Można wybierać. 4 czerwca 1989 - Aleksandra Boćkowska - ebook
Opis

Reporterska opowieść o 4 czerwca 1989 roku – o dniu pierwszych częściowo wolnych wyborów parlamentarnych z perspektywy niedużych miast i drobnych spraw. O codzienności. O miesiącach tuż przed wyborami i tuż po wyborach. O problemach, z którymi borykali się Polacy w 1989 roku – zapaści gospodarczej, fatalnym zaopatrzeniu, rosnących cenach. O oczekiwaniach i nadziejach. O wielkiej zmianie, ale też o tym, że kiedy działa się Historia, ludzie byli zajęci sobą – zakochiwali się, urządzali mieszkania, martwili o pracę i pieniądze, szykowali do występu na festiwalu. O ludziach, którzy się angażowali, uczestniczyli w kampanii albo chociaż z przekonaniem głosowali, o tych, którzy się bali, i o tych, którzy pozostali obojętni. O weryfikacji pojęć „wszyscy” i „nikt” – dobrze znana historia rozpisana na głosy zwykłych ludzi brzmi nieco inaczej niż w podręcznikach. O pamięci, a właściwie jej zawodności. I wreszcie o polityce, bo w końcu polityką się żyło, czy się tego chciało, czy nie. Ale o tym opowiadają lokalni działacze Solidarności i członkowie PZPR patrzący na Warszawę z dystansu. To książka, która nie pomijając pierwszoplanowych aktorów politycznego przełomu, oddaje głos głównie statystom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


W serii ukazały się ostatnio:

Ewa Winnicka Był sobie chłopczyk

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka (wyd. 3)

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”

Marcin Kącki Poznań. Miasto grzechu

Piotr Lipiński Bierut. Kiedy partia była bogiem

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych

Cezary Łazarewicz Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej

Zbigniew Rokita Królowie strzelców. Piłka w cieniu imperium

Swietłana Aleksijewicz Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości (wyd. 4)

David I. Kertzer Porwanie Edgarda Mortary. Skandal, który pogrążyłPaństwo Kościelne

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu (wyd. 2)

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z Fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Marta Sapała Na marne

Aleksandra Boćkowska

Można wybierać

4 czerwca 1989

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Chris Niedenthal / Forum

Copyright © by Aleksandra Boćkowska, 2019

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-880-8

Ktoś powie, że gdyby włączyć film z tamtego czasu, to byłby on czarno-biały. Scenarzystka i reżyserka teatralna Aleksandra Domańska zapamiętała, że w końcu lat osiemdziesiątych wszystko było tak bure, jakby ciągle trwało przedwiośnie.

– Wejście w niepodległość – mówi – miało pastelowy ton.

4 czerwca 1989 roku o piątej rano dotarła do lokalu wyborczego w gminie Poświętne. Mniej więcej trzy tysiące mieszkańców, wówczas w województwie piotrkowskim, dziś w łódzkim. Z Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” kandydował tam rektor Uniwersytetu Warszawskiego Grzegorz Białkowski. Ona z ramienia KO miała pilnować przebiegu głosowania. Pojechała właśnie tam, bo chciała zobaczyć, co dzieje się z warszawskim entuzjazmem z dala od medialnego zgiełku.

Pierwsze wrażenie: widok plakietek Solidarności, który w Warszawie wywoływał przynajmniej porozumiewawcze spojrzenie, tu nie wywoływał niczego. Zatem wita się z członkami komisji, przedstawia, pani sekretarz rzuca chłodne:

– Jak to? Pani jeszcze niewylegitymowana?

I zaraz, czy zapłaci za konsumpcję. Płaci więc tysiąc osiemset złotych i z kuponem śniadaniowym idzie na zaplecze. Dostaje, a nie ma jeszcze szóstej, zawiesisty żurek z kiełbasą.

W Poświętnem pierwszym głosującym był ksiądz. Nigdy wcześniej nie widziano go na wyborach. Parafianie przyszli później, dużymi grupami po nabożeństwach. Przeważnie bez dowodów osobistych.

Komisja:

– Pani Olesiakowa, a który to macie numer domu?

Olesiakowa:

– A bo ja pamiętam?

Komisja:

– Sześćdziesiąt sześć, koło Aniołów.

– Sarkali, że wszystko bez zmian, bo znowu trzeba stać w ogonkach, ale stali i czekali – wspomina Domańska.

Obserwacje z Poświętnego zanotowała nazajutrz, stąd tyle szczegółów.

Jej uwagę zwróciły jeszcze dwa.

Każdy trzymał w ręku wydarte z zeszytu kartki w kratkę, na których niezgrabnymi kulfonami miał zapisane nazwiska kandydatów Solidarności, podyktowane pewnie wcześniej przez księdza.

Nikt za to nie miał okularów, bo nigdy wcześniej na wyborach nie trzeba było się wczytywać. Tym razem, żeby wyłuskać z list kogo trzeba, okulary okazały się niezbędne. Miał mąż zaufania ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Zaprzyjaźniony, więc pożyczał. Zatem jeszcze jedna kolejka.

Niewielu wczytywało się z uwagą. Tylko jeden głosujący zażądał wyjaśnienia, dlaczego nie zna osobiście „przywiezionych w teczkach” z Warszawy kandydatów Solidarności. Ale zagłosował. Do wyboru miał między innymi dobrze znanego z Dziennika Telewizyjnego Grzegorza Woźniaka.

„Wyborom nie towarzyszyły, jak gdzie indziej, propagandowe fanfary i atmosfera festynu, sygnalizująca jedność przekonań – notowała Aleksandra Domańska. – Panowała cisza. Cisza ta miała potężną siłę sprzeciwu wobec tego, co było, ale to była siła protestu, a nie hałas »za«”1.

Ona, zaangażowana w działania opozycji od lat siedemdziesiątych, w przedwyborczym czasie miała mieszane uczucia. Przede wszystkim jednak wierzyła, że bierze udział w czymś niesłychanie doniosłym, że dzieje się historia. Pojechała do gminy Poświętne, by skonfrontować doniosłość z codziennością, i wróciła zasmucona ciszą.

W Poświętnem zawiesisty żur i obojętne spojrzenia, w drodze powrotnej lody na dworcu w Piotrkowie. Lodziarka na widok znaczka Solidarności i identyfikatora męża zaufania pyta, czy wygramy.

