Naugia. Tajemnica bariery - Tomaszewska Dorota - ebook
NOWOŚĆ

Naugia. Tajemnica bariery ebook

Tomaszewska Dorota

0,0

Opis

Magia, technologia i sekrety, które mogą odmienić wszystko!

Na Lawendowej Wyspie wszystko ma swoje miejsce. Każda Gildia – swoje zadanie, a każda historia – ustalony koniec.

Miłek, młody kronikarz z królewskiej Gildii Bardzosławnych, marzy jednak o czymś więcej niż tylko o zapisywaniu cudzych opowieści. Zamiast powielać dawne księgi, chce stworzyć własną historię. Od zera.

Gdy pewnego dnia dostrzega pulsowanie tajemniczej Bariery, której nie wolno dotykać ani badać, jego życie zmienia się na zawsze. Wraz z pomysłową Korą z Gildii Szybkobieżnych i odważną Tessą – księżniczką Szybkolotnych – wbrew zasadom wyrusza w podróż pełną sekretów i zapomnianych legend.

By poznać prawdę o Barierze, Miłek będzie musiał wykazać się odwagą, której nie uczą w żadnej Gildii – i stawić czoła próbom, jakie mogą odmienić całą krainę!

„Naugia. Tajemnica Bariery” to magiczna opowieść o dojrzewaniu, sile ciekawości i o tym, jak łatwo zgubić drogę, gdy świat każe ci być kimś, kim nie jesteś.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 251

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Roz­dział 1

„Mo­że to wca­le nie są zbęd­ne py­ta­nia”

– Czy ty mnie w ogó­le słu­chasz? – Ko­ra rzu­ci­ła przy­ja­cie­lo­wi ba­daw­cze spoj­rze­nie. – Po­dasz mi te na­rzę­dzia czy bę­dziesz tak ga­pił się w po­wie­trze? – Z te­atral­nym wes­tchnie­niem sa­ma się­gnę­ła po skrzyn­kę i sa­szet­kę z prosz­kiem Zo­rvii.

Za­my­ślo­ny Mi­łek wpa­try­wał się w wi­ru­ją­ce dro­bin­ki Zo­rvii, uno­szą­ce się le­ni­wie nad sto­łem.

– Hmm? Co? – mruk­nął w koń­cu, jak­by prze­bu­dzo­ny z głę­bo­kie­go snu. – Na­rzę­dzia? Ach, tak, już… Tyl­ko ta ba­rie­ra. To nie­sa­mo­wi­te, wiesz? Ta­ka ochro­na, a jed­no­cze­śnie… pu­łap­ka.

Ko­ra, któ­ra przed mo­men­tem z gra­cją od­sta­wi­ła do­rów­nu­ją­cy jej wzro­stem młot, prze­krzy­wi­ła gło­wę, pa­trząc na nie­go jak na ko­goś, kto wła­śnie oznaj­mił, że wi­dział la­ta­ją­cy na­le­śnik.

– Ba­rie­ra? – po­wtó­rzy­ła, uno­sząc brew. – Czy ty się przy­pad­kiem nie ude­rzy­łeś w gło­wę tym młot­kiem, co? A mo­że ci się coś przy­śni­ło?

Mi­łek wes­tchnął i wy­cią­gnął dłoń, pró­bu­jąc schwy­tać jed­ną z uno­szą­cych się dro­bi­nek. Jej blask za­tań­czył na pal­cach ni­czym iskier­ka.

– Nie, Zę­bat­ko, mó­wię po­waż­nie – za­czął, a w je­go gło­sie za­brzmia­ła nu­ta pa­sji. – Wi­dzia­łem ją. Ba­rie­rę. By­ła jak pul­su­ją­ce świa­tło na ho­ry­zon­cie, a po­tem… po­tem znik­nę­ła. Jak­by wca­le jej nie by­ło.

Przy­ja­ciół­ka przy­glą­da­ła mu się scep­tycz­nie, opie­ra­jąc dło­nie na bio­drach.

– Ale wy­obraź so­bie! – kon­ty­nu­ował upar­cie. – Bez tej ba­rie­ry by­śmy za­mar­z­li! Wszyst­ko po­kry­ło­by się lo­dem ze Śnież­nych Do­lin.

Z każ­dym sło­wem sta­wał się co­raz bar­dziej pod­eks­cy­to­wa­ny, ge­sty­ku­lu­jąc ży­wo. Ko­ra tyl­ko unio­sła brew, pa­trząc, jak jej przy­ja­ciel nie­mal pod­ska­ku­je w miej­scu.

– Roz­ma­wia­łem o tym z ro­dzi­ca­mi – do­dał, a je­go ton nie­co przy­gasł. – To zna­czy pró­bo­wa­łem… Ale oni nic nie po­wie­dzie­li. To ta­kie fa­scy­nu­ją­ce, Zę­bat­ko! Jak to dzia­ła? Jak moż­na utrzy­mać cie­pło po­środ­ku te­go wszyst­kie­go?

Ko­ra wes­tchnę­ła cięż­ko, znów się­ga­jąc po mło­tek.

– Słu­chaj, ba­rie­ra, jak to na­zy­wasz, to ja­kaś le­gen­da. Coś, o czym mó­wią w baj­kach dla ma­lu­chów. Na­wet ne­sto­rzy gil­dii o niej nie wspo­mi­na­ją. Ni­by dla­cze­go miał­byś ją zo­ba­czyć? – Jej ton był te­raz bar­dziej ba­daw­czy niż drwią­cy.

– Nie wiem. – Wzru­szył ra­mio­na­mi. – Ale wiem, co wi­dzia­łem. I wiem, że to by­ło praw­dzi­we.

– No do­bra, ge­niu­szu świa­te­łek. A tak w ogó­le mu­sisz mnie wciąż na­zy­wać Zę­bat­ką? To by­ło śmiesz­ne, kie­dy mie­li­śmy po sześć lat i zbu­do­wa­łam ka­ta­pul­tę z wia­dra i gum­ki od wło­sów… – Po­krę­ci­ła gło­wą, ale w ką­ci­ku ust za­tań­czył cień uśmie­chu. – Na ra­zie pró­bu­ję utrzy­mać spo­kój i do­pra­co­wać mój pro­jekt, kie­dy ty sie­dzisz jak widz na przed­sta­wie­niu, za­miast mi po­ma­gać. Prze­cież wiesz, że ju­tro zda­ję eg­za­min na mi­strza gil­dii.

Mi­łek ode­rwał wzrok od wi­ru­ją­cych dro­bi­nek Zo­rvii i spoj­rzał na nią z za­kło­po­ta­niem.

– Ach, prze­pra­szam – mruk­nął, dra­piąc się po kar­ku. – Za­my­śli­łem się. To chy­ba by­ło waż­ne. Co mó­wi­łaś?

Ko­ra prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Waż­niej­sze niż two­je teo­rie o ba­rie­rach, ge­niu­szu – od­par­ła z prze­ką­sem. – Ale te­raz by­ło­by rów­nie nie­sa­mo­wi­te, gdy­byś w koń­cu wziął się za po­da­nie mi klu­cza.

– Ja­sne, ja­sne, klucz – mruk­nął Mi­łek, ale je­go spoj­rze­nie wciąż by­ło za­my­ślo­ne. Po chwi­li do­dał nie­mal szep­tem: – Wiesz, to wszyst­ko spra­wia, że za­sta­na­wiam się… Czy ta ba­rie­ra kie­dyś się wy­czer­pie? Co wte­dy?

– W po­rząd­ku – po­wie­dzia­ła w koń­cu z nu­tą re­zy­gna­cji w gło­sie. – Ale po­wiedz mi jed­no: masz mo­że ja­kiś do­wód czy mam ci uwie­rzyć na pięk­ne oczy? Bo ja mam pro­jekt do skoń­cze­nia, a two­je opo­wie­ści o świe­tli­stych gra­ni­cach nie są na mo­jej li­ście eg­za­mi­na­cyj­nej.

Mi­łek za­ci­snął dło­nie na klu­czu, pod­no­sząc wzrok na przy­ja­ciół­kę.

– Je­śli mi po­mo­żesz, znaj­dę do­wód. Przy­się­gam – po­wie­dział sta­now­czo.

