Wydawca: Initium Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Most Marzeń. Efemera. Tom trzeci ebook

Anne Bishop

(0)
Promocja
34,90 24,90
Do koszyka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Most Marzeń. Efemera. Tom trzeci - Anne Bishop

Efemera to dziwna i magiczna kraina. Składa się z krajobrazów połączonych jedynie mostami, które często przenoszą ludzi w miejsca, gdzie naprawdę przynależą, zamiast w te, w które chcą się udać.

Kiedy Gloriannie Belladonnie, utrzymującej Efemerę w równowadze, zaczynają zagrażać czarownicy, jej brat Lee postanawia poświęcić się dla jej dobra. W efekcie, pozbawiony wzroku, trafia do azylu dla umysłowo chorych w Mieście Wizji daleko od swoich rodzinnych części świata.

Tymczasem w Wizji pojawia się Mrok, którego natury nie potrafią zgłębić nawet szamani opiekujący się miastem i jego mieszkańcami. Danyal, jeden z nich, zostaje mianowany strażnikiem Azylu. Ponieważ jego serce tęskni za czymś nieznanym, intrygują go opowieści Lee o mostowych, krajobrazczyniach i czarownikach. Z pomocą Zhahar pracownicy Azylu, która ukrywa własne mroczne sekrety Lee stopniowo odzyskuje wzrok, jego opowieści zaś nabierają potężnej mocy, pozwalając Danyalowi i Zhahar poznać świat skrajnie odmienny od wszystkiego, co dotąd znali.

By przepędzić z Miasta Wizji niebezpieczeństwo, Danyal, Lee i Zhahar będą musieli odkryć, kim są naprawdę... i jak niebezpieczni potrafią być.

Opinie o ebooku Most Marzeń. Efemera. Tom trzeci - Anne Bishop

Fragment ebooka Most Marzeń. Efemera. Tom trzeci - Anne Bishop

Anne Bishop

Most marzeń

Efemera, tom trzeci

Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska

Kraków 2013

Tytuł oryginału: Bridge of Dreams

Copyright © 2012, Anne Bishop

All rights reserved

www.annebishop.com

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM

Cover illustration by Larry Rostant Represented by Artist Partners Ltd

Tłumaczenie z języka angielskiego: Monika Wyrwas-Wiśniewska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Anna Płaskoń-Sokołowska, Natalia Musiał

Ilustracja na okładce: Larry Rostant

Projekt okładki, skład i łamanie: Patryk Lubas

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

Zamówienia hurtowe:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

tel. (22) 721 70 07 lub 09

e-mail:biuro@olesiejuk.pl

Ogólnopolski System Dystrybucji Wydawnictw Azymut Sp. z o.o.

tel. (42) 680 44 12 do 22

e-mail:telemarketing@azymut.pl

Platon Sp. z o.o.

tel. (22) 329 50 00, (22) 631 08 15

e-mail:platon@platon.com.pl

Wydanie I

ISBN 978-83-62577-32-3

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail:info@initium.pl

Dla Lorny MacDonald Czarnota

Merri Lee Debany i Barb Markello

– towarzyszek w podróży przez krajobrazy

Podziękowania

Bardzo dziękuję Blairowi Boone'owi za to, że nadal jest moim pierwszym czytelnikiem, Debrze Dixon za to, że jest moim drugim czytelnikiem, Dorannie Durgin za prowadzenie mojej strony internetowej, Adrienne Roehrich za prowadzenie fanpage’u na Facebooku, Nadine Fallacaro za informacje w kwestiach medycznych, Anne Sowards i Jennifer Jackson za pomoc w pisaniu tej opowieści, Pat Feidner – tak po prostu – oraz wszystkim czytelnikom, którzy odbywają ze mną tę podróż. Niech wasze serca podróżują bez bagażu.

Dawno temu, w czasach, które zniknęły z pamięci, łzy matki przekute zostały w most, który odtąd zawsze już łączy moc żywego, wciąż zmieniającego się świata z ludzkim sercem.

– Mit

Czy ważniejsze jest to, co widzimy oczami, czy to, co widzimy sercem?

– Przysłowie z Miasta Wizji

Belladonna zerwała nam ludzkie maski i ujawniła, kim naprawdę są Mroczni Przewodnicy – głosami skłaniającymi serca, by odwróciły się od Światła i karmiły przepływające przez świat prądy Mroku swoją samolubnością i chciwością, a przede wszystkim swoją przemocą.

Kiedy nosiłem maskę, chodziłem wśród ludu Efemery. Byłem czarownikiem, kimś poważanym i wzbudzającym strach, gdyż pełniłem funkcję Czyniącego Sprawiedliwość dla najważniejszych obywateli w przydzielonym mi krajobrazie – dla tych, którzy idąc za podszeptem moich perswazji, mogli uczynić największe zło – zgasić Światło w innych sercach.

Ale Miasto Czarowników, nasza twierdza, zniknęło. Zostało oderwane od świata i zapieczętowane wraz z krajobrazami, które należą do Zjadacza Świata. Ponieważ do miasta nie można już dotrzeć, nie ma też czystej krwi samic, które służyły nam do rozrodu. Tylko kilku Mrocznych Przewodników przebywało w innych krajobrazach, kiedy Belladonna zmieniła nasz świat. Tylko kilku z nas uniknęło zamknięcia w tej klatce. Teraz ukrywamy się w innych fragmentach świata.

Oczywiście nadal mamy do pomocy czarowników – potomków Mrocznych Przewodników, którzy skazili czystość naszej krwi, parząc się z ludzkimi kobietami. Posiadają oni moc, która jest darem mrocznych aspektów świata, a co najważniejsze – nadal wyglądają jak ludzie.

Kiedy oczom wszystkich ukazała się moja prawdziwa twarz, czarownicy, dowodząc swej lojalności, zarezerwowali Mrocznym Przewodnikom miejsca na statkach, które przywiozły nas do tego miasta. To oni znaleźli dla nas bezpieczne schronienie, z perspektywy którego mogę badać szczególną naturę tego miasta i planować, jak wykorzystać ją na naszą korzyść.

Mogę tu stworzyć naszą nową twierdzę, na podobieństwo Miasta Czarowników. Po cichu, ostrożnie, mogę odbierać części miasta ich obecnym opiekunom i zmieniać je w mroczne krajobrazy, w których znowu będziemy mogli rządzić.

W tych kawałkach świata, które znaliśmy wcześniej, fundamentem Efemery były krajobrazczynie. To przez ich serca przepływają prądy Mroku i Światła, to one powstrzymują Efemerę od manifestowania chaosu pragnień innych serc. Tutaj takie istoty nazywane są szamanami. Strzegą oni miasta i kierują wszystkim, a ich zarozumiałość wypływa z przekonania, że nie mają żadnych rywali.

Nie wiedzą nic o nas ani o czarownikach. Nie wiedzą, czego powinni szukać. Oślepieni własną ignorancją, mogą się jedynie dziwić, dlaczego fragmenty ich miasta nagle znikają im z oczu, wyrywają się spod ich kontroli.

Obecnie mamy punkty oparcia w dwóch dzielnicach miasta. Niedługo całe ulice znajdą się pod kontrolą moich czarowników. Szamani nas nie znajdą.

Nie znajdzie nas Belladonna.

– Księga Mrocznych Tajemnic

Rozdział 1

Lee wszedł za Sebastianem na most stacjonarny łączący Wyspę we Mgle z resztą Sanktuarium. Kilka miesięcy temu w zasadzie nie można się było tu dostać. Wciąż nie było to łatwe – pilnowała tego sama Efemera – ale rodzina i kilkoro przyjaciół mogło odwiedzać Gloriannę Belladonnę w miejscu, które nazywała domem.

– Mogliśmy się tu dostać na mojej wyspie – stwierdził Lee nadąsanym tonem. Jego mała wyspa zawsze znajdowała się w pobliżu. Był to niewielki kawałek świata, który Lee potrafił nakładać na inne krajobrazy − zarówno mroczne, jak i dzienne. Lee był mostowym, tworzył połączenia pomiędzy rozbitymi fragmentami świata, a jego praca czasami kazała mu zapuszczać się w odległe – i niebezpieczne – miejsca. Ale dzięki tej wyspie, zakotwiczonej w Sanktuarium, miał pewność, że bez względu na wszystko zawsze znajduje się zaledwie o krok od domu.

– Mogliśmy się tu dostać na twojej wyspie – zgodził się Sebastian. – I zrobilibyśmy tak, gdybym to ja towarzyszył ci podczas tej wizyty. Ale ponieważ to ty towarzyszysz mnie, skorzystamy z mostu.

– Jak sobie chcesz.

Lee zrobił kilka kroków w stronę piętrowego domu z kamienia, w którym Glorianna mieszkała teraz z Michaelem. Potem zatrzymał się i potarł lewą rękę. Michael złamał mu ją podczas bójki, która wybuchła, gdy próbował powstrzymać członków rodziny przed przejściem do tego okropnego krajobrazu stworzonego przez Gloriannę, żeby uwięzić Zjadacza Świata. Wszyscy wybaczyli już czarodziejowi rolę, jaką odegrał w tworzeniu tej klatki – szczególnie że znalazł sposób na sprowadzenie Glorianny z powrotem – ale Lee, zawsze kiedy odwiedzał Wyspę we Mgle, czuł ból ręki. Nie potrafił powiedzieć, czy boli go zrośnięta kość, czy może ból ma jakiś związek z człowiekiem, który mu ją złamał.

– Stąd nie widać jeszcze czy są w domu – zauważył Sebastian.

– A gdzie mieliby być? – spytał Lee z goryczą. – Glorianna nie opuściła tej wyspy od… swojego powrotu.

– To było zaledwie kilka tygodni temu – powiedział Sebastian cicho. – Nie wiemy, co przeżyła, kiedy przebywała w tamtym miejscu. − A jeśli czarodziej miał rację i stała się potworem, którego obawia się samo Zło? My też nie mamy pojęcia, czego się tam dopuściła, pomyślał Lee. – Ona potrzebuje czasu, żeby dojść do siebie – tłumaczył Sebastian. − Żeby się uleczyć.

– Naprawdę myślisz, że się uleczy? – Lee praktycznie wypluł te słowa. – Dla ciebie to tylko przytulanki i buziaczki, prawda? Część Glorianny wróciła. Czyż nie jesteśmy bohaterami?

Sebastian zacisnął prawą pięść, przypominając w ten sposób Lee, że obecnie ma do dyspozycji moc czarowników, która drzemała w nim aż do ubiegłego roku. Ten inkub mógł ją wykorzystać z naprawdę zabójczym efektem.

