Morderca znad Green River. Historia polowania na najokrutniejszego zabójcę w historii Stanów Zjednoczonych - Rule Ann - ebook + audiobook

Morderca znad Green River. Historia polowania na najokrutniejszego zabójcę w historii Stanów Zjednoczonych ebook i audiobook

Rule Ann

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Jedna z największych zagadek kryminalnych Ameryki, rozwiązana po 20 latach śledztwa i opisana w mistrzowskim stylu przez królową true crime - Ann Rule.

Historia wieloletniego polowania na najbardziej zachłannego seryjnego mordercę, jakiego znała Ameryka. W latach 80. Gary Ridgway w okolicach Seattle w bestialski sposób pozbawił życia 49 kobiet, choć policja twierdzi, że mogło być ich nawet dwukrotnie więcej.

Jak to możliwe, że przez tyle lat był nieuchwytny? Dlaczego wymykał się policji, która cały czas miała go w zasięgu wzroku? Jakie odrażające tajemnice skrywał jego zbrodniczy umysł? I przede wszystkim: kim były jego ofiary, dlaczego właśnie one stały się łatwym łupem dla Mordercy znad Green River?

Ann Rule drobiazgowo opisuje dwie dekady intensywnej pracy śledczej: zbierania dowodów, analizowania śladów, typowania sprawców, nie pomija też pomyłek w dochodzeniu. I oddaje hołd ofiarom Ridgwaya, nakreślając szczegółowy portret każdej z nich.

I po raz kolejny przekonuje się, że bestia jest tuż obok niej...

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 709

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 19 godz. 25 min

Lektor: Czyta: Laura Breszka

Oceny
4,0 (95 ocen)
38
31
17
9
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Voncohn

Z braku laku…

Niesłychanie obszerna książka o mordercy, w której mordercy i śledztwu poświecono dużo mniej miejsca niż ofiarom. Może to i dobrze, godnie i sprawiedliwie, ale jakoś rozbija tok opowieści. Na uwagę zasługują też drętwy język, wątki osobiste i przeskoki czasowe w narracji, dzięki którym plączą nam się ofiary, zbrodnie, hrabstwa i śledczy. W sumie szkoda czasu.
43
tynsik

Nie oderwiesz się od lektury

[Kryminał na talerzu] Często w reportażach true crime boli mnie niewielka wzmianka o ofiarach, które przez to wydają się być potraktowane przedmiotowo. Na szczęście Ann Rule rozumiała ten problem. Jej dwudziesta trzecia książka w karierze autorki reportaży true crime jest dedykowana ofiarom mordercy znad Green River, który grasował w okolicach Seattle przede wszystkim w latach 1982-1984. I to właśnie ofiary odgrywają tu dużą rolę. Było ich aż 48, ale dla każdej z nich jest tutaj miejsce – życie każdej zostało opisane, ich historia, to, z jakiej rodziny pochodziły i co sprawiło, że akurat wtedy znalazły się na ulicy. Bo duża część z nich to były prostytutki, młode dziewczyny, które już na początku życia mocno się w nim pogubiły… Jednak nie tylko, były też młode matki czy kobiety pracujące legalnie, które po prostu pojawiły się w złym miejscu i złym czasie… Postać mordercy, Gary’ego Ridgway’a oczywiście też jest przedstawiona, jednak na tyle oszczędnie, by wiadome było, że nie on jest tu...
11
Lkuna

Dobrze spędzony czas

rozczarowanie taka głośna sprawa a przedstawiona jak artykuł:(
00
Innekarta_irmina

Nie oderwiesz się od lektury

Gary Ridgway urodził się 18 lutego 1949 roku. Dorastał z despotyczną matką, która sprawiała, że do lat nastoletnich moczył się w nocy. Ta za każdym razem dokładnie go podmywała. Chłopak nienawidził matki a jednocześnie czuł do niej dziwną fascynację seksualną. W szkole powtarzał klasę i stał się wyrzutkiem. Przestawał panować nad napadami agresji. Zaatakował sześcioletniego chłopca i dźgnął go nożem. Na szczęście dziecko przeżyło a jego nikt nie złapał. Gary po ukończeniu szkoły średniej ożenił się z Claudią Kraig a następnie z Marcią Winslow, jednak oba małżeństwa ze względu na jego liczne zdrady z prostytutkami się rozpadły. Niedługo po tym zaczął zabijać. W latach 80 i 90 zamordował kilkadziesiąt kobiet w okolicach Seattle. Podczas procesu Ridgway przyznał się do 49 zabójstw, jednak zeznawał też, że stracił rachubę. Śledczy twierdzili, że ofiar mogło być nawet drugie tyle. Ofiarami były prostytutki, które znajdowały się w ciężkiej sytuacji finansowej. Gary obiecywał im sowite wynag...
00
Gryzelda13

Dobrze spędzony czas

znakomita ksiazka.
00

Popularność




Pamięci wszystkich zaginionych i zamordowanych młodych kobiet, które padły ofiarą Mordercy znad Green River, z wyrazami głębokiego współczucia, że nie dostały szansy na nowy początek, na który wiele z nich tak bardzo liczyło

Ostrzeżenie:książka zawiera opisy brutalnych zbrodni, znęcania się nad dziećmi i zwierzętami oraz inne treści nieodpowiednie dla wrażliwych bądź niepełnoletnich odbiorców.

Wykaz postaci

Ofiary w kolejności ich zaginięcia:

Wendy Lee Coffield, Debra Lynn Bonner, Cynthia Jean Hinds, Opal Charmaine Mills, Marcia Faye Chapman, Giselle Lovvorn, Terry Rene Milligan, Mary Bridget Meehan, Debra Lorraine Estes, Denise Darcel Bush, Shawnda Leea Summers, Shirley Marie Sherrill, Colleen Renee Brockman, Rebecca Marrero, Kase Ann Lee, Linda Jane Rule, Alma Ann Smith, Delores LaVerne Williams, Sandra Kay Gabbert, Kimi-Kai Pitsor, Gail Lynn Mathews, Andrea M. Childers, Marie Malvar, Martina Theresa Authorlee, Cheryl Lee Wims, Yvonne Shelly Antosh, Constance Elizabeth Naon, Carrie Ann Rois, Tammy Liles, „Rose”, Keli Kay McGinness, Kelly Marie Ware, Tina Marie Thompson, Carol Ann Christensen, April Dawn Buttram, Debora May Abernathy, Tracy Ann Winston, Maureen Sue Feeney, Mary Sue Bello, Pammy Avent, Patricia Anne Osborn, Delise Louise Plager, Kimberly Nelson, Lisa Lorraine Yates, Cindy Ann Smith, Mary Exzetta West, Patricia Michelle Barczak, Patricia Yellow Robe, Marta Reeves, Roberta Joseph Hayes, N.N. C-10, N.N. D-16, N.N. D-17, N.N. B-20.

Osoby na późniejszym etapie śledztwa wyeliminowane jako ofiary Mordercy znad Green River:

Leann Wilcox, Virginia Taylor, Joan Conner, Theresa Kline, Amina Agisheff, Angelita Axelson, Patty Jo Crossman, Geri Slough, Oneida Peterson, Trina Hunter.

Śledczy od 1982 do 1984:

Dowódcy grupy zadaniowej Green River: Dick Kraske, Frank Adamson, Jim Pompey, Bob Evans, Mike Nault, Jim Graddon, Bruce Kalin, Terry Allman.

Oficerowie śledczy grupy zadaniowej Green River: szeryf David Reichert, porucznik Greg Boyle, porucznik Jackson Beard, porucznik Dan Nolan, sierżant Harlan Bollinger, sierżant Rupe Lettich, sierżant Frank Atchley, sierżant Bob „Grizzly” Andrews, sierżant Ray Green, sierżant Ed Streidinger, sierżant D.B. Gates, Sue Peters, Tony McNabb, Bob Pedrin, Bob LaMoria, Fabienne „Fae” Brooks, Ben Colwell, Elizabeth Druin, Larry Gross, Tom Jensen, Jim Doyon, Bruce Peterson, Ralf McAllister, Nancy McAllister, Spence Nelson, Pat Ferguson, Ed Hanson, Chuck Winters, John Blake, Carolyn Griffin, Mike Hagan, Rich Battle, Paul Smith, Rob Bardsley, Mike Hatch, Jerry Alexander, Ty Hughes, Randy Mullinax, Cherisse Luxa, Bob Gebo, Matt Haney, Kevin O’Keefe, Jake Pavlovich, Raphael Crenshaw, Katie Larson, Jon Mattsen, Denny Gulla, Cecil Ray, Norm Matzke, Robin Clark, Graydon Matheson, Ted Moser, Bill Michaels, J.K. Pewitt, Brent Beden, Malcolm Chang, Barry Anderson, Pat Bowen, Rick Chubb, Paul Griffith, Joe Higgins, Rick Jackson, Gene Kahn, Rob Kellams, Henry McLauchlin, Ross Nooney, Tom Pike, Bob Seager, Mick Stewart, Bob Stockham, Walt Stout, John Tolton, David Walker.

Specjaliści ds. dowodów:

Tonya Yzaguerre, Cheryl Rivers, Terry McAdam, George Johnston, Chesterine Cwiklik, Jean Johnston, Beverly Himick; Skip Palenik (mikroskopista, Microtrace); Marc Church; Kirsten Maitland.

Jurysdykcje policyjne:

Śledczy ze stanu Waszyngton: Departament Policji w Des Moines, Departament Policji w Tukwili, Departament Policji w Kent, Departament Szeryfa Hrabstwa Thurston, Departament Szeryfa Hrabstwa Snohomish, Departament Szeryfa Hrabstwa Pierce, Departament Policji w Tacomie, Departament Policji w Spokane.

Śledczy ze stanu Oregon: Departament Policji w Portland, Biuro Szeryfa Hrabstwa Multnomah, Biuro Szeryfa Hrabstwa Waszyngton, Biuro Szeryfa Hrabstwa Clackamas.

Śledczy ze stanu Kalifornia: Departament Szeryfa San Diego, Departament Szeryfa San Francisco, Departament Policji w San Francisco, Departament Policji w Sacramento.

Śledczy ze stanu Nevada: Departament Policji w Las Vegas.

Medycyna sądowa:

Doktor Donald Reay, lekarz medycyny sądowej, hrabstwo King; doktor Bill Haglund, główny inspektor biura lekarza sądowego hrabstwa King; doktor Larry Lewman, lekarz sądowy, Oregon.

Prokuratorzy:

Norm Maleng, Prokurator Hrabstwa King; Marilyn Brenneman, Al Matthews, Jeff Baird, Bryan McDonald, Ian Goodhew, Patricia Eakes, Sean O’Donnell.

Obrona:

Tony Savage, Mark Prothero, Fred Leatherman, David Roberson, Suzanne Elliott, Todd Gruenhagen, James Robinson.

Zaangażowani obserwatorzy:

Barbara Kubik-Patten, medium; Melvyn Foster, nieoficjalny konsultant; Cookie Hunt, rzeczniczka Women’s Coalition; Dale Wells, obrońca z urzędu, hrabstwo Spokane.

Konsultanci grupy zadaniowej:

Pierce Brooks, były dowódca Wydziału Zabójstw, Departament Policji w Los Angeles, były komendant policji w Lakewood (Colorado) oraz w Eugene i Springfield (Oregon), ekspert ds. seryjnych zabójstw; doktor Robert Keppel, ekspert ds. seryjnych zabójstw; doktor John Berberich, psycholog; Chuck Wright, kurator (Waszyngton); doktor Chris Harris, psychiatra sądowy; doktor Robert Wheeler, psycholog; Betty Pat Gatliff, artystka sądowa; doktor Clyde Snow, antropolog sądowy; Linda Barker, rzeczniczka ofiar; profesor Fio Ugolini, gleboznawca; Dee Botkin, flebotomista.

