Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Powieść, którą autorka żartobliwie nazwała erotykiem dla panienek z dobrego domu . Książka o tym, jak często w życiu splata się to, co było z tym, co jest, o tym, jak łatwo zmieszać śmiech ze łzami i prawdę z fikcją. A także o tym, jak pisząc, ulega się nie tylko własnym wzruszeniom, alei skłonnościom do żartu. Ten erotyk to jednocześnie wielowątkowa opowieść o warszawskiej rodzinie, saga o tych, którzy byli i o tych, którzy są.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Mławie
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (6)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (4)
Miejska Biblioteka w Mszanie Dolnej
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 237
Rok wydania: 2000
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KRYSTYNA SIESICKA
...nie ma z kim tańczyć...
(erotyk dla panienek z dobrych domów)
Akapit Press
Na okładce wykorzystano reprodukcję
„Portret Jeanne Samary”
Redakcja
Danuta Sadkowska
Korekta
Joanna Pietrasik
© Copyright by Krystyna Siesicka
ISBN 83-87463-78-7
Wydanie 1, Łódź 2000
Wydawnictwo Akapit Press
90-369 Łódź
ul. Piotrkowska 204/210
tel. (0 42) 636-12-14
www.akapit-press.com.pl
e-mail: [email protected]
Ta książka jest o tym, jak często w życiu splata się to, co było, z tym,
co jest, o tym, jak łatwo zmieszać śmiech ze łzami i prawdę z fikcją.
A także o tym, jak pisząc, ulega się nie tylko własnym wzruszeniom, ale
i skłonnościom do żartu.
Przede wszystkim jednak jest to książka
dla tych, ktorych już nie ma,
po to, żeby zostali.
I dla tych, ktorzy są,
po to, żeby zapamiętali.
A także dla moich Koleżanek z klasy VIIc
i z kompletow gimnazjalnych
Szkoły im. Krolowej Jadwigi.
Zwiędły suknie i wachlarz z piór strusich
czas opada jak chmura szarańczy
wszystko kończy się prędzej niż musi
gra muzyka lecz nie ma z kim tańczyć
tancerz miły odszedł w dalszą drogę
gdzie jest nie wiem ani wy nie wiecie
jeśli tu go odszukać nie mogę
jakże znajdę go w wielkim wszechświecie
zgubiony tancerz
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Franka była inna
Franka była zupełnie inna niż Weronika. Leżę na hamaku zawieszonym zbyt wysoko, prawie nieruchomym. Prawie, bo z jakiejś przyczyny chwieje się lekko. Dziwi mnie to, przecież nikt mnie nie kołysze, sama nawet nie drgnę, wciśnięta w łódkowate zagłębienie siatki, wiatru nie ma. Słyszę ciche, nudne skrzypienie sznurów, oplatających drzewa. Jest gorąco, chociaż tu, pod konarami klonów, słońce mniej praży. Boję się kleszczy. Panicznie. Weronika śmieje się ze mnie. Ciociu, mówi, spryskałam dokładnie cały hamak płynem przeciw kleszczom, spójrz, nawet poduszka, którą masz pod głową, jest jeszcze trochę wilgotna, dotknij.
Nie jestem przesadnie ostrożna, ale boję się, że to, czym ona spryskała hamak i poduszkę, może okazać się w końcu jakimś trującym paskudztwem, od którego później boli głowa i męczą mdłości. Mało tego, od chwili, kiedy z takim mozołem ułożyła mnie na hamaku, myślę, czy w ogóle uda mi się jakoś z niego wydostać. Prawdę mówiąc, psuje mi to przyjemność, którą powinnam czerpać z odrobiny cienia użyczonego mi życzliwie przez klonowe liście i z wątłej nadziei, że nie spadną na mnie małe, żarłoczne kleszcze. Starość najgorsza jest przy siadaniu. Przy wstawaniu też bywa paskudna, czasami nawet jeszcze gorsza. Nie macie jednak pojęcia, jaka okazuje się okropna, kiedy dla świętego spokoju trzeba w końcu ustąpić komuś, kto usilnie namawia, żeby położyć się na hamaku. Przecież to dla twojego dobra, ciociu, tłumaczy Weronika, więc dla mojego dobra stawy wyginają mi się teraz we wszystkie strony, jak drewnianemu osiołkowi, którego dostała ode mnie, kiedy była jeszcze małą dziewczynką. Wystarczyło nacisnąć denko i osiołek robił fajt! Okropność, ale dawniej bardzo mnie śmieszyła. Teraz, odkąd sama stałam się osiołkiem, który nawet bez przyciskania robi fajt!, przestało mnie to bawić.
Chciałam pomyśleć o tym, jak zupełnie Weronika nie jest podobna do Franki. Niech więc wróci do mnie Franka. Przywołuję ją z lat tak odległych, że wiele z was długo i wytrwale musiałoby ich szukać w podręcznikach historii, żeby wreszcie znaleźć tam jedynie daty i fakty im przypisane, ale przecież nie Frankę, bo w podręcznikach jej nie ma. To znaczy jest, ale wtopiona w jakąś grupę, w ogólnik, bezimienna dziewczyna, jedna spośród wielu. Tylko dla mnie te daty, te fakty to Franka.