– Ty i two­je wiel­kie przy­się­gi… – Ko­ra wes­tchnę­ła te­atral­nie, zni­ka­jąc w głę­bi warsz­ta­tu. – Sko­ro nie mo­gę cię od te­go od­cią­gnąć, to zro­bię her­ba­tę. Mo­że na­par tro­chę cię roz­luź­ni, a ja przy oka­zji po­słu­cham, jak twoi ro­dzi­ce za­re­ago­wa­li na ba­rie­ro­we re­we­la­cje.

Mi­łek opadł na krze­sło, wciąż trzy­ma­jąc klucz jak tro­feum. Nos drgnął mu ner­wo­wo na sa­mą myśl o roz­mo­wie z ro­dzi­ca­mi.

– No wiesz… Oni za­wsze ma­ją swo­je zda­nie. A ra­czej jed­no zda­nie: „Prze­stań za­wra­cać so­bie gło­wę bzdu­ra­mi”.

– War­ci­mir i Sła­wa i do te­go bzdu­ry w jed­nym zda­niu? – rzu­ci­ła z prze­ką­sem, wy­cią­ga­jąc dzba­nek spo­mię­dzy ster­ty no­ta­tek. – No to mu­sia­ło być… cie­ka­we. Za­raz mi wszyst­ko opo­wiesz. – Wy­su­nę­ła szu­fla­dę, jak­by cze­goś pil­nie szu­ka­ła. Wresz­cie jej pal­ce za­ci­snę­ły się na ma­łym wo­recz­ku ozdo­bio­nym sre­brzy­stym li­ściem. – Mam wra­że­nie, że po­trze­bu­jesz cze­goś wię­cej niż tyl­ko her­ba­ty… – po­wie­dzia­ła, wrzu­ca­jąc kil­ka po­ły­sku­ją­cych li­ści do dzba­nusz­ka.

Się­gnę­ła po ka­mien­ną ku­lę – ma­ga ogrze­wa­ją­ce­go, któ­ry w oka­mgnie­niu za­czął roz­grze­wać na­czy­nie. Wkrót­ce z dzban­ka uniósł się de­li­kat­ny ob­łok pa­ry o za­pa­chu mchu i świe­żych owo­ców, wy­peł­nia­jąc warsz­tat ko­ją­cą wo­nią.

– Miś­ku, po­wiedz mi jed­no – za­czę­ła Ko­ra, prze­le­wa­jąc pa­ru­ją­cy na­pój do dwóch ma­leń­kich ku­becz­ków. Jej spoj­rze­nie by­ło peł­ne cie­ka­wo­ści. – Jak w ogó­le za­czą­łeś roz­mo­wę? Prze­cież two­ja ma­ma zwy­kle rzu­ca tyl­ko te swo­je me­dy­ta­cyj­ne tek­sty. Co ta­kie­go jej po­wie­dzia­łeś, że w ogó­le za­re­ago­wa­ła?

Mi­łek wziął ku­bek, spo­glą­da­jąc na wi­ru­ją­cą pa­rę, jak­by pró­bo­wał zna­leźć w niej od­po­wiedź.

– Wła­śnie to jest naj­cie­kaw­sze – od­parł w koń­cu. – Za­czą­łem py­tać o Zo­rvię, o te wi­bra­cje, któ­rych ma­ma pil­nu­je w ko­rze­niach. Chcia­łem wie­dzieć, jak ba­rie­ra wpły­wa na Drze­wo Ży­cia, czy Zo­rvia w li­ściach cza­sem nie czu­je prze­cią­że­nia al­bo ja­kiejś nie­sta­bil­no­ści.

– I co? Mu­sia­ła się tym za­in­te­re­so­wać, praw­da? – za­py­ta­ła, upi­ja­jąc łyk her­ba­ty. – W koń­cu każ­dy w Ziar­no­gro­dzie wie, że two­ja ma­ma ma bzi­ka na punk­cie tych swo­ich wi­bra­cji.

– A wła­śnie, że nie – od­parł, opie­ra­jąc ku­bek na ko­la­nach. – Po­wie­dzia­ła coś w sty­lu: „Sy­nu, Zo­rvia dzia­ła tak, jak ma dzia­łać. Nie za­kłó­caj rów­no­wa­gi swo­imi nie­prze­my­śla­ny­mi py­ta­nia­mi”.

– No tak, brzmi jak Sła­wa – przy­zna­ła Ko­ra, po­wo­li mie­sza­jąc na­par ły­żecz­ką. – A War­ci­mir? Był bar­dziej roz­mow­ny?

– Aku­rat! – Mi­łek prze­wró­cił ocza­mi, opa­da­jąc cięż­ko na krze­sło. – Sie­dział w Ziar­no­te­ce, po­chy­lo­ny nad li­ść­mi i sym­bo­la­mi Ma­lun­ku, jak zwy­kle. Spy­ta­łem go, czy w Kro­ni­kach Na­ugii są ja­kieś wzmian­ki o tym, jak po­wsta­ła ba­rie­ra al­bo czy moż­na ją wzmoc­nić. A on tyl­ko spoj­rzał na mnie, jak­bym za­py­tał, czy cho­mi­ki po­tra­fią la­tać.

– No cóż… – od­par­ła przy­ja­ciół­ka z lek­kim roz­ba­wie­niem. – Więc co od­po­wie­dział? Po­wie­dział coś w sty­lu: „Ba­rie­ra to tyl­ko baj­ka dla mło­dych Gry­zo­nio­wa­tych. W na­szej czę­ści Na­ugii zaj­mu­je­my się tym, co do nas na­le­ży: roz­wo­jem Ziar­no­gro­du zgod­nie z ta­len­ta­mi Gil­dii”. – Wes­tchnął głę­bo­ko, jak­by na sa­mo wspo­mnie­nie bra­ko­wa­ło mu cier­pli­wo­ści. – „Two­je teo­rie są zbęd­ne, Mi­ło­sła­wie”.

Ko­ra par­sk­nę­ła ci­cho, upi­ja­jąc łyk her­ba­ty, któ­ra zdą­ży­ła już osty­gnąć.

– Czy­li stan­dard – rzu­ci­ła z prze­ką­sem. – Ich świat to pi­smo ob­raz­ko­we, li­ście i ich wi­bra­cje. Nic po­za tym. Nie dzi­wię się, że cza­sem masz ocho­tę po­ma­rzyć o czymś więk­szym.

– No wła­śnie! Ta ba­rie­ra to prze­cież coś wię­cej niż baj­ka. To mo­że być ma­gia, któ­ra chro­ni ca­łą Na­ugię. Jak dzia­ła? Czy mo­gła­by prze­stać dzia­łać? A co, je­śli da­ło­by się ją wy­ko­rzy­stać do cze­goś jesz­cze?

– Wiesz co, Miś­ku… – za­czę­ła po­wo­li Ko­ra, jej ton był mniej za­czep­ny, a bar­dziej za­my­ślo­ny. – Mo­że oni się my­lą. Mo­że to wca­le nie są zbęd­ne py­ta­nia.

Przy­ja­ciel spoj­rzał na nią z za­sko­cze­niem, jak­by po raz pierw­szy czuł, że ktoś go na­praw­dę ro­zu­mie.

– Se­rio?

– Tak, ale je­śli szu­kasz nie­ty­po­wych od­po­wie­dzi, mu­sisz je zna­leźć gdzie in­dziej. Ktoś w Ziar­no­gro­dzie zna praw­dę. Ktoś, kto nie boi się jej szu­kać.

Mi­łek za­mru­gał, a je­go oczy roz­ja­śni­ły się iskrą na­dziei.

– W ta­kim ra­zie znaj­dę tę oso­bę.

– Wiesz… – kon­ty­nu­owa­ła Ko­ra, od­sta­wia­jąc ku­bek z her­ba­tą na blat. Mó­wi­ła wol­niej niż zwy­kle, a w jej gło­sie po­ja­wi­ła się ta szcze­gól­na mięk­kość, któ­rą zo­sta­wia po so­bie za­my­śle­nie. – Mo­że wca­le nie bę­dziesz mu­siał dłu­go szu­kać… – Usia­dła na bla­cie sto­łu, spla­ta­jąc dło­nie na ko­la­nach. – Je­śli na­praw­dę chcesz do­wie­dzieć się, czy ta… ba­rie­ra ist­nie­je, to war­to, że­byś po­ga­dał z mo­im dziad­kiem, Mal­kol­mem.

