy znajdzie się w przedziale dla niewolników w Wozie, musi zmusić Gryzellę, by uwierzyła, że nadal jest mężczyzną, z którym trzeba się liczyć. Jeszcze przez chwilę musi ukrywać fakt, że jest tylko wrakiem człowieka.

Uniósł trzęsące się ręce i przeczesał włosy. Były nieco potargane, ale odrobina Fachu mogła zmienić zwykłe rozczochranie w nieład, z jakim mężczyzna budzi się po gorącej nocy pełnej seksu. Wprawdzie Szara Pani była starą kobietą, ale on był wyszkolonym łóżkowym niewolnikiem i miał w zanadrzu parę sztuczek. Pozwolą mu ją skusić i rozproszyć jej uwagę, przeważą szalę na jego korzyść, póki nie zdoła określić, jak wielką kontrolę daje jej nad nim ten przeklęty Niewidzialny Pierścień.

Zadrżał na samą myśl o skłanianiu Szarej Pani, by skorzystała z jego usług. Ale jeśli dzięki temu się odsłoni, może uda mu się wymknąć i polecieć na Wiatrach do Shaladoru.

Strażnik bez ostrzeżenia otworzył drzwi i zatrzymał się nagle, nie mogąc ukryć zaskoczenia na widok zmiany, jaka zaszła w Jaredzie. Ten odwrócił się od lustra i uśmiechnął do niego.

Zadowolony z efektu, podszedł do strażnika i wyciągnął ręce, jakby robił mu zaszczyt.

– Jeśli zamierzasz mnie skuć, proszę bardzo. Szara Pani jest już pewnie gotowa do tanga. – Miał nadzieję, że strażnik weźmie pobrzmiewające w jego głosie wyczerpanie za znudzenie.

– Nie wspominała o kajdanach – mruknął niechętnie.

– Tak mi się właśnie wydawało. Mam wrażenie, że to bardzo dyskretna dama, a kajdany zwykle zwracają uwagę, szczególnie kiedy wydają takie rytmiczne dźwięki. Nie uważasz?

Strażnik wyszczerzył ostrzegawczo zęby.

– Nigdy nie nosiłem kajdan.

– Niczego podobnego nie sugerowałem. – Jared zaczekał, aż obraza dotrze w pełni do strażnika, po czym wzruszył ramionami. – Ani tego, że ich potrzebujesz. Pomyślałem tylko, że skoro zarabiasz na życie, niewoląc ludzi, możesz znać kilka interesujących pozycji, nieczęsto spotykanych na dworach. A może nie. W końcu to trochę jak dosiadanie kobiety na sposób psa. Nie każdemu to pasuje.

W oczach strażnika rozbłysła furia.

– Wiesz, co mogę ci zrobić?

– Wiem. Nic. – Jared wyszczerzył zęby i dodał łagodnie: – Chodź. Spróbuj. Zobaczymy, czy ten pierścień naprawdę jest zdolny okiełznać Czerwony Kamień.

– Jakiś problem? – Głos Gryzelli otrzeźwił ich obu niczym kubeł zimnej wody.

Strażnik niechętnie wyszedł na korytarz.

– Nie, pani.

– Więc na co czekamy?

Jared uśmiechnął się do strażnika, wiedząc, że to rozwścieczy go jeszcze bardziej, ponieważ nie mógł w żaden sposób zareagować.

Czas odegrać ostatni akt.

Matko Noc, nie pozwól, by ciało mnie teraz zawiodło.

Ruszył przed siebie, zmuszając strażnika, by zszedł mu z drogi. Skłonił się Gryzelli, pilnując, by ukłon był dokładnie taki, jaki Protokół nakazywał złożyć wojownikowi z Czerwonym Kamieniem Królowej z Szarym Kamieniem.

Oczywiście tylko wtedy gdy ten wojownik nie był niewolnikiem.

Strażnik zawarczał.

Gryzella popatrzyła na niego. Jared zauważył w jej szarych oczach coś na kształt cienia rozbawienia.

Czyli gustuje w jajach i pyskówkach. Ciemności niech będą dzięki.

Zebrał resztę sił fizycznych, usiłując sprawiać wrażenie zmysłowego mężczyzny, gotowego zadowolić swą panią, i wyciągnął prawą rękę, wierzchem dłoni do góry.

Gryzella zawahała się na moment, po czym delikatnie położyła lewą dłoń na jego ręce, pozwalając wyprowadzić się z budynku.

Powstrzymał uśmiech. Strażnik szedł teraz za nimi, rozzłoszczony i sfrustrowany niczym odtrącony szczeniak.