Agenci specjalni FBI: John Douglas; doktor Mary Ellen O’Toole, Wydział Nauk Behawioralnych; Gerald „Duke” Dietrich, Paul Lindsay, Walt LaMar, Tom Torkilsen, John Gambersky, Ralph Hope, Bob Agnew.

Wstęp

Kiedy zaczynałam pracę nad tą najbardziej przerażającą ze wszystkich książek w mojej długiej karierze pisania o zbrodniach, stanęłam przed tym samym dylematem, z którym spotkałam się jakieś ćwierć wieku temu. Na początku lat 70. byłam wolontariuszką w centrum pomocy kryzysowej w Seattle, w stanie Waszyngton.

Dwa razy w tygodniu pracowałam na nocną zmianę ramię w ramię z młodym człowiekiem, który studiował psychologię na Uniwersytecie Waszyngtońskim. Razem odbieraliśmy telefony od ludzi pogrążonych w rozpaczy, często ze skłonnościami samobójczymi. Nie miałam jeszcze wtedy opublikowanej książki, ale w 1975 roku podpisałam kontrakt na jej napisanie w przypadku, gdyby bezimienny zabójca co najmniej siedmiu młodych studentek w Waszyngtonie i Oregonie został kiedykolwiek złapany. Dla wielu z moich czytelników nie będzie tajemnicą, że tym mordercą okazał się mój kolega z pracy: Ted Bundy. Jednak zanim się tego dowiedziałam, Bundy zdążył już opuścić północny zachód i kontynuował rzeź w Utah, Idaho i Kolorado. Skazany za usiłowanie porwania w Utah, Ted został ekstradowany do Kolorado w 1976 roku. Tam czekał na proces o morderstwo ośmiu osób w tym stanie, ale uciekł z dwóch więzień i skierował się na Florydę po swojej drugiej – udanej – ucieczce w sylwestra, w 1977 roku. Tam odebrał życie trzem innym młodym kobietom i pozostawił na śmierć kolejne trzy w Tallahassee i Jacksonville, zanim został ostatecznie aresztowany i po dwóch procesach sądowych skazany na karę śmierci za zabójstwo. Po dziewięciu latach apelacji, 24 stycznia 1989 roku, Ted dokonał żywota na krześle elektrycznym w więzieniu Raiford.

Ile kobiet zamordował Ted Bundy? Tego nie może wiedzieć nikt, ale gdy detektywi z Florydy zdradzili mu, że według FBI jego żniwo to trzydzieści sześć ofiar, stwierdził:

– Dodajcie do tego jedną cyfrę, a będzie się zgadzać.

Tylko on wiedział, czy miał na myśli 37, 136 czy 360.

Przez lata życia za kratami Ted napisał do mnie dziesiątki listów, a czasami składał niejasne oświadczenia, które można byłoby uznać za częściowe przyznanie się do winy.

Najpierw próbowałam napisać sagę o Tedzie Bundym, jakbym była tylko obserwatorką, a nie częścią historii. To nie zadziałało, ponieważ – chcąc nie chcąc – byłam częścią jego historii, więc po 200 stronach pracę nad książką Ted Bundy. Bestia obok mnie* zaczęłam od początku.

Zdarzało się, że musiałam na chwilę porzucić obraną linię narracji i wrócić do niej ze świeżymi wspomnieniami i poszlakami, które nagle okazały się istotne. Bestia to moja pierwsza książka; ta jest dwudziesta trzecia. Po raz kolejny stałam się częścią historii, niekiedy w większym stopniu, niż bym chciała. Wiele kobiet i wielu mężczyzn, którzy badali te przypadki, to moi długoletni przyjaciele. Z niektórymi z nich prowadziłam seminaria na konferencjach organów ścigania, a z innymi pracowałam w różnych grupach zadaniowych, chociaż nie jestem już policjantką. Znałam ich jako ludzi, którzy stanęli przed niemal niezrozumiałą zagadką i wyszli jej naprzeciw, by ostatecznie wygrać.

Znałam ich także w chwilach spokoju, kiedy dobrze się bawili u mnie albo u siebie, odkładając na chwilę frustracje, rozczarowania i tragedie, z którymi stale musieli się zmagać.

Czy mam dostęp do tajnych informacji? Rzadko. Nie zadawałam pytań, na które z oczywistych powodów nie mogłam otrzymać odpowiedzi. To, czego się dowiedziałam, zatrzymywałam zaś dla siebie, aż nadszedł czas, kiedy można było to ujawnić bez negatywnego wpływu na śledztwo.

Tak więc 22-letnia misja odnalezienia, aresztowania i skazania człowieka, który być może jest najbardziej zachłannym seryjnym mordercą w historii, była również częścią mojego życia. Wszystko zaczęło się tuż obok miejsca, w którym mieszkałam i wychowywałam dzieci. Tym razem nie znałam mordercy, ale on najwyraźniej znał mnie, czytał moje książki o prawdziwych przypadkach zabójstw i czasami był tak blisko, że mogłam wyciągnąć rękę i go dotknąć. Jak się okazało, istniały też różne stopnie powiązania między jego ofiarami a bliskimi mi osobami, ale tego miałam się dowiedzieć dopiero z czasem.

Na przestrzeni lat bywały chwile, kiedy byłam przekonana, że ta nieznana personifikacja zła musi wyglądać tak zwyczajnie, tak nijako, że mogłaby z powodzeniem stanąć za mną w kolejce do kasy w supermarkecie albo jeść obiad w restauracji, siedząc przy stoliku obok.

I tak właśnie było.

Patrząc teraz w przeszłość, zastanawiam się, dlaczego wycięłam ten konkretny artykuł z gazety „Seattle Post-Intelligencer” – tak krótki, że łatwo było go przeoczyć, i zbyt mało atrakcyjny, aby stanowić główny news.

W lecie 1982 roku odstawiłam na bok sześć do ośmiu spraw o zabójstwo, które opisywałam dla „True Detective” i czterech innych magazynów detektywistycznych, żeby skoncentrować się na pisaniu książek. Miałam wtedy kontrakt na napisanie powieści i nawet nie szukałam kryminalnych spraw, na których mogłabym się skupić. Jednak krótka informacja w sekcji „Wiadomości lokalne” była bardzo smutna: dwóch chłopców znalazło ciało młodej kobiety, które zatrzymało się na palach pod mostem na Meeker Street w Kent w stanie Waszyngton.

Zwłoki unosiły się na mieliźnie Green River, ręce i nogi były zaplątane w linę lub coś podobnego.

W gazecie nie podano dokładnej przyczyny śmierci, ale policja w Kent podejrzewała, że ofiara została uduszona. Chociaż pływała w rzece od kilku dni, nikt się nie zgłosił, by ją zidentyfikować.

Kobieta była rasy białej, jej wiek określono na około 25 lat, ważyła jakieś 63 kilogramy. Nie znaleziono przy niej żadnego dowodu tożsamości. Jej ubranie stanowiły poszarpane dżinsy, bluzka w niebiesko-białe paski z koronkowymi lamówkami i białe skórzane tenisówki.

Odzież ta nie była zbyt charakterystyczna, ale lekarz medycyny sądowej z hrabstwa King, doktor Don Reay, zauważył za to, że ofiara ma na ciele pięć tatuaży: serce otoczone winoroślą na lewym ramieniu, dwa malutkie motylki nad piersiami, otoczony winoroślą krzyż na łopatce, insygnia Harleya na plecach i niedokończony zarys jednorożca na podbrzuszu. Delikatność czterech tatuaży kłóciła się z symbolem rodem z gangu motocyklowego, ale detektywi z Kent nadal uważali, że może to być najbardziej prawdopodobny trop, jaki mieli, by dowiedzieć się, kim ona jest – jeśli którykolwiek z członków lokalnych organizacji motocyklowych przyznałby się do tego, że zna martwą dziewczynę.

Wycięłam fragment o śmierci tej kobiety na tyle ostrożnie, by zachować datę na górnym marginesie strony. Gazeta została opublikowana 18 lipca 1982 roku, a dziewczynę znaleziono w czwartek 15 lipca.

Ofiara nie utonęła; już była martwa, kiedy ktoś wrzucił ją do rzeki. Opis jej tatuaży został opublikowany w lokalnych gazetach, a tatuażysta, który je wykonał, rozpoznał swoją pracę i zgłosił się do identyfikacji ofiary. Mężczyzna znał ją jako Wendy Lee Coffield. Okazało się, że nie była jeszcze pełnoletnia.

– Myślę, że mieszka w Puyallup z matką – dodał. – Ma dopiero szesnaście lat.

Detektywi zlokalizowali jej matkę, Virginię Coffield. Chociaż wydawało się, że jest w szoku, kobieta mruknęła:

– Trochę się tego spodziewałam.

Opowiedziała o swoich podejrzeniach, że Wendy pracowała jako prostytutka, w związku z czym mogła zostać zaatakowana i zabita przez klienta.

– Wiem, że wybrała dla siebie takie życie. – Virginia Coffield westchnęła. – Wychowaliśmy ją tak dobrze, jak tylko potrafiliśmy.

Matka Wendy Lee powiedziała, że kiedy mieszkali na wsi, jej córka była dobrą małą dziewczynką, a jej „kłopoty” zaczęły się, gdy się przeprowadzili do Auburn i Kent, które w porównaniu z Seattle czy Tacomą były zresztą małymi miasteczkami.

Wendy i jej matce zawsze brakowało pieniędzy, ponieważ Virginia walczyła o utrzymanie ich obu po rozwodzie z mężem, Herbem; przenosiły się z jednego taniego mieszkania do drugiego. Zdarzało się nawet, że w ciepłe letnie miesiące musiały mieszkać w namiocie i zbierać jeżyny na sprzedaż, aby kupić jedzenie.

– Wendy rzuciła szkołę, już dawno, w gimnazjum – wyznała ze znużeniem jej matka.

Choć tego nie powiedziała, jej córka wpadła w aż nazbyt znajome błędne koło. Sama Virginia miała zaledwie 36 lat, ale była zniszczona i zniechęcona życiem ponad swoje lata. Pochodziła z rodziny alkoholików i dorośli, którzy – zamiast się nią zajmować – uciekali w nałóg, sprawili, że jej dzieciństwo było niezwykle smutne.

Virginia zaszła w ciążę w wieku 16 lat i oddała dziecko do adopcji. Następnie spędziła dwa lata w Maple Lane, zakładzie poprawczym dla nieletnich dziewcząt w Waszyngtonie.

– Czułam się jak odmieniec; nikt mnie nie rozumiał. Ona [Wendy] szukała pomocy, tak jak ja, ale wyrzucili ją [z poprawczaka], kiedy powinni byli dać jej nadzór. Potrzebowała tylko kilku lat życia poza ulicą, żeby dorosnąć.

W połowie 1982 roku Virginia i Wendy mieszkały w innym zaniedbanym mieszkaniu w centrum Puyallup. Zdjęcia Wendy przedstawiały uśmiechniętą dziewczynę o szerokiej, szczerej twarzy. Mogła uchodzić za 18- lub 19-latkę, ale jej dzieciństwo skończyło się zaledwie parę lat wcześniej. Po tym, jak rzuciła gimnazjum, zapisała się do uzupełniającej szkoły w Kent w nadziei, że nadrobi zaległości.

Ale Wendy była chroniczną uciekinierką. Może działo się tak dlatego, że chciała opuścić dom, w którym nie czuła się szczęśliwa, może po prostu szukała wrażeń w szerokim świecie – albo jedno i drugie.

Matka straciła nad nią kontrolę.

– Wendy zaczęła mieć kłopoty – powiedziała Virginia Coffield. Wyjaśniła, że jej córka była znana policji z drobnych wykroczeń zarówno w hrabstwach King, jak i Pierce. – Ostatnią rzeczą, jaką zrobiła, była kradzież stu czterdziestu dolarów w bonach żywnościowych należących do jednego z naszych sąsiadów.