– Jest szansa.

– Ile jest dwa plus dwa?

– Cztery[1].

W zamian za dobrą odpowiedź – dodatkowy wafel.

Ale żadnej fiesty.

To były najważniejsze wybory po wojnie. Pierwsze od 1947 roku, w których brali udział nie tylko kandydaci wskazani przez partię rządzącą, i pierwsze, w których wybierano senat, wcześniej parlament był jednoizbowy. Poprzedziły je – w ogromnym skrócie – trwające od kilku lat przemiany w Związku Radzieckim, niepokoje społeczne z 1988 roku i negocjacje między partią a opozycją, których kulminacją były obrady okrągłego stołu.

„Niedziela 4 czerwca była punktem zwrotnym nie tylko dla powojennej historii Polski, nie jedynie dla historii Europy Wschodniej, lecz dla historii całego świata komunistycznego”2 – uważa historyk Timothy Garton Ash.

W wyniku tych wyborów w Polsce straciła władzę Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a potem – znów w ogromnym skrócie – upadł mur berliński i, jeszcze później, Związek Radziecki.

Ustalona przy okrągłym stole ordynacja wyborcza gwarantowała stronie rządowej (PZPR i kilku ugrupowaniom koalicyjnym) sześćdziesiąt pięć procent miejsc w sejmie, czyli dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć mandatów. O trzydzieści pięć procent (sto sześćdziesiąt jeden mandatów) ubiegali się kandydaci bezpartyjni, wśród nich z Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”. Strona rządowa, by zagwarantować sobie przewagę w przyszłych głosowaniach, wystawiła także listę krajową – trzydziestu pięciu najlepszych ludzi władzy miało dzięki niej bez trudu dostać się do sejmu. Wybory do senatu były całkowicie wolne – mandat uzyskiwali ci kandydaci, którzy dostali w swoim okręgu więcej niż połowę głosów.

4 czerwca odbyła się pierwsza tura głosowania. Komitet Obywatelski „Solidarność” wygrał prawie wszystko, co mógł (sto sześćdziesiąt mandatów w sejmie i dziewięćdziesiąt dwa w senacie[2]), Polska Zjednoczona Partia Robotnicza z przystawkami wszystko przegrała – po pierwszej turze do sejmu weszło tylko pięciu koalicyjnych kandydatów – dwóch z listy krajowej i trzech popieranych mniej lub bardziej oficjalnie przez Solidarność w regionach.

Dwadzieścia pięć lat później, 4 czerwca 2014 roku, zjechało do Warszawy pół świata, z prezydentem Stanów Zjednoczonych Barackiem Obamą na czele. Polski prezydent Bronisław Komorowski, swoją drogą w 1989 roku sceptyczny wobec okrągłego stołu i jego następstw, chciał przypomnieć, że upadek komunizmu zaczął się właśnie tutaj. Święto wolności i praw człowieka fetowały Warszawa, Polska, a nawet koncern Coca-Cola, który wypuścił na rynek okolicznościowe butelki z napisem „25 lat wolności”.

Podróżowałam wtedy po kraju, zbierając PRL-owskie wspomnienia. Zaskakująco często słyszałam od rozmówców pytanie, kiedy właściwie skończył się PRL i czy istniał jeszcze w latach osiemdziesiątych. Na przekór zatartej pamięci kilka lat później pomyślałam, że ciekawie byłoby się dowiedzieć, jak wyglądał 4 czerwca poza Warszawą, z dala od sztabu głównego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” i Komitetu Centralnego PZPR. Że warto spróbować odtworzyć atmosferę kampanii w małych miastach. Porozmawiać z tymi, którzy nie poszli na wybory, a nie poszło trzydzieści osiem procent, albo którzy głosowali na partię – bo gdyby zliczyć głosy, nie dzieląc ich na mandaty, wynik wyborów byłby dla partii mniej dotkliwy. Skonfrontować doniosłość oficjalnych wspomnień ze zwyczajną pamięcią. I być może dowiedzieć się, dlaczego 4 czerwca jest bardziej świętem środowiskowym niż narodowym.

Noc

Przed północą burzowo

W Szczecinie było trochę nerwów. Jeszcze dwa dni wcześniej, w piątek, w partyjnym „Głosie Szczecińskim” można było przeczytać: „[Respondenci] powiadali, że będą głosować nie na bloki, nie wedle przynależności kandydata do danego ugrupowania, lecz na konkretne osoby, oceniając ich programy i osobowość”3. Gdyby wierzyć gazecie, najciekawsze programy i osobowość mieli kandydaci PZPR, nawet udręczona kierowniczka sklepu mięsnego pokładała w nich nadzieję. W piątek świętowano też Dzień Drukarza. Więc uroczystość na zamku, potem mniej oficjalna w kawiarni Tenisowej i wtem się okazuje, że nie ma linotypistów. Dziś linotypiści występują tylko w słownikach do gry w scrabble, wtedy zależało od nich ukazanie się gazety.

W sobotę 3 czerwca „Głos Szczeciński” nie wyszedł z powodu strajku siedmiu linotypistów. Dziennikarze „Głosu” przypuszczają, że napuściła ich Solidarność, działacze Solidarności przekonują, że nie obchodziła ich gazeta czerwonych. Linotypiści zapadli się w słowniki. Ale nie chodziło o Polskę, tylko o pieniądze – był to po prostu jeden z wielu protestów, które trwały wówczas w kraju. Linotypiści toczyli spór płacowy z dyrekcją Szczecińskich Zakładów Graficznych już co najmniej od maja. Na czas wydrukowali karty wyborcze – 31 maja trafiły do Urzędu Wojewódzkiego, ale o dziewięć dni spóźnili zakładową gazetę Portu Szczecin-Świnoujście. Niewydrukowanie partyjnego dziennika mogło być w negocjacjach poważnym argumentem.