Kiedy wynajęli wózek zaprzęgnięty w kuca i wyjechali z terenów targowych, było już zupełnie ciemno. Zamiast udać się bezpośrednio do oficjalnej sieci lądowiskowej, skręcili w boczną drogę, która wiła się wokół niskiego wzgórza o płaskim wierzchołku. Wreszcie dotarli do stacji, skąd odjeżdżały Wozy, sterowane przez kierowców, którzy mogli jeździć na Wiatrach.

– Zaczekaj z innymi – nakazała Gryzella, gdy Jared pomógł jej wysiąść z wózka. Nie spojrzała ani na niego, ani na strażnika, kiedy ruszyła do kasy.

Jared przytrzymał się wózka, mając nadzieję, że strażnik nie zauważy, że ledwie trzyma się na nogach. Nie miał pojęcia, czy zdoła dotrzeć do Wozu.

– Nie wiem, gdzie są inni – powiedział.

– Tędy – warknął strażnik.

Kiedy zmierzali w miejsce, gdzie jego partner pilnował pozostałych niewolników, Jared obejrzał się przez ramię i zobaczył, jak posłaniec podaje Gryzelli wiadomość. Chłopak natychmiast uciekł, nie czekając nawet na zwyczajowe wynagrodzenie.

Taka nieruchoma. Taka milcząca. Taka szara. Nic się w niej nie zmieniło, więc nie rozumiał, dlaczego instynktownie otworzył pierwszą psychiczną barierę i wysłał delikatną psychiczną sondę Czerwonej mocy. Nawet gdyby wewnętrzne bariery Szarej Pani nie były silniejsze od jego, sonda nie mogła odebrać choćby powierzchownych myśli – dzięki temu niewielka była szansa, że ją zauważy. Mogła natomiast odebrać emocje.

Nie był przygotowany na uderzenie strachu, jakie przekazała sonda do jego umysłu.

Coś się stało. Coś się zmieniło.

Strachu nie było, kiedy tu jechali. Tego był pewien. Na ognie piekielne, przecież jej dotykał, siedział obok niej. Nawet ona nie mogłaby ukryć tak silnego uczucia podczas kontaktu fizycznego.

Zatem to ta wiadomość. Wiado…

Kiedy patrzył, jak Gryzella chowa ręce w rękawy sukni i wchodzi do kasy, jego siły wreszcie się wyczerpały. Wszystko zrobiło się dziwnie zamazane.

Tak ciężko jest iść, choć kieruje nim ręka na ramieniu. Słowa znów zmieniły się w smugi, zmieszały się ze sobą i rozciągnęły, aż stały się językiem z koszmarów. Nagle znikąd pojawiły się jakieś postaci. Ktoś szarpnął go za ramię. Zatrzymał się. Wokół dziwacznych kształtów słów unosił się zapach jasnego jak krew strachu i lepkiego brązowego potu.

Woda.

Dlaczego tylko to jedno słowo nadal ma sens?

– Pojedzie… Wozem na zachód?

Zapewne powiedział to jeden ze strażników, ale nie miał pewności, ponieważ głos pojawiał się i znikał.

– Kieruje się… na zachód terytorium… góry Tamanara.

– Tak myślałem… sprowadziłem tu resztę.

Tyle że znowu szli, ciągle szli. Strażnicy przeklinali pod nosem, a ich gniew ciął jak ostrze.

Gdzie się podziały jego wewnętrzne bariery? Gdzie…

Ktoś pociągnął go za ramię.

– Sssiadaj.

Nogi ugięły się pod nim.

Szary głos. Słowo „woda”.

Kubek przy ustach. Woda obmywająca wargi. Nim przełknął, trzymał ją przez chwilę w ustach, smakując wilgoć. Potem spróbował chwycić kubek i wychylić go jednym haustem, ale ktoś mu go odebrał.

– Powoli.

Posłuchał. To było takie ważne, okazać posłuszeństwo, takie ważne, żeby ten kobiecy głos, który nie był szary, nie odebrał mu wody.

Wreszcie dość.

Jaja ipskówki. To było też ważne, choć nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego.

Przechylał się na boki. Woda rozpuściła jego kości. Nie miał pojęcia, że woda może zrobić coś takiego. Whisky tak, jeśli wypiło się jej dość, ale czysta woda? Kto by pomyślał.

Potem roztapiał się i przechylał, roztapiał się i przechylał, i przechylał, i przechylał prosto w bezpieczną noc, prosto w słodką Ciemność.

Cztery

– Połknęła przynętę – zaraportował strażnik z Piątego Kręgu, ledwie panując nad swoim podnieceniem.

Krelis rozparł się w fotelu, chowając dłonie pod blat biurka, żeby ukryć ich drżenie. Stworzone przez Dorotheę zaklęcie przymusu najwyraźniej zadziałało, co kazało mu z większym zaufaniem myśleć o innych zaklęciach, jakie dla niego przygotowała – choć oczywiście nigdy nie wątpił w zdolności Najwyższej Kapłanki.