– Z two­im dziad­kiem? – Mi­łek zmarsz­czył nos, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać lek­ką drwi­nę w gło­sie, ale nie do koń­ca mu się to uda­ło. – On prze­cież jest… no wiesz… sta­ry. I tro­chę… stuk­nię­ty. Już daw­no nie pra­cu­je w Warsz­ta­cie Szyb­ko­bież­nych i, no, ma chy­ba kło­po­ty z pa­mię­cią. Czy on w ogó­le pa­mię­ta coś wię­cej niż to, jak się ro­bi mar­mo­la­dy z ja­gód?

Ko­ra wes­tchnę­ła, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

– Wła­śnie to jest błąd. Wszy­scy ko­ja­rzą go te­raz tyl­ko z mar­mo­la­da­mi, cho­ciaż, nie zro­zum mnie źle, są na­praw­dę obłęd­ne. Ale mój dzia­dek był kie­dyś jed­nym z naj­bar­dziej cie­ka­wych świa­ta Gry­zo­nio­wa­tych, ja­kich zna­ła Na­ugia.

– Na­praw­dę?

– Tak, na­praw­dę. – przy­ja­ciół­ka kiw­nę­ła gło­wą z po­wa­gą. – Po­dob­no ra­zem z kró­lo­wą Ko­ra­lią Od­kryw­czy­nią z Flo­rę­cji pro­wa­dzi­li wy­pra­wy na­uko­we, kie­dy miesz­kań­cy Na­ugii jesz­cze wy­mie­nia­li się mię­dzy so­bą wie­dzą. Dzia­dek opo­wia­dał mi kie­dyś, że by­ła ta­ka wy­pra­wa, któ­ra… – Urwa­ła na­gle, jak­by przy­po­mnia­ła so­bie coś, co wo­la­ła­by za­cho­wać dla sie­bie.

Mi­łek po­chy­lił się do przo­du, je­go oczy błysz­cza­ły cie­ka­wo­ścią.

– Co to by­ła za wy­pra­wa?

– Mo­że ci opo­wie, je­śli go spy­tasz. Jed­no jest pew­ne: je­śli ktoś na tej wy­spie mógł­by wie­dzieć co­kol­wiek o ist­nie­niu ta­kiej ba­rie­ry, to wła­śnie on.

– Cóż… Nie za­szko­dzi spró­bo­wać – po­wie­dział po chwi­li mil­cze­nia Mi­łek, choć w je­go gło­sie po­brzmie­wa­ła lek­ka nie­pew­ność.

Ko­ra ze­sko­czy­ła z bla­tu i uśmiech­nę­ła się trium­fal­nie.

– No, ge­niu­szu, w koń­cu za­czy­nasz my­śleć jak Gry­zo­nio­wa­ty. Wiesz, cza­sem war­to za­py­tać ko­goś mą­drzej­sze­go od sie­bie.

– Masz ra­cję – przy­znał, uśmie­cha­jąc się lek­ko do przy­ja­ciół­ki.

– Za­wsze mam – od­par­ła z za­czep­nym bły­skiem w oku. – Oso­bi­ście cię do nie­go za­pro­wa­dzę, ale naj­pierw mo­że w koń­cu po­dasz mi ten klucz?

Roz­dział 2

„Skąd wiesz, że ta ba­rie­ra ist­nie­je?”

Ścież­ka do do­mu Mal­kol­ma skrę­ca­ła raz w le­wo, raz w pra­wo, jak­by ba­wi­ła się w pro­wa­dze­nie go­ści sla­lo­mem mię­dzy nie­zwy­kły­mi wy­na­laz­ka­mi. Pod jed­nym z drzew spo­czy­wa­ła pół­okrą­gła plat­for­ma z wy­pa­lo­nym na niej em­ble­ma­tem Ko­ła – sym­bo­lu Gil­dii Szyb­ko­bież­nych. Jej po­wierzch­nia po­ły­ski­wa­ła w słoń­cu, jak­by ktoś wła­śnie ją wy­po­le­ro­wał. Obok, opar­ty o drew­nia­ny płot, stał wy­so­ki, smu­kły me­cha­nizm z wi­ru­ją­cy­mi tur­bi­na­mi, któ­re ci­cho brzę­cza­ły, emi­tu­jąc de­li­kat­ne świe­tli­ste iskry.

– To wy­glą­da, jak­by mo­gło w każ­dej chwi­li unieść się w po­wie­trze. – Mi­łek spoj­rzał na wy­na­la­zek z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi.

– O tak, mo­gło­by… – Ko­ra uśmiech­nę­ła się pod no­sem – Ale po­dob­no po pierw­szym star­cie spa­dło pro­sto w krza­ki ja­gód. Dzia­dek mó­wi, że to wła­śnie od tam­tej po­ry do­da­je ja­go­dy do swo­jej słyn­nej mar­mo­la­dy. I wca­le się nie dzi­wię. Po ta­kim lo­cie krza­ki aż pro­si­ły się, że­by tra­fić do sło­ika.

Śmie­jąc się, mi­ja­li ko­lej­ne wy­na­laz­ki. Mi­łek na­gle za­trzy­mał się przed czymś, co wy­glą­da­ło na ko­ło bie­go­we z do­kle­jo­ny­mi nie­wiel­ki­mi skrzy­deł­ka­mi. Przy każ­dym po­dmu­chu wia­tru śmiesz­nie fa­lo­wa­ły, jak­by pró­bo­wa­ły po­de­rwać ca­łość do lo­tu. Nad kon­struk­cją wi­sia­ła ta­blicz­ka z na­pi­sem: „Nie­ide­al­ne, ale za­baw­ne”.

– Wiesz, Zę­bat­ko, za­wsze chcia­łem tu zaj­rzeć… – przy­znał, zer­ka­jąc na dzi­wacz­ne ma­szy­ny po­usta­wia­ne mię­dzy krza­ka­mi ja­gód. – O two­im dziad­ku krą­żą róż­ne hi­sto­rie. Jed­ni mó­wią, że jest ży­wą le­gen­dą Gil­dii Szyb­ko­bież­nych, a je­go wy­na­laz­ki zmie­ni­ły ży­cie w Ziar­no­gro­dzie. Ale in­ni twier­dzą, że to tyl­ko sza­lo­ny sta­ru­szek, któ­ry wy­ol­brzy­mia swo­je do­ko­na­nia.

Ko­ra przy­sta­nę­ła na mo­ment i spoj­rza­ła na przy­ja­cie­la z unie­sio­ną brwią.

– A wiesz, co ja my­ślę? Plot­ki są dla nu­dzia­rzy! Chcesz wie­dzieć, ja­ki na­praw­dę jest mój dzia­dek? To le­piej się przy­go­tuj, bo mo­że cię za­sko­czyć.

Mi­łek par­sk­nął śmie­chem, ale nic nie po­wie­dział. Ru­szy­li da­lej ścież­ką, mi­ja­jąc ko­lej­ne rzę­dy ja­go­do­wych krza­ków i nie­wiel­kie grząd­ki peł­ne aro­ma­tycz­nych ziół. W koń­cu do­tar­li do nie­wiel­kie­go, drew­nia­ne­go dom­ku oto­czo­ne­go rów­no przy­cię­ty­mi krze­wa­mi. Wo­kół uno­sił się za­pach świe­żo za­pa­rzo­nej her­ba­ty i cie­płe­go cia­sta.

– Dziad­ku! – za­wo­ła­ła Ko­ra, sta­jąc na pal­cach i ma­cha­jąc rę­ką w stro­nę okna. – Ma­my go­ścia!

Star­szy Gry­zo­nio­wa­ty pod­niósł wzrok, a je­go po­marsz­czo­na twarz roz­ja­śni­ła się sze­ro­kim uśmie­chem.

