Nad Niemnem - Eliza Orzeszkowa - ebook + audiobook

Nad Niemnem audiobook

Eliza Orzeszkowa

4,5

Opis

Lata osiemdziesiąte XIX wieku, Korczyn nad Niemnem. Szlachta i chłopi próbują dostosować się do popowstaniowej rzeczywistości. Na tym tle rozgrywa się historia miłości zubożałej dziedziczki Justyny Orzelskiej i wywodzącego się z zaściankowej szlachty Jana Bohatyrowicza.

W świecie Bohatyrowiczów i Korczyńskich przeszłość wciąż żyje – w legendach o powstańczym czynie, w pamięci o tych, którzy zginęli, i w sporach, które dzielą żywych. Rzeka staje się niemym świadkiem ciężkiej pracy, konfliktów, ale też rosnącego uczucia między Justyną i Janem.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 19 godz. 35 min

Lektor: Małgorzata Regent

Oceny
4,5 (106 ocen)
71
19
12
3
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tom I

I

Dzień był letni i świą­teczny. Wszystko na świe­cie jaśniało, kwi­tło, pach­niało, śpie­wało. Cie­pło i radość lały się z błę­kit­nego nieba i zło­tego słońca; radość i upo­je­nie try­skały znad pól poro­słych zie­lo­nym zbo­żem; radość i złota swo­boda śpie­wały chó­rem pta­ków i owa­dów nad rów­niną w gorą­cym powie­trzu, nad nie­wiel­kimi wzgó­rzami, w okry­wa­ją­cych je bukie­tach igla­stych i liścia­stych drzew.

Z jed­nej strony wid­no­kręgu wzno­siły się nie­wiel­kie wzgó­rza z ciem­nie­ją­cymi na nich bor­kami i gajami; z dru­giej wysoki brzeg Nie­mna piasz­czy­stą ścianą wyra­sta­jący z zie­lo­no­ści ziemi, a koroną ciem­nego boru ode­rżnięty od błę­kit­nego nieba, ogrom­nym pół­ko­lem obej­mo­wał rów­ninę roz­le­głą i gładką, z któ­rej gdzie­nie­gdzie tylko wyra­stały dzi­kie, pękate gru­sze, stare, krzywe wierzby i samotne, słu­pia­ste topole. Dnia tego w słońcu ta piasz­czy­sta ściana miała pozór pół­ob­rę­czy zło­tej, prze­pa­sa­nej jak pur­pu­rową wstęgą tkwiącą w niej war­stwą czer­wo­nego mar­glu1. Na świet­nym tym tle w zmie­sza­nych z dala zary­sach roz­po­znać można było dwór obszerny i w nie­wiel­kiej od niego odle­gło­ści na jed­nej z nim linii roz­cią­gnięty sze­reg kil­ku­dzie­się­ciu dwor­ków małych. Był to wraz z brze­giem rzeki zgi­na­jący się nieco w pół­kole sznur sie­dlisk ludz­kich, więk­szych i mniej­szych, wychy­la­ją­cych ciemne swe pro­file z więk­szych i mniej­szych ogro­dów. Nad nie­któ­rymi dachami, w powie­trzu czy­stym i spo­koj­nym wzbi­jały się pro­ste i tro­chę tylko skłę­bione nici dymów; nie­które okna świe­ciły od słońca jak wiel­kie iskry; kilka strzech nowych mie­szało zło­ci­stość słomy z błę­ki­tem nieba i zie­lo­no­ścią drzew.

Rów­ninę prze­rzy­nały drogi białe i tro­chę zie­le­nie­jące od z rzadka pora­sta­ją­cej je trawy; ku nim, niby stru­mie­nie ku rze­kom, przy­bie­gały z pól mie­dze, całe błę­kitne od bła­wat­ków, żółte od kamioły, różowe od dzię­cie­liny i smó­łek. Z obu stron każ­dej drogi sze­ro­kim pasem bie­lały bujne rumianki i wyż­sze od nich kwiaty mar­chew­nika, słały się w tra­wach fio­le­towe rohule, żół­tymi gwiazd­kami świe­ciły bro­daw­niki i kurze śle­poty, liliowe ska­biozy polne wyle­wały ze swych stu­list­nych koron mio­dowe wonie, chwiały się całe lasy sła­bej i deli­kat­nej mie­tlicy, kosmate kwiaty babki stały na swych wyso­kich łody­gach, rumia­no­ścią i zawa­diacką postawą stwier­dza­jąc nadaną im nazwę koza­ków. Za tymi pasami roślin­no­ści dzi­kiej cicho w cichej pogo­dzie stało morze roślin upraw­nych. Żyto i psze­nica miały kłosy jesz­cze zie­lone, lecz już osy­pane drżą­cymi roż­kami, któ­rych obfi­tość wró­żyła uro­dzaj; niż­sze znacz­nie od nich, rumia­nym kwia­tem gęsto usiane słały się na sze­ro­kich prze­strze­niach liścia­ste puchy koni­czyny; puchem też, zda się, ale drob­niej­szym, deli­kat­niej­szym, z zie­lo­no­ścią tak łagodną, że oko pie­ściła, młody len pokry­wał gdzie­nie­gdzie kilka zago­nów, a żółta jaskra­wość kwit­ną­cego rze­paku weso­łymi rze­kami prze­pły­wała po łanach niskich jesz­cze owsów i jęcz­mion.

Wśród tej weso­łej przy­rody ludzie dziś także byli weseli; mnó­stwo ich cią­gnęło po dro­gach i mie­dzach. Gro­ma­dami na dro­gach, a sznu­rami na mie­dzach szły wiej­skie kobiety, któ­rych głowy ubrane w czer­wone i żółte chu­sty two­rzyły nad zbo­żami koro­wody żywych piwo­nii i sło­necz­ni­ków. Od tych gro­mad lały się i pły­nęły po łanach stru­mie­nie róż­nych gło­sów. Były to cza­sem roz­mowy gwarne i krzy­kliwe, cza­sem śmie­chy basowe lub sre­brzy­ste, cza­sem pła­cze nie­mow­ląt u piersi w chu­s­tach nie­sio­nych, cza­sem też pie­śni prze­cią­głe, gło­śne, któ­rych nutę pory­wały i prze­dłu­żały echa ze stron obu: w bor­kach i gajach rosną­cych na wzgó­rzach i w wiel­kim borze, który ciem­nym pasem odci­nał pozło­coną, prze­tkaną szkar­ła­tem ścianę nad­nie­meń­ską od wysa­dza­nych srebr­nymi obło­kami błę­ki­tów nieba. W tym ruchu ludz­kim odby­wa­ją­cym się na uro­dzaj­nej rów­ni­nie czuć było naj­pięk­niej­szy dla wiej­skiej lud­no­ści moment święta: wesoły i wolny w sło­neczny i wolny dzień boży powrót z kościoła.

W porze, kiedy ten ruch znacz­nie już sta­wał się mniej­szy, na rów­ni­nie, z dala od tu i ówdzie jesz­cze cią­gną­cych gro­mad, uka­zały się dwie kobiety. Szły one z tej samej strony, z któ­rej wra­cali inni, ale zbo­czyły znać z pro­stej drogi i chwilę jakąś prze­były w jed­nym z rosną­cych na wzgó­rzach bor­ków. Było to przy­czyną ich spóź­nie­nia się, tym wię­cej, że jedna z nich nio­sła ogromną więź leśnych roślin, które tylko co i dość długo zapewne zry­wała. Druga kobieta zamiast kwia­tów trzy­mała w ręku nie­po­spo­li­tej wiel­ko­ści chustkę, która za każ­dym jej sze­ro­kim i zama­szy­stym kro­kiem, koły­sząc się wraz z dłu­gim ramie­niem, powie­wała jak spo­rej wiel­ko­ści cho­rą­giew. Z dala to tylko widać było, że jedna z tych kobiet miała w ręku pęk roślin, a druga szmatę bia­łego płótna; z bli­ska ude­rzały one nie­zu­peł­nie zwy­kłą powierz­chow­no­ścią.

Kobieta z chustką była nie­zwy­kle wysoka, a wyso­kość tę zwięk­szała jesz­cze chu­dość jej ciała, które prze­cież posia­dało szkie­let tak roz­ro­sły i silny, że pomimo chu­do­ści ramiona jej były sze­ro­kie i wyda­wa­łyby się bar­dzo silne, gdyby nie małe przy­gar­bie­nie ple­ców i karku obja­wia­jące tro­chę znu­że­nia i sta­ro­ści, gdyby także nie ostre kości łopa­tek pod­no­szące w dwu miej­scach sta­ro­świecką man­tylę2 z dłu­gimi, co chwilę powie­wa­ją­cymi koń­cami. Oprócz tej man­tyli zaopa­trzo­nej w płó­cienny koł­nierz miała ona na sobie czarną spód­nicę, tak krótką, że spod niej aż pra­wie do kostek widać było dwie duże i pła­skie stopy ubrane w grube poń­czo­chy i wiel­kie, kwie­ci­ste pan­to­fle. Ubiór ten uzu­peł­niony był przez stary kape­lusz sło­miany, któ­rego sze­ro­kie brzegi ocie­niały twarz, na pierw­szy rzut oka starą, brzydką i przy­krą, ale po bliż­szym przyj­rze­niu się uwagę i cie­ka­wość budzić mogącą. Była to mała, chuda, okrą­gła twarz ze skórą tak ciemną, że pra­wie brą­zową, z czo­łem sfał­do­wa­nym w kilka gru­bych zmarsz­czek, z wpa­dłymi i kości­stymi policz­kami, z wyra­zem gory­czy i zło­śli­wo­ści nada­wa­nym jej przez ostrość nosa i zaci­śnię­cie warg, a wzma­ga­nym przez szcze­gólną ogni­stość i prze­ni­kli­wość oczu. Te oczy zda­wały się jedy­nym bogac­twem tej bied­nej, zesta­rza­łej, zło­śli­wej twa­rzy. Może kie­dyś były one jedyną jej pięk­no­ścią, a teraz, wiel­kie i czarne, spod czar­nych, sze­ro­kich brwi oświe­cały ją jesz­cze przej­mu­ją­cym bla­skiem; miały one spoj­rze­nie prze­ni­kliwe, ostre, urą­gliwe i pło­mien­ność nie­ustanną, jakby wciąż z wnę­trza pod­sy­caną, a dziwną przy tej sczer­nia­łej, w dłoni czasu czy losu zgnie­cio­nej twa­rzy. Szła sze­ro­kim, zama­szy­stym, do pośpie­chu znać przy­zwy­cza­jo­nym kro­kiem, a dłu­gie jej ramiona, u któ­rych wisiały ciemne, kości­ste ręce, koły­sały się u jej boków w tył i naprzód, białą, roz­wi­niętą chustką jak cho­rą­gwią powie­wa­jąc.

Kobietę z kwia­tami trudno byłoby nazwać od razu panną z wyż­szego towa­rzy­stwa albo też dziew­czyną z niż­szych warstw wiej­skiej lud­no­ści. Wyglą­dała tro­chę na jedno i na dru­gie. Wysoka, choć znacz­nie od towa­rzyszki swo­jej niż­sza, ubrana była w czarną weł­nianą suk­nię, bar­dzo skromną, która jed­nak wybor­nie uwy­dat­nia­jąc jej kształtną i silną, w ramio­nach sze­roką, a w pasie cienką kibić zdra­dzała zna­jo­mość żur­nalu mód i rękę bie­głego krawca. W wypro­sto­wa­niu jej kibici i w deli­kat­no­ści cery czuć było także manierę i cie­plar­nię. Ale w zamian ruchy jej i gesty sprze­czały się z cało­ścią jej osoby tro­chą popę­dli­wo­ści i jakby przy­bra­nej rubasz­no­ści, nie miała ona przy tym na sobie ani kape­lu­sza, ani ręka­wi­czek. Głowę owi­niętą czar­nym jak heban war­ko­czem i twarz śniadą, z pur­pu­ro­wymi ustami i wiel­kimi, sza­rymi oczami śmiało wysta­wiała na upalne gorąco słońca. Płó­cienny, tani para­so­lik opie­rała o ramię, a ręce jej dość duże i opa­lone zdra­dzały nader rzad­kie uży­wa­nie ręka­wi­czek. Wszystko to ude­rzało tym wię­cej, że spo­sób, w jaki trzy­mała swą odkrytą głowę i ciemne brwi nad siwymi oczami ścią­gała, nada­wał jej wyraz śmia­ło­ści i dumy. W ogóle ta panna czy ta dziew­czyna na lat dwa­dzie­ścia parę wyglą­da­jąca wyda­wała się uoso­bie­niem pięk­no­ści kobie­cej zdro­wej i sil­nej, lecz dum­nej i chmur­nej. Pogody, jaką nadaje ludz­kim twa­rzom szczę­ście lub rezy­gna­cja, w tej mło­dej i świe­żej, ale nie­spo­koj­nej i zamy­ślo­nej twa­rzy nie było, jak­kol­wiek roz­ja­śniało ją teraz to zupeł­nie fizyczne oży­wie­nie, któ­rym istotę ludzką, niezupeł­nie jesz­cze przez życie zni­we­czoną, napeł­nia długa i swo­bodna kąpiel w kipią­cym zdroju przy­rody.

Prędko idąc, aby sze­ro­kim kro­kom towa­rzyszki swej wyrów­nać, z zaję­ciem, pra­wie z miło­ścią przy­glą­dała się ona uzbie­ra­nej przed chwilą więzi roślin. Były tam bujne liliowe dzwonki leśne, goź­dziki, pach­nące smółki, liście mło­dych paproci, mło­dziut­kimi szysz­kami okryte gałązki sośniny. Wszystko to rzu­cało jej w twarz falę dzi­kiej i prze­ni­kli­wej woni, którą też ona od chwili do chwili wcią­gała peł­nym i dłu­gim odde­chem swej sil­nej, sze­ro­kiej piersi. Roz­kosz, którą odczu­wała wtedy, i upał słońca, w któ­rym nurzała swą odkrytą głowę, rumień­cem powle­kły śniade jej policzki; zara­zem surowe jej i zamy­ślone, choć pełne pur­pu­ro­wej krwi usta roz­chy­liły się w mło­dym i szcze­rym śmie­chu. Śmiała się ze słów towa­rzyszki swej, która idąc wciąż prędko i wiel­kimi sto­pami swymi z wysoka i mocno o zie­mię ude­rza­jąc, gru­bym, nieco ochry­płym, przez brak odde­chu czę­sto prze­ry­wa­nym gło­sem cią­gnęła w borku jesz­cze roz­po­częte opo­wia­da­nie.

