Miłość po godzinach - Małgorzata Falkowska - ebook

Miłość po godzinach ebook

Małgorzata Falkowska

0,0

Opis

Olivia Bennett doskonale wie, jak ratować podupadające firmy. Jako specjalistka do spraw restrukturyzacji potrafi bez sentymentów wskazać problemy, podjąć trudne decyzje i opracować plan, który pozwoli postawić biznes na nogi. Kiedy trafia do nowojorskiego wydawnictwa Inkbridge Books, nie spodziewa się jednak, że największym wyzwaniem okaże się jego wyjątkowo uparty dyrektor.

Daniel Hayes kocha Inkbridge Books całym sercem. Przez lata przeszedł w nim drogę od stażysty do dyrektora i zrobi wszystko, by ocalić miejsce, które stało się jego drugim domem. Nie może pozwolić sobie na porażkę, zwłaszcza że poza odpowiedzialnością za wydawnictwo jest także samotnym ojcem, dla którego córka Mia jest najważniejszą osobą na świecie.

Ona przychodzi z planem naprawczym.

On nie zamierza pozwolić, by ktoś wywrócił jego świat do góry nogami.

Łączą ich praca, wspólny cel i zdecydowanie zbyt silne przyciąganie. Olivia miała tylko pomóc uratować wydawnictwo. Daniel nie planował dopuścić jej do swojego życia.

Problem w tym, że niektórych uczuć nie da się zaplanować ani wpisać w żaden biznesowy plan.

„Miłość po godzinach” to pełna ciepła i romantycznego napięcia historia o zderzeniu silnych charakterów, samotnym ojcu i kobiecie, która miała ratować wydawnictwo, a znalazła coś, czego zupełnie się nie spodziewała.

Nowelka z Kolekcji komfortowych romansów Inanny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 134

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Miłość po godzinach

Małgorzata Falkowska

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Olivia

Daniel

Olivia

Daniel

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

Olivia

Ledwie skończyłam jedno zlecenie, a szef powiadomił mnie o kolejnym pilnym trybie ratunku. Tym razem chodziło o pomoc znajomemu i dlatego wręcz zmusił mnie do tego, by zacząć nie jak zawsze po tygodniu od poprzedniego zlecenia, by wejść w klimat nowego, ale od razu kolejnego dnia.

Oczywiście nie podobał mi się ten pomysł, bo takie działanie świadczyło o tym, że nawet na moment nie wyjdę ze skóry zimnej suki, która rzuca wręcz rozkazami, których należy słuchać dla dobra firmy, ale też mój mózg nie odpocznie od ciągłego analizowania zastanej sytuacji i zmiennych, jakie doprowadziły jeszcze nie do upadku, ale na pewno do potężnych długów.

I naprawdę bardzo lubiłam moją pracę. Odnajdywałam się w niej i po części traktowałam ją jak misję. Jedni leczyli ludzi, inni nauczali dzieci, a moim gestem dla świata było ratowanie często życiowego dorobku.

W swojej sześcioletniej karierze na stanowisku specjalisty do spraw restrukturyzacji pomogłam już naprawdę wielu ludziom. Niestety wielu z nich także nie podołało presji i bało się zaufać, że proponowane przeze mnie zmiany pomogą wyciągnąć ich na prostą. Niestety nie przetrwali w swojej branży, ale nie traktowałam tego jako porażki. Ja dawałam z siebie wszystko. Doszkalałam się, analizowałam, robiłam badania nad danym tematem i poświęcałam naprawdę ogrom czasu na zapoznanie się z sytuacją podupadającej firmy.

Tym razem John Bennett, prywatnie mój wuj, dał mi pod swoją pieczę jedno z nowojorskich wydawnictw, jakich przecież w mieście, a tym bardziej w kraju było dość sporo.