Skoro nie ukazuje się gazeta o nakładzie dwustu dwudziestu tysięcy egzemplarzy, dziennikarze streszczają artykuły w regionalnej telewizji. W nocy drukują ogryzek – strony informacyjne bez sobotniego magazynu, żeby na niedzielę była choć garść tego, co najważniejsze: że oto przed nami wybory, które zamykają okres, gdy władza miała monopol na wszystko, generał Jaruzelski pozdrawia z ekranów telewizorów, a linotypiści zaprezentowali najwyższy brak odpowiedzialności. Mimo to dyrektor Szczecińskich Zakładów Graficznych w płatnym ogłoszeniu życzy im pomyślności z okazji branżowego święta.

W Warszawie weekendowe zakupy spożywcze dla starszego małżeństwa spodziewającego się na obiedzie córki kosztowały około czterech tysięcy złotych (królik, ziemniaki, ogórki, pomidory, kapusta, pietruszka, szczypior, śmietana, biały ser, pieczywo, masło, herbata). Najdroższy w kolekcji Hofflandu kremowy płaszcz przed kostkę – dwadzieścia cztery i pół tysiąca. Dwa razy taniej niż tureckie garsonki na bazarze. Dolar w kantorach mniej więcej tyle, ile niedzielny obiad w domu – trzy tysiące dziewięćset pięćdziesiąt złotych (na początku roku na czarnym rynku – trzy tysiące trzysta, do grudnia przebije dziesięć tysięcy). Na targu w Koszalinie sprzedawczyni patroszonych kur (tysiąc złotych za kilogram) zachęcała: „Przedwyborcze kury, przedwyborcze kury! Kupujcie, ludzie, po wyborach będą już droższe”.

W sobotę o 19.30 w ogólnopolskim Dzienniku Telewizyjnym Lech Wałęsa deklaruje, ku zaskoczeniu części współpracowników, że z listy krajowej skreśli tylko jedno nazwisko. W tamtych wyborach wyrazem poparcia było nieskreślanie. Tych kandydatów, których się nie popierało, trzeba było z kart wyborczych wykreślić.

Po Dzienniku w telewizji występuje premier Mieczysław F. Rakowski – przypomina, co zrobił najlepszego i jak wiele ma w planach; w wyborach upatruje szansy na współdziałanie.

W wejściach Radia Solidarność na antenie Polskiego Radia Wojciech Młynarski śpiewa przerobioną na potrzeby kampanii piosenkę Róbmy swoje:

Róbmy swoje

popierajmy panią S

By żyło się na swojskiej niwie

Odważniej, mądrzej i uczciwiej

Kochani, róbmy swoje

A kryzysu przyjdzie kres.

Przed 22.00 kończy się Lista Przebojów Trójki, w 1989 roku była to bardzo popularna audycja. W głosowaniu zwycięża Lullaby The Cure. Za tydzień po raz pierwszy w zestawieniu, na czterdziestym miejscu, pojawi się Kocham wolność Chłopców z Placu Broni.

W kraju było tego dnia burzowo. Nawałnice w Krakowie, trochę słońca, dużo deszczu.

W Warszawie najmocniej lało około piętnastej, przed północą znowu. Przepadła przez to paczka plakatów, które wyładowywano akurat z samolotu, na szczęście ostała się reszta. Przyleciały z Paryża – dziesięć tysięcy sztuk słynnego plakatu z kowbojem: w tej roli Gary Cooper, który zamiast rewolweru trzyma w ręku kartkę wyborczą, a w kamizelkę ma wpięty znaczek Solidarności. W tle wielkie logo Solidarności, u dołu napis: „W samo południe. 4 czerwca 1989”.

Do rana plakat autorstwa Tomasza Sarneckiego zawiśnie w całej Warszawie. Po trzech dekadach – choć były w tej kampanii plakaty lepsze artystycznie i mocniejsze propagandowo – okaże się najtrwalej zapisany w świadomości społecznej, trwalej być może niż same wybory.

Oczekiwania. Inwentarz nadziei

Na początku 1989 roku w sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej sześćdziesiąt jeden procent respondentów opowiedziało się za koniecznością przeprowadzenia zasadniczych zmian w systemie (dwa lata wcześniej sześćdziesiąt trzy i pół procent twierdziło, że istniejący system władzy jest dobry i nie wymaga poważniejszych reform). W maju, kiedy trwała już kampania wyborcza, mniej więcej co piąty obywatel (po dwadzieścia dwa procent) chciał reformowania socjalizmu albo rezygnacji z niego. Trzydzieści dziewięć procent było za wprowadzeniem całkowicie nowego systemu socjalistycznego. Pozostali (siedemnaście procent) wybrali bezpieczne „trudno powiedzieć”.

„Gazeta Wyborcza” tuż przed wyborami zapytała czytelników, czy sądzą, że kiedykolwiek zmieni się w Polsce ustrój. „Tak, w latach 1989–1990” – odpowiedziało jedynie 6,4 procent pytanych.

Według przeprowadzonego w połowie maja sondażu dla francuskiego kwartalnika „Le Journal des Élections”, gdyby wyborców nie ograniczała ordynacja, zagłosowaliby tak: w senacie minimum dziewięćdziesiąt procent miejsc dla Solidarności, a w sejmie po dwadzieścia pięć procent dla Solidarności i PZPR, reszta (też po równo) dla kandydatów z ramienia Kościoła, niezależnych od Kościoła i Solidarności, z prorządowych ugrupowań katolickich (Stowarzyszenie „Pax”, Polski Związek Katolicko-Społeczny, Unia Chrześcijańsko-Społeczna) oraz z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Prawie połowa respondentów spodziewała się poprawy sytuacji politycznej, ale mało kto wierzył, że będzie lepiej w gospodarce – aż dwie trzecie uważało, że w ciągu dwóch lat nie zmieni się nic, chyba że na gorsze.

A jednak oczekiwali zmian. Na przykład, jak producenci sera z Korycina, że skończy się czapkowanie. Człowiek aż dygotał, aż chodził, jak chciał wreszcie dom dachem nakryć, a dostawał z przydziału jedenaście arkuszy blachy, każdy metr na dwa. Albo kiedy sąsiad, znajomy wójta, mówił: „Dasz mi tyle a tyle, to dostaniesz kopaczkę, a jak nie, to nie”.

I człowiek znów dygotał.

– Tylko tego oczekiwaliśmy: że w końcu nie trzeba będzie z łapówką co chwila chodzić, łaski nie wiem jakiej prosić. Że będzie można pójść, mając pieniądze zapracowane, i kupić coś uczciwie. To była bardzo ważna sprawa – mówią.