– Ot, tu, powia­dam ci, w tym samym miej­scu, pomię­dzy tymi wzgór­kami, te głu­pie chłopy wzięli mnie za cho­lerę… Może nie wie­rzysz? Słowo honoru, prawdę mówię! Jesz­cześ wtedy nie była w Kor­czy­nie, jesz­cze mała byłaś, bo było to wła­śnie wtedy, kiedy ojczu­lek twój z tą Fran­cu­zicą roman­so­wał!…

Urwała nagle, sta­nęła, chrząk­nęła tak gło­śno, że aż roz­le­gło się po polu; chustką trzy­maną w ręku jesz­cze gło­śniej nos wytarła i gniew­nie do sie­bie zamru­czała:

– Wieczna głu­pota moja!

Młoda panna, któ­rej na chwilę twarz znie­ru­cho­miała, uśmiech­nęła się znowu.

– Co tam! Niech cio­cia na to nie zważa! Jaż wiem dobrze o wszyst­kim i z prze­szło­ścią oswo­iłam się zupeł­nie… Prze­cież cio­cia nie przez zło­śli­wość pewno… Co tam! Jakże to było z tą cho­lerą?

Zaczęły iść dalej, tak samo prędko jak wprzódy. Stara mówiła znowu:

– Ot, jak było. Z kościoła wra­ca­łam, tak jak i teraz, a śpie­szy­łam bar­dzo, bo Emilka była chora i goście mieli na obiad przy­je­chać… Więc lecia­łam co tchu, wprost przez pole, które wtedy ugo­rem stało, przez puste zagony… Co dam krok, to pół­tora zagona prze­sa­dzę… Wprost jak­bym nad zie­mią leciała… A mia­łam na sobie zie­loną suk­nię… jesz­cze wtedy kolo­rowe suk­nie nosi­łam… Kape­lusz taki, ot, słom­kowy zdję­łam i dla ochłody macha­łam nim sobie przed twa­rzą… Uf! nie mogę…

Zdy­szała się, sta­nęła znowu i zaczęła kasz­leć. Kaszel jej był gruby, chry­pliwy, gło­śny, jakby doby­wał się z głębi beczki. Mało jed­nak zwra­cała nań uwagi i zaraz, idąc, znowu opo­wia­dała dalej:

– Cho­lera wtedy gra­so­wała po świe­cie; w naszych stro­nach jej jesz­cze nie było, ale ludzie lękali się, aby nie przy­szła… Otóż, kiedy mnie chłopi wra­ca­jący z kościoła zoba­czyli tak lecącą polem, jak naro­bią krzyku, pła­czu… Jedni zaczęli ucie­kać i biec tak prędko, jakby ich dia­beł gonił, dru­dzy popa­dali pośród dróg na kolana i nuż żegnać się, czo­łami bić o zie­mię, pacie­rze gło­śno mówić… „Cho­lera! – krzy­czą – ot i już bieży, nam na zgu­bie­nie!” „Ale! – odpo­wia­dają dru­dzy – już to nie co innego! Cho­lera i koniec! Wielka taka, że głową nieba dostaje, w zie­lo­nej sukni i złotą łopatą macha!” Ta łopata, uwa­żasz, to był mój kape­lusz na słońcu błysz­czący… prawda, że go też dobrze spłasz­czy­łam, bo zdjąw­szy w kościele z powodu gorąca i nie mając gdzie podziać, poło­ży­łam go na ławce i przez całe nabo­żeń­stwo na nim sie­dzia­łam… Uf! nie mogę…

Znowu zabra­kło jej odde­chu, chrzą­kała, nos ucie­rała i chwilę szła, mil­cząc.

– I cóż się stało potem? – zapy­tała młoda panna.

– A cóż? Darem­nie eko­nom, który jak raz wtedy wra­cał też z kościoła, i Boha­ty­ro­wi­cze, któ­rzy mnie kie­dyś znali, z bli­ska nawet znali, per­swa­do­wali chło­pom, że to nie była cho­lera, tylko panna Marta Kor­czyń­ska z Kor­czyna, kuzynka pana Bene­dykta Kor­czyń­skiego… Nie uwie­rzyli i do dzi­siej­szego dnia nie wie­rzą… „Ot – mówią – czy to taka kobieta może gdzie być na świe­cie? Głową do nieba dosta­wała, nad zie­mią leciała, zie­loną suk­nię miała na sobie i złotą łopatą machała, morowe powie­trze przed sobą pędząc…” Wieczna głu­pota ludzka! Powia­dam ci, Justynko, że ludzka głu­pota to wielki i wieczny kamień. Więk­szy on jesz­cze od ludz­kiej zło­ści. Już ja to wiem, bo był czas, że i sama tak ude­rzy­łam się o swoją wła­sną głu­potę, że… Uf! nie mogę…

Sapała, chrzą­kała, kasz­lała znowu gło­śno jak z beczki. Justyna, policzki i usta topiąc w dzwon­kach, papro­ciach i goź­dzi­kach, zauwa­żyła:

– Prze­cież cioci te nie­mą­dre gada­nia nic nie zaszko­dziły…

Czarne oczy Marty Kor­czyń­skiej spoj­rzały ostro, pra­wie zja­dli­wie.

– Tak myślisz? – sark­nęła. – Wiecz­nie to samo. Nikt nie uwie­rzy w to, czego sam nie doświad­czył. Nie zaszko­dziły! Pewno, nie zja­dły mnie one, ale… uką­siły. Czy ty myślisz, że to miło być wziętą za cho­lerę? Nie byłam ja wtedy tak stara… dwa­na­ście lat temu mia­łam lat trzy­dzie­ści sześć…

– Więc teraz czter­dzie­ści osiem? – z nie­ja­kim zdzi­wie­niem zauwa­żyła Justyna.

– A ty może myśla­łaś, że sześć­dzie­siąt? – Marta ostro się zaśmiała. – Zapewne wyglą­dam na tyle, sama to wiem, a i wtedy już nie­wiele lepiej jak teraz wyglą­da­łam. Może nie wiesz dla­czego? Ha? Czy wiesz dla­czego?

– Wiem – z powagą odpo­wie­działa panna.

– No, to dobrze, że wiesz, bo może zro­bisz co takiego, abyś i sama prędko na cho­lerę wyglą­dać nie zaczęła…

Justyna ramio­nami wzru­szyła.

– A cóż ja takiego zro­bić i co prze­ciw temu pora­dzić mogę?

Zamy­śliły się obie i mimo woli zwol­niły kroku, co naj­pierw spo­strze­gła star­sza.

– No, wle­czem się jak żół­wie. Prę­dzej, bo już tam Emilka wyrzeka pewno, że nie wra­cam, i zaczyna dosta­wać migreny albo glo­busa3…

– A Tere­nia – pod­chwy­ciła panna – bie­gnie po kro­ple z bobro­wej esen­cji albo po proszki bro­mowe, albo po anty­mi­gre­nowy ołó­wek4, albo po Rigol­lot5.

Zaśmiała się, lecz wnet spo­waż­niała znowu.

– Wujenka jest naprawdę biedna z tym cią­głym cho­ro­wa­niem.

Marta kiw­nęła głową i mach­nęła ręką.

– A pewno – rze­kła – biedna kobieta! Ale bo, widzisz, żeby tak pchły pie­ścić, jak ona swoje cho­roby pie­ści, to by

na wołów powy­ra­stały, słowo honoru!

W tej chwili za roz­ma­wia­ją­cymi roz­legł się tur­kot powozu; droga była w tym miej­scu wąska, zeszły więc na stronę. Szły samym skra­jem pola poro­słego gęstą psze­nicą. Biała i sucha kurzawa owiała je wiel­kim kłę­bem, o tyle jed­nak prze­zro­czy­stym, że roz­po­znać w niej było można zgrabny faeton6, cią­gnięty przez cztery piękne, błysz­czącą uprzężą okryte konie i dwu sie­dzą­cych w faeto­nie męż­czyzn. Widziały też, że obaj męż­czyźni, spo­strze­gł­szy je, pod­nie­śli nad gło­wami czapki, a jeden z nich nawet, prze­chy­la­jąc się nieco ku nim, zawo­łał:

– Święte panny: Marto i Justyno, módl­cie się za nami!

Marta z roz­ża­rzo­nymi oczami i macha­jąc ku powo­zowi swą białą chu­stą, odkrzyk­nęła:

– A modli­łam się, modli­łam się, aby Bóg panu rozum przy­wró­cić raczył!

Wykrzy­kowi temu odpo­wie­dział z odda­la­ją­cego się szybko powozu wybuch śmie­chu, widocz­nie basowy i ochry­pły głos Marty prze­drzeź­nia­ją­cego. Na twa­rzy Justyny wybił się wyraz sil­nie uczu­tej przy­kro­ści, pra­wie udrę­cze­nia.

– Boże! – szep­nęła. – A ja mia­łam nadzieję, że ten czło­wiek dziś już do nas nie przy­je­dzie, że go ten pan Różyc do sie­bie na obiad zaprosi…

– Nie głupi on! – odpo­wie­działa Marta. – Zapewne Różyc zapro­sił go do swego powozu; wolał więc swoje szka­piny do domu odpra­wić, a sam i w cudzym faeto­nie popa­ra­do­wać i u nas cudzy obiad zjeść… dwie razem korzy­ści dla hul­taja tego…

Justyna była widocz­nie zanie­po­ko­jona. Już pach­nąca więź, którą trzy­mała w ręku, zaj­mo­wać ją prze­stała.

– Cie­ka­wam – szep­nęła – jaką to kome­dię mieć dziś będziemy?

Marta spoj­rzała na nią prze­ni­kli­wie i ciszej tro­chę rze­kła:

– O papuń­cię swego lękasz się, ha? Ten bła­zen wieczne face­cje7 wypra­wia z tym safan­dułą…

Tu aż się za wklę­słe usta swoje wielką ręką chwy­ciła.

Po czole, ustach i nawet ramio­nach Justyny prze­bie­gło drgnie­nie nagle jakby uczu­tego obrzy­dze­nia; wnet jed­nak odpo­wie­działa:

– Niech cio­cia śmiało wszystko przede mną mówi. Ja dawno już zro­zu­mia­łam poło­że­nie ojca i swoje, dawno, dawno… ale oswoić się z nim nie mogę, i ni­gdy, ni­gdy z nim się nie pogo­dzę…

Marta zaśmiała się.

– Ot. Lubię takie gada­nie! Cie­ka­wam, co zro­bisz? Musisz pogo­dzić się albo powie­sisz się chyba czy uto­pisz się… Każdy despe­ruje z początku, a potem i godzi się z takim losem, jaki mu Bóg czy dia­beł nasyła. Bo aby wszyst­kie losy ludz­kie były robotą Pana Boga, w to ani tro­chę nie wie­rzę. Spo­wia­da­łam się już z tego i raz nawet abso­lu­cji8 od księ­dza nie dosta­łam, jed­nak nie wie­rzę… Powia­dam ci, że każdy z początku despe­ruje, a potem jak baran na rzeź spo­koj­nie swoją drogą idzie… Uf! nie mogę!

Zakasz­lała się tak, że aż jej oczy łzami zaszły. Krztu­sząc się jesz­cze, tymi załza­wio­nymi oczami na towa­rzyszkę popa­trzała.

– Ty bo, Justynko, straszną melan­cho­liczką jesteś! Czemu nie robisz tak jak i inne panny? Z łaski wuja i wujenki korzy­staj, strój się, kiedy cię stroić chcą, baw się, gdy tylko zda­rzy się oka­zja, mizdrz się do kawa­le­rów, a może któ­rego zła­piesz i za mąż wyj­dziesz… ha? Słowo honoru! Czemu ty tak nie robisz?

Justyna nie odpo­wia­dała. Szła pro­sto i rów­nym kro­kiem jak wprzódy, tylko w roz­pa­lo­nych i zamy­ślo­nych jej oczach bły­snęły łzy.

– Phi! – zaśmiała się Marta. – Melan­cho­liczką jesteś… i dumna jak księż­niczka. Od wujo­stwa nic przyj­mo­wać nie chcesz, ze swo­ich pro­cen­ci­ków ubie­rasz sie­bie i ojca, trze­wiki nawet oszczę­dzasz, tak że cza­sem boso cho­dzisz, kape­lu­sza i ręka­wi­czek nie nosisz…

– O, niech cio­cia tak nie myśli! – poryw­czo pra­wie zawo­łała Justyna. – Ja ani kła­mać, ani uda­wać nie chcę! Prawda, że zawsze łamię sobie głowę, aby mnie i ojcu tych kilku wła­snych naszych gro­szy na odzie­nie przy­naj­mniej wystar­czyło… Ale boso cza­sem cho­dzę i kape­lu­szów ani żad­nych dro­gich rze­czy nie noszę nie tylko dla­tego… nie tylko dla­tego…

– To i dla­cze­góż? No, dla­cze­góż? – Bły­ska­jąc oczami, dopy­ty­wała się stara panna.

– Dla­tego – z nagłym i sil­nym rumień­cem odparła Justyna – że dawno już ode­chciało mi się ich stro­jów i zabaw, ich poezji i ich miło­ści… Żyję tak, jak oni wszy­scy, bo skądże sobie wezmę innego życia, ale jeżeli mogę zro­bić co ina­czej niż oni, po swo­jemu robię i nikogo to obcho­dzić nie powinno.

Marta przy­pa­try­wała się jej prze­ni­kli­wie i z uwagą.

– A wszystko to – rze­kła – poszło od tej histo­rii two­jej z Zyg­mu­siem Kor­czyń­skim… prawda? Cha! cha! Myśla­łaś wtedy pewno, że cię otwar­tymi ramio­nami spo­tkają i do fami­lii swo­jej wpro­wa­dzą… bo i tak prze­cie krewną im przy­cho­dzisz… A oni tym­cza­sem… gdzie! Ani pomy­śleć o tym nie dali mazga­jowi temu… Cha! cha! wiem ja to wszystko, wiem! Wieczna głu­pota ludzka!

Justyna ze wzro­kiem w zie­mię wbi­tym mil­czała.

– No, a myśli­szże ty jesz­cze cza­sem o tym mazgaju? Serce… boli jesz­cze cza­sem?

– Nie.