– Kor­cia, mo­ja naj­mą­drzej­sza wnucz­ka! – za­wo­łał, pod­no­sząc się z krze­sła. – A to kto? Mi­ło­sław Bar­dzo­sław­ny, praw­da? Wchodź­cie, wchodź­cie! Mam świe­żą mar­mo­la­dę – do­dał z za­do­wo­le­niem, wska­zu­jąc na stół pe­łen ma­łych sło­icz­ków. – Na pew­no osło­dzi wam dzień.

– Dzię­ku­ję… – nie­śmia­ło wy­szep­tał Mi­łek. – Mam pa­rę py­tań, je­śli znaj­dzie pan chwi­lę.

– „Chwi­lę”? Dla cie­kaw­skich mam na­wet ca­ły wie­czór! – Mal­kolm uśmiech­nął się przy­jaź­nie, na­le­wa­jąc her­ba­tę do trzech mi­se­czek. – Sia­daj i mów, co masz na ser­cu, mło­dy Gry­zo­nio­wa­ty… Nie­czę­sto mło­dzież tu za­glą­da. No…chy­ba że po mar­mo­la­dę…

– Dziad­ku, mar­mo­la­da mo­że po­cze­kać… – prze­rwa­ła Ko­ra. – Cho­dzi o coś więk­sze­go. Coś, co nie da­je mu spo­ko­ju…

Sta­ru­szek uniósł brew, uważ­nie przy­glą­da­jąc się Mił­ko­wi. Je­go rę­ka, uzbro­jo­na w sta­rą, wy­słu­żo­ną ły­żecz­kę, za­wi­sła nad mi­secz­ką z her­ba­tą.

– „Coś więk­sze­go”, po­wia­dasz? Hmm, brzmi in­te­re­su­ją­co. No da­waj, mło­dy, mów śmia­ło – rzu­cił, a w je­go gło­sie sły­chać by­ło mie­szan­kę cie­ka­wo­ści i po­wa­gi.

– Za­uwa­ży­łem, że na­sza wy­spa… jest oto­czo­na czymś w ro­dza­ju ba­rie­ry – za­czął nie­pew­nie, spo­glą­da­jąc na przy­ja­ciół­kę, któ­ra ski­nę­ła gło­wą na znak wspar­cia. – Ro­dzi­ce mó­wią, że nic nie wie­dzą o żad­nej ba­rie­rze. Po­wie­dzie­li, że to mu­sia­ło mi się przy­śnić al­bo coś so­bie wy­my­śli­łem. Ale… ja to wi­dzia­łem. Na­praw­dę ją wi­dzia­łem. I czu­ję, że to coś wię­cej niż tyl­ko sen czy mo­ja wy­obraź­nia.

Mal­kolm zdjął oku­la­ry i sta­ran­nie wy­tarł je o ka­mi­zel­kę, po czym utkwił wzrok w od­da­li, jak­by pró­bo­wał wy­do­być z pa­mię­ci coś daw­no za­po­mnia­ne­go.

– Ba­rie­ra, mó­wisz… – ode­zwał się w koń­cu, a je­go głos brzmiał głę­bo­ko, jak­by każ­de sło­wo wa­ży­ło to­nę. – A co do­kład­nie cię w niej in­te­re­su­je?

– Wszyst­ko! Jak dzia­ła? Kto ją stwo­rzył? Co jest po­za nią? A ro­dzi­ce? Za­miast od­po­wie­dzieć, cią­gle tyl­ko: „Ćwicz pi­smo ob­raz­ko­we, ucz się barw­ni­ków do Ma­lun­ku, po­zna­waj Ziar­no­te­kę”. Ale ja wiem, że coś ukry­wa­ją. Wi­dzia­łem ich mi­ny… by­ły zbyt dziw­ne.

– Ach, ro­dzi­ce… – Mal­kolm uśmiech­nął się pod no­sem. – Za­wsze my­ślą, że chro­nią mło­dych, kie­dy uni­ka­ją trud­nych roz­mów. Ale cza­sem to, co ukry­wa­ją, tyl­ko bar­dziej roz­pa­la cie­ka­wość, co?

– Do­kład­nie! – pi­snął ży­wo Mi­łek. – To mnie aż… aż fru­stru­je! Czu­ję, że za tą ba­rie­rą kry­je się ja­kaś hi­sto­ria, o któ­rej nikt nie chce mó­wić. A ja chcę ją zro­zu­mieć!

– No do­brze, Mi­ło­sła­wie… – Mal­kolm za­my­ślił się, gła­dząc swo­je gę­ste wą­sy. – Po­zwól, że za­dam ci jesz­cze jed­no py­ta­nie. Skąd wiesz, że ta ba­rie­ra ist­nie­je?

– To nie by­ło pla­no­wa­ne… – po­wie­dział szyb­ko. – Po­je­cha­łem ko­łem bie­go­wym na po­łu­dnie wy­spy, chcia­łem tyl­ko po­ćwi­czyć sym­bo­le Ma­lun­ku. I wte­dy od­kry­łem ją przez przy­pa­dek. Je­den krok i na­gle tra­fi­łem na nie­wi­dzial­ną ścia­nę. Mi­go­ta­ła na ho­ry­zon­cie jak pul­su­ją­ce świa­tło, a po­tem… znik­nę­ła, jak­by ni­g­dy jej tam nie by­ło. I od tam­tej chwi­li nie da­je mi spo­ko­ju jed­no py­ta­nie… Czy ta ba­rie­ra mo­że się wy­czer­py­wać? Al­bo… pę­kać?

– A skąd wiesz, że to na­praw­dę by­ła ba­rie­ra? – Ko­ra unio­sła brew. – A mo­że po pro­stu coś ci się prze­wi­dzia­ło? Al­bo nie wiem… wpa­dłeś na drze­wo i wy­my­śli­łeś so­bie hi­sto­rię o zni­ka­ją­cej ścia­nie? – Od­wró­ci­ła się do dziad­ka i do­da­ła zre­zy­gno­wa­nym to­nem: – Dla­te­go go tu przy­pro­wa­dzi­łam. Ty ba­da­łeś Na­ugię, kie­dy by­łeś mło­dy, znasz tę wy­spę jak wła­sną kie­szeń. Li­czy­łam, że wy­bi­jesz mu z gło­wy te baj­ki, za­nim cał­kiem uwie­rzy, że od­krył coś wiel­kie­go.

– Nie lek­ce­waż te­go, Kor­ciu – po­wie­dział spo­koj­nie Mal­kolm. – Mło­dy nie wy­my­śla by­le cze­go. Po­cho­dzi z ro­du Bar­dzo­sław­nych, a oni od za­wsze po­tra­fi­li wy­chwy­cić na­wet naj­mniej­sze nie­pra­wi­dło­wo­ści w ener­gii Zo­rvii. Je­go prze­czu­cie to znak, że na­praw­dę mo­gło być tam coś nie­zwy­kłe­go. Ba­rie­ra… – Za­wa­hał się na chwi­lę. – By­ła jed­ną z naj­dziw­niej­szych i naj­bar­dziej nie­zwy­kłych rze­czy, ja­kie kie­dy­kol­wiek tu wi­dzia­no. Je­śli za­czy­na się nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wiać i zni­kać, to spra­wa jest po­waż­na.

– Co?! – Ko­ra aż pod­sko­czy­ła. – Dziad­ku, chcesz po­wie­dzieć, że ta ba­rie­ra na­praw­dę ist­nie­je? I ty coś o niej wiesz? To nie­moż­li­we!

– Wiem wię­cej, niż chciał­bym po­wie­dzieć… – Mal­kolm wes­tchnął. – Za­pa­mię­taj­cie jed­no, dzie­cia­ki: Sła­wa i War­ci­mir nie mil­czą po to, by was oszu­kać. Mil­czą, bo ta wie­dza jest jak ka­mień w bu­cie; ni­by ma­ły, ale prze­szka­dza przy każ­dym kro­ku.

– Nie ob­cho­dzi mnie to – od­parł Mi­łek z de­ter­mi­na­cją w gło­sie. – Dla­cze­go nikt o tym nie mó­wi?! Ne­sto­rzy gil­dii mil­czą na ten te­mat! A w Ziar­no­te­ce? Ani sło­wa o ba­rie­rze! Prze­czy­ta­łem każ­dą do­stęp­ną kro­ni­kę i ni­cze­go nie zna­la­złem. Prze­cież miesz­kań­cy Ziar­no­gro­du ma­ją pra­wo wie­dzieć, co się tu dzie­je!