Mówią teraz, ale w takich emocjach, jakby ta kopaczka była im jeszcze do czegoś potrzebna, jakby tej blachy nie dostali wczoraj.

Janusz Szpyt, artysta malarz z Lubaczowa, załapał się w latach osiemdziesiątych na mieszkanie w spółdzielni mieszkaniowej.

– Rodzice założyli mi książeczkę, ja wpłacałem. Gdy robiłem remont, zjawili się panowie z urzędu spraw wewnętrznych sprawdzić, kto u mnie pracuje. Nikt nie pracował, sam sobie radziłem, więc zaraz wywiad, skąd mam materiały. A miałem nie wiadomo skąd, jak wszyscy, wapno tato załatwił… Można było robić rzeczy niegroźne, zwyczajne, a władza traktowała je jako nieprawdopodobne zło. Mój sąsiad z bloku sprowadzał śledzie znad morza, bo niczego nie było w sklepach. Sam na własny koszt je sprowadzał, ale jak się dowiedzieli, to go skazali na prace publiczne. Opresyjność władzy, wszechobecność państwa, mechanizm, który polegał na tym, że „znajdźcie człowieka, a znajdzie się paragraf”, to wszystko było szalenie doskwierające.

Konrad Stanglewicz, dziennikarz radiowy z Zielonej Góry:

– Wszechwładza partyjna dokuczała, bo w większości to byli durnie.

Ludzie oczekiwali, jak Ireneusz Jeleń, który w Dębicy pracował w sztabie PZPR-owskiego kandydata na senatora, ale „podświadomie był za Solidarnością”, że skończą się układziki, przez które wydanie decyzji zależało od widzimisię urzędnika, a nie od zbadania stanu faktycznego. I absurd działania. Taki na przykład, że jak ministerstwo zarządza, że trzeba utylizować złom, to kopalnia oddaje nowe maszyny, bo nie ma czasu zdemontować rzeczywiście zużytych, ale plan wykonać musi. I te wszystkie sprawozdania, raporty, narady, bo sekretarz wymaga. Koszmar.

– Prowadzenie podwójnego życia, oficjalnego i nieoficjalnego, udawanie, załatwianie różnych rzeczy, tracenie czasu w kolejkach. Nie znosiłem w PRL właściwie wszystkiego, całej bezsensowności tego systemu – mówi grafik Andrzej Budek, autor ważnych solidarnościowych plakatów.

Najsłynniejszy – z trzema flagami, które wraz z przybywaniem demokracji wyłaniają się ponad zarys czerwonego prostokąta (dopóki demokracji nie ma – flaga pozostaje czerwona, gdy jest jej trzydzieści pięć procent – zyskuje u góry biały pasek, przy stu procentach jest już taka, jak trzeba – biało-czerwona) – wymyślił w drodze do domu w Komorowie, przejeżdżając autem pod wiaduktem. Wcześniej, kiedy nie miał jeszcze samochodu, wiózł któregoś dnia dolnopłuk kolejką WKD. Rzucili akurat gdzieś w Warszawie. Ze dwadzieścia osób go pytało, gdzie dostał.

Dziś prawie każdy opowie coś podobnego.

Gospodyni z Korycina, że po urodzeniu pierwszego syna pojechała trzydzieści parę kilometrów do Sokółki, bo tam koło cerkwi był sklep, w którym mogła zrealizować przydział na dwa kaftaniki, jedną parę śpioszków, dwie tetrowe pieluchy i kołderkę.

Prezydent Świnoujścia Andrzej Żmurkiewicz, który zanim został urzędnikiem, pracował w Transbudzie, służbową ciężarówką przemycił z NRD spacerówkę dla córki.

Ktoś, wspominając paczkę od przyjaciół z Francji, a w niej niemowlęce body na napy, z którym w pierwszej chwili nie wiadomo było, co zrobić, powie:

– Wydawało się niewiarygodne, że tak może świat wyglądać. Tęskniliśmy do normalności.

Filmowiec z Elbląga, wówczas dziennikarz Dziennika Telewizyjnego, marzył, żeby pojechać kiedyś do Stanów Zjednoczonych, zobaczyć Houston w Teksasie i Disneyland, bo – chociaż uważa polskie kreskówki za rewelacyjne – uwielbia Myszkę Miki. Głosował na Jarosława Kaczyńskiego (nie znał) i chłopaka z kwidzyńskiej Celulozy, który należał do PZPR (znał). Podzielił głosy, żeby dać wyraz temu, że ludzie mają różne poglądy i Polska nie należy do jednej strony.

Poeta Tomasz Jastrun notował w dzienniku: „Nie wyobrażam sobie, abym mógł kiedykolwiek w Polsce wejść do sklepu, w którym nie będzie kolejki, a za to uśmiechnięta ekspedientka i jaki taki wybór towarów. Że zapraszam znajomych do restauracji – stać mnie na to i jest nawet kilka smacznych potraw do wyboru. Albo wchodzę do urzędu i wcale nie czuję skurczu żołądka”4. Dwa tygodnie przed wyborami śnił o białym serze, bo od miesiąca nie trafił w żadnym sklepie.

Warszawska artystka pisała w listach do narzeczonego: „Mam dużo szczęścia z tymi zakupami, a i zapas tych wszystkich środków higienicznych zrobiłam”. I kawałek dalej o wizycie przyjaciół: „Posiedzieli, wypili trochę wina, było nawet miło, tylko przez większą część czasu narzekaliśmy na zaopatrzenie. No mówię Ci, niebywałe, młody kwiat twórczej inteligencji PRL spotyka się podczas wakacji towarzysko i zamiast się jakoś wspólnie mile relaksować, rozprawia o serze, mięsie, co, gdzie i kiedy można upolować”5.

– Czekałam na dobrobyt – mówi.

– Każdy wiedział, że dobrobytu być nie może – pamięta Halina Możejko, działaczka Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Międzyzdrojach. – Na mieszkania czekało się latami. Mięsa nie było, cukier był na kartki od 1976 roku. Nikt nie spodziewał się dobrobytu. Wolność! To było coś niesamowitego! Żeby choć słuchać czego innego, nie tylko z Wolnej Europy.

