Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Krystyna Siesicka pisze swoje powieści na komputerze i już od dawna przekazuje nam dyskietki. Na Wasze sprawy i na Was samych, Pani Krystyna patrzy z czujną uwagą, z której później powstają książki. Skończyła dziennikarstwo, ale często o sobie mówi : Nie jestem ani dziennikarką, ani literatką. Jestem po prostu kociarą.
[Opis wydawcy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Książnica Stargardzka
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 126
Rok wydania: 2003
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KRYSTYNA SIESICKA
Między pierwszą a kwietniem
KRYSTYNA SIESICKA
Między pierwszą a kwietniem
Łódź 2003
Projekt okładki
Róża Buczkowska
Korekta
Joanna Pietrasik
© Copyright by Krystyna Siesicka
ISBN 83-88790-16-1
Wydawnictwo „Akapit Press”
Redakcja:
ul. Piotrkowska 204/210/248, 90-369 Łódź tel./fax (0-42) 636-12-14
Dział Handlowy: ul. Beczkowa 30/3, Łódź tel./fax (0-42) 680-93-70 www.akapit-press.com.pl e-mail: [email protected]
Druk: Drukarnia Księży Werbistów
86-134 Dragacz, Górna Grupa, ul. Klasztorna 4 tel.(0-52) 33-06-377
www.drukarnia-svd.com.pl
ISO 9001, ISO 14001
Pociąg przyjechał z dwugodzninnym opóźnieniem, więc o trzeciej w nocy stanęłam na pustym peronie i rozejrzałam się bezradnie. Padał śnieg, gęsty pierzasty jak ryżowe płatki. Budynek dworca, od którego dzielił mnie tor, wyglądał martwo i obco. Światła, mdłe spoza okien poczekalni i ostre jarzeniowej lampy nad wejściem, kłóciły się ze sobą. Nie był to dworzec, który zaprasza, przeciwnie. Z boku ciemne zabudowania, dalej daszek, a pod nim rzucone belki z wystającymi ostrymi prętami. Z drugiej strony budynku wąskie przejście, pewnie na plac przed dworcem, drewniany parkan pomalowany siną farbą. Możliwe, że za tym wszystkim rozciągało się miasto przyjazne i gościnne, jak pisała Maria, czarujące zawiłością uliczek i położone, mamo, na różnych wysokościach, zresztą zobaczysz.
Ogarnęło mnie zniechęcenie. Trzy ciężkie walizki, ręczny bagaż, pusty peron, mróz i żywej duszy dokoła. Mój mąż wyjdzie po ciebie, mamo, możesz być spokojna. Mieszkamy trzydzieści kilometrów od stacji, więc przypadkiem nie wybieraj się z dworca sama.
Nie wybieraj się sama, to znaczy stój tutaj, na peronie, i czekaj cierpliwie, dopóki nie pojawi się zwariowany literat, któremu zachciało się mieszkać na odludziu i którego ciągle nie było, chociaż mój pociąg przyjechał z tak dużym opóźnieniem, nie mówiąc już o moim opóźnieniu, które trwało lata. Postawiłam kołnierz płaszcza, ubierz się ciepło, bo u nas jednak jest zimniej, i wsunęłam ręce w kieszenie. Jestem przekonana, że polubisz mojego męża, chociaż nie jest łatwy.
Nie był łatwy, rzeczywiście. W którąkolwiek stronę odwróciłam głowę, śnieg padał mi prosto w twarz, a on się nie pojawiał. Łatwy, trudny, ale niechby w ogóle był. Czułam, że drętwieje mi skóra na policzkach i marzną palce stóp. Pierwsze chwile mogą być zawiłe, mamo. Sądzę, że tak ostatecznie rozstrzygając swoje problemy, decydujesz się na życie nie mniej ich pełne. Zrobimy wszystko, żeby ci pomóc. Zaczęłam przytupywać. Pierwsze chwile istotnie były zawiłe. Przypomniałam sobie rady mojej kosmetyczki, która zalecała mi gimnastykę mięśni okalających usta, co podobno miało przeciwdziałać zmarszczkom. Stałam więc przytupując i wykrzywiałam usta na wszystkie strony z nadzieją, że co dobre na zmarszczki, będzie równie dobre na rozgrzanie zziębniętych policzków. Musiałam wyglądać idiotycznie.