– Bo to, co jest za ba­rie­rą, nie jest bez­piecz­ne – ode­zwał się w koń­cu Mal­kolm. Się­gnął po faj­kę na­peł­nio­ną Przy­pra­wą Zo­rvii, za­pa­lił ją i po­wo­li za­cią­gnął się won­nym dy­mem. Z ust uniósł się ob­ło­czek zło­te­go py­łu, któ­ry za­tań­czył w po­wie­trzy ni­czym świe­tli­ki. – Śnież­ne do­li­ny kry­ją w so­bie rze­czy, o któ­rych nie pi­sze się na­wet w naj­star­szych kro­ni­kach. Naj­bo­le­śniej prze­ko­na­ła się o tym kró­lo­wa Ko­ra­lia, któ­rą mia­łem za­szczyt kie­dyś na­zy­wać przy­ja­ciół­ką. – Na chwi­lę je­go spoj­rze­nie po­wę­dro­wa­ło gdzieś da­le­ko, jak­by przy­wo­ły­wał daw­ne ob­ra­zy. – Ale… je­śli chce­cie po­znać praw­dę, mu­si­cie być go­to­wi na po­dróż. I na to, że nie­któ­re od­po­wie­dzi po­tra­fią zmie­nić ży­cie. Na­wet tak spo­koj­ne jak wa­sze.

– Je­stem go­to­wy, co mam zro­bić? – Mi­łek z prze­ję­cia pod­sko­czył na krze­śle.

– Mów za sie­bie, Miś­ku – prych­nę­ła Ko­ra, wy­cie­ra­jąc okrusz­ki po ja­go­do­wym ciast­ku. – Ja mam jesz­cze eg­za­min do zda­nia i nie bar­dzo wiem, jak mię­dzy nie­go a pra­cę w warsz­ta­cie wci­snąć ba­da­nie ta­jem­ni­czych zja­wisk na wy­spie…

– Za­nim co­kol­wiek zro­bi­cie, mu­si­cie wie­le zro­zu­mieć – po­wie­dział ła­god­nie Mal­kolm, pa­trząc raz na jed­no, raz na dru­gie. – To nie jest to ła­twe, ale je­śli na­praw­dę chce­cie spró­bo­wać, mo­gę wam po­ka­zać, od cze­go za­cząć. Od­po­wie­dzi na część py­tań znaj­dzie­cie wła­śnie w Ziar­no­te­ce w Dzia­le Co Naj­mniej Dziw­nych In­for­ma­cji. – Pod­szedł do kre­den­su, otwo­rzył szu­fla­dę i wy­jął ma­ły przed­miot owi­nię­ty skraw­kiem ma­te­ria­łu. – Za­bierz­cie to ze so­bą… – po­wie­dział nie­pew­nie, po­da­jąc za­wi­niąt­ko wnucz­ce.

– Co to ta­kie­go, dziad­ku? – spy­ta­ła za­cie­ka­wio­na, mru­żąc oczy.

– Coś bar­dzo waż­ne­go. Coś, co po­mo­że wam w spi­ral­nych ko­ry­ta­rzach Ziar­no­te­ki. Ale obie­caj­cie mi jed­no: uży­je­cie te­go wy­łącz­nie w od­po­wied­niej chwi­li. Do te­go cza­su niech cze­ka bez­piecz­nie ukry­te w two­jej tor­bie.

– A kie­dy bę­dzie ta chwi­la? – Ko­ra bez prze­ko­na­nia wsu­nę­ła ta­jem­ni­czy przed­miot do swo­jej pod­ręcz­nej tor­by na na­rzę­dzia.

– Bę­dzie­cie wie­dzieć – od­parł z uśmie­chem Mal­kolm. – A te­raz idź­cie już i daj­cie mi się zdrzem­nąć. Cie­ka­we roz­mo­wy są jak naj­bar­dziej mi­le wi­dzia­ne w tym do­mu, ale by­wa­ją strasz­nie mę­czą­ce. Ta za­słu­gu­je na dłu­gą drzem­kę…

Przy­ja­cie­le nie­pew­nie spoj­rze­li po so­bie.

– Znam każ­dy za­ka­ma­rek Ziar­no­te­ki, Zę­bat­ko… – ode­zwał się nie­pew­nie Mi­łek. – Nie ma tam ni­cze­go po­za kro­ni­ka­mi wy­spy, barw­ni­kiem do Ma­lun­ku i po­du­cha­mi do me­dy­ta­cji. Nic już z te­go nie ro­zu­miem.

– Cóż, ge­niu­szu… – od­par­ła z uśmie­chem przy­ja­ciół­ka, pa­ku­jąc resz­tę cia­stek do tor­by. – Wy­glą­da na to, że ma­my przed so­bą cał­kiem spo­rą por­cję przy­go­dy, o któ­rej tak ma­rzy­łeś. Ale wiesz co? Tro­chę i mnie za­czy­na to eks­cy­to­wać.

– Eks­cy­ta­cja eks­cy­ta­cją, ale ru­szaj­cie już, mło­dzi – od­parł sen­nie Mal­kolm, ukła­da­jąc się wy­god­nie na mięk­kiej ka­na­pie. – I pa­mię­taj­cie: po­my­śl­cie do­brze, za­nim uży­je­cie te­go, co wam da­łem. Praw­da wy­ma­ga roz­wa­gi, mam na­dzie­ję, że ma­cie jej choć odro­bi­nę…

Roz­dział 3

„Ale… w su­mie sza­leń­stwo to twój na­tu­ral­ny stan”

Przez chwi­lę sta­li w mil­cze­niu u stóp wiel­kie­go, ma­je­sta­tycz­ne­go pnia. Na je­go po­wierzch­ni lśni­ły smu­gi zło­ci­stej Zo­rvii, two­rząc de­li­kat­ny za­rys wej­ścia do wnę­trza Ziar­no­te­ki. Drzwi pul­so­wa­ły de­li­kat­nym świa­tłem, jak­by ży­ły ma­gią sa­me­go Drze­wa Ży­cia.

– Ale miej­sców­ka! – szep­nę­ła Ko­ra za­dzior­nie. – No da­waj, przy­znaj w koń­cu, że to ca­łe two­je kró­lew­skie po­cho­dze­nie cza­sem cię wku­rza.

– Tyl­ko tro­chę – od­parł Mi­łek z prze­ką­sem. – Wszy­scy tu trak­tu­ją mnie jak… jak­by mo­je ży­cie by­ło już za­pla­no­wa­ne co do jed­ne­go ziarn­ka.

Na­gle drzwi roz­bły­sły pro­mie­nia­mi Zo­rvii, jak­by od­po­wia­da­ły na je­go głos. Otwo­rzy­ły się bez­sze­lest­nie, uka­zu­jąc wspa­nia­łe ko­ry­ta­rze Ziar­no­te­ki. Przy­ja­cie­le prze­kro­czy­li próg i zna­leź­li się w głów­nym ho­lu – ogrom­nym po­miesz­cze­niu, któ­re zda­wa­ło się nie mieć koń­ca. Spi­ral­ne scho­dy wzno­si­ły się ku gó­rze, opla­ta­jąc pół­ki peł­ne ksiąg i zwo­jów zdo­bio­nych sym­bo­la­mi Ma­lun­ku. Wi­tra­że w kształ­cie roz­ło­ży­stych li­ści prze­pusz­cza­ły de­li­kat­ne świa­tło, któ­re mie­ni­ło się zło­tem i zie­le­nią.

– Wow… – wes­tchnę­ła z po­dzi­wem Ko­ra. – Za każ­dym ra­zem, gdy tu wcho­dzę, mam wra­że­nie, że je­stem w ja­kimś baj­ko­wym świe­cie.

– Czu­jesz to? – za­py­tał Mi­łek. – Każ­da kro­ni­ka i każ­dy liść ma­ją w so­bie ka­wa­łek hi­sto­rii Na­ugii. To nie zwy­kłe ar­chi­wum… to tak, jak­by wy­spa sa­ma opo­wia­da­ła tu swo­je hi­sto­rie.