– Tak, przede wszystkim chodziło o wolność – wspomina Rafał Szymczak, działacz Komitetu Obywatelskiego w Warszawie. – W latach osiemdziesiątych PRL to był już bezzębny, ale jednak potwór. Podsłuchiwali nas, mogli wejść do domu, zrobić rewizję, publikować mogliśmy tylko w podziemiu.

O wolności jeszcze trochę.

W Lubaczowie, że kiedy jest ograniczana, to człowiekowi jest ciasno, dławi się, aż dusi. Musi być wolny, ma to zakodowane w genach.

W Sztumie, że może nie trzeba będzie się już bać, będzie można mówić, co się myśli, wydawać gazety i książki, oddychać.

W Zielonej Górze, że może wreszcie Miłosz i Wat będą normalnie w księgarniach, a nie tylko z bibuły.

W Korycinie wyborca pytany 4 czerwca 1989 przez reporterów Dziennika Telewizyjnego mówił do kamery: „Żeby – tak jak powiadali – były równość, wolność i niepodległość. Żeby każdy był wolny i równy”6.

Ale jest też wiele innych głosów.

Zbigniew Walczak, wtedy pracownik Stoczni Gdańskiej:

– Na własne potrzeby miałem wolności wystarczająco. Tęskniłem, żeby nie trzeba było się zastanawiać, w którym towarzystwie można co powiedzieć, ale nie nazywałbym tego wolnością. Za ostro.

Urszula Grych-Bochyńska, nauczycielka francuskiego z Dębicy:

– Nie czekałam na koniec systemu. Dużo czytałam, miałam świadomość wyrobioną na tyle, żeby wiedzieć, że przy przewrocie zawsze szumowiny wyjdą na wierzch. Ideologiczna skorupa, którą było otoczone życie społeczne i gospodarcze w latach powojennych, z czasem zaczęła pękać, stawała się coraz cieńsza. Trzeba było poczekać, aż stopnieje do końca. Pod koniec funkcjonowały już mechanizmy, które miały uzdrowić sytuacje patologiczne w rodzaju „jak się zapiszesz do partii, to cię poprzemy”.

Ewa Dąbrowska-Szulc, socjolożka z Warszawy, wówczas początkująca feministka:

– Chciałam socjalizmu z ludzką twarzą, takiego, w którym każdy znajdzie miejsce dla siebie. Wtedy wiedziałam już, że kapitalizm jest nieludzki, nastawia człowieka przeciw człowiekowi. Nie podobał mi się Wałęsa i nie podobał mi się Kościół, który wtrącał się we wszystko. Moja babcia mówiła: „Nigdy tak dobrze nie było. Macie stypendia, wycieczki”. Moja matka urodziła pięcioro dzieci, wychowała czworo, bo jedno umarło. Ja chciałam mieć dwoje i tyle miałam. I nagle pojawili się ludzie, którzy mówili, że kobiety muszą rodzić, że trzeba im odebrać podstawowe prawo do decydowania o macierzyństwie. Nie głosowałam na Solidarność.

Ojciec Jacek Salij w radiowym kazaniu krótko przed wyborami: „Słyszy się również takie argumenty przeciwko poczętemu życiu, które budzą wręcz zażenowanie i wstyd. Niektórzy na przykład bronią prawa do sztucznych poronień w imię wolności kobiety i jej praw obywatelskich. […] Nigdy w Europie nie nazywano wolnością ucieczki od odpowiedzialności za własne dziecko, nigdy wolnością nie nazywano lekceważenia głosu własnego sumienia. Zaprzestańmy wreszcie przeinaczania najważniejszych słów, jakimi dysponuje ludzki język. […] Uznanie sztucznych poronień za proceder nielegalny uwolni kobietę ciężarną od wielu niedobrych nacisków, którym podlega obecnie. […] Domagamy się prawnego zakazu sztucznych poronień, bo prawo nie powinno pozwalać na coś tak oczywiście złego, jak zabijanie niewinnych istot ludzkich”7.

Tadeusz Ginko z Bukowna, który od 1986 roku prowadził pierwszą prywatną drukarnię w Katowicach, miał dość cenzury. W sprawie wizytówek po jakimś czasie się dogadał, że nie musi ich dawać do wglądu, ale programy teatralne, biuletyny, książki artystyczne – to wszystko nosił na ulicę Liebknechta (dziś Opolską). A przed świętami państwowymi smutni panowie odwiedzali go osobiście. Nie rewidowali, raczej się rozglądali. I skoro nie znajdowali ulotek opozycji, dopytywali o pochodzenie farby. A ona oczywiście z czarnego rynku, bo nigdzie indziej nie było. Ulotek opozycji nie znajdowali, ponieważ Ginko jako plastyk miał ambicję drukować tylko rzeczy, które sam zaprojektował.

Pielęgniarka z Warszawy czekała na telefon. Ściślej – na połączenie telefoniczne z RFN, gdzie pracował jej mąż. W styczniu odebrała segment mieszkaniowy, na który dzięki tym saksom uzbierali. W czerwcu posiała trawę w ogródku. Wcześniej z pomocą synów skopała ziemię, oczyściła z kamieni. Nagle – oberwanie chmury. Deszcz wymył nasiona, ziemia się pozapadała, w ogródku głębokie bajoro. Czekała więc w starym mieszkaniu (na szczęście jeszcze nie zdała kluczy), aż zgłosi się mąż, a czekając, pisała do niego list. „Jeśli chodzi o mnie, to nie mam czasu się nawet w głowę podrapać […]. Albo jestem w pracy, albo na zakupach. […] Po benzynę stoi się godzinami. Mimo że znowu podrożała do 350 zł za litr. […] Zaopatrzenie jest fatalne ze wszystkim. Ludzi ogarnęła gorączka wykupywania wszystkiego na zapas. […] Jestem w dalszym ciągu na etapie wypakowywania pudełek i segregowania na rzeczy potrzebne i niepotrzebne. Te, bez których nie mogę się obejść, wkładam z powrotem do pudełek, ponieważ nie mam gdzie ich układać”8.

– Zapytałam młodszą koleżankę: „Słuchaj, co było 4 czerwca 1989 roku?” – mówi. – A ona: „Pani Bożenko, wybory!”. Muszę przyznać, że tak byłam zaabsorbowana, bo najpierw ten segment, potem organizowanie wszystkiego, załatwianie, sprzedaż mieszkania, że ten czerwiec całkiem mi umknął. Nic nie czułam, tak byłam zarobiona.