Nagle trzasnęły drzwi i na peron wpadł wysoki mężczyzna w krótkim baranim kożuchu. Znieruchomiałam. Rozejrzał się w prawo, w lewo, wreszcie spojrzał przed siebie. Uniósł rękę w niefrasobliwym geście powitania, zupełnie tak, jakbyśmy spotykali się w umówionej kafejce i jakby dziwił go fakt, że dziewyczyna siedzi przy stoliku na długo przed umówioną godziną. Przeskoczył tor i zbliżył się do mnie bez śladu zakłopotania na twarzy. Wyciągnęłam do niego rękę, którą uścisnął krótko i energicznie. Rzeczowo wyjaśnił mi, że usnął w samochodzie przed dworcem, sięgnął po dwie większe walizki, zostawiając mi mniejszą i podręczny bagaż. Skoczymy przez tor, powiedział, bo do przejścia jest daleko. No, więc skoczyliśmy przez tor, i to wydawało mi się miłe, ponieważ najwyraźniej nie wykazywał szacunku dla moich lat, co kobietom w naszym wieku zawsze poprawia samopoczucie.
Z tej strony dworca było lepiej niż z tamtej. Jarzeniówki świeciły pomarańczowo, grube warstwy śniegu leżące na gałęziach łagodziły ciemne kontury. Mąż mojej córki otworzył bagażnik i wrzucił do niego walizki, bez zbytniej dbałości o ich ułożenie. Zauważyłam, że drzwiczki samochodu były nie domknięte, więc otworzyłam je, zajęłam miejsce obok kierowcy i czekałam, aż on sam się upora z oczyszczeniem przedniej szyby, zaszronionej i w dole przysypanej śniegiem. Potem widziałam, jak otrzepuje kożuch i jak zabawnie potrząsając głową, ręką strzepuje z ciemnych włosów białe płatki tego ryżu, który ciągle padał. Tupnął kilka razy masywnymi butami, później usiadł obok mnie, przekręcił kluczyk w stacyjce i powiedział, że trzeba chwilę zaczekać, ponieważ silnik musi się rozgrzać. Skinęłam głową ze zrozumieniem, wyjął paczkę papierosów, poczęstował mnie, wzięłam, podsunął zapałkę, zapaliłam, on zapalił, silnik rozgrzewał się, a my milczeliśmy zgodnie.
Pomyślałam, że skoro używa zapałek, pomysł z zapalniczką był dobry i że była to chyba ostatnia rada Ronalda, której posłuchałam, i że już nigdy nie będę słuchała żadnych jego rad, ani jego zresztą, ani niczyich, będę słuchała tylko siebie i koniec. Uczucie wielkiej ulgi. Westchnienie wielkiej ulgi. I wtedy Piotr zapytał mnie, jaką miałam podróż. Wysunął nogi do przodu, włączył bieg, samochód ruszył.
- Dobrą - powiedziałam. - Dziękuję.
- A w Warszawie?
- Wzięłam taksówkę i z lotniska pojechałam prosto na Dworzec Centralny.
- Dużo emocji?
Nie mogłam odpowiedzieć na tak zadane pytanie. Widocznie moje milczenie miało jednak jakąś wymowę, bo Piotr na sekundę odwrócił głowę i spojrzał na mnie.
- No, tak - powiedział, jak gdyby za mnie.
I znowu przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. A potem odezwałam się, trochę nawet nieoczekiwanie dla siebie.
- Może kiedyś opowiem ci o tym, ale jeszcze nie teraz.
- Rozumiem.
- Chyba niczego nie rozumiesz.