– Jak sobie chcesz – powiedział Sebastian, ruszając znów w stronę domu. – Ale jeśli z powodu naszej dyskusji w ogrodach Glorianny pojawią się chwasty albo kamienie, sam je posprzątasz.

Lee skierował się ku otoczonemu murem ogrodowi, w którym mieściły się krajobrazy Glorianny − kawałki świata, równoważone za pomocą rezonansu jej serca. Sebastian tymczasem skręcił do piaskownicy, jak Glorianna nazywała teren zabaw z Efemerą. Rad nierad, Lee zawrócił i poszedł za nim.

Piaskownica była to drewniana, wysoka do połowy łydki skrzynia, mniej więcej wielkości małżeńskiego łoża, wypełniona piaskiem. Przylegała do niej druga skrzynia, o połowę krótsza i wypełniona żwirem. W środku stała ławka. Glorianna stworzyła to miejsce dla Efemery, żeby świat mógł się tam bawić bez żadnych konsekwencji dla krajobrazów, w których żyli ludzie. To właśnie ten plac zabaw Sebastian i Michael wykorzystali, by dotrzeć do Belladonny.

Michael klęczał na jednym kolanie w skrzyni ze żwirem, a jego twarz osłaniał przed letnim słońcem bezkształtny brązowy kapelusz. Może spod dużego ronda nie zauważył przybyszy, ale Lee podejrzewał, że raczej był zbyt skupiony na rzeczach znajdujących się w skrzyni z piaskiem.

– Och, daj spokój, dzikie dziecko. Już wystarczy. Nie to miałem na myśli. Przestań mi je przynosić…

Sebastian uśmiechnął się szeroko na widok garści kieszonkowych zegarków, sterczących z piasku. A potem roześmiał się głośno, kiedy z podłoża wynurzył się pozbawiony wskazówek kominkowy zegar.

– Na Opiekunów i Przewodników! – wybuchnął Lee. – Co ty robisz?

Michael, zaskoczony, zachwiał się i omal nie upadł. Rzucił gościom kwaśne spojrzenie i ostrożnie wyszedł ze skrzyni.

– To tylko nieporozumienie. Ja to naprawię. W końcu…

Z piasku wynurzył się kolejny zegarek kieszonkowy, niczym błyszcząca, złota ostryga.

– Uczysz świat kraść?

– Nie. – Michael zaczerwienił się gwałtownie i ściągnął z głowy kapelusz.

– Więc o co tu chodzi? – Lee wskazał teren zabaw.

– Zwykłe nieporozumienie – odparł czarodziej, teraz już z rozdrażnieniem w głosie.

– Nauczyłeś Efemerę kraść. – Lee spiorunował wzrokiem chichoczącego Sebastiana. – Wy dwaj pasujecie do siebie lepiej, niż myślałem.

– Uważaj na słowa – rzucił Michael ostrzegawczo.

− Na światło dnia… − Lee zaklął pod nosem.

Doskonale wiedział, że pod wpływem rezonansu ludzkiego serca Efemera się zmienia. A na wyspie Glorianny świat reagował na ludzkie uczucia bardziej niż w jakimkolwiek innym miejscu.

Chwilę później wszyscy trzej zatkali sobie nosy i odskoczyli od siebie gwałtownie.

– Czarodzieju! – wykrzyknął Sebastian. – Czy ty puściłeś bąka?!

Michael prychnął i ruchem głowy wskazał piaskownicę.

– Cuchnące ziele – wyjaśnił przez nos. – Dzikie dziecko tworzy je, kiedy ktoś przeklina. A jeśli zastanawiasz się, kto skłonił Efemerę do tworzenia śmierdzącej pierdami rośliny za każdym razem, kiedy ktoś zaklnie, uprzedzam, że to nie byłem ja. – Odwrócił się, wskazał zielsko i powiedział stanowczo: – Lee nie wszedł do piaskownicy, żeby się z tobą bawić, więc nie należało zmieniać jego słów w rośliny.

Sadzonka pokornie zniknęła w piasku, ale zapach nie ulotnił się równie szybko, więc wszyscy trzej odeszli kawałek dalej.

– Naprawdę nauczyłeś świat kraść? – spytał Sebastian.

– Nie – zaprzeczył Michael stanowczo, ale potem zawahał się. – Przynajmniej nie sądzę. Powiedziałem tylko… – Odszedł jeszcze kilka kroków od piaskownicy i zniżył głos do szeptu. – Powiedziałem tylko, że chciałbym ukraść nieco czasu, żeby Glorianna nie musiała od razu podejmować obowiązków krajobrazczyni i odpoczęła trochę dłużej.

– I od tej pory Efemera przynosi ci zegary? – Sebastian znów zaczął się śmiać.

– Tak, to całkiem zabawne, póki nie musisz nikomu wyjaśniać, skąd masz cały worek zepsutych kieszonkowych zegarków – mruknął Michael.

– Wszystkie są zepsute? Czyli świat nie zakrada się ludziom do domów i nie…

– Nawet nie waż się tego pomyśleć – powiedział Michael ostrzegawczo. – Jestem prawie pewien, że zbiera je ze śmietników w różnych krajobrazach. Przynajmniej taką mam nadzieję…

– Mogę spytać Daltona, czy nikomu w Aurorze nie zginął zegarek kieszonkowy albo zegar na kominek – zaproponował Sebastian. – Pilnuje porządku w wiosce i na pewno zgłoszono by mu taką tajemniczą kradzież.

– Och, bez wątpienia – zgodził się Michael. – A gdybym miał garść diamentów i ze dwa szmaragdy wielkości wróblego jaja, zapewne zdołałbym zapłacić za wszystko, co dzikie dziecko zabrało bez pozwolenia.

Jak na zawołanie spod ziemi zaczęły wyskakiwać klejnoty, z taką siłą i prędkością, że tylko migały im przed oczami. Sebastian zdołał złapać jeden. Otworzył dłoń, popatrzył na szmaragd i podał go Michaelowi. Potem bez słowa zaczął przeszukiwać trawę. Znalazł drugi szmaragd i liczne diamenty. Oddał kamienie Michaelowi, prócz jednego diamentu, który wrzucił do kieszeni koszuli.

– Znaleźne – powiedział z uśmiechem.

– Proszę bardzo – westchnął Michael. – Gdybym wiedział, że mogę mieć klejnoty na każde życzenie, dawno byłbym bogaczem.

– Nigdy nie poprosiłbyś o więcej, niż potrzebujesz – stwierdził Sebastian.

– Może. A może nie. Prawda jest taka, że dzikie dziecko nie robiło mi takich prezentów, dopóki nie założyłem swojego ogrodu w ogrodach Glorianny.

Lee, który doszedł do wniosku, że ma dość ich przekomarzanek, ruszył ku bramie ogrodu swojej siostry. Wślizgnął się do środka i poszedł ścieżką ku klombom, które reprezentowały Sanktuarium. Kiedyś każde z tych miejsc egzystowało osobno, odizolowane od innych przez odległość i naturę świata. Później Glorianna połączyła je, żeby Opiekunowie Światła mogli się ze sobą komunikować. Większość tych miejsc nadal trzymała się z dala od pełnego pośpiechu codziennego życia, ale krajobraz, który ludzie brali przeważnie za całe Sanktuarium, był otwarty dla wszystkich. Każdy mógł tam odpocząć i przejść odnowę duchową.

Każdy, kogo serce rezonowało z Sanktuarium.

Czy Glorianna nadal rezonowała z Miejscami Światła? Jeśli przejdzie przez rezonujący most łączący jej wyspę z Sanktuarium, to czy znajdzie się we właściwym miejscu? Czy może Efemera wyśle ją gdzie indziej? A jeśli już znajdzie się w innym miejscu, to czy wróci do swojego ogrodu, jeśli zrobi krok pomiędzy tu i tam? Czy zniknie w krajobrazie rezonującym z Belladonną?

Przez całe życie Lee pomagał jej w pracy; był nie tylko jej bratem, ale i najbliższym przyjacielem. Poza rodziną miał niewielu przyjaciół, ponieważ tak bardzo musiał uważać na słowa, na to, komu może zaufać.

Odkąd opuścił szkołę i zaczął podróżować, sprawdzając mosty, stacjonarne i rezonujące, którymi można było przechodzić między jedną częścią Efemery a drugą, poznał wielu ludzi. Nie brakowało mu też niezobowiązujących miłostek. Ale z nikim nie mógł dzielić życia, bo nikomu nie zaufał na tyle, by powierzyć mu rodzinny sekrety – a przedstawienie kogoś rodzinie było równe ze zdradą przynajmniej niektórych jej członków.

Lee westchnął i potarł rękę. Nie chodziło tylko o kość, którą złamał mu Michael. Czarodziej zniszczył również przyjaźń, która się między nimi rodziła − zawiódł jego zaufanie. Zdrada bolała równie mocno, jak złamana ręka. A jeszcze bardziej bolało go to, że Michael poprosił o pomoc Sebastiana, kiedy szukał drogi do krajobrazu, do którego tak naprawdę nikt nie powinien móc dotrzeć. Zwrócił się do Sebastiana, który był tylko kuzynem Glorianny, zamiast przyjść do jej brata − mostowego, który zrezygnował z własnego życia, by ją wspierać.

Czarodziejowi i inkubowi czarownikowi powiódł się ich plan – stworzyli most ze wspomnień, serca i muzyki, dość mocny, by ściągnąć Belladonnę z powrotem na Wyspę we Mgle. A także tę jej część, która należała do Światła. Tę część, która była Glorianną.

Pocierając dłonią pierś, jakby to mogło złagodzić ból serca, Lee po raz ostatni objął wzrokiem punkty dostępowe prowadzące do Światła i ruszył ku tej części ogrodu, gdzie − jak był pewny − znajdzie swoją siostrę.

Ostatnio wiele godzin spędzała, siedząc na małej ławeczce, którą ustawiła przed klombami zawierającymi punkty dostępowe do jej mrocznych krajobrazów. Przestała pielić inne części ogrodu, ale tę związaną z mrocznymi krajobrazami utrzymywała w perfekcyjnym niemal porządku.

Podszedł do niej, specjalnie szurając głośno butami na żwirowej ścieżce, ale nie odwróciła się.

– Masz ochotę na towarzystwo? – spytał.

Dopiero teraz odwróciła głowę.