Leżąc na hamaku, widzę teraz Weronikę idącą z wiklinowym koszem przez ogród. Kosz chyba jest pusty, bo wymachuje nim z łatwością, chociaż nie tak dawno skręciła rękę, kiedy grając w tenisa, usiłowała przyjąć ostry serwis swojej córki Zosi. Zamykam oczy, bo widzę, że ona patrzy w moją stronę, a ja naprawdę chciałabym przez chwilę pobyć sama, żeby wreszcie spokojnie myśleć o France. Mijają tygodnie, może nawet miesiące, kiedy nie myślę o niej wcale, co nie znaczy, że o niej nie pamiętam. Sądzisz, że to niemożliwe, bo nie myśleć, znaczy nie pamiętać? Otóż możliwe, więcej, zdarza się, że takie codzienne niemyślenie jest nie tylko pamięcią, ale i miłością. Taka trudna sprawa, może odłożymy ją na później.
Kochałam Frankę. Dzień, w którym przyszła do naszego domu, chwilę, kiedy pierwszy raz usłyszałam jej głos, i wkrótce drugą, kiedy ją zobaczyłam, te dwie chwile słyszę i widzę, jakbym patrzyła na kadry z filmu, tylko z jakiegoś powodu to jest film czarno-biały, nie kolorowy, dlaczego?
No tak... a niby jaki ma być...?
W załamaniu ulicy Smolnej mieścił się skład opałowy. Może nie wiesz, co to jest skład opałowy? Sprzedawano w nim węgiel, po prostu. Węgiel do palenia w piecach, którymi ogrzewało się mieszkania. Kupowało się tam również szczapki drewna. Najlepsze były takie mocno pachnące żywicą, bo ogień zajmował je szybko, a potem pomarańczowe jęzory płomieni ogarniały czarne, połyskliwe kawałki węgla, które zamieniały się w rozgrzane, płonące bryły. Skład opałowy na Smolnej należał do pana Kukułki, nie pamiętam już jego imienia, ale właśnie to nazwisko dodało France otuchy, brzmiało swojsko, ponieważ jej babcia była z domu Dzięcioł. Weszła odważnie do bramy obok składu opałowego i dopiero tam stanęła zaskoczona. Pomieszczenie, w którym się znalazła, w niczym nie przypominało ani klatki schodowej, ani długiego przejścia między ulicą i podwórzem, jakie czasami widywała w domach dziewczynek, którym udzielała korepetycji. Ściany były tu wyłożone lśniącymi kafelkami koloru ciemnego miodu i dopiero po lewej stronie obszernego holu marmurowe stopnie prowadziły na właściwą klatkę schodową. Po nich Franka weszła już mniej odważnie.
Drzwi, przed którymi stanęła, były wysokie, z mosiężną błyszczącą gałką zamiast klamki. Wytworna tabliczka z wygrawerowanymi fantazyjnie literami nazwiska na pewno onieśmieliła Frankę do reszty, ale w końcu przemogła się i nacisnęła przycisk dzwonka, okrągły, wypukły jak miętowa pastylka. Spoza drzwi dobiegł jego cichy brzęczyk. Nikt wtedy nie wiedział, że to był pierwszy sygnał Franki wchodzącej w życie naszego domu, nawet ona sama.
Nie nadaję się, pomyślała sobie zapewne, ale nie uciekła, bo o tym, że się nie nadaje, wiedziała od pierwszej chwili. Ogłoszenie, które poprzedniego dnia znalazła w gazecie, bardzo ściśle określało warunki: Poszukujemy starszej wiekiem wychowawczyni do dwóch panienek. W zamian oddzielny pokój, całkowite utrzymanie, wysoka pensja. Konieczne dobre maniery, referencje i biegle opanowany francuski. A Franka miała dwadzieścia lat, była nieźle wychowana, ale zwrot „dobre maniery” kojarzył jej się wyłącznie z salonami, przyjęciami i sznurami pereł, referencji nie miała żadnych. Znała francuski, tak, francuski znała biegle. Otworzyła jej dziewczyna w szarej sukience, białym fartuszku i koronkowej przepasce na włosach. Franka powiedziała, po co przyszła.
– Chyba tu szukają kogoś innego...
– Czy mogłabym jednak z kimś porozmawiać?
– Jest tylko pani starsza.
Franka uśmiechnęła się, bo dziewczyna wyglądała na zakłopotaną, może ten uśmiech pomógł.
– Zapytam pani starszej. Proszę zaczekać, tu są krzesła.
Wskazała trzy stojące pod ścianą. Franka wybrała środkowe, obite szarym, wzorzystym brokatem, usiadła i teraz miała przed sobą wielkie lustro w złotej, ozdobnej ramie, przeraziła się, chyba oszalałam, przychodząc tutaj, pomyślała. Po latach śmiała się, opowiadając o tym, jak zobaczyła siebie w tym naszym wielkim, kryształowym lustrze: na brzegu krzesła mizerna osóbka, w zbyt luźnej, szarej sukience, z miedzianymi włosami zniszczonymi źle zrobioną trwałą, ponieważ fryzjerka za długo trzymała na nich gorące wężyki parowej ondulacji. Na tę fatalną fryzurę Franka wydała ostatnie grosze, bo szukając pracy, bardzo chciała jak najładniej wyglądać. Niestety, wyglądała okropnie, wiedziała o tym, więc kiedy znowu zobaczyła swoje odbicie, poczuła się na brokatowym krzesełku jak na z góry straconej pozycji.
– Może panienka wejść.
I właśnie z taką szopą na głowie, w okropnej sukience, z bladą buzią i podkrążonymi oczami, stanęła w końcu Franka przed „panią starszą”.