Z krót­kiej tej odpo­wie­dzi poznać można było, że panna Justyna mówić nie chce o przed­mio­cie przez star­szą jej towa­rzyszkę zacze­pio­nym. Tylko już wszelki cień uprzed­niego oży­wie­nia znik­nął z jej twa­rzy. Zmy­sły jej prze­stały pić z kie­li­cha roz­kwi­tłej przy­rody roz­koszny napój zapo­mnie­nia. Gry­ząca tro­ska przej­rzała się w zwier­cia­dle jej sza­rych, prze­zro­czy­stych źre­nic; jakieś wspo­mnie­nia czy wstręty opu­ściły w dół końce pąso­wych warg, nada­jąc im wyraz znu­dze­nia i gory­czy. Wtem na dro­dze za dwoma idą­cymi kobie­tami zatur­ko­tały znowu koła, tylko nieco ina­czej niż wprzódy. Nie był to głu­chy i do cichego grzmotu podobny tur­kot faetonu, ale kle­ko­tliwe tro­chę i z lek­kim skrzy­pie­niem połą­czone tocze­nie się kół pro­stego wozu. Kurzawa też pod­nio­sła się znacz­nie mniej­sza, opa­dła prędko i dwie kobiety, obej­rzaw­szy się, ujrzały za sobą długi wóz napeł­niony słomą, którą z obu boków przy­trzy­my­wały drew­niane dra­biny, a okry­wał wzdłuż wozu roze­słany, pasia­sty i bar­wi­sty, na domo­wych, wiej­skich kro­snach utkany kili­mek9. Wóz ten cią­gnęła para koni­ków małych, tłu­stych, z któ­rych jeden był kasz­ta­no­waty z kono­pia­stą grzywą, a drugi gniady z bia­łymi nogami i białą łatką na czole. Opla­tała je z rzadka uprząż z pro­stych, gru­bych powro­zów. Gdyby nawet koła tego wiej­skiego ekwi­pażu nie tur­ko­tały wcale, a cią­gnące go drob­nym truch­tem koniki stą­pały bez naj­lżej­szego sze­le­stu, zbli­że­nie się jego dałoby znać o sobie przez uno­szący się zeń wielki gwar gło­sów. Napeł­niało go towa­rzy­stwo liczne. Na sło­mie okry­tej pasia­stym kilim­kiem, pomię­dzy okrą­głymi porę­czami dra­bin, sie­działo kilka kobiet, z któ­rych jedna tylko była nie­młoda, w ciem­nej chu­stce na ple­cach i wiel­kim czepcu na gło­wie, inne zaś, niby klomb ogro­dowy, kwi­tły rumień­cami twa­rzy i jaskra­wymi bar­wami ubrań. Było im tak cia­sno, że sie­działy w róż­nych posta­wach i kie­run­kach, twa­rzami, bokami i ple­cami ku sobie zwró­cone, ści­śnięte jak kwiaty w bukie­cie. Jed­nym z nich w tym ści­sku chustki z głów pospa­dały i two­rzyły na ple­cach kapi­szony z muślinu albo per­kalu; innym kosy10 nawet czarne albo zło­ci­ste roz­wi­nęły się na błę­kitne albo różowe sta­niki11, a u wszyst­kich nad uszami i przy skro­niach zwie­szały się albo ster­czały wetknięte we włosy pąsowe, liliowe i żółte kwiaty. Wóz trząsł nimi i silne ich kibi­cie chwiał wciąż w kie­runki różne, chwy­tały też dra­biny ciem­nymi rękami albo cze­piały się wza­jem swych ramion i sukien, śmie­jąc się i gada­jąc gło­śno i wszyst­kie razem. W tym gwar­nym ogródku było tak cia­sno, że woź­nicy zabra­kło miej­sca do sie­dze­nia: kie­ro­wał on końmi, sto­jąc u samego brzegu wozu, a można by przy­pu­ścić, że postawę tę przy­brał nie z koniecz­no­ści, ale przez zalot­ność, dla­tego aby w naj­ko­rzyst­niej­szym świe­tle wydać się współ­to­wa­rzysz­kom podróży. Był to męż­czy­zna trzy­dzie­sto­letni, wysoki i tak zgrabny, jakby go matka natura z lubo­ścią i wiel­kim sta­ra­niem na łonie swym wyho­do­wała. Tym­cza­sem nie co innego, tylko ciężka praca około zdo­by­wa­nia jej darów, gorące jej żary let­nie i dzi­kie polne powiewy nadały temu ciału taką har­mo­nię i siłę, że trzę­sący się i pod­ska­ku­jący wóz nie mógł zmą­cić ani na chwilę jego pro­stych i wynio­słych linii. Od ogo­rza­łej cery jego twa­rzy sil­nie odbi­jały zło­ci­ste, bujne wąsy i jasno­złote włosy, opa­da­jące spod czapki na koł­nierz sza­rej, krót­kiej kurty, ku ozdo­bie zapewne zie­loną taśmą oszy­tej. Nie­dbale w ogo­rza­łych rękach trzy­ma­jąc lejce i nie odwra­ca­jąc twa­rzy ku wie­zio­nym przez się kobie­tom, odpo­wia­dał wesoło na zapy­ta­nia ich i przy­cinki, cza­sem męski śmiech swój łączył z chó­rem cien­kich, piskli­wych śmie­chów dziew­cząt.

Marta i Justyna zatrzy­mały się u brzegu drogi, w cie­niu wierzby, któ­rej kwiat podobny do zie­lo­na­wych robacz­ków osy­py­wał im suk­nie i głowy. Marta w kie­runku jadą­cych mach­nęła swą białą chustką i nie­zwy­kle u niej przy­ja­znym gło­sem krzyk­nęła:

– Dobry wie­czór, panie Boha­ty­ro­wicz! Dobry wie­czór!

Woź­nica szybko zdjął czapkę, odkry­wa­jąc czoło mniej opa­lone od reszty twa­rzy, gład­kie i pogodne.

– Dobry wie­czór! – odpo­wie­dział.

– Dobry wie­czór! – chó­rem krzyk­nęły dziew­częta.

– A skąd­żeś to pan wziął tyle dziew­cząt? – zawo­łała znowu stara panna.

– Po dro­dze jak poziomki uzbie­ra­łem. – Nie zatrzy­mu­jąc koni, ale tylko zwal­nia­jąc nieco ich biegu, odpo­wie­dział zagad­nięty.

Jedna z dziew­czyn, naj­śmiel­sza znać, prze­chy­la­jąc się przez dra­binę wozu i bia­łymi zębami bły­ska­jąc, gło­śno pra­wić zaczęła:

– Pie­chotą, pro­szę pani, szły­śmy… a on nas napę­dził, tośmy mu kazały, aby nas zabrał…

– Oho! Kazały! – zażar­to­wała Marta.

– A jakże! – potwier­dziła dziew­czyna z wozu. – Czy ja nie mam prawa jemu naka­zy­wać? Jaż jego strzeczna12 sio­stra! Dla sio­stry sza­cu­nek mieć powi­nien! Bar­dzo słusz­nie!

W tej chwili wóz zrów­nał się ze sto­ją­cymi pod wierzbą kobie­tami, woź­nica po raz drugi zdjął czapkę i spoj­rze­nie jego z wysoka spły­nęło na Justynę. W tym szyb­kim spoj­rze­niu dostrzec można było, że oczy woź­nicy błę­kitne były jak tur­kusy i że w tej chwili prze­le­ciała w nich bły­ska­wica. Ale wnet wło­żył na głowę czapkę, twarz znowu ku dro­dze zwró­cił i poru­szyw­szy lej­cami, zawo­łał na konie, aby szły prę­dzej.

Wóz zaczął toczyć się prę­dzej. Justyna z zacie­ka­wie­niem i figlar­no­ścią w oczach, z roz­chy­lo­nymi w uśmie­chu ustami pod­sko­czyła i gestem weso­łym, który by nawet wykwint­nemu oku mógł wydać się rubaszny, rzu­ciła na jadące kobiety swoją więź13 gałęzi i kwia­tów. Na wozie wybuch­nęły śmie­chy, dziew­częta chwy­tały roz­sy­pane kwiaty, nie­które z nich wołały:

– Dzię­ku­jemy! Dzię­ku­jemy panience!

Ale woź­nica nie obej­rzał się i nie zapy­tał o przy­czynę powsta­łego na wozie gwaru. Zamy­ślił się o czymś tak bar­dzo, że aż głowę, którą przed­tem wysoko trzy­mał, tro­chę pochy­lił.

Dwie kobiety iść znowu zaczęły. Marta mówiła:

– Ten Janek Boha­ty­ro­wicz na pięk­nego i dziel­nego chło­paka wyrósł… Zna­łam go dziec­kiem… Zna­łam ich kie­dyś wszyst­kich… kie­dyś… dobrze i z bli­ska…

Zamy­śliła się, mówiła ciszej tro­chę niż zwy­kle.

– Był, uwa­żasz, taki czas krótki, że ci Boha­ty­ro­wi­cze u nas we dwo­rze bywali i do stołu z nami sia­dali… mia­no­wi­cie, ojciec tego Janka, Jerzy, i stryj jego, ten Anzelm Boha­ty­ro­wicz, co to teraz podobno scho­ro­wany i melan­cho­li­kiem jakimś stał się… Jed­na­ko­woż jaki to był kie­dyś męż­czy­zna… przy­stojny, odważny, patriota… roman­sowy… Do takiej poufa­ło­ści wtedy pomię­dzy dwo­rem a tą szla­checką oko­licą przy­szło, że siądę sobie, bywało, do for­te­pianu i akordy biorę, a Anzelm za mną sta­nie i śpiewa: „Bywaj, dziew­czę, zdrowe, ojczy­zna mię woła!”. A potem ja jemu śpie­wam: „Szu­miała dąbrowa, wojacy jechali…”. Będzie temu już lat dwa­dzie­ścia dwa… trzy… Jaki to był gwar u nas, jakie życie i moje, i wszyst­kich… A teraz wszystko ina­czej… ina­czej… wieczny smu­tek…

Mówiła to coraz powol­niej, głową kiwała, a ogni­ste jej oczy nie­ru­chomo tkwiły w dale­kim punk­cie prze­strzeni. Wtem znad wozu, który odda­lił się o kil­ka­dzie­siąt kro­ków, z towa­rzy­sze­niem kle­ko­tli­wego tur­kotu kół wzniósł się czy­sty i silny głos męski z całej sze­ro­kiej piersi śpie­wa­jący strofę sta­rej pie­śni:

Ty pój­dziesz górą, ty pój­dziesz górą,

A ja doliną;

Ty zakwit­niesz różą, ty zakwit­niesz różą,

A ja kaliną.

Justyna z sze­roko otwar­tymi oczami i roz­chy­lo­nymi w uśmie­chu usty słu­chała pie­śni, która dalej roz­le­wała po polach swą roz­gło­śną i smętną nutę:

Ty pój­dziesz drogą, ty pój­dziesz drogą,

A ja łozami;

Ty się zmy­jesz wodą, ty się zmy­jesz wodą,

Ja mymi łzami…

– Słowo honoru! – nagle i naj­głęb­szym swym basem zawo­łała Marta – i my kie­dyś z Anzel­mem śpie­wa­li­śmy ten sam duet…

Na wozie sto­jący wysoki męż­czy­zna w znacz­nym już od dwóch kobiet odda­le­niu śpie­wał dalej:

Ty jesteś panną, ty jesteś panną

Przy wiel­kim dwo­rze;

A ja będę księ­dzem, a ja będę księ­dzem

W bia­łym klasz­to­rze…

– Ot – sark­nęła Marta – w pie­śni jest „będziesz” nie „jesteś”. Dla­czego on śpiewa „jesteś”? Prze­ra­bia sobie stare pie­śni, bła­zen!

Justyna uwagi tej nie sły­szała. Gorący pło­mień prze­mknął w jej oczach.

– Pyszny głos! – szep­nęła.

– Nie­szpetny – odpo­wie­działa Marta. – Pomię­dzy nimi czę­sto znaj­dują się piękne głosy i śpie­wacy z nich zawo­łani… I ten Anzelm kie­dyś, gdzie tylko, bywało, obróci się… śpiewa.

Z daleka już, z daleka od toczą­cego się wozu przy­pły­nęła jedna jesz­cze strofa:

A jak pomrzemy, a jak pomrzemy,

Każemy sobie

Złotne litery, złotne litery

Wyryć na gro­bie…

Stara panna sta­nęła nagle pośród drogi, podobna do wyso­kiego słupa ubra­nego w sło­miany kape­lusz i sto­ją­cego na dwu wiel­kich nogach w kwie­ci­stych pan­to­flach. Wzrok w twa­rzy mło­dej dziew­czyny utkwiła, wspo­mnie­nia i roz­czu­le­nia jakieś pra­co­wały w jej chry­pli­wie oddy­cha­ją­cej piersi, aż krzyk­nęła pra­wie:

– A koniec tej pie­śni znasz? Natu­ral­nie, że nie znasz! Teraz już jej nikt… oprócz nich… nie śpiewa…

Ramiona roz­krzy­żo­wała i gru­bym, ochry­płym gło­sem zade­kla­mo­wała:

A kto tam przyj­dzie albo przy­je­dzie,

Prze­czyta sobie:

Złą­czona para, złą­czona para

Leży w tym gro­bie!

– Ot, jaki koniec! – powtó­rzyła i wnet szer­szymi jesz­cze jak wprzódy kro­kami i moc­niej ramio­nami roz­ma­chu­jąc, poszła dalej.

Wóz napeł­niony wiej­skimi dziew­czę­tami wto­czył się pomię­dzy szare domo­stwa i gęste ogrody wsi, dłu­gim sznu­rem roz­cią­gnię­tej nad brze­giem wyso­kiej góry, u któ­rej stóp, w falach swych błę­kit nieba i ciemny bór odbi­ja­jąc, pły­nął cichy, spo­kojny Nie­men.