Lee ujrzał przed sobą Belladonnę, kobietę, która wygnała Światło z własnego serca, by zmienić się w potwora, którego boi się samo Zło. W jej oczach dostrzegł czyste okrucieństwo, mroczne pragnienie, by posłać go do krajobrazu, w którym jedyną kochanką człowieka jest cierpienie.

Potem jej twarz nagle zmieniła się. Teraz uśmiechała się do niego Glorianna.

– Jasne.

Przesunęła się na ławce, robiąc mu miejsce.

Zawahał się, czy usiąść tak blisko niej – i od razu znienawidził siebie za to wahanie.

– Coś interesującego? – spytał, usiłując przypomnieć sobie, jak to było, kiedy rozmowa z nią nie sprawiała mu żadnych trudności.

– Tak – odparła, wskazując trójkąt porośnięty trawą.

Lee przyjrzał mu się i zmarszczył brwi.

– Chciałaś, żeby ten trójkąt znalazł się bliżej Gniazda, i dlatego poprzestawiałaś punkty dostępowe do innych mrocznych krajobrazów?

– Niczego nie ruszałam. To dzieło Efemery. – Glorianna również zmarszczyła brwi. – Gniazdo Rozpusty nadal znajduje się w samym środku rezonujących ze mną mrocznych krajobrazów, ale Efemera przeniosła ich punkty dostępowe w taki sposób, żeby zrobić miejsce na to nowe połączenie.

– Ale ten krajobraz jest połączony wyłącznie z Gniazdem – zauważył Lee.

– Inne mroczne krajobrazy również nie są ze sobą połączone, chyba że przez Gniazdo, więc nic w tym dziwnego. Poza tym krajobrazy demonów nie są zbyt gościnne.

– Wesołkowie są gościnni. Zawsze cieszą się, mając kogoś na obiedzie – powiedział figlarnie. Tak naprawdę nieszczęśnik, który miał pecha wpaść do ich krajobrazu, zwykle sam kończył jako obiad. Glorianna nie uśmiechnęła się do niego z przyganą, nie trąciła go łokciem. Kiedyś tak właśnie by zrobiła. Kiedy jeszcze była jego siostrą… Zanim rozbiła swoje serce, żeby ocalić świat. – Więc gdzie jest ten krajobraz? – spytał.

– Nie wiem. Właśnie dlatego to takie zaskakujące. Nie rezonuje ze mną jeszcze, ale Efemera najwyraźniej uważa, że do tego dąży. Zupełnie jakby rezonowała ze mną tylko część, ale to nie wystarczy, żeby…

– Nie! Nie przejdziesz tam! – krzyknął Lee, zrywając się na równe nogi. – Nie wiesz nic o tym miejscu, wyjąwszy fakt, że jest to mroczny krajobraz!

– Masz rację. Nic nie wiem – powiedziała Belladonna i odwróciła głowę. – Powinieneś już iść.

– Glorianno…

– Proszę, Lee. Wyjdź z mojego ogrodu. Już.

Cofnął się o krok. Potem o następny. Nie chciał zadawać jej tego pytania, ale była jego siostrą i nadal ją kochał.

– Chcesz, żeby przyszedł tu Michael? Albo Sebastian?

– Nie. Nie chcę teraz nikogo w moim ogrodzie.

Miał wrażenie, że jego serce zamknęło się gwałtownie. Ciągle nie mógł opanować bólu z powodu tego, co zrobiła, żeby ocalić ich wszystkich, z powodu tego, jaka po tym wróciła. Czy właśnie wyraził ten ból o jeden raz za dużo?

– Przepraszam, Glorianno – powiedział.

– Ja też.

− Do zobaczenia…

Kiedy odchodził, zostawiając siostrę sam na sam z jej mrocznymi krajobrazami, usłyszał jeszcze jej głos:

– Usłysz mnie, Efemero.

Nie był pewien, kto wzywał świat – Przewodnik, który kroczył w Świetle, czy potwór, który rządził Mrokiem.

Krążyła po tych krajobrazach, zawijając jedne na drugie, zmieniając je w labirynty, które opiewały czystość jej Mroku, w labirynty, w których nie było spokoju, nie było bezpieczeństwa. Te uczucia nie należały do jej świata. Stworzyła go z brutalnego piękna, pochodzącego z nierozcieńczonych uczuć, które żyły w mrocznej części ludzkiego serca. Była wysublimowanym szaleństwem, cudowną wściekłością, boską obojętnością.

W miarę upływu tygodni Światło − ta część jej, która nosiła imię Glorianna – stawało się tylko bladym snem, niknącym wspomnieniem, bolącą czasami blizną.

Teraz, tutaj, była Belladonną.

Tylko Belladonną.

Podciągnęła nogi na ławkę i oparła czoło na kolanach. Drżała z wysiłku, by nie wydać Efemerze żadnego polecenia, choć prądy Mroku i Światła krążyły wokół niej, usiłując rezonować z tym, czego pragnęło jej serce.

Niestety, kiedy nie była czujna, budziło się w niej pragnienie nierozcieńczonej mocy, takiej, jaką posiadała w mrocznym krajobrazie, który stworzyła dla Zjadacza Świata. Miała tam pozostać na zawsze. Wojowniczka Światła musi się napić z Czary Mroku i wygnać Światło ze swego serca. Kiedy to zrobiła, stała się zagrożeniem dla otaczających ją ludzi.

Jednak Michael, Sebastian i Efemera znaleźli sposób, żeby do niej dotrzeć; zmusili ją, żeby przypomniała sobie, kim kiedyś była. Słysząc muzykę serca Michaela, wykorzystała punkt dostępowy, który stworzyła dla niej Efemera, i zrobiła krok pomiędzy tu i tam.

Robiąc ten krok, przyjęła z powrotem Światło, które wygnała ze swojego serca. Ale nie była już jednością. Nie była Glorianną Belladonną. Była Glorianną i Belladonną. Dwiema osobami. Przeciwstawionymi sobie. Czymś na podobieństwo mrocznych krajobrazów i Sanktuarium. Problem polegał na tym, że brakowało jej wspólnej ziemi i nie miała pojęcia, jak to naprawić. Nie wiedziała, czy ktokolwiek to potrafi.

A teraz pojawił się ten tajemniczy krajobraz, który nie był jeszcze jej. Podejrzewała, że jego rezonans wystarczy, by mogła do niego przejść i sprawdzić, co to za miejsce – i gdzie się znajduje. Miała jednak wrażenie, że to nie jest mroczny krajobraz, chociaż Efemera uznała, że powinien zostać połączony z Gniazdem. Nie wydawał się też krajobrazem należącym do Światła.

Nie była pewna, czy ten kawałek świata rezonuje z Glorianną, czy z Belladonną.

W prądach mocy Efemery na krótką chwilę pojawiła się zmarszczka. Po chwili przemknęła też przez Gloriannę. A właściwie przez obie jej części.

Może to nie krajobraz ze mną rezonuje… pomyślała, unosząc głowę, by przyjrzeć się trójkątowi trawy.

Ktoś przebywający w tym krajobrazie chciał czegoś tak bardzo, że życzenie jego serca poruszyło prądy mocy – i odnalazło ją, ponieważ była nie tylko potężną krajobrazczynią, ale i Przewodnikiem Serca.

Zdjęła nogi z ławki, po czym podciągnęła je znowu, ponieważ żwir ścieżki poruszył się niespodziewanie pod jej stopami. Chwilę później wychynął z niego kieszonkowy zegarek.

Niedobrze… pomyślała, sięgając po czasomierz mniej więcej z takim entuzjazmem, z jakim podnosi się przyniesioną przez kota w prezencie mysz. Jednak nim zdążyła go dotknąć, zegarek z powrotem schował się w żwirze.

Popatrzyła na ścieżkę, a potem na trójkąt trawy.

– Jeszcze nie czas, żebym tam przeszła?

tak tak tak…

No cóż. Przynajmniej zrozumiała przesłanie Efemery.

Pomyślała, że powinna spytać swojego kochanka, gdzie – i w jaki sposób – dzikie dziecko zdobyło ten zegarek.

I wtedy usłyszała muzykę. Michael opiekował się ogrodem, który założył w jej ogrodzie, grając na swoim metalowym flecie. Słyszał pieśń jakiegoś miejsca i równoważył je swoją muzyką. W ten sposób moc czarodzieja łączyła się ze światem. Choć potrafił również przynosić szczęście lub pecha.

Rzuciwszy ostatnie zamyślone spojrzenie na trójkąt trawy, Glorianna ruszyła za dźwiękiem fletu, aż dotarła do ogrodu Michaela.

Gdy ją dostrzegł, skończył grać i uśmiechnął się z lekkim zmieszaniem.

– Co dziś robiliście z dzikim dzieckiem? – spytała.

– To zależy – odparł. – Lubisz diamenty i szmaragdy?

tak tak tak…

– Zagraj coś jeszcze, czarodzieju – powiedziała, dobrze wiedząc, że nie należy odpowiadać, kiedy Efemera tak bardzo chce ją zadowolić.

– Lee!

Klnąc w duchu, Lee odwrócił się i zaczekał, aż dogoni go człowiek, który opuścił właśnie dom dla gości w Sanktuarium. Gdyby nie musiał uzupełnić zapasów jedzenia, mógłby wymknąć się stąd niepostrzeżenie, tak jak niepostrzeżenie wymknął się z Wyspy we Mgle, kiedy wyszedł z ogrodu Glorianny.

– Szlachetny Yoshani – powiedział. – Ty też chcesz się ze mną pokłócić?

– A z kim się dziś kłóciłeś? – spytał Yoshani, a w jego ciemnych oczach Lee dostrzegł jedynie współczucie.

– Z Michaelem. Z Sebastianem. Z Glorianną… – Mostowy odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć w te oczy. – Wszyscy uważacie, że jestem w błędzie, że powinienem po prostu zaakceptować fakt, iż ona nigdy już nie będzie taka jak kiedyś, i zawrzeć pokój z Michaelem, ponieważ jestem jej bratem, a on jest jej mężem pod każdym względem, wyjąwszy oficjalną przysięgę – wyrzucił z siebie jednym tchem.

– Michael przysiągłby jej bez wahania. To Glorianna Mroczona i Mądra nie jest gotowa uczynić tego kroku. – Yoshani zawahał się. – Nie pytałeś mnie o radę, ale ponieważ stoimy na ziemi Sanktuarium, i tak ci jej udzielę. Chowasz w sercu wiele złości i urazy. Zaciemnia to twoją zdolność postrzegania ludzi, którzy cię otaczają, takimi, jakimi naprawdę są. Być może jest ci to teraz potrzebne, ale ktoś, kto wykonuje taką pracę jak ty, nie może sobie pozwolić na podobne uczucia. Ludzie się zmieniają, Lee. Świat się zmienia. Wiesz o tym lepiej niż inni. Nie pozwól, żeby mroczne uczucia zmieniły cię tak bardzo, byś nie zdołał odszukać drogi powrotnej do domu.

