Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy - Anonim - ebook + audiobook

Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy ebook

Anonim

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Robiąc sobie śniadanie, pomyśl o innych. (Nie zapomnij nakarmić gołębi)”.

– Mahmoud Darwish, palestyński poeta

Niedziela, 7 października 2023 roku. Pewien anonimowy mężczyzna ma już plany na ten dzień: najpierw tenis, później wizyta u lekarza. Jednak z dnia na dzień wybucha wojna i jego życie wywraca się do góry nogami. Razem z siostrą zabierają koty i uciekają przed bombardowaniami aż odnajdują schronienie w ciasnym pokoiku już i tak przeludnionego mieszkania.

Aby nie stracić poczucia czasu, mężczyzna zaczyna pisać dziennik, w którym przez następne miesiące relacjonuje swoją codzienność. To, jak w poszukiwaniu leków, jedzenia i wody przemierza obrócone w proch dzielnice Gazy. Jak próbuje nawiązać kontakt z bliskimi, pomimo przerw w dostawie prądu. Jak uczy się funkcjonowania w nieludzkich warunkach.

Szybko orientuje się, że wojna nie potrwa tylko chwili. Że pieniędzy na żywność jest coraz mniej. I że do coraz większej liczby przyjaciół nie dodzwoni się już nigdy – nawet gdy ten cholerny, nieustannie rwący się internet w końcu zacznie działać.

Dziennik był publikowany przez pierwsze miesiące wojny na łamach „Guardiana”. To niezwykle szczere, uniwersalne - i przy okazji świetne pod względem literackim – świadectwo wojny –przedstawionej z perspektywy jednego z miliona punkcików świetlnych, które gasną jeden po drugim na wciąż ciemniejącej mapie Gazy.

Z posłowiem Wojciecha Tochmana.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 262

Data ważności licencji: 12/19/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Od wydawcy

Za zgodą autora w niniejszym dzienniku zostały poprawione niewielkie błędy gramatyczne i składniowe. Zmieniono nazwiska i inne dane identyfikacyjne, by chronić prywatność osób i zachować poufność.

Wstęp

Nigdy nie rozumiałem idei „klucza powrotu”. To zardzewiały, miedziany klucz przekazywany przez Palestyńczyków z pokolenia na pokolenie. Ludzie wypędzeni z domów w 1948 roku dawali go swoim dzieciom, ci zaś – kolejnej generacji. My, „młodsi” mieszkańcy Gazy, kiedyś mieliśmy taki żart: „Babciu, jeśli w ogóle będziesz mogła kiedyś wrócić do siebie, dom będzie zamknięty na najlepszy izraelski patent typu Mul-T-Lock. Na nic ten twój miedziany klucz”.

Nieżyjąca od kilku lat babka mojego przyjaciela, która urodziła się, wychowała i założyła rodzinę w Nazarecie (po arabsku pisze się Al-Hasrah), zawsze chciała spocząć w ojczyźnie, a przed śmiercią zobaczyć swój dom. Marzenie nigdy się nie spełniło. Pod koniec życia była już bardzo krucha, ledwo chodziła, ale zawsze starała się coś ugotować dla wnuków, choć były wówczas już po trzydziestce. Gdy ją odwiedzałem, siadała w fotelu i opowiadała o ukochanym miejscu. Widziałem, jak cieszą się jej oczy, gdy opisywała swoją kuchnię, pikniki, które sobie organizowali, i te wszystkie miejsca, do których już nie może wrócić.

Długo nie umiałem sobie wyobrazić, co czuła – właściwie zajęło mi to ponad trzydzieści pięć lat, aż do momentu, kiedy sam zostałem zmuszony do opuszczenia mojego domu, mojej ulicy, mojego miasta i kraju. Po kilku trudnych do wytrzymania, bolesnych miesiącach wygnania w południowej Gazie dotarłem do Egiptu. Dotarło moje ciało, ale serce i dusza zostały w Gazie. W wynajętym mieszkaniu co wieczór otwieram szafę, wyciągam spomiędzy ubrań i pościeli piórnik i wyjmuję z niego klucz do mojego domu. Wiem, że już się nie przyda, bo drzwi zostały unicestwione przez bomby, ale za każdym razem, gdy na niego patrzę, myślę sobie, że jest nadzieja. Nadzieja, że pewnego dnia wrócę do mojego mieszkania i na moją ulicę, do moich bliskich, do mojej Gazy.