II

W kor­czyń­skim dwo­rze na roz­le­głym traw­niku dzie­dzińca rosły wyso­kie i grube jawory oto­czone niż­szą od nich gęstwiną kora­lo­wych bzów, aka­cji, bul­de­ne­żów i jesz­cze niż­szą jaśmi­nów, spi­rei i krza­cza­stych róż. Dokoła sta­rych, kie­dyś kosz­tow­nych szta­chet, topole, kasz­tany i lipy ścianą gęstej zie­lo­no­ści zakry­wały drew­niane gospo­dar­skie budynki. U zbiegu dwu dróg oka­la­ją­cych traw­nik i rosnące śród niego potężne grupy drzew i krze­wów stał dom drew­niany także, nie­po­bie­lony, niski, ozdo­biony wiją­cymi się po jego ścia­nach powo­jami, z wiel­kim gan­kiem i dłu­gim rzę­dem okien mają­cych kształt nieco gotycki. Na ganku pomię­dzy ole­an­dro­wymi drze­wami, rosną­cymi w drew­nianych wazo­nach, stały żela­zne kanapki, krze­sła i sto­liki. Naprze­ciw gospo­dar­skich zabu­do­wań wzno­siła się nad szta­chetami gęsta zie­lo­ność sta­rego znać, bo w aleje z gru­bych drzew wysa­dza­nego, ogrodu. Dalej widać było u jed­nego z krań­ców ogrodu prze­świe­ca­jący przez zie­lo­ność ów wysoki, w słońcu zło­ci­sty brzeg Nie­mna, a z nie­któ­rych punk­tów dzie­dzińca widzialna była i sama rzeka, sze­roka, w tym miej­scu okrą­głym łukiem skrę­ca­jąca się za bór ciemny.

Nie był to dwór wiel­ko­pań­ski, ale jeden z tych sta­rych, szla­chec­kich dwo­rów, w któ­rych nie­gdyś mie­ściły się znaczne dostatki i wrzało życie ludne, sze­ro­kie, wesołe. Jak działo się tu teraz, aby o tym wie­dzieć, trzeba było dowia­dy­wać się z bli­ska, ale co w oczy od razu wpa­dało, to wielka usil­ność o zacho­wa­nie miej­sca tego w porządku i cało­ści. Jakaś ręka gor­liwa i pra­co­wita zaj­mo­wała się wciąż jego pod­pie­ra­niem, napra­wia­niem, oczysz­cza­niem. Szta­chety psuły się tu po wie­le­kroć, ale zawsze je napra­wiano, więc choć poła­tane, stały pro­sto i dobrze strze­gły dzie­dzińca i ogrodu. Stare rów­nież gospo­dar­skie budynki miały silne pod­pory, a w wielu miej­scach nowe strze­chy i nowe pomię­dzy drew­nia­nymi ścia­nami słupy z kamieni. Stary dom niski był i widocz­nie z każ­dym rokiem wię­cej wsu­wał się w zie­mię, lecz z dachem gon­to­wym i jasnymi szy­bami okien nie miał wcale pozoru ruiny. Rzad­kich, kosz­tow­nych kwia­tów i roślin nie było tu ni­gdzie, ale też ni­gdzie nie rosły pokrzywy, łopu­chy, osty i chrzany, a stare drzewa i dawno znać zasa­dzone, bo potęż­nie roz­ro­słe krzewy wyglą­dały świeżo i zdrowo. Dwo­rowi temu, w któ­rym jed­nak widocz­nie wciąż się coś psuło i napra­wiane było, w któ­rym widocz­nie także nic od dawna nie doda­wano i nie wzno­szono, ale tylko to, co już stało i rosło, prze­cho­wy­wano, porzą­dek, czy­stość i dba­łość nada­wały pozór dostatku i pra­wie wspa­nia­ło­ści. Wiel­kość zaj­mo­wa­nej prze­zeń prze­strzeni, nie­zmierne bogac­two napeł­nia­ją­cej go roślin­no­ści, sama nawet sta­rość niskiego domu i nie­jaka dzi­wacz­ność gotyc­kich jego okien wywie­rały wra­że­nie powagi, wzbu­dzały mimo­wolną poezję wspo­mnień. Mimo woli wspo­mnieć tu trzeba było o tych, któ­rzy sadzili te ogromne drzewa i żyli w tym stu­let­nim domu, o tej rzece czasu, która nad tym miej­scem prze­pły­nęła, to cicha, to szumna, lecz nie­ubła­ga­nie uno­sząca z sobą ludz­kie roz­ko­sze i roz­pa­cze, grze­chy i – pro­chy.

Wnę­trze domu posia­dało te same, co i dwór cały, cechy daw­nego bogac­twa chro­nio­nego przez czujne i nie­stru­dzone sta­ra­nia od roz­pad­nię­cia się w łach­many i próchno. W obszer­nych, niskich i dobrze oświe­tlo­nych sie­niach ster­czały na ścia­nach przed wielu już zapewne dzie­siąt­kami lat umiesz­czone ogromne rogi łosi i jeleni; pomię­dzy nimi wisiały uschłe wieńce ze zboża prze­ty­ka­nego czer­wie­nią kali­no­wych i jarzę­bi­no­wych jagód; naprze­ciw drzwi wcho­do­wych wschody14 wąskie, nie­gdyś wykwintne, a dziś ślady tylko daw­nej poli­tury noszące, pro­wa­dziły do gór­nej czę­ści domu. Z tych sieni dwoje drzwi na oścież roz­war­tych wio­dło z jed­nej strony do obszer­nej sali jadal­nej, z dru­giej – do wiel­kiego o czte­rech oknach salonu. Oba te pokoje dosta­tecz­nie zapeł­niały sprzęty, które, jak z kształtu i gatunku ich wno­sić było można, kupio­nymi były przed dwu­dzie­stu prze­szło laty i kosz­to­wały wiele; teraz prze­cież uka­zy­wały się na nich tu i ówdzie nie­wprawną ręką wiej­skiego rze­mieśl­nika doko­nane skle­je­nia i naprawy, a drogą mate­rię, która nie­gdyś okry­wać je musiała, zastą­piła zupeł­nie tania i pospo­lita. Obi­cia na ścia­nach, tak jak i sprzęty, nie­gdyś kosz­towne i piękne, a teraz posta­rzałe i spło­wiałe, bły­skały jesz­cze tu i ówdzie zło­co­nymi bukie­tami i ara­be­skami, zakry­wało je zresztą w znacz­nej czę­ści kilka pięk­nych kopii ze sław­nych obra­zów i kil­ka­na­ście rodzin­nych por­tre­tów w sta­ro­świec­kich, cięż­kich, z wytartą pozłotą ramach. Pod­łogi były tam wosko­wane i błysz­czące, niskie sufity białe i czy­ste, drzwi sta­ro­świec­kie, cięż­kie, z błysz­czą­cymi brą­zo­wymi klam­kami, dywany duże i spło­wiałe. W rogu salonu piękny for­te­pian, u okien ze sma­kiem usta­wione grupy zie­lo­nych roślin. Widać było wyraź­nie, że od lat dwu­dzie­stu nic tu nie przy­było, ale i nic nie ubyło, a to, co bru­dził, łamał i roz­dzie­rał czas, ktoś cią­gle oczysz­czał, zszy­wał i napra­wiał. Spra­wiało to wra­że­nie pil­nej pracy, usi­łu­ją­cej zwol­nić, może zupeł­nie powstrzy­mać, stop­niowo, lecz nie­ubła­ga­nie pro­ce­der swój wio­dącą prze­mianę bogac­twa w nędzę.

W przy­le­głym wiel­kiemu salo­nowi pokoju, któ­rego okno, jak i okna salonu, wycho­dziło na błę­kit­nie­jący zza rzędu sta­rych klo­nów Nie­men, znaj­do­wało się towa­rzy­stwo zło­żone z osób czte­rech. Pokój ten miał pozór gabi­netu wykwint­nej kobiety. Wszystko tu było mięk­kie, ozdobne i wbrew temu, co działo się w innych czę­ściach domu, dość jesz­cze nowe. Obi­cie osy­pane bukie­tami polnych kwia­tów miało pozór nieco sen­ty­men­talny; goto­wal­nia15 okryta zwo­jami bia­łego muślinu poły­ski­wała krysz­ta­ło­wymi i por­ce­la­no­wymi cac­kami; na eta­żer­kach leżały książki, stały zgrabne koszyki i pudełka z przy­bo­rami do ręcz­nych robót. Mate­ria okry­wa­jąca sprzęty pąsową barwą swą spra­wiała na pierw­szy rzut oka wra­że­nie świet­no­ści.

Z tymi wszyst­kimi szcze­gó­łami sprze­czała się atmos­fera pokój ten napeł­nia­jąca. Była ona duszna i pełna zmie­sza­nych zapa­chów per­fum i lekarstw; ponie­waż zaś okno i drzwi od przy­le­głych poko­jów szczel­nie były zamknięte, pokój ten przy­po­mi­nał pudełko apteczne okle­jone papie­rem w kwiatki i napeł­nione wonią olej­ków i tru­cizn. W rogu tego pokoju na pąso­wym szez­longu we wpół­le­żą­cej posta­wie sie­działa kobieta w czar­nej jedwab­nej sukni, z kibi­cią zbyt szczu­płą, ale mającą w kształ­tach swych i ruchach wiele deli­kat­nego wdzięku, z twa­rzą kie­dyś znać zupeł­nie piękną, a i dziś jesz­cze pomimo przy­więd­nię­cia i zby­tecz­nej chu­do­ści ude­rza­jącą nie­zmierną deli­kat­no­ścią płci; wiel­ko­ścią czar­nych oczu o powłó­czy­stym, łagod­nym spoj­rze­niu, buj­no­ścią czar­nych, sta­ran­nie uło­żo­nych wło­sów. Jak­kol­wiek skąd­inąd wyglą­dała na lat bli­sko czter­dzie­ści, nie miała ani jed­nego siwego włosa, i jak­kol­wiek kibić jej i cera zdra­dzały do nie­do­łę­stwa posu­niętą fizyczną sła­bość, drobne jej wargi były pąsowe i świeże jak u mło­dziut­kiej dziew­czyny. Rączki drobne, tak chude i deli­katne, że pra­wie prze­zro­czy­ste, tak pie­lę­gno­wane, że paznok­cie ich posia­dały kolor listka róży i połysk poli­tury. Z wyra­zem nie­mocy lub słod­kiej rezy­gna­cji spla­tała je ona i opusz­czała na suk­nię albo roz­ma­wia­jąc, czy­niła nimi gesty rzad­kie, drobne, powolne, obja­wia­jące śmier­telną obawę przed wszel­kim żyw­szym i choćby odro­binę ener­gicz­niej­szym poru­sze­niem ciała czy ducha.

Była to pani Emi­lia Kor­czyń­ska, od lat dwu­dzie­stu paru żona Bene­dykta Kor­czyń­skiego, wła­ści­ciela odzie­dzi­czo­nego prze­zeń po ojcach i dzia­dach Kor­czyna.

Naprze­ciw pani domu sie­działa kobieta na pierw­szy rzut oka wcale do niej nie­po­dobna, ale po przy­pa­trze­niu się mająca z nią mnó­stwo podo­bieństw. Zda­wa­łoby się, że każda z nich nale­żała do innego gatunku, ale do tej samej fami­lii istot. Nieco młod­sza, mniej widać piękna za młodu, więc teraz zupeł­nie już nie­ładna, była ona zarówno szczu­pła i deli­katna, słodka i cier­piąca; tak samo jak tamta spla­tała i opusz­czała ręce, takie same czy­niła gesty, taki sam miała głos smutny i osła­biony. Tylko zamiast pięk­nego stroju pani Emi­lii ubiór jej skła­dał się z taniej i wcale nie­ozdob­nej sukienki, z gru­bego obu­wia i z cie­niut­kiej, baty­sto­wej, mocno przy­bru­dzo­nej chustki, która zakry­wa­jąc połowę jej brody, uszy i część wło­sów, małymi koń­czy­kami węzła ster­czała nad ogrom­nym i widocz­nie przy­praw­nym16, bo mocno zru­dzia­łym war­ko­czem. Zapewne bolały ją zęby, ale nie­zbyt sil­nie, bo z owal­nej ramy bia­ło­brud­nej chustki wychy­la­jąca się twa­rzyczka, drobna, okrą­gła, przy­wię­dła, nie­zmier­nie czule, pra­wie mio­dowo uśmie­chała się błę­kit­nymi oczami i przy­wię­dłymi ustami. Uśmie­chała się ona w ten spo­sób do dwu z obu jej stron sie­dzą­cych męż­czyzn, z kolei zwra­ca­jąc się ku jed­nemu i dru­giemu, przy czym szyja jej, biała i okrą­gła, czy­niła ruchy łabę­dzia schy­la­ją­cego głowę ku wodzie albo syno­gar­licy wycią­ga­ją­cej dziób ku kawał­kowi cukru. Widoczne było, że ludzie ci byli dla niej tym, czym woda dla łabę­dzia lub cukier dla syno­gar­licy. Słów ich słu­chała wię­cej niż z wytę­żoną uwagą, bo z usza­no­wa­niem i roz­ko­szą, wtó­ru­jąc im przy­mi­lo­nymi uśmie­chami, mio­do­wymi spoj­rze­niami i cie­niut­kimi wykrzyk­ni­kami. Jed­nak żaden z nich w tej chwili bez­po­śred­nio nie zwra­cał się do niej i nawet na nią nie patrzał. Tylko co przy­byli, zaba­wiali roz­mową swą panią domu, która także wyda­wała się ich przy­by­ciem bar­dzo zado­wo­lona. Wła­ści­wie jeden z nich głów­nie zaba­wiać ją usi­ło­wał i ona też wię­cej i czu­lej na niego niż dru­giego patrzała. Nie był jed­nak ponętny. Śred­niego wzro­stu, nie­młody, w bar­dzo sta­ran­nym i mod­nym ubra­niu, z przo­dem koszuli tak sil­nie nakroch­ma­lo­nym, że wzdy­mał się mu na pier­siach jak wklę­sła płó­cienna tar­cza. Bole­sław Kirło miał okrą­głą łysinę z tyłu głowy, włosy rzad­kie nad niskim czo­łem, twarz długą, kości­stą, z małymi, błysz­czą­cymi oczami, ostrym nosem, wklę­słymi ustami, tak sta­ran­nie wygo­loną, że aż na policz­kach i bro­dzie błysz­czącą. Brzydką tę twarz oświe­cała wielka i ni­gdy, zda się, nie­usta­jąca weso­łość. Z weso­łym śmie­chem, bły­ska­jąc małymi oczami, opo­wia­dał on, że z panem Róży­cem z kościoła do Kor­czyna jadąc, widział na polu dwie gra­cje. Na mito­lo­gicz­nym tym wyra­że­niu nacisk kła­dąc, z rubasz­nym śmie­chem wołał:

– Gra­cje, jak Boga kocham, dwie gra­cje… Jedną, no to już bym każ­demu daro­wał, bo stara i zła; ale druga… ho, ho, praw­dziwa gra­cja, niech pan Różyc powie! Cukie­rek! Talia zgrabna, twa­rzyczka śniada, rączki… no, nie bar­dzo ładne, opa­lone… bo były bez ręka­wi­czek…

– O! Więc gra­cja pań­ska była bez ręka­wi­czek!… – ze sła­bym śmie­chem zawo­łała pani Emi­lia.