– Zawsze będę mógł wrócić do domu – powiedział Lee ostro, choć słowa Yoshaniego wywołały dziwny dreszcz.

– Tak? – spytał Yoshani łagodnie. – Jeśli nie chcesz się widywać z krajobrazczynią, to czy zdołasz odnaleźć jej krajobrazy?

Lee zrobił kilka kroków.

– Muszę już iść – oświadczył.

– Zrób przysługę rodzinie i przyjaciołom. Wracaj co drugi dzień do Sanktuarium, żebyśmy wiedzieli, że miewasz się dobrze. W krajobrazach znajdujących się poza kontrolą twojej matki i siostry nadal ukrywają się czarownicy i Mroczni Przewodnicy. A mostowi, którzy przetrwali atak Zjadacza, wciąż tworzą nowe mosty dla ludzi, którzy powinni zmienić miejsce pobytu.

Właśnie dlatego Lee musiał udawać się na patrole i zachowywać czujność. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że rada Yoshaniego była rozsądna.

– Dobrze – powiedział. – Będę udawał się do krajobrazów Glorianny i mamy na mojej wyspie, żeby nie tracić czasu w drodze. A co drugi dzień zjawię się tutaj i poinformuję ciebie albo Brighid o moich dalszych planach.

– Świetnie. – Yoshani uśmiechnął się. – Podróżuj bez bagażu, Lee.

Lee ukłonił się sztywno i ruszył w stronę strumienia, na środku którego znajdowała się mała wyspa − jego własny, prywatny krajobraz, spoczywający na moście jego woli, kiedy nakładał go na inne krajobrazy. Z tego powodu bezpieczne schronienie Sanktuarium znajdowało się zawsze nie dalej niż o krok.

Zwinnie przebiegł po kamieniach, wskoczył na wyspę i zachwiał się, straciwszy nagle równowagę.

Czy naprawdę była taka chwila, kiedy nie czuł wyspy pod stopami? Ale przecież był w Sanktuarium, gdzie jego wyspa istniała fizycznie. Jak to możliwe, żeby jej tu nie było?

Przeszedł na środek wyspy i postawił plecak koło fontanny, a właściwie koło misy z czarnego kamienia, do której wodę doprowadzała pusta trzcina. Starannie sprawdził całą wyspę, żeby mieć pewność, iż nic się nie zmieniło. Potem nałożył ją na krajobraz utrzymywany przez Nadię, jego matkę.

Niech twoje serce podróżuje bez bagażu. Ponieważ to, co ze sobą przyniesiesz, stanie się częścią krajobrazu.

Błogosławieństwo Serca było jedną z pierwszych rzeczy, jakich nauczył się Lee. Ale po raz pierwszy w życiu, a przeżył już dwadzieścia dziewięć lat, słowa te sprawiły, że poczuł się nieswojo.

Rozdział 2

Danyalowi serce rosło, kiedy patrzył na dwie kobiety stanowiące obecnie sens życia jego siostrzeńca. Cztery lata temu sam zachęcał Nalah, by przeniosła się do tej społeczności artystów i rzemieślników, w nadziei, że wypełni puste miejsce w życiu Kanziego.

Tymczasem ona zrobiła coś więcej. Puste miejsce w sercu siostrzeńca tętniło teraz energią i radością.

Danyal uniósł złożone dłonie na wysokość piersi i wypowiedział błogosławieństwo przeznaczone dla nowo narodzonych:

– Niech przyniesie wam sto łez i tysiąc chwil radości.

– Dziękujemy, wujku – powiedział Kanzi.

– Zdecydowaliście już, jakie dacie jej imię?

– Nali – odparł siostrzeniec.

– Ephyra – powiedziała równocześnie Nalah.

Danyal zaśmiał się.

– No cóż. Macie jeszcze trochę czasu do Dnia Nadania Imienia, żeby zdecydować.

– Ale my już zdecydowaliśmy – zapewnił go Kanzi.

– Po prostu się ze sobą nie zgadzamy – dodała beztrosko Nalah i uśmiechnęła się do Danyala. – A ty, wujku? Nie chciałbyś mieć własnego dziecka? Albo chociaż żony, kogoś, kto będzie ci towarzyszył? Mam kilka przyjaciółek, które… − Danyal, zaskoczony, cofnął się gwałtownie. Nalah zaczęła się śmiać. Nie zauważyła bólu, jaki zadały mu jej słowa. Tak. Chciałby mieć towarzyszkę życia, chciałby być czyimś towarzyszem. Ale szamani nie byli zwykłymi ludźmi. Choć chętnie podejmował rolę kochanka, gdy tylko pozwalały na to czas i okoliczności, nie spotkał jeszcze kobiety, która na dłuższą metę godziłaby się z tym, jak widział świat – i ludzkie serca. Mimowolnie zastanowił się, kiedy właściwie przestał kojarzyć słowo „towarzyszka” z seksem. Ostatnio zbyt dużo się zastanawiał… – Nic nie odpowiesz, wujku? – spytała Nalah z rozbawieniem, w którym pobrzmiewała szczera miłość.

– Nalah… – zganił ją Kanzi, wyraźnie zaniepokojony o reakcję wuja.

– Spokojnie, mój drogi – powiedział Danyal. – Nie przyznam się wprost, że byłem swatem w waszej sprawie, ale rozumiem, że zasługuję na takie docinki. – Żartobliwie pogroził palcem Nalah. – Ale tylko ten jeden raz.

– Tylko ten raz – zgodziła się.

– Przyniosę wam owoce – zaproponował i wycofał się do przewiewnej kuchni, stęskniony za samotnością.

Ledwie miał czas nią odetchnąć, kiedy przyszedł za nim Kanzi.

– Nalah nie miała nic złego na myśli – powiedział.

– I nic złego nie zrobiła – odparł Danyal cicho, wybierając najbardziej dojrzały owoc z misy stojącej na stole. – Pożyczysz mi plecak, siostrzeńcze?

– Oczywiście, ale… Nie zamierzasz zostać?

– Mój umysł potrzebuje myśli, a nogi ruchu. Twój dom będzie jutro zatłoczony. – A jeśli będzie tu szaman, goście poczują się nieswojo, dokończył w myślach.

Ale Kanzi usłyszał niewypowiedziane słowa.

– Zawsze jesteś mile widziany w moim domu, wuju. Wiesz o tym, prawda?

Danyal uśmiechnął się, pokroił owoc i ułożył na talerzyku.

– Wiem. Być tutaj z wami to jak chłodna woda dla spragnionej ziemi. Ale chciałbym spędzić samotnie cały dzień w wiosce, w której dorastałem. Chcę posłuchać świata. – Na środku talerza z cząstkami owocu postawił małą miseczkę i zaczął łupać do niej orzechy.

– A zatem spędzisz swój dzień w samotności. – Kanzi zawahał się. – Cieszę się, że przyszedłeś. Nalah także.

Te słowa wypowiedziane zostały zbyt serdecznie, by ukryć troskę. Czterdziestojednoletni szaman może sobie zrobić dłuższe wakacje po trudnym zleceniu, ale nie bierze się urlopu na cały rok bez naprawdę poważnych przyczyn.

– Cieszę się, że tu jestem. – Danyal wziął talerz, dając siostrzeńcowi do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. – Wracajmy do naszych pań. Chciałbym jeszcze popodziwiać twoją córkę.

Następnego ranka Danyal wymknął się z domu Kanziego bladym świtem. W małym plecaku miał smukły, zatkany korkiem dzbanek z wodą i cienką kromkę chleba, w którą zawinął daktyle, siekane orzechy i słodki ser. Starczyło też miejsca na pudełko ołówków i papier, których używał do szybkich szkiców.

Dziś nie potrzebował nic więcej.

Szedł znajomymi ulicami, pełen ulgi, że ludzie jeszcze nie wstali. Dorastał tutaj i nadal kochał uczucie, jakie budziła w nim ziemia w tej części Wizji. Ale wcześnie zorientował się, że nie jest taki jak reszta tutejszych ludzi, że nie jest taki jak jego rodzice albo starsza siostra, ani nawet jak młodzi ludzie powoływani do świątyń i życia duchowego. Był szamanem, głosem świata. Nie do końca człowiekiem – a może kimś więcej niż człowiek. Tacy jak on pojawiali się tylko co kilka pokoleń i tylko w niektórych rodach.

Posiadanie szamana w rodzinie uważano za błogosławieństwo, ale wiele osób uważało, że takim krewnym lepiej cieszyć się na odległość.

Nie napełniaj kieszeni smutkiem, napomniał się w myślach.

Napił się i zmienił kierunek, żeby nalać wody do dzbana przy studni na rynku. Mieszkańcy zaczęli już wychodzić na ulice; otwierali stragany i układali towary. Niedługo rynek będzie pełen ludzi.

Kiedy szedł ku studni, czuł na sobie taksujące spojrzenia, jakimi obrzucały go niektóre kobiety – póki nie spojrzały mu w twarz, w oczy. Wtedy na ich obliczach pojawiały się wstyd i obawa, i nadzieja, że nic nie zauważył. W końcu odwracały głowy.

To, czego pragnie ciało, nie zawsze jest tym, czego pragnie serce, powiedział kiedyś jego mentor Farzeen. Nawet jak na szamana masz niezwykłe oczy. Kiedy kobieta powie ci, jakiego są koloru, będziesz wiedział, że widzi człowieka, a nie tylko twój związek ze światem.

– Mogę ci w czymś pomóc, szamanie?

Głos mężczyzny był serdeczny, ale w jego brązowych oczach czaiła się troska.

Danyal stłumił westchnienie. Szaman rezygnuje ze swego imienia, kiedy wkłada białą suknię. Ale dziś nie założył białej szaty, dziś nie pracował jako głos świata. Tymczasem dla większości ludzi nie miało to znaczenia, nawet dla człowieka, z którym jako chłopiec chodził do szkoły.

– Chcę tylko napełnić dzbanek wodą – odparł.

– Pomogę ci.

Nie potrzebował pomocy, ale pozwolił, żeby mężczyzna wyciągnął wiadro z wodą ze studni i napełnił mu dzbanek.

– Dziękuję bardzo – powiedział, zamykając naczynie korkiem. A ponieważ wiedział, że może to mieć znaczenie, dodał: – Niech twoje serce podróżuje bez bagażu.

