19,99 zł
Początek lat 80. to dla Polaków burzliwy okres niepokoju i niedostatku. Dla Dominiki i Łukasza wakacje w Hiszpanii są szansą na odkrycie zupełnie innej rzeczywistości. Śródziemnomorski klimat, radośni mieszkańcy i atrakcyjne przygody mogą zawrócić w głowie. Na drodze Dominiki pojawi się także przystojny muzyk Asman. Czy dziewczyna zdecyduje się na powrót do Polski z Łukaszem, a może zostanie przy boku Hiszpana? Kiedy uroki Zachodu są na wyciągnięcie ręki, decyzja nie jest łatwa...
Stanisława Fleszarowa-Muskat znana z osadzania powieści nad polskim Wybrzeżem tym razem zabiera czytelników do gorącej Hiszpanii. Romantyczne wątki mieszają się z trudnymi wyborami. W tle społeczno-historyczne problemy Polski lat 80.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 494
Stanisława Fleszarowa-Muskat
Saga
Most nad rwącą rzekąZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1984, 2019 Stanisława Fleszarowa-Muskat i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726288339
1. Wydanie w formie e-booka, 2019
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
– To jest Jerome Asman – powiedziała Dominika, gdy Łukasz odbierał klucz z recepcji.
Siwiejący mężczyzna w wyświeconej przy kieszeniach i na rękawach zamszowej kurtce szedł w kierunku windy. Zdążyli do niej wskoczyć razem z nim. Nacisnął guzik piątego piętra; to było także ich piętro.
– Skąd wiesz, że to on? – spytał Łukasz.
Siwiejący mężczyzna miał oczy zasłonięte okularami o ciemnych szkłach. Dominika widziała odbitą w nich, zdeformowaną nieco, swoją twarz. Wpatrując się w nią, powiedziała:
– Słyszałam rano, jak dwie Amerykanki pokazywały go sobie w hallu. Właściwie w tej wyświechtanej kurtce nie wygląda wcale na...
– Na co?
– Na siebie. Na swoją sławę i pieniądze. Ale, jak się je ma, nie musi się na to wyglądać. Może teraz tak się zaniedbał…
– Co to znaczy – teraz?
– Podobno stracił żonę w wypadku samochodowym. Te dwie Amerykanki mówiły, że to prawdziwe fatum w jego życiu. Bo jeszcze jako dziecko – gdzieś w Europie – stracił w wypadku samochodowym obydwoje rodziców.
– Nie chciałbym być sławnym człowiekiem. Wszystko by o mnie wiedziano.
Winda zatrzymała się na piątym piętrze i teraz – przy wysiadaniu – Łukasz zobaczył swoje zdeformowane odbicie w ciemnych szkłach amerykańskiego dyrygenta. Trwało to sekundę, bo Asman skierował się zaraz korytarzem w lewo i gdyby się był obejrzał, zobaczyłby, że patrzą za nim, nie kryjąc rozczarowania.
– Mógłby się do nas uśmiechnąć – powiedziała Dominika.
– Dlaczego?
– Nie zauważyłeś, że na ogół ludzie uśmiechają się do nas?
Do ciebie – pomyślał Łukasz. Gdy skręcili do swego pokoju w prawym korytarzu, puścił Dominikę przodem i przez chwilę zastanawiał się nad tym, dlaczego zawsze wszystkich wzruszała i dlaczego Amerykanin oparł się temu.
Musiała myśleć o tym samym.
– Na przykład recepcjonista – powiedziała wchodząc do pokoju. Zdjęła z ramienia torebkę i przysiadła na brzegu podwójnego hiszpańskiego łóżka, żeby zrzucić z nóg obuwie. – Uśmiechnął się od razu, kiedy nas tylko zobaczył.
– Po pierwsze – uśmiecha się prawdopodobnie do wszystkich, to należy do jego zawodu, po drugie – prosiliśmy o jeden pokój, a z paszportów wynika, że nie jesteśmy małżeństwem.
– Powinien był się zgorszyć – szepnęła.
– Och, oni są do tego przyzwyczajeni.
– Woli chyba dawać klucz takim chłopcom jak ty i takim dziewczynom jak ja, niż starszym panom, o wypchanych portfelach, którzy przywożą ze sobą dobrze znające swój zawód panienki.
– Nie mam nic przeciwko wypchanemu portfelowi, z którym mógłbym podróżować na starość.
– Ale zamiast dobrze znających swój zawód panienek woziłbyś ze sobą pewną starszą panią...
– ... do której wciąż uśmiechaliby się recepcjoniści we wszystkich hotelach.
– Ładnie to powiedziałeś.
– Bo tak będzie.
Usiadł obok niej na brzegu łóżka, objął ramieniem. Zamilkli na długą chwilę.
– Dlaczego pieniądze ma się dopiero na starość? – odezwała się wreszcie Dominika.
– Nie zawsze.
– Ale przeważnie.
– Bądź co bądź jest to jednak rodzaj pewnej pociechy.
– Myślisz?
– Pożyjemy, zobaczymy.
– Dużo wydaliśmy na kolację.
– Nie myśl o tym.
– Kiedy muszę. Co będzie, jeśli nikt nie kupi moich kilimów? Dlaczego właściwie wyobrażam sobie, że ktoś je kupi?
– Bo są naprawdę piękne.
– Może nie wydadzą się takie tutaj? Hiszpanie mają tyle własnych pięknych tkanin.
– Twoje są inne.
– Chyba tak – zamyśliła się, ale bez nadziei. – Trzeba jednak było zatrzymać się na campingu i jeść konserwy. Dopiero po sprzedaniu kilimów mielibyśmy prawo do prawdziwego hotelu i posiłków w restauracjach.
– Ale powiedzieliśmy sobie jeszcze w Warszawie, że do Madrytu żywimy się tym, co mamy w bagażniku i śpimy w namiocie. Do Madrytu i po wyjeździe z Madrytu. A te trzy dni tutaj... Nie psuj wszystkiego. Tak ci się podobało w tym barze naprzeciwko hotelu. I homar był naprawdę świetny.
– Świetny! Ale czy musiał być od razu aż homar?
– Dominiko! Jedliśmy homara po raz pierwszy w życiu! Zachowaj z tego jakąś radość.
– Staram się.
– Starasz się? – krzyknął.
– Tak. Bardzo. To był naprawdę piękny wieczór. I wszystko mi smakowało, homar, sałata i wino. I podobało mi się, że stoimy przy tym zastawionym półmiskami barze, w tłoku, który gdzie indziej by nas denerwował. A teraz szczęśliwa jestem, że po raz pierwszy mieszkamy w prawdziwym pokoju z klimatyzacją i takim wspaniałym, szerokim łóżkiem.
– No widzisz, kochanie.
– Tylko...
– Tylko co?
– Tylko... może powinniśmy poszukać jakiegoś tańszego hotelu. Bo chyba ten jest drogi, skoro zatrzymuje się w nim Jerome Asman.
– Co nas obchodzi Jerome Asman? Prawdopodobnie sprzykrzyły mu się hotele klasy Ritza czy Hiltona. Sama powiedziałaś, że jak się ma pieniądze, nie musi się tego pokazywać.
– Nie musi się na to wyglądać – poprawiła. – To tylko my...
– My.
– Myślę o Polakach – tylko my staramy się zawsze wyglądać na więcej, niż mamy. Zwłaszcza za granicą.
– Może to nie jest wcale wada?
– Nie – szepnęła. – Chyba nie... – zgarbiła się, objąwszy ramionami kolana.
– O czym myślisz?
– Że pewnie wydaję ci się okropna.
– Co ci przychodzi do głowy?
– Właśnie to. Okropna! Psuję przyjemność, która przytrafiła się nam, jak ślepej kurze ziarno. Kiedy pomagałeś ojcu przy pracy nad tym projektem na konkurs, miałeś nadzieję, że go wygra?
– Inaczej bym mu nie pomagał.
– Mój Boże! Konkurs na zabudowę nowego placu w stolicy Peru! Kiedy przeczytałam o tym w gazecie, wydawało mi się to jak sen.
– Poczekaj, będziesz jeszcze czytać, że to ja wygrywam konkursy.
– Ale już jako ta starsza pani, do której będą się uśmiechać recepcjoniści.
– Dlaczego? Czy ojciec jest stary? Kochają się w nim jeszcze studentki. Nawet... – chrząknął – z innych uczelni.
– Może powiesz, że go uwodzę?
– Ależ kochanie – on uwodzi ciebie. I wcale nie jestem pewien, czy zafundował nam tę podróż ze swojej dolarowej nagrody dlatego, że mu pomagałem, czy też dlatego, że chciał sprawić przyjemność tobie.