Gdy byłem młody, chętnie się uczyłem. Ale im więcej wiedziałem, tym bardziej tego żałowałem. W tym roku dowiedziałem się, że pojęcie tożsamości wykracza daleko poza klasyczną definicję obejmującą zestaw wartości, przekonań, cech wyglądu i osobowości, który charakteryzuje danego człowieka. Częścią mojej osobowości stał się klucz do własnego mieszkania. Podobnie jak miejsca, które mijałem codziennie w Gazie w drodze do pracy czy w gości. Zapachy, widoki, dźwięki – wszystko to jest integralną częścią mnie.

Cudowny zapach pieczywa kusił, gdy przechodziło się przez skrzyżowanie ulic Al-Nasser i Wehda w mieście Gaza. Dochodził z działającej tam piekarni Families Bakery. Została założona w 1984 roku, już czterdzieści lat temu. Właściciel zaczął od małego zakładu, gdzie ze swoimi dziećmi piekł chleb, który potem sam rozwoził autem. Piekarnia się rozwijała, pojawiały się nowe wypieki – croissanty, słodkości, ciasteczka.

Gdy byłem na diecie, przechodzenie tamtędy było torturą. Pamiętam, że to tam zaczynaliśmy spotkania z przyjaciółmi – czy jest lepszy sposób na rozpoczęcie wspólnej podróży niż jedzenie? Pamiętam, jak któryś ze znajomych oszalał na punkcie tamtejszych pączków, ale dla mnie najlepszy był ich zwykły chleb. Wystarczyło posypać go tymiankiem i polać oliwą z oliwek, żeby mieć najcudowniejszą na świecie kanapkę. Ostatnia informacja o piekarni, jaką dysponuję, jest taka, że bomby zniszczyły im maszyny i panele słoneczne. Piekarnia przestała działać*. Ostatni post na ich facebookowym profilu pochodzi z 6 października 2023 roku. Życzą w nim klientom szczęśliwego piątku.

Obok piekarni jest falafel Abu Talal, mały punkt z wielką tradycją. Ludzie wystawali tu w długich kolejkach, czekając na wyciągnięcie gorących kulek z wrzącego oleju. Uważam, że Abu Talal robi najdoskonalsze falafele, choć wśród mieszkańców Gazy trwa wielki spór o to, kto jest lepszy: Abu Talal czy Al-Susi. Ten ostatni od 1975 roku mieści się na ulicy Al-Rimal, która z czasem stała się gazańskim centrum z najlepszymi sklepami i usługami. A to maleńkie miejsce z jedzeniem przetrwało. Setki ludzi codziennie stały w kolejkach po kanapki do pracy albo po coś do zabrania w drodze powrotnej do domu.

Słyszałem, że po wybuchu wojny Al-Susi ponownie otworzyło się gdzieś na południu. Wywiesili tekturkę z nazwą, sprzedają falafel na rogu jakiejś uliczki. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem szczęście dziesiątek ludzi – tych, którzy mieli pieniądze i których było stać na falafel. Postałem dziesięć minut, ale nic nie kupiłem. Nie dlatego, że zanosiło się na wielogodzinne czekanie – palenisko było opalane drewnem – ale po prostu dlatego, że to już nie było to samo miejsce. Inni ludzie, inny zapach, nawet inne uczucie.

Znalazłem się wśród szczęśliwców, którzy mogli opuścić Gazę i udać się do Egiptu. Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego moje życie okazało się cenniejsze niż tych wszystkich dzieci, kobiet i mężczyzn, którzy utknęli w strefie śmierci. Spotkała mnie łaska – mogłem uciec, przeżyć, żyć. Ale czy rzeczywiście żyję? Egipt jest piękny, ale Gazańczycy są straumatyzowani, przerażeni, martwią się nieznaną przyszłością. Wśród milionów Egipcjan i ludzi innych narodowości łatwo rozpoznaję osoby z Gazy. Nie chodzi o wygląd czy akcent, lecz raczej ból, który jest wyryty w naszych duszach. Tak jakby nasze energie się przyciągały. To smutne, nieobecne, pełne żałoby spojrzenie jest nie do pomylenia: oto ktoś z Gazy, ktoś, kto też wszystko stracił i usiłuje się utrzymać na powierzchni, próbuje żyć, niepewny, czy w ogóle da radę.

Rzadko wychodzę. Nie jestem w stanie. Trudno mi się odnaleźć w świecie, który działa normalnie: ludzie idą do pracy, dzieci niosą książki, wszędzie jest jedzenie. Mój Boże! Wszędzie jest jedzenie, w tym świecie starcza go dla wszystkich, a Gazań­czycy głodują.