Andrzej Wojciuszkiewicz, wtedy przewodniczący Związku Socjalistycznego Młodzieży Polskiej w Zielonej Górze, kandydował na posła z listy PZPR. Miał nadzieję być przynajmniej drugi, żeby wejść do drugiej tury. Był trzeci.

Emerytowany dziennikarz Jan Rusz 2 czerwca 1989 roku w dzienniku: „A jeśli otumaniony naród potwierdzi komedię »okrągłego stołu«? To dostanie potem jeszcze bardziej w dupę za swoją głupotę. Podwyżki cen artykułów spożywczych tylko czekają”9.

Irena Janeczko z Dębicy wierzyła, że każdy według swoich możliwości umysłowych pójdzie do przodu.

Aleksandra Bek, nauczycielka z Lubaczowa, że wszystko pójdzie do przodu, a ludzie staną się lepsi.

Tomasz Jastrun: „Każdy mógłby szybko zrobić swój inwentarz braku nadziei. I właśnie ten brak jest powodem, że już nic nie budzi naszego entuzjazmu. A zbiorowy pesymizm fatalnie wróży na przyszłość, bo uruchamia prawo samospełniającej się przepowiedni”.

Premier Mieczysław F. Rakowski w nocy z 3 na 4 czerwca miał czarne myśli.

Jak to się stało. Walka strachu z entuzjazmem

„Jeśli, mówiłem do siebie, okaże się, że jednak wyjdziemy na swoje, to uzyskam pewien komfort, jeśli przegramy, nie będzie to dla mnie zbyt wielkim szokiem”10 – notował. On był, owszem, za liberalizacją, ale w sprawie porozumiewania się z opozycją zmieniał zdanie.

14 października 1988 roku, powołując się na niewymienionego z nazwiska publicystę, wypowiedział na konferencji prasowej słynne zdanie, że Polaków mniej interesuje okrągły stół, a bardziej stół suto zastawiony. I dodał, że on zajmie się przede wszystkim tym sutym, okrągły pozostawiając kolegom.

Dzień wcześniej, gdy przedstawiał sejmowi swoich ministrów, obiecywał ogólną poprawę: „Ceny, płace, niebezpiecznie rosnący procent inflacji, mieszkania, usługi, zanieczyszczone rzeki, jeziora i powietrze, buble, lekarstwa, wata, brak telewizorów itd., itd. Będziemy dążyć do skracania tych bolączek”11.

21 października zwierzył się Michaiłowi Gorbaczowowi, że gotów jest modlić się o strajk studentów. Zamknąłby wówczas uniwersytety, żeby społeczeństwo przekonało się o stanowczości nowego rządu. Bo – jak dowodził – ludzie może i chcą demokracji, ale chcą też, żeby władza była silna. Studenci nie zastrajkowali, zatem by pokazać siłę, 31 października podjął decyzję o postawieniu w stan likwidacji Stoczni Gdańskiej. Niby za ekonomię, nie za politykę, ale w złej kondycji były wówczas w Polsce prawie wszystkie zakłady. Chodziło jednak o symbol – to w stoczni w 1980 roku narodziła się Solidarność.

Mieczysław F. Rakowski został premierem, gdy system już dawno był w rozsypce, od 1986 roku za przyzwoleniem Związku Radzieckiego – Michaił Gorbaczow powiedział wtedy na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR, że nie można dłużej brać na kark krajów satelickich, gospodarka już tego nie wytrzymuje. W Polsce między władzą a opozycją trwały – jak określił to Lech Wałęsa w „Tygodniku Mazowsze” – „rozmowy o rozmowach”12.

Opozycja od dawna wysyłała sygnały o konieczności porozumienia, rządzący partią, a więc krajem, Wojciech Jaruzelski długo nie chciał o tym słyszeć. We wrześniu 1986 roku pod naciskiem Zachodu zdecydował o amnestii – na wolność wyszło ponad trzystu więźniów politycznych, między innymi Adam Michnik, Władysław Frasyniuk, Zbigniew Bujak, Henryk Wujec, Bogdan Borusewicz i Leszek Moczulski. Ale rozmawiać dalej nie chciał. W czerwcu 1987 roku podczas mszy na gdańskiej Zaspie Solidarność jednoznacznie wsparł papież Jan Paweł II. Trudno już było udawać, że opozycja nie istnieje.

Stłamszona w stanie wojennym, liczebnie była marna – według różnych szacunków pod koniec lat osiemdziesiątych aktywnych było kilkanaście, może trzydzieści tysięcy działaczy – ale moralnie silniejsza niż dwa miliony w szeregach partii.

W styczniu 1988 roku wskaźnik optymizmu w społeczeństwie spadł do najniższego w historii poziomu trzynastu procent, a władza zdecydowała o najwyższej od stanu wojennego podwyżce cen – od lutego żywność, alkohol i papierosy podrożały o czterdzieści procent, a benzyna o sześćdziesiąt. Władza zdecydowała się też udostępnić łamy miesięcznika „Konfrontacje” Bronisławowi Geremkowi. Doradca Lecha Wałęsy mówił w wywiadzie o konieczności porozumienia.

Analitycy MSW pisali wówczas w raportach, że bariera cierpliwości społecznej jest niższa niż kiedykolwiek. „Pocieszamy się, że społeczeństwo na szczęście jest zbyt zmęczone i zniechęcone nie tak dawną historyczną nauczką, aby wykazywało realną gotowość do masowego protestu i buntu. Jest to dobre pocieszenie na dziś i całkowicie iluzoryczna rachuba na jutro. Rosną bowiem roczniki – a może, powiedzmy nawet, pokolenie – ludzi, dla których lata 1980 i 1981 to historia. Historię tę w dodatku nie zawsze myśmy im napisali”13.

W kwietniu i maju zaprotestowali młodzi robotnicy. Kierowcy w Bydgoszczy i Inowrocławiu, potem duże zakłady – Huta imienia Lenina w Krakowie, kombinat w Stalowej Woli, wreszcie – Stocznia Gdańska. Demonstrowali także studenci.