Nie widziałam jej, słyszałam tylko głos, nieśmiały, cichy, przez otwarte okno mojego pokoju dochodziły niektóre słowa. Babcia musiała być nimi szczerze zdumiona.
– Wydaje mi się, że nie dość dokładnie przeczytała pani nasze ogłoszenie, moje dziecko – powiedziała, to usłyszałam wyraźnie. – Szukamy wykwalifikowanej siły, nie sądzę, żeby pani miała doświadczenie.
– Nie mam – przyznała Franka.
– A więc?
Wyobraziłam sobie moją babcię. Z pewnością siedziała teraz w swoim fotelu z wysokim oparciem, ustawionym tuż przy szeroko otwartych drzwiach balkonowych. Przerwała czytanie popołudniowej gazety, kiedy przyszła do niej Wikcia z wiadomością, że właśnie zgłosił się ktoś w odpowiedzi na ogłoszenie, i zapewne patrzyła teraz na Frankę z uprzejmym zainteresowaniem, ale z odmową w spojrzeniu, bardziej nawet kategoryczną niż w słowach. Nie poprosiła, żeby Franka usiadła, chyba musiała stać przed nią, tak jak my stałyśmy zawsze przed babcią, kiedy zwracała nam uwagę na niestosowne zachowanie.
– A więc?
Co można odpowiedzieć na takie: „A więc?” mojej babci? Z własnego doświadczenia wiedziałam, że nic, jednak Franka odezwała się.
– Przykro mi – powiedziała krótko.
Usłyszałam to.
– Pani jest w trudnych warunkach? A rodzice?
– Zginęli niedawno w wypadku samochodowym.
– O, jakże mi przykro... – powiedziała zdawkowo moja babcia. – I kiedy to się stało?
– Pół roku temu, w Grecji.
– W Grecji? Pół roku temu? Nie słyszałam o takim wypadku.
Wyobraziłam sobie podejrzliwe spojrzenie babci. Zapewne zrobiła na France wrażenie osoby, która notuje w pamięci wszystkie wypadki samochodowe, jakie przytrafiają się na drogach Europy, Azji, obu Ameryk i Australii z Oceanią. W tych rejestrach nie figurowali rodzice Franki, a więc ona kłamała. Miałam ochotę odejść od okna, żeby nie słuchać dłużej tej okropnej rozmowy, która teraz dobiegała wyraźnie, bo Franka mówiła coraz głośniej.
– Tak, być może nie słyszała pani.
– Przykro mi, że osierocili panią. Nie zostawili żadnego zabezpieczenia?
– Zabezpieczenia?
Widać Franka zdumiała się dostatecznie wymownie.
– No cóż, ja...
Domyśliłam się, że moja babcia sięgnęła po torebkę.
– Nie! – zawołała Franka. – Nie przyszłam po prośbie!
– O, dziecko! Zaraz takie słowa, po prośbie... niech pani usiądzie, proszę... a ten francuski to skąd?
– Uczyłam się od dziecka, moja matka była Francuzką.
– Et alors, ma chère, nous pouvons parler français?
– Mais évidemment.
– C’est bien, racontez moi, s’il vous plaît, cet accident de vos parents.
Franka opowiedziała o przebiegu wypadku. Moja babcia nie przerywała jej, dopiero kiedy skończyła, i to po chwili milczenia, zapytała po polsku:
– A pani referencje?
– Nie mam referencji.
– Nie ma nikogo, kto może za panią ręczyć?
– Wydaje mi się, że ręczyć za siebie mogę ja sama.
– O! – powiedziała tylko moja babcia.
Przez chwilę w pokoju obok było cicho. Sądziłam, że Franka może już wyszła, ale w końcu babcia zapytała znowu:
– W której szkole zdawała pani maturę?
– U Królowej Jadwigi.
– A zatem pani dyrektorka, pani Marta Frankowska, może mi powiedzieć coś o pani. Nasze dziewczynki uczęszczają do Królowej Jadwigi. Starsza, bo młodsza pójdzie do pierwszej gimnazjalnej dopiero po wakacjach.
Usłyszałam mniej oficjalny, bardziej domowy ton w głosie babci. Wprost nie mieściło mi się w głowie, czyżby naprawdę miała się nami zająć zupełnie młoda osoba, a nie ta jakaś wykwalifikowana, starsza wiekiem wychowawczyni? Pamiętam, że nagle zerwał się wiatr i wepchnął do mojego pokoju tiulowe firanki, frunęły na podłogę notatki spisane na luźnych kartkach i blok rysunkowy, musiałam zamknąć okno. Zajęłam się układaniem papierów, a potem usiadłam przy moim biurku i sięgnęłam po pamiętnik, ale nie pisałam długo, bo uchyliły się drzwi i Wikcia zajrzała do pokoju.
– Pani starsza prosi, żebyście zaraz do niej przyszły, Irenko. Ty i panna Halszka.
Leżałam na hamaku pogrążona w myślach i wsłuchana w skrzypienie sznurów oplatających pnie klonów, kiedy poczułam na twarzy delikatne muśnięcie, ale to nie mógł być kleszcz. I nie był, bo kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam pochyloną nade mną Zosię, która cienkim piórkiem dotykała mojego policzka.
– Obudź się, ciociu Irenko...
– Nie śpię.
– Ależ spałaś, dlaczego się wypierasz, przecież to nic wstydliwego.
– Nie spałam.
– Spałaś.