Znowu spojrzał na mnie przelotnie, na chwilę odrywając wzrok od jezdni, którą miał przed sobą. Skorzystałam z tych sekund i uśmiechnęłam się do niego.
- Być może rozumiem - powiedział. Ale będę czekał.
- Na co?
- Na pani zaufanie.
Na pani zaufanie. Byłam ciekawa, jak zwróci się do mnie. Jego dopiski w listach Marii wydawały mi się zawsze zdawkowe i formalne. Zwracał się jednocześnie do mnie i do Ronalda, używając zwrotu „kochani”. Jednakże wtedy byliśmy dla siebie anonimowi, teraz już nie, teraz weszłam w jego życie, możliwe nawet, że ten fakt nie budził jego zadowolenia. Nie dopisał się do ostatniego listu Marii i nawet niepokoiło mnie to trochę.
- Masz zamiar mówić do mnie „pani”? - zapytałam po chwili.
- Matkę ma się tylko jedną. Przepraszam.
Podobało mi się.
- Na imię mam Justyna, wiesz o tym.
Teraz ja spojrzałam na niego. Uniósł brwi i uśmiechnął się.
- Wiem o tym, oczywiście.
- Proponuję Justynę.
- Dziękuję.
Zgasiłam papierosa i wyjęłam z torebki miętowe cukierki. Podsunęłam mu. Spojrzał.
- Czy możesz mi podać? Jezdnia jest piekielnie oblodzona w tym miejscu. Czujesz, jak nas niesie w bok?
Wsunęłam mu do ust cukierka, byłam pewna, że nie będzie czekał, aż się rozpuści, tylko zgryzie go szybko. Nie omyliłam się.
- Chciałam cię od razu uprzedzić o jednej rzeczy. Nie czytałam żadnej z twoich książek. Czy jest ci przykro?
- Mam nadzieję, że może kiedyś sięgniesz po którąś.
- I ja tak myślę, ale do tej pory nie zrobiłam tego, chociaż Maria przysłała mi. Stawiałam wszystkie na półce jedną obok drugiej. Pięć, prawda?
Skinął głową.
- Miałam zamiar przeczytać przed wyjazdem, ale nie zdążyłam, po prostu. Nie czytałam tam w ogóle żadnych polskich książek.
- Z zasady, z braku czasu czy z braku ochoty?
- Z zasady.
- Mówisz dobrą polszczyzną. Twój prawidłowy akcent zdumiewa, jeżeli to prawda, że od dwudziestu lat unikałaś rozmów po polsku.
- Tak, to prawda.
Ogarnęła mnie radość. Chociaż to jedno udało mi się ocalić.
- Mogę o coś zapytać, Justyno?
- Tak.
- Czy Ronald bardzo ciężko to przeżył?
Och, dlaczego? Chociaż kilka dni, tydzień, dwa, żeby wszystko w sobie ułagodzić. Dalczego tak z miejsca? Papieros, miętowy cukierek i zaraz to pytanie. Czy ktoś, kto pisze książki, może być doprawdy aż tak nietaktowny?
- Bardzo ciężko.
- Może się dziwisz, że mówię o tym nie czekając nawet chwili, kiedy wejdziesz do naszego domu?
- Tak - odpowiedziałam szczerze.
- Niestety, nie mamy dużo czasu. Trzydzieści kilometrów przejeżdża się szybko, nawet jeżeli będziemy dalej jechać w tym tempie.
- Nie rozumiem.
- Muszę cię uprzedzić o jednej rzeczy, zanim zobaczysz się z Marią. Mnie też jest przykro, ale muszę, Justyno, przepraszam.
- Mów.
Może powiedziałam zbyt ostro, bo spojrzał na mnie niespokojnie i odezwał się dopiero po chwili, z wahaniem:
- Twój kontakt z Marią był bardzo luźny.
- Tak. Byłyśmy oszczędne w listach.
- Raczej Ronald, raczej on pisywał do Marii.
- Tak.
Znowu umilkł. Wreszcie powiedział krótko:
- Nie znasz Marii.