Virginia przypomniała sobie, że pewnej nocy, kiedy Wendy miała 14 lub 15 lat, wróciła do domu rozczochrana i zdenerwowana.

– Powiedziała, że jakiś facet ją zgwałcił, gdy jechała autostopem. W ten sposób się przemieszczała. Autostopem. Powiedziałam jej, że tak to się kończy.

Wendy się po tym zmieniła, a jej problemy narastały. Przez kradzież kartek żywnościowych trafiła do Remann Hall, aresztu dla nieletnich hrabstwa Pierce w Tacomie, a następnie do domu zastępczego.

8 lipca uciekła – po prostu nie wróciła z 24-godzinnej przepustki, którą dostała, by odwiedzić dziadka. Wendy i jej matka miały trudne życie i wyglądało na to, że żadna z nich nie spełnia oczekiwań drugiej. Ojcowie odchodzą, a samotne matki rozpaczają, czy kiedykolwiek zarobią wystarczająco dużo pieniędzy, by móc dalej funkcjonować. Zbuntowane nastoletnie córki utrudniają to zadanie, ponieważ nie radzą sobie ze swoim bólem, a to wpływa na ich działania. I tak to się kręci. Wendy Lee została złapana przez siłę odśrodkową. Chciała rzeczy, których nie miała, i podejmowała straszne ryzyko, aby je zdobyć. Gdzieś po drodze spotkała kogoś, kto przez swoją wściekłość i perwersję uznał jej przetrwanie w świecie za nieistotne.

Ponieważ ciało Wendy znaleziono w granicach miasta Kent, sprawą jej zabójstwa zajmował się Departament Policji w Kent. Komendant Jay Skewes powiedział, że ostatni raz widziano Wendy żywą krótko po tym, jak wymknęła się z Remann Hall, na tydzień przed odkryciem jej zwłok w Green River.

Choć znalazła się na liście uciekinierów, nie wszczęto aktywnego poszukiwania. Dzieciaków jak ona było tak dużo, że nikt nie wiedziałby, od czego zacząć.

A teraz smutnahistoria Wendy się skończyła, zanim dziewczyna naprawdę zaczęła żyć. Jej niewyraźne zdjęcie raz po raz pojawiało się w mediach, gdy historia morderstwa dziewczyny była aktualizowana o nowe szczegóły. Wendy była atrakcyjną blondynką. Pisałam o setkach przypadków zabójstw na przestrzeni kilkunastu lat, które poprzedzały śmierć Wendy, a wiele z nich dotyczyło właśnie uduszonych ładnych blondynek.

Ale ona była taka młoda. Dowiedziałam się, że została gwałtownie uduszona, gdy jej drogi oddechowe zatkano jej własnymi majtkami. Sama miałam nastoletnie dzieci; poza tym dobrze pamiętałam dziewczyny, które poznałam w okresie studiów, kiedy pracowałam latem jako stażystka w Hillcrest, ośrodku szkoleniowym dla nieletnich dziewcząt w Salem w stanie Oregon (obiekt znany był niegdyś jako szkoła poprawcza). Dziewczyny z Hillcrest były w wieku od 13 do 18 lat i starały się zachowywać hardo, chociaż wkrótce zdałam sobie sprawę, jak przestraszona i bezbronna była większość z nich.

Może dlatego uratowałam wycinek o dziewczynie w Green River. A może dlatego, że ciało Wendy zostało znalezione blisko mojego miejsca zamieszkania, na południowym krańcu hrabstwa King w stanie Waszyngton. Mieszkam tu od 40 lat i jakieś tysiąc razy mijałam miejsce, w którym ktoś porzucił jej ciało.

Aby dotrzeć do tego odcinka Green River z mojego domu, musiałam przeciąć autostradę i przejechać około sześć i pół kilometra w dół długiego, krętego wzgórza, którym jest Kent Des Moines Road. Green River płynęła na południe od Eliott Bay i Duwamish Waterway, nawadniając dno doliny. W czasach, zanim firma Boeing Airplane Company się rozrosła, a supermarkety wyskoczyły jak grzyby po deszczu, Kent Valley była znana z bogatej gliniastej gleby i usiana rodzinnymi gospodarstwami, z których wiele dostarczało produkty na targ w Seattle lub po prostu rozstawiało stoiska wzdłuż drogi. Kiedy moje dzieci były małe, każdego lata zbierałam z nimi truskawki na jednej z wielu przeznaczonych do tego upraw w dolinie. Często przemierzaliśmy w niedzielę miasteczka Kent, Auburn i Puyallup.

Jeździłam też przez Frager Road na zachodnim brzegu Green River w prawie całkowitej ciemności przez niezliczoną liczbę nocy, kiedy wracałam do domu z kolacji z przyjaciółmi lub z zakupów w Southcenter Mall. Światła ogromnego centrum handlowego gasły w ciągu kilku minut, a drogi nie dało się w mroku odróżnić od rzeki.

Na północ od mostu na Meeker Street rwąca rzeka i Frager Road trochę mnie przerażały, ponieważ w pobliżu nie było prawie żadnych domów, a zimowe deszcze podnosiły poziom Green River tak, że sięgała pobocza drogi. Niedoświadczeni, lekkomyślni albo wstawieni kierowcy często przegapiali zakręty na wąskiej drodze i wpadali do rzeki. Niewielu udawało się przeżyć. Czasem na długo zostawali pogrążeni w głębinach, ponieważ nikt nie zdawał sobie sprawy, że ich samochody i ciała czekały pod powierzchnią.

W bezksiężycowej ciemności samotna podróż wzdłuż Green River wywierała złowrogie wrażenie, chociaż nigdy nie przyszedł mi do głowy konkretny powód, dla którego tak się działo. W ciągu dnia to była tylko rzeka, przepływająca obok pól, walących się gospodarstw i jednego malutkiego parku z dwoma rozklekotanymi stołami piknikowymi. Zwykle w małych szałasach z drewna z odzysku kuliło się kilkudziesięciu rybaków, którzy łowili tęczowe pstrągi wzdłuż rzeki.

Mimo złego przeczucia często wracałam przez Frager Road po północy, ponieważ był to skrót do mojego domu na S. 244th Street. Kiedy docierałam do S. 212th Street, odbijałam od rzeki, skręcając w prawo, a potem w lewo pod górę, obok „Earthworks” – miejsca, które powszechnie nazywano „parkiem”, choć w rzeczywistości było ogromną stertą ziemi wyrównaną na ukośnie wznoszące się pasy, następnie cienko obsadzone trawą. Miasto Kent zleciło to jako projekt artystyczny. Nie był on ani ładny, ani w żadnej mierze nie przypominał sztuki, a poza tym całość wyglądała trochę groźnie, majacząc przy odosobnionej drodze, która wiodła na coraz to bardziej strome wzgórze.

Zawsze odczuwałam ulgę, gdy docierałam na szczyt i przekraczałam Military Road w kierunku S. 216th Street. Na autostradzie światła znów były jasne, a mój dom znajdował się zaledwie parę budynków dalej.

Rzadko miałam okazję jechać Frager Road między S. 212th Street i Meeker Street, a ciało Wendy dryfowało na południe od miejsca, w którym zawsze skręcałam. W letnich miesiącach woda pod mostem na Meeker Street, w miejscu odnalezienia jej ciała, nie była głęboka. Wendy byłaby w zasięgu wzroku każdego, kto jechał tamtędy do Kent.

Dwadzieścia dwa lata temu Kent było małym miasteczkiem, bez bloków i apartamentowców, którymi jest dzisiaj usiane. Dwie dekady temu miejsce, gdzie pływało ciało Wendy, nie przylegało do pola golfowego ani ścieżki do biegania, ponieważ jeszcze ich nie zbudowano. Rada miejska nie zagłosowała w 1982 roku za rewitalizacją wjazdu do miasta.

Kent było w większości miastem robotniczym, z czego komicy w Seattle nader często lubili stroić sobie żarty. Bellevue, a także wyspy Mercer i Bainbridge były bastionami intelektualistów, a z Kent, Auburn i Tukwili można było się co najwyżej pośmiać. Najpopularniejszy lokalny program komediowy ukuł nawet eufemizm dla stosunku seksualnego, nazywając go „droga do Tukwili” po tym, jak lokalna para zdobyła mistrzostwo w „największej liczbie odbytych stosunków w ciągu roku”.

W pobliżu miejsca, w którym pozostawiono ciało Wendy, znajdowała się restauracja o nazwie The Ebb Tide, która miała umiarkowanie dobre jedzenie, serwowała za to naprawdę mocne drinki w wypełnionym dymem barze. Kawałeczek na wschód od tego miejsca stały klub tańca erotycznego, dwupiętrowy motel i kilka restauracji typu fast food.

W lipcu 1982 roku Green River opadła i znaczna część skalistego wybrzeża, pokrytego trzcinowatymi trawami, była odsłonięta. Przeniesienie Wendy z pojazdu nad rzekę nie stanowiłoby trudnościdla mężczyzny lub mężczyzn, ale musiało to zostać zrobione w ciemności. Ktoś, kto nieopodal pchał rower lub akurat przechodził przez most, albo ktokolwiek jadący wzdłuż Frager Road, mógł z łatwością dostrzec, co się dzieje. Nikt nie dostrzegł. A nawet jeśli, to nie zgłosił tego oficjalnie.

Istniała możliwość, że osoba lub osoby, które zamordowały Wendy Lee Coffield, nigdy nie zostaną odnalezione. Całkiem prawdopodobne, że spotkała śmiertelnie niebezpiecznego nieznajomego, z którym nie łączyły jej żadne fizyczne ani poszlakowe dowody. Przypadki, gdy nieznajomi zabijają nieznajomych, są zazwyczaj najtrudniejsze do rozwiązania.

Mimo to zachowałam mały stosik artykułów prasowych o Wendy. Pojechałam nad Green River i stanęłam w miejscu, w którym ją znaleziono, zastanawiając się, jak to możliwe, że wsiadła do samochodu z tą jedną jedyną najgorszą możliwą osobą. Czy to był ktoś, kogo znała, komu ufała i co do którego wierzyła, że jej nie skrzywdzi? Detektywi zawsze najpierw biorą pod uwagę przyjaciół, współpracowników i rodzinę ofiary. Jeśli Wendy Coffield znała swojego mordercę, policja w hrabstwie Kent miała realną szansę na odnalezienie go.

Gdyby jednak spotkała agresywnego nieznajomego, jej sprawa mogła równie dobrze trafić do grubych plików nierozwiązanych akt.

Wraz z rosnącą liczbą wycinków z gazet, które chomikowałam, zaczęłam otrzymywać coraz więcej listów od kobiet chcących podzielić się przerażającymi wspomnieniami.

Nie pamiętam, jaki to był miesiąc ani nawet pora roku. Pamiętam, że to było w roku 1982 albo 1983. Sama miałam wtedy dziewiętnaście, może nawet dwadzieścia lat.

Trudno mi powiedzieć, to było naprawdę dawno temu. „Pracowałam”, bo nie było wielkiego wyboru – miałam duże kłopoty z matką, a na mieszkanie i jedzenie mogłam zarobić, tylko wychodząc na ulicę. W tamtych czasach kręciłam się raczej w okolicach śródmieścia Seattle, a moje uliczne imię brzmiało Kim Carnes – wzięłam je z piosenki Betty Davis Eyes – bo, wiadomo, żadna z nas nie chciała używać prawdziwego imienia. Wiedziałyśmy, że wkrótce z tego wyjdziemy, i nie chciałyśmy mieć żadnych powiązań… bo wiesz…

Ten konkretny facet odebrał mnie z zajezdni autobusowej przy Stewart Street i 8th Avenue. Prowadził jakiegoś starego gruchota. Mam całkiem niezłą pamięć do szczegółów, bo doszłam do wniosku, że bezpieczniej jest zwracać uwagę na różne rzeczy. To był jasnoniebieski ford sedan z czworgiem drzwi i winylowymi siedzeniami. Powiedział mi, że zabiera mnie na imprezę, a ja mu uwierzyłam i się zgodziłam, ale dobrze wiedziałam, że to „randka” za pieniądze.