– I bez kape­lu­sza – dodał Kirło.

– Bez kape­lu­sza! Jakże to można cho­dzić bez kape­lu­sza! – cichutko chi­cho­cząc, powtó­rzyła kobieta z brudną baty­stową chustką dokoła twa­rzy.

Kirło śmiał się; małe świ­dru­jące jego oczki coraz ostrzej błysz­czały.

– Niech pan Różyc zaświad­czy… Co, panie Teo­filu? Cukie­rek? Cacko? Prawda?

Wzy­wany na świa­dec­two męż­czy­zna nie odpo­wia­dał. Świa­tło z okna w ten spo­sób na niego padało, że twarz cał­kiem pozo­sta­wała w cie­niu, a widać było tylko postać męską, wysoką, cienką, wykwint­nie ubraną i głowę okrytą czar­nymi, z lekka ufry­zo­wa­nymi wło­sami; u oczu poły­ski­wały szkła bino­kli. Od chwili gdy wszedł tu i zamie­nił z panią domu pierw­sze słowo powi­ta­nia, nie rzekł jesz­cze nic… Prawda, że Kirło mówił cią­gle i pra­wie sam jeden. Pani Emi­lia z oży­wie­niem zapy­ty­wała: kim były gra­cje spo­tkane w polu, a szcze­gól­niej ta… bez kape­lu­sza i ręka­wi­czek.

– Była to zapewne jakaś wiej­ska dziew­czyna… pan zawsze misty­fi­ko­wać17 nas lubi, panie Bole­sła­wie!

– Doprawdy! – z uśmie­chem peł­nym roz­ko­szy powtó­rzyła druga kobieta. – Pan nas zawsze tak misty­fi­kuje… Doprawdy! Jak to można tak misty­fi­ko­wać!

– Ależ wcale nie! Przy­się­gam paniom! Jak Boga mego kocham, wcale nie misty­fi­kuję… – z komicz­nymi gestami tłu­ma­czył się Kirło. – Nie była to wcale żadna wiej­ska dziew­czyna, ale panna… co się nazywa panna… z pięk­nej fami­lii, z pięk­nego domu… z piękną edu­ka­cją…

– Panna z pięk­nej fami­lii i z edu­ka­cją… – z wiel­kim już oży­wie­niem wołała pani domu – pie­szo idąca, bez kape­lu­sza… to być nie może…

– To być nie może… Pan zawsze żar­tuje… – zawtó­rzyła druga kobieta.

– No, a jak powiem jej imię i nazwi­sko, to co będzie? – z prze­korną filu­te­rią pytał gość.

– Nie wie­rzę – twier­dziła pani Emi­lia.

– To być nie może; jakże to być może! – wsty­dli­wie chi­cho­tał drugi gło­sik kobiecy.

– A jak powiem! – prze­ko­ma­rzał się Kirło. – Co mi za to będzie? Bez nagrody nie powiem! Dali­bóg! Co mnie panie dadzą za to, ha? Czy panna Teresa pozwoli się poca­ło­wać? Co? No, panno Tereso, tak czy nie? Jeżeli pani mnie poca­łuje, to powiem, jeżeli nie, to nie!

Wykwintny, w cie­niu sie­dzący męż­czy­zna uczy­nił ruch zdzi­wie­nie czy nie­smak obja­wia­jący: pani domu oswo­jona znać z żar­to­bli­wym uspo­so­bie­niem gościa swego i nawet przy­jemną roz­rywkę w nim znaj­du­jąca śmiała się z cicha, tro­chę filu­ter­nie i zalot­nie. Ale nic wyra­zić nie zdoła wra­że­nia spra­wio­nego przez pro­po­zy­cję Kirły na oso­bie, któ­rej ona uczy­niona została. W owal­nej ramie cie­niutkiej, brud­nej chustki mała i zwię­dła jej twarz okryła się naj­ja­skraw­szym kar­mi­nem; błę­kitne, nie­winne oczy zmą­ciły się i nabrały wyrazu trwogi połą­czo­nej z upo­je­niem. Wątłą swą kibić w sza­rym sta­niku odrzu­ciła na tylną poręcz krze­sła, ręce ku obro­nie wznio­sła i cofa­jąc się, odwra­ca­jąc, rumie­niąc, z chi­cho­tem, któ­rym usi­ło­wała pokryć zmie­sza­nie swe i wzru­sze­nie, beł­ko­tała:

– Ależ, doprawdy, panie Kirło… co pan wyga­duje?… Jakże można? Pan zawsze żar­tuje…

On jed­nak nie tylko wyga­dy­wał i żar­to­wał, ale brał się do czynu i czy­niąc gest taki, jakby ramie­niem swym kibić jej miał opa­sać, ogo­loną twarz swą z wpół dobro­dusz­nym, a wpół zło­śli­wym uśmie­chem ku twa­rzy jej pochy­lał. Z chu­dych, bla­dych rąk swych tar­czę sobie czy­niąc, cała w tył odgięta, ale z dziw­nie mio­do­wym i upo­jo­nym wyra­zem w oczach, wołała:

– Oj! Oj! O mój Boże! Co pan wyra­bia!

Pani Emi­lia z nie­zwy­kłą u niej żywo­ścią poru­szyła się na szez­longu i wołać zaczęła:

– Panie Bole­sła­wie! Pro­szę Tereni nie doku­czać! Niech pan jej nie drę­czy! Ją dziś zęby bolą.

Kirło wypro­sto­wał się.

– Racja – wyrzekł z powagą – racja! Buziak kobiety, którą zęby bolą, pożą­da­nym nie jest, cho­ciażby czło­wiek… kiedy indziej sobie na niego i bar­dzo zęby zaostrzył. No, cóż mam robić? Widzę, że muszę cie­ka­wość pań darmo już zaspo­koić. Taki to los bied­nego czło­wieka na tym świe­cie! Żad­nej za nic nagrody! Ale nie! – zawo­łał nagle i z komiczną despe­ra­cją zwra­ca­jąc się do pani domu – chyba pani choć w rączkę poca­ło­wać się pozwoli!

– Dobrze, dobrze – śmie­jąc się i poda­jąc mu rękę, wołała pani Emi­lia – tylko niech pan już mówi…

Rączkę sobie podaną, istot­nie śliczną, poło­żył na swej dużej, kości­stej dłoni i z miną sma­ko­sza przy­glą­dał się jej chwilę swymi błysz­czą­cymi, świ­dru­ją­cymi oczkami.

– Śliczna! Miła! Malu­sia! Malu­sie­nieczka rączka! – wymó­wił i zło­żył na niej długi poca­łu­nek, w któ­rym cześć i galan­te­ria mie­szały się z tajo­nym, nie­jako poły­ka­nym lubo­wa­niem się przy­jem­no­ścią innego wcale rzędu. Cień bla­dego rumieńca prze­pły­nął chude policzki pani Emi­lii; cof­nęła rękę i z więk­szym jesz­cze oży­wie­niem, z bły­skiem w oczach, upo­mniała się o imię i nazwi­sko gra­cji.

– Była to – wzdy­cha­jąc i wydy­ma­jąc wargi, zade­kla­mo­wał Kirło – była to cio­teczna sio­strze­nica pana Bene­dykta Kor­czyń­skiego, panna Justyna Orzel­ska.

Dwa cien­kie wykrzyki kobiece oznaj­mie­niu temu odpo­wie­działy. Ale wmie­szał się w nie i głos męski, który prze­mó­wił:

– Więc ta panna, któ­rą­śmy jadąc, spo­tkali, mieszka tu… jest kuzynką pań­stwa…

Pani Emi­lia dłoń przy­ło­żyła do czoła; może w tej chwili poczuła ból głowy, ale grzeczna i słodka zawsze, gościowi odpo­wie­dzieć pośpie­szyła:

– Tak. Justy­sia jest krewną męża mego, córką jego cio­tecz­nej sio­stry. Ojciec jej, pan Orzel­ski, przez nie­szczę­śliwe zda­rze­nia utra­cił swój mają­tek, a wkrótce potem owdo­wiał. Od tego czasu oboje u nas miesz­kają. Justynka, kiedy przy­była do nas, miała lat czter­na­ście, a w tym wieku już są przy­zwy­cza­je­nia, skłon­no­ści, któ­rymi pokie­ro­wać trudno… Jest ona zresztą dobra, bar­dzo dobra, tylko ory­gi­nalna, ale to tak ory­gi­nalna, że nie wiem już, doprawdy, skąd jej się to wziąć mogło… Zawsze ina­czej robi niż wszy­scy.

Wykwintny męż­czy­zna, któ­rego bino­kle poły­ski­wały w cie­niu, wymó­wił:

– Piękna panna.

A po krót­kiej chwili dodał:

– Jest w jej powierz­chow­no­ści jakaś świe­żość, siła, pro­stota…

– O! – zawo­łał Kirło. – Widzi pani, jak dobrze się przy­pa­trzył… a raz tylko i to śród drogi cukie­rek ten widział…

Kobieta z obwią­zaną twa­rzą wtrą­ciła:

– Justynka ma śliczną figurę… Ja zawsze figury jej zazdrosz­czę…

Błysz­czące bino­kle szybko zwró­ciły się ku niej.

– Pani mówi? – cedząc nieco wyrazy, zapy­tał gość.

Może pani Emi­lia uczuła nie­wła­ści­wość ode­zwa­nia się swej towa­rzyszki, bo szybko wtrą­ciła:

– Tere­niu, nie przed­sta­wi­łam ci jesz­cze nowego sąsiada naszego… Gdy był u nas po raz pierw­szy, leża­łaś na migrenę czy fluk­cję18… Pan Teo­fil Różyc, panna Teresa Pliń­ska, towa­rzyszka moja, nie­gdyś nauczy­cielka mojej córki, gdy była ona malutka… Wszakże to drugi raz dopiero mam przy­jem­ność widzieć pana w domu naszym?

– Tak, pani – z wytwor­nym ukło­nem odpo­wie­dział zapy­tany – i win­szuję sobie, żem w tej pustej oko­licy zna­lazł dom taki jak pań­stwa. Zawdzię­czam to panu Kirle, który mnie pod tym wzglę­dem oświe­cił…

– Pan Kirło jest w każ­dym wypadku naj­lep­szym sąsia­dem i przy­ja­cie­lem naszym.

– Ja, pani, jestem zawsze naj­lep­szym z ludzi i tylko… zapo­zna­nym19.

– W domu naszym przy­naj­mniej znaj­du­jesz pan naj­zu­peł­niej­sze uzna­nie…

Kirło ukło­nił się z galan­te­rią i wdzięcz­no­ścią, ale dodał:

– Nie u wszyst­kich, nie­stety, miesz­kań­ców tego domu…

– Ależ nie! U wszyst­kich! Któż by?…

– Panna Marta, na przy­kład, nie uznaje mię… – z komiczną żało­ścią skar­żył się Kirło.

– O, Marta… Ona taka biedna… zgorzk­niała… popę­dliwa…

– Panna Justyna…

– O, Justynka! Ona tak jest ory­gi­nalna…

– Mąż pani…

– Mąż mój! On zajęty… nie­to­wa­rzy­ski… zawsze tylko o gospo­dar­stwie swoim i o inte­re­sach…

Prze­rwała i zwró­ciła się do Teresy Pliń­skiej, która w tej chwili z zachwy­ce­niem przy­pa­try­wała się błysz­czą­cym bino­klom w cie­niu sie­dzą­cego gościa.

– Tere­niu, daj mi tro­chę wody i pro­szek bro­mowy, bo czuję nad­cho­dzący glo­bus.

Teresa posko­czyła ku toa­le­cie i w mgnie­niu oka podała towa­rzyszce żądane przed­mioty. Pani Emi­lia deli­kat­nie, z wdzię­kiem ujęła jedną ręką krysz­ta­łową szklankę, drugą pro­szek zamknięty w dwu okrą­głych opłat­kach i tłu­ma­cząc się jakby z czyn­no­ści, któ­rej doko­nać miała, do nowego sąsiada rze­kła:

– Glo­bus histe­ri­cus… doku­cza mi bar­dzo… szcze­gól­niej kiedy się czymś wzru­szę… zmar­twię…

Tu połknęła pro­szek. Miała tyle powabu i gra­cji przy poły­ka­niu lekar­stwa, ile jej ma wyćwi­czona tan­cerka w przy­bie­ra­niu zalot­nej pozy. Jed­nak widać było, że cier­piała naprawdę; ręką doty­kała piersi i gar­dła, w któ­rych czuła nie­zno­śne dusze­nie.

– Czy świeże powie­trze ulgi pani nie przy­nosi? – ze współ­czu­ciem zapy­tał Różyc. – Może pani okno otwo­rzyć roz­każe?

– O, nie, nie! – z żywym prze­cze­niem zawo­łała cier­piąca kobieta. – Ja się tak lękam wia­tru, cią­gów, słońca… Od wia­tru dostaję zawrotu głowy, od cią­gów new­ral­gii, od słońca migreny… Tere­niu, podaj mi, pro­szę cię, toa­le­towy ocet…

Kirło, cały nad nią schy­lony, z czu­ło­ścią szep­tał:

– Cóż, czy lepiej tro­chę?… Dusi cią­gle?… Może prze­cho­dzi?