– Łukasz!
Przyciągnął ją do siebie, pocałował w nagie ramię.
– Idź do łazienki. I nie siedź tam do północy!
– Wezmę tylko prysznic i zaraz wskakuję w to wspaniałe łoże. – Ściągnęła sukienkę i tylko w skąpych pasemkach biustonosza i figach zniknęła w łazience. Uchyliła drzwi. – Nie zaśniesz po tym winie?
– Nie.
Czekając na nią, wyobrażał sobie, że są już we własnym mieszkaniu z wspólną wizytówką na drzwiach, że skończyły się ukradkowe spotkania u niej pod nieobecność jej rodziców lub u niego pod nieobecność ojca, że mają wreszcie sufit, podłogę i ściany wokół nie ukrywanej już przed nikim intymności. Dominika nuciła w łazience, szum wody mieszał się z jej głosem. Już to samo było cudowną niezwykłością, wiele wody miało upłynąć we wszystkich łazienkach świata, zanim znów będą mieli wspólną choćby tylko na trzy dni.
– Krótko byłam? – zapytała, otwierając drzwi zawinięta cała w ogromny hotelowy ręcznik.
– Bardzo krótko.
– Ty też się pośpiesz. Nie musisz się golić.
– Nie?
– Nie.
Objął ją, pocałował w nie wytarty jeszcze do sucha nos.
– Pośpiesz się! – zamruczała.
Ale kiedy wrócił z łazienki – choć naprawdę bardzo się śpieszył – spała już, ledwie przykryta prześcieradłem, dziwnie mała na ogromnym hiszpańskim łożu, za obszernym dla zakochanych, wciąż szukających swojej bliskości, i za ciasnym dla tych, którzy już się nie kochając – podróżowali jeszcze razem. Wsunął się pod prześcieradło i przywarłszy do jej pleców czekał, żeby się obudziła. Pocałował ją w kark i w ramię, ale poruszyła się tylko, kryjąc twarz w poduszce. Zaczął pełzać ustami wzdłuż jej grzbietu, dłoń położył na piersiach, uśpionych jak reszta ciała, gładził je i gniótł lekko – i naraz zrobiło mu się jej żal, jej snu, jej wypoczynku. Miała za sobą męczący dzień, ich pierwszy dzień w Madrycie, nazajutrz wybierali się do Prado i czekały ją długie kilometry przez wszystkie sale ogromnego muzeum, należało jej się teraz wytchnienie. Przez chwilę miał nadzieję, że także zaśnie, ale gdy sen nie przychodził, wstał ostrożnie, podciągając prześcieradło na plecy Dominiki, aż po jaśniejszą kreskę, pozostawioną przez opalacz. – W pokoju panował rześki chłód, klimatyzacja działała wzorowo.
Kiedy podszedł do okna i otworzył je szeroko, buchnęła mu w twarz fala wieczornego upału, spotęgowanego ciepłem bijącym od rozgrzanych w ciągu dnia murów. Na trawniku między dwoma pasmami jezdni, zapełnionymi nieprzerwanym strumieniem samochodów, grupka dzieci bawiła się skakanką. W mroku nocy, nie do końca rozproszonym ulicznymi latarniami, ostro zaznaczała się ruchliwa biel skarpetek. – Dochodziła jedenasta, a ruch nie słabł i nie udawali się jeszcze na spoczynek siedzący przed kamienicami naprzeciwko ludzie. Wynieśli z mieszkań stołki i krzesła, w domach musiało być jeszcze cieplej, niż na ulicy, być może nawet przesycone spalinami powietrze wydawało im się czystsze od kuchennych odorów, którymi przesiąkły meble i ściany.
Łukasz wychylił się głębiej przez parapet. W Warszawie, zwłaszcza kiedy pracował, drażniły go wrzaski dzieci bawiących się przed domem. Teraz pragnął je słyszeć, pragnął słyszeć rozmawiających przed domami ludzi, wedrzeć się w ich sąsiedzką zażyłość, zaznać ulicznej gościnności, cieszyć się tą innością miasta, które na mapach pogody w telewizji miało zawsze najwyższą w Europie temperaturę, i w którym – gdy w Warszawie padał wciąż deszcz – ludzie do północy siedzieli na ulicach, żeby odetchnąć chłodnym powietrzem.
Dominika poruszyła się na łóżku, przymknął więc okno w obawie, że zbudził ją hałas z ulicy, ale otworzył je znowu, gdy znieruchomiała z twarzą w poduszce; jak przedtem przechylony przez parapet starał się wyłowić z ulicznego gwaru nawoływania hiszpańskich dzieci, skaczących nad śmigającą pod nogami linką i – choć to było niemożliwe przy tej odległości – szmer rozmów starych kobiet pochylających ku sobie czarnymi szalami okryte głowy, śpiewną rozlewność męskich głosów, gdy żarzące się ogniki papierosów nieruchomiały w zaplecionych na kolanach rękach. W barze na rogu, oświetlonym tak jasno, że nawet z okna hotelu po przeciwległej stronie ulicy widziało się wyraźnie czerwień krabów na ogromnych półmiskach, zdobiących bufet – wciąż było tłoczno. Przed godziną jedli tam z Dominiką kolację, stojąc przy kontuarze zaciekawieni i zachwyceni wszystkim, co podano im na tekturowych półmiseczkach. Podobało im się nawet to, że podłoga baru zasiana była serwetkami i niedopałkami, kartonowymi kubkami z automatów; stojący przy kontuarze brodzili w nich po kostki.
Przed hotel zajechał autokar, z którego wśród podnieconego gwaru wysypała się amerykańska wycieczka. Właściwie nie słyszał, w jakim tam na dole porozumiewano się języku, ale dotychczasowy przejazd przez najbardziej turystyczną część Europy upewnił go, że te niemłode kobiety, wszystkie o świetnych figurach i znakomicie uczesanych włosach, obwieszone aparatami fotograficznymi i filmowymi kamerami, nigdy nie zmęczone i zawsze wszystkiego ciekawe, że te wspaniałe stare kobiety mogą być tylko Amerykankami. Teraz wysiadały bez końca z autokaru, od razu ożywione, podniecone nowym etapem podróży, przygotowane radośnie na skonsumowanie następnego kawałka świata, który podsuwało im – co prawda u swego schyłku – życie. Wychowały dzieci, pochowały mężów, zrealizowały polisy ubezpieczeniowe i oto wreszcie miały czas pomyśleć o sobie, co mogło oznaczać zarówno zaspokajanie pragnienia poznania, jak i ucieczkę od otwartej nagle, jak przepaść, pustki.
Panowie byli także wśród tego kobiecego żywiołu, ale nieliczni i tak jawnie przynależni do popartych aktem urzędu stanu cywilnego czyichś przyzwyczajeń, żądań, czy nadziei – że ogół nie mógł mieć z nich żadnego pożytku. Dziwne, żaden z nich nie miał kamery ani aparatu fotograficznego, absorbowały ich jedynie neseserki, torby i torebki, które w oczekiwaniu na komendę głównodowodzącej wycieczki zgarniali wokół siebie, jak stadko rozbiegających się kurcząt. Komenda ta wreszcie padła, fotokomórki w drzwiach hotelu otworzyły je szeroko przed damskim szturmem, a w autokarze podniesiono już boczne klapy i służba hotelowa przystąpiła do wyładowywania bagaży.
Trwało to dość długo i Łukasz wyobrażał sobie, że przez ten czas dzieci zniknęły z zasłoniętego autokarem trawnika, a razem z nimi mieszkańcy przeciwległych domów, zabrawszy ze sobą krzesła, udali się na spoczynek. Ale gdy pusty autokar odjechał na parking za rogiem, okazało się, że widok, jaki zasłaniał, trwał nie zmieniony: dwa strumienie aut obejmowały zieloną wysepkę trawnika z ruchliwą bielą skarpetek nad śmigającą w powietrzu skakanką, a pod murami domów naprzeciwko żarzyły się papierosy w rękach mężczyzn i w obramowaniu czarnych szali jaśniały twarze kobiet. Hiszpańska noc rzeźwiła zmęczonych słońcem mieszkańców wielkiego miasta, które naprawdę miało zawsze najwyższe temperatury na przeważnie niełaskawej dla środkowej Europy mapie pogody. Łukasz pomyślał znowu o warszawskim deszczu, wyludnionych o tej nocnej porze ulicach, o parasolkach pań wyprowadzających psy pod drzewka, na które zwykle patrzył z góry, gdy wstawszy od deski otwierał okna pracowni.