– Tylko ty możesz im pomóc, Olivio – mówił jeszcze kilka godzin temu do mnie wuj, gdy ledwie zdałam mu raport z poprzedniego zlecenia – masz innowacyjne pomysły i patrzysz na wszystko bardzo analitycznie. Liczysz szybko, dedukujesz i łączysz kropki lepiej niż ktokolwiek inny.

– Skoro to takie ważne, to czemu sam nie pomożesz? – zapytałam zaciekawiona – Jesteś znacznie lepszy w tym niż ja i masz większe doświadczenie.

– Ale mam też emocjonalne połącznie z prezesem wydawnictwa i boję się, że to bardziej popsułoby niż pomogło, bo jednak trudniej widzi się błędy u kogoś bliskiego – odpowiedział i już chciałam rzucić, że moje widzi doskonale, ale ugryzłam się w język.

I właśnie w ten sposób znalazłam się w mieszkaniu w otoczeniu teczek z wielkim napisem „Inkbridge Books”, gdzie wuj włożył wstępną dokumentację, z którą miałam się zapoznać przed pracą. Teczka zawierała naprawdę podstawowe informacje i zazwyczaj to internet przynosił ich więcej niż jej wnętrze. Również i tym razem tak się stało, bo sieć naprawdę sporo mówiła o wydawnictwie Inkbridge Books, co skrupulatnie notowałam.

Miły wieczór miał być świętowaniem kolejnego sukcesu, a okazał się siedzeniem nad papierami z wielkim kubkiem kawy na mleku sojowym i zamówionym sushi z ulubionej knajpki. Pochłonięta lekturą analizowałam zgromadzone przez wuja materiały i szczerze dziwiłam się, że prezes Inkbridge nie wpadł na kilka naprawdę podstawowych rozwiązań, jakie ja już zdążyłam zauważyć, a miałam przecież niewiele informacji. Już samo wynajmowanie biura w centrum Manhattanu brzmiało cholernie drogo, więc bałam się, że będę miała do czynienia z kimś, kto żyje zasadą „live beyondone’smeans”, czyli najgorszą z możliwych. Przynajmniej w biznesie.

Sporządzałam w notatniku zapiski, które miały przydać mi się rano podczas spotkania z prezesem wydawnictwa. Skrupulatnie zaznaczałam swoje wątpliwości i rzeczy, jakie uważałam, że fajnie lepiej wytłumaczyć. Nie posiadałam dokładnych tabel z kwotami obrotów, kosztów, zysków i strat, dlatego musiałam poczekać na te wrażliwe dane przynajmniej do jutra, co wydawało się naturalną rzeczą. Rzadko kiedy klienci dostarczali takie informacje od razu, a właśnie one mogły znacząco pomóc już przy początkowym planie restrukturyzacji, mającej być jedynym ratunkiem przed zamknięciem biznesu. Biznesu często niosącego za sobą naprawdę ciekawe historie, o czym zdążyłam się przekonać już wielokrotnie.

Zmęczona poszłam spać trochę po północy, by kolejnego dnia mój wygląd pasował do charakteru, jaki przybierałam na rzecz pracy. Stawiałam na stanowczość i konkrety, nierzadko musząc przekazać naprawdę dramatyczne dla właścicieli wieści. Tylko w ten sposób mogłam szybko działać i upewnić się, czy aby na pewno chcemy tego samego. Mogłam owszem pocieszać, dawać nadzieję i powoli tłumaczyć, jak powinno się działać, ale ja nie lubiłam takiego podejścia. Wyznawałam zasadę, że ważna jest prawda, nawet jeśli jest zła i ją stosowałam w pracy. Właśnie tak chciałabym być traktowana, będąc na miejscu moich klientów i właśnie dlatego też osiągałam szybkie efekty. A o to dokładnie chodziło nie tylko mi, ale przede wszystkim walczącym o swój byt właścicielom firm.

Daniel

Od samego rana wszystko szło nie po mojej myśli. Mia obudziła się z gorączką, a ja nie mogłem zostać z nią, bo właśnie dziś odbywało się spotkanie z kimś, kto miał pomóc wydawnictwu wyjść na prostą. Ze smutkiem sięgnąłem po telefon zmuszony ponownie prosić o pomoc mamę.