– Ja czu­ję, że to miej­sce mnie przy­tła­cza – od­po­wie­dzia­ła przy­ja­ciół­ka, ostroż­nie stą­pa­jąc po drew­nia­nej pod­ło­dze.

– To praw­da. Ziar­no­te­ka ro­bi wra­że­nie, ale wiesz, Zę­bat­ko, dla mnie to miej­sce za­wsze by­ło… tro­chę jak klat­ka.

– Nie ta­ka zła ta klat­ka… – od­rze­kła za­my­ślo­na Ko­ra. – Miś­ku, to jed­no z naj­bar­dziej nie­zwy­kłych miejsc na wy­spie! Two­ja ro­dzi­na prze­cho­wu­je tu­taj ca­łą hi­sto­rię Gry­zo­nio­wa­tych!

– Wła­śnie PRZE-CHO-WU-JE… i to jest do­słow­nie mój pro­blem… – Mi­łek spoj­rzał w gó­rę.

We­szli na pierw­sze spi­ral­ne scho­dy, któ­re zda­wa­ły się tań­czyć pod ich sto­pa­mi. Każ­dy sto­pień zdo­bio­ny był wi­ze­run­ka­mi Gry­zo­nio­wa­tych z róż­nych epok.

– To Waw­rzy­niec Bar­dzo­sław­ny, mój pra­dzia­dek. Był naj­słyn­niej­szym kro­ni­ka­rzem Na­ugii – wy­ja­śnił Mi­łek, za­trzy­mu­jąc się przy jed­nym z ob­ra­zów. – Za­wsze mó­wił, że Ma­lu­nek to nie tyl­ko sztu­ka pi­sa­nia, lecz tak­że most po­mię­dzy ma­gią i hi­sto­rią.

– Ja tam wo­lę tą ma­gią coś prze­kształ­cać i od­kształ­cać za po­mo­cą mo­ich na­rzę­dzi – za­żar­to­wa­ła Ko­ra.

– Każ­dy za­kła­da – kon­ty­nu­ował po­waż­nie Mi­łek, nie za­uwa­ża­jąc żar­tu przy­ja­ciół­ki – że sko­ro uro­dzi­łem się w ro­dzi­nie Bar­dzo­sław­nych, to mo­im prze­zna­cze­niem jest zo­stać na­stęp­nym wiel­kim Kro­ni­ka­rzem Ziar­no­te­ki. Ta­ta spę­dza ca­łe dnie na spi­sy­wa­niu sym­bo­li Ma­lun­ku, a ma­ma mó­wi, że to naj­wyż­szy za­szczyt. Ale ja…

– Ale ty co?

– Ja chcę cze­goś wię­cej! Nie chcę tyl­ko za­pi­sy­wać i prze­cho­wy­wać te­go, co już by­ło. Wo­lę ba­dać to, cze­go jesz­cze nikt nie od­krył.

– To brzmi sza­leń­czo, wiesz? – Unio­sła brew. – Ale… w su­mie sza­leń­stwo to twój na­tu­ral­ny stan.

– Dzię­ki za wspar­cie… – mruk­nął z prze­ką­sem Mi­łek. – A ty? Na­praw­dę nie masz w so­bie choć odro­bi­ny cie­ka­wo­ści, że­by zo­ba­czyć, co jest po­za ba­rie­rą?

– Ha­lo, prze­cież je­stem tu z to­bą, praw­da? – Ko­ra się ro­ze­śmia­ła. – Chodź­my, mo­że ba­rie­ra sa­ma nas znaj­dzie, po­ja­wi się za ro­giem i zro­bi nam… BU­UU!

Spi­ral­ne scho­dy pro­wa­dzi­ły ich co­raz głę­biej, aż w koń­cu do­tar­li do za­cie­nio­ne­go za­kąt­ka Ziar­no­te­ki. Tu świa­tło ma­gicz­nych lamp tyl­ko mu­ska­ło pół­ki, rzu­ca­jąc dłu­gie cie­nie na zwo­je i kro­ni­ki tak sta­re, że ich kra­wę­dzie wy­glą­da­ły jak nad­gry­zio­ne przez czas. Po­wie­trze by­ło gę­ste, a uno­szą­cy się nad re­ga­ła­mi pył lśnił w ciem­no­ści jak roz­sy­pa­ny zło­ty pia­sek.

– Miś­ku – ode­zwa­ła się Ko­ra ci­cho, sztur­cha­jąc go w bok – to miej­sce wy­glą­da tak, jak­by nikt nie był tu od wie­ków.

– Nie prze­sa­dzaj… – Spoj­rzał na pół­ki, pró­bu­jąc do­strzec coś zna­jo­me­go. – Mo­że… mo­że prze­sta­wi­li re­ga­ły? To miej­sce jest ogrom­ne, na pew­no cza­sem coś tu zmie­nia­ją.

– Ja­sne, ge­niu­szu, prze­sta­wi­li me­ble i za­po­mnie­li ze­trzeć kurz z ostat­nich stu lat. Nie­zła teo­ria. Spójrz praw­dzie w oczy, chy­ba się zgu­bi­li­śmy.

Mi­łek za­milkł, wpa­tru­jąc się w dłu­gi ko­ry­tarz przed ni­mi, któ­re­go koń­ca nie da­ło się do­strzec. Dziw­na, sub­tel­na wi­bra­cja zda­wa­ła się ema­no­wać z głę­bi te­go miej­sca, jak­by sta­ro­żyt­na ener­gia drze­ma­ła tu, go­to­wa prze­bu­dzić się na no­wo.

– Mo­że… mo­że to miej­sce sa­mo nas pro­wa­dzi? – po­wie­dział w koń­cu, choć sam nie był pe­wien, czy w to wie­rzy.

Przy­ja­ciół­ka spoj­rza­ła na nie­go z mie­sza­ni­ną scep­ty­cy­zmu i lek­kie­go nie­po­ko­ju.

– Al­bo pro­wa­dzi… al­bo wcią­ga nas w ja­kąś pu­łap­kę. Jak w tych two­ich hi­sto­riach o ba­rie­rze.

Roz­glą­da­li się ner­wo­wo, sta­ra­jąc się zna­leźć ja­kiś zna­jo­my punkt orien­ta­cyj­ny, ale wszyst­ko wo­kół zda­wa­ło się zu­peł­nie ob­ce. Każ­dy za­kręt ko­ry­ta­rza wy­glą­dał iden­tycz­nie, a pół­ki z opa­sły­mi kro­ni­ka­mi nie mia­ły koń­ca.

Ko­ra, sto­jąc obok z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si, unio­sła brwi i rzu­ci­ła roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie:

– No i co? Znasz każ­dy za­ka­ma­rek, tak? Mo­że jed­nak chcesz, że­bym ci na­ry­so­wa­ła ma­pę?

– To nie­moż­li­we, Zę­bat­ko! Znam to miej­sce jak wła­sną kie­szeń!

– Wy­glą­da na to, że two­ja „kie­szeń” do­ro­bi­ła się kil­ku taj­nych prze­gró­dek, o któ­rych na­wet ty nie wiesz… – par­sk­nę­ła Ko­ra, ro­biąc dra­ma­tycz­ny gest w stro­nę ota­cza­ją­cych ich pó­łek.

Mi­łek wes­tchnął cięż­ko i z nie­po­ko­jem przy­glą­dał się ko­lej­nym spi­ral­nym ko­ry­ta­rzom, któ­re zda­wa­ły się pro­wa­dzić do­ni­kąd. Ci­che sze­le­sty stron ksią­żek, opa­trzo­nych sta­ry­mi sym­bo­la­mi Ma­lun­ku, two­rzy­ły au­rę, któ­ra by­ła jed­no­cze­śnie fa­scy­nu­ją­ca i nie­co strasz­na.

– Do­bra, mo­że… mo­że się tro­chę po­my­li­łem – przy­znał w koń­cu, choć wy­raź­nie du­żo go to kosz­to­wa­ło. – Ale to jesz­cze nie zna­czy, że je­ste­śmy zgu­bie­ni.