Wjechał na autostradę międzystanową numer 5 tuż obok stacji Greyhound i skierował się na południe, ale wydawało się, że jedziemy bardzo, bardzo daleko. Znaczy, znałam południowy kraniec hrabstwa całkiem dobrze, bo miałam tam pracę, w której dostarczałam części do Boeinga do fabryki w Kent Valley. Zaczynałam coś podejrzewać. Ciągle go pytałam, dokąd jedziemy, a on wyglądał, jakby się stresował. Powiedział tylko, że będziemy tam „zaraz, zaraz”.

Próbowałam nawiązać rozmowę, ale facet robił się naprawdę nerwowy. Raz wskazał trochę na wschód i powiedział mi, że pracuje „po drugiej stronie rzeki”. To była Green River i wydawało mi się, że chodziło mu o to, że pracuje w Kent.

Pytałam go, jak daleko jest ta impreza, a on zaczął się denerwować i był wobec mnie nieprzyjemny. A potem skręcił w zjazd na Orilla Road South, który jest tuż za Angle Lake i schodzi do wysypiska, a potem w dół wzgórza w dolinę. Myślałam, że to tam jedziemy, ale on znów skręcił i jechaliśmy tym razem pod górę, kilkoma ulicami, na których było dużo domów. Pomyślałam, że tam właśnie miała odbyć się impreza, ale on się nie zatrzymał – nie, dopóki nie przybyliśmy na to pole, a może była to po prostu duża pusta działka. Było tam naprawdę pusto, oprócz drzew dookoła. Nie świeciły żadne latarnie, tylko księżyc.

Tym razem byłam naprawdę przerażona, bo bardzo oddaliliśmy się od autostrady, a w pobliżu nie widziałam żadnych domów. Wysiadając, uczyłam się na pamięć wszystkiego, co mogłam, o jego samochodzie, i zauważyłam, że schowek nie miał zamka – tylko przycisk. Sięgnął do niego i otworzył, a ja zobaczyłam, że jest tam stos zdjęć polaroidowych. Kazał mi na nie patrzeć. Pierwsze przedstawiało kobietę w czerwonej bieliźnie owiniętej wokół szyi, a jej twarz wydawała się trochę spuchnięta. Wyglądała na przestraszoną. To, co pamiętam ze wszystkich zdjęć, to że dziewczyny na nich miały ten sam wyraz oczu, jakby były uwięzione. Nie zapytałam go, kim są, bo za bardzo się bałam.

Wtedy już wiedziałam, że muszę myśleć naprawdę szybko i nie okazywać strachu, więc udawałam, że jesteśmy tam tylko po to, żeby uprawiać seks, i nie próbowałam żadnych numerów, bo i tak nic by to nie dało.

Zapytałam go, jak się nazywa, a on powiedział, że Bob, ale nie podał mi nazwiska. Sięgnął na tylne siedzenie i wyciągnął brązową papierową torbę – jak torba na zakupy. Widziałam, że była wypchana wszelkiego rodzaju damską bielizną, taką jaką można kupić w Victoria’s Secret. Wyciągał biustonosze, majtki i tak dalej, a wiele rzeczy było podartych lub brudnych. Chciał, żebym coś z tego założyła, a ja powiedziałam, że nie mogę tego zrobić.

Nie wiem, skąd ją wziął, ale trzymał broń. To był krótki pistolet, tak się chyba mówi na rewolwery. Przyłożył mi go do głowy za uchem. Kazał mi zrobić mu loda. Nie chciałam, ponieważ na penisie miał jakieś dziwne krosty albo coś, ale trzymał broń przy mojej głowie przez cały czas, a ja próbowałam go zadowolić. Trwało to chyba czterdzieści pięć minut, ale wciąż się krztusiłam z powodu krost. To go naprawdę rozzłościło.

Byłam pewna, że mnie zastrzeli. Cały czas miał erekcję, ale nie było wytrysku. W końcu zaczęłam mówić tak szybko, jak tylko mogłam, i jakoś przekonałam go, żeby zabrał mnie z powrotem do Seattle. Powiedziałam mu, że mam tam przyjaciółkę, która jest naprawdę samotna i szuka faceta właśnie takiego jak on, i będzie dla niego idealną partnerką, której nie będzie musiał za nic płacić. Dałam mu jej numer telefonu, ale tak naprawdę to nie był jej numer – po prostu go wymyśliłam.

Przez całą drogę do miasta gadałam i gadałam, bo bałam się, że miał zamiar gdzieś odjechać i spróbować ponownie, ale zabrał mnie z powrotem na dworzec autobusowy. Nie zadzwoniłam na policję, bo im nie ufałam. Pewnego razu zostałam aresztowana za prostytucję, a jeden policjant rozpiął mi koszulę i po prostu spojrzał na moje piersi, zupełnie bez powodu. Więc kiedy mi się to przydarzyło, zdecydowałam, że nic im nie powiem. Nie byłam ani ranna, ani martwa.

Koszmary nie zniknęły jednak przez długi czas. Widzisz, kiedy byłam młodsza, mój ojczym się ze mną zabawiał, a potem mnie zgwałcił. Powiedziałam mamie, ale mi nie uwierzyła. Zrozumiałam wtedy, że nikt ci nie wierzy, kiedy mówisz prawdę. Zwłaszcza gliniarze. Po prostu zatrzymałam to dla siebie przez te wszystkie lata. Wyszłam na prostą, już jakiś czas temu. Mam dobrego męża i powiedziałam mu, co się stało. Kiedy zobaczyłam zdjęcie tego faceta w gazecie, rozpoznałam go. Poczułam, że teraz muszę komuś o tym opowiedzieć.

Jak wyglądał? Całkiem przeciętnie. Nie za wysoki. Niezbyt ciężki. Po prostu zwykły koleś. Ale nadal czuję, że byłam bliska śmierci, a najzabawniejsze jest to, że kiedy wsiadłam do jego samochodu, uznałam go za nieszkodliwego… Nigdy nie uwierzyłabym, że mógłby zamordować wszystkie te dziewczyny.

Diantha G. [do Autorki]

2 grudnia 2001

* A. Rule, Ted Bundy.Bestia obok mnie, przeł. B. Czartoryski, SQN, Kraków 2021.

Część pierwsza

1

Przez dziesięciolecia miejscowości Tukwila, Kent, Auburn, Des Moines i Federal Way były zależne od Pacific Highway, jeśli chodzi o transport do Seattle czy Tacomy, a więc także komercyjne zaopatrzenie i rozrywkę. Droga, podobnie jak rzeka, zmieniała się nieprzerwanie od ponad 60 lat. Zaczynała jako U.S. Route 99, a kiedy otwarto autostradę międzystanową nr 5, zaczęto nazywać ją „Old 99”. Na niektórych odcinkach używa się nazwy Pacific Highway South; tylko tam, gdzie droga przebiega przez międzynarodowy port lotniczy Seattle-Tacoma, zaczęła funkcjonować jako International Parkway. Pomimo świeżej, wyrafinowanej nazwy, lśniących znaków drogowych i pasa terenu obsadzonego krzewami i kwiatami, ta część Pacific Highway pozostaje dla wielu mieszkańców hrabstwa King znana jako Strefa SeaTac.

W latach 30. i 40. XX wieku autostrada była przyjemną dwupasmówką, która przebiegała przez nieco 40 kilometrów na południe od Seattle w stronę Tacomy. Można było nią wyjechać z miasta w sobotnie wieczory, aby potańczyć w Spanish Castle, zagrać w ruletkę na stale zakotwiczonym statku na Duwamish River lub zjeść smażonego kurczaka w przydrożnym barze u Rose.

Na dziesięciolecia przed erą sieci hotelarskich istniały małe motele, które nazywano po prostu domkami wypoczynkowymi. I oczywiście „Old 99” była jedyną autostradą, którą można było dojechać do Portland i dalej do Kalifornii, zahaczając po drodze o centra miast.

Podobnie jak ludzie, drogi się starzeją i zmieniają w sposób tak subtelny, że nikt nie zauważa pierwszych delikatnych zmarszczek i utraty dziewiczej niewinności. Zdarza się, że dobre rzeczy po prostu pewnego dnia znikają i niewielu pamięta, kiedy właściwie się to stało. Spanish Castle i knajpka u Rose spłonęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Buda z hamburgerami całkiem splajtowała. Midway Drive-In, podobno pierwsze kino pod gołym niebem w Ameryce, w pewnym momencie przestało wyświetlać filmy i zmieniło się w prężnie działającą weekendową giełdę.

Marginalne hotele i motele miały coraz bardziej szemrany charakter, klub Dandy’s, w którym występowali striptizerzy i tancerki erotyczne, przejął węgierską restaurację u Pepo na rogu Pacific Highway i 144th Street, a potem sam Pepo zmarł, mając zaledwie czterdziestkę na karku.

Kącik Pepo, jak przyszło go wkrótce nazywać, stał się więc centrum aktywności zgoła innego rodzaju. W dawnych czasach części Seattle, w których miłość na sprzedaż była na porządku dziennym, znajdowały się daleko od Strefy SeaTac, ponieważ nie leżałaona w pobliżu centrum. Nieduże lotnisko nie było zbyt atrakcyjnym miejscem. Zamiast tego tajniacy wypatrywali prostytutek i alfonsów wzdłuż śródmiejskiej Pike Street i Aurora Avenue na północnym krańcu miasta.

Z biegiem czasu Pacific Highway przeobraziła się w korytarz kontrastów. W 1954 roku lotnisko było pojedynczą budowlą, bez rękawów lotniczych i pociągów metra, ale przekształciło się w ogromną pajęczynę bram, pomostów i ramp z dwoma pasami startowymi. Dzisiaj port lotniczy Seattle-Tacoma to jeden z krajowych węzłów komunikacyjnych i jasne jest, że jego władze słusznie przewidziały potrzebę zwiększenia liczby i długości pasów startowych. Dzięki prawu wywłaszczenia zarząd wykupił całe sąsiedztwo małych powojennych domków z doskonałymi trawnikami, których mieszkańcy już dawno się przyzwyczaili do huku odrzutowców wprost nad ich dachami.

Port lotniczy zapłacił więc uczciwe ceny rynkowe, a dziesiątki domów ot tak załadowano na ciężarówki, tworząc tym samym całe kilometry nieużytków zarówno na północ, jak i na południe od lotniska. Wokół łysych fundamentów i porzuconych, zaniedbanych drzew i krzewów wyrosły wysokie trawska. Drzewa wciąż kwitły i rodziły owoce, chociaż nie było tam już nikogo, kto cieszyłby się ich wyglądem i smakiem.

Na początku lat 80. cała atmosfera „Old 99”, teraz Pacific Highway, uległa przemianie. Poważni kierowcy gnali międzystanówką nr 5 półtora kilometra na wschód, a Strefa początkowo stała się lokalną ulicą, pełną małych biznesów, zaspokajających potrzeby wszystkich przyjezdnych oraz tych, którzy mieszkali lub pracowali w pobliżu. Niektóre z firm były tam od dawna, inne dopiero powstały: fast foody, noclegi na każdą kieszeń, ślusarze, warsztaty naprawy rowerów, sprzedaż wanien z hydromasażem, doskonałe delikatesy – Larry’s Market – oraz nieskończenie wiele małych spożywczaków.

Wciąż stał tam kościół, podobnie jak naleśnikarnia. Przetrwało też kino Lewis and Clark, ale jego niegdyś wspaniała, pojedyncza sala została podzielona na użytkowy multipleks. Golibroda Don, dzielący swój gabinet z bratem bliźniakiem Dickiem, od dziesięcioleci obcinał włosy na rogu Pacific Highway i S. 142nd Street; wciąż mieli tam stałych bywalców, którzy wpadali tylko po to, by pożartować z Donem lub prowadzić poważne dysputy z jego nieco bardziej mrukliwym wspólnikiem.