Teresa, poda­jąc ocet, schy­liła się też nad towa­rzyszką:

– Począ­tek migreny? Prawda? Mój Boże! I mnie także zaczyna głowa boleć…

Pani Emi­lia, nacie­ra­jąc skro­nie octem, cichutko szep­nęła:

– Moja Tere­niu, ta Marta nie wraca dotąd z kościoła… Jestem nie­spo­kojna o obiad… Idź dowiedz się, czy nakry­wają do stołu. Czemu ta Marta nie wraca?… Nie wiem, czy gotują już dla mnie rosół… Czuję, że nic innego dziś jeść nie będę mogła… Ach, ta Marta nie wraca…

Z żywo­ścią i gra­cją pod­lotka Teresa bie­gła ku drzwiom, gdy sze­roko otwo­rzyły się one i do gabi­netu wszedł męż­czy­zna wysoki, bar­czy­sty, siwie­jący, z dłu­gim wąsem, ogo­rzałą twa­rzą, pomarsz­czo­nym czo­łem i wiel­kimi, ciem­nymi oczami, w któ­rych na pierw­sze wej­rze­nie nic wię­cej wyczy­tać nie można było nad tro­skę i pra­wie ponure zamy­śle­nie. Na powi­ta­nie gospo­da­rza domu, pana Bene­dykta Kor­czyń­skiego, dwaj goście szybko powstali. Ręka, którą im on na powi­ta­nie poda­wał, wielka była, od opa­le­nia zgru­biała. Zimno dotknął dłoni Kirły, a szczer­szym nieco, choć obo­jęt­nym także uści­skiem objął białą i gładką jak atłas, wypie­lę­gno­waną i wychu­dłą rękę Różyca. Teraz, gdy ten ostatni, wita­jąc pana domu, w świe­tle okna sta­nął, dokład­nie obej­rzeć było można powierz­chow­ność jego ary­sto­kra­tyczną i jesz­cze piękną, choć wynisz­czoną i cier­piącą. Wysoki był i bar­dzo cienki, na małej i zgrab­nej gło­wie fry­zo­wał włosy, dla­tego zapewne, aby ukryć two­rzącą się nad czo­łem łysinę; twa­rzą jego, o rysach pra­wi­dło­wych i deli­kat­nych, skó­rze bia­łej i gład­kiej jak weli­nowy20 papier, wstrzą­sały co chwilę ner­wowe drga­nia prze­bie­ga­jące czoło i brwi. Od pierw­szego rzutu oka poznać w nim można było czło­wieka bar­dzo świa­to­wego, przez fizyczną może sła­bość łagod­nego i z sys­te­mem ner­wo­wym cho­rym. Gdy sta­nął obok sil­nego, bar­czy­stego, ogo­rza­łego pana domu, dwie ich posta­cie przed­sta­wiły sprzecz­ność tak wielką, jak gdyby każdy z nich uro­dził się i żył na innej pla­ne­cie. Jedną tylko cechę mieli wspólną: obaj wyda­wali się smutni. Kor­czyń­ski, wielką swą, ciemną ręką pocią­ga­jąc w dół dłu­giego wąsa, usiadł przy oknie i patrząc na żonę, rzekł:

– Dzieci nie ma! Od godziny już by tu być powinny.

– O, ja także zaczy­nam być o to nie­spo­kojna i zapewne dla­tego czuję już nad­cho­dzącą migrenę – odpo­wie­działa pani Emi­lia i z cicha, z wolna uwia­do­miła swo­ich gości o tym, że ocze­kuje przy­by­cia na waka­cyjne mie­siące syna kształ­cą­cego się w szkole agro­no­micz­nej i córki będą­cej na jed­nej z pen­sji war­szaw­skich. Mówiła, że Witold oka­zy­wał zawsze zami­ło­wa­nie w gospo­dar­stwie wiej­skim – znać odzie­dzi­czył to po ojcu – a Leonię wysłała na pen­sję dla­tego, że przy swym sła­bym zdro­wiu wycho­wa­niem jej w domu pokie­ro­wać nie mogła… Zresztą jest to jesz­cze dziecko, ma rok pięt­na­sty…

Kirło, który o tym wszyst­kim dawno już wie­dział, usi­ło­wał zawią­zać roz­mowę z panem domu. Czy­nił to nawet z pew­nym przy­mi­le­niem, któ­rym widocz­nie usi­ło­wał prze­ła­mać jakieś lody lek­ce­wa­że­nia czy urazy. Zacie­ra­jąc kości­ste ręce i mile uśmie­cha­jąc się, roz­po­czął:

– Pan dobro­dziej nawet w święto około gospo­dar­stwa pra­cuje…

– A tak – pocią­ga­jąc wciąż wąsa i posęp­nymi swymi oczami na prze­ciw­le­głą ścianę patrząc, odpo­wie­dział Kor­czyń­ski – dla nas święta nie ma. I ow­szem, kiedy ofi­cja­li­ści i parobcy świę­tują, naj­bar­dziej pil­no­wać trzeba, aby gło­dem nie zamo­rzyli koni i bydła albo dworu z dymem nie puścili…

Nie była to wła­ści­wie odpo­wiedź nie­grzeczna, ale ton, jakim wymó­wiona została, czy­nił ją obo­jętną i tro­chę rubaszną.

– Ale co się tyczy tego­rocz­nych uro­dza­jów – roz­po­czął znowu Kirło – obie­cu­jące są, bar­dzo obie­cu­jące…

– A tak – odparł Kor­czyń­ski – nie wiem jak gdzie, bom od kilku mie­sięcy nie ruszył się z domu ani na krok, ale u mnie na polu wcale pięk­nie… Jeżeli zbiór i zwózka pójdą pomyśl­nie…

– Tysią­czki będą, panie dobro­dzieju, tysią­czki będą z tego ślicz­nego Kor­czynka – zachę­cony i do żar­to­bli­wego humoru swego powra­ca­jąc, zawo­łał Kirło.

Kor­czyń­ski pod­niósł głowę i z urą­gli­wym wyra­zem swych smut­nych oczu na sąsiada cie­szą­cego się przy­szłymi jego „tysią­cz­kami” popa­trzał.

– A ceny? – zapy­tał. – Czy żona pana dobro­dzieja mówiła mu, jakie były i pewno jesz­cze na ten rok będą ceny na zboże?

Kirło zmie­szał się, ale wnet zatarł ręce i w śmiech ude­rzył.

– Jak Boga kocham – ze śmie­chem zawo­łał – żona moja jest tak zawziętą gospo­dy­nią, że do niczego mnie nie dopusz­cza… do niczego… Pod pan­to­flem sie­dzę po uszy… Ale mnie z tym dobrze i jej także… Bo i cóż, panie dobro­dzieju, na tej nędz­nej fol­war­czy­nie mie­li­by­śmy oboje do roboty? Albo ja, albo ona… A ponie­waż ona chciała…

Kor­czyń­ski uśmiech­nął się i zwró­cił twarz w stronę, w któ­rej stała goto­wal­nia jego żony. Od tej goto­walni zale­ciały go zmie­szane zapa­chy toa­le­to­wego octu, ryżo­wego pudru i reze­do­wej per­fumy. Pocią­gnął wąsa i zwra­ca­jąc się do żony, rzekł:

– Może by okno otwo­rzyć? Straszny tu zaduch!

– O, nie! – łagod­nie odpo­wie­działa pani Emi­lia. – Wiesz o tym, że ja nie mogę sie­dzieć przy otwar­tych oknach…

– Głup­stwo – mruk­nął Kor­czyń­ski. – Musisz cho­ro­wać, w takim zadu­chu sie­dząc.

Deli­katna, cier­piąca kobieta spło­nęła rumień­cem. Zawsty­dziła się rubasz­no­ści męża, oka­za­nej wobec mało jesz­cze zna­nego gościa. Spu­ściła powieki, dotknęła dło­nią piersi i gar­dła, umil­kła.

I wszy­scy przez chwilę mil­czeli. Czuć było, że w zadu­chu tego pokoju wszyst­kim zro­biło się duszno. Pani domu coraz bez­wład­niej chy­liła się na swym szez­longu; Kirło usłuż­nie posu­wał ku niej wyszyte na kan­wie poduszki; Kor­czyń­ski długi wąs swój na gruby palec nawi­jał; bino­kle Różyca bły­skały w cie­niu cie­ka­wie i jakoś drwiąco. W tej chwili kędyś z dołu sły­szeć się dały plu­ski wody i prze­cią­głe, basowe woła­nia. Kor­czyń­ski i Różyc jed­no­cze­śnie spoj­rzeli w okno. Za oknem, za prze­zro­czy­stą ścianą klo­nów, po błę­kit­nym Nie­mnie pły­nęły tra­twy, w mowie miej­sco­wej pły­tami zwane. Jeden za dru­gim pod ciemną ścianą boru wień­czą­cego wysoki brzeg rzeki pły­nęły złote w słońcu, a sto­jący u ste­rów płyt­nicy21, w bia­łej odzieży, silni jak wodne olbrzymy, nada­jąc rudlom22 cięż­kie pół­ob­roty, ude­rzali nimi po wodzie, która z wiel­kim plu­skiem try­skała w per­li­stych kaska­dach. Zara­zem ludzie ci roz­ma­wiali ze sobą dłu­gimi, baso­wymi krzy­kami, które obi­jały się o bór ciemny i wywo­ły­wały w nim gło­śne echa. Po prze­ciw­le­głym wybrzeżu, pod gęstym borem, cho­dzili ludzie różni, poje­dyn­czo i gro­mad­nie, w sza­rych i bia­łych ubra­niach; gdzie­nie­gdzie, nisko nad rzeką, skrzy­dla­tymi punk­tami prze­la­ty­wały rybi­twy; w jed­nym miej­scu rybac­kie czó­łenko kręto prze­śli­zgi­wało się pomię­dzy pły­tami; w klo­nach szcze­bio­tały szczy­gły, gwiz­dała wilga, zano­siła się od krzyku cze­czotka. Świat cały stał w cud­nej pogo­dzie jak czara nalana błę­ki­tem i zło­tem.

– Piękna miej­sco­wość – rzekł w zamy­śle­niu Różyc.

Kor­czyń­ski wska­zał mu pra­cu­ją­cych około rudli płyt­ni­ków.

– Ci ludzie nie mają także święta…

Różyc zdjął bino­kle i długą swą atła­sową ręką powiódł po zmię­tym i drga­ją­cym czole.

– Mnie się zdaje – rzekł – że oni zawsze mają święto. Są zdrowi, silni i jakim­kol­wiek jest ich życie, żyć chcą…

– Może pan ma słusz­ność – po krót­kim namy­śle odpo­wie­dział Kor­czyń­ski. – Praca nie­szczę­ściem nie jest; idzie tylko o grunt, na któ­rym czło­wiek pra­cuje, i o… skutki. Jeżeli co krok głową o mur ude­rzać się musisz i myśleć, że wszystko, cokol­wiek byś zro­bił… na dia­bła zda się…

Mach­nął ręką i umilkł. Różyc cier­pią­cymi swymi, ale inte­li­gent­nymi oczami z zaję­ciem spo­glą­dał na ogo­rzałe, zorane czoło i w dół spusz­czone wąsy oby­wa­tela.

– Do czego pan ostat­nie słowa swe sto­su­jesz? – zapy­tał.

Spod wypu­kłych powiek duże, piwne oczy Kor­czyń­skiego pod­nio­sły się na twarz gościa i uto­nęły w niej wej­rze­niem głę­bo­kim i przej­mu­ją­cym.

– Jak pan myśli?… – zaczął i zawa­hał się z dal­szym mówie­niem. Ogar­nęła go widoczna, a dziwna w tak sil­nym czło­wieku nie­śmia­łość.

– Jak pan myśli? – zaczął znowu. – Czy w teraź­niej­szych cza­sach ci nawet z nas, któ­rzy pie­nię­dzy nie mar­nują i jak woły pra­cują, zdo­łają… to… tamto… tego…

Źre­nice jego bły­skały prze­la­tu­ją­cymi w nich iskrami; patrzał cią­gle w twarz gościa i koniec wąsa do ust wło­żyw­szy, przy­gry­zać go zaczął. Widoczne było, że Różyc nie wie­dział dobrze, co mu odpo­wie­dzieć wypa­dało. Nad przed­mio­tem zacze­pio­nym przez Kor­czyń­skiego myślał zapewne nie­wiele; może też obcho­dził go on nie­wiele.

– Któż to może prze­wi­dzieć? – zaczął. – Czasy są cięż­kie. Ja zresztą te strony znam tak mało… świe­żym przy­by­szem jestem…

– Nie o te strony idzie – żywo pod­jął Kor­czyń­ski – pod tym wzglę­dem wszyst­kie strony u nas są sobie równe. Niech­że mi więc pan powie przy­naj­mniej, jak jest tam, gdzie pan miesz­ka­łeś…

Różyc z nie­dba­łym uśmie­chem, choć z sil­nym drga­niem czoła i brwi, odpo­wie­dział:

– Oso­bi­ście przed­sta­wiam przy­kład zasmu­ca­jący… Moje tam­tej­sze majątki są dla mnie stra­cone…

– Wiem o tym, ale to co innego! – zawo­łał Kor­czyń­ski. – Pan z uro­dze­nia byłeś wiel­kim panem… No, a to… tamto… Ale chciał­bym coś wie­dzieć o oby­wa­tel­stwie śred­nim, takim na przy­kład jak ja, sie­dzą­cym na dzie­się­ci­nach23 ziemi kil­ku­set, tysiącu… tro­chę wię­cej…

Świa­to­wemu i do wszyst­kiego przy­zwy­cza­jo­nemu czło­wie­kowi odpo­wie­dzi na pyta­nia wszel­kie zupeł­nie zabrak­nąć nie mogło. Począł więc opo­wia­dać o finan­so­wym i gospo­dar­skim sta­nie śred­nich majęt­no­ści ziem­skich nad Słu­czą poło­żo­nych, a czy opo­wia­dał dokład­nie lub niedokład­nie, praw­dzi­wie czy niepraw­dzi­wie, o to widocz­nie nie dbał. Nie zaj­mo­wał się tym bar­dzo żywo, może uwa­żał to spra­woz­da­nie za próżną dla sie­bie fatygę. Ale mówił płyn­nie, do wykwint­nej pol­sz­czy­zny mie­sza­jąc tro­chę fran­cu­skich wyra­zów, od czasu do czasu, zręcz­nie i grzecz­nie, tłu­mił ner­wowe pozie­wa­nie.

Z dala od okna, w przy­ciem­nio­nym nieco rogu pokoju, pro­wa­dziła się inna, znacz­nie cich­sza roz­mowa. Kirło, ku gospo­dyni domu pochy­lony, mówił do niej o czymś pół­gło­sem, z wyra­zem ubo­le­wa­nia naprzód, a potem tak jowial­nej żar­to­bli­wo­ści, że na kora­lowe jej usta z wolna powra­cał uśmiech. Z wdzięcz­nym na sąsiada swego spoj­rze­niem wyrze­kła:

– Pan zawsze pocie­szyć i roz­we­se­lić mnie musisz… O, gdyby mi pana jesz­cze zabra­kło…

– Po co ma zabrak­nąć? – obu­rzył się Kirło. – Kiedy już tyle lat…

Uko­śne wej­rze­nie rzu­cił na pana domu, bar­dzo w tej chwili zaję­tego roz­mową z Róży­cem. Potem szare, błysz­czące oczki jego wpiły się w deli­katne policzki pani Emi­lii, a kości­sta ręka posu­wała się z wolna ku jej ręce, która na kształt listka lilii spo­czy­wała na zwo­jach jedwa­biu.