– Oczy­wi­ście, pa­nie „Nie zgu­bi­łem się”. No to co te­raz? Mo­że za­klę­cie orien­ta­cji? A nie, cze­kaj, ty nie znasz za­klęć.

– Bar­dzo śmiesz­ne… – burk­nął Mi­łek, ale je­go po­licz­ki lek­ko po­czer­wie­nia­ły. – Jak to co? Idzie­my da­lej. Mu­si­my być tyl­ko… bar­dzo uważ­ni.

Przy­ja­ciół­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i ru­szy­ła przed sie­bie pew­nym kro­kiem.

– Ja­sne, idź­my da­lej. Ale je­śli znaj­dzie­my ja­kąś ta­jem­ni­czą pu­łap­kę, to ty pierw­szy ją te­stu­jesz.

Mi­łek prze­wró­cił ocza­mi, ale nie od­po­wie­dział. Wziął głę­bo­ki wdech i po­dą­żył za przy­ja­ciół­ką. Świa­tło z ma­gicz­nych lamp po­wo­li przy­ga­sa­ło, a po­wie­trze ro­bi­ło się co­raz chłod­niej­sze. Wresz­cie, na koń­cu spi­ral­nych scho­dów, po­ja­wi­ła się naj­zwy­klej­sza w świe­cie, po­kry­ta ko­rą ścia­na.

– No i pro­szę. Śle­py za­ułek. – Ko­ra prze­wró­ci­ła ocza­mi. – To two­ja wiel­ka stra­te­gia?

– To, to na pew­no ja­kaś po­mył­ka… – od­parł nie­pew­nie, dra­piąc się po gło­wie. – W tej czę­ści Ziar­no­te­ki nie po­win­no być ścia­ny.

Po­de­szli bli­żej, przy­glą­da­jąc się ta­jem­ni­czej po­wierzch­ni.

– Miś­ku – szep­nę­ła z wy­czu­wal­nym nie­po­ko­jem Ko­ra, spo­glą­da­jąc na swo­ją tor­bę. – Spójrz na to…

– Coś się w niej świe­ci – od­po­wie­dział Mi­łek, uważ­nie przy­glą­da­jąc się tor­bie peł­nej na­rzę­dzi. – To… ten przed­miot, któ­ry do­sta­łaś od dziad­ka!

Za­nie­po­ko­jo­na Ko­ra roz­pię­ła tor­bę. Na dnie coś błysz­cza­ło, skry­te w ka­wał­ku ma­te­ria­łu. Jej pal­ce lek­ko za­drża­ły. Ostroż­nie się­gnę­ła po ta­jem­ni­czy przed­miot, po­wo­li roz­wi­ja­jąc tka­ni­nę. I wte­dy sta­ło się coś nie­sa­mo­wi­te­go – świa­tło wo­kół za­wi­niąt­ka za­wi­ro­wa­ło moc­niej, za­le­wa­jąc ścia­nę zło­tą po­świa­tą.

– Co to wła­ści­wie jest? – wy­szep­ta­ła, wpa­tru­jąc się w ma­ły, prze­zro­czy­sty krysz­tał, któ­ry pul­so­wał w jej dło­niach ni­czym ży­wa isto­ta.

Mi­łek zmarsz­czył brwi, za­fa­scy­no­wa­ny i za­nie­po­ko­jo­ny jed­no­cze­śnie.

– My­ślę… my­ślę, że on wska­zu­je nam dro­gę – po­wie­dział po­wo­li, nie­mal z na­boż­nym sza­cun­kiem.

Obo­je w tej sa­mej chwi­li spoj­rze­li na ścia­nę, a po­tem z po­wro­tem na krysz­tał.

– Coś tu­taj się ukry­wa. Coś, cze­go jesz­cze nie wi­dzi­my – po­wie­dzia­ła ci­cho Ko­ra, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od po­wierzch­ni ścia­ny. Po­wo­li unio­sła krysz­tał wy­żej, spo­glą­da­jąc na nie­go pod świa­tło.

Mi­łek uśmiech­nął się lek­ko, choć je­go ser­ce bi­ło jak osza­la­łe.

– Je­śli to na­praw­dę wska­zu­je nam dro­gę… to mo­że znaj­dzie­my ja­kieś ta­jem­ne przej­ście?

Ko­ra po­de­szła bli­żej i przy­ło­ży­ła krysz­tał do ścia­ny. Zło­te świa­tło ob­la­ło jej po­wierzch­nię, a ukry­te do­tąd zna­ki za­czę­ły się wy­ła­niać – drżą­ce, mi­go­czą­ce, jak­by wła­śnie obu­dzi­ły się z głę­bo­kie­go snu.

– Zę­bat­ko, patrz! – za­wo­łał Mi­łek. – To sym­bo­le gil­dii! – Pod­szedł bli­żej, wska­zu­jąc na wy­ła­nia­ją­ce się je­den po dru­gim zna­ki. – Dłu­to Wy­twor­nic­kich… Ko­ło Szyb­ko­bież­nych… Wa­ga Po­my­słow­nic­kich… Liść Cza­ro­list­nych… a tu­taj… Spi­ra­la Bar­dzo­sław­nych – wy­mie­niał z prze­ję­ciem, ostroż­nie do­ty­ka­jąc ich pal­ca­mi.

Przy­ja­ciół­ka na­chy­li­ła się, uważ­nie stu­diu­jąc sym­bo­le. Jej spoj­rze­nie by­ło sku­pio­ne, a w oczach po­ja­wił się błysk eks­cy­ta­cji.

– Tu jest coś jesz­cze. – Jej głos był ni­ski, nie­mal szep­ta­ła, jak­by nie chcia­ła spło­szyć de­li­kat­nych wzo­rów. Wy­cią­gnę­ła krysz­tał w ich stro­nę, trzy­ma­jąc go tak, by zło­te świa­tło oświe­tli­ło in­ny frag­ment ścia­ny. – Spójrz tu­taj. To wy­glą­da jak… skrzy­dła?

Mi­łek wcią­gnął po­wie­trze, a je­go oczy roz­sze­rzy­ły się w zro­zu­mie­niu.

– Skrzy­dła… To mu­si być sym­bol Flo­rę­cji! – po­wie­dział, nie­mal pod­ska­ku­jąc z eks­cy­ta­cji.

– Nie­sa­mo­wi­te – wy­szep­ta­ła Ko­ra. – Wszyst­kie te sym­bo­le obok sie­bie… Ale prze­cież Flo­rę­cja i Ziar­no­gród nie ma­ją ze so­bą nic wspól­ne­go. – Zmarsz­czy­ła brwi, wpa­tru­jąc się w świe­tli­ste zna­ki. – Co to mo­że zna­czyć? Czy to moż­li­we, że dzia­dek ca­ły czas mó­wi praw­dę i kie­dyś na­praw­dę ze so­bą współ­pra­co­wa­li? Prze­cież miesz­kań­cy Flo­rę­cji są nie­ma­gicz­ni i każ­dy Gry­zo­nio­wa­ty wie, że daw­no te­mu od­cię­li się od wszyst­kie­go, co ma zwią­zek z Zo­rvią.

Na­gle ścia­na przed ni­mi za­czę­ła prze­su­wać się z ci­chym zgrzy­tem, uka­zu­jąc ukry­te przej­ście. Za drzwia­mi wi­dać by­ło sła­bo oświe­tlo­ną pu­stą kom­na­tę, na któ­rej środ­ku coś mi­go­ta­ło i uno­si­ło się nad drew­nia­ną po­sadz­ką.

– Nie je­stem pew­na, czy po­win­ni­śmy tam wcho­dzić…? – od­par­ła ci­cho z drże­niem w gło­sie.

– Pa­mię­tasz, jak mó­wi­łaś, że sza­leń­stwo to mój na­tu­ral­ny stan? – spy­tał Mi­łek z bły­skiem w oku. – Chodź, twój dzia­dek nie dał­by nam krysz­ta­łu, gdy­by nie chciał, że­by­śmy zo­ba­czy­li, co jest tu w środ­ku.

Roz­dział 4

„Wow, czy ja wi­dzę… la­wen­dę?!”