– Dziękuję. − Mężczyzna poczerwieniał z radości. I z ulgi. Te słowa, wypowiedziane przez szamana, były błogosławieństwem, które słyszał świat.

Danyal włożył dzbanek do plecaka, narzucił pasek na jedno ramię, po czym przeszedł przez rynek i ruszył wąską dróżką na zachód, przez las i pola. Kilka mil dalej znajdował się most, a za nim wielkie drzewo. Mógł usiąść w jego cieniu i cieszyć się prostym posiłkiem.

Chciał podróżować, potrzebował podróży. Pragnął spędzić trochę czasu gdzieś, gdzie mógł być po prostu sobą. Danyalem, a nie szamanem. I znaleźć kogoś, kto pomógłby mu zrozumieć, dlaczego od kilku tygodni przez cały czas ma wrażenie, i to coraz silniejsze, że ktoś go obserwuje, wciąż go wyczuwa – poprzez jego połączenie z Efemerą. Nie był to zły umysł, ale nie był również obojętny. Ani dobrotliwy. Były takie dni, kiedy zaczynał wątpić, czy to uczucie jest prawdziwe; zastanawiał się, czy to nie jego umysł się rozpada.

Tylko Farzeen wiedział o tym, że Danyal niepokoi się o swoje zdrowie psychiczne i stabilność emocjonalną. To właśnie z tego powodu stary mentor załatwił mu roczne zwolnienie z wszystkich obowiązków.

Wkrótce zobaczył most, który spinał dwa brzegi strumienia, a za nim wielkie drzewo, pod którym planował odpocząć. Poczuł, jak burczy mu w brzuchu. Zaśmiał się pod nosem i wydłużył krok.

Ale w połowie mostu przestał się śmiać. Światło przygasło, a powietrze z każdym krokiem stawało się chłodniejsze. Drzewo zaczęło się rozpływać, aż wreszcie znikło zupełnie. Wtedy usłyszał szept:

nie twój

Niepewnie, nie bardzo wierząc w to, co usłyszał, Danyal zrobił kolejne dwa kroki po moście.

Wtem zerwał się wiatr, uderzając go w twarz, w pierś.

Gdy zrobił jeszcze jeden krok, poryw wiatru zmusił go do cofnięcia się.

nie twój

Uparta potrzeba upewnienia się, że umysł nie płata mu figli, sprawiła, że Danyal pochylił się i zrobił krok, a potem jeszcze jeden. Jego dłoń z całych sił zacisnęła się na barierce, tak mocno, że aż zabolało, a świat przed nim to pojawiał się, to znikał, aż zakręciło mu się w głowie i poczuł mdłości.

– Co to jest? – szepnął. Światło, mrok, cień. Takie same, a równocześnie inne. I…

nie twój!

Następny poryw wiatru omal go nie przewrócił.

Ostrożnie zaczął się wycofywać. Wiatr wirował wokół niego, popychając go, aż znalazł się na środku mostu. Wtedy wicher ucichł.

Danyal zatrzymał się i popatrzył na wielkie drzewo po drugiej stronie strumienia. Rozpłynęło się, kiedy próbował przejść przez most, ale teraz znów tu było. Nie sądził, żeby obszar po drugiej stronie mostu był zły, niemniej nie był częścią miasta, nie był częścią tego, co znał jego lud. I coś chciało, żeby trzymał się od niego z daleka.

Wrócił na swoją stronę mostu, usiadł na brzegu strumienia i zmusił się, żeby coś zjeść.

Co się właśnie stało? Dlaczego teren, który znał przez całe swoje życie, nagle zniknął, zastąpiony przez coś innego?

życzenie serca

Danyal czuł, jak prądy mocy przepływają wokół niego, przez niego. Poderwał się na równe nogi, coraz bardziej zaniepokojony. Spróbował wyrównać oddech. Znów poczuł tę obecność, tę świadomość, która obserwowała go przez ostatnie kilka miesięcy. Może zdobędzie wreszcie jakieś odpowiedzi?

– Kim jesteś?

Wahanie, które niosło w sobie w równych częściach nadzieję i rozczarowanie.

światem

– Efemerą?

tak tak tak

A więc rozmawiała z nim Efemera. Żyjący, wciąż zmieniający się świat. Ale jak? Dlaczego?

Danyal dalej oddychał głęboko, zastanawiając się, co się dzieje. Głos, który szeptał do niego, mówił, że jest światem, brzmiał jak głos dziecka i jak dziecko mógł uciec, jeśli poczuje się zagrożony. Albo wystawiony na żądania.

– Jakie życzenie serca? – spytał łagodnie.

nie twojego serca. życzenie serca danyala. ona wie.

Co ona wie? zastanawiał się. I kim jest ta ona?

Zamiast odpowiedzieć, prądy mocy odpłynęły, pozostawiając go całkowicie wytrąconego z równowagi.

Musiał porozmawiać z Radą Szamanów przynajmniej o niektórych aspektach tego, co się właśnie zdarzyło. Musiał ostrzec Kanziego, żeby nie używał mostu na zachodniej drodze. I spytać Farzeena, czy starsi wiedzą coś o życzeniach serca – i czy słyszeli, żeby świat rozmawiał z szamanem, zamiast objawiać emocje w namacalnej formie.

Pokruszył resztę chleba ptakom i innym stworzeniom, zarzucił plecak na ramię i ruszył pospiesznie do domu Kanziego.

Kiedy dotarł na miejsce, siostrzeniec odebrał od niego plecak, podał mu zapieczętowany list i odszedł bez słowa, zapewniając mu upragnioną prywatność.

Danyal złamał pieczęć i przeczytał…

Danyalu

Mrok zawitał do Miasta Wizji. Nie wiemy, jak się nazywa ani jaka jest jego natura, ale jesteśmy już pewni, że tu jest. Szamani, którzy opiekowali się północno-zachodnimi i południowymi częściami miasta, donoszą, że nie widzą już niektórych ulic, choć chodzili nimi niedawno, nie wyczuwają, co się dzieje w sercach ludzi, którzy tam mieszkali – nie mogą już być głosem świata, ponieważ coś odbiera im wzrok i mowę.

Obiecaliśmy ci rok odpoczynku od obowiązków, byś mógł znaleźć to, czego szuka twoje serce. Musimy złamać tę obietnicę, choć wielkim smutkiem napawa mnie myśl o tym, że będziesz musiał zakończyć wizytę u siostrzeńca i natychmiast podjąć nowe obowiązki strażnika południowego Azylu.

Wiemy, że jesteś zmęczony i że to trudne zadanie – i wierz mi, rozumiem dobrze, jakie to okrutne, prosić się o coś takiego, podczas gdy ty zamartwiasz się o własne zmysły. Szamani zwykle nie pełnią funkcji strażników Azylu. Jesteśmy zbyt dostrojeni do wewnętrznych krajobrazów otaczających nas ludzi, a przebywanie codziennie wśród tych, których umysły się załamały, w końcu łamie i nas. Ale czytający z kości i wieszcze przekazują nam wciąż tę samą wiadomość: w cienistym miejscu nastąpi konwergencja sprzymierzeńców i wrogów – szaleniec i nauczyciel, przewodnik i potwór. Szaleniec jest powodem, dla którego chcemy mieć kogoś z naszych jako strażnika Azylu.

Rada rozważyła kandydatury wszystkich szamanów, bez względu na wiek, i zgodziliśmy się co do tego, że to będziesz ty, Danyalu. Nie jesteś taki jak inni szamani. Nigdy nie byłeś. A starsi nie mogą dać ci tego, czego potrzebuje twoje serce. Z tego powodu, jak też z powodu twojej niezwykłej zdolności widzenia wyraźnie ludzkich serc, jesteś naszą jedyną szansą na ocalenie Wizji. Choć bardzo kochasz to miasto, szukasz czegoś więcej niż to, co możesz tu znaleźć. Mamy nadzieję, że potrzeba twojego serca doprowadzi cię do osoby, która pomoże nam dostrzec i zrozumieć wroga.

Pomożemy ci, jak tylko będziemy mogli, ale to ty będziesz mówił w naszym imieniu – i w imieniu naszego fragmentu Efemery.

Podróżuj bez bagażu

Farzeen, w imieniu Rady Szamanów

Danyal złożył list. Jeszcze wczoraj zastanawiałby się, czy posyłają go do Azylu, by znalazł szaleńca, czy dlatego że to jego uważają za szaleńca. Teraz był pewien, że jest przy zdrowych zmysłach, choć nie mógł powiedzieć Radzie o tym, co zdarzyło się na moście; nie mógł powiedzieć im, że świat przemówił do niego. Nie chciał tego stanowiska, ale musiał je przyjąć, ponieważ przez jego umysł przepływały słowa Efemery: nie twojego serca. życzenie serca danyala. ona wie.

To, że świat komunikował się z nim teraz, nie mogło być zbiegiem okoliczności, skoro części miasta zmieniały się, a na moście ten dziwny kawałek świata pojawiał się i znikał.

– Niech twoje serce podróżuje bez bagażu, ponieważ to, co ze sobą przyniesiesz, stanie się częścią krajobrazu – szepnął.

Potem wyszedł z pokoju, żeby przeprosić Nalah i ostrzec Kanziego, by nie przechodził mostem na zachodniej drodze.

Rozdział 3

Lee szedł znajomymi drogami, utrzymując swobodne tempo, które pozwalało mu przebyć w ciągu dnia sporą odległość. Używał swej małej wyspy do podróży między krajobrazami, tak jak obiecał Yoshaniemu, ale pogoda zachęcała do marszu, a ruch pomagał mu choć trochę otrząsnąć się z ponurego nastroju. Cały czas miał wrażenie, że powinien być gdzie indziej.

Ale gdzie było to „gdzie indziej”? Głównie z tego powodu wolał chodzić, zamiast przemieszczać się na wyspie między mostami. Przez ostatnie dziewięć lat prowadził dziennik swoich inspekcji. Wiedział doskonale, gdzie znajdują się jego mosty, ale identyfikowanie połączeń, jakie stworzyli inni mostowi w krajobrazach jego matki i Glorianny, wymagało bliskości. Tylko tak mógł poczuć ich rezonans. Dlatego wędrował i sprawdzał wszystko, co zwróciło jego uwagę.