Boże, najpierw Weronika każę mi się wspinać na hamak, twierdząc, że to dla mojego dobra, a teraz Zosia uważa, że ja śpię, kiedy nie śpię, czy doprawdy sądzą, że w swoich sprawach nie mam już nic do powiedzenia?
– Jeżeli uważasz, że śpię, to dlaczego mnie budzisz?
Odsunęłam ręką nieznośne piórko, którym ciągle łaskotała mnie Zosia.
– Budzę ciebie, śpiąca królewno, bo przyszedł twój książę.
– Jaki mój książę?
– Kochaś listonosz. Przyniósł emeryturę. Nie chciał mi jej zostawić, pewnie bał się, że ją zdefrauduję. I słusznie.
Zosia, niezłe dziecko, ale bywa irytująca, dlaczego mnie szarpie?
– Nie szarp mnie, Zosiu.
– Przecież nie szarpię, pomagam ci wstać z hamaka!
– Dam sobie radę.
Stanęła z boku i przyglądała się moim zmaganiom z hamakiem, który, kiedy dotykałam już stopami ziemi, nagle wyskakiwał spode mnie tak, że rozpaczliwie wczepiałam się rękoma w siatkę, a kiedy siadałam na nim z powrotem, umykał w górę razem z moimi sztywno wyprostowanymi nogami.
– Stoisz, Zosiu, jak drąg, zamiast podać mi rękę!
– Jesteś nieznośna, ciociu! Nie wiem, doprawdy, za co ciebie kocham! – śmiała się.
– Może za moją emeryturę, z której czasami możesz sobie cokolwiek pożyczyć?
– Oddaję!
– To prawda.
– Masz u mnie dziesięć złotych! – przypomniała sobie nagle. – Na śmierć zapomniałam.
– To może nie mam u ciebie dziesięciu złotych, bo ja też o tym zapomniałam, więc jesteśmy kwita.
Kiedy Zosia wydobyła mnie wreszcie z hamaka i szłyśmy ścieżką w stronę domu, z daleka zobaczyłam listonosza stojącego przy furtce, biedaczysko, smażył się w słońcu. Zrobiło mi się go serdecznie żal.
– Dlaczego tak lecisz, ciociu, doprawdy, nie sposób za tobą nadążyć!
– Nie mogę ci jakoś dogodzić, raz jestem dla ciebie za stara, raz za młoda. Dzień dobry, panie Henryku! Czy napije się pan zimnej coli? – zawołałam w stronę furtki.
– Z wielką radością, panie mecenasie.
Zawsze mówił, że mecenas może być tylko rodzaju męskiego, a że lubił tytułować swoich klientów, więc po prostu mówił do mnie panie mecenasie. Widząc, że się zbliżamy, ruszył w stronę ganku i niemal jednocześnie przysiedliśmy sobie na ławce. Podpisałam odbiór emerytury, a on, przeglądając plik listów, które wyjął z czarnej skórzanej torby, sprawdzał, czy nie ma dla nas jeszcze jakiejś korespondencji. Zosia stanęła przed nim ze szklanką zimnej coli w ręku. Podziękował i zaczął pić długimi łykami, a my, jak urzeczone, wpatrywałyśmy się w tajemnicze jabłko Adama, które poruszało się w jego chudej szyi. Potem pan Henryk zwrócił Zosi szklankę i znowu zaczął przeglądać listy. Przy jednym zatrzymał się dłużej i dokładnie sprawdził nazwisko adresata.
– Mam coś dla panny Zosi.
Panna Zosia myślała, że to żarty. Listy w życiu panny Zosi były zupełną rzadkością, bo panna Zosia porozumiewała się ze światem przy pomocy Internetu i w ten sam sposób świat porozumiewał się z panną Zosią. A tu, proszę, żaden tam e-mail, tylko żywy list, prawdziwy, w kopercie ze znaczkiem, zaadresowany długopisem i z jakąś literą na odwrocie, co musiało być szczególnie ważne, bo uszczęśliwiona Zosia wprost nie mogła oderwać od niej wzroku. Nagle spojrzała w moją stronę, jakby się obawiała, że rzucę się na jej korespondencję i nie wiem, podrę ją na strzępy, zjem albo oddam z napisem „zwrot”. Ponieważ nawet nie zapytałam, od kogo dostała list, Zosia podziękowała panu Henrykowi z miną damy, dla której otrzymywanie korespondencji zwykłą pocztą jest po prostu bułką z masłem, i weszła do domu. Pan Henryk pokręcił głową i westchnął współczująco.
– Zaczyna się, biedna pani prezesował A do tego z Zosi zrobiła się ładna panienka, za rok torba mi trzaśnie od jej amorów.
Nie chciałam źle wróżyć panu Henrykowi, ale pomyślałam, że za rok to on może chodzić z pustą torbą, chyba że Internet nie nadąży z przekazywaniem miłosnych uniesień zakochanych par. Tego dnia Zosia nie zeszła na obiad. Powiedziała, że boli ją głowa. Nie zeszła też na kolację, twierdząc, że nie jest głodna. Przed północą zjadła ułomek zimnego kalafiora i zagryzła go małą, surową marchewką. Nie zeszła na śniadanie, powiedziała, że wstała w nocy i zrobiła sobie tak ogromną kanapkę, że jeszcze teraz nie może myśleć o jedzeniu.