Ostroż­nie wkro­czy­li do ciem­nej kom­na­ty, któ­rej roz­miar za­pie­rał dech w pier­siach. Wy­so­kie, łu­ko­wa­te skle­pie­nie gi­nę­ło w cie­niu, a echo ich kro­ków roz­cho­dzi­ło się po pu­stej prze­strze­ni jak od­le­głe grzmo­ty. Ścia­ny po­kry­wa­ły mi­ster­nie wy­ry­so­wa­ne sym­bo­le Ma­lun­ku, lśnią­ce zło­tym bla­skiem, któ­ry zda­wał się pul­so­wać w rytm ich od­de­chów – jak­by to miej­sce oży­ło, wy­czu­wa­jąc ich obec­ność.

– No cóż – ode­zwa­ła się Ko­ra, roz­glą­da­jąc się uważ­nie – je­śli kie­dy­kol­wiek mia­łam cień wąt­pli­wo­ści, że two­ja ro­dzi­na jest dziw­na, to te­raz je­stem te­go ab­so­lut­nie pew­na.

– Zę­bat­ko, patrz na te sym­bo­le! – Mi­łek wska­zał na jed­ną ze ścian. – Czy one nie wy­glą­da­ją do­kład­nie jak te, któ­re wi­dzie­li­śmy na drzwiach?

– Masz ra­cję. Mo­że to ja­kaś for­ma ostrze­że­nia? Wiesz, coś w sty­lu: „Nie wchodź, je­śli nie wiesz, co ro­bisz”.

Jej wzrok prze­su­nął się na śro­dek sa­li, gdzie uno­si­ła się ogrom­na księ­ga, oto­czo­na de­li­kat­nym błę­kit­nym świa­tłem. Wy­glą­da­ła, jak­by by­ła zro­bio­na z po­wie­trza, tak lek­ko i swo­bod­nie le­wi­to­wa­ła nad pod­ło­gą.

– A co z tym? – za­py­ta­ła, wska­zu­jąc na pul­su­ją­cy tom.

Mi­łek uśmiech­nął się szel­mow­sko, jak­by do­kład­nie na to cze­kał.

– Cóż, do­ty­ka­nie rze­czy, któ­rych nie ro­zu­miem, to w za­sa­dzie mo­je hob­by.

– Ostroż­nie! A co, je­śli to pu­łap­ka? – Przy­ja­ciół­ka po­de­szła bli­żej, uważ­nie przy­glą­da­jąc się le­wi­tu­ją­cym stro­nom.

– To tyl­ko księ­ga. Jak ni­by mo­że być groź­na? Co naj­wy­żej spad­nie mi na no­gę. – Ostroż­nie wy­cią­gnął rę­kę, by do­tknąć to­mu, ale ten drgnął nie­znacz­nie i cof­nął się lek­ko w po­wie­trzu.

– Chy­ba cię nie po­lu­bi­ła, ge­niu­szu. – Za­śmia­ła się Ko­ra. – Mo­że bądź do­brze wy­cho­wa­ny i spró­buj po­wie­dzieć… no nie wiem… na przy­kład… „PRO­SZĘ”?

– Bar­dzo śmiesz­ne… – od­parł Mi­łek. – Po­cze­kaj… Mo­że ten krysz­tał od two­je­go dziad­ka coś zdzia­ła.

Ko­ra ostroż­nie wy­ję­ła klej­not z tor­by, a je­go zło­ci­sty blask na­tych­miast roz­świe­tlił mrok kom­na­ty. Pro­mień Zo­rvii za­tań­czył na ścia­nach, od­bi­ja­jąc się od mi­ster­nych sym­bo­li Ma­lun­ku. W tej sa­mej chwi­li księ­ga, któ­ra wcze­śniej zda­wa­ła się je­dy­nie uno­sić w bez­ru­chu, za­drża­ła de­li­kat­nie, jak­by wy­czu­wa­jąc bli­skość krysz­ta­łu. Jej okład­ka po­ru­szy­ła się ci­cho, jak gdy­by od daw­na ocze­ki­wa­ła na ten mo­ment. A po­tem unio­sła się po­wo­li w po­wie­trze i za­czę­ła krą­żyć wo­ko­ło, trze­po­cząc we­so­ło kart­ka­mi.

– Na Zo­rvię! To jest nie­sa­mo­wi­te! – wy­szep­ta­ła za­uro­czo­na Ko­ra, nie­mal za­po­mi­na­jąc o swo­im zwy­czaj­nym, za­czep­nym to­nie.

Księ­ga otwo­rzy­ła się z sub­tel­nym sze­le­stem, przy­po­mi­na­ją­cym dźwięk wia­tru prze­la­tu­ją­ce­go przez li­ście Drze­wa Ży­cia. Na po­cząt­ku kart­ki wy­da­wa­ły się pu­ste – ide­al­nie gład­kie, bez żad­nych zna­ków. Przy­ja­cie­le wstrzy­ma­li od­dech, ob­ser­wu­jąc z na­pię­ciem, jak krysz­tał pul­su­je co­raz in­ten­syw­niej­szym bla­skiem.

Na­gle, jak­by pió­ro nie­wi­dzial­ne­go kro­ni­ka­rza pi­sa­ło po stro­nach, sym­bo­le Ma­lun­ku za­czę­ły po­ja­wiać się na pa­pie­rze. Z po­cząt­ku by­ły to po­je­dyn­cze li­nie i łu­ki, któ­re z każ­dą se­kun­dą łą­czy­ły się w skom­pli­ko­wa­ne wzo­ry. Z tych wzo­rów za­czę­ły wy­ła­niać się kształ­ty, aż w koń­cu stro­ny wy­peł­ni­ła szcze­gó­ło­wa ma­pa – peł­na de­ta­li, w tym miejsc i nazw, któ­re obo­je wi­dzie­li po raz pierw­szy.

– Wow, czy ja wi­dzę… la­wen­dę?! – wy­krzyk­nął Mi­łek, nie­mal przy­kle­ja­jąc nos do mi­go­czą­cej ma­py.

– Tak – przy­tak­nę­ła Ko­ra, po­chy­la­jąc się nad księ­gą. – Wy­glą­da na to, że Flo­rę­cja to jed­no wiel­kie, pach­ną­ce po­le la­wen­do­we!

Mi­łek po­ki­wał gło­wą, wpa­trzo­ny w ob­raz, któ­ry pul­so­wał lek­ko, jak­by ma­pa pró­bo­wa­ła prze­ka­zać coś wię­cej.

– Zo­bacz, te rzę­dy la­wen­dy, jak ide­al­nie uło­żo­ne spi­ra­le… – wes­tchnął, wska­zu­jąc na lśnią­ce po­la ota­cza­ją­ce ca­ły re­gion. – Czu­ję za­pach, jak­by­śmy na­praw­dę tam by­li.

– Spójrz na to. – Przy­ja­ciół­ka wska­za­ła na okrą­gły, wy­róż­nia­ją­cy się punkt w sa­mym środ­ku ma­py. – Ten ogrom­ny krąg po­środ­ku. Are­na kró­lo­wej Ko­ra­lii… Brzmi jak miej­sce peł­ne wiel­kich przy­gód al­bo… – Te­atral­nie za­wie­si­ła głos. – Bar­dzo nud­nych za­wo­dów.

Mi­łek zer­k­nął na nią z obu­rze­niem, któ­re szyb­ko zmie­ni­ło się w pod­eks­cy­to­wa­nie.

– „Nud­nych”? Zę­bat­ko, to miej­sce, w któ­rym co­dzien­nie tre­nu­ją Szyb­ko­lot­ni! Lot­na­sty­ka! Wy­obraź so­bie: szla­ki po­wietrz­ne, ćwi­cze­nia pręd­ko­ści, akro­ba­cje… Te li­nie na are­nie wy­glą­da­ją jak pla­ny lo­tów. To mu­si być nie­sa­mo­wi­te!

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Na­ugia. Ta­jem­ni­ca ba­rie­ry

isbn: 978-83-8423-280-4

© Do­ro­ta To­ma­szew­ska i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ję­drzej Szul­ga

ko­rek­ta: An­na Miot­ke

okład­ka: Oli­wa Błasz­czyk

ilu­stra­cje: Wio­le­ta Me­ler­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.