– Mia jest cała rozpalona, nie zaprowadzę jej dziś do przedszkola, a nie dam rady z nią zostać, bo musze być w firmie na miejscu – zacząłem bez zbędnego wprowadzenia, bo sam telefon o tej porze mówił mamie, że nie dzwonię na pogaduszki.

– Mogę być za pół godziny, nie dam rady wcześniej – poinformowała mnie, a ja poczułem, jak spada mi kamień z serca.

Mama regularnie ratowała mnie w podobnych sytuacjach i cieszyłem się, że dzieli nas dosłownie kilka przecznic, których pokonanie nawet pieszo zajmuje góra kwadrans. Greg często pozwalał mi na pracę zdalną, bo znał moją sytuację w przeciwieństwie do innych z wydawnictwa, ale tym razem musiałem być na miejscu. Omawialiśmy to od tygodni i wyznaczony przez jego znajomego termin rozpoczęcia działań restrukturyzacyjnych, do których niemal zostaliśmy zmuszeni, wypadał właśnie dziś.

– Jesteś aniołem, mamo – zakończyłem rozmowę.

Wróciłem do pokoju śpiącej córki i ponownie sprawdziłem temperaturę. Głowa była gorąca, a poliki na tyle czerwone, że nie potrzebowałem więcej dowodów. Cmoknąłem ją w głowę i ruszyłem do szafki, gdzie znajdowały się leki, by znaleźć coś na gorączkę, a potem umówiłem wizytę domową, by mama nie musiała tułać się z Mią do przychodni w taką pogodę.

Chłód i deszcz opanowały Nowy Jork na tyle, że pewnie gdyby nie spotkanie, to nawet bez choroby Mii zastanawiałbym się nad pracą zdalną i pozostaniem w domowym zaciszu. Za oknem syczały opony na mokrym asfalcie, a z kratek w chodniku buchała para znad torów metra. Lubiłem takie dni, choć Mia wolała iść do przedszkola, co jednak zmuszało mnie do wyjścia. Chwilowego, ale wyjścia.

Przygotowałem śniadanie dla Mii oraz coś dla siebie na wynos, bo czas naglił. Greg rozpoczynał spotkanie o dziesiątej, więc pewnie przed jedenastą wezwie mnie do siebie i właśnie wtedy najpóźniej muszę być w biurze. Biurze na Manhattanie, do którego miałem dobre pół godziny jazdy metrem, które wybierałem, by uniknąć korków.

– Naprawdę jesteś aniołem, mamo – powitałem kobietę w progu kilka minut szybciej niż zapowiadała.

Kilka minut robiących sporo w życiu w biegu, które mnie charakteryzowało od ponad półtora roku, jak zostaliśmy z Mią sami. Tessa pewnego dnia po prostu wyszła po zakupy i nie wróciła. Wysłała jedynie wiadomość, że dłużej tak nie potrafi i znika, co w sumie niewiele mówiło i na początku nawet starałem się jej szukać i dzwonić, ale po rozmowie z jej rodzicami odpuściłem, bo i oni stanęli po jej stornie i kazali po prostu zapomnieć.

Zapomnieć o czym? O tym, że prócz tego, że byliśmy zaręczeni, mieliśmy również półtoraroczne dziecko? Owszem nieplanowane, ale zdecydowaliśmy się je wychować i już od kiedy ujrzałem ciemne oczy córki, nie miałem wątpliwości, że była to jedyna słuszna decyzja. Z Tessą docieraliśmy się, bywało trudno, ale mimo wszystko łączyła nas Mia. Nie jakaś szalona i wielka miłość, ale mieliśmy ziarno, które wspólnie zasadziliśmy i należało o nie dbać, a ona tak po prostu pewnego dnia się poddała i do dziś nawet nie zadzwoniła do dziecka, choć podobno miała się dobrze i nawet spotykała się z kimś.