Następnego dnia po południu dała się namówić Weronice i pojechały razem do kina. Miałam ochotę wybrać się z nimi, ale w końcu zostałam, ponieważ, przyznaję się otwarcie: chciałam pobyć w pokoju Zosi. Nie po to, żeby grzebać w jej rzeczach, przeglądać papiery, szukać listów, sprawdzać korespondencję w Internecie. Po prostu chciałam usiąść w jej fotelu. Przy jej biurku zapatrzyć się na widok za oknem. Chciałam znaleźć się w otoczeniu, w którym ona myśli i czuje, kiedy zamyka drzwi i zostaje sama. Myślałam, że jeśli na chwilę przysiądę w jej świecie, łatwiej go zrozumiem, bo nie zawsze mi się to udawało, naprawdę weszłam tu tylko dlatego. Wiem, że każdy pokój ma swój nastrój, zapach, w każdym inaczej słychać życie i milczenie przedmiotów. W każdym inaczej trzeszczy lub nie trzeszczy podłoga, w różnych pokojach ten sam materiał inny jest w dotyku, w każdym ten sam kolor widzi się inaczej.
Myślałam również, że kiedy tak usiądę sobie na fotelu Zosi, w ciszy jej dziewczyńskiego pokoju wróci do mnie ślad mojej własnej młodości, o której tyle ostatnio myślałam. Wróci nie przez podobieństwo, ale przez różnicę, nie wrócił żaden ślad, bo nie było tu dla niego miejsca.
Weszłam i już od drzwi zobaczyłam zostawione na podłodze nożyczki, a obok nich kolorowe tygodniki z rozrzuconymi strzępami stron. Na tapczanie leżały wycięte z nich sylwetki dziewczyn, starannie ułożone jedna obok drugiej jak modelki idące po wybiegu, smukłe, zgrabne, szczupłe. Zdążyłam sobie jeszcze przypomnieć, że przecież ja też zbierałam w dzieciństwie zdjęcia swoich ulubionych aktorek, ale przestałam o tym myśleć, bo nagle zobaczyłam stojącą na monitorze komputera lalkę Barbie. Może nawet tę samą, którą kupiłam Zosi parę lat temu, kiedy wyrosła już z pluszowych zwierzaków i marzyła o niej. Teraz strzępiaste, jasne włosy Barbie sztywno sterczały w tyle głowy, a z pustej twarzy patrzyły na mnie puste oczy. Stała na wymodelowanych, sztywnych nogach, chude ręce miała wygięte jak gałęzie drzew. I była naga. Przed wiszącym na ścianie lustrem Zosi, tym samym, w którym kiedyś zobaczyła siebie Franka, leżała na podłodze żółta taśma krawieckiej miarki. Wyszłam.
Czekałam na powrót Weroniki i Zosi, ale czekałam już w swoim pokoju. Ciągle jeszcze czułam się w nim obco, chociaż mąż Weroniki naprawdę bardzo chciał odtworzyć tu klimat mojego poprzedniego domu. Pamiętam, że kiedy wspólnie podjęliśmy decyzję o tym, że chociaż na trochę przeniosę się do nich, Lucjan długo chodził po moim mieszkaniu, tak jakby chciał nauczyć się na pamięć nie znanych mu dotąd przyzwyczajeń i upodobań.
– Nie denerwuj się, ciociu – zapewniał mnie. – Będzie dobrze, zobaczysz.
Był drugim mężem Weroniki.
– Nie martw się, tym razem doskonale wybrałam – uspokajała mnie, kiedy przyszła, żeby mnie zawiadomić o swoim ponownym małżeństwie. – Duży dom pod Warszawą, ogród, świetny samochód, dobrze prosperująca firma, mówię ci, kochana, żyć nie umierać.
„Mówię ci, kochana!”, zupełnie jakbym słyszała moje dwie przyjaciółeczki z warzywniaka na rynku. Skąd Weronika wzięli ten ton, ten ruch ręki, którą kładła sobie na dekolcie? Wymieniał zalety Lucjana, zachwalając go jak dobrą inwestycję, które wreszcie udało jej się dokonać, bo przecież długo biedowałi u boku Leszka, wiecznie zadłużona, skłopotana małym dzieckiem, cała w niepowodzeniach i łzach, a potem w jeszcze większych łzach, kiedy w końcu ten Leszek ją rzucił.
Widywałyśmy się tylko w czasie świąt, bo nowy związek tak bardzo ją absorbował, że nie miała czasu na jakieś tam ciotki. Wydawała przyjęcia. Wiecznie latała do kosmetyczki, pewnie dlatego, że nigdy dotąd nie mogła sobie na to pozwolić. Zrobiła prawo jazdy i Lucjan kupił jej samochód, na który ludzie patrzyli z podziwem, zwłaszcza czegoś policjanci. Nagle zaczęła znać się na operze, może sądziła, że znać się na operze jest w dobrym tonie, a może poszła raz, a potem to ją naprawdę wciągnęło. Widziałam Weronikę w telewizji na migawkach z jakichś premier, bo siadywała w trzecim rzędzie, sama najczęściej, ponieważ Lucjan ciągle był zajęty zarabianiem pieniędzy, nawet wieczorem, aż wreszcie zbankrutował. Mam na myśli wyłącznie to, że nagle wszystko wróciło do normy, chociaż ciągle powodziło im się jako tako. Weronika oprzytomniała jakoś, zaczęła zastanawiać się nad swoimi wydatkami i nawet mnie odwiedzała co najmniej raz w tygodniu. Cieszyła się, że lubię Lucjana, bo naprawdę go lubiłam, nawet zanim powinęła mu się noga na handlu z Białorusią, a jak już to się stało, zaczęłam wprost przepadać za nim. Zosia zawsze za nim przepadała, bo starał się być dla niej bardzo dobrym ojczymem i wtedy, kiedy miał pieniądze, i wtedy, kiedy ich nie miał. Biedna Weronika stopniowo też stawała się coraz milsza, a jak już zaczęła chodzić do kosmetyczki tylko raz na pół roku, doprawdy nie mogłam jej niczego zarzucić. Zaniepokoiłam się trochę, kiedy oboje wpadli na pomysł, żeby stworzyć w obszernym domu Lucjana prawdziwą wielopokoleniową rodzinę i nagle stałam się potrzebna jako babcia, bo Marysia, prawdziwa babcia, mieszkała w Stanach.