Władza wysłała przywódcom opozycji zaproszenia do rozmów, a do Nowej Huty – oddziały ZOMO. Po brutalnej pacyfikacji strajku i oświadczeniach generała Jaruzelskiego, że teraz ustąpić nie można, żadne rejestracje Solidarności, żadne pluralizmy nie wchodzą w grę, porozumienie wydawało się bez szans.

Ale jednak.

Kiedy pod koniec września Rakowski został premierem, było już po kolejnej fali strajków (tym razem na czele postulatów znalazło się zalegalizowanie Solidarności, a nie tylko płace), po telewizyjnych pogróżkach ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka, że wprowadzi godzinę milicyjną, ale też po spotkaniu Kiszczaka z Lechem Wałęsą, podczas którego ustalono, że jeśli zakończą się strajki, to będą okrągły stół i nowa ordynacja wyborcza. Nie ustalono, co z legalizacją Solidarności, ale mówiono o tym.

Rakowski był przeciwny legalizacji, a w kwestii okrągłego stołu się wahał. Chciał te rozmowy przynajmniej opóźnić, bo wolał zmienić Polskę sam. Próbował zmiękczyć opozycję, zapraszając kilku jej przedstawicieli do rządu (nieskutecznie), i zliberalizować gospodarkę, powierzając stanowisko ministra przemysłu w swoim rządzie zamożnemu prywatnemu przedsiębiorcy Mieczysławowi Wilczkowi (bardzo skutecznie). Zanim ogłosił plan reform, zdarzyło się coś jeszcze: telewizyjna debata Alfreda Miodowicza, szefa Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, mniej lub bardziej sprzyjających partii, z przywódcą Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” Lechem Wałęsą.

Teresa Konarska, oglądała w Warszawie: „Nieoczekiwane i historyczne prawie wydarzenie, które miało miejsce 30 listopada 1988 roku, w pamiętną środę, kiedy to cała Polska zasiadła przed telewizorami […]. Nie tylko ja, ale i wielu ludzi obawiało się tego publicznego spotkania. Miodowicz, członek Biura Politycznego PZPR, obyty z występami w telewizji, mający za sobą setki szkoleń partyjnych – mógł być groźnym przeciwnikiem dla kogoś, kto nie miał okazji do tego typu wystąpień w telewizji, do której nigdy go nie dopuszczano. Mogły być też, czego się obawialiśmy, różne sztuczki i manipulacje telewizyjne. Władze, które na to wystąpienie Wałęsy się zgodziły, liczyły z pewnością, że Lech Wałęsa nie wytrzyma napięcia i może się skompromitować. […] Tak więc przed zapowiedzianą debatą panowało wśród nas duże napięcie i zdenerwowanie. Jak też »Lechu« poradzi sobie ze starym wygą politycznym Alfredem Miodowiczem? Czy nie zagubi się pod obstrzałem jego ataków? Czy dotrzyma mu placu? Dziennik Telewizyjny przeszedł normalnie – nikt prawie nie zwracał uwagi na jego treść, wszyscy oczekiwaliśmy w napięciu, czy w ogóle dojdzie do tej debaty, a jeśli dojdzie – jak zachowa się i co powie Lech Wałęsa”14.

Tomasz Jastrun, oglądał w Warszawie: „Wieczorem miasto wymarło. Nie było jednak w powietrzu napięcia, jakie towarzyszy godzinie milicyjnej, raczej odświętny skurcz przed wielkim wydarzeniem sportowym, w które zostały zaangażowane uczucia narodowe”15.

Teresa Konarska: „Potem wszystko przestało być ważne, poza ekranem telewizora, w którym po chwili ukazali się obaj rozmówcy. Scenografia była dość dziwna: dwa fotele po dwóch stronach studia, między nimi okrągły zegar mający wskazywać rozmówcom upływające minuty. Zagaił krótko dziennikarz telewizyjny, który następnie zniknął dyskretnie”.

Tadeusz Dmoch, oglądał w Warszawie: „Punktualnie o godz. 20.00 kamery pokazują Miodowicza i Wałęsę, ten ostatni ma na piersi znaczek Solidarności z nieodłącznym wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej. Garnitur dobrze skrojony, ciemny, gustowny krawat, Miodowicz w czarnej koszuli (rubaszce). Rozpoczyna ten ostatni. Biadoli, jak przykre doświadczenie miała władza ludowa z chwilą powstania Solidarności, ale nie zaprzecza, że w kraju naszym mamy głęboki kryzys ekonomiczny i stąd niezadowolenie społeczne, jednakże rządy komunistyczne nad Polską ocenia pozytywnie. Mówi o potrzebie pluralizmu, ale jednocześnie sam sobie zaprzecza, upierając się, aby w zakładzie pracy był tylko jeden związek zawodowy. Ubolewa, że ulica wznosi okrzyki przeciw komunie. Do głosu dochodzi Wałęsa. Jest spokojny, opanowany, bezpośredni, wyraża zadowolenie, iż może przemówić do swych rodaków w TV, czego mu od wielu lat odmawiano. W sposób taktowny, ale szczery stwierdza – nie ma wolności bez Solidarności. Pan Miodowicz proponuje mi, abym na kolanach zgłosił akces do jego związku. Dla ratowania kraju i wydźwignięcia go z kryzysu wprowadzić należy pluralizm polityczny i społeczny, bo zdały egzamin w całym świecie. Ujawnione ostatnio z taką szczerością zbrodnie Stalina to był przecież owoc rządów dyktatorskich. Tymczasem pan Miodowicz proponuje jeden związek zawodowy, jedną partię i tak dalej – nic śmieszniejszego wymyślić nie można. Dużo u nas jest programów i dużo gadania, a mało czynów. […] Świat idzie ku przyszłości w szybkim tempie, a my stawiamy drobne kroki, bojąc się śmiałych reform. Stalinowski model rządów nie został w pełni wykarczowany. Im szybciej z tym zerwiemy, tym lepiej dla Polski. Demokratyczne zmiany są u nas koniecznością i nastąpić muszą, należy tylko jak najszybciej je rozpocząć. Proponowana konferencja okrągłego stołu będzie miała sens tylko wtedy, gdy doprowadzi do konkretnych rozstrzygnięć, same pozory i czcza gadanina na nic się nie zdadzą. Wystąpienie Wałęsy było jego wielkim sukcesem, zdecydowanie górował nad swym przeciwnikiem, odnosiło się wrażenie, iż przemawia trybun ludowy ze słabego formatu propagandzistą partyjnym. Jedynie słuszna PZPR poniosła kolejną prestiżową porażkę”16.