- Widziałam ją ostatni raz, kiedy miała pięć lat, więc nie mogę jej znać.
- Maria należy do kobiet z dość tradycyjnymi zasadami.
- Czy kobieta, która ma dwadzieścia pięć lat, może w ogóle mieć pojęcie o zasadach? Żeby mieć naprawdę pojęcie o zasadach, trzeba w życiu dobrze oberwać po łapach.
- I ja tak uważam. Natomiast Maria potępia ciebie i sądzę, że powinnaś wiedzieć o tym.
Coś mi się nie zgadzało w tym wszystkim.
- Jej list, w którym pisała o moim przyjeździe do was, był bardzo serdeczny i ciepły. Nie wiem, czy go czytałeś?
Nie odpowiedział. Spojrzałam na niego. Patrzył przed siebie, ale wiedziałam, że czuje mój wzrok na swojej twarzy.
- Czytałeś go?
- Sam dyktowałem ten list Marii.
- Zaskoczył mnie.
- Jeżeli jest aż tak zasadnicza, dlaczego zgodziła się pisać pod twoje dyktando?
- A to już inna sprawa. Zgodziła się. Ja natomiast, jeżeli sprawia ci to jakąkolwiek radość, uważam, że zrobiłaś wspaniale. Myślę, że poradzisz sobie z Marią.
- Nie jestem taka pewna. Teraz nie jestem pewna. W każdym razie lepiej, że wiem. Dziękuję ci.
- Zatrzymam się tutaj, chciałbym, żebyś wysiadła chociaż na trzy minuty. Słuchaj, stąd jest taki widok, że można zwariować ze szczęścia.
Zatrzymał wóz na poboczu, ale nie ruszaliśmy się z miejsc.
- W tym liście był taki zwrot: „Jestem przekonana, że polubisz mojego męża, chociaż nie jest łatwy”. Przypominasz sobie?
- Tak.
- Chyba Maria napisała to sama?
- Nie, Justyno. To ja sądzę, że mnie polubisz, chociaż nie jestem łatwy.
Ciągle nie mogłam uwierzyć. Ani jednego zdania od Marii? Ani jednego?
- Dyktowałeś jej cały list? Od początku do końca? Nie było w nim żadnego słowa, które pochodziłoby tylko od niej?
- Żadnego. Chciałbym...
Urwał gwałtownie. Patrzyłam wyczekująco, ale milczał.
- Chciałbyś...?
- Chciałbym, żebyś wysiadła - powiedział lekko, nie ukrywając, że ucieka od poprzedniej myśli, bo mówiąc uśmiechnął się żartobliwie.
Wysiadłam zatem. Noc była jasna od śniegu i księżyca. Nawet nie zauważyłam, że jechaliśmy pod górę. Przestało padać i widziałam przed sobą, w dole, miasteczko przysypane bielą, zabudowane ciasno, ciche i śpiące. Wczoraj o tej porze stałam przy oknie mojego pokoju w Londynie, żegnając na zawsze nocną Hillcroft Crescent, ulicę Ealingu, do której zdołałam przywyknąć, ale której nigdy nie pokochałam. Za mną stały zapakowane już trzy walizki, a w nich wszystko, co zabierałam, pode mną, w pokoju na parterze, Ronald przemierzał zapewne po raz tysiączny tej nocy trasę od okna do drzwi swojego gabinetu. To było wczoraj o tej porze, niepojęte. Nie wiem, jak długo staliśmy w milczeniu, patrząc na wtulone między pagórki miasteczko. Ani jednego słowa od Marii. Ani jednego.
- Zmarzniesz - powiedział Piotr łagodnie.
- Chwileczkę... - powiedziałam, nie panując nad drżeniem głosu.
Ani jednego słowa od Marii. A więc to tak, zrozumiałam: „chciałabym...” dać ci czas na pogodzenie się z myślą, że Maria nie czeka na ciebie. No, trudno. Trudno.
- To takie małe miasteczko.