To była dobra wymówka i zamierzał się jej trzymać – szczególnie że pozwalała mu unikać rodziny i przyjaciół, na przykład Kpiarza − inkuba, który mieszkał w Gnieździe Rozpusty. Zeszłej nocy Kpiarz przez godzinę opowiadał mu o dziewczynie, z którą się zaprzyjaźnił. Żadnego seksu, tylko spacery, rozmowy i trzymanie się za ręce. Takie zachowanie – które nie prowadziło do erotycznych snów, jakimi karmiła się ta rasa demonów − było dla inkuba czymś niesłychanym.

Dwa lata temu Kpiarzowi nawet nie przyszłoby do głowy coś takiego, ale w Gnieździe wiele się zmieniło, odkąd Sebastian zakochał się w Lynnei, stwarzając tym samym okazje, o jakich nigdy wcześniej nie było mowy.

Wszyscy mają szansę się zmienić. Oprócz mnie, pomyślał Lee, usiłując zdusić gniew i gorycz, które tak często ostatnio mu towarzyszyły.

Przez całe życie ani razu nie zwątpił, że dla zapewnienia Gloriannie bezpieczeństwa przed czarownikami warto zrezygnować z rzeczy, których pragnął dla siebie – takich jak prawdziwa kochanka czy własne życie, niepodporządkowane potrzebom siostry. Jednak ostatnio zaczynał się zastanawiać, czy wszystko to, co zrobił, miało jakiekolwiek znaczenie. Czy ktokolwiek z rodziny zdawał sobie sprawę, jak bardzo się bał podczas lat spędzonych w szkole mostowych? Nauczyciele obserwowali go uważnie, gotowi donieść na niego czarownikom, jeśli tylko zauważą coś niezwykłego w mocy, która pozwala mostowym łączyć fragmenty Efemery. Szukali dowodów na to, że kontaktuje się z siostrą.

Nawet po opuszczeniu szkoły musiał się tam zgłaszać dwa razy na kwartał i przekazywać listę mostów, jakie stworzył albo zerwał, albo wzmocnił. Raportował o mostach w krajobrazach swojej matki i tych, które stworzył w krajobrazach innych krajobrazczyń, ale nigdy nie przyznał się, że podróżuje również po krajobrazach Glorianny.

Przez dziewięć lat byli nie tylko rodzeństwem, ale przyjaciółmi i partnerami. Przez dziewięć lat to jemu ufała w kwestii krajobrazów znajdujących się pod jej pieczą. Przez dziewięć lat należał do tych nielicznych, którzy wiedzieli, jak ją znaleźć.

A potem w jej życiu pojawił się Michael, czarodziej z krainy o nazwie Elandar. I wszystko się zmieniło.

Po co kobiecie towarzystwo brata, skoro może mieć kochanka?

Jesteś zazdrosny, ponieważ musisz się nią dzielić? spytał go ostatnio Sebastian. Dorośnij wreszcie, Lee.

Łatwo mu mówić. Nie musiał walczyć codziennie na pierwszej linii. Był niegrzecznym chłopcem z Gniazda Rozpusty, inkubem, który mógł przebierać w kochankach.

Lee dotarł do mostu, który chciał sprawdzić, i westchnął. Zdawał sobie sprawę, że niesprawiedliwie ocenia Sebastiana.

Nie wkurzam się, że muszę się nią dzielić, pomyślał z goryczą. Chcę tylko, żeby była szczęśliwa. Tylko…

Most przed nim nagle zaczął się rozpływać. Światło, mrok i coś pomiędzy. W jednej chwili był to most stacjonarny, łączący dwa krajobrazy jego matki, a w następnej zaczął rezonować gwałtownie, w sposób, jakiego nigdy dotąd nie czuł – jakby coś macało na oślep, desperacko usiłując się czegoś złapać. Potem wrócił i zmienił się na powrót w zwykły most stacjonarny.

– Na Opiekunów i Przewodników – szepnął do siebie. Był roztrzęsiony i kręciło mu się w głowie. Coś takiego poczuł wcześniej tylko raz, kiedy siostra Michaela, Caitlin Marie, pragnęła znaleźć kogoś, kto by ją zrozumiał. Jej pragnienie tak silnie rezonowało przez prądy mocy, że był w stanie podążyć za tym rezonansem i odnaleźć ją. Ale rezonans Caitlin był pojedynczy, ten tutaj sprawiał natomiast wrażenie trzech rezonansów splątanych ze sobą.

Co – albo kogo – znajdzie tym razem?

Prądy mocy zawirowały wokół niego raz, dwa razy, trzy.

Kiedy podłoże znów zrobiło się stabilne, odwrócił się tyłem do mostu i wyciągnął rękę, żeby dotknąć drzewa rosnącego przy ścieżce prowadzącej na środek jego małej wyspy.

Ale nie poczuł pod dłonią kory.

Zaniepokojony, zrobił kolejny krok. Potem jeszcze jeden. Gdzie…?

Wytężając całą wolę, zaczął rezonować z wyspą – i wreszcie wyczuł ją po drugiej stronie drogi, tuzin kroków od miejsca, w którym stał.

Spocony z wrażenia, pobiegł tam i wskoczył na ziemię, niezbyt odmienną od tej, którą właśnie opuścił. Chwyciwszy mocno drzewo, na wypadek gdyby znów zakręciło mu się w głowie, zamknął oczy i pomyślał: Sanktuarium. Zabierz mnie do Sanktuarium.

Usłyszał szum wody. Kiedy otworzył oczy, zobaczył strumień i kamienie, po których przechodziło się z wyspy na brzeg. Kawałek dalej stał dom dla gości, gdzie czekał pokój, zawsze gotowy na jego przybycie – robiono mu tę grzeczność, ponieważ Sanktuarium było jednym z krajobrazów Glorianny.

Lee wziął podręczny plecak i ten większy, podróżny, i przeszedł po kamieniach na brzeg. Już po chwili wchodził cicho do swojego pokoju, zadowolony, że uniknął spotkania z Brighid i z Yoshanim.

Glorianna też miała tu swój pokój – łączył się z jego pokojem przez wspólną łazienkę – ale nie opuściła Wyspy we Mgle, odkąd wróciła z tamtego miejsca.

Lee pokręcił głową, chcąc odpędzić te myśli – szczególnie że jego skóra nagle znów pokryła się potem.

Kąpiel i sen. Później zejdzie na dół i coś zje.

Kiedy napuszczał wody do wanny, spojrzał w lustro wiszące nad umywalką. Popatrzyły na niego zmęczone zielone oczy. Włosy urosły mu tak bardzo, że zaczęły wyglądać nieporządnie. Będzie musiał niedługo odwiedzić fryzjera. Skóra pociemniała trochę, gdyż wiele czasu spędzał w drodze, ale nie była ani ogorzała, ani pomarszczona, więc nie wyglądał na więcej niż swoje niecałe trzydzieści lat. Nie był niebezpiecznie przystojny, jak Sebastian, ale kobiety uważały go za atrakcyjnego, a jemu to odpowiadało.

To już drugi przypadek w ciągu dwóch tygodni, że jego wyspa nie znajdowała się tam, gdzie powinna. I po raz drugi poczuł opór, kiedy chciał ją do siebie sprowadzić. Wyspa była dostrojona do niego, więc coś takiego nie powinno mieć miejsca – chyba że coś zakłócało ich połączenie.

Glorianna? Nie. Wiedziała, jakie to dla niego ważne, móc nakładać tę wyspę na inne krajobrazy, kiedy opiekuje się mostami. Wiedziała, jak ważny jest stały dostęp do słodkiej wody i bezpieczne obozowisko, gdzie nie trzeba lękać się złodziei i bandytów. Glorianna to wszystko wiedziała. Ale czy Belladonna też?

Nikt nie wiedział, co wie Belladonna.

Nikt nie wiedział, do czego jest zdolna Belladonna.

Lee nadal kochał swoją siostrę. Szczerze. Ale miał dość tego, że nie może mieć rzeczy, które inni mężczyźni uważali za oczywiste: partnerki, własnego domu. Miał dość bycia mostowym, ciągle w drodze. Chciał zrobić ze swym życiem coś więcej, być kimś więcej.

Nie wiedział jednak, jak to osiągnąć bez poczucia, że zawodzi ludzi, którzy potrzebowali go najbardziej – matkę, siostrę, resztę rodziny.

Prądy mocy okrążyły go raz, dwa razy, sprawiając, że znów zakręciło mu się w głowie.

– To kłopoty na inny dzień – westchnął.

Zakręcił kurki i zdjął brudne ubranie. Zanurzył się w wodzie, zamknął oczy i spróbował zignorować zamieszanie panujące w jego sercu.

Nazywają siebie triadami, dziećmi Potrójnej Bogini. Zakradły się do Miasta Wizji, żywiąc żałosną nadzieję, że zdołają się tu utrzymać, ale moi czarownicy złapali dwa z tych stworzeń, bym mógł je zbadać.

Triada to trzy byty, które zamieszkują jedno ciało, złożone z mózgu (każdy byt ma jednak osobny umysł), organów wewnętrznych i kości. Aspekty, jak same siebie nazywają, są tego samego wzrostu i podobnej wagi, różnią się jednak zasadniczo pod względem muskulatury i kształtu ciała, co jest szczególnie widoczne pomiędzy najsilniejszym a najsłabszym z nich. Każdy ma inną twarz, a kolor skóry, oczu i włosów może się zasadniczo różnić. Każdy ma własną osobowość i wspomnienia, choć do pewnego stopnia mogą ich dzielić doświadczenia.

Jeden aspekt triady ma piętno na lewym ramieniu – serce wpisane w trójkąt. To ono pozwala im zidentyfikować innych należących do tej samej rasy, ponieważ nigdy nie mówią wprost o swojej obecności w mieście.

Fakt, że tylko jeden aspekt nosi piętno, nie przestaje mnie fascynować, więc przeprowadziłem kilka testów. Oparzenia czy rany zadane jednemu aspektowi nie mają wpływu na dwa pozostałe. Choć wszystkie zamieszkują jedno ciało, złamanie kości, jeśli jest proste, uszkadza tylko ten aspekt, któremu się przydarzyło, natomiast pozostałe dwa czują jedynie słabość i ból w uszkodzonej kończynie i muszą ograniczyć jej używanie. Gorączka jednego osłabia w pewnym stopniu dwa pozostałe, mogą też cierpieć na łagodną formę tej samej choroby. Jeśli jednemu amputować rękę, tracą ją wszystkie trzy, natomiast usunięcie oczu jednemu nie oślepia pozostałych. Również przebicie bębenków usznych jednemu aspektowi nie powoduje utraty słuchu u innych. Częścią wspólną są najwyraźniej zęby i język i jeśli jeden aspekt je straci, tracą je także pozostałe dwa.