Teraz noc hiszpańska nabrała woni rozgrzewanej w hotelowej kuchni oliwy – amerykańska wycieczka czekała na kolację.
Chciał zamknąć okno, ale zaintrygował go biały kabriolet, który zajechał właśnie przed hotel. Wysiadł z niego mężczyzna, ubrany w równie podniszczoną kurtkę, co Jerome Asman, i chyba także mniej więcej w jego wieku, bo na schody prowadzące do wejścia wszedł dość ociężale. Po chwili zjawił się boy hotelowy z kluczykami od wozu, wyjął z bagażnika walizki i zostawiwszy je pod opieką portiera, usiadł za kierownicą i odprowadził samochód na parking za rogiem. Łukasz pomyślał, że być może kiedyś i on z Dominiką będą mogli korzystać z usług boyów i portierów, których teraz skrzętnie ze względu na napiwki unikali; ale że pieniądze miało się zwykle razem z zadyszką na schodach – nagłą radością wydawało mu się dźwiganie własnych bagaży nawet po najbardziej męczącej podróży.
Uśmiechając się do siebie zamknął okno i wsunąwszy się pod wykrochmalone prześcieradło, przytulił się do uśpionego ciała Dominiki. Poruszyła się, może nawet przebudziła, ale pozwolił jej znowu zasnąć, wystarczyło mu, że jest, że mają przed sobą całą tę cudowną wspinaczkę pod górę, jaką było życie – co byłoby warte bez pragnień i tajemnic, pozbawione szczęścia zdobywania? Bogaci mężczyźni w wyzywająco podniszczonych kurtkach, wręczający hotelowym boyom kluczyki od samochodów, żeby odprowadzili je na parking – mieli już to szczęście za sobą.
– Gdyby urodziła się mężczyzną, byłaby na pewno generałem – powiedział Łukasz obserwując, jak kierowniczka amerykańskiej wycieczki rozsadza swoje panie przy stolikach w hotelowej kawiarni.
– Chyba co najwyżej dowódcą kompanii – wzruszyła ramionami Dominika. Bardzo starannie wyjadała z talerzyka resztki dżemu.
– Ale przyznasz, że jest w tym coś z wojskowej musztry. Obsadza te stoliki, jakby to były stanowiska bojowe.
Dominiki nie interesowała jednak przesadnie energiczna młoda panna. Zamyśliła się.
– Ciekawe, co dostaną do jedzenia.
– Jesteś głodna! – zmartwił się Łukasz.
– Nie. Skądże? – Dominika jeszcze raz podrapała łyżeczką dno talerzyka. – Kiedy tylko zaczynam mówić o jedzeniu, uważasz, że jestem głodna.
– Nie kręć!
– No, więc dobrze – jestem głodna. Te ich „kontynentalne” śniadania rozdrażniają tylko w człowieku apetyt. Kawka albo herbata, bułeczka, masełko i dżem. I wszystkiego jak dla lalek. Kiedy sprzedam kilimy, zamówimy sobie porządne porcje szynki i jajecznicę.
– Może nie wiedzą, co to jest.
– Scrambled eggs. Rozumieją po angielsku. Zamówię jajecznicę z trzech jaj dla każdego.
– Moje biedactwo.
– A siebie nie żałujesz? Akurat jesteśmy młodzi, a młodym wciąż chce się jeść. I nigdzie na świecie nie możemy się najeść, bo w kraju, choć mamy za co, mało co możemy kupić, a za granicą, gdzie można kupić wszystko, nie mamy na to pieniędzy.
– Dominiko! – poprosił cicho Łukasz.
– Znowu coś zepsułam? Przepraszam. – Przechyliła się przez stół, delikatnym dotknięciem palców pogładziła jego rękę. – Już nie będę o tym mówić. I nie powinno ci być przykro.
– Ależ nie jest mi przykro.
– Przecież widzę, że tak. W gruncie rzeczy jesteś całkiem staroświecki. Bo wyobrażasz sobie, że powinieneś mi wszystko dać. I cierpisz, że to niemożliwe. Że choćbyś walił głową o mur, nic tu nie zmienisz. A tymczasem to już niemodne. Mężczyźni nie mają tych obowiązków, co dawniej. I kobiety wcale tego od nich nie oczekują.
– Dominiko, to cały traktat.
– Usiłuję ci tylko wyjaśnić, że i mnie mogłoby być przykro, że nie mogę zamówić dla ciebie na przykład porcji salami. Mamy równe prawa i równe obowiązki. Mnie powinno być jeszcze bardziej przykro, bo to nie mój tata wygrał konkurs na zabudowę całego placu w Limie...
– Przestańmy o tym mówić.
– Już kończę. I przyrzekam ci, że nie usłyszysz już ode mnie słowa na temat jedzenia. Chyba że...
– Chyba że co...?
– …że się załamię. Że się załamię widząc, co te dolarowe kwoki dostaną na śniadanie.
– Idziemy.
– Nie. Proszę! Chcę to zobaczyć. – Dominika znowu pogładziła dłoń Łukasza. Umiała przepraszać i prosić. Jej twarz o wystających nieco kościach policzkowych, odsłonięta cała krótkim przystrzyżeniem włosów, znieruchomiała w napiętym oczekiwaniu. – Łukasz!
– Ależ dobrze – ustąpił, trochę wzruszony, jak zawsze, gdy okazywała się niezbyt mądra i śmieszna.
– Kocham cię – powiedziała. Jeszcze raz pogładziła dłoń Łukasza, uśmiechnęła się do niego oczyma i zaraz potem rozejrzała się po sali. – Na pewno lada moment przyniosą śniadanie dla tych pań.
– Mam nadzieję. Chciałbym, żebyśmy mogli być w Prado, kiedy jeszcze nie będzie tam tłoczno. I zanim zacznie się upał.
– Przepraszam! – zawołała przewodniczka amerykańskiej wycieczki, gdy dwie panie zajęły wolny stolik obok Dominiki i Łukasza. – Kierownik sali zastrzegł, że ten stolik zarezerwowany jest dla pana Asmana.
– Ach! – westchnęły z zachwytem obie panie, unosząc się natychmiast z krzeseł. Ale usiadły obok i poprawiwszy okulary utkwiły wzrok w wejściu na salę.
– Czekamy na Asmana! – stwierdziła Dominika.
– Czy chcesz zobaczyć także, co on zamówi na śniadanie?
– Robisz się złośliwy.
– Kochanie, czas ucieka, a nie wiadomo, kiedy ktoś taki wstaje z łóżka.
– Nie zdobywa się sławy, śpiąc do południa.
– Zależy w jakiej branży. Są na przykład pisarze, którzy pracują w nocy, a potem odsypiają to w dzień.
– Ale dyrygenci uzależnieni są od orkiestr, a te mają próby przed południem, żeby mieć czas na odpoczynek przed wieczornym koncertem.
– Niech będzie na twoim, nie znałem nigdy w życiu żadnego dyrygenta.
– No to przypatrz się temu, bo właśnie wchodzi.
Głowy wszystkich Amerykanek zwróciły się ku wejściu. Jerome Asman, w tej samej kurtce, co wczoraj, stał przez krótką chwilę na progu, rozglądając się po kawiarni, ale już przez całą jej długość biegł ku niemu kierownik sali i – zniecierpliwionego nieco – wiódł do zarezerwowanego stolika. Jak spod ziemi zjawiło się przy nim zaraz trzech kelnerów. Pierwszy niósł tacę z napojami chłodzącymi, drugi srebrny koszyczek z przykrytym śnieżną serwetą pieczywem, trzeci zatrzymał się o krok za kierownikiem sali i, gdy ten zwrócił się do niego, wręczył mu otwartą kartę, która dopiero za jego pośrednictwem – przedstawiona została gościowi.
– Chyba czytałam o czymś takim w jakiejś książce – szepnęła Dominika. – Zjawia się w lokalu gość i od razu obskakują go kelnerzy. Gdybym miała kamerę – sfilmowałabym tę scenę. I, zobacz tylko, jacy oni przystojni! Kierownik sali mógłby występować w filmie.
– To należy do zawodu – dość cierpko zauważył Łukasz. – W kraju o tak rozwiniętej turystyce zagranicznej kelnerzy i obsługa hotelowa muszą być na poziomie.
– W każdym razie – Dominika nie odwracała wciąż głowy od sąsiedniego stolika – miło popatrzeć, nawet jeśli się wie, że to wszystko ze względu na zagranicznych turystów.
Jerome Asman nie był jednak zachwycony nadmierną uwagą, jaką mu poświęcał personel hotelowej kawiarni. Wysunął przed siebie obie ręce w gwałtownej obronie – przed napojami chłodzącymi, przed pieczywem i przed kartą wreszcie, która najbardziej go przerażała.