– Biedna pani! – szep­nął. – Już ja dziś muszę coś takiego zro­bić, żeby panią roz­we­se­lić.

Za oknami na błę­kit­nym Nie­mnie cięż­kie rudle wciąż ude­rzały w wodę, wywo­łu­jąc plu­ski per­li­stych kaskad; lekki wiatr szu­miał w klo­nach i mie­szały się z nim fru­wa­nia pta­sich skrzy­deł. Na prze­ciw­le­głym wybrzeżu, w ciem­nym borze, lud­ność wiej­ska zbie­rała pewno poziomki lub zioła, bo w głębi boru odzy­wały się nawo­ły­wa­nia:

– Hu! ho! hej! hop! hop!

Jed­no­cze­śnie z wnę­trza domu, ale z dala, jakby znad sufitu, osła­bione odle­gło­ścią sły­szeć się dało gra­nie na skrzyp­cach. Chwi­lami roz­po­znać można było, że w gór­nej czę­ści domu ktoś z wielką pre­cy­zją i umie­jęt­no­ścią grał jakąś wielką i trudną kom­po­zy­cję muzyczną.

Kirle te skom­pli­ko­wane i pra­co­wi­cie wywo­ły­wane tony skrzy­piec jakby coś na pamięć przy­wio­dły. Uśmiech­nął się filu­ter­nie, dło­nią po kola­nie ude­rzył; wybiegł przez drzwi do salonu pro­wa­dzące, szczel­nie je za sobą zamy­ka­jąc.

W jadal­nej sali, dokoła dłu­giego stołu ciężko, lecz żwawo krzą­tała się Marta Kor­czyń­ska, która przed kilku zale­d­wie minu­tami wró­ciła ze swej dale­kiej prze­chadzki. Wielki sło­miany jej kape­lusz leżał na jed­nym z krze­seł, a głowa, z cien­kim war­ko­czy­kiem przy­mo­co­wa­nym z tyłu wiel­kim grze­bie­niem, pil­nie schy­lała się nad nakry­ciami, stwier­dza­jąc porzą­dek ich i czy­stość. Przy­rzą­dzała sałaty i kom­poty, przy­no­siła butelki z winem, co chwilę wybie­gała, a powró­ciw­szy, z brzę­kiem klu­czy otwie­rała szu­flady kre­den­so­wej szafy i urzą­dza­jąc, usta­wia­jąc, przy­ozda­bia­jąc wszystko, pan­to­flami wyszy­tymi w czer­wone róże gło­śno kla­pała o pod­łogę. Dopo­ma­gał jej w tym gospo­dar­skim zaję­ciu jeden tylko kre­den­sowy chło­pak, przy­odziany porząd­nie i żwawy, ale nie­do­ro­sły i ślepo tylko roz­kazy jej speł­nia­jący. Cztery wior­sty24 uszła dziś tam i na powrót, nie odpo­czy­wała ani minuty, a nie znać było na niej stru­dze­nia. Chrzą­kała, kasz­lała, gde­rała i napę­dzała małego lokaja, a pomimo cięż­ko­ści chodu swego i pedan­tycz­nej dokład­no­ści, z jaką speł­niała rzecz każdą, zwi­jała się tak prędko, że w nie­spełna kwa­drans stół był już na dzie­sięć osób nakryty i wszystko do obiadu przy­go­to­wane. Chło­pak chleb kra­jał, a Marta wkła­dała go do ser­wet, kiedy z dal­szych poko­jów wbie­gła do jadal­nej sali Teresa Pliń­ska, w ręce kla­snęła i z wybu­chem rado­ści zawo­łała:

– A! Pani już tu, panno Marto! I wszystko do obiadu przy­go­to­wane! Jakże to dobrze! Pani Emi­lia była bar­dzo nie­spo­kojna.

– I nie­po­trzeb­nie! – ofuk­nęła stara panna. – Niech swo­ich robó­tek i swo­jego sła­bego zdro­wia patrzy, a co się tyczy domu, to już do mnie to należy.

– To nic – szep­tała Teresa – ale ona zawsze o wszystko nie­spo­kojna. I teraz dostała glo­busu, i zaczęła już dosta­wać migreny…

– Natu­ral­nie! A pozie­wa­nia jesz­cze nie dostała?…

– Jesz­cze nie, chwała Bogu! – zupeł­nie serio i nawet z rze­telną dla Nieba wdzięcz­no­ścią odparła towa­rzyszka pani Emi­lii.

– A Bene­dykt w domu?

– W domu, tam, z gośćmi i żoną… Znowu gnie­wał się, że pani i Justynka pie­chotą poszły­ście do kościoła. Mówił, że w święto konie nie­za­jęte…

– To niech odpo­czy­wają, a jak odpoczną, lepiej się potem do gospo­dar­stwa zda­dzą… Wieczna głu­pota! Czy to my księż­niczki, żeby­śmy pie­szo cho­dzić nie mogły? Uf! Nie mogę!

Kaszel ją porwał, ale trwał krótko, bo wstrzy­my­wała się z całej siły, i nagła myśl jakaś pio­ru­nem, zda się, ude­rzyła o całą jej istotę. Gło­śno spla­snęła rękami i do okna posko­czyła.

– A dzieci jak nie ma, tak nie ma! – zawo­łała.

Teresa tym­cza­sem liczyła na stole nakry­cia.

– Na dzie­sięć osób, jak mamę kocham, na dzie­sięć osób nakryto! – piskli­wie zawo­łała. – Czy wię­cej gości dziś przy­je­dzie? Bo nas domo­wych sześć, a dwóch panów to osiem… a tu na dzie­sięć… Czy kto jesz­cze przy­je­dzie?

– Dwóch kon­ku­ren­tów do cie­bie przy­je­dzie! – z gniewną iro­nią krzyk­nęła Marta. – Alboż mało nacze­ka­łaś się jesz­cze na nich? No, to dziś trzech będziesz miała od razu. Pan Różyc już jest, a dwóch jesz­cze przy­je­dzie…

Zaczęła śmiać się tak, że aż łzy nabie­gły do szy­der­skich, ogni­stych jej oczu. Teresa, zaru­mie­niona tro­chę, dobro­dusz­nie jej w twarz patrzała.

– Co też pani wyga­duje! Pan Różyc… gdzieżby on tam mógł… taki wielki pan… choć, doprawdy, tak jakoś patrzał… ej! oni wszy­scy tacy… ci męż­czyźni… Ale naprawdę, kto wię­cej przy­je­dzie?… moja droga pani, pro­szę mi powie­dzieć, kto przy­je­dzie?

I szczu­płymi ramio­nami swymi z dzie­cinną pra­wie piesz­czo­tli­wo­ścią objąć usi­ło­wała grubą kibić i cienką, żółtą szyję towa­rzyszki. Ale ona gwał­tow­nie wyrwała się z jej objęć.

– A dzieci! – krzyk­nęła. – Toż Widzio i Leonia powinni już od godziny być tutaj… Może choć na obiad nad­jadą…

– A, prawda – z widocz­nym uczu­ciem roz­cza­ro­wa­nia szep­nęła Teresa – zapo­mnia­łam…

– Zapo­mniała, zapo­mniała… – gniew­nie, ku sza­fie kre­den­so­wej idąc, zamru­czała Marta. – Może i matka zapo­mniała także… o dzie­ciach zapo­mniała… Co im w gło­wie? Romanse i apteka… Wieczna głu­pota!… A dzieci jak nie ma, tak nie ma!… O Boże mój, Boże! gdyby tylko nie jaki wypa­dek… bo z tymi kole­jami żela­znymi wszystko być może…

Znowu sta­nęła twa­rzą ku oknu, głową wiel­kim grze­bie­niem ster­czącą trzę­sła i pęk klu­czy gło­śno dzwo­nił w jej ręku.

W tejże chwili za przy­mknię­tymi drzwiami sali jadal­nej dało się sły­szeć szyb­kie ze wscho­dów zbie­ga­nie, potem sza­mo­ta­nie się jakieś, moco­wa­nie, dwa głosy męskie, z któ­rych jeden zda­wał się o coś nale­gać, a drugi od cze­goś wypra­szać… struna jakaś kilka razy brzęk­nęła, na koniec, dalej już, w głębi domu, wybuch­nął gło­śny śmiech Kirły… Marta, zapa­trzona w szlak drogi, zza roz­war­tej bramy dzie­dzińca widzialny, na szcze­gólny hałas ten nie zwró­ciła żad­nej uwagi, ale Teresa rzu­ciła się ku drzwiom i naprzód przez nie cie­ka­wie głowę wychy­liła, a potem, z cien­kim i uszczę­śli­wio­nym chi­cho­tem, drob­nym swym dziew­czę­cym kro­kiem przez sie­nie i salon pobie­gła. W głębi salonu drzwi od pokoju pani Emi­lii otwo­rzyły się gło­śno i zja­wił się w nich Kirło śmie­jący się i cią­gnący za sobą kogoś bar­dzo pociesz­nie w samej rze­czy wyglą­da­ją­cego. Był to sta­ru­szek śred­niego wzro­stu, ale tuszy dobrej i w środku figury szcze­gól­niej wydat­nie zaokrą­glo­nej, z okrą­głą, bia­łymi jak mleko wło­sami okrytą głową, z okrą­głą także, pulchną, rumianą twa­rzą. Wśród tej twa­rzy pulchne, rumiane usta uśmie­chały się teraz z pełną zmie­sza­nia dobro­dusz­no­ścią i błę­kitne jak tur­kusy oczy patrzały z wyra­zem wstydu i zalęk­nie­nia. To zmie­sza­nie i zalęk­nie­nie źró­dło swe mieć musiało w ubio­rze bar­dzo nie­sta­ran­nym, bo skła­da­ją­cym się tylko z sze­ro­kiego, z kwie­ci­stej mate­rii spo­rzą­dzo­nego szla­froka. Jedną ręką trzy­ma­jąc smy­czek i zara­zem powstrzy­mu­jąc od roz­chy­la­nia się poły szla­froka, drugą ten bia­ło­włosy i łagodny sta­rzec przy­ci­skał do piersi skrzypce. Przy tym bro­niąc się prze­waż­nej sile, która go naprzód pocią­gała, usi­ło­wał wciąż cofać się i ramię swe z dłoni Kirły wyrwać.

– Puść mnie pan… – szep­tał i wykrzy­ki­wał gło­śno – jakże można?! Przy damach… w szla­froku…

Ale Kirło wcią­gnął go do pokoju, przy czym do Różyca zwró­cony pero­ro­wać zaczął:

– Przed­sta­wiam nowemu sąsia­dowi naszemu naj­zna­ko­mit­szego muzyka oko­licy naszej… prze­pra­szam! Litwy… a może i Europy… Zanie­dbany ubiór jego prze­ba­czą mu nawet damy, ponie­waż jest arty­stą. Od uro­dze­nia podobno aż do dnia dzi­siej­szego pra­cuje nad muzyką. Mają­tek, panie, prze­pra­co­wał… Ale gra za to… gra…

– Puść mnie pan… przy damach… przy nie­zna­jo­mym czło­wieku… – wypra­szał się i w celu wyrwa­nia się nowe, a coraz śmiesz­niej­sze wysi­le­nia czy­nił sta­ru­szek.

Nie­zna­jomy czło­wiek, czyli Różyc, ze zdu­mie­niem na tę scenę patrzał i nie tylko nie śmiał się, lecz deli­katne wargi jego przy­brały wyraz nie­smaku. Kor­czyń­ski, oswo­jony znać z dobrym humo­rem Kirły i jego obja­wami, spo­glą­dał przez okno na klony i rzekę; panie, Emi­lia i Teresa, śmiały się: pierw­sza cichutko i z nie­ja­kim zawsty­dze­niem, druga gło­śniej i z roz­ko­szą. Kirło, zachę­cony powo­dze­niem swym wobec dam, a na obec­nych męż­czyzn już nie zwa­ża­jąc, z komicz­nymi gestami i minami dalej pra­wić zaczy­nał:

– Idę sobie na górę, aby naszego kocha­nego arty­stę odwie­dzić… sły­szę: gra! Dobrze, myślę, niech­że przyj­dzie zagrać dla nas… Wyma­wia się, że nie­ubrany… Co tam! Tym lepiej… arty­ści podobno, panie, zawsze nie­ubrani i nie­umyci…

Wtem zza ple­ców sza­mo­czą­cego się i już widocz­nie udrę­czo­nego starca wysu­nęła się młoda kobieta w czar­nej sukni, wybor­nie uwy­dat­nia­ją­cej jej silną i zgrabną kibić. Wypro­sto­wana była i głowę oto­czoną czar­nym war­ko­czem wysoko pod­no­siła. Wśród śmia­łej twa­rzy szare jej oczy wyda­wały się teraz pra­wie czarne i w twarz Kirły cisnęły pło­mie­nie gniewu. Na nikogo z obec­nych nie spoj­rzaw­szy, zwró­ciła się ku otwar­tym drzwiom salonu i zawo­łała gło­śno:

– Mars! Mars!

Na to woła­nie zja­wił się w progu pies myśliw­ski, ulu­bie­niec pana domu, wielki, czarny pon­ter25. Kobieta krót­kim gestem wska­zała go Kirle.

– Oto jest Mars – rze­kła – wybor­nie umie on waro­wać, apor­to­wać i przez kij ska­kać. Zawo­ła­łam go tu dla zabawy pana!

Głos jej tro­chę drżał, usta zbla­dły i z oczu znowu try­snęły pło­mie­nie. Powoli jed­nak i łagod­nie ujęła ramię starca.

– Chodź, ojcze – rze­kła.

Kiedy wypro­sto­wana, z pod­nie­sioną głową i bla­dym, lecz nie­zmą­co­nym pro­fi­lem pro­wa­dziła przez wielki salon siwo­wło­sego, tro­chę przy­gar­bio­nego i skrzypce swe do piersi przy­ci­ska­ją­cego starca, przy­po­mnieć mogła Anty­gonę…

– Wspa­niała! – zza bino­kli swych ści­ga­jąc ją spoj­rze­niem, szep­nął Różyc.

Kirło nie zmie­szał się ani na chwilę i z nowym śmie­chem szep­tał do ucha Teresy coś, od czego rumie­niła się i naj­mil­szym uśmie­chem roz­ja­śniała jej okrą­gła, rumiana, w owalną ramę chu­s­teczki ujęta twarz. Kor­czyń­ski motał wąs na palec i parę razy, do sie­bie wię­cej niż do innych, prze­mó­wił:

– Dzieci nie ma! Dziwna rzecz! Dzieci nie ma!