– Wiele razy mówiłam ci, żebyście zamieszkali z nami. Dom jest spory, każde z was miałoby swój pokój, a i łatwiej byłoby z opieką nad małą – mama ponownie zaczęła temat, jakiego unikałem.

Rozumiałem to podejście, jednak miałem trzydzieści lat i chciałem być samodzielny. Wychodziło to różnie, bo jednak mama dość często pomagała przy opiece nad Mią, ale dawało mi to jakąś niezależność. Coś, do czego od zawsze dążyłem i pewnie właśnie dlatego nie wybrałem drogi pracy w firmie ojca, ale poszedłem własną drogą. Drogą świata kultury, bo właśnie tak od zawsze widziałem książki i z nimi chciałem pracować.

– Mia jeszcze śpi, śniadanie jest na blacie i niech zje je zanim weźmie leki, a lekarz ma być pomiędzy dwunastą a czternastą – poinformowałem zakładając buty.

– Tylko kup sobie coś po drodze, żebyś coś zjadł, synku.

Uśmiechnąłem się, bo mimo trzydziestki mama dbała o mnie jak o jakiegoś malca.

– Zrobiłem też coś dla siebie. W gruncie rzeczy w dwadzieścia parę minut można zrobić naprawdę sporo – powiedziałem zgodnie z prawdą.

Mogłem nazwać się mistrzem organizacji czasu, bo faktycznie od kiedy z Mią zostaliśmy sami, to dość prężnie dawałem radę łączyć wiele czynności ze sobą, by nie marnować czasu. Nauczyłem się szybkich, ale wartościowych posiłków, które przygotowywałem, jednocześnie robiąc inne czynności, które dało się połączyć.

– Tyle dobrego, a teraz leć i nie martw się. My sobie damy radę.

– Jakby coś, to dzwoń – rzuciłem na odchodne, ale wiedziałem, że taka sytuacja nie nastąpi, bo dotąd nigdy nie miała miejsca.

Mama i Mia zawsze dobrze sobie radziły i nie przeszkadzały mi w pracy, co często pozwalało zapomnieć o codzienności. Przynajmniej w pracy mogłem nie myśleć o tym, co zrobić na obiad, jak zaplanować czas dla córki i wielu innych bardzo przyziemnych rzeczach dla rodziców. Skupiałem się całym sobą na pracy, jednak jak widać i to szwankowało. Jako dyrektor wydawniczy Inkbridge Books zbyt długo wierzyłem, że słabsza sprzedaż jest chwilowa. Nie ograniczyłem nakładów, gdy pojawiły się pierwsze spadki, i kolejne niesprzedane książki trafiły do magazynu. Ta zwłoka kosztowała firmę pieniądze, których dziś rozpaczliwie potrzebowaliśmy.

Olivia

Liczyłam, że tym razem nie tyle będę na czas, co wręcz zjawię się u nowego klienta z kilkuminutowym zapasem. Liczyłam, a wyszło, jak zawsze. Poranne szykowanie się, makijaż i kupno kawy przed biegiem do metra, by nie stać w korkach na Manhattanie, okazało się znów ze mną wygrać i wpadłam do wielkiego biurowca niemal na styk.

Jadąc windą, oglądałam panoramę i w duszy cieszyłam się, że dość szybko nastał mój przystanek, bo nie przepadałam za wysokością, a i w logicznych rozrachunkach lepiej dla wydawnictwa, że zajmowali niższe piętra. W kabinie pachniało mokrą wełną płaszczy i kawą z papierowych kubków, a kolejne numery pięter przeskakiwały z cichym pyknięciem. Piętra, bo były aż trzy, a przynajmniej tak mówiła rozpiska znajdująca się w windzie.

– Olivia Bennett, jestem umówiona z panem Gregiem Sullivanem – bez zbędnych powitań powiedziałam do siedzącej w recepcji młodej dziewczyny.