Zajęło mi nieco czasu przypomnienie sobie rzeczy, których uczyłem się podczas szkolenia, ale w miarę eksperymentów z moimi okazami odtworzyłem sobie doniesienia o tej rasie demonów.

Mroczni Przewodnicy natrafili na te stworzenia wiele pokoleń temu, nim świat został rozbity podczas wojny Zjadacza z Przewodnikami Serca. Część Mrocznych Przewodników zasiała swoje nasienie w samicach, których serca karmiły już prądy Mroku, więc potomstwo rodziło się z tendencją do niezgody – a może nawet z pewną dozą daru przekonywania czarowników.

Pomogliśmy im zwrócić się przeciwko własnemu rodzajowi i oderwać fragment świata od reszty Efemery. Później posialiśmy w ich sercach poczucie winy, które zważyło ich ziemię. To uczucie krzewiło się wśród nich szybko jak chwast. Nawet kiedy zostawiliśmy ich w spokoju, rezonans zakorzeniony w ich sercach sprawił, że niszczyli własną nadzieję, własną przyszłość. Tak wielkich zniszczeń może dokonać Mroczny Przewodnik, kiedy nienawiść jednego z rodzeństwa udaje miłość.

Tak, widzieliśmy już kiedyś te stworzenia. Wykorzystaliśmy je, by zmieniać rezonans innych krajobrazów na bardziej mroczny. Kiedy jakaś rasa jest tak odmienna, łatwo zrzucić na nią winę, jeśli pojawiają się kłopoty, a kłopoty pojawiają się zawsze, jeśli czarownicy starają się zmienić jakieś miejsce.

Nazywają siebie triadami. My nazywamy ich kozłami ofiarnymi.

– Księga Mrocznych Tajemnic

Rozdział 4

Zhahar pospiesznie wyszorowała zęby, a potem zmoczyła ściereczkę, umyła twarz i przetarła miejsca pod pachami, modląc się do Potrójnej Bogini, żeby pozwoliła jej stawać pod wiatr przy ważnych osobach.

– Nie mogę się spóźnić – mruczała pod nosem, wyciągając bieliznę z szuflady. – Nie dzisiaj. – Znalazła czystą parę spodni odpowiednich do pracy, ale jedyna tunika z krótkim rękawem, jaka została w szafie, należała do Sholeh. Na szczęście ten odcień zieleni podkreślał ciemną karnację i brązowe włosy Zhahar nie gorzej niż jaśniejszą skórę i rude włosy jej siostry.

Jedna z nich będzie musiała zrobić wieczorem pranie – i zapewne padnie na nią, skoro Sholeh musi się skupić na swoich studiach. A może Zeela?

Łatwiej pewnie byłoby nauczyć świnię latać.

Zrobię dziś wieczorem pranie powiedziała Zeela.

Zhahar, zaskoczona tą ofertą, omal się nie potknęła, biegnąc do alkowy, która służyła im za kuchnię. Miała ochotę złapać plecak i pognać na przystanek omnibusów, ale Sholeh robiło się słabo, jeśli pościły rano i nie spożywały w ciągu dnia lekkich posiłków.

Sholeh? zawołała, wrzucając do ust dwa daktyle i smarując serem kawałek chleba. Muszę włożyć twoją ostatnią czystą tunikę. Spróbuję jej nie pobrudzić, żebyś mogła jeszcze iść w niej na zajęcia. Żadnej odpowiedzi. Sholeh?

Zostaw ją w spokoju, odezwała się Zeela.

Zhahar zaczęły się trząść ręce. Położyła chleb na blacie. Zeela mówiła takim tonem tylko wtedy, kiedy ich siostrze przydarzyło się coś złego.

Co się stało?

Wyrzucono ją ze szkoły.

Dlaczego? Przecież pracowała ciężko i tak bardzo pragnęła się uczyć!

Powiedzieli, że opuściła zbyt wiele zajęć.

Ale przecież się uczyła!

W głosie Zeeli pojawiła się gorycz.

Nie mogła grać według zasad jednolicych i zjawiać się tam, gdzie chcieli, wtedy kiedy chcieli. Więc nie może się tam dalej uczyć.

Ale przecież zapłaciłyśmy tyle pieniędzy! Zhahar rozejrzała się wkoło. Ona i jej siostry starały się z całych sił stworzyć tu dom, ale niewiele udało im się osiągnąć. Mieszkały w nędznym małym mieszkaniu, jadały najtańsze jedzenie i nosiły używane rzeczy, żeby opłacić studia Sholeh. Jeśli nie pozwalają jej się uczyć, to czy oddadzą nam pieniądze?

Tylko to cię obchodzi? Pieniądze?

Nie! warknęła Zhahar. Ale nie zdołamy opłacić jej innej szkoły, jeśli nam ich nie oddadzą!

Nie kłóćcie się, proszę. Głos Sholeh był złamany i pozbawiony życia. Zhahar, musisz iść do pracy. Nie stać nas na to, żebyś i ty zawiodła.

Ty wcale nie zawiodłaś! krzyknęła oburzona Zeela.

Daj mi spokój. Nie chcę się dziś objawiać.

Nic nie mogły zrobić, szczególnie że Sholeh miała rację: jeśli chciały zostać w Mieście Wizji, któraś z nich musiała zarabiać pieniądze.

Zhahar złapała plecak i wybiegła na korytarz. Po chwili wróciła i zawinęła swoją kanapkę w serwetkę. Jeśli nie spóźni się za bardzo, może nowy strażnik Azylu nie zauważy jej nieobecności i uda jej się złapać choć kilka minut, by skończyć posiłek.

Zhahar kręciła się niecierpliwie, czekając, aż nadejdzie jej kolej, żeby wysiąść z omnibusu. Niektórzy kierujący trzymali się rozkładu jazdy tak kurczowo, że nie dawali ludziom czasu na opuszczenie pojazdu. Na szczęście konie, które ciągnęły omnibusy, wiedziały dobrze, co oznacza dzwonek, i stawały na przystanku bez względu na to, czego chciał kierujący.

Kiedy wreszcie wysiadła, przebiegła przez ulicę i ruszyła ścieżką przez zarośnięty teren, w teorii będący niewielkim parkiem dla tych, których umysły uleczyły się na tyle, by choć częściowo mogli stykać się ze światem. Ponieważ stworzenie tego parku było gestem mieszkańców miasta wobec ludzi cierpiących z powodu zaburzeń rozumu, opuszczony, zaniedbany teren sprawiał wrażenie ostrzegawczego okrzyku, że jej lud nigdy nie zostanie tu zaakceptowany.

Zeela tylko raz widziała ten park i od razu uznała, że są w złym miejscu. Ale w Mieście Wizji można znaleźć tylko to, co da się zobaczyć, a ten kawałek świata oferował coś każdej z nich.

Inne części Efemery, w których triady mogły pracować albo handlować – choć objawiając tylko jedną twarz i nigdy nie przyznając się, że są rasą „demonów” – zrobiły się niebezpieczne albo zniknęły zupełnie. A kiedy ostatnim razem kotwica nie utrzymała połączenia między Triadneą a innym fragmentem Efemery, część ich świata zniknęła, wraz z triadami, które nie wróciły do domu na czas.

Kilka miesięcy temu Merragen Medusah a Zephyra, przywódczyni triad, wyczuła obecność kolejnego kawałka Efemery. Za pomocą swej magii nagięła nieco prądy mocy, tworząc sześć kotwic pomiędzy Triadneą a Miastem Wizji. Potem poprosiła członków swego ludu, by weszli do nieznanego miasta, zabezpieczyli kotwice i stworzyli stabilne połączenie z Triadneą.

Zdaniem Sholeh to, co triada Zephyry była w stanie robić z prądami mocy, przypominało wysuwanie trapu na cumującym statku. Część załogi schodziła po nim do portu i zarzucała cumy, żeby trap nie wpadł do wody, a statek nie odpłynął. Gdyby tak się stało, ci, którzy zakładali cumy, zostaliby uwięzieni na lądzie, a ci na statku mogliby nie dopłynąć do następnego portu przed wyczerpaniem zapasów.

To była prawda znana ludowi Triadnei od pokoleń, więc Sholeh Zeela a Zhahar, a także pięć innych triad przeszły do Miasta Wizji. Choć miasto było wielkie, jak dotąd okazało się mało interesujące dla ich rodzaju. A czas uciekał. Pozostałe pięć triad było zapewne tak zdesperowane, że nie zachowały należytej ostrożności i zdradziły zbyt wiele o sobie. Zhahar wiedziała z listów od aspektu Zephyry, że triady, które nie umarły i zdołały dotrzeć do domu, były zbyt okaleczone, fizycznie lub emocjonalnie, żeby wrócić do Miasta Wizji.

A zatem Zhahar i jej siostry były tu teraz ostatnią triadą. Choć bardzo starały się żyć w sposób, który zabezpieczałby połączenie Triadnei z Miastem Wizji, kotwica, którą zarzuciła dla nich triada Zephyry, zsuwała się coraz bardziej, a połączenie, ostatnie połączenie, istniało teraz tylko w północnej części miasta. Jeśli kotwica ześlizgnie się poza teren Wizji albo zerwie się zupełnie, nie będą mogły wrócić do domu.

Zhahar nie chciała o tym nawet myśleć. Każdy dzień, jaki spędzała tu jej triada, tkał cieniutką nić, która pomagała zachować połączenie Triadnei z Miastem Wizji – a to z kolei dawało jej i jej siostrom kolejny dzień na znalezienie czegoś, co zakończyłoby cykl, który rozrywał serca ludu triad. Ich ojczyzna musiała być fizycznie połączona z innymi częściami świata. Kiedy nie była, nie było też deszczu, a rzeki i strumienie wysychały. Stopniowo Triadnea zmieniała się w pustynię, niezdolną wyżywić swoich mieszkańców. Ziemia zaczynała odzyskiwać równowagę tylko wtedy, gdy Triadnea została zakotwiczona do innej części świata – a odnowa za każdym razem była słabsza.

Zostaniemy tu do jesieni, pomyślała Zhahar. Jeśli do tej pory nie znajdziemy zajęcia dla Sholeh i Zeeli, będziemy musiały przenieść się do innej części miasta. Może na północ, żebyśmy miały szansę wrócić do domu, nim kotwica się zerwie.