Kiedy już byłem w Egipcie, zamówiłem sobie mnóstwo jedzenia i ciągle jadłem, nawet gdy nie byłem głodny. A potem przeciwnie – przestałem jeść. Znajoma, która przyjechała do Egiptu z matką, zostawiwszy liczną rodzinę w Gazie, powiedziała mi, że dręczą ją takie wyrzuty sumienia, że je tylko wtedy, gdy oni mają co jeść. Jeśli rodzina w Gazie zdobędzie puszkę fasoli – ona sobie kupuje taką samą puszkę w Egipcie i zjada; gdy oni zdobędą mąkę i starczy każdemu na pół bochenka – ona także kupuje pół bochenka. „Jak mam się cieszyć jedzeniem, kiedy moi bliscy nie mają co jeść? Gotuję dla matki, która jest chora, ale ja nie biorę do ust tego, co zrobię. Jem dopiero wtedy, gdy oni coś jedzą. Kiedy oni głodują, to ja też”.

Inna znajoma przysłała mi kiedyś zdjęcie, które dostała ode mnie przed laty. Były na nim trzy talerze kunafy (deseru), na każdym inny rodzaj: kunafa arabska, nabluska, z charakterystycznym ciągnącym się roztopionym owczym serem, i stambulska. Kiedyś przy zimnej pogodzie potrafiłem zamówić trzy talerze i zjeść wszystkie, fundując sobie prawdziwy zastrzyk cukru. Znajoma napisała, że marzy o pójściu do którejś z dwóch słynnych cukierni w Gazie – Saqallah albo Abu Al Sa’oud – na coś słodkiego. W odpowiedzi posłałem jej zdjęcie cytrynowej granity z Kazem Ice Cream Shop. Napisałem, że przyjdzie dzień, kiedy znowu razem pójdziemy do cukierni.

***

Jest taki rodzaj spotkań, za którymi ani trochę nie tęsknię – to pożegnania. Większość moich przyjaciół, którzy dotarli do Egiptu i w taki czy inny sposób uzyskali wizę, zdecydowała się nie wracać.

„Tam nic nie zostało. Gdyby to ode mnie zależało, nawet by mi przez głowę nie przeszło wyjeżdżać. Ale nie chcę, żeby moje dzieci przechodziły przez to samo, co my wycierpieliśmy. Próbowaliśmy, wiesz o tym. Jesteś najbardziej pozytywną osobą, jaką znam. I zobacz, sam nie masz już energii, już cię nie cieszy życie. Nie mogę ryzykować zrujnowania życia moich dzieci. Trauma i tak już zostanie z nimi na zawsze, dość tego”. To były słowa mojej przyjaciółki, matki dwojga cudownych dzieci w wieku dziesięciu i ośmiu lat. Udało im się uciec z Gazy do Egiptu. Jej mężowi nie. Gdy ona była już w Egipcie, mąż stracił ojca i nie mógł go pogrzebać. Jej udało się na początku wojny załatwić wizę do Australii. Kilka miesięcy zajęło jej podjęcie trudnej decyzji, by pojechać tam z dziećmi i nie oglądać się za siebie.

Pod koniec każdego pożegnania obejmowałem wyjeżdżającą osobę, płakałem i powtarzałem te same słowa: „Oby Bóg poża­łował, że sprowadził tę wojnę, która nas dzieli”. Ostatnie pożegnanie odbyło się w wynajętym mieszkaniu innego znajomego. Chciał lepszego życia dla swojej żony i córki. Udało mu się załatwić wyjazd do Hiszpanii. Gdy wszyscy wyszli, zostałem z nimi jeszcze chwilę. Rozmawialiśmy o tym, jak okrutna jest nasza rzeczywistość, jak bardzo nie możemy zrozumieć, że cały świat gdzieś tam sobie jest, patrzy z daleka, widzi naszą niedolę i nic nie robi. „Mój ojciec miał dwa marzenia: zbudować dom i mieć szóstkę dzieci, które wraz z rodzinami będą przy nim, gdy będzie się starzał”. Znajoma opowiadała, jak pracował dniami i nocami jako nauczyciel i korepetytor, by zapewnić im dobre życie. „Między korepetycjami kładł się na drewnianej leżance i brał leki przeciwbólowe, tak bardzo bolał go kręgosłup. Serce mi pękało”. Ich domu już nie ma, a rodzeństwo rozpierzchło się po całym świecie. Moja znajoma uważa, że byli od niej mądrzejsi, zrozumieli, że Gaza nie jest dla Gazańczyków. Ale ona chciała i próbowała zostać, aż i do niej dotarło. „Naszego domu już nie ma. Ani rodzice, ani rodzeństwo nie są razem. Marzenie mojego ojca zostało zniszczone”.