– Szklaneczka soku pomarańczowego – poprosił.
– I nic więcej? – spytał z ukłonem kierownik sali.
– Nie, dziękuję.
– Filiżankę kawy?
– Nie, dziękuję.
– No, widzisz – bąknął Łukasz nie bez satysfakcji.
– Już podajemy – kierownik sali skłonił się jeszcze raz, nawet drgnieniem twarzy nie okazawszy rozczarowania.
Korowód pięknych czarnowłosych chłopców w nieskazitelnych białych kurtkach skierował się ku drzwiom do kuchni.
– No, widzisz! – powtórzył Łukasz.
Dominika przyjrzała się nieznacznie Asmanowi.
– Może się odchudza?
– Po co? Płaski jak deska. Co dnia uprawia wielogodzinną gimnastykę na podium dyrygenckim.
– Mój Boże – westchnęła z wyraźną zazdrością. – Widocznie nie ma apetytu. A w ogóle dziwny jakiś. Na taki upał włożył znowu tę swoją wyświechtaną kurtkę.
– Zamsz grzeje mniej niż tworzywa sztuczne, które mamy na sobie.
– Ja mam na sobie bawełnę.
– Ty w ogóle nie masz na sobie prawie nic. – Łukasz trącił palcem czerwono-szafirową kokardkę, związaną na nagim ramieniu Dominiki, przytrzymującą dwa szerokie, zszyte z sobą płaty białego materiału. – Wyglądasz z tymi kokardkami jak prezent.
– Jak co?
– Jak prezent. Jak przeznaczony dla kogoś prezent.
Głowa amerykańskiego dyrygenta zwróciła się nieznacznie ku stolikowi Polaków.
– Patrzy na nas? – spytała Dominika. – Mógłby chociaż na chwilę zdjąć te swoje ciemne okulary.
– Nałóż swoje i także będziesz mogła bezkarnie mu się przyglądać.
– Myślisz, że jednak to robi? Dlaczego?
– Chyba za głośno rozmawiamy.
– I tak nic nie rozumie.
– No, ale jednak zwracamy uwagę.
– Dobrze, już będę cicho. – Dominika wysunęła dolną wargę i zamilkła na chwilę. Ale zaraz ożywiła się znowu. – Idzie soczek dla pana dyrygenta.
W drzwiach od kuchni ukazał się jeden z kelnerów obsługujących Asmana i trzymając wysoko przed sobą tackę ze szklaneczką soku pomarańczowego, pomknął przez salę. Nie zdołał jednak przez cały czas zatrzymać na sobie spojrzenia Dominiki, bo drzwi od kuchni otworzyły się znowu i runęła z nich gromada smagłych chłopców niosących śniadanie dla Amerykanek.
Dominika poprawiła się na krześle.
– Teraz sobie popatrzymy.
Kelnerzy błyskawicznie ustawili na stołach dzbanuszki, napełnione sokiem pomarańczowym i pomidorowym, koszyczki z przyrumienionymi tostami, talerzyki z masłem i dżemem, na koniec filiżanki, które – według życzenia – napełniali kawą lub herbatą. Panie o nieskazitelnych fryzurach – musiały chyba wszystkie spać z lokówkami na głowach – popijały soczki małymi łyczkami. Odłamywały z tostów drobne kawałeczki i rozsmarowawszy na nich ociupinkę masła lub dżemu, niosły je nieśpiesznie do ust.
Dominika sięgnęła po torebkę.
– Idziemy – powiedziała zgnębiona. – Może mamy złą przemianę materii, że musimy tyle jeść? – Łukasz, tłumiąc śmiech, ruszył za nią.
– W samochodzie posłucham radia – powiedział. – Akurat za kilka minut będą wiadomości.
– Ależ nic się nie stanie. – Dominika chwyciła go za rękę, od razu zapominając o całej historii sprzed chwili. – Dlaczego wciąż myślisz, że coś się stanie?
– Wyjechaliśmy w bardzo niespokojnym czasie.
– Będzie tak samo niespokojny, kiedy wrócimy.
– Ale jednak chcę wiedzieć, co się dzieje.
– I znowu będziesz bardziej tam niż tutaj. Po co było jechać do Hiszpanii, skoro myślami jesteśmy wciąż w kraju? – A już wczoraj wieczorem było tak dobrze. Potrafiliśmy być tylko tutaj.
– Daję ci słowo, że będę słuchać radia tylko raz dziennie.
– No, dobrze – westchnęła. – Opowiesz, co mówili, ja obejrzę tymczasem wystawy.
– Też robisz coś, co psuje pobyt w Hiszpanii.
– Niezupełnie – uśmiechnęła się, ale tylko ustami, nie zdołała ukryć przed Łukaszem, że reszta twarzy nie brała udziału w tym oszustwie. – Niezupełnie, bo jednak trochę przyjemności mam z tego oglądania.
Wyszli przed hotel eskortowani przez boya, który od razu zaproponował sprowadzenie taksówki.
– Mamy samochód na parkingu – powiedział Łukasz.
Chłopak wyciągnął rękę po kluczyki.
– Jaki numer wozu?
– Nie jedziemy jeszcze. – Boy nie był natarczywy, otrzymawszy odprawę, uśmiechnął się tak samo uprzejmie – ale Łukasz nie mógł się obronić przed uczuciem przykrości. Do diabła! – pomyślał – przecież naprawdę jeszcze nie jedziemy, przecież naprawdę chcę w spokoju posłuchać na parkingu radia.
Ale i Dominika musiała myśleć o tym samym.
– Kiedy sprzedam kilimy – powiedziała – stanę w hallu i będę rozdawać napiwki.
Zatrzymali się na chwilę przed hotelem urzeczeni słońcem. Odświeżone wodą chodniki parowały zapachem lata.
– Mój Boże! – westchnęła Dominika. – A u nas wciąż leje. Na kartofle, na zboża, na sianokosy! – wstrząsnęła się, jakby ulewa, od trzech tygodni nękająca Polskę, dogoniła ją aż tutaj. – Jeśli będzie w komunikatach coś na temat deszczu, proszę, nie mów mi o tym. Nie po to jestem w Hiszpanii, żeby wciąż moknąć na polskim deszczu.
– Powiem ci, że wreszcie mamy wyż.
– A w to nie uwierzę. Nas omijają wszelkie wyże. – Poza demograficznym od czasu do czasu.
– Miejmy nadzieję, że przynajmniej na razie nie przyczynimy się do tego – mruknął Łukasz. – Idź, kochanie! Obejrzyj sobie jeszcze raz te wystawy. Tylko wracaj prędko, ranne komunikaty są krótkie.
Pobiegła, ale zwolniła kroku, gdy – obejrzawszy się – spostrzegła, że Łukasz już za nią nie patrzy. Dzień był naprawdę cudowny, obnażona skóra ramion i pleców piekła leciutko pod dotykiem słońca, powietrze mimo spalin miało przedziwny aromat lata, niezwykłości i niespodzianki. Najpiękniejszy dzień w kraju i mieście, które się znało, nie mógł mieć tego zapachu.
Dominika zerknęła na jedną i drugą wystawę, ale nie po to, żeby coś na niej zobaczyć, lecz żeby w szybie zobaczyć siebie. Wyprostowała się, głowę lekko pochyliła do przodu, nogi niosły ją lekko, młode ciało było najwspanialszą własnością, jaką mógł mieć człowiek. Dopiero na trzeciej czy czwartej wystawie dostrzegła coś poza własnym odbiciem. Była to rozłożona przy ogromnym wazonie z kwiatami szeroka, marszczona, bajecznie kolorowa spódnica, zupełnie inna, niż noszone tego lata w Warszawie – spódnica, którą natychmiast chciało się mieć. Od chwili przekroczenia granicy wciąż oglądała na wystawach rzeczy, które natychmiast chciało się mieć. Ze względu na Łukasza wyćwiczyła pewien rodzaj kłamliwie obojętnego spojrzenia wyrażającego co najwyżej chłodną aprobatę dla wszystkiego, co wywoływało nieposkromiony zachwyt, kobiece łakomstwo, prawie bolesną chęć posiadania. Ale Łukasz już w Wiedniu poznał się na tym oszustwie. Mieli za sobą zbyt wiele wspólnych wędrówek po warszawskich sklepach, żeby nie rozumieć, że dziewczyna tak rzadko natrafiająca na coś, co jej się od razu podoba, wychowana prawie w tym szczególnym poście – nie może nie cierpieć na widok tej orgii dobrego smaku i znakomitego wykonawstwa, przed którą nagle stanęła... z pustką w kieszeni. Pogardzała sobą, że nie potrafiła się opanować, że nie zdołała utrzymać się w granicach zainteresowań, nakreślonych im przez Łukasza podczas tej ich pierwszej zagranicznej wycieczki: krajobrazy, architektura, muzea... Była wściekła na tę małą mieszczkę, z którą wciąż w sobie walczyła, ale która nie przestawała wodzić jej za nos ku najpospolitszym babskim zachciankom.