– Czy w Raej kupiła kogoś, kto może okazać się dla nas przydatny? – spytał, przyglądając się uważnie młodemu człowiekowi. Bardzo przypominał mu jego samego, wiele wieków temu.

Strażnik przez chwilę stał z tępym wyrazem twarzy. Potem wyprężył się i wbił oczy w ścianę nad głową swojego Dowódcy.

– Błagam o wybaczenie, Lordzie Krelisie, nie pomyślałem, żeby zażądać listy niewolników, których kupiła.

– Lord Maryk również nie pomyślał, żeby wydać ci taki rozkaz – stwierdził spokojnie Krelis.

Strażnik skrzywił się lekko, rozpoznając pułapkę.

Krelis znał to uczucie rozdarcia między lojalnością a instynktem samozachowawczym. Jako dziecko kochał Olvana, który był łagodnym, choć stanowczym rodzicem oraz szanowanym nauczycielem i naukowcem. Jako młodzieniec desperacko pragnął uciec od skazy otaczającej przerażonego, starego człowieka, jakim stał się jego ojciec po tamtym pamiętnym dniu. Nikt nie musiał mu tłumaczyć, że im dłużej pozostanie z nim związany, tym większą nieufność okażą wpływowe królowe, kiedy nadejdzie czas podjęcia służby na ich dworach.

Zmuszony do wyboru pomiędzy lojalnością a przetrwaniem – wybrał to drugie. Z czasem odkrył, że lojalność dużo łatwiej kupić.

Czekał teraz, żeby przekonać się, jakiego wyboru dokona młody strażnik – lojalność wobec Maryka, który był nie tylko arystokratą, ale i doświadczonym zastępcą Dowódcy, czy przetrwanie, które z kolei wiązało się z pełnym oddaniem nowemu Dowódcy Straży.

Wreszcie strażnik podjął decyzję.

– Nie, panie, Lord Maryk nie wydał mi takiego rozkazu – powiedział cicho.

– To nieistotne – stwierdził Krelis, odprawiając go gestem. – Lord Maryk ma pilniejsze sprawy na głowie.

– Tak jest. Czy mam udać się do Raej po tę listę?

– Tak. Kiedy wrócisz, Lord Maryk będzie tu czekać z niewolnikami. Zachowamy tych, którzy będą interesujący dla Najwyższej Kapłanki, a pozostałych odeślemy do Raej i sprzedamy w ostatnim dniu targu.

Strażnik zasalutował elegancko i wyszedł.

Krelis potarł rękami twarz. Maryk wróci o zmierzchu, po wykonaniu zadania. A wtedy, być może, będzie mógł się przespać.

Pięć

Zaburczało mu w brzuchu, miał wrażenie, że żołądek przymierza się do strawienia kręgosłupa.

Zignorował to.

Czuł ból mięśni, uporczywie domagających się rozciągnięcia.

To również zignorował.

Dopiero gwałtowna potrzeba oddania moczu zmusiła go do przerzucenia nóg przez brzeg wąskiego łóżka. Usiadł i spróbował sobie przypomnieć, co należy zrobić dalej.

Potarł powieki, a gdy złapał już ostrość widzenia, jego wzrok spoczął na ciemnookim i ciemnowłosym chłopaku, siedzącym ze skrzyżowanymi nogami obok łóżka.

– Davin? – spytał ochryple. Wiedział, że to pytanie nie ma sensu, jeszcze zanim twarz chłopaka przybrała czujny wyraz. Jego najmłodszy brat miałby teraz dziewiętnaście lat. Na pewno nie był to już wesoły i beztroski dziesięciolatek, który żegnał się z nim, kiedy on szedł zniszczyć sobie życie.

– Nazywam się Tomas – powiedział chłopak. – Nie ma tu żadnego Davina.

Ciemności niech będą za to dzięki.

W zapachu psychicznym chłopca było coś dziwnego, ale oszołomienie nie pozwalało Jaredowi zorientować się, co konkretnie.

– Gdzie…?

– Jesteśmy w kwaterach dla służby.

Jared potrząsnął głową i spróbował jeszcze raz.

– Gdzie…

– Nie znam nazwy tego terytorium…

– Gdzie jest cholerny nocnik?

– Och! – Tomas wskazał drzwi. – Tam.

Pomimo dokuczliwego parcia na pęcherz Jared zawahał się. Ocknął się już na tyle, by się zorientować, że jest nagi, a jego lędźwie zakrywa tylko pogniecione prześcieradło.

Tomas uśmiechnął się szeroko.