Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Akcja dzieje się na Bliskim Wschodzie, Kara Ben Nemzi w towarzystwie swojego przyjaciela Halefa i jego wojowników odbywa niezwykłą przygodę, pełną wędrówek przez pustynię do Mekki
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8385844015
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Koninie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 428
Rok wydania: 1993
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
KAROL MAY
MOST ŚMBtO
Tajemnice pustyni
I " Most śmierci" II " W podziemiach Mekki"
© - copyright by Karl May Verlag Bamberg
© - copyright by Polish edition Małopolska Oficyna Wydawnicza ISBN 83-85844-01-5
KAROl HAY
SWiSH®
Ślepy Miinedżi
Pers
Szejk Tawil
Skarb członków
Upiór
Waga sprawiedliwości
Pertraktacje
Pojedynki
O włos od śmierci
Godzina śmierci
Pustynia nas rozsądzi
KAROL MAY
SWiSH®
MAŁOPOLSKA OFICYNA WYDAWNICZA
KRAK-BUCH
Tytuł oryginału: Am Jenseits Tłumaczenie: Barbara Tarnas Opracowanie graficzne: Anna Smolicka Opracowanie redakcyjne: Ewa Kmieć
\C0c
Skład : 'Con Tech Engineering"
Kraków ul. Kasprowicza 29 Druk: Drukarnia Wydawnicza im.W.L.Anczyca Kraków ul. Wadowicka 8 Zam. 7373/93
Do Mekki
-- Sidi, to było cudowne, kiedy obaj dosiadając naszych niezrównanych rumaków, bez towarzystwa obcych ludzi, jechaliśmy w głąb pięknego świata Allacha, dokądkolwiek mieliśmy ochotę! Ten świat należał do nas, bo nikt nam nie towarzyszył, więc nikt nie mógł nam niczego zabronić. Robiliśmy cośmy chcieli i zaprzestawaliśmy gdy nam się tak podobało. Byliśmy panami samych siebie, bo jeśli istniał ktoś inny, kogo musieliśmy słuchać, to był *o organizm składający się z dwóch osób ze mnie i z ciebie. Wydawałem się sobie często władcą całej kuli ziemskiej, a nieosiągalne szczyty sławy wydobywałem z otchłani świadomości, by wspinać się po nich i potem znowu wesoło zstępować. Mogłem to czynić, ponieważ byliśmy sami i nie było żadnego niepożądanego wichrzyciela. Tkk to były bardzo piękne cza-sy, gdy przeżywaliśmy to, czego nie przeżył żaden inny człowiek. Powiadam ci, sidi, wszystkie te czyny i wydarzenia są spisane na ścianach mojej duszy i wbite mocnymi słupami w dno pamięci: tak jak przywiązuje się do słupów konie i wielbłądy, kiedy istnieje obawa, że w ciągu nocy zmienią wskazane im miejsce.
Przerwał, by zaczerpnąć tchu.
Kim był ów mówca? Kto jeszcze nie rozpoznał go po jego specyficznym języku, niech słucha dalej:
-- A więc z rozkoszą wracam myślą do czasów, kiedy to sami mogliśmy kierować naszymi poczynaniami, wtedy bowiem czułem, że człowiek jest prawdziwym władcą swego istnienia. Ale równie piękne i pod pewnymi względami jeszcze piękniejsze jest, kiedy ma się przy sobie tachtirewan, w którym siedzi władczyni namiotu kobiet. Czy sądzisz, że mam rację?
-- Nie wiem, mój drogi Halefie - odparłem.
-- Jak to? Ty mógłbyś nie wiedzieć? Ale dlaczego?
-- Ponieważ w tym tachtirewanie znajduje się władczyni nie mojego, lecz twojego namiotu kobiecego, a więc tylko ty, nie ja, możesz przeprowadzić porównanie między tym, co było dawniej, a tym co jest teraz.
- Tak, masz rację. By odpowiedzieć na moje pytanie, powinieneś był zabrać ze sobą swoją Emmeh. A więc nie możesz wiedzieć, jak wielką różnicą jest to, czy pozostawia się w domu opiekunkę swego szczęścia, czy też zabiera się ją ze sobą. Kiedyś mi powiedziałeś jak święta księga chrześcijan tłumaczy właściwy stosunek między mężczyzną a niewiastą. Czy przypominasz sobie, sidi?
- T&k.
-- Powiedziałeś mniej więcej tak: "Bóg stworzył człowieka, na obraz i podobieństwo swoje, mężczyznę i kobietę." Allach ma różne cechy, mianowicie cechy wszechmocy, do których należy wieczność, mądrość, sprawiedliwość oraz cechy miłości, które ukazują się także w łaskawości, cierpliwości, dobroci i miłosierdziu. Jeśli człowiek, który składa się z dwu istot, ma być obrazem Boga, to mężczyzna powinien być obrazem boskiej wszechmocy, a niewiasta obrazem boskiej miłości. Czy zapamiętałem to bardzo dokładnie?
-- Dość dokładnie.
Jeśli tak, to mi wystarczy. Odkąd mi wytłumaczyłeś zawsze usiłowałem być obrazem wszechmocy Allacha. Wiesz jaki jestem odważny i rozważny w dowodzeniu moim plemieniem. Tej stronie mej ludzkiej istoty nie można chyba nic zarzucić. A druga strona, która jest tam, w lektyce i swój życzliwy wzrok bez przerwy kieruje na mnie, jest taka, jak życzy sobie Allach. To obraz miłości, która każdego dnia darzy mnie rozkoszą, a każdej godziny przyjemnością. A mieć przy sobie w czasie podróży dawczynię tego szczęścia to błogosławieństwo, którego podczas naszych poprzednich podróży niestety byłem pozbawiony. Mówiłem, że dawniej było pięknie, teraz twierdzę, że jest jeszcze piękniej. Czy mnie zrozumiałeś?
--Uik.
-- Czy nigdy jeszcze nie zabierałeś ze sobą w podróż swojej Em-meh?
- Owszem.
-- Wtedy ty chyba dosiadałeś konia, a ona była w tachtirewanie?
-- Nie. My nie mamy tachtirewanów.
-- Nie? Więc po prostu jechała na wielbłądzie?
-- Tkkże nie. Na Zachodzie nie jeździ się na wielbłądach, lecz w powozie lub pociągiem.
-- Na Allacha! Kto może jechać pociągiem?
-- Każdy, kto zapłaci za przejazd.
-- Tkkże niewiasty?
-- Tkk.
-- Ale siedzieć obok żony innego mężczyzny - to chyba jest surowo zabronione?
- Nie.
-- Niemożliwe! Sidi, powiedz szczerze, czy ty także siedziałeś kiedyś w pociągu obok jakiejś kobiety, która należała do haremu innego mężczyzny?
-- Bardzo często. Jechałem nie tylko z obcymi żonami, ale i z
obcymi córkami.
- A twoja Emmeh, młoda, piękna mieszkanka twego namiotu?
Czy i ona musiała siedzieć obok innych mężczyzn?
-- T&k.
-- Oby więc Allach zniszczył wasze koleje żelazne i cisnął je w najgłębsze otchłanie piekieł! Jeśli nie tylko moja żona, która należy wyłącznie do mnie, lecz także wszystkie moje córki, których na szczęście jeszcze nie posiadam, musiałyby się zgadzać na to, by każdy obcy mieszkaniec miasta i każdy obcy Beduin mógł usiąść w pociągu obok nich, to nie chcę więcej słyszeć o waszym Zachodzie. Sidi, wiesz jak bardzo cię kocham i jak bardzo cię szanuję; ale ponieważ wiem, że siedziałeś obok cudzych żon oraz córek, które nie urodziły się w twoim namiocie i że pozwoliłeś swojej Emmeh podróżować z mężczyznami, z którymi nie wiąże ją żaden kontrakt niełatwo mi przyjdzie ciebie, mojego najlepszego przyjaciela, zaszczycić teraz swoim uznaniem. Szyny waszej kolei ułożyły się pomiędzy mną a tobą, a nasze serca stały się tak obce, że żadna lokomotywa nie zdoła ich połączyć. Zostawiam cię i idę do Hanneh, by znaleźć u niej pocieszenie w moim wielkim smutku.
Kogoś kto zna mojego drogiego, małego Halefa, nie zdziwi jego zachowanie. Dla tych, którzy jeszcze nic o nim nie czytali, przeznaczam następujące uwagi:
Hadżi Halef Omar, obecnie szejk Beduinów, Haddedihnów z wielkiego plemienia Szammarów, był dawniej ubożuchnym człowiekiem. Pochodził z zachodniej Sahary, towarzyszył mi jako sługa na Wschód i tam spotkało go szczęście, dostał za żonę wnuczkę szejka Arabów Ateibehów.
Ten zaś został później wybrany na szejka Haddedihnów, a że nie miał syna, Halef stał się jego następcą.
Halef był bardzo małego wzrostu i bardzo chudy, przy tym jednak niezwykle odważny i dzielny, wręcz zuchwały, tak że często musiałem go hamować. Dobry strzelec, świetnie władający każdą bronią, wytrwały, silny, doskonały jeździec, przebiegły i dowcipny, miał wierne złote serce, nie było w nim ani odrobiny fałszu. Dawniej byłem jego jedyną miłością, później musiałem się nią dzielić z jego żoną i synem, ale nic nie straciłem. Jego czułość do żony była po prostu niewiarygodna. Jego pierwsza myśl z rana, a ostatnia wieczorem skierowana była do niej. Nie potrafił wymówić jej imienia, nie dodając nadzwyczajnych cech, jakie w jego oczach posiadała. Kara Ben Halef, ich syn i jedyne dziecko, miał prawie dwadzieścia lat, a jak wiadomo, kobiety Wschodu szybko się starzeją. Mimo to Hanneh była "najprawdziwszą rożą wśród wszystkich kwiatów świata", pozostała dla Halefa tak samo młoda i piękna, jak wtedy gdy ją ujrzał po raz pierwszy.