Narkotyki stały się powszechne, gdy alfonsi i ich dziewczyny przenieśli się do okolicy. Z pewnością wzdłuż Pacific Highway zdarzały się zabójstwa i pomniejsze przestępstwa. W jednej z chińskich restauracji w ciągu tych lat doszło do dwóch śmiertelnych strzelanin. Nie zmienia to faktu, że rodziny z sąsiedztwa nadal gromadziły się w parku stanowym przy Angle Lake, by latem urządzać sobie pikniki i popływać. Nikt nie mógł przewidzieć, że najgroźniejszy zabójca wybierze kilkunastometrowy odcinek tej drogi na swój osobisty teren łowiecki.

Zupełnie jak wilk, morderca obserwował swoją zdobycz z lasu. Skryty wśród kamuflażu bladobrązowych i poszarzałych liści, był niemalże niewidoczny. Nikt go tak naprawdę nie widział; zresztą nawet gdyby komuś się to udało, nie zdołałby zapamiętać jego twarzy. Mógł dosłownie ukryć się na widoku, bardziej umiejętnie niż jakikolwiek inny seryjny morderca w annałach zbrodni.

Katastrofy często zaczynają się niepozornie, od ledwo zauważalnej zmiany oczekiwanego stanu rzeczy, jak mała dziura w grobli albo pęknięcie wijące się wzdłuż kadłuba statku. Skalne lawiny poprzedza brzdęk paru kamyczków, staczających się w dół zbocza, a lawiny śnieżne – maleńka wibracja pod nieskazitelnymi zaspami. Płyty tektoniczne przesuwają się głęboko pod ziemią, a gigantyczne trzęsienie ziemi przewraca drapacze chmur. Zanim ludzie znajdą się na ścieżce zniszczenia, zbyt często jest już za późno, by ich uratować.

Z wyjątkiem bliskich, którzy znali i kochali Wendy Coffield, oraz Departamentu Policji w Kent morderstwo nie wpłynęło zbytnio na świadomość ludzi mieszkających w hrabstwie King w stanie Waszyngton. W lecie 1982 roku mieszkańcy południowego krańca żyli w strachu, ale nie z powodu morderstwa Wendy Coffield; byli przerażeni, ponieważ miesiąc wcześniej dwie osoby w Auburn zmarły nagle w męczarniach z powodu zatrucia cyjankiem po zażyciu tabletek przeciwbólowych Extra-Strength Excedrin, zakupionych w sklepach w Kent i Auburn. Śledczy z amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) zmiatali tysiące butelek z kapsułkami ze sklepowych półek, aby oddać je do testów. Główny śledczy ostrzegł przed przyjmowaniem jakichkolwiek tabletek, dopóki wszystkie przechwycone środki przeciwbólowe nie zostaną zbadane.

To były straszne czasy, ale niestety nie z powodu jednej nastolatki, którą buńczuczna natura i umiłowanie do jeżdżenia autostopem prawdopodobnie zaprowadziły na ścieżkę wiodącą prosto ku śmierci. Różne wydziały policji w obrębie rejonu Puget Sound* prowadziły nierozwiązane sprawy dotyczące morderstw i zaginięć młodych kobiet, ale nie łączył ich żaden stały wzorzec – a przynajmniej tak się wydawało.

Na przestrzeni kolejnych kilku tygodni Green River płynęła dalej, a rybacy rozmawiali czasem o zwłokach znalezionych w rzece. Nie było to jednak popularne miejsce do pływania wśród nastolatków, a Wendy Coffield i tak mało kto znał. Dla pływaków nurt rzeki był zdecydowanie zbyt wartki, a jezioro Fenwick leżało przecież niedaleko. Fenwick także było niebezpieczne, bo nie strzegli go ratownicy, co nie zmienia faktu, że wszelkiego rodzaju imprezowicze chętnie się tam udawali.

A potem płyty tektoniczne zadrżały i kolejne kamyczki cichutko stoczyły się ze zbocza, zapowiadając katastrofę. Był kolejny czwartek, 12 sierpnia 1982 roku, cztery tygodnie po znalezieniu ciała Wendy, kiedy to, co wydawało się odosobnioną tragedią, zaczęło układać się w przerażający wzór. Ciało innej kobiety unosiło się w Green River niecałe pół kilometra na południe od miejsca, w którym odkryto Wendy. Drugie zwłoki znalazł pracownik firmy PD & J Meat, która miała siedzibę nieopodal. Trudno było ustalić, w którym miejscu dziewczyna trafiła do rzeki, ale jej nagie ciało było uwięzione w plątaninie gałęzi i pni drzew. Nikt nie wiedział, gdzie spotkał się z nią jej morderca. Przypadkowe utonięcie nie było zbyt prawdopodobne.

Nikt nie miał wątpliwości, że ciało znaleziono na terenie hrabstwa King, sprawę przydzielono więc Dave’owi Reichertowi. Miał on zostać głównym detektywem w sprawie zabójstwa. Reichert, który pracował jako detektyw zaledwie od kilku lat, miał około trzydziestki, ale wyglądał znacznie młodziej i śledczy, z którymi pracował, zwykle nazywali go „Davy”. Był przystojnym mężczyzną o jasnoniebieskich oczach i bujnych, falujących brązowych włosach, a jednocześnie człowiekiem bardzo rodzinnym. Miał trójkę małych dzieci i kierował się silną etyką chrześcijańską. Jak wielu oficerów śledczych i innych policjantów z okolicy, dorastał na południowym krańcu hrabstwa King. Doskonale znał więc rejon, po którym włóczył się w dzieciństwie z kilkoma braćmi.

Tamto lato 1982 roku było druzgocące dla Wydziału ds. Ciężkich Przestępstw w hrabstwie King, szczególnie dla Dave’a Reicherta. Wydział w bezsensownej strzelaninie stracił człowieka. Sierżant Sam Hicks z pewnością pracowałby u boku Reicherta. Byli bardzo bliskimi przyjaciółmi, i choć nie robili wokół siebie zbyt wiele szumu, przepełniały ich autentyczny młodzieńczy entuzjazm i wiara, że mogą wytropić prawie każdego złego gościa, którego szukają.

Hicks był wysokim, barczystym mężczyzną, lekko łysiejącym i zawsze uśmiechniętym. Jego biurko stało na środku biura wydziału. Ale 17 czerwca Hicks i detektyw Leo Hursh zbliżyli się do odizolowanej wiejskiej chaty w pobliżu Black Diamond, aby przesłuchać 31-letniego Roberta Wayne’a Hughesa w sprawie morderstwa muzyka rockowego z południowego Seattle. Kule świsnęły ku nim gdzieś z wnętrza stodoły, gdy kucali, niechronieni, na otwartej przestrzeni – nie ostrzeżono ich, że Hughes może być niebezpieczny. Po tym, jak przestępca strzelał do nich z ukrycia, Leo Hursh został ranny, a Sam Hicks stracił życie.

Kondukt pogrzebowy Hicksa miał wiele kilometrów długości, a mieszkańcy południowego krańca hrabstwa, wielu z nich z rękami na sercu, stanęli wzdłuż drogi, ze łzami spływającymi po policzkach oddając mu hołd. Kapitan Frank Adamson, dowódca Reicherta, widział, jak druzgocący wpływ wywarła na podwładnym śmierć Hicksa, i rozważał przeniesienie młodego detektywa, dopóki jego żal po stracie kolegi nie osłabnie. Wymyślił jednak coś lepszego. Reichert był wrażliwy, ale silny. Radził sobie. Nie wydawało się prawdopodobne, aby próbował brać sprawy w swoje ręce, gdyby spotkał zabójcę Hicksa.

Ciało Wendy Coffield odkryto zaledwie trzy tygodnie po pogrzebie Sama Hicksa. Kolejna martwa kobieta, a Hicksa nie było. Jeden z najlepszych detektywów, jakimi dysponował Wydział ds. Ciężkich Przestępstw, nie mógł już pomóc w rozwiązaniu jej sprawy. Ale wiadomo było, że Reichert, jeśli zajdzie taka potrzeba, będzie pracował za dwóch.

Ciało, unoszące się na powierzchni Green River, nie było dla niego tylko sprawą do rozwiązania, dbał bowiem o każde ludzkie życie. Młody detektyw był energicznym optymistą; wszedł do wody, przekonany, że dowie się, co spotkało tę kobietę, i że szybko odkryje, kto to zrobił. Po latach Reichert przypomniał sobie, że szczupła dłoń w rzece zdawała się sięgać ku niemu po pomoc. Jedyny sposób, w jaki mógł jej udzielić, to przyczynić się do skazania sprawcy.

Tę dryfującą ofiarę łatwiej było zidentyfikować niż Wendy Coffield; jej odciski palców były w aktach policyjnych. Debra Lynn Bonner miała 22 lata i od niedawna dorywczo dorabiała jako prostytutka przy Pacific Highway South. W ciągu 30 dni przed odnalezieniem ciała Debra została dwukrotnie aresztowana za oferowanie seksu za pieniądze.

Reichert i detektyw Bob LaMoria dowiedzieli się, że ostatni raz widziano Debrę żywą 25 lipca, 18 dni wcześniej. Opuściła motel Three Bears, znajdujący się na rogu Pacific Highway i 216th Street, mówiąc znajomym, że ma nadzieję na „kilka okazji”. Ale nigdy nie wróciła, a jej pokój został wysprzątany i ponownie wynajęty. Z motelu Three Bears do Green River, w dół krętej drogi obok Earthworks Park, było tylko kilka minut jazdy na wschód.

Brzeg rzeki znajdował się około czterech kilometrów dalej. Za życia Debra była szczupłą kobietą o egzotycznej aparycji. Dorastała w Tacomie wraz z dwoma młodszymi braćmi. Podobnie jak Wendy, porzuciła szkołę – w przypadku Debry stało się to dwa lata przed jej ukończeniem. Ze względu na marne wykształcenie miała problemy ze znalezieniem pracy. Była podekscytowana przystąpieniem do testu, aby dołączyć do marynarki wojennej, ale nie zdała. Mimo to planowała uzyskać GED* i rozpocząć nowe życie.

Zakochała się jednak w mężczyźnie, któremu nie przeszkadzało, że musiała go utrzymywać. Jedynym sposobem, w jaki mogła to zrobić, była zaś praca na ulicach. Na początku ich wspólne życie było ekscytujące. Max Tackley* traktował ją jak królową, miał luksusowego forda z odkrywanym dachem i zabierał ją na wycieczki*. Eksperymentowali też z heroiną. Ten jeden raz w życiu Debra uwikłała się w coś, od czego nie umiała uciec.

Jak dowiedzieli się detektywi, swoim przyjaciołom mówiła, że jest „wolnym strzelcem”, i robi sobie „rundy” – tam i z powrotem – przez Portland, Tacomę, Seattle, Yakimę i Spokane po wschodniej stronie Gór Kaskadowych. Ale Debra próbowała zmienić swoje życie i skrupulatnie, po dwadzieścia pięć dolarów tygodniowo, spłacała tysiąc dolarów grzywny, które była winna Sądowi Miejskiemu w Tacomie, siedzibie hrabstwa Pierce. Grzywny były konsekwencją robienia interesów na ulicy, a Debra nie chciała, aby cokolwiek przypominało jej o dawnym życiu. Tydzień po tygodniu, do lata 1982 roku, udało jej się zmniejszyć swój dług do 775 dolarów. Gdziekolwiek była, pamiętała, aby dzwonić do domu, a rodzice – na koszt rozmówcy – zawsze odbierali telefony od córki. Jej tata miał operację oka zaplanowaną na 20 lipca, a ona zadzwoniła kilka dni później, aby sprawdzić, jak się czuje, i powiedzieć mu, że go kocha. To był ostatni raz, kiedy dzwoniła.