Już się opanowałam. „To takie małe miasteczko” - powiedziałam spokojnie. Siedzieliśmy w samochodzie, kiedy wyjaśnił krótko: - Wielkie miasta nie są dla mnie. Duszę się.
- A Maria?
- Maria? - zawahał się. - Maria jest szczęśliwa, jeżeli znajduje się obok mnie. Wtedy sceneria w ogóle nie liczy się dla Marii.
Roześmiałam się.
- Czy to zarozumiałość?
- Nie. Klęska.
Przestałam się uśmiechać.
- Myślę, że inaczej wyobrażałaś sobie nasze spotkanie - powiedział po chwili.
- To prawda. Spotkania z Marią w tej chwili nie wyobrażam sobie w ogóle.
- Nie bój się.
- Po tym, co powiedziałeś? Jak mam się nie bać?
- Przecież jesteś odważna. Jesteś cholernie odważna.
Podziw zabrzmiał w jego głosie, a ja nie oponowałam, ponieważ sama myślałam podobnie.
- Gdybym wiedziała, że stosunek Marii do mojej sprawy jest taki, zatrzymałabym się w Warszawie. Nie ze względu na siebie, ale ze względu na nią.
- Popełniłabyś błąd. Masz w stosunku do Marii poczucie winy?
Otwartość jego pytań zaskakiwała mnie.
- Czasami.
- Dużo o tym myślałem. Bywało ciężko, prawda?
- Bywało. Zapalisz?
Podsunęłam mu paczkę papierosów, spojrzał.
- Dziękuję, wolę swoje.
Wyjął z kieszeni paczkę ekstra mocnych i podał mi. Wyciągnęłam papierosa i włożyłam mu do ust. Zaczęłam szukać w torebce swojej zapalniczki.
- To przecież beznadziejne, znaleźć coś w tym bałaganie. Zapałki leżą na półce przed tobą.
- Czy Maria - zapytałam, podając mu ogień - też miewa taki bałagan w torbce?
- O, nie. Maria nigdzie nie miewa bałaganu. Jest systematyczna.
- Kochasz ją?
- Myślę, że tak.
Zaciągnął się, wypuścił dym i dorzucił, nie wyjmyjąc papierosa z ust:
- Chwilami bardzo jej nie lubię.
- Za co?
- Za brak bałaganu na przykład. Za to, że ściąga włosy w tyle głowy i nie pozwala im żyć tak, jakby chciały. Nawet w nocy, nigdy nie widziałem jej włosów rozrzuconych na poduszce. A ma takie piękne, zobaczysz.
- Jest ciemną blondynką?
- Nie. Czysta miedź. Mijamy motel „Pod Sosnami”, po prawej stronie, jeden z lepszych w Polsce.
Zwolnił, odwróciłam głowę. Dwa związane ze sobą prostokąty, jeden niższy, drugi wyższy. Brązowe belki, białe kwadraty okien.
- Świetna kuchnia.
- Czy Maria dobrze gotuje?
- Dobrze. Jej specjalnością są pierożki z mięsem.
- Przysłała mi kiedyś książkę kucharską.
- Postawiłaś ją obok moich?
- Tak. Nie lubię gotować. I przywykłam do angielskiej kuchni.
- Nie wiem, czy...
- Nie po to wróciłam. Angielska kuchnia należy do mojej przeszłości.
- I twoje przyzwyczajenia?
- I moje przyzwyczajenia.
- Czy podjęłaś już jakieś decyzje?
- Właściwie nie. Chciałabym spędzić u was miesiąc i w tym czasie zorientować się w możliwościach, ponawiązywać kontakty. Potem coś postanowić.
Skinął głową ze zrozumieniem.
- Nie postanawiaj zbyt szybko.
- Nie mam zamiaru.
Wyjął z ust papierosa i trzymał go teraz między palcami prawej ręki, leżącej na kierownicy.
- Chcę cię prosić o coś, Justyno.
- Słucham?
Poruszył głową niespokojnie i poprawił się w fotelu.