Była to wspaniała kobieta. Nie sądzę, żeby jakaś inna potrafiła tak właściwie jak ona obchodzić się z tym małym, pełnym bujnej fantazji Hadżim. Panowała nad nim całkowicie, ale z taką czułością i pozornie uległą mądrością, że nie czuł, iż to nie on, lecz ona jest szejkiem plemienia, przy czym Haddedihnom bardzo dobrze się wiodło.
Jednym z jego dziwactw było to, że nie mógł sobie wyobrazić stosunków panujących na Zachodzie. Opowiadałem mu o nich niezliczoną ilość razy, ukazywałem różnice pomiędzy życiem w Europie i na Wschodzie, ale nic nie pomogło. Wciąż mówił o moich namiotach, moich wielbłądach i moich palmach daktylowych.
Innym jego dziwactwem było zamiłowanie do mówienia. Szczególnie lubił opowiadać w tej kwiecistej orientalnej stylistyce, która wpadała w przesadę. Jeśli pozwalałem mu w ten sposób przemawiać i nie sprowadzałem jego przesady do właściwych rozmiarów, to dlatego, że chcę go pokazać takim, jaki był naprawdę, nie zaś dlatego bym się zgadzał z tego rodzaju sposobem wyrażania. Szczególnie kiedy mówił o naszych przygodach, tak okropnie fantazjował, że często musiałem mu przerywać.
Człowiek Wschodu jest przyzwyczajony do przesady i nie widzi w
tym nic zdrożnego.
Odkąd Halef wiedział, że jestem żonaty, mówił czasem o moim "haremie", o moim namiocie kobiecym, o Emmie. Imię mojej żony przerobił na Emmeh i było dla niego zupełnie zrozumiałe, że warunki życia mojej Emmeh, były dokładnie takie same jak jego Hanneh.
Oczywiście mój harem nie mógł być lepszy od jego haremu i najmniejsze napomknienie, że coś u mnie jest lepsze mogło go doprowadzić do szaleństwa.
Muszę jeszcze wspomnieć, że dawniej Halef starał się usilnie nawrócić mnie na islam. Ale skutek był taki, że teraz sam stawiał Ben Marjam wyżej niż Mahometa. W duszy stał się chrześcijaninem a jego Hanneh razem z nim.
Nasze wcześniejsze podróże odbywaliśmy przeważnie sami albo z nielicznymi przypadkowymi towarzyszami. Tym razem była to większa grupa, a stało się to tak:
Arab jest zdania, że im dłuższe ma imię, tym większy honor, toteż do swego imienia doczepia imiona swych przodków. Gdy poznałem Halefa nazywał się Hadżi Halef Omar Ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadżi Dawuhd el - Gossarah. Dodał sobie tytuł Hadżi, jak określa się mahometanina, który był w Mekce. Przy tym ani on sam, ani jego ojciec, ani dziadek nigdy tam nie byli. Później byliśmy w tym świętym miejscu islamu, ale krótko. Rozpoznano mnie jako chrześcijanina i musiałem uciekać by ujść z życiem.
Od tamtego czasu moim najgorętszym życzeniem było raz jeszcze udać się dp Mekki. Byłem bardziej doświadczony niż wtedy, lepiej opanowałem język i poznałem obyczaje. Znałem teraz obrzędy religijne, wszelkie reguły i formy zewnętrzne tak dokładnie, że mógłbym uchodzić za mahometanina. Zrozumiałem jaką zuchwałością było wkroczenie do miasta, w którym każdego chrześcijanina czekała niechybna śmierć. Bardzo chciałem zaryzykować raz jeszcze. Poznałem islam i większoć krajów zamieszkiwanych przez jego wyznawców, byłem dwukrotnie w Kairwan, tunezyjskim świętym wówczas mieście, do którego wstęp dla chrześcijanina był surowo wzbroniony. Jednak udał mi się te . wyczyn.
Dlaczego vięc nie miałbym spróbować pomyślnie zakończyć swych wędrownych studiów pobytem w Mekce. Zdawałem sobie sprawę, że to przedsięwzięcie właśnie dla mnie jest bardziej ryzykowne niż dla kogokolwiek innego. Mahometańskie okolice i miejscowości, gdzie poznano mnie jako chrześcijanina, były bardzo liczne. Zyskałem tam sobie wielu przyjaciół, ale też niejeden stał się moim wrogiem. W dodatku rysy mojej twarzy są bardzo charakterystyczne, tak że przez dłuższy czas pozostają w pamięci. Czyż mogłem liczyć na to, że w czasie mojej bytności w Mekce, nie spotkam tam nikogo kto by mnie znał? Wiedziałem bardzo dobrze na co się ważę; jednak niebezpieczeństwo kusiło mnie jeszcze bardziej niż sam plan. Zamiar, by ten plan przeprowadzić, tak się wreszcie we mnie umocnił, że należało tylko czekać na odpowiednią sposobność. zaś rychło nadeszła; sprawiły to moje obecne odwiedziny u Haddedihnów. Halef przyzwyczaił się do tego, że zawsze, kiedy do niego przybywałem, odbywaliśmy wspólnie długą konną podróż. Kiedy mnie zapytał jaką okolicę chcę teraz odwiedzić, powiedziałem znaczące słowo "Mekka". Najpierw się przeraził, ale potem tak samo jak ja, poczuł podwójną pokusę ryzyka. Dla mnie najważniejszą sprawą było, co powie na to Hanneh, dobrotliwa opiekunka jego ziemskiego szczęścia. Omówiliśmy najpierw wszystko w cztery oczy, a potem od czasu do czasu zaczęliśmy rzucać ostrożne uwagi, mające przygotować nasz właściwy atak. Lecz mądra "najjaśniejsza spośród wszystkich gwiazd na kobiecym firmamencie" przejrzała nas już po pierwszych drobnych aluzjach i poprosiła, byśmy nie owijali nic w bawełnę, tylko powiedzieli całą prawdę. Hadżi uznał, że to zbyt zuchwałe i szybko wymknął się z namiotu, w którym siedzieliśmy. Ja szczerze opowiedziałem o swoim zamiarze i o życzeniu by Halef mi towarzyszył. Byłem ogromnie ciekaw, co Hanneh mi odpowie.
Patrzyła przez chwilę przed siebie, wreszcie rzekła:
— Effendi, on nie będzie ci towarzyszył sam, pojadę z wami.
Można sobie wyobrazić moje radosne zdziwienie. Poznała to po
mnie i z uśmiechem ciągnęła dalej:
— Nie spodziewałeś się tego? A przecież powód nietrudno zrozumieć. Wiem, że jesteś rozsądnym człowiekiem i dlatego chcę ci zadać pytanie: czy czułeś kiedykolwiek w swoim sercu to, co nazywa się "tęsknota za ojczyzną"?
-- T^ik -- odparłem.
-- Więc mogę ci się przyznać, że często ją odczuwam i także teraz ją w sobie noszę. Wiesz, że jestem córką Ateibehów, poznałeś mnie i moje plemię w pobliżu Mekki. T&m przeżyłam jasne dni mojego dzieciństwa. Wie wiem, czy mi uwierzysz, ale sądzę, że to prawda, iż serce człowiecze im jest starsze, tym bardziej tęskni do miejsc, które były świadkiem jego młodości. Kocham mego Halefa, a także Karę Ben Halefa, mojego syna, jestem szczęśliwa w mojej i ich miłości. Ale obok tego szczęścia żyje we mnie pragnienie, by jeszcze ujrzeć swą ojczyznę. Proszę nie mów o mej tęsknocie Halefowi, bo zmartwiłoby go to. W zamian spełni się twoje życzenie, Halef będzie ci towarzyszył, a ja pojadę z wami.
-- A Kara Ben Halef, wasz syn? -- zapytałem.
-- Nie mogłabym go tutaj zostawić, wyruszy z nami. Sądzę nawet, że będziesz miał więcej towarzyszy podróży. Wiesz wprawdzie, że nasi Haddedihni od dawna już nie czczą Proroka tak jak wtedy, kiedy ciebie nie znali, ale Mekka jest dla wielu z nich bardzo ważnym miastem i kiedy się dowiedzą, że tam zdążamy, niejeden będzie gotów zabrać się z nami. Czy będziesz miał coś przeciwko temu?
-- Nie. Przeciwnie. Jako chrześcijanin mogę sobie tylko życzyć, by otaczało mnie możliwie dużo przyjaciół, którzy w razie niebezpieczeństwa będą mi pomocni.
-- A więc umowa stoi. Zaraz pójdę po Halefa i powiem mu, że może zacząć przygotowania do drogi.
Miała zdecydowany charakter. Kiedy raz powzięła jakiś plan, nie zwlekała z jego wykonaniem. Jak bardzo uszczęśliwiła Hadżiego swoją niespodziewanie szybką zgodą, dowiedziałem się wkrótce, kiedy rozpromieniony przyszedł do mnie i powiedział:
Sidi, zgodziła się, moja najmilsza spośród wszystkich najmilszych. Wyruszamy do Mekki! Właśnie teraz to wszystkim oznajmiłem.
Znowu dokonamy wielkich, bohaterskich czynów i dokonamy tego, że sława nasza rozniesie się po wszystkich krajach. Dzieci naszych dzieci będą nas czcić, a wnuki i prawnuki naszych następców będą głosić naszą chwałę od wschodu do zachodu słońca. Czyż nie mam cudownej żony, sidi?