Różyc gospo­dy­nię domu nie mógł długo w osa­mot­nie­niu zosta­wiać. Toteż z wyra­zem współ­czu­cia zapy­tał ją, czy na nerwy prze­waż­nie cho­ruje, a otrzy­maw­szy twier­dzącą odpo­wiedź, z żyw­szą jesz­cze sym­pa­tią mówić zaczął o ogól­nym teraz uspo­so­bie­niu do cho­rób ner­wo­wych i trud­no­ści zna­le­zie­nia na nie rady­kal­nego lekar­stwa.

– Co do mnie – rzekł – znam jedną tylko palia­tywę26, która nie­chyb­nie o wcze­sną śmierć przy­pra­wia, ale chwi­lowo przy­naj­mniej zaspo­kaja potrzebę wra­żeń i daje zapo­mnie­nie… o wszyst­kim…

Pani Emi­lia jak do modli­twy ręce zło­żyła.

– O, cóż to jest? – zawo­łała.

– Mor­fina – z nie­dba­łym uśmie­chem szep­nął gość.

Ze znie­chę­ce­niem ręką ski­nęła.

– Nie – rze­kła z cicha – mnie się zdaje, że jedy­nym lekar­stwem pew­nym byłoby zado­wo­le­nie wyż­szych potrzeb istoty naszej, potrzeb serca… wyobraźni… szla­chet­nych gustów… Ale któż jest tak szczę­śliwy, aby móc speł­niać wszyst­kie marze­nia swoje, aby dyso­nanse życia nie zatru­wały mu ducha i ciała?…

– Bywają też ludzie, któ­rzy speł­niają wszyst­kie swoje marze­nia i od zbytku tego szczę­ścia stają się… nie­szczę­śliwi… – z led­wie dostrze­galną iro­nią odparł gość.

Znowu drzwi od salonu otwo­rzyły się z łosko­tem i zja­wiła się w nich na oka mgnie­nie wielka postać Marty.

– Dzieci jadą! Dzieci… jadą! – krzyk­nęła swym gru­bym, ochry­płym gło­sem i wnet jak wicher rzu­ciła się w kie­runku sieni.

W uszach obec­nych zabrzmiał tylko głos jej jakąś ogromną rado­ścią nabrzmiały, a w oczach wio­nęły końce man­tyli i zami­go­tały czer­wone róże pan­to­fli. Kor­czyń­ski, jakby wybu­chem jakiejś pal­nej mate­rii z krze­sła pode­rwany, dwoma kro­kami prze­sa­dził pokój i znik­nął. Pani Emi­lia bar­dzo powoli pod­nio­sła się z szez­longa.

– Tere­niu, droga moja… dajże mi płaszcz, ręka­wiczki, chustkę na głowę…

Teresa w kilku fer­tycz­nych27 posko­kach podała żądane przed­mioty i do przy­wdzia­nia ich dopo­mo­gła. Potem zaczęła sama owi­jać się cie­płym sza­lem, wsu­wać na ręce tro­chę podarte ręka­wiczki, zawią­zy­wać na gło­wie włócz­kową chustkę.

Pani Emi­lia postą­piła parę kro­ków.

– Tak, doprawdy, osła­biona dziś jestem… – z cicha zaczęła – że nie wiem… czy zdo­łam wyjść na spo­tka­nie moich dzieci…

Ręce jej wspie­ra­jące się o stół drżały i sły­chać było nie­mal przy­śpie­szone bicie jej serca. Nie uda­wała: była istot­nie bar­dzo zde­ner­wo­wana i słaba. Kirło pośpie­szył z poda­niem jej ramie­nia. Wsparta na nim szła przez salon, jak wiotka trzcina chwie­jąc się pra­wie i z sze­le­stem cią­gnąc za sobą zwój jedwa­biu.

Wkrótce na ganku utwo­rzyła się grupa osób, na któ­rej czele stał Kor­czyń­ski, do nie­po­zna­nia pra­wie zmie­niony, bez śladu uprzed­niej ponu­ro­ści w błysz­czą­cych oczach, pra­wie bez zmarsz­czek na czole, z uśmie­chem rado­ści pod dłu­gim i w dół opusz­cza­ją­cym się wąsem. Na zapa­dłe policzki tuż za nim sto­ją­cej Marty wybiły się okrą­głe, ogni­ste rumieńce; źre­nice jej patrzące na drogę, śród któ­rej widać było szybko ku bra­mie zbli­ża­jący się punkt czarny, przy­ga­sły i zwil­got­niały; zwię­dłymi, uśmie­cha­ją­cymi się ustami cichutko szep­tała:

– Aniołki! Kotki! Robaczki moje!

Każdy by odgadł, że ci, któ­rych tu witać miano, rzucą się naprzód w obję­cia tych dwojga ludzi. W głębi ganku, u samych drzwi wcho­do­wych, Teresa z pomocą Kirły usta­wiała przy­nie­siony z salonu fotel, na który wnet bez­wład­nie opu­ściła się pani Emi­lia. Do Teresy szep­nęła:

– Tro­chę lau­ro­wych kro­pli, moja Tere­niu.

A do Kirły:

– Wróć pan do pana Różyca. Nie­po­dobna prze­cież, aby zosta­wał sam jeden…

Po kilku minu­tach przed ganek zaje­chała czte­ro­konna bryczka, z któ­rej razem pra­wie wysko­czyło dwoje mło­dziut­kich ludzi: wysmu­kły, zło­to­włosy chło­pak i nie­do­ro­sła, zgrabna panienka. Wybu­chły poca­łunki i zapy­ta­nia; głosy zmie­szały się. Sły­chać było hucze­nie Marty, śmiech pod­lotka, szybką mowę mło­dzieńca, spa­zma­tyczne łka­nie pani Emi­lii, piskliwe wykrzyki Teresy przy­zy­wa­ją­cej pomocy słu­żą­cych dla odpro­wa­dze­nia pani do pokoju.

Różyc i Kirło z roz­tar­gnie­niem przy­pa­try­wali się tej sce­nie przez jedno z okien domu. Mało ich ona obcho­dziła. Nagle Różyc, twarz od okna odwra­ca­jąc, zapy­tał:

– Któż to jest ta panna Orzel­ska?

Kirło wybuch­nął śmie­chem.

– Oho! Wpa­dła panu w oczko, co? Nie­szpetna, co prawda, ale dla mnie nie­sym­pa­tyczna… zimna… rubaszna… ory­gi­nalna…

Wzru­szył ramio­nami i usta wydął.

– Gusta są różne – fleg­ma­tycz­nie odparł młody pan i malutką piłką począł bar­dzo uważ­nie robić coś około swych pięk­nych paznokci.

– Biedna? Bez posagu? – zapy­tał po krót­kiej chwili.

– Pięć tysięcy ma na pro­cen­cie u pana Bene­dykta. Cóż to za posag… Wcale posagu żad­nego nie ma… a dumna przy tym jak księż­niczka i zła jak szer­szeń.

– Zauwa­ży­łem to wła­śnie przed chwilą.

Iro­niczny tro­chę uśmiech prze­biegł mu po cien­kich ustach.

– Z tem­pe­ra­men­tem dziew­czyna… – dodał.

Kirło swymi błysz­czą­cymi, świ­dru­ją­cymi oczkami uważ­nie mu w twarz popa­trzał.

– Ej, nie zapa­laj się pan tak prędko! – z wyraź­nym nie­za­do­wo­le­niem zawo­łał. – Tem­pe­ra­ment! Tem­pe­ra­ment! Był, ale już wywie­trzał.

Czarne, wąskie brwi mło­dego pana sil­niej niż zwy­kle drgnęły, a drgnie­nie to udzie­liło się czołu i prze­bie­gło skórę czaszki, aż pod prze­rze­dzo­nymi i ufry­zo­wa­nymi wło­sami. Zupeł­nie jed­nak obo­jęt­nym, a nawet żar­to­bli­wym gło­sem zapy­tał:

– Cóż tam takiego było?

Kirło znowu filu­ter­nym stał się.

– Pamię­tasz pan Zyg­munta Kor­czyń­skiego, tego mala­rza, któ­rego spo­tka­li­śmy u Darzec­kich?

– Pamię­tam, wcale przy­zwo­ity czło­wiek i podobno nie bez talentu… Żona jego ładna, mała blon­dynka… Cóż więc?

– No… on i panna Justyna…

– Romans? – dorzu­cił pan.

– I jaki! – wybuch­nął Kirło.

– Już z żona­tym?

– Ale gdzie tam! Od dzie­ciń­stwa pra­wie… jak zwy­kle pomię­dzy kuzy­nami…

– A dla­cze­góż więc?…

– Dla­czego nie pobrali się? Ależ i mowy o tym być nie mogło… Fami­lia… i on sam…

Dłu­żej roz­ma­wiać nie mogli, bo towa­rzy­stwo całe z ganku wcho­dziło już do sieni i zaraz wejść miało do salonu.

Tym­cza­sem po wscho­dach, nie­gdyś poli­tu­ro­wa­nych i ozdob­nych, dziś tylko czy­stych i całych, Justyna wpro­wa­dziła ojca do gór­nej czę­ści domu, gdzie pośród obszer­nego stry­chu urzą­dzony był wąski kory­tarz z dwoma naprze­ciw sie­bie otwie­ra­ją­cymi się poko­jami. Jeden z tych poko­jów nale­żał do Igna­cego Orzel­skiego i był zara­zem sypial­nią nocu­ją­cych tu cza­sem gości. Justyna opu­ściła ramię ojca i wyjąw­szy mu z rąk skrzypce, umie­ściła je w sto­ją­cym na stole podłu­go­wa­tym pudle. Czy­niąc to, z cicha i tro­chę szorstko rze­kła:

– Dla­czego, ojcze, pozwa­lasz zawsze temu panu żarty z sie­bie…

Urwała i uczy­niła ręką gest znie­chę­ce­nia.

– Po co ja to mówię! Tyle już razy pro­si­łam… przed­sta­wia­łam… Nic nie pomaga… i nic nie pomoże!…

Wzięła dzba­nek sto­jący w kącie pokoju i zaczęła zeń wodę do mied­nicy nale­wać. Stary w roz­war­tym szla­froku i zupeł­nym pod nim negliżu stał na środku pokoju, zakło­po­tany tro­chę i z jed­no­staj­nym wciąż, dobro­dusz­nym uśmie­chem na ustach.

– Widzisz, moja Justy­siu – zaczął – żebyś ty wie­działa, jak to trudno… zresztą… cóż to szko­dzi!

– O! – zawo­łała. – Wła­śnie pra­gnę­ła­bym, aby ojciec uczuł…

Umil­kła znowu, zawie­siła ręcz­nik obok mied­nicy i na jed­nym ze sto­łów usta­wiła małe lusterko. Stary tym­cza­sem drob­nymi kro­kami zbli­żył się do skrzy­piec i już je z pudła wyj­mo­wać zaczął. Justyna deli­kat­nie i powoli instru­ment znowu na uprzed­nim miej­scu zło­żyła.

– Trzeba się ubie­rać, ojcze! Zaraz zawo­łają nas do stołu…

– A, do stołu! – powtó­rzył stary. – Dobrze… dobrze… bo już i głodny jestem… A nie wiesz tam cza­sem, co na obiad będzie?

– Nie wiem – odpo­wie­działa i uło­żyła obok lusterka wszyst­kie przy­bory do gole­nia się i cze­sa­nia słu­żące.

– Wszystko gotowe, ojcze…

Stary nie ruszał się i z ukosa na skrzypce spo­glą­dał.

– A może bym ja tro­chę jesz­cze pograł?

– A obiad? – zapy­tała Justyna.

– A prawda… obiad? Pewno dziś co smacz­nego dadzą, bo goście są… Pyta­łem się nawet panny Marty z samego rana, co tam na obiad będzie, ale czy ona kiedy po ludzku do kogo prze­mówi! Burk­nęła… chrząk­nęła… czch­nęła i na dół pole­ciała… a mnie już na dół nie chciało się scho­dzić… wypi­łem więc kawę z suchar­kami, troszkę szynki zja­dłem i gra­łem sobie… Szynki w tym roku dosko­nale urzą­dziła… i sucharki jej zawsze dosko­nałe… w ustach top­nieją… caca!

Powoli, leni­wie usiadł przed luster­kiem i do robie­nia toa­lety swej przy­bie­rać się zaczął. Justyna prędko i zręcz­nie czy­ściła mio­tełką sur­dut ojca. Stary zachmu­rzył się.

– Otóż to – gder­li­wym tonem zaczął – jak tylko goście przy­jadą albo co tam innego sta­nie się, Fra­nek u mnie ani nosa nie pokaże… Jeden ten chło­piec do wszyst­kiego… i przy kre­den­sie, i do stołu usłu­guje, i mnie, i panu Bene­dyk­towi… Do czego to podobne, aby w takim domu… nie było komu wody podać i sur­duta oczy­ścić?

– Już oczysz­czony! – odpo­wie­działa Justyna.

– Oczysz­czony… oczysz­czony… – gde­rał stary. – A któż go oczy­ścił? Ty sama! Czyż to pięk­nie, aby panienka sur­duty czy­ściła?… do czego to podobne?

Po ustach Justyny prze­mknął uśmiech. Sta­nęła na środku pokoju i zamy­śliła się chwilę.

– Jak ja stąd wyjdę – rze­kła – ojciec znowu grać zacznie…

– A może… – odparł stary – to i cóż?

– Teraz nie można – odrze­kła – bo jak na obiad zawo­łają, trzeba, aby ojciec był już ubrany… Lepiej może pudło na klucz zamknąć…

– No, no! Nie zamy­kaj… Nie zamy­kaj!…

Nic już nie odpo­wia­da­jąc, zakrę­ciła mały klucz w zamku, scho­wała go do kie­szeni i wyszła.

Drugi pokój na górze, nie­zbyt mały i bar­dzo czy­sty, o dwu łóż­kach i ume­blo­wa­niu skrom­nym, lecz dosta­tecz­nym, sta­no­wił od lat kilku wspólne miesz­ka­nie Marty i Justyny. W tym pokoju Justyna sta­nęła przed otwar­tym oknem i roz­pló­tł­szy war­ko­cze, powol­nym ruchem roz­cze­sy­wać zaczęła gęstwinę czar­nych wło­sów, w które pod­czas ran­nej prze­chadzki wplą­tały się zie­lone igły i mło­dziut­kie gałązki sośniny.