- Gdziekolwiek będziesz w okresie Wielkanocy, przyjedź do nas.
- Dobrze.
- Nawet, jeżeli to będzie dla ciebie trudne?
Papieros między palcami drżał. Drżały palce. Było już coś między nami, co pozwalało mi przypuszczać, że nie dotknę go żadnym pytaniem. A jednak pytać nie chciałam.
- Obiecuję ci to.
Papieros wrócił do ust i Piotr zaciągnął się.
- Dziękuję.
W chwilę później, po dalszej drodze, która upłynęła nam w milczeniu, podjechaliśmy pod dom. Był położony na skraju wsi, parterowy, z dachem pochyłym, przysypanym śniegiem. Tylko w jednym oknie paliło się światło. Piotr podjechał pod drzwi wejściowe, które uchyliły się natychmiast. Jeszcze siedziałam w samochodzie, kiedy zobaczyłam Marię. Stanęła na ganku otulona białą, wełnianą chustą. Znieruchomiała i patrzyła w okna samochodu. Piotr wysiadł, otworzył drzwiczki z mojej strony. Wtedy ona zeszła ze stopnia, a ja niezgrabnie wydostałam się na zewnątrz i tak stałyśmy na wprost siebie, aż ona zbliżyła się i położyła mi rękę na ramieniu.
- Mamo - powiedziała dorosłym, obcym głosem, którego właściwie nigdy nie słyszałam.
I wtedy oparłam głowę o białą chustę i zaczęłam płakać tak rozpaczliwie, tak szarpiąco, tak nieoczekiwanie dla siebie.
- Przestań - powiedziała Maria i przytuliła policzek do mojej futrzanej czapki. - Przestań...
A potem ugięły się pod nami nogi i usiadłyśmy na ośnieżonym stopniu, i wszystko stało się zupełnie nie do zniesienia.
Poniedziałek
Drogi Ronaldzie,
jestem już od tygodnia i zgodnie z obietnicą piszę, żebyś wiedział, jak układa mi się wszystko. A więc, układa się zupełnie dobrze, chociaż są problemy, ponieważ Maria...
Poniedziałek
Drogi Ronaldzie,
minął już tydzień od mojego przyjazdu i zgodnie z obietnicą piszę, żebyś wiedział, jak układa mi się wszystko. A więc nie ma problemów, jestem zdrowa i w dobrej formie. Jedynie moje stosunki z Marią...
Poniedziałek
Drogi Ronaldzie,
dziś mija tydzień, więc jak obiecałam - piszę. Wszystko układa się po mojej myśli. Wysłałam już listy i zawiadomiłam moich kolegów, że wróciłam. Zima tu jest o wiele ostrzejsza niż u nas...
Poniedziałek
Drogi Ronaldzie,
dziś mija tydzień od mojego przyjazdu, więc piszę, tak jak obiecałam. Wszystko układa się po mojej myśli. Zima u nas jest o wiele ostrzejsza niż w Anglii, ale nie marznę, bo w domu ciepło, a ja nie chodzę na żadne dłuższe spacery. Dzieci w Polsce o tej porze mają zimowe wakacje, więc Maria spędza dużo czasu ze mną, chociaż korzystając z tego, że nie pracuje w szkole, odrabia zaległości w czytaniu prasy tygodniowej. Piotr siedzi nad swoją kolejną książką, a ja zaczęłam robić sweter z tej beżowej wełny, którą kupiliśmy u Sandersa przed moim wyjazdem. Dobrze zrobiłam, zabierając tę wełnę, ponieważ w pobliżu nie ma sklepów, w których można...
Wtorek
Drogi Ronaldzie,
wczoraj minął tydzień od mojego przyjazdu i tak jak obiecałam, piszę do Ciebie, żebyś wiedział, co się ze mną dzieje. Zima u nas jest o wiele ostrzejsza niż w Anglii, ale ja jestem zachwycona. Wiesz, jak lubię śnieg, w Londynie mam go zawsze za mało...
Piątek
Drogi Ronaldzie,