Ta szybko wykonała telefon, aby upewnić się, że zapewne nie kłamię, po czym wstała nerwowo z biurowego fotela.

– Prezes Sullivan czeka na panią w konferencyjnej. Zaprowadzę panią – poinformowała mnie i już chciała wyjść zza biurka, kiedy powstrzymałam ją, wyciągając rękę w jej kierunku tak, aby zrozumiała to, jako „stop”.

– Sama trafię, proszę tylko pokazać, gdzie mam się kierować – stanowczy ton brzmiał w moich ustach już na tyle naturalnie, że nawet mnie nie dziwił.

Przywykłam do odgrywania roli i chyba powoli kończyłam marzyć o tym, że kiedyś znajdzie się ktoś, kto zdejmie ze mnie ten ciężar. Nie tyle w pracy, co w życiu, bo nawet tak niezależna i władcza kobieta, jak ja, potrzebowała stać się przy kimś małą dziewczynką. Zamiast tego trafiałam na facetów, którzy mało wspólnego mieli z męskością, jaką wyznawałam. To ja częściej nosiłam jaja w tych relacjach, co szybko zaczynało mnie nudzić, bo nie szukałam dziecka, ale partnera, a niestety wychodziło różnie.

Poszłam za wskazaniem dziewczyny i szybko znalazłam miejsce, do którego zmierzałam. Cała oszklona sala robiła wrażenie i według mnie nie dawała uczucia komfortu, gdyż choć ludzie nie słyszeli, o czym mówiono w środku, to zdecydowanie widzieli więcej niż pewnie wielu chciało, by widzieli nieobecni wewnątrz.

Weszłam do pomieszczenia bez wcześniejszego pukania, bo siedzący przy stole mężczyzna bardziej przed sześćdziesiątką niż po pięćdziesiątce widział, jak szłam. Nie mógł mnie nie ujrzeć przez te oszklone szyby, tym bardziej że mnie zapowiedziano.

– Witam serdecznie, czego się pani napije, pani Olivio? – powitał mnie i szarmancko cmoknął w dłoń, co mnie speszyło.

Wyjaśniłam jego zachowanie zażyłością z wujem, jednak uważałam, że nie było ono na miejscu i gdy kolejny raz się powtórzy, na pewno postawię jasną granicę.

– Piłam już kawę, dlatego proponuję od razu przejść do rzeczy. John przekazał mi teczkę z dokumentacją, jednak jest ona niekompletna i prosiłabym o dodatkowe dane – wyciągnęłam z torebki przygotowaną w domu listę i podałam ją mężczyźnie – dziś się trochę rozejrzę, pokręcę tu i tam, żeby nie przeszkadzać, jednak mam już kilka uwag, którymi uważam, że warto się podzielić i może wyjaśnić.

– Widzę, że zapowiada się konkretna współpraca – nie wiedziałam czy odebrać to jako komplement, czy bardziej przytyk.

Mimika mężczyzny niewiele mi pomagała w odczytywaniu jego emocji, bo wydawał się po prostu obojętny, a może bardziej po prostu zmęczony. Wuj mówił, że jesteśmy jedynym ratunkiem, dlatego zakładałam, że Sullivan już starał się działać w kierunku ratowania biznesu, co niestety nie wyszło.

– Najważniejsza dla mnie jest przede wszystkim skuteczność – rzuciłam zgodnie z prawdą.

Na twarzy mężczyzny na krótki moment pojawiło się coś na podobieństwo uśmiechu, co upewniło mnie w tym, że nie jest on typem potrzebującym niuniania czy klepania po pleckach, ale właśnie konkretnych i szybkich działań. Przyszłam właśnie po to, aby mu pomóc i szczerze liczyłam, że będzie gotów wprowadzić moje pomysły w życie, bo tylko to mogło dać mu kolejną szansę… Nadal niepewną, ale dającą nadzieję na wyjście na prostą, a tego oczekiwał po tej współpracy. Przynajmniej tego powinien oczekiwać, bo wciąż więcej zależało od niego niż ode mnie. Ja dawałam mu tylko nową wędkę, on miał nauczyć się nią posługiwać, aby łowić ryby.