— T&k — przyznałem. - Twoja Hanneh jest niewątpliwie najwspanialszą ze wszystkich kobiet.
-- Na pewno. Ale twoja Emmeh także. I aby nie doszło między nami na tym tle do kłótni czy scysji, musimy ustalić, że moja Hanneh jest najwspanialszą niewiastą Wschodu, a twoja Emmeh Zachodu. Czy jesteś zadowolony?
-- T&k.
-- Naprawdę możesz być zadowolony, bo jeśli ja bez wahania nazwałem twoją żonę najwspanialszą kobietą Zachodu, odtąd żadna inna kobieta nie waży się tam z nią porównywać. Powiedz jej to, kiedy wrócisz do swojego domu. Niech się dowie jakiego masz we mnie przyjaciela, a i ona także. Niech Allach zachowa jej młodość, da jej czarne rzęsy, jedwabne wstęgi warkoczy i najpiękniejsze czerwone paznokcie!
Zgłosiło się tak wielu Haddedihnów, że nie można było zabrać wszystkich chętnych. Podróż przez wielkie arabskie pustynie była z powodu braku wody tym trudniejsza, im więcej osób brało w niej udział. A poza tym mając ze sobą tak liczną gromadę, jaka się zgłosiła, nie moglibyśmy myśleć o dłuższym pobycie w Mekce. Toteż zdecydowano, że tym razem tylko pięćdziesięciu wojowników może brać udział w wyprawie. Reszta mogła dokonać dalszego wyboru i miała wyruszyć później. Obecnie nie była to jeszcze pora właściwego hadż-dżu, wielkiej pielgrzymki. Wtedy to tłumy mahometan spływały tysiącami ze wszystkich stron świata do Mekki, a ryzyko rozpoznania było w tym czasie największe. Toteż chcieliśmy się dostać tam, kiedy tłumy nie były zbyt wielkie i mógłbym spokojnie przeprowadzić swoje studia. Nic nie zmuszało nas do przybycia do miasta Kaby w czasie pielgrzymki, ponieważ muzułmanie także o każdej innej porze roku mogą spełniać obowiązki religijne i osiągać z tego duchowe korzyści. Głoszonym przez mahometan twierdzeniom, że jedna minuta pobytu w Mekce podczas hadżdżu jest więcej warta i przynosi więcej błogosławieństwa niż cały dzień o zwykłej porze, Halef i jego Hanneh już dawno nie dawali wiary.
Kilku wojowników, którzy mieli nam towarzyszyć, chciało zabrać ze sobą żony, ale nie wyraziliśmy zgody, gdyż już ze względu na Hanneh nie mogliśmy jechać tak, szybko jakbyśmy to robili bez jej udziału. Chcę dodać, że wśród wybranych znajdował się także Omar Ben Sadek, którego większość moich czytelników już poznała.
Dla mojego bezpieczeństwa postanowiono, że podczas tej wyprawy nie będę występował jako Kara Ben Nemz i. To imię było tak znane, że mogłoby mi teraz sprawiać kłopoty. Halef wyjaśnił to na swój cudaczny sposób:
- Widzisz, sidi, my obaj jesteśmy bardzo podobni do wielkich sławnych władców Ziemi i musimy blask naszej wspaniałości ukryć pod obcym imieniem. Co prawda tym razem nie dotyczy to mnie, tylko ciebie, ale tak jak ty możesz się pławić w promieniach mojej sławy, tak ja muszę chronić się w dobroczynnym cieniu twojego incognito. Ale jak mamy cię nazywać? Czy pomyślałeś już o jakimś imieniu?
-- Nie. Chodzi nie tylko o moje imię.
-- Tak to prawda. Musimy też wiedzieć jak odpowiadać na pytanie, kim jesteś.
-- Najprościej będzie, jeśli będę uchodził za Haddedihna.
Nie, to niemożliwe, sidi, bo wtedy wspaniałość twoja tak całkowicie by znikła, że trudno by ją było później odzyskać. Poza tym chcę być dumny z tego, że jesteś z nami. Dlatego musimy znaleźć ci imię i godność wymagającą szcunku. Najlepiej będziemy mówili, że jesteś wielkim uczonym. Odpowiada ci to?
~Thk.
— Skąd pochodzisz?
~~ ^ jakiegoś mahometańskiego kraju, ale nie z wielkiego miasta, ponieważ kto przybywa stamtąd do Mekki, musiałby znać wielkiego uczonego.
- Czy pozwolisz, że Maghreb, moja ojczyzna, będzie miejscem twojego urodzenia?
-- T&k.
- Tiim, w Wadi Draa, ujrzałeś światło dzienne.
-- Bardzo chętnie.
- A w jakiej dziedzinie jesteś uczonym?
-- Pozostawiam to do twojego uznania Halefie.
-- Zgoda! Ponieważ jesteś taki skromny, ja cię wywyższę. Zajmujesz się więc nie jedną dziedziną nauki, lecz twoja nieskończona mądrość przeniknęła szczyty i otchłanie wszelkich nauk. A może tego ci jeszcze mało?
- Na razie wystarczy.
- To dobrze. Tkki człowiek powinien mieć sławnych przodków, a więc i długie imię. Powiem ci je teraz, a ty zapisz, abyśmy je zapamiętali i nauczyli się na pamięć.
Zgodziłem się cały rozbawiony. Halef chodził tam i z powrotem i powoli, wyrzucił z siebie następujące zdanie
- Hadżi Akii Szatir el - Medżarrib Ben Hadżi AJim Szadżi er -Ghani Ibn Hadżi Daim Maszhur el - Azim. Sądzę, że to piękne imię znajdzie twoje uznanie.
W tłumaczeniu ten olbrzymi wąż oznacza: rozsądny, mądiy, doświadczony, syn hadżiego, mędrzec, odważny, bogaty, syn hadżiego, nieśmiertelny, sławny, wspaniały. Chyba było tego aż nadto. Mimo to Halef dodał jeszcze do całkowicie mi dotąd nie znanych przodków honorowy tytuł hadżi. Doprawdy nie mogłem wymagać więcej. Jednak chciałem się z nim podroczyć:
- Wydaje ci się, że zadowoliłeś mnie, ale się mylisz, imię to mogłoby być dłuższe i lepsze.
- Dłuższe... lepsze...?
Halef ze zdziwienia otworzył usta. Patrzył na mnie przez chwilę wielkimi oczyma i wreszcie wybuchnął gniewem:
-- Jakie... jakie mogłoby być? Mogłoby być dłuższe i lepsze? Czy mam je rozciągać stąd aż do księżyca i z powrotem? Czy mam obrabować wszystkie siedem niebios Mahometa, by skraść dla ciebie jeszcze więcej słów wspaniałości i wzniosłości? Skąd to przykre dla mnie niezadowolenie? Czy ty zamówiłeś u mnie to imię, czy też ja nadałem ci je dobrowolnie?
-- Dobrowolnie.
- A więc musisz przyznać, że jest to dar ode mnie.
-- Tkk.
-- Dobrze, więc przyznałeś się do swej niewdzięczności w jej przeogromnym wymiarze. Z własnej woli, z głębi mego dobrego serca daruję ci nowe imię. Szukam we wszystkich kątach i zakamarkach ludzkiej mowy, by wynaleźć to, co tam najlepszego złożono. Wyszukałem najwspanialsze słowa, najcudowniejsze wyrazy i składam je dla ciebie z tak głębokim rozeznaniem, z tak godną podziwu umiejętnością, jak jubiler dobiera najpiękniejsze perły do naszyjnika. Podaję ci ten niezrównany dar, który własnymi ustami z trudem wymawiam. A ty co czynisz po otrzymaniu go? Ty obracasz go w swych myślach i swych rękach niezadowolony. Rzucasz nań niechętne spojrzenie swych nieuprzejmych oczu i obrażasz głębię mojej duszy, mojego serca krzyczącą niesprawiedliwością niesłusznych wyrzutów, że te nieocenione klejnoty mogłyby być dłuższe i lepsze. Jeśli to nie jest niewdzięczność,-która pozbawić cię może mojego całego szacunku i miłości, to nigdy dotąd nie wiedziałem, co to jest niewdzięczność. Motyką twojej niewdzięczności i łopatą twojego niezadowolenia wykopałeś między nami głęboką przepaść, której nie mógłbym przeskoczyć, gdybym chciał ją pokonać. Los zdecydował o naszym rozstaniu. Kismet rozdziela nas na wieki - ja tu, a ty tam - będziemy odtąd musieli samotnie kroczyć przez życie i po wieczne czasy z siebie zrezygnować. Żegnaj, sidi, żegnaj!
Halef opuścił namiot, a ja z całym spokojem zapamiętałem sobie to imię. Wiedziałem co będzie dalej. Po upływie mniej więcej kwadransa Halef odsunął zasłonę u wejścia i wsunął głowę do namiotu.
- Sidi — rzekł.
-- Co takiego?
-- Byłem u Hanneh, najpiękniejszej korony wszystkich niewiast.
- Ach tak!
- Opowiedziałem jej wszystko.
-- No i co.
-- Czy wiesz co ona zrobiła?
- Tfck wiem, wyśmiała cię!
-- Nie, nie wyśmiała, lecz tylko się uśmiechnęła. Potem dała mi najlepszą radę jaka tylko istnieje, bo musisz wiedzieć, że Hanneh, moja gwiazda na jawie i we śnie, zawsze potrafi znaleźć tylko najlepszą radę. Uznała, że imię dla ciebie jest za krótkie.