W tej rozmowie Debra brzmiała radośnie, ale w rzeczywistości coraz bardziej się bała. Zwierzyła się barmance, że prześladuje ją jej były chłopak/alfons. Czułe słówka się wyczerpały i Tackley twierdził, że jest mu winna kilka tysięcy dolarów.

– Płakała i była zdenerwowana – wspominała kobieta. – Nie miała mu z czego zapłacić.

Prawdopodobnie Debra rzeczywiście powinna była się obawiać. Dwanaście lat wcześniej jej kochanek został skazany za spowodowanie śmierci (choć początkowo zarzucano mu morderstwo drugiego stopnia) – zastrzelił mężczyznę, którego znał od dzieciństwa, a poszło o dług w wysokości 25 dolarów. Jego wyrok wyniósł tylko pięć lat więzienia. Został również oskarżony o dwa przypadki napaści w różnych konfrontacjach spowodowanych nieudanymi transakcjami narkotykowymi i otrzymał dziesięcioletni wyrok, który przebiegał jednak równolegle z jego pierwszą odsiadką. Wyszedł po siedmiu latach. Jeśli Debra naprawdę była mu winna tysiące dolarów, można było się spodziewać, że Tackley prawdopodobnie odbierze je w ten czy inny sposób.

W latach 70., kiedy podejście do resocjalizacji było niezwykle pobłażliwe, Tackley został jednym ze stypendystów Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Wielu zwolnionych warunkowo skorzystało z doświadczenia, jakie dała im edukacja, ale część z nich wcale się nie zmieniła. Napady agresji Tackleya nie osłabły i wciąż wdawał się w bójki. Nigdy jednak nie krzywdził kobiet, a przynajmniej tak się wydawało.

Sierżant hrabstwa King Harlan Bollinger przyznał, że biorą pod uwagę Maxa Tackleya jako podejrzanego, przynajmniej tymczasowo. Z tego, co wiedzieli, Debra nie miała żadnych powiązań z Wendy – poza ich ostatnim miejscem spoczynku. Teoretycznie możliwe było nawet, że dwa morderstwa w odstępie czterech tygodni to ponury zbieg okoliczności.

A jednak żaden ze śledczych nie był na tyle naiwny, aby w coś takiego uwierzyć. W ciągu tygodnia rozmawiali z prawie 200 osobami, z których większość pracowała w miejscach, gdzie Wendy i Debra spędzały dnie i noce – w Tacomie i wzdłuż Strefy SeaTac. Przesłuchiwali pracowników moteli i hoteli, taksówkarzy, barmanów i kelnerki. Skontaktowali się z policją i detektywami szeryfa w Portland i Spokane, aby sprawdzić, czy tamtejsze jednostki mogą mieć nierozwiązane sprawy dotyczące młodych kobiet, które pracowały w obwodzie. Okazało się, że nie miały. To z kolei zmniejszało prawdopodobieństwo, że w okolicy toczyła się „wojna alfonsów”.

A jednak działo się coś niedobrego. Trzy dni później nikt już nie miał wątpliwości, że na wierzch wypływał blady wzór. Była ciepła niedziela i miejscowy mężczyzna płynął na dmuchanym pontonie wzdłuż Green River, szukając unikalnych starych butelek lub czegokolwiek innego, co ktoś mógł kiedyś wrzucić do mętnej wody. Wcześniej znajdował butelki ze starodawnymi ustnikami, na których tłoczono nazwę firmy i które były dołączane do pozostałej części butelki po jej odlaniu. Wiek leżenia pod wodą pokrył takie skarby – warte czasem setki tysięcy dolarów – osadem w kolorze lawendowym.

W rzece były oczywiście inne, nie aż tak bardzo pożądane, przedmioty: śmieci i rzeczy, których ludziom nie chciało się zabrać na pobliskie wysypisko przy Orilla Road, a nawet zezłomowane samochody. W letnim upale rzeka była płytsza niż zimą, ale wciąż istniało ryzyko natknięcia się na głębokie doły. Szukając skarbu, pływak znalazł prawdziwy horror.

Zmrużył oczy, próbując dojrzeć coś w zamulonej wodzie, i nagle się cofnął. Dwie nieruchome postacie unosiły się tuż pod powierzchnią, a ich pozbawione wyrazu oczy ślepo wpatrywały się w niebo. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak lalki lub sklepowe manekiny, ale mężczyzna wiedział, że są zbyt szczegółowe i realistyczne, by mogły być tylko kukłami.

Poszukiwacz skarbów gorączkowo powiosłował do brzegu. W 1982 roku nie było telefonów komórkowych, musiał więc zaczepić przechodniów i prosić ich, aby zadzwonili do Biura Szeryfa Hrabstwa King.

Funkcjonariusz, który odebrał telefon, od razu zdał sobie sprawę, że podobne do manekinów kobiece sylwetki muszą należeć do ludzi, ale – co dziwne – coś trzymało je pod wodą.

Po wezwaniu przez dyspozytorów szeryfa, Dave Reichert i funkcjonariuszka służby patrolowej Sue Peters jako pierwsi przybyli na miejsce zdarzenia. Reichert był już nad rzeką, kiedy znaleziono Debrę Bonner. Sue Peters dysponowała własnym radiowozem dopiero od tygodnia. Ani Reichert, ani Peters nie mieli wtedy pojęcia, że wpadną w koszmar, który będzie ich nękał przez ponad dwie dekady i niewątpliwie prześladował do końca życia. Każde z nich zapamięta tę ciepłą niedzielę z krystalicznie czystymi szczegółami, tak jak wszyscy ludzie pamiętają moment, który nagle zmienia kierunek ich życia.

Major Dick Kraske, dowódca Wydziału ds. Ciężkich Przestępstw w Biurze Szeryfa, też miał już na zawsze zapamiętać to zdarzenie. Jego pager zabuczał w kieszeni, gdy rozmawiał z sąsiadem, obładowany torbami pełnymi zakupów. Centrala skierowała go w stronę rzeki.

– W pewien sposób przeczuwałem, że to będzie coś wielkiego – powiedział Kraske. – Miałem już kiedyś takie przeczucie, gdy wiesz, że dzieje się coś wielkiego, kiedy byłem porucznikiem policji. Niektórzy nazywają to intuicją. Mój szef, Nick Mackie, wezwał mnie do Issaquah, ponieważ znaleźli ofiary Bundy’ego. Powiedział, żebym założył krawat i marynarkę i do niego dołączył. Tym razem też założyłem krawat i marynarkę. Ale nad Green River poszedłem już sam.

Kraske zawsze myślał, że morderstwa Teda Bundy’ego będą najgorszymi, jakie zobaczy w swojej karierze, ale sromotnie się mylił. Dotarł nad rzekę kilka minut za Reichertem i Peters. Oddziały ratowniczo-poszukiwawcze był już w drodze. Reichert fotografował brzeg rzeki, podczas gdy Peters nagrywała, co się dzieje.

Reichert zsunął się do połowy zbocza – było bardzo strome, nachylone pod kątem co najmniej 70 stopni. Trawa i trzciny dorównywały wzrostem detektywowi, który miał ponad metr osiemdziesiąt. Peters całkowicie zniknęła w zaroślach, kiedy do niego zeszła. Trawy zasunęły się za policjantami jak kurtyna, kiedy dotarli do rzeki.

Ktoś zadał sobie wiele trudu, aby ukryć ciała kobiet, i dobrze wybrał to miejsce. Gęsta roślinność sprawiała, że prawie niemożliwe było dojrzenie zwłok w rzece z drogi. Teraz Reichert i Peters widzieli, że obie ofiary były obciążone dużymi kamieniami umieszczonymi na piersiach i brzuchu. Głazy w pobliżu zostały wyraźnie ułożone tak, żeby gazy nie wypchnęły ciał na powierzchnię, tak jak dzieje się to podczas procesu rozkładu.

Skupiony na tym fakcie Dave Reichert nagle pośliznął się na trawie, przez co jego wzrok padł w dół na coś, co leżało na brzegu. Specjalnie odskoczył do tyłu, prawie nadepnął bowiem na kolejną kobietę. Albo morderca był zbyt wyczerpany, by wnieść trzecią ofiarę do wody, albo ktoś go przestraszył, więc upuścił balast.

Ta dziewczyna wyglądała na dość młodą; najprawdopodobniej była jeszcze nastolatką. Miała bladawą cerę, chociaż z widocznymi poparzeniami słonecznymi, prawdopodobnie pośmiertnymi. Jej pochodzenie było ewidentnie zróżnicowane pod względem etnicznym. Od razu rzucało się w oczy, że została uduszona poprzez zadzierzgnięcie* niebieskimi spodniami, najprawdopodobniej jej własnymi.

Kimkolwiek był zabójca, musiał odznaczać się ponadprzeciętną siłą. Przeniesienie trzech ciał z pojazdu na sam dół stromego zbocza, po śliskiej trawie, to nie lada wyczyn. Dno rzeki było muliste, śliskie jak smar, a mimo to w jakiś sposób zdołał on przenieść ogromne kamienie. Jeszcze trudniejsze byłoby wniesienie ciał kobiet z powrotem na górę, śledczy mieli jednak więcej siły roboczej.

Ratownik Mike Hagan, oddelegowany z jednostki morskiej, przybył z mocną liną. Policyjny nurek, Bob Pedrin, przeszukał dno rzeki w miejscu znalezienia zwłok, a następnie skierował ciała bliżej brzegu.

Lekarz medycyny sądowej hrabstwa King, doktor Don Reay – na którego detektywi mówili po prostu „Doc Reay” – również pojawił się na miejscu, tak jak zresztą robił to zawsze. Niestety, doktor tym razem się nie spieszył, wszyscy czekali więc, aż zjawi się tylko po to, aby skinąć głową i powiedzieć, że można już przenieść ofiary. W końcu rozpoczęto uciążliwy proces wyciągania martwych dziewcząt z Green River i na brzeg. Śledczy, nurkowie, Reay i jego ludzie musieli nie tylko wciągnąć po urwistym brzegu ciężar, który pod wieloma względami był ponad ich siły, ale też – w miarę możliwości – zachować jak najwięcej cennych dowodów. Kraske i Reay razem z innymi zaciskali pięści na linie, aby tylko im się nie wyśliznęła. Mimo to wszyscy zdawali sobie sprawę, że bystra rzeka w swojej naturalnej beztrosce niewątpliwie zmyła wiele z tego, co mogłoby im pomóc. Jeśli ofiary zostały zgwałcone, ślady nasienia prawdopodobnie zostały już całkowicie wymyte.

Kiedy przygotowywano się, by zabrać trzy ciała do biura medycyny sądowej, Kraske zauważył, że ktoś pomylił etykiety z ich oznaczeniem, a miało przecież ogromne znaczenie, która dziewczyna została wyciągnięta z rzeki pierwsza, a która ostatnia. Wiedząc, że popełniona teraz pomyłka może spowodować, iż wszystkie dalsze zapisy będą błędne, doktor Reay zarządził spowolnienie akcji, dopóki znaczniki nie zostaną poprawione.

Wezwał również do ciszy radiowej, podczas gdy jego śledczy pracowali nad Green River. Ostatnią rzeczą, której potrzebowali, było bombardowanie ze strony mediów, które zawsze monitorowały wezwania policji w poszukiwaniu interesujących incydentów. Miał nadzieję, że uda mu się kupić czas do następnego dnia, kiedy pewne było, że reporterzy obsiądą go jak muchy.