Najpierw zaproponowałam w zamian za siebie swoją kanapę, cudem ocalałą ze Smolnej, ale daremnie zachwalałam jej wiek i historię, uparli się przy mnie. Zgodziłam się wreszcie po długich pertraktacjach, ale pod warunkiem, że moje mieszkanie nie zostanie sprzedane, tylko wynajęte, tak, żebym zawsze mogła do niego wrócić, i że pozostanę w rodzinie ciocią, bo nagły awans na babcię zupełnie mi nie odpowiadał, mimo że w końcu byłam dla nich jakąś tam babcią.
Ucieszyli się, chociaż Weronika zarzuciła mi, że jestem próżna i najwyraźniej chcę ukryć swój wiek, natomiast Lucjan zaczął urządzać mnie w swoim domu z dbałością, za którą byłam mu naprawdę wdzięczna. Na szczęście Weronika dostrzegła jego prawdziwe zalety i w końcu odkryła, że jej mąż, mimo ograniczonych możliwości finansowych, jest jednak interesującym mężczyzną. Stało się to w pięć lat po ich ślubie, ale bywa przecież, że takie olśnienia nie zdarzają się w ogóle, zwłaszcza kiedy małżeństwo zaczyna się od pochwały dobrze prosperującej firmy. Nagła przemiana, która nastąpiła w Weronice, nie zmieniła faktu, że ona była zupełnie, ale to zupełnie inna niż Franka.
Franka, kiedy ją zobaczyłam pierwszy raz, wydała mi się brzydka. Może dlatego, że ciągle jeszcze na jej twarzy widać było nieszczęście, które ją dotknęło, a nieporadna szarobura żałoba podkreślała jeszcze bardziej bladość twarzy i tę koszmarną fryzurę, z której tak zadrwił Krzyś w czasie pierwszej wspólnej kolacji.
– U którego fryzjera pani się czesze, panno Franko?
Franka spojrzała na niego i nie odpowiedziała, bo napotkała kpiące spojrzenie i to ją speszyło. Nasza mama tylko pokręciła głową i westchnęła, ona w ogóle nie miała zwyczaju zwracać nam uwagi, a już na pewno nie karciła Krzysia, bo miała do niego szczególną słabość. Wychowywanie dzieci było w naszym domu domeną babci, aż dziwne, że to nie ona nas urodziła. I to babcia syknęła boleśnie:
– Sssss... Krzysiu! Panna Franka jutro idzie do mojego fryzjera, który zmieni jej uczesanie, omówiłyśmy już tę sprawę, a ty, mój chłopcze, zajmij się raczej swoją mikrobiologią, czas najwyższy.
Krzyś studiował medycynę i do egzaminu z mikrobiologii miał wkrótce podejść drugi raz, więc skrzywił się tylko na tę przyganę. A ja, siedząc obok Franki, ciągle spoglądałam w jej stronę, bo chociaż wydawała mi się taka brzydka, od pierwszej chwili poczułam do niej sympatię, może dlatego, że nie była starszą wiekiem wychowawczynią, która nam groziła, tylko młodą dziewczyną niewiele starszą od Halszki.
– Jak się pani czuje w swoim pokoju? – zapytał mój ojciec, podając France koszyczek z pieczywem.
– Dobrze, proszę pana, bardzo mi się podobają firanki, są piękne.
– Francuskie! – z zadowoleniem wyjaśniła ich pochodzenie babcia. – Kupiłam je w Nicei. Cieszę się, że mamy podobny gust. Chciałabym, żeby pani zwracała uwagę Irence, ona wiecznie trzyma łokcie na stole.
Franka spojrzała na mnie i powiedziała krótko:
– Irenko!
Wtedy babcia uśmiechnęła się do mojego ojca i chociaż nie odezwała się, wyraźnie oczekiwała pochwały: dobrze zdecydowałam, Sewerze, prawda? Odpowiedział jej podobnym uśmiechem i skinął głową, Franka zapewne wtedy po raz pierwszy zobaczyła, jak pięknie opanowali sztukę rozmowy bez słów.
Pamiętam, że podczas tej kolacji moja obrażona siostra Halszka siedziała w milczeniu. Uważała, że powinna obywać się bez wychowawczyni, i miała żal do mamy, że nie stanęła w jej obronie, kiedy prosiła o to. Mama jednak tak jak nas nie karciła, tak i nie stawała w naszej obronie, bo albo miała migrenę, albo próbę, albo wieczorem grała w teatrze i musiała mieć święty spokój. W naszym domu naprawdę wszystkim rządziła babcia, ale mama przyjmowała to z ulgą, chociaż czasami w odpowiedzi na czyjeś zaproszenie mówiła ironicznie: „Przyjdę chętnie, jeżeli teściowa mi pozwoli”. Wtedy babcia odwracała głowę i udawała, że tego nie słyszy, ponieważ była damą. Naprawdę. Moja babcia była damą aż do wybuchu wojny, później też, ale później była już damą okupacyjną, co było o wiele trudniejsze niż takie sobie zwykłe bycie damą jak dawniej.