Andrzej Mieczkowski, oglądał w Tucholi: „Wałęsa zaskoczył mnie zupełnie. Był wygadany, błyskotliwy, wypowiadał się logicznie i z pasją. Zasypał Miodowicza tyloma zarzutami, że ten zupełnie się pogubił”17.

Teresa Konarska: „Czterdzieści pięć minut debaty minęło tak szybko, że nawet nie wiedzieliśmy, kiedy się skończyło. Byliśmy w takiej euforii, w takiej radości, że zdecydowanym zwycięzcą okazał się Lech Wałęsa. Odniósł je w pełni nad jakby zmalałym pod ciężarem jego argumentów Miodowiczem. Odczucia wszystkich były te same. Już po chwili rozdzwonił się telefon – telefonowała Teresa, Marychna, Joanna, Zosia, Grażyna – wszyscy pełni zachwytu i radości. Jak się okazało – nie tylko my tutaj odnieśliśmy takie wrażenie, komentarze zachodnie okazały się tak pełne pochwał dla Wałęsy i zachwytów. Siedziałyśmy z Irenką do późnych godzin nocnych, słuchając licznych wypowiedzi, ogłaszających światu, że Wałęsa wygrał – już nie na punkty, ale przez knockout. Telefonowała potem Anka – też w takiej samej radości. Po audycji oblali zwycięstwo Lecha Wałęsy większą ilością alkoholu… […] Najciekawsze jest jednak to, co stało się z ludźmi po tej niezwykłej audycji. Wszyscy – może na krótko, ale jakby wyszli ze swojej apatii i nastroju beznadziejności. Wszyscy tylko o tej debacie mówią, nawet z nieznajomymi. I – nieledwie wszyscy tak samo się cieszą”.

Tomasz Jastrun: „Nazajutrz, jak kraj długi i szeroki, był to jedyny temat rozmów. W urzędach, w autobusach i na przerwach w szkołach podstawowych. Baba, co roznosi po domach mięso (wymierają te baby i powinny być pod ochroną), opowiadała z przejęciem, jak to u niej na wsi wszystkie chłopy zeszły się wieczorem i popiły się na umór z tej wielkiej radości”18.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy końcowe

1 Archiwum prywatne Aleksandry Domańskiej.

2 Timothy Garton Ash, Wiosna obywateli. Rewolucja 1989 widziana w Warszawie, Budapeszcie, Berlinie i Pradze, przeł. Anna Husarska, London 1990, s. 22.

Przed północą burzowo

3 Sławomir Lipiński, Prognoza na niedzielę. Rozmowa z dr. Eugeniuszem Śmiłowskim, z-cą dyrektora Centrum Badania Opinii Społecznej, „Głos Szczeciński” 1989, nr 128.

Oczekiwania. Inwentarz nadziei

4 Witold Charłamp [właśc. Tomasz Jastrun], Dziennik zewnętrzny, „Kultura” (Paryż) 1989, nr 5. Dalsze cytaty z jego dziennika w tym rozdziale – tamże.

5 Archiwum prywatne Bogny Gniazdowskiej.

6Dziennik Telewizyjny, TVP, 4.06.1989, youtube.com, cz. 2: bit.ly/2EAfepM [dostęp: 28.02.2019].

7 Jacek Salij OP, W obronie poczętych dzieci [w:] Świętokrzyskie kazania radiowe, t. 5, red. Józef Jachimczak, Kraków 1991, s. 79–82.

8 Archiwum prywatne bohaterki.

9 Jan Rusz, Dziennik,t. 31: 1.06.1988–9.06.1989, Archiwum Fundacji Ośrodka Karta, sygn. AOII/648.31.

Jak to się stało. Walka strachu z entuzjazmem

10 Mieczysław F. Rakowski, Jak to się stało, Warszawa 1991, s. 227.

11 Cyt. za: Paweł Kowal, Koniec systemu władzy. Polityka ekipy gen. Jaruzelskiego w latach 1986–1989, Warszawa 2015, s. 495.

12 Cyt. za: Jan Skórzyński, Okrągły Stół. Wynegocjowany koniec PRL, Kraków 2019, s. 170.

13 Cyt. za: Grzegorz Majchrzak, Pułkownik Garstka w roli Kasandry, „Arcana” 2007, nr 78 [w:] Jan Skórzyński, Okrągły Stół, dz. cyt., s. 81.

14 Teresa Konarska, Dzienniki, t. 31: 3.12.1988–10.04.1989, Archiwum Fundacji Ośrodka Karta, sygn. AOII/176.31. Dalsze cytaty z jej dziennika w tym rozdziale – tamże.

15 Witold Charłamp [właśc. Tomasz Jastrun], Dziennik zewnętrzny, „Kultura” (Paryż) 1989, nr 3.

16 Tadeusz Dmoch, Dziennik,cz. 2: 1987–1993, Archiwum Fundacji Ośrodka Karta, sygn. AOII/502. Dalsze cytaty z jego dziennika w tym rozdziale – tamże.

17 Andrzej Mieczkowski, Dziennik, cz. 2, Archiwum Fundacji Ośrodka Karta, sygn. AOII/138. Dalsze cytaty z jego dziennika w tym rozdziale – tamże.

18 Witold Charłamp (właśc. Tomasz Jastrun), Dziennik zewnętrzny, dz. cyt.

Przypisy

[1] Nawiązanie do plakatu wyborczego Solidarności autorstwa Henryka Tomaszewskiego z hasłem: „Żeby Polska była Polską, 2+2 musi być zawsze cztery”.

[2] Brakujący poseł Solidarności – Andrzej Wybrański z Inowrocławia – i siedmiu kandydatów do senatu dostali się do parlamentu w drugiej turze. Z Komitetu Obywatelskiego do senatu nie wszedł jedynie Piotr Baumgart z Piły – tam zwyciężył przedsiębiorca Henryk Stokłosa.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected], [email protected]

[email protected], [email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected], [email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I