– Zacznijmy od biura… Dlaczego Manhattan? Ceny tutaj są horrendalne, a wydawać książki można na Bronksie, Brooklynie czy Queens. Bez tej całej otoczki wielkiego miasta, biurowców i świateł – zaczęłam od tego, co według mnie mogło wpływać znacząco na zadłużenie.

– Pani Olivio, gdyby te ściany sprawiały, że wpadłbym w kłopoty finansowe, to zapewniam, że już dawno przeniósłbym się z Inkbridge Books do innego miejsca, bo jak pani zauważyła, książki można wydawać wszędzie – wyjaśnił dość tajemniczo, dlatego czekałam na ciąg dalszy – Zawsze to kobietom mówią wydaj się bogato za mąż, a ja miałem to szczęście, że zakochałem się ze wzajemnością w pięknej i wywodzącej się z wyższej klasy kobiecie. Jej rodzina to właściciele kilku budynków biurowych na Manhattanie, w tym tego i tak naprawdę wynajmuję te trzy piętra za bezcen, zdecydowanie po znajomości i się do tego przyznaję bez bicia.

Zaciekawił mnie nie tylko historią, ale również otwartością i szczerością, co ceniłam w życiu. Tym sposobem także zniszczył jeden z kluczowych argumentów, jaki pierwszy nasunął mi się po otwarciu teczki skompletowanej przez wuja. Jednego, ale miałam ich znacznie więcej.

Daniel

Spotkanie Grega z poleconą przez jego bliskiego znajomego kobietą trwało, a ja starałem się usiedzieć w miejscu, aby tylko nie kręcić się pod drzwiami konferencyjnej, co zostałoby na pewno zauważone. Według opinii właściciela firmy zajmującej się upadłościami i restrukturyzacją właśnie ona miała nam pomóc. Miała okazać się naszym plastrem na krwawiące rany.

Rzuciłem na nią okiem, nim weszła do środka i zdecydowanie robiła wrażenie silnej i konkretnej, choć należała do filigranowych. Niewysoka z burzą blond włosów sięgających łopatek podkreśliła swój charakter ubiorem. Garnitur kojarzył się bowiem bardziej męsko, ale ona nie bała się tego stereotypu i w beżowym dopasowanym komplecie, do którego nałożyła szpilki, prezentowała się, jak ktoś kogo należy słuchać i kto ma pewność swoich działań. Przynajmniej ja tak to widziałem, bo szczerze liczyłem, że ona naprawdę wyciągnie nas z kłopotów i nie trzeba będzie zamykać wydawnictwa.

Piłem zieloną herbatę i przeglądałem maile z propozycjami wydawniczymi, wysyłając je do odpowiednich osób do czytania, gdy do mojego gabinetu wszedł zadowolony Greg.

– Danielu, czy możesz wprowadzić panią Olivię w szeregi naszego wydawnictwa? – zapytał, choć przecież kilka dni temu ustaliliśmy, że to właśnie ze mną głównie będzie „pracować” ktoś z firmy jego znajomego.

Dopiero po tym pytaniu w drzwiach pojawiła się kobieta. Po raz pierwszy mogłem z bliska ujrzeć jej twarz i o dziwo wydawała się sympatyczna. Gdyby nie mocne spojrzenie niebieskich oczu pewnie pomyślałbym, że jest łagodna i delikatna, jednak jej spojrzenie na to nie pozwalało.

– Olivia Bennett – przedstawiła się nie czekając na moją reakcję.

Wyciągnęła pewnie dłoń w moim kierunku, więc bez wahania podałem swoją i poczułem silny, zdecydowany uścisk. Absolutnie w moim mniemaniu niekobiecy.

– Daniel Hayes – odpowiedziałem – dyrektor wydawniczy Inkbridge Books.