W końcu Franka zdjęła żałobę. Buzia wypełniła jej się i poróżowiała, biust zaokrąglił, a włosy nagle okazały się dla twarzy wspaniałą, miedzianą ramą, która wszystkich zachwycała.
– Ciebie, Franko, namalował chyba Renoir w chwili natchnienia! – zawołał kiedyś przy obiedzie Krzyś, wpatrując się w nią jak w prawdziwy obraz. – Czy ty w ogóle wiesz, jak bardzo jesteś piękna?
– Krzysiu! – wołała moja babcia. – To niestosowne!
A Franka przez stół śmiało patrzyła Krzysiowi w oczy, ponieważ wtedy ona go bardzo kochała. Mama przysłuchiwała się temu bez słowa, tylko nikły uśmiech znieruchomiał na jej twarzy, trochę sceptyczny, trochę przekorny, widać rozbawiła ją uwaga babci. Siedziała na krześle nieco odsuniętym od stołu i ustawionym na skos. Rękę trzymała na obrusie, ułożoną wzdłuż sztućców, druga bezwładnie zwisała na fałdach wzorzystej sukni jak jeszcze jedna smuga. Ta niedbała poza musiała bardzo drażnić moją babcię, która przywiązywała wielką wagę do posiłków. Do ich jakości, sposobu podania, a potem do odpowiedniego zachowania przy stole.
– Ten, kto umie przyzwoicie jeść, przyzwoicie żyje, to tylko pozornie nie ma żadnego związku – powiedziała kiedyś.
Halszka wzruszała ramionami, ale jadła porządnie, w ogóle zachowywała się tak, żeby broń Boże nie dać France okazji do zwrócenia sobie uwagi. Była dla niej grzeczna, chociaż starała się akcentować swoją niezależność, której nikt nie chciał uznać. Franka zawsze przedstawiana była naszym krewnym i znajomym jako: „panna Franka, wychowawczyni naszych dziewczynek”. Mój ojciec bardzo ją polubił. Tata był wysoki, szczupły, z obrzmiałą lekko twarzą. Miał niebieskie, blade oczy i ciemne włosy posiwiałe na skroniach. Nie będę czekała na odpowiedni moment, wyprzedzę kolejność zdarzeń. Zginął w Katyniu.
Lubił opowiadać France o błahych sprawach związanych z naszą rodziną albo z domem na Smolnej, a ona lubiła o nich słuchać.
– Na czwartym piętrze mieszkała pani Pękosławska, to właśnie z jej mieszkania wyjeżdżał na Zamek Wojciechowski, żeby objąć swój urząd prezydencki. Pani Pękosławska była jego teściową. Nie wiem, dlaczego wyjeżdżał stąd, może pani Pękosławska była kobietą, która najpiękniej umiała mu zawiązać krawat.
– Krawat? Sewerze! To z całą pewnością była muszka! – zaoponowała babcia.
– Mama zawsze taka drobiazgowa! Proszę, niechże mama zgodzi się na krawat!
– Nie mogę, jestem przekonana, że to była muszka. Tak czy inaczej, pod nasz dom nadjechał powóz zaprzężony w białe konie i prezydent Wojciechowski...
– Właśnie tak to bywa, kiedy opowiadam komuś to zdarzenie, panno Franko! Zaczynam, ale do powozu to już prezydenta odprowadza moja matka!
– Słuchałam tego tysiąc razy – wzdychała mama. – Zaraz dowiesz się, Franko, jakim oryginałem jest stary Branicki!
– A czyż nie jest oryginałem? Niech pani posłucha, panno Franko...
W naszym domu tylko mama mówiła France po imieniu, kiedy poprosiła o to babcię, ona odmówiła stanowczo:
– Na tę formę jest jeszcze za wcześnie, moje dziecko.
Słysząc to, mama zawołała natychmiast:
– Ja chętnie! Jesteś przecież w wieku mojego syna, a poza tym w ten sposób będziesz się czuła u nas jak w rodzinie.
No i Krzyś, później również Krzyś, ale dopiero wtedy, kiedy oboje oswoili się ze swoją obecnością w domu i kiedy Franka przywykła do zaczepnych pytań, którymi lubił ją peszyć.
– Czy dziewiczy wianek można nazwać kapeluszem, panno Franko?
Musiało minąć trochę czasu, zanim zaczął traktować ją zwyczajnie i zanim Franka, patrząc na niego, zaczęła uśmiechać się i przechylając głowę, dotykała ust wskazującym palcem, co z pewnością robiła zupełnie bezwiednie. Halszka wznosiła oczy do góry, jakby w niebiosach chciała znaleźć ratunek dla Franki.
– Głupia... – powtarzała, kiedy zostawałyśmy same. – Kompletna idiotka.
– Wiesz, babcia mówiła mi, że jej rodzice zginęli w wypadku... – starałam się wzruszyć Halszkę.
– Wiem.
– Oboje jednocześnie, to przecież musiało być straszne!
Halszka nie odpowiedziała, dopiero po chwili zapytała mnie z zastanowieniem:
– A nie wiesz, czy oni się kochali?