Dwie kobiety, które znajdowały się pod samą powierzchnią rzeki, miały hebanową skórę i ewidentnie były Afroamerykankami. Dziewczyna na brzegu mogła być biała lub czarna. Wraz z Wendy Coffield i Debrą Bonner ich imiona miały się trwale zapisać w umysłach śledczych, dziennikarzy i każdego, kto mieszkał na północnym zachodzie. Wtedy nie znano jednak tożsamości ofiar i żywiono nadzieję, że ktoś zgłosił ich zaginięcie; w końcu leżały w rzece od ponad dwóch dni.

Wiadomo było, że pobranie odcisków palców nie będzie łatwe ze względu na spełzanie skóry spowodowane długim zanurzeniem w ciepłej wodzie i rozkładem. Gdy ciało się rozkłada, skóra dłoni i palców rozluźnia się tak, że można ją zsunąć jak rękawiczkę. Aby przenieść odciski, patolodzy muszą czasami odciąć skórę na nadgarstku, a następnie wsunąć swoje dłonie w tak utworzoną „rękawiczkę” i odcisnąć pomarszczone opuszki na podkładce z tuszem.

Jako pierwsza, właśnie dzięki odciskom palców,została zidentyfikowanaMarcia Faye Chapman. W chwili śmierci miała 31 lat. Była atrakcyjną kobietą o symetrycznych rysach twarzy i pełnych wargach, tak drobną, że jej przyjaciele nazywali ją Malutka. Mieszkała w Strefie z trójką dzieci – w wieku 11, 9 i 3 lat – które utrzymywała głównie z prostytucji. Opuściła mieszkanie 1 sierpnia 1982 roku i nigdy nie wróciła.

Druga kobieta w rzece oraz młoda dziewczyna na brzegu wciąż pozostawały niezidentyfikowane. Szkice policyjne przedstawiające, jak ofiary mogły wyglądać za życia, zostały opublikowane w lokalnych gazetach, a czytelników poproszono o zgłoszenie, w razie gdyby ktoś rozpoznał ich podobizny. Jedna z zamordowanych miała metr sześćdziesiąt wzrostu i była nieco pucołowata; druga mierzyła metr sześćdziesiąt pięć i była bardzo szczupła. Pierwsza dziewczyna miała włosy średniej długości, przefarbowane z czarnych na rude; druga charakteryzowała się kępką krótkich loków na głowie i wyszczerbionym przednim zębem.

Jedna kobieta w rzece była zupełnie naga; pozostałe dwie wciąż miały na sobie staniki, które zostały podciągnięte nad ich piersiami i skręcone. Wszystkie zostały uduszone poprzez zadzierzgnięcie.

Chociaż personel lekarza sądowego wiedział, że przyczyną śmierci czterech ostatnich ofiar było uduszenie – podobnie jak w przypadku Wendy Coffield – odmówili ujawnienia tej informacji. Sprawy, które cieszą się dużym rozgłosem, wywołują masowe pojawienie się kompulsywnych spowiedników. Im więcej szczegółów policja może zachować w tajemnicy, tym większa szansa na wyeliminowanie tych, którzy czerpią perwersyjny dreszczyk emocji z przyznania się do przestępstw, których nigdy nie popełnili. Przyczyna i sposób śmierci zwykle są trudne do ukrycia, lekarze sądowi i detektywi robią jednak, co w ich mocy. Absolutnie konieczne jest, aby w takich przypadkach zatajać szczegółowe informacje.

Dwie kobiety znalezione w rzece zostały symbolicznie „zgwałcone”, być może po właściwym gwałcie. Morderca umieścił w ich pochwach trójkątne kamienie tak ciasno, że trzeba je było usunąć chirurgicznie. Mogło to oznaczać, że nie potrafił osiągnąć erekcji, a w jego wściekłości kamienie były brutalnym substytutem. Mógł być to też jego sposób na upodlenie ofiar. Mogło to nawet oznaczać, że zabójcą była kobieta. Ale wtedy i przez następne lata ta informacja o trójkątnych kamieniach pozostawała pilnie strzeżona. Kiedy zidentyfikowano dwie ostatnie ofiary, okazało się, że jedna z nich pasuje do profilu Wendy Coffield, Debry Bonner i Marci Chapman. Cynthia Hinds miała zaledwie siedemnaście lat. Była energiczną i ładną dziewczyną, na którą wołano „Cookie”. Ona też zarabiała na ulicy. Czuła się bezpiecznie, pracując w obrębie Strefy SeaTac, ponieważ miała męskiego „opiekuna” – w rzeczywistości alfonsa. Powiedział detektywom, że ostatnio widział Cynthię 11 sierpnia, kiedy – w pobliżu Pacific Highway i S. 200th Street – obserwował ukradkiem, jak dziewczyna wsiada do czarnego jeepa z jakimś mężczyzną za kierownicą, ale nie zapisał numerów rejestracji i nie potrafił opisać kierowcy. Jak większość alfonsów, zapewniał swojej podopiecznej niewielkie bezpieczeństwo. W chwili, gdy Cynthia została sama z nieznajomym, nie miała już żadnej ochrony.

Cynthia nigdy nie została aresztowana za prostytucję.

* Puget Sound – system wąskich zatok pochodzenia lodowcowego na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, w stanie Waszyngton, nad którym położona jest aglomeracja Seattle [przyp. tłum.].

*General Educational Development – odpowiednik dyplomu ukończenia szkoły średniej [przyp. tłum.].

* Nazwiska niektórych osób zostały zmienione. Dalej każde z nich, użyte po raz pierwszy, zaznaczone jest gwiazdką (*).

* Zadzierzgnięcie – uduszenie poprzez ręczne zaciśnięcie pętli na szyi [przyp. tłum.].

2

Dave Reichert omal nie potknął się o dziewczynę leżącą w szuwarach na brzegu Green River i musiał stać tam w bezruchu, podczas gdy dokonywano pomiarów do triangulacji*. Miał już nigdy jej nie zapomnieć – drobnej, nieco pucołowatej nastolatki z rudawymi włosami.

Po opublikowaniu pośmiertnych szkiców twarzy przerażona rodzina zdała sobie sprawę, dlaczego dziewczyna nie wróciła do domu. W gabinecie medycyny sądowej hrabstwa King zmarłą zidentyfikowano jako Opal Charmaine Mills. Miała zaledwie 16 lat. Mieszkała na przedmieściach East Hill w Kent z matką, ojcem oraz starszym bratem, który bardzo się o nią troszczył.

Matka Opal, Kathy Mills, powiedziała śledczym, że ostatni raz widziała córkę trzy dni przed odnalezieniem ciała – 12 sierpnia. Dziewczyna oznajmiła jej w tamten czwartek rano, że idzie do „pracy” i wczesnym popołudniem zadzwoniła do domu; powiedziała, że jest w budce telefonicznej w parku stanowym przy Angle Lake.

Dla Opal „praca” bynajmniej nie oznaczała prostytucji. Nastolatka była podekscytowana, ponieważ miała malować domy ze swoją przyjaciółką Cookie.

Kathy Mills ledwo znała Cookie i nigdy nie dowiedziała się, jak nowa znajoma jej córki – która tylko raz odwiedziła dom Millsów – naprawdę ma na imię. Cookie to oczywiście Cynthia Hinds, której ciało znaleziono tak blisko ciała Opal.

Rzeczywiście, Opal czasami przebywała poza domem przez dzień lub dwa, nie kontaktując się z rodziną; raz nawet uciekła. A jednak nic nie wskazywało na to, że dziewczyna handlowała ciałem przy autostradzie. Jej najlepsza przyjaciółka, Doris Davis, znała Opal od czwartej klasy i widywała się z nią codziennie. Była zbulwersowana, że ktokolwiek może kojarzyć jej koleżankę z uliczną prostytucją. Opal nigdy nie wspomniała Doris o niczym podobnym. „Dlatego nie mogłam w to uwierzyć. Zawsze dzieliła się ze mną swoimi problemami”.

Od dziecka powszechnie nazywano ją „Małą Opal”, ponieważ Opal Charmaine zawsze charakteryzowała się drobną budową, policzkami wiewiórki i promiennym uśmiechem. Ostatnio przybyło jej kilka kilogramów, ale nadal mierzyła niewiele ponad metr pięćdziesiąt.

Matka Opal, Kathy, była kiedyś wiejską dziewczyną z farmy w Missouri, śliczną rudawą blondynką o bladej skórze ze skłonnością do oparzeń słonecznych. Z kolei matka Kathy urodziła ją jako 14-latka; potem miała 14 kolejnych dzieci, ale rodzina zdecydowała wtedy, że jest za młoda, aby wychowywać niemowlę. Dziewczynka została więc przekazana na wychowanie wujowi Herbertowi. Mleczarz Herbert Gardner i jego żona stali się tym samym „prawdziwymi rodzicami” Kathy, chociaż nie była ona ich córką w sensie biologicznym. Dziewczynka znała jednak swoją biologiczną matkę, ponieważ jej krewni mieszkali w odległości kilku przecznic od siebie. Gardnerowie byli dumną rodziną, która potrafiła prześledzić swoich przodków na przestrzeni wielu pokoleń.

Kathy miała usposobienie chłopczycy, która uwielbiała nosić kowbojki i jeździć konno. Była inteligentną małą dziewczynką, wychowaną jako jedynaczka. Wyszła za mąż w 1955 roku, jeszcze jako nastolatka, a potem wraz z mężem przeprowadziła się do Denver. Jednak już na początku lat 60. małżeństwo Kathy dobiegało końca. Niedługo potem spotkała kogoś, kogo Gardnerowie uważali za najbardziej nieprawdopodobnego dla ich córki partnera: Roberta Millsa. Jego siostra, Irma, mieszkała naprzeciwko Kathy w Denver i zaprosiła ją na przyjęcie. Był tam i pan Mills – tak ciemny, chudy i wysoki, jak ona była jasna i pulchna.

W Missouri przybrany ojciec, Herbert, i reszta rodziny z południa byli zdania, że Robert Mills to ostatni mężczyzna, którego wybraliby dla Kathy. Przede wszystkim był dla niej za stary – aż 17 lat starszy. Po drugie, już wcześniej był żonaty.

Najgorszy dla rodziny, od pokoleń przesiąkniętej uprzedzeniami wiejskiego obszaru stanu Missouri, był fakt, że Robert Mills jest czarny. Chociaż odznaczał się talentem i charyzmą, a Kathy tonęła w zachwytach, że zwrócił na nią uwagę, rodzina jasno dawała dziewczynie odczuć, że lepiej jest umrzeć, niż wiązać się z czarnoskórym. Może Kathy tak naprawdę nie wierzyła, że mówią poważnie, a może była zbyt zakochana, by zerwać romans – w każdym razie ona i Robert Mills postanowili się pobrać. Jednak w stanie Kolorado od dawna panował zakaz zawierania małżeństw pomiędzy partnerami różnych ras. Jakkolwiek archaiczne i szokujące wydają się dzisiaj te prawa, nie są one tak odległe w historii Ameryki, jak chcielibyśmy wierzyć. Nawet w latach 60. mieszanie ras (małżeństwo między dwiema różnymi rasami) było wymieniane w przepisach Denver jako „czyn niemoralny”. Każda para, która złamałaby to prawo, i każda osoba przeprowadzająca ceremonię ślubną, miały być karane grzywną w wysokości od 50 do 500 dolarów i skazane na karę od trzech miesięcy do dwóch lat pozbawienia wolności.

„Wszystkie małżeństwa między Czarnymi lub Mulatami obu płci a osobami Białymi są uznawane za absolutnie nieważne” – tak brzmiało sformułowanie w prawie ustalonym przez zgromadzenie ustawodawcze terytorium Kolorado w 1864 roku; prawo to obowiązywało w większości stanu. Co zdumiewające, Sąd Najwyższy w Kolorado w 1942 roku uznał ten zapis za konstytucyjny, w związku z czym wciąż obowiązywał on przynajmniej w części stanu. Na terenie, który kiedyś należał do Meksyku, nie działały zaś żadne przepisy dotyczące krzyżowania ras, prawo to nie obejmowało więc osób mieszkających na południe lub na zachód od rzeki Arkansas ani po drugiej stronie linii poprowadzonej na północ od źródła rzeki w miejscowości Climax.