***

Mało brakowało, a ten dziennik by nie powstał. Kiedy z tą propozycją zwrócił się do mnie mój drogi mentor i przyjaciel, Ruaridh, ktoś, kogo nazywam aniołem stróżem, powiedziałem: „Nie, nie chcę pisać. Jestem zmęczony pisaniem. Co to zmieni? Jakie to może mieć znaczenie?”. Nie naciskał, choć nie omieszkał przypomnieć, że pisanie odgrywa ważną rolę w inspirowaniu, dzieleniu się wiedzą i budowaniu mostów.

Jest kilka osób, którym jestem dozgonnie wdzięczny za to, że pojawiły się w moim życiu, i Ruaridh jest jedną z nich. Nie przestawał mnie zachęcać do pisania. Im częściej to robiłem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że dla mnie to terapia, która pozwala uwierzyć, że moja osoba coś znaczy. Dawało mi nadzieję, że słowa mogą nieść jakiś sens dla kogoś oddalonego o tysiące kilometrów, kto nigdy nie słyszał o istnieniu miejsca o nazwie Gaza.

Gdy tylko mogłem i miałem dostęp do internetu oraz zasilania (nieczęsto), wymienialiśmy maile i wiadomości na WhatsAppie. 13 października napisałem mu: „O dwunastej w nocy wszystkim na północy oraz w mieście Gaza kazano iść na południe… Bezsenna noc pełna łez i strachu… Rodziny musiały się rozdzielić… W miejscu, do którego trafiliśmy, nie ma prądu ani internetu… Kończy mi się bateria… Ruaridh, tu jest znowu 1948 rok…”.

Cały czas dbał o kontakt ze mną, dawał mi wskazówki, wysyłał pozytywne maile, a co najważniejsze – wysłuchiwał mnie, gdy czułem się zagubiony i przestraszony. W pewnym momencie ogarnęły mnie wątpliwości, czy powinienem pisać o swoich doświadczeniach, które – jakkolwiek okropne – były lepsze niż los innych mieszkańców Gazy. Tych, którzy nie mieli się gdzie podziać, którzy pracowali, a nie mieli pieniędzy, którzy utracili bliskich i części swojego ciała. Wstydziłem się pisać o moim cierpieniu i smutku, gdy innych dotykały większe nieszczęścia.

Innym razem napisałem do Ruaridha: „Chyba odkryłem tajemnicę dobrego pisania: znajdź się w strasznej sytuacji, żyj w ciągłym strachu, nigdy nie pozwalaj sobie na spadek adrenaliny, zbierz wokół siebie dziesięć osób (w tym przynajmniej dwoje płaczących dzieci), daj sobie kilka minut i voilà! Materiał na dobry tekst gotowy. Serce mi dosłownie pękało”.

Dalsza część w wersji pełnej

* Families Bakery wznowiła produkcję, ale w zmniejszonym zakresie i nieregularną. Zamiast wchodzić do środka, klienci kupują chleb przez okienko.

Tytuł oryginałuWHOWILLTELLMYSTORY: A Gaza Diary

First published by Guardian Faber in 2025. Guardian Faber is an imprint of Faber & Faber Ltd, The Bindery, 51 Hatton Garden, London EC1N 8HN

Guardian is a registered trademark of Guardian News & Media Ltd, Kings Place, 90 York Way, London N1 9GU

All rights reserved© Anonymous, 2025

The right of Anonymous to be identified as author of this work has been asserted in accordance with Section 77 of the Copyright, Designs and Patents Act 1988

Copyright © for the translation by Agnieszka Rasmus-Zgorzelska

Projekt okładki oryginalnejKishan Rajani

Adaptacja projektu okładkiKarolina Korbut

Redaktorka nabywającaMilena Rachid Chehab

Redaktorka prowadzącaAleksandra Grząba

AdiustacjaJędrzej Szulga

KorektaMałgorzata Tarnowska-Sikora, Joanna Wiśniewska

Koordynacja produkcjiEwelina Wójcikowska-Jakubiec

Opieka promocyjnaZofia Kotecka

ISBN 978-83-8427-209-1

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis treści

Od wydawcy

Wstęp

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Spis treści

Meritum publikacji

Imprint