Znowu w wystawowej szybie zobaczyła swoje odbicie, ale patrzyła na nie teraz bez poprzedniej przychylności. Zadatek na koszmarne babsko! – pomyślała. Łakome, tępe, zachłanne! Wysunęła dolną wargę i patrzyła na siebie ponuro. Ale odbicie w szybie nie straciło swego powabu i nie najgorzej wyglądała ta dziewczyna, która miast wypracować w sobie właściwe skupienie przed pójściem do Prado – oglądała kiecki na wystawach madryckich sklepów. Biedny, biedny, biedny Łukasz! – pomyślała z prawdziwym żalem. Odwróciła głowę od szyby, żeby nie patrzeć sobie w oczy. I jakie to szczęście, że nigdy się nie dowie, bo ani dziś, ani żadnego dnia do końca życia nie powie mu o tym, że... jednak musiała... musiała przymierzyć tę spódnicę.
Weszła do sklepu z nadmierną pewnością siebie, która zwykle u ludzi nieśmiałych pokrywa ostateczną determinację. Zwróciła się do sprzedawczyni po angielsku – nie rozumiała. Ale zrozumiała gest ku wystawie i zachwyt w oczach klientki. To, co nigdy, w żadnym z polskich sklepów nie było możliwe: zdjęcie towaru z wystawy – zostało dokonane w mgnieniu oka z życzliwym pragnieniem spełnienia wszystkich próśb.
Sprzedawczyni, czy właścicielka sklepu, już niemłoda, ale jeszcze bez wysiłku dbająca o swe kobiece wdzięki, uśmiechnęła się do Dominiki jak matka rozumiejąca, że urodzie córki potrzebna jest właściwa oprawa.
– Pani jest stworzona do tej spódnicy – powiedziała, choć nie można było mieć co do tego pewności. W każdym bądź razie Dominika tak właśnie przetłumaczyła sobie tych kilka cudownie śpiewnych hiszpańskich słów.
– Och, mój Boże! – szepnęła tylko najotwarciej po polsku.
Spódnica leżała znakomicie. Uszyta dla dziewcząt hiszpańskich, cienkich w pasie jak osy, i na Dominice dała się dopiąć w talii, układając się na biodrach w ruchliwą obfitość mieniących się różnymi kolorami marszczeń.
– Och, mój Boże! – powtórzyła Dominika. Sprzedawczyni, zajrzawszy za kotarę przymierzalni, wyciągnęła ją mimo oporu na środek sklepu, poszperała na półkach i wydostała spośród bluzek jakieś małe czarne nic – bez rękawów, z głębokim dekoltem z przodu i z tyłu, i wcisnęła to na Dominikę, bezbłędnie komponując całość.
Dominika wstrzymała oddech. Cztery lustra, ustawione pod różnymi kątami, odbijały jej postać. Sprzedawczyni kołysała głową z zachwytu. Pod jej spojrzeniem Dominika zaczęła się przechadzać od lustra do lustra, na palcach, kołysząc leciutko biodrami, żeby wprawić w płynny ruch wszystkie fałdy spódnicy, wszystkie jej kolory. Cztery lustra odbijały każdy jej krok, jej lekkość, jej smukłość, jej młodość.
Zatrzymała się przed jednym z nich, skubnęła palcami króciutkie włosy, gestem dała do zrozumienia sprzedawczyni, że może lepiej wyglądałaby w tym wszystkim w dłuższej fryzurze.
– Nie, nie, nie! – zaprzeczyła kobieta lub może to właśnie pragnęła usłyszeć Dominika. – Tak jest bardzo dobrze: nagi kark, ruchliwy i giętki jak u ptaka.
I Dominika zaczęła poruszać głową na tym ruchliwym i giętkim jak u ptaka karku, przechylać ją w lewo i prawo, żeby uwydatniła się linia szyi i nagich ramion. Chodziła wciąż między lustrami, a uprzejmy zachwyt sprzedawczyni trwał i zdawał się niewyczerpany. Ale poranne doniesienia radiowe właśnie, być może, się kończyły i Łukasz zaczynał już ze zniecierpliwieniem patrzeć na zegarek – a w Prado poza wszystkimi zgromadzonymi tam wspaniałymi obrazami eksponowano na parterze, jak podawał informator, również gobeliny Goyi, to przede wszystkim powinno ją interesować, nie szmatki z magazynu mód.
Pod niezmiennie olśnionym spojrzeniem sprzedawczyni weszła za kotarę przymierzalni i zdobywszy się na męstwo – tak potrzebne w tej kobiecej sprawie – zdjęła z siebie przywykłe już do jej ciała rzeczy. Nałożyła swoją sukienkę, która wydała jej się teraz smutna i niezgrabna, choć Łukasz powiedział przy śniadaniu, że z tymi kokardkami na ramionach wygląda w niej jak prezent. Opuściwszy przymierzalnię, skierowała się od razu ku ladzie i z uśmiechem położyła na niej spódnicę i bluzkę. Sprzedawczyni zaczęła je pakować.
– Och, nie – Dominika wciąż się uśmiechała, choć usta jej drżały. – Muszę się zastanowić. Może znajdę coś jeszcze bardziej odpowiedniego.
Kobieta, nie rozumiejąc słów, patrzyła na nią zdumiona. Jej ręce zawisły w powietrzu z plastikową torbą, w którą miała zamiar zapakować kupione rzeczy.
– Nie – powtórzyła Dominika, popierając to słowo delikatnym, ale dostatecznie wyraźnym gestem rezygnacji. – Dziękuję. Spódnica jest naprawdę piękna, ale chcę jeszcze zobaczyć, co mają w innych sklepach...
Powoli – i jednak jakby z trudem – zdumionemu spojrzeniu sprzedawczyni powracał dawny zawodowo uprzejmy wyraz.
– Ależ proszę, proszę – powtarzała, układając spódnicę znów na wystawie.
Za progiem Dominika odetchnęła głęboko. Miała uczucie, że dopuściła się szalbierstwa, że przymierzanie rzeczy bez możności ich kupna było wyłudzaniem od sprzedawczyni jej czasu i uwagi, jej kupieckiej uprzejmości. Ale na sąsiedniej wystawie stało letnie i już jesienne obuwie w różnych fasonach i kolorach, i musiała, musiała zobaczyć, jak będą wyglądały na jej nogach te sandałki, trepki, czółenka, półbuty i kozaczki, białe, czerwone, beżowe, brązowe i czarne, z cieniutkiej skórki cielęcej, z zamszu, węża i jaszczurki – rozgrzeszając się więc na ten jeden, jedyny ostatni raz, weszła do sklepu i przymierzyła siedem par, a rozstanie z każdą było równie bolesne, co rozstanie z kolorową spódnicą z sąsiedztwa.
Tym razem sprzedawcą był mężczyzna i znał trochę angielski.
Kiedy uklęknąwszy przed siedzącą w fotelu Dominiką podawał jej obuwie do przymierzenia, widziała pochyloną jego głowę, z nieskazitelnym przedziałkiem w kruczych włosach. Zakocham się w którymś z tych hiszpańskich chłopaków, pomyślała, i pod koniec podróży Łukasz przestanie mi się podobać. Właściwie mógłby być brunetem... Ale czy on nie myśli o tym samym, patrząc na tutejsze dziewczęta? Nie, Łukasz nie... Nie wiadomo dlaczego pomyślała o tym ze smutkiem. W każdym bądź razie zwiedzanie Hiszpanii było wielkim ryzykiem w podróży przedślubnej.
Smagły chłopak zapinał paseczek białego sandałka na kostce Dominiki.
Podniósł oczy, czarne i połyskliwe; oczy chłopców z północy tylko w gorączce miały taki blask.
– Nie za mocno?
Dominika nie odpowiadała, pozwalała, żeby chłopak trzymał palce na jej kostce. Ogarnął ją senny spokój, coś bardzo odległego przybliżyło się i odsunęło wszystko inne.