Kathy i Mills zrezygnowali z pomysłu ślubu w Denver. Zamiast tego udali się do miasta Yakima w stanie Waszyngton, gdzie dziadkowie Kathy – misjonarze – zostali przydzieleni do kościoła. Oni jedyni się do niej odzywali. Waszyngton był wówczas jednym z zaledwie 15 stanów, w których nie istniały żadne przepisy dotyczące krzyżowania ras. Tam też pobrali się Kathy i Robert. Ona miała 28 lat, on – 45. Wtedy gałąź rodziny z Missouri zerwała z Kathy wszelkie więzi na następne trzy dekady. Regularnie wysyłała im listy, ale nigdy nie odpowiadali. Czułaby się zapewne jeszcze gorzej, gdyby zdała sobie sprawę, że przez te wszystkie lata jej listy były wrzucane do pudełka, nieotwarte.

Robert Mills pracował jako magazynier, a Kathy – w przechowalni bagażu. Razem całkiem nieźle zarabiali na życie. W 1963 roku przyszło na świat ich pierwsze dziecko, Garrett, który urodził się z dziurą w sercu i jedną z zastawek po niewłaściwej stronie. W nadchodzących latach chłopiec miał potrzebować operacji, aby przeżyć.

Kiedy skończył sześć lat, nie można było już dłużej czekać. Wyznaczono mu operację korekcyjną w szpitalu Children’s Orthopedic w Seattle. Chłopak miał bliskiego przyjaciela z bardzo podobnymi wadami serca.

– Przeszedł operację jako pierwszy – wspominał Garrett. – I umarł. Kiedy się o tym dowiedziałem, zdecydowałem, że nie rozetną mi serca. Uciekłem z domu, ale udało mi się minąć tylko kilka przecznic. Znasz starą śpiewkę: nie wolno przechodzić samemu przez ulicę. Dlatego wróciłem, i miałem szczęście. Moja operacja zadziałała.

– Pokładali we mnie nadzieję – wspominał Garrett, wyjaśniając, że jego ojciec oczekiwał, iż stanie się wszystkim, czego sam nie osiągnął. Dla Garretta był to wielki ciężar. Robert Mills stosował bowiem wobec syna specyficzne metody, dyktowane szorstką miłością, która często wydawała się z miłością tak naprawdę nie mieć absolutnie nic wspólnego.

Mała Opal Charmaine urodziła się w szpitalu Seattle’s Harborview 12 kwietnia 1966 roku.

– Była naszą księżniczką – powiedział czule Garrett. – Odkąd Opal pojawiła się na świecie, moim głównym zadaniem było opiekowanie się nią i zapewnienie jej bezpieczeństwa.

Garrett wiedział, dlaczego jego rodzice, a zwłaszcza ojciec, byli tak nieugięci, jeśli chodzi o bezpieczeństwo Opal. Dziewczynka została nazwana na cześć siostry Roberta Millsa, Opal, która została zamordowana w Oakland w Kalifornii. Zabójca starszej Opal nigdy nie został złapany, a jej śmierć była dla Millsa ciężkim brzemieniem.

Starszy brat nie miał nic przeciwko zajmowaniu się Opal. Garrett kochał siostrę i zawsze czuł się za nią odpowiedzialny, nie kwestionował więc faktu, że był zarówno jej bratem, jak i nianią. Kathy wróciła do pracy tak szybko, jak to tylko możliwe, a dzieci dorastały „z kluczem na szyi”. To Garrett był odpowiedzialny za to, aby odebrać Opal ze szkoły i odprowadzić do domu.

– Bawiliśmy się na naszym podwórku albo w lesie, czasem w parku – powiedział.

Garrett przypominał sobie, jak twarz Opal błyszczała z podekscytowania, gdy pierwszego dnia przedszkola niosła swoje pudełko na lunch z wizerunkami postaci z Bandy Kudłacza.

– Była malutkim pączusiem z włosami zaplecionymi w cieniutkie warkoczyki.

Gdziekolwiek Garrett szedł, brał ze sobą młodszą siostrę. Chłopcy, z którymi zadawał się w podstawówce, nie mieli nic przeciwko temu; wszyscy wiedzieli, że Opal była częścią umowy. Nawet gdy chłopak dorósł na tyle, by umawiać się na randki, Opal zawsze siedziała na tylnym siedzeniu samochodu w kinie pod gołym niebem. Była jego odpowiedzialnością, a on to akceptował.

Millsowie mieszkali w ładnym domu na wschód od Kent, w drodze do Maple Valley. Na podwórku były kwiaty, a także miniaturowy wiatrak i jaskrawo pomalowany totem. Kilka razy w tygodniu uczęszczali do Kościoła Bożego w Chrystusie na Capital Hill w Seattle. Nabożeństwa trwały cztery lub pięć godzin, Garrett i Opal bywali więc zniecierpliwieni i znudzeni.

– Nie wolno nam było się ruszać. Musieliśmy tam po prostu siedzieć – powiedział Garrett. Potem oboje aktywnie udzielali się w Kościele Zgromadzenia Bożego w Kent.

Okres szkoły podstawowej w Cedar Valley okazał się dla rodzeństwa całkiem niezły. Ich najbliższymi przyjaciółmi od czwartej klasy były dzieci sąsiadów – Doris Davis w przypadku Opal i Eugene Smith w przypadku Garretta. Rodziny czasami zabierały dzieci na wspólne wycieczki, a pociechy Millsów zawsze były mile widziane w sąsiedztwie. Robert Mills przez lata kupował kampery, zjeździli więc zachodnie stany wzdłuż i wszerz. W latach szkolnych w Cedar Valley Garrett i Opal nie mieli żadnych problemów związanych z mieszanym pochodzeniem.

W latach 1973–74 Robert Mills był opiekunem drużyny skautów, a Kathy aktywnie udzielała się na szkolnych imprezach i jarmarkach. Zdjęcie Garretta i Opal ukazało się w „Kent Journal” po tym, jak zebrali prawie tysiąc dolarów w akcji charytatywnej na rzecz dzieci z chorobami kardiologicznymi.

Na początku Opal miała optymistyczny pogląd na przyszłość. Opowiedziała Garrettowi o dzieciach, które planowała mieć.

– Naiwnie mówiła: „I wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie!”. Opal planowała być bogata, aby mogła opiekować się naszą matką, i miała zamiar kupić jej kiedyś duży dom – wspominał Garrett. – Nawet gdy miała siedem lat, sprawiała wrażenie, że o innych troszczy się bardziej niż o siebie.

Z zewnątrz Millsowie wydawali się być szczęśliwą rodziną. W zasadzie Robert Mills cieszył się w sąsiedztwie wręcz ogromną popularnością. Przyjazny i czarujący, był zawsze na zawołanie, gotowy pomóc każdemu w okolicy. Ludzie mieli go za prawdziwą złotą rączkę, a w dodatku nietrudno było się z nim dogadać, także w kwestiach ceny za rzeczy, które naprawiał. Miał dużo charyzmy.

– I potrafił śpiewać – wspominał Garrett. – Wyglądał i brzmiał zupełnie jak Nat King Cole, do tego stopnia, że kiedy byłem młodszy, myślałem, że mój ojciec i Nat King Cole to ta sama osoba!

Ale w domu sprawy wyglądały inaczej, a życie Garretta Millsa było niezwykle ciężkie. Kiedy drzwi wejściowe się zamykały, ojciec, którego sąsiedzi tak bardzo podziwiali, był człowiekiem pełnym wściekłości.

– Trudno to opisać – powiedział Garrett. – Pod pewnymi względami mój tata był najfajniejszą osobą na świecie i chciałem być taki jak on. Ale jednocześnie się go bałem. Zawsze mówił, że ludzie to szczury. Bił mnie, gdy myślał, że patrzę na niego w nieodpowiedni sposób. Nazwał mnie Whispering Smith*, bo bałem się odzywać w jego towarzystwie. Nigdy nie mógł zapamiętać imion ludzi, więc nazywał ich imieniem jakiejś gwiazdy kina, a im się to podobało.

Mills chciał, aby Garrett został lekarzem lub wybitnym saksofonistą, takim jak słynny Kenny G. z Seattle. Ale Garrett nie był szczególnie biegły w nauce, a na saksofonie grał zupełnie przeciętnie, mimo że ojciec kupił mu najlepszy dostępny instrument. Chłopak przez lata pobierał lekcje i grał w szkolnej orkiestrze, ale po prostu nie był uzdolniony muzycznie. Jego tata umiał śpiewać, a on nie.

– Mój ojciec był zgorzkniały i wredny – powiedział Garrett. – Ale chciał, żebyśmy mieli wszystko, co tylko możliwe, wszystko, co najlepsze. I mieliśmy wszystko, chociaż ojciec był kiepski w zarządzaniu finansami. Zawsze miał pracę, z wyjątkiem jednego razu, kiedy zwolnili go po tym, jak przyłapał jednego z menedżerów na czytaniu rasistowskiego magazynu. Był tak wściekły, że z łomem w ręku pogonił tego faceta.

Robert Mills poszedł do związku i odwołał się od zwolnienia, powołując się na uprzedzenia rasowe. Wygrał. Wrócił do pracy.

Chociaż rodzina Millsa miała ładny dom i meble, a on jeździł dobrymi samochodami, dzieci nigdy nie wiedziały, co zdenerwuje ojca.

– Zawsze był wobec nas surowy. Ale kiedy nie brał leków na ciśnienie, odwalał takie rzeczy jak przetrząsanie naszych sypialni o pierwszej w nocy. Nie robiliśmy nic złego ani niczego nie ukrywaliśmy, ale jemu po prostu coś strzelało do głowy, przychodził, budził nas i zaczynał szukać czegokolwiek.

Robert Mills nigdy nie uderzył Opal, ale używał wobec niej okrutnych słów. W stosunku do Garretta stosował kary fizyczne, bijąc go różnymi przedmiotami, od paska po młotek. Większość jego obelżywych uwag Opal wpuszczała jednym uchem, a wypuszczała drugim. Była radosna, psotna i pełna życia.

– Oboje byliśmy urwisami – przypomniał sobie Garrett. – Tyle siedzieliśmy sami w domu, że nudziliśmy się jak mopsy. Moi rodzice mieli trudności ze znalezieniem dla nas opiekunek ze względu na naszą reputację nicponiów, ale tak naprawdę nie robiliśmy nic złego. To były raczej takie rzeczy jak przeciąganie zraszaczy trawnikowych pod dom opiekunki, która mieszkała na naszej uliczce, żeby się zmoczyła, otwierając drzwi. Albo zjeżdżaliśmy z górki w sklepowym wózku. Kiedyś na naszej ulicy odbyło się nawet spotkanie na temat tych psikusów i tego, co z nami zrobić.

Garrett denerwował się na młodszą siostrę tylko wtedy, kiedy na niego donosiła. Miała w sobie coś z kapusia. Często skarżyła też na ojca, gdy za dużo pił lub otwarcie flirtował z kobietami.

– Nigdy nie wolno mi było uderzyć Opal – powiedział jej brat. – Ale ona mogła zrobić ze mną wszystko, co chciała, i czasami to wykorzystywała. Gdy się na nią denerwowałem, dzwoniła do taty do pracy, a ja musiałem wyprowadzić się z domu na kilka dni.

Jednak przez większość czasu Opal i Garrett mogli na sobie polegać. Kathy nie potrafiła powstrzymać męża przed okrutnymi karami, które stały się częstsze po serii małych udarów, jakie przeszedł. Chociaż Garrett chciał, żeby matka opuściła ojca, dostrzegał jej ciągłą wiarę w to, że wszystko się poprawi, że jeszcze będzie dobrze.