- To było mądre z jej strony.
- I powiedziała, że powinienem jeszcze dołączyć dziadka twojej prababki.
-- Tb pięknie. Znałeś go?
- Nie. Ale weź papier i pisz. Jego imię brzmiało: Ben Hadżi TMi Abu Fadl el - Mukarram.
Zapisałem te słowa, które w tłumaczeniu znaczą: syn Hadżiego, pobożny, ojciec dobroci, szacowny.
-- Masz teraz całe imię? - zapytał Halef.
-Tiik.
- Przeczytaj.
- Hadżi Akii Szatir el - Medżarrib Ben Hadżi Alim Szadżi er -Ghani Ibn Hadżi Daim Maszhur el- Azim Ben Hadżi Uiki Abu Fadl el- Mukarram.
-- Piękne. No i co teraz powiesz?
- Ogromnie mi się podoba.
Wtedy twarz jego znowu rozpromieniała i rzekł wesoło.
-- Hamdulillah! Niech będzie chwała i dzięki Allachowi, że udało mi się twoją otchłań znowu zasypać! Znowu jesteśmy starymi przyjaciółmi i możemy, jak dotąd, z rozkoszą ze sobą przebywać. Powiadam ci, że tam, po mojej stronie, nie wytrzymałbym, gdybyś ty miał pozostać na zawsze po swojej stronie. Niech to będzie przestrogą dla mnie, bym nigdy w życiu nie był taki nieostrożny i nie wynajdował imion zmarłych osób, które wcale nie żyły. Tferaz proszę wyjdź ze mną. Dżemma zbiera się na naradę. Mają postanowić, kto i w jaki sposób w czasie mojej nieobecności będzie sprawować władzę nad plemieniem. Musisz być przy tym, bo zawsze ilekroć u nas przebywasz, uchodzisz tak jak my za członka Haddedihnów, najsłynniejszego plemienia Szammarów.
Tak było rzeczywiście. Kiedy przebywałem u tych dzielnych ludzi, musiałem brać udział we wszystkich ich naradach i ceniłem sobie wielce honor jaki mi w ten sposób okazywano. Szammarowie wzięli swoje imię od góry Dżebel Szammar, położonej w Arabii, na południe od pustyni Nefud, którą uważają za punkt centralny ich rozległego obszaru. Jako członkowie tego plemienia powinnyśmy się tam udać, zwłaszcza, że najkrótsza i najlepsza droga do Mekki prowadziła przez Dżebel Szammar. Ale byłem tam już z Halefem i jego synem. Znano mnie tam jako chrześcijanina i nie dałoby się ukryć, że ja także udaję się do Mekki. To mogłoby wywołać niechęć, a nawet poważne niesnaski. Aby tego uniknąć, woleliśmy nadłożyć drogi i nie zahaczać o Dżebel Szammar. Nie było to co prawda łatwe, zwłaszcza, że nie znaliśmy rozmieszczenia źródeł wodnych. Pięćdziesięciu ludzi wraz z końmi i wielbłądami musi pić na pustyni arabskiej tak samo jak na Saharze, brak wody może oznaczać klęskę. Na szczęście jeden z wojowników, pochodzący z plemienia Beduinów, Beni Harb, zakochał się w dziewczynie Haddedihnów, a że nie chciała pójść do jego plemienia, on został włączony do jej. Był to poważny, niezawodny młody człowiek, znający dokładnie okolicę, przez którą mieliśmy jechać. Twierdził, że zna dość studni i źródeł, gdzie znajdziemy wodę;
jako przewodnikowi możemy mu ufać. Postanowiliśmy zgodzić się na jego propozycję, z czego był bardzo dumny, a my nie żałowaliśmy tego.
Dla Hanneh przeznaczony był duży tachtirewan, który nieść miały dwa wielbłądy. Był bardzo obszerny i wygodny. Hanneh mogła w nim siedzieć i leżeć, a nawet wyciągnąć się na poduszkach. Daszek z kolorowych bogato haftowanych tkanin, chronił ją dostatecznie przed słońcem. Ponieważ droga nasza prowadziła przez pustynię, a mieliśmy pięćdziesięciu wojowników, ludzie zrezygnowali z jazdy konnej, gdyż konie muszą pić codziennie. Haddedihni znani są z hodowli wspaniałych wielbłądów do jazdy wierzchem; posiadają duże stada tych zwierząt, tak że mogliśmy sobie wybrać najlepsze. Wielbłąd pod wierzch nazywa się hedżin, a wielbłąd juczny dżemel. Najlepsze hedżiny spotykało się u plemienia Biszari, dlatego też zwano je biszarhedżinami. Liczba mnoga brzmi hudżun. Szammarowie jak też Haddedihni byli tak mądrzy, że nabyli ten wspaniały materiał hodowlany i wyhodowali wielbłądy pod wierzch, które dorównywały bisza-rom, a moim zdaniem nawet je przewyższały.
Takich hedżinów mieliśmy dosiadać. Mysioszare wielbłądy uchodzą za najlepsze i najwytrwalsze. Halef wyszukał kilka dla siebie, dla mnie i kilka zapasowych. Poza tym wolno było nam obu, ale oprócz nas nikomu innemu, zabrać nasze konie. Hadżi twierdził, że to konieczne ze względu na naszą godność. Ponieważ jest słynnym szejkiem Haddedihnów, ja zaś równie sławnym uczonym o imieniu Hadżi kil Szatir el-Medżarrib z dalekiego Wadi Draa, musimy w świętym mieście i jego okolicach, a także w innych ważnych lub uroczystych okolicznościach dosiadać najlepszych koni najczystszej krwi. Jego kary koń nazywał się Barkh; był to wspaniały ogier. Mój koń także kary ogier nazywał się Assil Ben Rih i był równie dobry jak jego ojciec, mój wspaniałz Rih, którego zastrzelono pode mną. Kula, która go trafiła przeznaczona była dla mnie.Teraz dosiadałem Assila, przejechałem na nim przez Persję i mogłem na nim polegać.
Jeszcze krótko przed naszym wyruszeniem Halef nie mógł już dłużej sprzeciwiać się prośbom syna, by i on mógł zabrać konia. Przeznaczono dla niego wspaniałą białą klacz Kawamę, wnuczkę słynnej białej klaczy, która należała do Mohammeda Emina, dawnego szejka Haddedihnów.
Kiedy byliśmy w drodze, tworzyliśmy wraz z wielbłądami, objuczonymi bukłakami z wodą i innymi niezbędnymi przedmiotami, zwartą grupę.
Wielbłądy rasowe wyglądają inaczej niż zwykłe. Tu pragnę zaznaczyć, że nie jest prawdą twierdzenie, jakoby wielbłąd przeszło tydzień mógł obywać się bez wody i że zdarza się, iż podróżującym po pustyni ocala życie, jeśli spragniony, zabije wielbłąda i wypije znajdującą się w żołądku zwierzęcia wodę. Prawdą jest, że wielbłąd jest łatwy do karmienia, może się żywić kolczastymi twardymi roślinami, których nie jadłby koń. Poza tym z powodu dużego żołądka, może wchłonąć dużą ilość wody, która wystarcza mu na dłużej niż koniowi. Ale już nazajutrz jest spragniony, trzeciego dnia słabnie, a czwartego staje się niedołężny, jeśli dźwiga ciężary. Zależy też ile wysiłku się od niego wymaga. Równie starą co nie potwierdzoną bzdurą jest opowiadanie, że woda z żołądka wielbłąda jest zdatna do picia. Nieraz widziałem jak zabijano wielbłądy tuż przed ich pojeniem. Mięso ich ludzie chętnie jadają, ale już w dwie godziny po zabiciu woda z żołądka przybiera wygląd moczu i ma po prostu obrzydliwy zapach żołądka. Potem staje się coraz gęściejsza, ciemna i wkrótce cuchnie gnojówką. Nawet gdybym był najbardziej spragniony, nie połknąłbym ani kropli tej ohydnej cieczy, ponieważ jestem przekonany, że prędzej bym zmarł po wypiciu tego gnoju niż wskutek pragnienia. Niestety ta stara bujda szerzy się do dziś w różnych książkach.
Nasza właściwa droga prowadziłaby obok Hit przez Eufrat, a potem prosto przez pustynię do el-Djuf, stamtąd zaś do Hail, głównej miejscowości Dżebcl Szammar. Bardziej południowa linia przebiega-łała od Hille dokoła Jeziora Nedżef, a potem przez Dżebel Dararah
: /Lrvv do Hail. My trzymaliśmy się środka, między obiema trasami, z daleka ominęliśmy Dararah i staraliśmy się dotrzeć do słynnej Wadi Rumen. Wadi to nazwa koryta rzeki i wedle tamtejszych stosunków może oznaczać płynącą wodę, ale także wyschnięte koryto.
Tutaj, a więc na południe od Dżebel Dararah, pojechaliśmy z Halefem przodem i prowadziliśmy wspomnianą na początku tego rozdziału rozmowę o zachodnich kolejach. Już wielokrotnie opowiadałem Halefowi o wielu naszych urządzeniach i o naszej kolei. Opisywałem mu dokładnie i wyjaśniałem jakim są dobrodziejstwem. Dla przykładu wskazałem na tramwaje konne, które wprowadził w Bagdadzie Midhat pasza, ale wszystko było nadaremne. Halef, ten na ogół mądry i rozsądny człowiek, nie mógł wyzwolić się ze swego kręgu widzenia i uważał, że wszystko, co nie zgadza się z jego przyzwyczajeniami i jego doświadczeniem, jest niepraktyczne lub wręcz karygodne.