Oczywiście jeśli straci pracę, będą musiały zrobić to dużo wcześniej…

Wyjęła z plecaka kółko z kluczami i otworzyła bramę, która oddzielała teren Azylu od zarośniętego parku. Uchyliła ją tylko na tyle, żeby się prześlizgnąć, a potem zamknęła za sobą na klucz i pobiegła do pokoju dla personelu w głównym budynku, gdzie trzymała swój plecak. Tam przebrała się w niebieski kitel opiekuna. Włożyła klucze do kieszeni spodni i już miała zamknąć plecak w swojej szafce, kiedy przypomniała sobie o kanapce. Wyjęła ją, zamknęła szafkę, rozwinęła serwetkę i ugryzła kęs.

W chwili, gdy miała pełne usta, ktoś otworzył drzwi.

Do pokoju weszła Kobrah. Przez chwilę patrzyła na kanapkę Zhahar, a potem odwróciła wzrok.

Umysł Kobrah nie był aż tak chwiejny, by uznano ją za pacjentkę, niemniej jej przeszłość sprawiała, że zobaczyć mogła jedynie mroczne fragmenty miasta. Zeela znalazła ją pewnej nocy w zarośniętym parku, pobitą do nieprzytomności. Zamieniły się wówczas z Zhahar, która zawiadomiła opiekunów pełniących tej nocy dyżur.

Poprzedni strażnik Azylu, nie bardzo wiedząc, czy miejsce Kobrah jest wśród pacjentów, czy raczej w świątyni, pozwolił jej zostać, póki nie podejmie decyzji. Zhahar powierzała jej drobne zadania – jak pielenie ogrodu czy zamiatanie podłóg – gdy Kobrah dochodziła do siebie fizycznie. Tak więc kiedy strażnik dojrzał do decyzji, Kobrah pełniła już funkcję pomocnicy Zhahar. Zamiast ją zamknąć czy odesłać, strażnik kazał przydzielić jej pokój, wyżywienie i drobne wynagrodzenie – nie była tak do końca pacjentką, ale uznano, że nie może sama opuszczać Azylu.

To było sześć miesięcy temu. Kobrah nie opowiadała o swojej przeszłości, ale na wszystkich mężczyzn zatrudnionych w Azylu patrzyła z podejrzliwością graniczącą z nienawiścią i wszystkich bez wyjątku nazywała Chayne – imieniem mężczyzny, który ją skrzywdził.

Zhahar bez słowa podzieliła chleb i oddała połowę Kobrah. Kiedy była zdenerwowana, nie chciała jeść, a niepewność związana z przybyciem nowego strażnika sprawiła, że wszyscy chodzili podminowani.

– Gdzieś ty była? – spytała Kobrah. – On cię szukał. Rozmawiał już ze wszystkimi innymi opiekunami. Ale nie o tym chciałam z tobą porozmawiać.

Zhahar usłyszała w głosie Kobrah strach. Widziała, jak trzęsą jej się ręce. Nie miała jednak pewności, czy powód jednej i drugiej reakcji był ten sam – szczególnie gdy zobaczyła, jak łapczywie dziewczyna wgryza się w kanapkę.

Wówczas drzwi otworzyły się ponownie i do pokoju wszedł nowy strażnik Azylu.

Zhahar przełknęła pospiesznie kęs chleba, omal się nie dławiąc.

Wszyscy mogli ubierać się w białe spodnie i białe luźne koszule bez kołnierza, ale długie białe szaty nosiła tylko jedna grupa społeczna.

Nowy strażnik był szamanem?

– Ty jesteś Zhahar? – spytał, a w jego głosie słychać było pieśń górskiego strumienia i szept trawy w lecie. Choć jego ciemne włosy przyprószyła siwizna, twarz miał pozbawioną zmarszczek, trudno więc było choćby w przybliżeniu określić jego wiek. Miał też najpiękniejsze oczy, jakie Zhahar widziała w życiu.

Kobrah trąciła ją łokciem, sygnalizując, że nie odpowiedziała na pytanie – a ktoś taki jak szaman nie powinien przyglądać się jej zbyt uważnie.

– Tak, strażniku – odparła. – Jestem Zhahar.

Popatrzył na chleb, a potem znów prosto w jej oczy.

– Czy cenisz swoją pracę? – spytał.

– Pragnę ją utrzymać.

– Nie o to zapytałem.

Jego uśmiech był łagodny, ale był w nim żal – i decyzja.

– Przepraszam za spóźnienie – zaczęła tłumaczyć Zhahar. − Moja siostra otrzymała złe wieści i była dziś rano bardzo zdenerwowana, a ja pocieszałam ją o kilka minut za długo…

– Ach tak. – Szaman wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia. To było tylko muśnięcie, ale poczuła ciepło tego dotyku. – Czy twoja siostra potrzebuje mieć cię dzisiaj przy sobie?

Współczucie. Zrozumienie. Prawdziwa troska.

– Nie, proszę pana. Jest przy niej teraz moja druga siostra. A wieczorem będziemy przy niej obie. – Nie było to tak do końca kłamstwo. W końcu naprawdę będą razem dziś wieczorem. Te słowa po prostu nie oddawały oczywistego faktu, że jej siostry są zawsze razem.

Szaman kiwnął głową i zwrócił wzrok na Kobrah.

– Ty jesteś pomocnicą?

– Tak. Zwykle pracuję z Zhahar, strażniku.

Poruszył się niespokojnie.

– Strażnik to mój oficjalny tytuł, używany w relacjach z innymi urzędnikami. Powtórzę wam teraz to, co powiedziałem innym opiekunom i pomocnikom: kiedy rozmawiamy prywatnie, jak w tej chwili, możecie zwracać się do mnie po imieniu. Mam na imię Danyal. Tam – gestem zakreślił teren Azylu – nazywajcie mnie szamanem. – Więc nie zamierzał jej zwolnić. Świadomość, że nadal będzie miała pracę, sprawiła, że Zhahar na chwilę zakręciło się w głowie. Co oczywiście szaman od razu zauważył, ponieważ szamani zauważają wszystko. Błagam, niech moja tajemnica pozostanie tajemnicą, pomyślała Zhahar. – Przerwij, proszę, swój post – powiedział Danyal, uśmiechając się przepraszająco. – Wiem, że masz dziś powód do zmartwienia, ale ja muszę dawać przykład. Wszyscy otrzymali już zajęcie. Zostało tylko jedno zadanie. Niestety to ciężka, brudna praca. Spotkajmy się na zewnątrz za dziesięć minut.

Gdy wyszedł z pokoju, Zhahar spojrzała na tunikę Sholeh i westchnęła.

– Myślisz, że naprawdę pozwolił innym pomocnikom mówić do siebie po imieniu? – spytała Kobrah.

– Nie. – Zhahar ugryzła chleb. Zapewne będzie ją potem bolał brzuch, ale potrzebowała jedzenia, jeśli ma ciężko pracować przez cały dzień. – Zresztą wątpię, żeby pomocnicy byli obecni, kiedy rozmawiał z opiekunami. Co mi chciałaś powiedzieć?

Kobrah przez chwilę bawiła się swoim kawałkiem kanapki.

– Zaprzyjaźniłam się z kimś – powiedziała w końcu. − Nie jest taki jak inni. Nie ubiera się ani nie mówi jak my. Chodzimy na spacery i trzymamy się za ręce, a jemu nie przeszkadza, że jesteśmy tylko przyjaciółmi. Spotkaliśmy się kilka razy i wiem, że wróci. Nie wiem kiedy, ale na pewno wróci.

Zaskoczona, Zhahar zjadła resztę chleba. Kobrah spacerowała z mężczyzną? Z jakim mężczyzną? Nie wolno jej było opuszczać terenu Azylu, nie tolerowała męskich opiekunów, a związanie się z pacjentem byłoby głupie i niebezpieczne. Więc kto to był?

– Gdzie go poznałaś? – spytała.

Kobrah wahała się, nieco zbyt długo.

– We śnie. Mówi, że spotykamy się na jawie snów.

Zhahar wstrzymała oddech. O kochankach ze snów mówiło dwóch pacjentów – kobieta i mężczyzna. Kobieta stała się spokojniejsza, bardziej przytomna, natomiast mężczyzna zrobił się agresywny, gdy nie pozwolono mu wychodzić, żeby mógł „przejść” i spotkać się z kochanką na jawie. Jeśli to był nowy objaw szaleństwa…

– Jak on wygląda?

– Ma jasne włosy i niebieskie oczy. Na imię mu Kpiarz – powiedziała Kobrah.

Zhahar wytarła ręce w serwetkę i wyciągnęła ją do dziewczyny, a gdy ta pokręciła głową, złożyła ją i schowała do plecaka.

– Lepiej znajdźmy szamana i weźmy się do pracy – powiedziała. – Chcę dowiedzieć się więcej o twoim przyjacielu, ale myślę, że lepiej będzie, jeśli ta sprawa zostanie między nami. Przynajmniej chwilowo.

Kobrah przyjrzała się jej, a potem skinęła głową.

Wyszły na zewnątrz, gdzie czekał już na nie szaman. Na całym terenie Azylu widać było opiekunów, pomocników i pacjentów. Myli okna, pielili grządki, spuszczali mętną wodę z zarośniętej sadzawki. Im dwóm dostał się mały, dwupokojowy domek, nieużywany od lat.

– Mamy go posprzątać? – spytała Kobrah, kiedy Danyal wpuścił je do środka.

– Tak – odparł.

– Jak bardzo dokładnie? – chciała wiedzieć Zhahar.

– W tym pokoju znajdzie się to, co dla ciebie cenne – odparł Danyal. – Sama oceń, jak bardzo powinien być czysty.

Zhahar westchnęła.

– Rozumiem.

Szaman uśmiechnął się do niej serdecznie.

– Więc zostawiam was tutaj.

Od razu po jego wyjściu zabrały się do pracy. Zamiatały i myły, szorowały i polerowały. Pod koniec dnia mały domek był uprzątnięty, a teren wokół Azylu wyglądał znacznie lepiej. Przez cały ten czas szaman krążył wśród swoich pracowników. Pomagał im. Słuchał. Był z nimi.

Kiedy Zhahar wróciła do domu, z ulgą pozwoliła objawić się Zeeli, a sama udała się na zasłużony odpoczynek – nie był to do końca sen, raczej nieuczestniczenie. Prawdziwy sen nadchodził tylko wtedy, kiedy odpoczywały wszystkie równocześnie, a potrzebowały go zwykle raz na trzy dni.

Kiedy przez jej umysł przepływały wspomnienia dzisiejszych wydarzeń, uświadomiła sobie nagle coś, co zmusiło ją do wynurzenia się na powierzchnię.

Co się stało? spytała Zeela.

Nic.