Kiedy ostatni raz przymierzał jej ktoś obuwie? Kiedy ktoś pochylał się nad jej stopami, dotykał ich łagodnie i troskliwie? Matka, ojciec, tak, tylko oni i było to tak dawno, jakby czas wydłużały niepomiernie wszystkie rzeczy utracone.
– Nie za mocno? – powtórzył ekspedient.
– Ależ nie. W sam raz!
– Te są najlepsze – chłopak jeszcze raz dotknął ciepłymi palcami stopy Dominiki. – Niech pani wstanie i przejdzie się po chodniku.
Białe sandałki na wysokim i cieniutkim obcasie miały lotność skrzydełek wyrastających z pięt Hermesa. Grecki bóg handlu patronował najwidoczniej wszystkim hiszpańskim sklepom, bo i młody ekspedient, tak jak jego sąsiadka zza ściany, nie spuszczał olśnionego spojrzenia z każdego kroku Dominiki. Kiedy sprzedam kilimy, myślała, kupię tę spódnicę i te sandały, należy się to tej kobiecie i temu chłopakowi, nie mam prawa zabijać w nich wiary w ich zdolności, to w naszych sklepach można było bezkarnie przymierzać góry odzieży, nikogo nie obchodziło, czy się kupuje, czy nie, klient mógłby się nawet powiesić na regałach, a nie zwróciłoby to uwagi obsługi.
– Zapakować? – zapytał chłopak, gdy zdjęła obuwie i już włożyła swoje.
Nie patrząc mu w oczy potrząsnęła głową.
– Nie? – zdumiał się.
– Nie. Dziękuję.
– Może są za drogie? – ekspedient wahał się przez chwilę. – Udzielamy dziesięcioprocentowego rabatu zagranicznym klientom. Pani jest...
– Polką.
– Dziesięć procent rabatu! – powtórzył z zapałem. – Macie jakieś kłopoty w waszym kraju...
– Przejściowe – mruknęła Dominika, ucinając tę rozmowę. – A nad tymi sandałkami muszę się jeszcze zastanowić. Nie jestem pewna, czy będą pasować do reszty mojej garderoby. Być może zjawię się po nie jeszcze dziś wieczorem.
Opuściła sklep z uczuciem tego samego szalbierczego czynu, jakie towarzyszyło jej po wyjściu ze składu z damską konfekcją. Ale o kilkanaście kroków dalej nie mogła się oprzeć pragnieniu przymierzenia kilku kapeluszy, a dalej przerzucenia sterty bielizny, stosu rękawiczek, parasolek i torebek.
Zmęczona już trochę, zerknęła na zegarek. Ogarnął ją popłoch, Łukasz musiał być wściekły. Wykazywał wiele pobłażliwości dla prymitywnych babskich ciągot, które ją nękały – ale tym razem chyba przebrała miarę. Puściła się prawie biegiem pewna, że Łukasz przechadzając się nerwowo czeka na nią przed hotelem – tu jednak go nie było. Weszła do hallu w przekonaniu, że tak długo nie mógł siedzieć w rozżarzonym upałem pudle samochodu. Ale w hallu także go nie było. Zapytała recepcjonistę o klucz ich pokoju. Wisiał na swoim miejscu. Z uczuciem wzmagającej się przykrości usiadła na brzegu fotela. To chyba niemożliwe, pomyślała, żeby pojechał beze mnie? A jednak było to możliwe. Wściekła na siebie, przygryzła wargę, żeby nie rozbeczeć się na głos. Pojechał do Prado sam, ponieważ ważniejsze od światowych zbiorów sztuki było dla niej przymierzanie kiecek, butów i kapeluszy...
Jakiś starszy mężczyzna zwrócił na nią uwagę i usiadł na sąsiednim fotelu z wyraźną intencją zaczepki. Zerwała się i wybiegła przed hotel. Jeszcze miała nadzieję, że Łukasz może odszedł tylko na chwilę, że zaraz wróci i najwyżej skarci ją delikatną wymówką, ale on wciąż nie wracał i czekała na niego, ledwo powstrzymując drżenie ust i łzy, tak nieodpowiednie tego pięknego dnia w tym zachwycająco obcym, pełnym niezwykłości i niespodzianek mieście.
Kiedy zdecydowała się wreszcie pójść na parking, żeby na własne oczy zobaczyć puste miejsce po samochodzie, doznała prawdziwego szoku – fiat stał, tak jak zostawili go wczoraj, a Łukasz siedział w nim i powitawszy ją roztargnionym wzrokiem słuchał wciąż wiadomości z kraju, z tego kraju, z którego nie można było wywieźć pieniędzy, a wywoziło się tylko zwielokrotnione ascezą pragnienia.
Dominika zatrzymała się przed wozem, potrzebowała jednak trochę czasu, żeby ochłonąć. Dopiero po chwili usiadła obok Łukasza w rozpalonym jak piec hutniczy wozie.
– Co ty robisz? – zawołała. – Możesz umrzeć w tym upale! Nie chciałam ci przeszkadzać, ale w końcu postanowiłam przerwać ten polityczny onanizm, jakim jest słuchanie wciąż tych wiadomości. Stało się coś? Są jakieś nowe strajki? Czy głodówki?
Łukasz wyłączył wreszcie radio.
– Trwają wciąż obrady przedstawicieli zachodnich banków, które są wierzycielami Polski.
– Nie chcą przedłużyć nam terminu spłaty?
– Wciąż jeszcze nie.
Dominika spuściła głowę.
– To bardzo groźne, prawda? – zapytała cicho, choć nie musiała pytać. Całe radosne podniecenie poranka, które zaofiarowało jej to obce, dalekie od polskich udręk miasto, rozpłynęło się i rozwiało. – Groźne, tak?
– Bardzo.
– Co mogą nam zrobić, jeśli nie zdołamy zapłacić?
– Przede wszystkim nie dadzą centa dalszego kredytu.
– Co jeszcze mówili? – zapytała po długim milczeniu.
– Że w sklepach nie ma mydła, szamponów, proszków do prania i papierosów.
– Na szczęście nie palę. I czego jeszcze nie ma? – krzyknęła.
– Mają być zmniejszone racje mięsa.
– To wszystko? To już możesz na zakończenie powiedzieć także, że w Polsce wciąż leje.
– I rzeczywiście leje.
– Tego można się było spodziewać.
– Jedziemy! Wstąpimy na pocztę. Może jest telegram albo list od ojca. W Warszawie jutro zaczyna się Międzynarodowy Zjazd Architektów, miał wziąć w nim udział.
– Chyba, żeby go zatrzymali w Peru – bardzo ostrożnie powiedziała Dominika.
Zwrócił jednak uwagę na szczególny ton w jej głosie.
– Co masz na myśli?
– Że... w jego sytuacji zawodowej nie musi tak się śpieszyć... z powrotem do kraju.
– Dominiko!
– No co? Nie krzycz na mnie. Sam mówisz, że nie wiadomo, czym się to skończy. I słyszałeś na własne uszy, że obozy uchodźców w Wiedniu nie mogą już pomieścić przybyszów z Polski. A po co narażać się później na status uchodźcy, skoro jest się już za granicą i fetowanym tak, jak twój ojciec w Limie...
– Dominiko! – szepnął Łukasz jeszcze raz, wciąż z potrzebnym mu niedowierzaniem w głosie. Dlaczego ona mnie wzrusza? – myślał, dlaczego wciąż mnie wzrusza, zamiast denerwować albo zasmucać? Patrzył, zapominając o prowadzonej rozmowie, na zwróconą ku niemu twarz Dominiki. Jej szeroko otwarte oczy miały niewinność dobrych intencji.
– Skoro ojciec jest już w Limie – powtórzyła.
– Mam nadzieję, że nigdy nie dowie się o rozmowie, którą wiedliśmy tu na jego temat. – Łukasz wsunął kluczyk do stacyjki, ale przytrzymując jego rękę nie pozwoliła mu zapalić motoru.
– Czytałam gdzieś, że jesteśmy opętani ojczyzną. Że jej nieszczęścia wiążą nas z nią bardziej, niż inne narody dostatek i pomyślność ich krajów.
– Polskie opętanie ojczyzną to chyba także podświadome uczucie winy. Któż w końcu, poza nieszczęsnym położeniem geograficznym, jest autorem wszystkich jej klęsk, począwszy od zaproszenia na tron polski Sasa tylko dlatego, żeby nie powstała dynastia Sobieskich...
– Nie jestem mocna w historii.
– Ja także nie za bardzo. Ale to nie historia, to rejestr okrutnej polskiej lekkomyślności i tępoty, która zawsze wiodła nas ku upadkowi.
– Łukasz! – jęknęła Dominika. – O czym my mówimy? Pod tym niebem bez jednej chmurki? W jednym z najpiękniejszych miast świata?
Głuchy – i nie nazbyt odległy – wybuch targnął powietrzem.
Zamilkli na długą chwilę, a potem Łukasz uruchomił wreszcie samochód.
– Mam nadzieję, że to nie kolejny zamach w tym jednym z najpiękniejszych miast świata – mruknął.
Przed wjazdem na Gran Via ruch był wstrzymany. Jechały na klaksonach samochody Guardia Civil, wojska i policji municypalnej. Ludzie gromadzili się na brzegach chodników.
– Zapytajmy, co się stało – powiedziała Dominika.
– Oni wiedzą tyle, co my. Może tylko domyślają się więcej. Teraz nie dostaniemy się na pocztę, wstąpimy tam w drodze powrotnej.
– A jak dojedziemy do muzeum?
– Bocznymi ulicami. Dobrze, że przestudiowałem rano plan miasta.
– Mój mądrulek – szepnęła Dominika. – Sprzedam dziś kilimy i postawię kolację tak wspaniałemu kierowcy.
W Prado, jakby w mieście nic się nie stało, we wszystkich salach kłębił się tłum zwiedzających. Turystów zbyt drogo kosztował każdy dzień w tym mieście, żeby mieli zwracać uwagę na jakieś zamachy, tak tu pospolite.
Dominika i Łukasz korzystali początkowo tylko ze wskazówek bedekera, rychło jednak spostrzegli, że więcej korzystają dołączając się do wycieczek, prowadzonych przez przewodników posługujących się językiem angielskim. Przed mrocznym obrazem El Greca, rozjaśnionym tylko koronkami, twarzą i dłonią przedstawionego na nim mężczyzny (Portrait of a man with his hand on his breast, przeczytała Dominika w swoim informatorze) spostrzegli, że od pewnego już czasu towarzyszą amerykańskiej wycieczce ze swego hotelu.
– Ona jednak powinna być generałem – szepnął Łukasz, łowiąc uchem suche, ale stanowcze komendy kierowniczki grupy, która przesuwała właśnie obwieszone kamerami panie ku następnemu obrazowi.
– Być może – tym razem zgodziła się z nim w roztargnieniu Dominika. Myślała, czyby nie zawrzeć znajomości z tą energiczną panną i nie pokazać jej kilimów. Imperatywny sposób bycia Amerykanki mógł być pomocny we wmówieniu kilimów którejś pani z wycieczki. Czy polskie tkaniny nie mogłyby zdobić ścian w zasobnych domach za oceanem? Przesuwając się delikatnie ku przodowi grupy, starała się zbliżyć jak najbardziej do jej kierowniczki. Ale panujące przed obrazem skupienie nie pozwalało na zamienienie choćby kilku słów. Był to Chrystus niosący swój krzyż El Greca i przed nim właśnie towarzysząca wycieczce pracownica muzeum pragnęła zwrócić uwagę patrzących na piękno rąk wszystkich postaci przedstawianych przez tego – urodzonego na Krecie, wykształconego we Włoszech, a uchodzącego za najbardziej hiszpańskiego malarza artystę. Ręce Chrystusa złożone na krzyżu nie miały znamion wysiłku i utrudzenia, był w nich spokój odpoczynku, poddania, może pełnej pokory modlitwy. Piękno dłoni było szlachetne i młode, to są ręce dziewczyny, pomyślała Dominika, w dodatku dziewczyny, która właśnie wyszła od manikiurzystki. Myśl ta wydała jej się prawie bluźnierstwem, jakby była w kościele, a nie w galerii obrazów, ale nie mogła się przed nią obronić, a oczy wciąż powracały ku uformowanym w migdał paznokciom, powleczonym jakby nawet leciutkim nalotem lakieru. Co mi jest, pomyślała, że na niczym nie potrafię się skupić jak należy?
Przewodniczka tymczasem wiodła grupę ku następnym obrazom El Greca, potwierdzającym jej poprzednie słowa. I tu na obrazach, przedstawiających Jana Ewangelistę, ukrzyżowanie, rezurekcję czy dwóch świętych, Andrzeja i Franciszka pogrążonych w rozmowie, ręce były nie tylko znakomitym szczegółem obrazu, ale jakby osobnym, obdarzonym nieprzemijającym życiem i wymową, arcydziełem.
To są przede wszystkim ręce szesnastowiecznych Hiszpanów, myślała Dominika wciąż snująca własne dygresje, nie żadnych świętych czy apostołów, ale zwykłych ludzi, których malarz wybierał sobie na modele w swoim ukochanym Toledo. Oni, ci potomkowie Żydów, Rzymian, Wizygotów, Maurów i miejscowej ludności kastylijskiej – mieli te białe wąskie dłonie i długie palce o paznokciach w kształcie migdała, lśniących, jakby powleczone były lakierem. Co robili, czym się trudnili, jakie było ich życie, zanim użyczyli swego wizerunku obrazom, tak od zwykłości ich życia odległym...?
– Idziemy – Łukasz dotknął łokcia Dominiki i skierował ją w stronę, w którą posuwała się amerykańska wycieczka. Mieli przed sobą jeszcze kilka sal z malarstwem hiszpańskim, które – tak sądziła towarzysząca wycieczce pracownica muzeum – głównie interesowało zagranicznych turystów.
Jest tu chyba jakaś kawiarnia, myślała Dominika, znużona obowiązkiem okazywania bezustannego zachwytu i ekstazy, narzucanym przez Amerykanki. Wydało jej się, że w powietrzu muzeum, przesyconym wyobrażoną raczej niż prawdziwą wonią kurzu i wszystkich perfum świata, czuje wyraźny aromat kawy, mocnej i słodkiej, takiej, jakiej już od roku nie piło się w Polsce. Chciała powiedzieć o tym Łukaszowi, ale tak intensywnie wpatrywał się w jakieś płótno, że na pewno nie zrozumiałby nawet, o czym do niego mówi. Poczuła się samotna, jakby zostawił ją samą pośród tego całego tłumu. Prawie z uczuciem buntu przeciwko wszystkim zgromadzonym tu i podziwianym od wieków pięknościom posuwała się wzdłuż ścian, zapełnionych drobiazgowym (dotkliwym chyba, pomyślała, dla portretowanych) realizmem Velazqueza, namiętnym i posępnym rozumieniem świata Goyi, rozmodlonymi Madonnami Murilla... gdy nagle przeniesiona została z powrotem w ascetyczną i mroczną aurę obrazów El Greca – odniósłszy wrażenie, że ktoś na nią patrzy, odwróciła nieznacznie głowę i zobaczyła nachyloną ku sobie twarz mężczyzny i jego błyszczące, czarne, wschodnie oczy, spoglądające ze wszystkich obrazów Kreteńczyka. Jerome Asman bez ciemnych szkieł, które musiał zdjąć dla właściwego widzenia obrazów, nie patrzył jednak na żaden z nich, ale na szafirowo-czerwoną kokardkę zawiązaną na nagim ramieniu Dominiki.
Trwało to długo. Zdjęta nagłym lękiem odwróciła znów głowę ku płótnu na ścianie, ale słodka Immaculata ulatywała teraz w niebo za gęstą zasłoną mgły, zacierającą słynne światłocienie Murilla, o których mówiła właśnie przewodniczka grupy. I te słowa docierały do Dominiki jak przez mgłę, nie mogła się skupić, dopóki ten człowiek stał obok. Dopiero kiedy odszedł, oprzytomniała. Chwyciła mocno ramię Łukasza i odwróciwszy się znów od płócien patrzyła, jak Asman – i tutaj w swojej wyświechtanej kurtce – wciąż nie zwracając uwagi na żaden z obrazów, powoli zmierza ku wyjściu.
– Łukasz – szepnęła. – On tu był.
– Kto?
– Asman. Odszedł przed chwilą. Ale nie oglądał obrazów.
– Pewnie był tu nie po raz pierwszy.
Kiedy wyszli, oszołomieni bogactwem muzeum, ze zbyt może jednak mrocznych sal – na dworze oślepiło ich słońce. Południowy upał łagodził rześki wiatr z gór Guadarramy, reklamowany przez madryckie informatory we wszystkich językach. Madryt położony na wysokości 650 metrów nad poziomem morza, zawdzięczał mu swój wspaniały klimat. Na rozległych trawnikach przed muzeum ćwierkały donośnie wróble.
– Zupełnie jak w Polsce – powiedział Łukasz.
– Zdecyduj się! – krzyknęła. – Jesteś tutaj czy tam?
Załagodził ten wybuch, wskazując kolorowy wózek z lodami. Dominika natychmiast się rozpogodziła.