– Tak, bardzo.
Wtedy Halszka schyliła się w moją stronę i powiedziała szeptem, jakby mi zdradzała tajemnicę:
– Więc to szczęście dla nich, że zginęli razem. Prawda, że to szczęście?
Nigdy o tym nie myślałam. A Halszka pomyślała. Pomyślała już wtedy.
Czekając na powrót Zosi i Weroniki z kina, zrobiłam im sałatkę jarzynową. Z jabłkiem, bo obydwie lubiły z jabłkiem. Później zadzwonił Lucjan, który od tygodnia był w sanatorium i chciał się dowiedzieć, co słychać w domu.
– Ginę z nudów! – użalał się.
– A jak twój kręgosłup?
– Wolę być krzywy niż znudzony.
– Ja tam na twoim miejscu, Lucjanie, wolałabym być znudzona niż krzywa.
– Tęsknię za wami, powiedz to, ciociu, moim panienkom.
– One też za tobą tęsknią. Weronika mówiła mi wczoraj, że dom bez ciebie staje się domem bez duszy.
– Albo ty to zmyśliłaś, ciociu, albo w Weronice budzi się poetka.
– Ja to zmyśliłam.
– Co jeszcze mówiła Weronika w takim razie?
– Że bardzo ciebie kocha, że gdyby nie smażyła powideł ze śliwek, to zaraz pojechałaby do twojego sanatorium w charakterze wolontariuszki.
– Cudownie, ciociu, czy przychodzi ci na myśl jeszcze coś tak miłego?
– A to mało, Lucjanie?
– Czy Weronika bardzo się zdziwi, kiedy jej podziękuję za te czułe wyznania?
– Myślę, że bardzo.
– Nie będę ci zatem zawracał głowy tym, co ja chciałbym powiedzieć Weronice, bo sądzę, że zrobisz to w moim imieniu o wiele lepiej, prawda?
– Postaram się.
Wróciły skrzywione. – liii, marne to było! Nudy na pudy – narzekała Zosia.
– Tyle narobili hałasu, że taki wspaniały film, rewelacja, a wysiedzieć na nim trudno.
Weronika ściągnęła przez głowę trykotową bluzkę i została w samym staniku.
– Zrobiło się okropnie gorąco, myślałam, że skonam w tym kinie.
– Dzwonił Lucjan.
– O! I co mówił?
Weronika była uszczęśliwiona, kiedy przekazałam jej czułości od niego.
– Popatrz, ciociu, czy to nie nadzwyczajne, że on mnie po tylu latach tak bardzo kocha?
– Nadzwyczajne! – przyznałam. – Zrobiłam sałatkę jarzynową, Zosiu.
– Nie jestem głodna.
– Z jabłkiem.
– Ale ja nie jestem głodna. Najadłam się, wracając z kina.
– Czym tyś się tak najadła? Opowiada ci głupoty, ciociu. Przechodziłyśmy obok warzywniaka i kupiła sobie dwa kwaszone ogórki.
– Wiesz, mamo, ile kalorii mają dwa kwaszone ogórki?
– Nie liczę kalorii.
– A powinnaś, popatrz, jak wyglądasz! Ramiączka od stanika giną ci w tłuszczu, a co się dzieje tu, spójrz, o tu, na plecach.
Weronika usiłowała odwrócić głowę, żeby jakoś zobaczyć swoje plecy, ale technicznie było to niewykonalne, zwłaszcza że ostatnio narzekała na zespół bolesnego barku.
– Daj mi święty spokój, Zośka! Opowiedz jeszcze o Lucjanie, ciociu, jak on mówił? Tęsknię za moim skarbem?
– Tęsknię za moim skarbem.
– Czy dobrze go słyszałaś?
– Bardzo dobrze.
– Kochany Lucjan, uwielbiam go! Zosiu, bardzo proszę, zjedz chociaż trochę tej sałatki, popatrz, ciocia tak się napracowała z myślą o tobie.
– Może zjem w nocy.
– Co to za nowy zwyczaj, jedzenie po nocach?
– Teraz nie mogę, jest mi niedobrze.
Weronika sięgnęła po talerzyki, nałożyła sobie i mnie po trochu sałatki, a potem włączyła telewizor.
– Obejrzymy dziennik, ciociu. Wygodnie ci w tym fotelu? Proszę, to twój talerzyk, uważaj tylko, żebyś sobie majonezem nie zabrudziła sukienki.
Czasami ludzie umierają w porę, pomyślałam żałobnie o mojej babci, kiedy jej prawnuczka Weronika, trzymając talerz w powietrzu, usiadła na kanapie i oparła nogi na stojącym obok krześle.
– Wygodnie ci? – dopytywała troskliwie. – Może i tobie przysunę krzesełko?
– Wygodnie mi, dziękuję.
Przez chwilę oglądałyśmy wiadomości, ale nagle Weronika przycisnęła wyłącznik pilota. Jednocześnie odstawiłyśmy talerzyki, żeby nasłuchiwać charakterystycznych odgłosów dobiegających z łazienki. Weronika przysłoniła usta rękoma i patrzyła przed siebie w osłupieniu.
– Jestem przerażona! – powiedziała wreszcie. – Ciociu, czy to możliwe, żeby Zosia była w ciąży?
Skąd mogłam wiedzieć, czy to możliwe? Przecież na to pytanie odpowiedź znała tylko Zosia. Weronika wytarła ręką spocone czoło.