Tak też dzisiaj dla jego wschodniego sumienia wydawało się po prostu grzechem, że u nas w wagonach kolejowych wolno jechać mężczyznom i kobietom razem. Przecież to przestępstwo, łamie najważniejszą regułę haremu. Potępiał całą sprawę, a że ja uważałem to za dobre i sam brałem udział w tym grzechu, to wzbudzało jego gniew i odstręczało ode mnie.
Nie przejąłem się tym, on zaś ruszył do swojej Hanneh, by się wyżalić. Poprawiła turban, który mu się przekręcił. Kiedy się obejrzałem, zobaczyłem, że jadąc obok tachtirewanu bardzo gorąco z nią dyskutował, gestykulując z ożywieniem. Widocznie chciał bronić swego punktu widzenia, a więc należało przypuszczać, że ona trzyma moją stronę. Po jakimś czasie Halef znowu podjechał do mnie, ale nic nie mówił, bo reprymenda, jaką przedtem wygłosił, była tak mocna, że nie łatwo mu było teraz przejść na ton uprzejmiejszy. Pokasływał, chrzą-kał kilkakrotnie, wreszcie zaczął:
— Sidi, zdaje się, że jesteś zagłębiony w rozmyślaniach. Czy wolno zapytać o czym?
— Myślę o zawodności przyjaźni.
-- Czy to chodzi o mnie?
- Tik.
-- Moja przyjaźń wcale nie jest zawodna, ale nie może przyzwyczaić się do myśli, że niewiasty, dziewczęta i mężczyźni siedzą razem. A najgorsze, że ty tam również z nimi siedziałeś.
-- Czy sądzisz, że mi to zaszkodziło?
-- Tbbie? Ach nie, na pewno nie!
-- A kobietom czy dziewczętom?
-- Im? Na pewno także nie, bo jesteś wytwornym effendim, który dobrze wie, jak należy się zachować.
-- Jeśli ani im, ani mnie to nie zaszkodziło, czemu więc tak to ciebie gniewa?
-- Dlatego... hm... dlatego, że to nie wypada.
-- Kto tak twierdzi?
-- Każdy rozsądny mężczyzna.
-- T&k? Ale ja twierdzę coś wręcz przeciwnego, a więc jestem mężczyzną nierozsądnym. Dziękuję ci, Halefie!
-- Sidi, nie powinieneś tak tego ujmować. Znam cię i wiem, że posiadasz tyle rozsądku, iż wystarczyłoby go jeszcze dla dziesięciu osób. Wcale nie chciałem cię obrazić.
-- Jeśli więc mam aż tyle rozsądku, to chyba mogę mieć swoje zdanie o naszych kolejach? Przypuszczam, że rozmawiałeś o tym z Hanneh.
-- Uik.
- I co ona powiedziała?
-- Sidi, aż trudno mi powtórzyć, co usłyszałem dzisiaj z ust mojej Hanneh, która przecież jest uosobieniem wszelkiej niewieściej mądrości. Ona ... przyznała ci rację.
-- Tik też sobie pomyślałem.
-- Naprawdę? Ty tak pomyślałeś? A ja nie.
- Widocznie znam twoją Hanneh lepiej niż ty. Ona nie chce, jak inne kobiety Wschodu, być tylko lalką swego męża, którą on ukrywa
przed wzrokiem innych ludzi.
-- Lalka! Dziwne! Dokładnie tak samo ona powiedziała.Zapytała mnie, czy jest tylko moją zabawką albo lalką, której nikt nie powinien oglądać prócz mnie. Wyobraź sobie, zagroziła mi, że po naszym powrocie urządzi męski namiot, męski harem i tam mnie zamknie, aby żadna kobieta na mnie nie spojrzała. Potem mówiła o "okropnie żałosnej haremowej polityce", która jest niewybaczalną obelgą dla kobiet.
--1 ma rację.
-- Ma rację? Sidi, czy chcesz, aby Hanneh zbuntowała się przeciw mnie?
-- Nie, tylko przyznaję jej rację. To co zrobi, to jej sprawa.
- Nie mogłem zrozumieć, co uważa za obelgę dla wszystkich niewiast, więc mi wytłumaczyła.
--1 zrozumiałeś?
- Widocznie znów wszystko z góry wiedziałeś. To prawda, że Hanneh, najpiękniejszy kwiat w ogrodzie mej błogości, ma szczególny sposób tłumaczenia; podaje takie tylko powody, którym nie można zaprzeczyć. Teraz podała mi dwa przykłady, którymi tak mnie oszołomiła, że nie wiedziałem co powiedzieć.
- Czy możesz mi zdradzić, jakie to przykłady?
- Była to róża i czarcie łajno, wyobraź sobie!
Roześmiałem się mimo woli z tego mocnego porównania, ale Halef
szybko wtrącił:
- Czemu się śmiejesz, czy może ze mnie? Cóż ja poradzę, że Hanneh, radość moich oczu, właśnie wpadła na tę smrodhwą roślinę! Zapytała mnie, czy wolno komuś pokazać różę i musiałem przytaknąć. Wobec tego zapytała, czy wypada podsunąć komuś pod nos czarcie łajno i wtedy zaprzeczyłem. Ledwie to uczyniłem, zarzuciła mi, że traktuję ją nie jak pachnącą różę, lecz jak cuchnące czarcie łajno. TWierdzi, że na Wschodzie mężowie tak samo owijają swoje żony, jak owija się smrodliwą roślinę, by nie urazić niczyjego nosa. Jest to największa obelga, jaka w ogóle istnieje, to musi się zmienić, bo absolutnie nie wolno tolerować takiego poniżenia płci niewieściej. Powiadam ci, w swym gniewie zażadała, aby i u nas wprowadzono koleje żelazne i lokomotywy. Nie chce więcej, by traktowano ją jak czarcie łajno, lecz chce siedzieć w wagonie jak kobiety Zachodu, które mają takie same prawa jak mężczyźni. Pomyśl tylko! Moja Hanneh, najłagodniejsza, najbardziej wyrozumiała spośród wszystkich najmilszych istot mówi o prawach, o takich samych prawach, jakie mają mężczyźni! Co by się stało, gdyby nie powstrzymać kobiet w ich dążeniu?
-- Powstrzymać? Sądzisz, że wówczas niby drapieżniki opadłyby nas i pożarły?
-- Nie, nie powinieneś mówić od razu o najgorszym. Ale jestem zdania, że należałoby je bardzo ograniczać.
-- Jak na przykład?
-- Zakazać, aby nie wychodziły gdy zapadnie zmrok.
-- W porządku. I co dalej?
-- Powinny unikać pozostawania sam na sam z mężczyzną, który nie jest ich mężem.
- Czy mówisz to poważnie?
- Tcik! Pod tym względem nie uznaję żartów. Wobec kobiety, która łamie te prawa, należy zachowywać się tak jak padyszach w swoim haremie.
-- To znaczy jak?
-- Każe on pakować takie kobiety do worka i topić.
- Drogi Halefie, czy masz może taki worek ze sobą?
- Nie.
- A szkoda!
- Dlaczego?
- Bo powinniśmy wpakować twoją Hanneh do takiego worka
i wrzucić do pierwszej napotkanej wody.
-- Moją Hanneh? Moj e życie ziemskie? -- zapytał Halef zaskoczony.-- Dlaczego? Powiedz, dlaczego?
- Bo złamała oba te prawa, które przed chwilą wymieniłeś.
— Sidi, ty chyba żartujesz!
- Nie. Jestem świadkiem, że to uczyniła.
— Sidi, nie chcesz chyba mnie unieszczęśliwić? Moja Hanneh była zupełnie sama z mężczyzną, którym nie byłem ja?
- Tak, w dodatku o zmroku, podczas nowiu księżyca, za namiotami waszego obozu.
— Umieram ze smutku, chociaż uważam to za zupełnie niemożliwe, by popełniła tę największą ze wszystkich zbrodni. Ale ty to mówisz,
' sidi, mój najlepszy przyjaciel, który by mi tego nie oznajmił, gdyby nie mógł udowodnić.
— Powiedziałem ci już, że jestem świadkiem, a teraz oświadczam ci, że jest jeszcze jeden świadek.
— Kto taki? Mów! Zabiję tego łajdaka, bo przemilczał o tym przede mną.
- Drogi Halefie, byłoby to samobójstwo.
- Samo...
— T&k, bo chyba zapomniałeś o tym, więc muszę przyjść z pomocą twej pamięci. Przypominasz sobie ową noc przed naszym wyruszeniem nad Tygrys, kiedy rozpoczęliśmy naszą wyprawę do Persji?
- Tik.
— Wtedy to twoja Hanneh przez dłuższy czas siedziała za waszym namiotem z pewnym mężczyzną, który nie był Hadżim Halefem.
Wtedy Halef radośnie uniósł obie ręce do góry, odetchnął głęboko
i zawołał uszczęśliwiony:
- Hamdulillah! O, jak lekko mi znów na sercu! O, sidi, co za smutek zasiałeś w mojej duszy! Czułem, jakby całe szczęście mego życia zostało zniszczone. Gdyby ktoś inny mi to powiedział, od razu bym wbił nóż w jego ciało, za karę, że odważył się pokalać swym podejrzei-niem najcudowniejszą podobiznę najczystszego słońca. Ale, ze to byłeś ty, który tak mówił, słowa, które sprawiły mi tak wielki ból, nie mogły być kłamstwem. Dlatego czułem się taki przygnieciony, jak mały robak, na który spadła duża góra. Ale teraz słyszę, że masz na myśli ową noc przed naszą wyprawą i ta góra znów zanikła, a robak wesoło pełznie dalej, wiem bowiem, że to ty byłeś owym obcym mężczyzną, który wtedy z nią rozmawiał.
— I już nie jesteś nieszczęśliwy?
-- Nieszczęśliwy? Gdybym miał tysiąc Hanneh, które byłyby tak niezrównane jak ona, wszystkie je mógłbym z tobą zostawić.
-- Wierzę ci. Ale czy wiesz, co mnie uczyniłeś tak zaszczytnym zapewnieniem?
-- Okazałem ci bezprzykładne zaufanie.
-- Owszem, ale zarazem cofnąłeś swoją skargę wobec Zachodu i wyraziłeś aprobatę naszych kolei.
-- Wcale mi to nie przyszło do głowy, sidi! Wasze koleje dalej odrzucam i wcale nie mam zamiaru się z nimi pogodzić.
-- Ale to uczyniłeś.
-- Jak to?
-- Posłuchaj! Czy twierdzisz, że zakazane jest, by kobiety siedziały z innymi mężczyznami w przedziale kolejowym?
-- Surowo zakazane.
- Dalej uważasz, że zakazane jest kobietom, zwłaszcza w nocy, przebywanie z innymi mężczyznami za namiotem?
-- Właściwie tak, ale jeśli o ciebie chodzi, jest to dozwolone, bo wiem, ze mogę ci ufać.
-- Ale gdybyś to ty znalazł się w takim wagonie, każdy mężczyzna pozwoliłby swojej żonie czy córce usiąść w pobliżu ciebie.
-- T&k sądzisz? — zapytał Halef zadowolony.
-- Tak, bo od pierwszego wejrzenia widać, że jesteś człowiekiem uczciwym i budzącym zaufanie.
— Hm! I wolno by mi było z nią rozmawiać?
- Oczywiście!
--1 nawet jej pomóc gdyby moja pomoc była jej potrzebna?
-- Oczywiście. Tb jest bardzo wielka zaleta, że nasze żony i córki mogą w czasie podróży liczyć na opiekę i pomoc ze strony współpo-dróżnych.
-- Wiesz sidi, ogromnie mi się to podoba. Wiesz jak chętnie staję w obronie swoich bliźnich. Jest to dobre, kiedy dotyczy mężczyzn, ale jakże piękne musi być wówczas, kiedy można udzielić pomocy niewia-ście, która na znak wdzięczności uśmiechnęłaby się do mnie.
-- Na pewno by to zrobiła.
-- Sidi, proszę cię, nie mów o tym uśmiechu wdzięczności mojej Hanneh, bo ona nabierze złego mniemania o waszych kolejach, a mnie byłoby przykro.
-- Przykro? Tbbie? Sądzę, że nie chcesz słyszeć o naszych kolejach?
-- Słusznie, właściwie ich nie znoszę, ale jeśli kobiety siedzą z dzielnymi, usłużnymi mężczyznami, którzy za swe usługi otrzymują miły uśmiech, nie widzę żadnego powodu, dlaczego mnie nie wolno było by jechać koleją. Powiadam ci, gdyby taka kolej była stąd do Mekki, prawdopodobnie nie jechałbym na wielbłądzie.
-- Wsiadłbyś do pociągu?
-- Tak. Czy wolno by mi było takiej niewieście opowiedzieć także o naszych wyprawach, o czynach pełnych odwagi i śmiałości?
— Tak. Byłaby ci nawet za to wdzięczna, bo takie opowieści rozproszyłyby nudę podróży.
- Nie tylko to. Wzbogaciłyby znacznie jej wiedzę w dziedzinie historii świata i geografii. Posłuchaj sidi, ta sprawa waszych kolei wygląda zupełnie inaczej, niż sądziłem. Dlaczego od razu nie opowiedziałeś mi o uśmiechu? Zawsze zapominasz o najważniejszym i to mam ci do zarzucenia. A kiedy ja wskutek tego nabieram błędnego przekonania, to mnie przypisujesz winę, a przecież ja tu nic nie zawiniłem. Tferaz zdaję sobie sprawę, że wasze urządzenie nie jest tak niecne, jak myślałem, i... popatrz do góry, sidi. Widzisz te dwa sępy białogłowe?
-- T&k -- odparłem. -- Już od dłuższej chwili je obserwuję. - Krążą tu nad nami, jakby nas podsłuchiwały.
-- T&k. Chcą się przekonać, czy mogą spodziewać się od nas łupu. Jeśli zostaną nad nami i będą nam towarzyszyć, możemy być pewni, że znajdujemy się sami w tej okolicy, myliłeś się, to nie są sępy białogłowe, tylko brodate. Spotyka się je częściej w Egipcie i w krajach Maghrebu, tutaj zdarzają się rzadko. Widziałem, że nadciągnęły z południowego zachodu. Popatrz, znów się oddalają w tym samym kierunku. To bardzo dziwne.
-- Dlaczego?
-- Ponieważ sądzą, że znajdą tam łatwiej pożywienie niż u nas. Te ptaki widzą na niesłychanie dużą odległość. Zobaczyły nas z bardzo daleka i przyleciały, aby nam się przyjrzeć. Ponieważ znowu odlatują należy przypuszczać, że tam, skąd przybyły, mogą spodziewać się więcej łupu niż u nas. Nasze zwierzęta są zdrowe i silne. Tfe ptaki potrafią to dobrze ocenić, zwłaszcza, że posuwamy się dość szybko. Tam na południowy zachód od nas, są widocznie chore istoty, których ruchy i postawa robią sępom nadzieję na żer w krótkim czasie.
Śledziliśmy lot ptaków. Kiedy Halef ich już niedostrzegał, ja widziałem jeszcze dwie kropki, które krążyły nad jednym miejscem.
-- Czy wciąż jeszcze je widzisz? — zapytał Halef.
- Ikk - odpowiedziałem. - Widocznie jest tam jakaś kaleka istota albo nawet kilka.
- Może trupy?
- Możliwe.
- Mówisz o jakiejś kalekiej istocie. Czy nie jest naszym obowiązkiem nieść pomoc?
- Owszem.
- Może chodzi tylko o zwierzęta
- To możliwe, ale musiałyby to być duże drapieżniki, lwy albo pantery, tylko, że one nie poruszają się w biały dzień po równinie. Gdyby to nie były drapieżniki, sępy dawno byłyby już na ziemi i czekały w spokoju na swój łup. Dlatego jestem zdania, że są tam ludzie, którzy z jakiś powodów nie mogą poruszać się dalej. Jesteśmy zobowiązani przyjść im z pomocą, ale trzeba to zrobić rozważnie. Zapytajmy więc Ben Harba, czy tu, w okolicy jest jakieś pastwisko Beduinów.
Nasz przewodnik powiedział, że znajdujemy się pośrodku piaszczystej pustyni, gdzie nie ma ani jednej studni, a więc i żadnego pastwiska. Najbliższe źródło wody jest daleko stąd.
Ponieważ nie było wskazane zmieniać kierunku całej karawany, pojechaliśmy powoli dalej i poleciliśmy Omarowi Ben Sadekowi i jednemu z Haddedihnów, by pojechali na miejsce, nad którym krążyły sępy. Wzięli ze sobą pełen bukłak wody. Równina pustyni tylko wydaje się płaska, w istocie jest falista, tak, że obu jeźdźców wkrótce straciliśmy z oczu. Trwało przeszło godzinę nim wrócili. Omar Ben Sadek zawołał do nas z daleka:
— Effendi, musicie pojechać z nami. Trzeba ratować pięciu ludzi!
-- Kim oni są? -- zapytałem.
-- Prawdopodobnie to ludzie z Mekki.
-- Prawdopodobnie? Nie powiedzieli nic dokładnie?
-- Nie. Wiesz, tu na pustyni każdy jest ostrożny. Moglibyśmy przecież być członkami wrogiego plemienia.
— Nie powiedziałeś im, że jesteśmy Haddedihnami i mieszkamy tak daleko stąd, iż mowy nie ma o żadnej krwawej zemście z naszej strony?
-- Owszem, powiedziałem, ale oni nie wierzą. Ty także byś nie uwierzył od razu we wszystko, lecz przedtem sprawdziłbyś osobę, która to mówi.
-- Więc to pięciu mężczyzn?
-- Pięciu żywych i jeden martwy.
— Opowiedz wszystko po kolei.
— Pojechaliśmy na południowy zachód i wkrótce ujrzeliśmy sępy, które wydawały się unosić bez ruchu w powietrzu; ale im bardziej się zbliżaliśmy, tym wyraźniej było widać, że powoli zataczają kręgi. Później dojrzeliśmy przedmiot ich zainteresowania: sześć hedżinów leżących na ziemi, obok ich jeźdźcy; zwierzęta i ludzie nieruchomi jak trupy. Kiedy się zbliżyliśmy, wielbłądy uniosły głowy, ale zaraz znów opuściły. Wyglądały na bardzo utrudzone, jakby po szybkim mozolnym biegu i były na wpół martwe z pragnienia. TYzech mężczyzn było w średnim wieku, jeden młody a jeden stary. Stary wydawał się najmniej wyczerpany, poprosił od razu o wodę, którą mu daliśmy. Wypił prawie cały bukłak.
-- A trup?
- Nie mogliśmy dojrzeć, kto to był, bo leżał nakryty haikiem.
- Jakie były pytania i odpowiedzi.
-Stary zapytał, kim jesteśmy, a my mu odpowiedzieliśmy; on jednak wyrzekł pełne wątpliwości słowa: "Allach to wie!" Kiedy zapytałem jakie jest jego imię, rzekł, że oni wszyscy są z Mekki, na co ja z kolei powiedziałem: "Allach to wie!" Poprosił o wodę dla ludzi i zwierząt, a także trochę jedzenia dla wielbłądów, mąkę i daktyle jeszcze mieli.
- Skąd pochodzą?
- Tego nie powiedział. Rzekł, że on nas także o nic nie pyta. Człowiek wierzący musi swemu bratu pomóc, nie pytając o imię.
- Albo ten człowiek nie ma czystego sumienia, albo to wyniosły mahometanin na wysokim stanowisku w Mekce. Może chodzi tu o jedno i drugie. Ale miał rację: potrzebuje naszej pomocy i my musimy mu jej udzielić o nic nie pytając. Na szczęście jesteśmy obficie zaopatrzeni w wodę, tak, że ten dobry uczynek niczym nam nie zagrozi.
Zboczyliśmy z drogi i Omar Ben Sadek poprowadził nas na miejsce, do którego dotarliśmy po kwadransie. Wielbłądy leżały tak, jak padły z wyczerpania. Garby ich były wychudzone, nie poruszały wargami. Pięciu mężczyzn tworzyło ścisłe koło, w środku znajdował się zakryty trup w pozycji siedzącej; podtrzymywany przez wsadzone do piasku długie strzelby. Modlili się głośno. Kiedy się zbliżyliśmy, przerwali modły, a ten, który je prowadził rzekł raczej rozkazującym niż proszącym głosem:
-- Widzę, że macie wodę i suszoną kukurydzę. Dajcie wielbłądom jeść i pić i zostawcie nam kilka pełnych bukłaków. A potem już nam nie przeszkadzajcie w modłach za tego, którego Allach powołał do siebie.
Było to niezwykle "skromne" żadania ze strony tego człowieka! Tutaj, gdzie pasza, a jeszcze bardziej woda były tak cenne, mieliśmy napoić i nakarmić jego zwierzęta, a potem zostawić im kilka bukłaków wody i bez słowa podzięki, tak jak nam nakazał, od razu odjechać! Ręka Halefa już sięgała po bicz, który zawsze miał u pasa. Ale ja dałem mu znak i szepnąłem:
-- Znajdujesz się tu wśród dumnych i mściwych Arabów, a nie wśród uciemiężonych fellachów, gdzie można wymachiwać biczem, nie pokutując potem krwawo.
— Powiedz, co chcesz uczynić?
— Damy wielbłądom wodę i słomę, niech te biedne zwierzęta nie cierpią wskutek bezczelności ich właściciela.
-- A oni?
-- Nie dostaną wody, jeśli nas o to grzeczenie nie poproszą. Pozostaniemy tu i rozłożymy obóz.
— Tu? Z tymi drabami? Hamdulillah — niech będzie pochwalony Allach, który podsunął ci tę myśl! Jeśli tu z nimi zostaniemy, prawdopodobnie coś przeżyjemy, ale oni także.
— I tak nie moglibyśmy daleko ujechać, bo wkrótce zapadnie noc, a skoro i tak stracimy tu trochę czasu, uważam, że najlepiej będzie od razu zostać.Wydaj swoim ludziom odpowiednie rozkazy.
Ponieważ byli z nami Haddedihni, nie musiałem się o nic troszczyć. Zsiadłem więc z hedżina, wskazałem, gdzie mają rozłożyć mój dywan i poszedłem do mego ogiera, by go pogłaskać i dać mu kilka daktyli. Był do tego przyzwyczajony. Potem ułożyłem się na moim dywanie.
Celowo ulokowałem się w pobliżu obcego, który prowadził modły, a którego Omar Ben Sadek nazwał "starym". Miał chytrą twarz. "Młody" siedział u jego boku i był do niego tak podobny, że uznałem, iż to jego syn. Miał w oczach niepewność i niepokój. Ttzej pozostali nie wyróżniali się niczym szczególnym. Wspólne było ich osłabienie, i przybyliśmy w samą porę, by uratować ich przed śmiercią z pragnienia. Wydawało mi się, że słyszę, z jakim trudem przychodzi im ta głośna modlitwa. Czemu nie milczeli, zwłaszcza że ta litania nie była potrzebna. Głos starego brzmiał głucho z nużącym drżeniem:
-- O ty, którego spośród istot stwórca najbardziej szanuje. Na początku zdarzenia, które wszystkich dotyka, nie znam nikogo innego, w kim mógłbym szukać obrony, tylko w tobie!
Inni powtarzali za nim słowa, potem stary ciągnął dalej:
- A kiedy miłosierny okaże się karzącym, nie będzie możliwe dla ciebie, posłanniku Boga, pomóc mi swoją mocą.
Bo do obfitości, którą nas darzyłeś, należy ten świat i tamten świat i ty wiesz wszystko, co napisane jest na tablicy zaświatów i to co pióro napisało.
O, moja duszo, nie wątpij w miłosierdzie Allacha, mimo ciężkiego grzechu, jaki popełniłem; bo jeśli idzie o przebaczenie, grzechy ciężkie nie są równe lekkim.
Miłosierdzie mojego pana, kształtować się będzie wedle rozmiarów grzechów.
O spuść ulewę z chmur twego miłosierdzia na Proroka...
Kiedy doszedł do tego miejsca, nasi Haddedihni dali już jego wielbłądom wodę i słomę i zaczęli teraz przygotowywać obozowisko. Wtedy stary przerwał modły i szybko zwrócił się do mnie, ponieważ sądził, że jestem tu główną osobą:
- Cóż ja widzę? Rozsiodłujecie wasze wielbłądy. Wygląda to tak, jakbyście chcieli tu zostać.
-- Bo tak w istocie jest, zostajemy tutaj — odparłem spokojnie.
-- Nie macie prawa.
- Czemu? Pustynia jest własnością Allacha. Nie musimy nikogo
o to pytać.
- Byliśmy tu przed wami.
-- Toteż zostaniemy o tyle dłużej i czasy się wyrównają.
— Ale my chcemy pozostać sami.
— Będziemy się zachowywać tak, jakby nas tu nie było i nie będziemy się do was odzywać.
— Ale widzicie, że mamy tu zmarłego. Ttupy są nieczyste.
-- My go nie tkniemy.
-- Niech Allach pozwoli mi opanować mój gniew! Widzisz i słyszysz przecież, że życzymy sobie, byście od nas odeszli.
-- A ty widzisz, że nasze życzenia są przeciwne, dlatego Allach może spełnić życzenie jednej tylko strony, jak zapisane jest w księdze życia, a tą stroną my jesteśmy. I musicie usłuchać tego co zapisane jest w księdze życia.
Mówiłem mimochodem, ale pod koniec przeszedłem na ton gniewny. Byłem ciekaw, co z tej przykrej rozmowy wyniknie. Halef odczuwał to samo co ja; nadzorował zdjęcie tachtirewanu i wygodnego ulokowania swojej Hanneh w jej małym, szybko ustawnym namiocie, a teraz podszedł, kazał rozłożyć dywan obok mojego i usiadł.
Potem rzekł cicho:
— Czy byłeś przygotowany na takie przyjęcie, sidi?
— Nie — odparłem.
— Ja także nie. Tkka niewdzięczność woła o pomstę do nieba. Co zrobisz?
— Na razie odczekam spokojnie. Chcę posłuchać, jak się modlą.
Stary bowiem zaczął od nowa:
— Oto Mahomet, pan tego i tamtego świata, pan ludzi i duchów, pan obu wielkich oddzielonych od siebie ludów: Arabów i barbarzyńców. Nasz prorok kiedy nakazuje lub zakazuje, kiedy gani lub pochwala, jest sędzią, którego prawdy nikt nie podważy i któremu nikt nie dorówna.
On przewyższył wszystkich innych proroków zarówno pod względem postaci cielesnej, jak też szlachetności duszy. Tkmci nie dorównywali mu ani wiedzą, ani cnotami.
Oni, którzy błagali wysłanników Allacha o zgodę na czerpanie dłonią z morza lub picie wód przeciągających się deszczów.
A obok niego ci, którzy różnili się od niego wiedzą i mądrością -stali oni na najdalszej granicy i nie mogli jej przekroczyć.
Jego obrał Stwórca ludzi jako swego oblubieńca, kiedy wewnętrznie i zewnętrznie dojrzewał do doskonałości.
Tb, co chrześcijanie twierdzą o swoim proroku, ty tego nie twierdź, lecz sław w nim to, co tylko chwalebnego w nim widzisz.
Gdyż doskonałość wysłańca Boga nie ma granic, tak, że mówca, który posługuje się ustami, nie zdoła wyrazić jej w całej objętości. Jeśli przemówią cudowne znaki jego godności, to jego imię, jeśli się je wymówi, ożywi zmarłe zwłoki. Zrozumienie jego wewnętrznej istoty to zadanie, które przekracza możliwości śmiertelnika i ani w jego pobliżu, ani w oddali nie ujrzysz nikogo, kto by nie stał bezradny, gdy chodzi o rozwiązanie tego zadania.
Jego wewnętrzna istota podobna jest do słońca, które ukazuje się oku w oddali w pomniejszeniu, a w pobliżu oślepia.
Całe mnóstwo cudownych znaków, które ukazują wysłannicy Allacha, pochodzi tylko z jego światłości.
Albowiem jest on wielkim słońcem doskonałości; ale słońce i jego gwiazdy dają ludziom światło w ciemnościach.
Chociaż obawiałem się, że zanudzę czytelnika, przytoczyłem tę modlitwę, ponieważ składa się ona z fragmentów Burdy, najsłynniejszego mahometańskiego poematu, napisanego ku chwale Mahometa i odmawianego podczas pogrzebów. Może niejednego zainteresuje słynny islamski poemat, którego piękna, jak twierdzą mahometanie, nie da się porównać z żadnym innym utworem poetów innego wyznania.
Stary znał cudowną Burdę na pamięć, a więc nie był to zwykły Arab. Podczas modlitwy w ogóle robił wrażenie fanatycznego mahometanina, dobrze obeznanego z obowiązkami duchownego. Przy tym spojrzenia jego często skierowane były w naszą stronę, a wyraz ich bynajmniej nie był życzliwy. W oczach jego syna natomiast malowała się wcale nie ukrywana nienawiść.
Modlitwa ta zrobiła na mnie wrażnie, nie była bowiem odmawiana z potrzeby wewnętrznej, lecz z innego powodu. Brzmiała tak nużąco, jakby wymuszona. Ludzie mówili powoli, jak gdyby z trudnością; opuszczali pewne miejsca, których stary nie opuszczał, a teraz, jako że zrobił przerwę, położyli się, wobec czego on już nie ciągnął modlitwy dalej.
Pomyślałem, że modlili się tylko po to, by nie zostawić nam czasu na rozmowę z nimi. Mieli widocznie zamiar nic nam o sobie nie mówić; a to musiało mieć jakiś powód i nie świadczyło o nich zbyt dobrze.
Kiedy leżeli nieruchomo jak nieżywi, zapadł zmrok i nasi Hadde-dihni zaczęli swoje modły, które odmawia się po zachodzie słońca. Kiedy już zapadła noc, odmawiano Aszija - czyli modlitwę nocną. W obu wypadkach tamci unosili się i modlili razem z nami, co jako mahometanie musieli robić mimo wrogiego zachowania wobec nas. Ale modlili się po cichu, byśmy nie usłyszeli ich głosów; oznaczało to lekceważenie, co przyjęliśmy ze spokojem. Potem poszedłem z Hale-fem do namiotu jego Hanneh, by rozpalić ogień. "Najmilsza i najlepiej gotująca kucharka pod słońcem", jak Halef nazywał żonę, kiedy mowa była o jej sztuce kulinarnej, chciała zaparzyć nam kawy, a potem w gorącym popiele upiec kurss tari, czyli świeży chleb w kształcie ciasteczek. Do szlachetnej czynności zaparzania kawy zabraliśmy imbryk, a Haddedihni przygotowali skórzane kubki na gorący płyn, bo i oni mieli go otrzymać.
Kiedy rozszedł się aromat kawy, wśród tamtych ludzi powstało ożywienie. Naradzali się krótko po cichu, po czym młody wstał i podszedł do nas.
— My też chcemy kawy — rzekł, podsuwając nam małe naczynie z dyni.
Powiedział to głosem, jakby wystarczyło mu tylko zażądać. Halef
już miał się zerwać, by z gniewem dać mu odprawę, ale zatrzymałem go i bardzo zwięźle acz stanowczo odpowiedziałem:
-- Kawa jest tylko dla nas.
-- Ale ja też dostanę! -- ofuknął mnie ten bezczelny typ.
-- Nie, nie, nie, po raz czwarty, dziesiąty i setny nie! - wrzasnął teraz mały Halef, który już nie mógł dłużej się pohamować.
Wówczas tamten odwrócił się na pięcie i odszedł.
Jego ludzie słyszeli każde słowo. Pochylili do siebie głowy. Było nam obojętne co mówili.
-- Sidi, czy sądzisz, że musimy wystrzegać się tych ludzi? — zapytał Halef.
-- Nie -- odparłem - wcale nie.
--1 ja tak myślę. Jest nas pięćdziesięciu dwóch dobrze uzbrojonych ludzi, a ich pięciu ledwo dyszących. Mimo to myślę, że w nocy ktoś musi czuwać.
-- Ja też tak sądzę. Wyznacz kilku swoich ludzi, tak, aby się zmieniali do rana.
Później, kiedy zapach pieczywa zaczął się unosić, młodego znowu do nas wysłano.
-- Dajcie nam chleba - zażądał takim tonem, jakim żądał kawy.
-- Jedzcie to co macie.
Musiał więc znowu odejść z kwitkiem, ale zaraz wrócił z nowymi żądaniami.
--1 dajcie nam pełen bukłak wody.
- Już nie mamy.
-- Przecież widzę, że tam leżą.
-- Te są tylko dla nas. Te, które mieliśmy dodatkowe, daliśmy wam.
- Czy nie znacie praw pustyni i gościnności, że nie dajecie nam żądanej wody?
- Znamy wszystkie prawa, a nawet nakazy uprzejmości, które wam nie są widocznie znane. A teraz wynoś się stąd, bo inaczej...
- Bo inaczej tak cię pogonię, że nauczysz się fruwać w powietrzu!
- krzyknął Halef gniewnie. - Wody, chleba, kawy! Może zażądasz jeszcze kawioru i ostrygi wielkiej jak gigantyczny żółw!
Mały Halef poznał żółwie, ostrygi i kawior jako delicje, kiedy był ze mną w Konstantynopolu. Mekkańczyk, jeśli był nim naprawdę, odwrócił się z dumnym lekceważącym ruchem ręki i wrócił do swoich, którzy przez dłuższy czas się naradzali. Kiedy wreszcie coś uzgodnili, stary wstał i powoli, mimo wyraźnego osłabienia, podszedł do nas w postawie, jakby przyzwyczajony był nosić koronę na głowie.
-- Trzykrotnie odprawiliście mego syna -- rzekł mocno podkreślając każde słowo. -- Pytam was - dlaczego?
Właściwie niewart był odpowiedzi, jednak wolałem dać mu odpowiednią odprawę:
— Tym pytaniem przyznajesz się, że jeśli chodzi o rozum, jesteś małym dzieckiem, a jeśli chodzi o brak rozsądku i niewiedzę - olbrzymem.
— Nie obrażaj mnie! Jestem przyzwyczajony, że odnoszą się do mnie z największym szacunkiem.
— Ale sam jesteś uosobieniem niegrzeczności. Przysługuje nam prawo żądania przynajmniej takiego samego szacunku i godności, jakiego ty żądasz.
-- Wam?... - Tkk wyniośle przeciągnął to słowo, że najchętniej bym go spoliczkował. — No tak, nie wiecie, kim jestem. Więc słuchajcie i pochylcie w pokorze wasze głowy! Moim przodkiem jest Qatadah, jestem potomkiem słynnego Mohammmeda Abu Numehijja, najjaśniejszego światła wśród wszystkich wielkich szafirów świętego miasta Mekki. Kiedy ja jego następca umrę moje zwłoki nosić się będzie uroczyście siedem razy dookoła Kaby. Który człowiek w wielkim świecie Allacha może się poszczycić takim wyróżnieniem?
— A ty już umarłeś?
— Nie -- odparł zdziwiony.
— A więc jeszcze nie noszono cię dookoła Kaby.
— Nie.
- Wobec tego poczekaj, aż to nastąpi. Wtedy może zechcemy pomyśleć o twoich zwłokach z szacunkiem.
- Człowieku, nie waż się ... No, ale nie znasz mego imienia,więc opanuj mój gniew. Zresztą zbędne jest zatykanie twojego ucha tym imieniem. Wystarczy, że ci powiem, iż nazywają mnie El Ghani i że jestem ulubieńcem 'Aun er- Rafiqa, obecnego wielkiego szarifa Mekki. Tferaz wiesz, jak masz się wobec nas zachowywać.
TYudno byłoby zachowywać się bardziej wyniośle i bezczelnie niż ten człowiek. Ale ponieważ chciałem się dowiedzieć, kim był zmarły, powstrzymałem gniew i zapytałem:
-- Tcikże wobec innych? A kim oni są?
-- Jeden to Ben Abdallah, mój syn. Reszta to ludzie ze świętego Miasta, ich imiona należą do najszacowniejszych.
-- A zmarły?
- Był ulubieńcem Allacha i Proroka. Nazywano go El Miinedżi, więc chyba rozumiesz niezrównaną wielkość jego zalet? Jego duszy udzielono daru opuszczania ciała. Błądziła ona po dalekich miejscach i dawno minionych czasach i takich, które nadejdą, po to, by zobaczyć i usłyszeć to, czego żaden inny śmiertelnik się nie dowie. Kiedy potem wracała do niego, El Miinedżi mógł opowiadać wszystkie tajemnice tych czasów i miejsc. Rozmawiał z dżinami i melajikami jak z równymi sobie i dlatego miał władzę nad wolą i czynami wszystkich, z którymi obcował. Teraz odszedł do nieba Allacha, do tych, z którymi obcował już w czasie swego ziemskiego życia. Byłem jego najbliższym przyjacielem. Mieszkał w moim domu, bo oślepł. Okazuję mu miłosierdzie, jakie Allach nakazał swym wybrańcom, a on mi się odwdzięcza. Teraz wiesz kim jesteśmy i przeprosisz mnie i mojego syna.
- Przeproszę? Jeśli myślisz, że ...
Nie mogłem mówić dalej, bo Halef zakrył mi usta dłonią i rzekł:
-- Zamilcz sidi, proszę zamilcz! Bo gotuję się tak, jak przedtem gotowała się kawa, a jeśli nie pozwolisz mi mówić, imbryk pęknie. Pozwolisz?
-- Dobrze! Nie wolno mi dopuścić, by pękł.
Halef zerwał się, zwrócił do Ghaniego i zapytał owym pozornie opanowanym, spokojnym tonem, jakim mawiał tylko w stanie najwyższego gniewu:
-- A więc myślisz, że poprosimy cię o przebaczenie?
— Tik — brzmiała odpowiedź.