– Dla mnie pomarańczowe – szepnęła.
Lody sprzedawane były w utwardzonych plastikowych pojemniczkach w kolorze i kształcie pomarańczy. Nawet zielony listek uczepiony był do ogonka, za który podnosiło się wieczko.
– Co ty robisz? – spytał Łukasz prawie z przerażeniem, gdy Dominika, starannie wyjadłszy lody, wrzuciła opróżniony pojemniczek do torby.
– Zabieram na pamiątkę.
– Od granicy czeskiej wciąż ładujesz do samochodu jakieś opakowania.
– Chcę je pokazać w Warszawie. Może zresztą się na nie przerzucę.
– Co zrobisz?
– Przerzucę się na projektowanie opakowań. Dość już mam tych kilimów. Chyba...
– Chyba że co...?
– Że je dziś dobrze sprzedam.
– Jedziemy na pocztę – przynaglił Łukasz.
Pod pałac Poczty Centralnej nie można było oczywiście podjechać. Zaparkowawszy samochód dość daleko na jednej z bocznych uliczek, wrócili pieszo na Calle de Alcala i pozwolili się nieść tłumowi na plac Cibeles, ozdobiony ogromną fontanną bogini płodności – Kybele, podążającej na swoim kamiennym, zaprzężonym we lwy rydwanie w bogate urodzajem hiszpańskie lato. Dominika przebiwszy się przez tłum żądnych ochłody, zbliżyła się do kręgu fontanny, wystawiła twarz pod orzeźwiający chłód kropel, z ramion zsunęła kokardki powiększając dekolt. Jakiś młody Szwed z patriarchalną blond brodą skwapliwie jej w tym pomógł. Jego dwie koleżanki, zadarłszy spódnice, moczyły nogi w fontannie. Dominika w mgnieniu oka zrzuciła obuwie i usiadła obok nich. Wyciągnęły do niej mokre dłonie.
– Ingrid. Harriet. Göteborg.
– Dominika. Warszawa – przedstawiła się także. – Chodź tu do nas! – zawołała do Łukasza.
Zbliżył się, ociągając. Zawsze niezbyt chętny do zawierania przypadkowych znajomości, teraz wyraźnie wzbraniał się przed nawiązaniem kontaktu ze zbyt swobodnymi Szwedami. Brodacz chyba to zauważył. Błysnął uśmiechem pośród swoich blond kudłów i trzepnął Łukasza mokrym łapskiem w plecy.
– Hjalmar!
Łukasz odpowiedział niewyraźnym mruknięciem. Tymczasem Szwedki – obydwie znały angielski – wiodły już z Dominiką ożywioną rozmowę.
– Od dawna w Madrycie?
– Od wczoraj.
– To tak jak my – ucieszyły się nie wiadomo dlaczego. – I długo tu będziecie?
– Jeszcze dwa dni.
– My posiedzimy dłużej. Czekamy na pieniądze. Wy też idziecie na pocztę po pieniądze?
– Nie. Po listy.
– Nasi rodzice korespondują z nami wyłącznie na przekazach pieniężnych – roześmiała się Harriet. Miała piegi, trochę wystające zęby, ale nie ujmowało jej to uroku. – Nie chcieli dać nam pieniędzy na całą podróż, bo bali się, że od razu wszystko przepuścimy i będziemy włóczyć się autostopem głodni i brudni. To mama taka chytra. Poza tym wysyłając pieniądze na określoną pocztę, wie mniej więcej, kiedy i gdzie się znajdujemy.
– Jesteście siostrami?
– Nie. Ale mama Ingrid jest taka sama. Też jej chodzi głównie o to, żeby mieszkać w prawdziwych hotelach, jeść trzy razy dziennie i nie puszczać się.
– Z byle kim – dodała Ingrid. Przyglądała się długo Dominice zza grubych szkieł swoich bardzo dużych, pięknych okularów, potem wzrok przeniosła na Łukasza. – To twój chłopak?
– Tak.
– Od dawna?
– Od przeszło roku.
– O, ho, ho! – zaśpiewały obydwie z podziwem. Teraz i Harriet odwróciła głowę i nie spuszczała spojrzenia z Polaka, który w wyraźnie zniecierpliwionej pozie zatrzymał się przy kręgu fontanny, monosylabami odpowiadając na indagacje kudłatego Szweda.
– Hjalmar nie jest ani mój, ani Ingrid – wyjaśniła, jakby to było konieczne. – Wciąż się nie możemy zdecydować. On także. Znamy się od dziecka – dodała ze smutkiem.
– A w ogóle to w Toledo – uśmiechnęła się Ingrid – czekać ma na nas dwóch studentów z Salamanki. Nie po to przyjeżdża się do Hiszpanii, żeby włóczyć za sobą Szweda. W dodatku takiego, którego zna się od dziecka.
– My także jedziemy do Toledo Dominika wyjęła nogi z wody i trzymała je przez chwilę na słońcu, żeby wyschły. Łukasz niecierpliwił się coraz bardziej. – Już idziemy! – zawołała do niego. – Do widzenia! – potrząsnęła mokre ręce Szwedek. – Może zobaczymy się w Toledo.
– Słuchaj – zatrzymała się Harriet, jakby przyszło jej coś do głowy.
– A do Szwecji się nie wybierasz?
– Na razie nie.
– Nie chcesz zarobić?
– Nie myślałam o tym...
– No to teraz pomyśl.
– Macie biuro pośrednictwa pracy?
– Szukam dla mojej babki panny do... – Harriet zająknęła się leciutko – do towarzystwa. Obiecałam jej, że przywiozę jakąś dziewczynę z Hiszpanii. Oni tu wprawdzie mają wszędzie przyjmowane pieniądze, ale ich nie mają. Rozumiesz coś z tego?
– Wszystko – powiedziała dziwnie twardym głosem Dominika. – U nas jest akurat na odwrót.
– No więc obiecałam babce, że znajdę tu jakąś dziewczynę. Ale przecież to nie musi być Hiszpanka. Zeszłego roku była u babki Polka – także z Warszawy.
– Już nie pracuje?
– Nie.
– Nie chciała?
– Chciała. Tylko wujek Olaf nie chciał.
– Dlaczego?
– Bo się z nią ożenił. Więc co? Może dać ci adres?
Dominika zamyśliła się posępnie.
– Daj – powiedziała w końcu.
Harriet poszperała w swojej ogromnej torbie i wręczyła jej wizytówkę.
– „Johanssons A. B. Skepp Varv” – przeczytała Dominika. – Macie stocznię?
– Tylko większość udziałów, a nazwa firmy po dziadku – uśmiechnęła się Harriet; bosa, w wymiętej i niezbyt czystej spódnicy nie wyglądała na spadkobierczynię Johanssonów z Göteborga.
– Jej babka siusia bez uprzedzenia – szepnęła do ucha Dominice Ingrid.
– Nie bądź złośliwa – Harriet odtrąciła ją od Polki. – Każdemu się to może zdarzyć na starość. Ty też będziesz siusiać bez uprzedzenia, tylko może nie będziesz miała pieniędzy, żeby wynająć sobie pannę do... do towarzystwa. – Pogadamy w Toledo! – zwróciła się do Dominiki. – Tubylcy mogą się tam nie spotkać i przez rok, ale turyści od razu wpadają na siebie: w domu El Greca, w fabryce broni, w katedrze albo synagodze. To są miejsca, które musi się zobaczyć, będąc w Toledo.
– Miejmy nadzieję, że się tam spotkamy – zdawkowo powiedziała Dominika. Łukasz skierował się w stronę pałacu poczty, skruszona i zła na siebie pobiegła za nim.
– Halo! Halo! – zawołała Harriet. – Gdybyś namyśliła się wcześniej, to zadzwoń. Mieszkamy u Ritza. Pokój sto osiemnaście.
– Dobrze – odkrzyknęła, doganiając Łukasza.
– Cóż to za typy – mruknął.
– Jeśli chcesz wiedzieć – nastroszyła się Dominika – to ojciec tej piegowatej ma prawie całą stocznię w Göteborgu.
– I od razu ci to powiedziała?
– Dała mi swoją wizytówkę.
– Po co?
– Ma dla mnie pracę w Szwecji.
– A ty jej szukasz?
– Nie szukam, ale może będę szukała.
– Dominiko!
– O, Boże! Co takiego powiedziałam? Tomasz jest tak samo architektem, jak ty, a pojechał z Ewą do Szwecji na zbiór truskawek i po kilku tygodniach przywieźli sześćset dolarów, nie licząc różnych świetnych rzeczy co najmniej za setkę...
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