– To ja zostawię was samych, pani Olivia na pewno ma do ciebie sporo pytań, więc nie chcę przeszkadzać. Ty najlepiej znasz to miejsce, Danielu – Greg szybko zmył się i zostawił nas samych.

Przypatrywałem się trochę kobiecie, bo kojarzyłem skądś nazwisko Olivii Bennett. Miałem wręcz pewność, że spotkałem się z nim, jednak nie przypominałem sobie, kiedy.

– Proponuję, byśmy mówili sobie po imieniu, ułatwi to współpracę i zlikwiduje nadmiar grzeczności, jaka wynikałaby z ciągłego paniowania czy panowania – zaczęła w sumie ostro, czego się nie spodziewałem.

Drobna kobieta nie pasowała mi do wizerunku, jaki tworzyła aktualnie w mojej głowie.

– Oczywiście, często mniej znaczy więcej – starałem się nie pokazać tego, że nie wiem, jak zareagować na jej chłód – może usiądźmy i powiesz mi, co planujesz i jak ja w tym wszystkim mam ci pomóc, bo wiadomo chcę dla Inkbridge, jak najlepiej. Traktuję je, jak moje dziecko.

Dokładnie tak było. Jedynie Mia z wiadomych względów była dla mnie ważniejsza niż Inkbridge, choć i w nim doszukiwałem się nawet nie cząstki, ale sporej części siebie. Podczas siedmiu lat pracy dla Grega zdążyłem poznać chyba każdy kawałek tej przestrzeni, zaczynając od najniższego szczebla stażysty i pnąc się powoli w górę, aż zostałem w sumie prawą ręką szefa. Wyżej się już nie dało. Osiągnąłem maksimum i wcale nie żałowałem, że nie mam dalszej możliwości rozwoju, bo tu, gdzie się znalazłem, było idealnie.

– Nie, nie będziemy siedzieć – powiedziała stanowczo – oprowadź mnie po waszej przestrzeni i opowiedz o tym, co się gdzie dzieje.

Odwróciła się i wyszła z mojego gabinetu, a ja podążyłem za nią. Zupełnie jakby to ona oprowadzała mnie, a nie ja ją, co musiałem jak najszybciej zmienić. Musiała wiedzieć, że nie dam sobie wejść na głowę, bo takie rzeczy może robić ze mną tylko jedna kobieta. Tylko moja mała, słodka Mia.

Oprowadzenie Olivii po trzech piętrach wydawnictwa i opowiedzenie o każdym z działów zajęło mi prawie trzy godziny. Zostało nam już ostatnie pomieszczenie, gdy zadzwoniła moja komórka. Na widok numeru mamy niemal się wzdrygnąłem, bo na pewno chodziło o córkę.

Otworzyłem drzwi do ostatniej i najważniejszej dla mnie i Grega sali, by kobieta mogła tam wejść.

– Przepraszam, muszę odebrać. To coś pilnego – zostawiłem kobietę samą, a sam odszedłem, aby odebrać telefon od mamy. – Coś się stało, coś z Mią?

– Nie, nie, synku. Po prostu nie ma jeszcze lekarza i chciałam, abyś sprawdził w tej twojej aplikacji, czy coś się zmieniło w związku z jego przyjściem, bo ja nie mam dostępu, a nie odbierają telefonu. Wybacz, nie chciałam cię stresować i martwić – wyjaśniła, a ja się uspokoiłem.

Sprawdziłem aplikację i faktycznie nie zauważyłem powiadomienia o zmianie, co przesłałem szybko mamie. Przybrałem pewną siebie minę i wszedłem do sali, gdzie czekała na mnie kobieta od restrukturyzacji.

Copyright

Miłość po godzinach

Copyright © Małgorzata Falkowska

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

ebook ISBN 978-83-7995-695-1

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Grażyna Wesołowska | proAutor.pl

Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca około 10% głównej treści książki oraz wybraną treść końcową.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl